Zimowe odloty

Teresa Rudolf

Zimowa bajeczka 

Drzewko, ostatnio tak nagie,
dziś nagle w przepięknej
sukni panny młodej.

Śnieżutko-białe, niewinne, 
w białej kuszącej pościeli, 
puszyście wyzywającej. 

Drżenie oczekiwania,
gdzież, ach gdzież,
drży też i wybraniec?

Dzień przedziwnie piękny,
złota lampa na niebie,
fajerki słoneczne…

Ale Pan Młody ciągle nie tu,
jeszcze nie tu, 
a nadzieja topnieje.

Topnieje, topnieje…
i stopniała… czekać
nie warto, już nie.

Znów stoi nagie drzewko,
“a…może na wiosnę?”
…ale już nie na biało…
bo tak, chcę tylko raz”…

Odloty i odpływy

W ciszy tej wieczornej,
widzę znów odbicie dnia,
rwącego jak rzeka.

Odpłynął już zawirowany, 
topiąc słońce zimowe
w milion-karatowym złocie.

Odleciał kolorowy ptak, 
trzepocząc chwilkami,
ten czasu złodziej, 

Jakaś sroka skrzecząca. 

Więc…
w ciszy tej wieczornej
widzę znów odbicie dnia,
gdy wieczór zamienia 

sztabki złota, 

…na wiszącą nad głową
srebrzystą firanę w gwiazdy
i księżyce…

Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Irysy

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.

Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 )
Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie
Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy

Julian Tuwim
Irysy

Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk,
Nie wiem od kogo.
Ser­ce me drżą­cy ogar­nął lęk,
Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk
I pa­trzę na nie z dzie­cin­ną trwo­gą:
“Co też te kwia­ty mi przy­nieść mogą?”
— Lęk.

I list do­sta­łem. Sło­wa: “Bez słów”
Jeno w nim były.
…Jak tchnie­nie daw­nych naj­droż­szych bzów,
Żal mi przy­nio­sły sło­wa: “Bez słów”…
Śród wspo­mnie­nia słod­kiej bez­si­ły
Znów mi się oczy two­je przy­śni­ły,
Znów…

***

Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.

***
Iris, 1945; Roswell Museum and Art Center, Roswell, New Mexico, United States of America © photo Roswell Museum and Art Center

Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.

***
Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.

Liściaste myśli

Teresa Rudolf

Dobre drzewa

Jesienne liście
szeleszczą jak co roku, 
rudo pod nogami.

I jak co roku,
zataczam w sobie
krąg “od-do” jesienny.

Czuję pokorę 
drzew oddających
siebie, na przemijanie.

Też ich dumę,
bo jeśli odchodzić,
to spektakularnie.

Słonecznikowo-żółto, 
czerwono-ogniście,
pod niebieskim niebem.

Jeśli odchodzić,
obdarować wszystkim, 
co tylko najpiękniejsze.

I nie wstyd im nago
za chwilę tu stanąć,
patrząc na jeża główkę..

…ciekawską spod  ich liści.

Komu…

Komu wiersze, komu?
Kto czyta dziś  wiersze,
zlepki myśli o świecie?
Przecież stoi, aż zniknie.

Komu wiersze, komu?
O miłości, o wierności?
O zazdrości, o zemście?
Uczucia? To zamęt w sercu.

Komu wiersze, komu?
Niepotrzebne, za skromne?
Za głębokie, za płytkie?
Za kolorowe, za szare, za nijakie?

Komu wiersze, komu?
One, jak wierzby płaczące,
smutno opadają im dziś litery,
jak rude liście jesienne…

Jesień

Mieczysław Węglewicz

Złota nitka

W październikowym słońcu
Strunę ciała ogrzewa
Mruga powieką drżącą
długą od płotu do drzewa
po szczytach traw żółknących
po rękach i policzkach
raz nas dzieli, raz łączy
serdeczna, złota nitka

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
Co roku
na tej samej
scenie
Akt pierwszy
mgły,
w drugim
natchnienie,
w trzecim powszechne zaziębienie
Czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
Między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień  krótki
I co? – i…zima
już na scenie
Akt….
Boże Narodzenie

Spacer

On z głową opuszczoną
Jej opadły ramiona
Idą wolno nad rzeką
Raz on milczy,
raz ona
Przed nimi
pies daleko
wypłoszył z trawy ptaka
Dzikie wino
w dyskretnej czerwieni
na krzakach
zaskoczone przedwczesnym
nadejściem jesieni
splątane z żółtym chmielem
wonnym jak melisa
jak nietoperz w kościele,
nad wodą tak zwisa
Przepraszam.
Wybacz…
Wybaczysz ?
Co? Ty płaczesz?
Nie płaczę
Coś mi wpadło do oka
Poczekaj zobaczę…

W jesiennych kolorach

W jesiennych kolorach
wypatrzył ją z daleka…
Była piękna
także z bliska…
Chyba czekał na nią zawsze.
Szła przed siebie spokojna
nie przeczuwając miłości…
Nie słyszała jego ‘ach, ja panią’…
Nie widziała jak leciał na nią…
I że razem byli tak krótko…
I że upadł na ziemię cichutko…
Nie wiedziała,
że chciał z nią iść…
Nie wiedziała,
że to był liść.

Czekanie

Noc się kładzie bezsenna
Rosa siada na źdźbła
Pośród nocy i rosy
cicha, jesienna mgła
Noc się snuje po mieście w czarnym płaszczu i spodniach
grzecznie prosi do domu
ostatniego przechodnia
Sprawdza okna, te jasne
Gasi światła stroskana
Prosi: zaśnij,
– Nie zasnę
Będę czekać do rana

Dary

Pełne serca choć jesień
Las, śpiew ptaków
w lesie
Życie
wszelkich stworzeń,
Od Ciebie Panie Boże
Słońce o zachodzie
Morze nasze morze
Muzykę organową na trzcinach w jeziorze
Godziny teraźniejsze
Wieczór, noc, poranek
New York Central Station
i wiejski przystanek
Wszystko od Ciebie mamy
Panie Boże
Wszechmocny
i geniusz największy
i z bramy stróż nocny

Jesiennej zmianie czasu mówimy stanowcze nie

Miłość była
do jesieni
punktualna
Ale w nocy
czas się zmienił
Femme fatalna
nie zdążyła
I tej nocy już nie była
I kolejnej też nie przyszła
wniosek:
czas się zmienił
prysła…

Wycieczka ceprów z Ciechanowa do Zakopanego

Jedźcie w drogę
pokłonić się halom
Złota jesień w górach
jest krótka
Podziękujcie
jesiennym góralom
dobrym słowem i
w złotych dutkach
Za ich ,,łącką”
pod złote grzybki
Za oscypki
Za bundz, za rydze
A rycerzom
co śpią pod krzyżem?
Niech im będzie
do nieba bliżej
A tym cieniom
na Pęksowym Brzysku?
Niech im będzie
ziemia lekka wszystkim
A strumieniom
a potokom bystrym?
Niech się lekko
do morza płynie                       
Niech spotkają
gdzieś w wodach Wisły
czystą, dobrą, łagodną
Łydynię…

Zdjęcie znalezione na Facebooku, które stało się inspiracją wiersza

Caffe Cuba

Wpada tutaj
czasami
liść jesienny
lub wietrzyk
przypadkowy przechodzień
co to chce się przewietrzyć
A dziewczyna
z lokami
zakręcona jak walczyk,
która z liściem
jesiennym
chciała sobie
potańczyć
jeszcze nie
jeszcze nie
niekoniecznie
Ale w końcu
się uda
Będzie cud
w Caffe Cuba
i zatańczy
bo przyjdzie
maj
ciepły, zdrowy, zielony
wyczekany, szczepiony
Boże,
daj,
Boże daj
taki maj

Jesienna dieta

Na sercowe
nostalgie
Noce denne, dni senne
Na samotne wieczory i dnie
Co się je?
Czy ktoś wie?
Na choroby jesienne
Na płakanie
nie sienne
Może płatki owsiane
Może
siemię się
lniane je
Czy ktoś wie?
Bo ja nie…
By jesienią ocaleć
możesz też nie jeść wcale
,,kochaj, rób coś
nie bądź gałganem” *
By
nie szczeznąć jesiennie
tak jak ogień las
kochaj płomiennie
Odpoczywaj i
z sercem rób wszystko
I pamiętaj do wiosny już blisko

  • cyt. T. Kotarbiński

Wiatr się pracy nie boi

Jesienią ma złotą robotę,
pracuje dla jubilera
W parku nad rzeką zbiera
klonowe liście złote
A szef zaciera ręce
Zachęca, więcej więcej
Srebrne topoli liście
Na księżycowe kolczyki
Jarzębinę i oczywiście
kasztany na gniade koniki
Wiatr wieje mocniej jeszcze
i stara się jak może
Żeby zdążyć przed deszczem
bo po deszczu jest gorzej

Polski wrzesień

Jak jest już po wakacjach,
Zaczęła się szkoła
a nieśmiały wrzesień trochę się rumieni
Nitki babiego lata
plączą się dookoła
To Gai pewne znaki początku jesieni
Na polach pod stopami trzeszczą ryże rżyska
W kalendarzu są daty że nikomu nie życzę
Łęty po ziemniakach dymią  się w ogniskach
To jest polskiego września prawdziwe oblicze

Trzech braci

Trzech braci czyni jesień
pierwszy brat cichy Wrzesień,
na polach ,łąkach , w lesie,
zaplata nitki a potem
wymienia klonom w kantorze
sierpniowe zielone na złote

Po nim przychodzi zmiennik
pan poeta Październik ,
Kochany, z wiatrem niesie
tę polską złotą jesień
(tym co chcieliby inną
też złotą ale unijną)
A potem brat Listopad
cmentarze,mgły i słota
i choć byś chciał, nie zmienisz
to już koniec jesieni

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną
…Mgłą

Kto Wam lecieć każe
żeby listopad spędzać
w dusznym Zanzibarze
Wybierzcie listopad w Polsce
Ze wszech miar wybór słuszny
Praktycznie wszystkie dni chłodne
tylko jeden Zaduszny

Łucja, wiersze 2

Łucja Fice

Pytanie

Plądruję książki starożytnych
Na wzór sępa polującego na gęsi
W pośpiechu intelektualnej zachłanności
Wkładam głowę intruza w te dzieła
I pogrążam się w ich ciemności
Spieram się w różnych kwestiach z Arystotelesem
Nie potrafię rozróżnić promieni świetlnych od cieplnych
Szkoda że nie mogę podjąć sporu z uczonym
Zadałabym ważne pytanie
CZYM JEST ŚMIERĆ?
Czy to aby nie abstrakcja?
Nawet myślenie umiera szybciej

Z tomiku Boska Matryca 2016, wydanego po śmierci męża

Odejdę późną jesienią
Stanę w boskiej bramie
Wiem jeszcze daleko bo szaleją słowa
Dziwne i powabne kwarki tańczą we mnie
Jeszcze napiszę sto listów
Stawać będę na głowie jak sobie radzić
Może poprzestawiam atomy i wrócę do własnego szkicu
Aż wypluję wszystkie słowa
Choć zamienisz mnie w kwarki
Wiem że żyć będę

Shut down 7

Tibor Jagielski

covid 19  split (10/10):

macierzanka (3/10)
szałwia (2/10)
babka lancetowata (2/10)
prawoślaz lekarski (2/10)
lukrecja gładka (1/10)
+ booster
płucnica islandzka (+2)

T.J. XI 2021

gest kozakiewicza
(ballada)  

1.   w sierpniu 80-tego roku w polsce nie byłem;
jako ówczesny student spędzałem wakacje pracując (głównie na saksach) tym razem w austrii, we wiedniu;
tematem tamtego lata była początkowo olimpiada w moskwie,
no i jej bojkot przez USA i wiele innych krajów  z powodu sowieckiej interwencji w afganistanie;
pod koniec lipca zaczęły docierać na zachód informacje o strajkach
w centralnej polsce, które władze nazywały eufemistycznie “przerwami w pracy”;
jako powód podawano postulaty polepszenia zaopatrzenia i natury finansowej;
ciekawe, ale sprawa zaczęła się polityzować dopiero od momentu,  jak kozakiewicz skoczył po złoto i pokazał swój słynny “gest”;
tak więc, moim zdaniem, to jego właśnie powinno się uważać
za ojca “sierpniowej rewolucji”.  

2.   koczowałem wtedy w namiocie na kahlenbergu,  w tym miejscu,
gdzie stała przed atakiem husaria sobieskiego patrz: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Wiedniem,
a w namiocie obok mieszkali… turcy z samowarem i telewizorem!!
w ogóle nacji na tym polu namiotowym była chyba setka,
cale bałkany, pół zamojszczyzny i prawie cały białystok
a w ciągu dwóch miesięcy zdarzyło się, jak pamiętam, tylko jedno mordobicie
i parę,zresztą drobnych, kradzieży;
był to zresztą raczej obóz robotniczy niż biwak

o świcie spływali wszyscy w dolinę dunaju do pracy,
by powrócić dopiero przed zmrokiem;
na lewo i prawo winnice, grinzing, a w dole miasto,
na progu bezkresnej zdałoby się równiny panońskiej.
(c.d.n.)

***

Pociąg do butelki

Tegoroczny Ig Nobel z biologii został przyznany po trzydziestu latach od publikacji nagrodzonych badań – to kolejny krok zbliżania się tej rozrywkowej nagrody do jej poważnego odpowiednika. W zeszłym roku laureatem Nagrody Nobla był wszak fizyk uhonorowany wcześniej właśnie jej parodią. W tym roku zaś nagroda z biologii została przyznana za obserwacje, które potwierdzają inne obserwacje, z jak najbardziej poważnej części biologii ewolucyjnej. Biologiczny Ig Nobel został przyznany Darrylowi Gwynne’owi i Davidowi Rentzowi za „stwierdzenie, że pewne gatunki chrząszczy kopulują z pewnymi gatunkami butelek” (w języku angielskim jest tu jeszcze gra słów „beetle-bottle”). Brzmi zabawnie, bo taki jest cel tej imprezy, ale w gruncie rzeczy stwierdzenie, że samce pewnego gatunku chrząszczy bogatkowatych próbują kopulować z odpowiednio wyglądającymi tworami nieożywionymi, jest poważną obserwacją naukową. Może nie obserwacją zasługującą na prawdziwego Nobla, ale z powodzeniem mogącą trafić nie tylko na łamy kolorowych pism, ale i do podręczników. Obserwacja na Nobla nie zasługuje właśnie nie dlatego, że jest bardzo niezwykła, ale w pewnym sensie – trywialna. To, że w przyrodzie osobniki różnych gatunków traktują inne organizmy albo i obiekty nieożywione jak przedstawicieli własnego gatunku, jest całkiem częste. Czasem relacje psów i ludzi trywializuje się stwierdzeniami, że pies traktuje człowieka jak członka własnego stada, czyli psa, a człowiek traktuje psa jak dziecko, czyli człowieka. Czasem pisklę, wychowane przez osobnika innego gatunku, po dojrzeniu zaleca się do przedstawiciela gatunku właśnie swojej matki zastępczej (nawet jeśli jej rolę pełnił człowiek czy – są znane takie przypadki – żółw). Zalecając się jednak, zachowuje gesty własnego gatunku, które przez to zwykle nie zostają właściwie zrozumiane. W takim wypadku popęd seksualny nie zostanie zaspokojony, ale są też sytuacje, gdy brak wspólnej płaszczyzny komunikacyjnej prowadzi do śmierci, gdy jedna ze stron nie rozumie gestu kapitulacji (np. odsłonięcia brzucha przez psa). Są jednak sytuacje, gdy mylnie skierowany popęd płciowy zostaje zaspokojony. U płazów występuje zapłodnienie zewnętrzne, a do spełnienia wystarcza pseudokopulacja, po której obie strony wypuszczają gamety, które robią swoje już w środowisku zewnętrznym (stąd u naszych żab dość częsta jest hybrydyzacja międzygatunkowa). Z tego powodu nagminne jest obłapianie samic jednego gatunku żab czy ropuch, przez samce innego gatunku. Nierzadkie jest wzajemne obłapianie się samców różnych gatunków (zwykle mniejszego przez większego), a zdarza się i obłapianie kamieni. O tym, aby samce płazów obściskiwały butelki nie słyszałem, ale nie wykluczam takiej możliwości. Wystarczy, aby te butelki przypominały ich samice w odpowiednim stopniu. Odpowiednim dla percepcji żabich samców. Percepcja samców pewnych owadów pozwala im na rozpoznanie samic dzięki zapachowi i wzorkom na plecach. Zwykle to wystarcza do właściwej identyfikacji, ale ponad 100 gatunków storczyków w toku ewolucji wykształciło kwiaty, których fragment wygląda i pachnie jak samica danego gatunku osy czy mrówki. Samiec lokalizuje taką udawaną samicę, kopuluje z nią (tzn. tak mu się wydaje), a na narządzie kopulacyjnym przenosi pyłek na kolejną atrapę. W tym kontekście fakt, że znalazł się gatunek chrząszcza, dla którego samców kawałek szkła o odpowiedniej barwie (koniecznie brązowej, zielona nie jest atrakcyjna), krzywiźnie i fakturze (guzki służące tyleż ozdobie, ile zapobieganiu wyślizgnięciu butelki z ręki piwosza) okazał się wierną imitacją samicy, nie powinien zaskakiwać. Nie patrzmy jednak z pobłażaniem na percepcję chrząszczy. Ostatecznie pornografia jest też tylko imitacją. Człowieka podniecić może ciąg śladów zostawionych na papierze przez ołówek albo odpowiedni układ pikseli. Zwłaszcza, kiedy ten układ przypomina kształt od pewnej butelki. Oczywiście, preferencje ludzi, obojga płci, są bardziej skomplikowane niż niż samców Julodimorpha bakewelli, więc mimo pewnych statystycznych trendów, atrakcyjne dla nich mogą być różnorodne butelki. Piotr Panek

  1. tibor pisze:
    2011-10-22 o godz. 14:29

dobre!
uśmiałem się, co w ostatnim czasie rzadkie…

  1. fizykomaniak pisze:
    2011-10-24 o godz. 06:46

ten Geim, to obserwacje mógł robić prawidłowo, chociaż samo zjawisko [związek między polem grawitacyjnym a magnetycznym] nie istnieje.

  1. Meruńka pisze:
    2011-10-24 o godz. 12:31

No, dobrze. Idźmy śladem języka. Jeśli zaobserwował prawidłowo, to związek jest, tylko nieznany nauce. Jasne, że najlepiej takiego wyśmiać, głośno, żeby wrócił na bezpieczne tory znanego i już w głębokich annałach nauki zapisanego.

  1. panek pisze:
    2011-10-26 o godz. 18:14

@byk
Owszem, ma to swój zabawny wymiar. Niestety, jest też wymiar niewesoły. W artykule tylko to zarysowano, ale w wywiadach autorzy zaznaczali, że takie pomyłki dla samców często były tragiczne. W koewolucji kwiatów storczyków i samców błonkówek, którą wspomniałem, samce te (pseudo)kopulują z jednym kwiatem, drugim, ale prędzej, czy później trafiają na samicę. Tymczasem w tym przypadku samce spędzały na butelkach dużo czasu. Autorzy opowiadają, że w zasadzie nie schodziły z nich, chyba że ściągnięto je przemocą. W tym czasie ich narządy kopulacyjne były obiektem ataku mrówek, tak że znajdowano też martwe samce obok butelek, zjadane przez mrówki. Być może brak odpowiedniego otworu do kopulacji tak wydłużał ten marnowany czas. Tak więc butelki te nie tylko są po prostu nieestetycznymi śmieciami, ale – przynajmniej w jakimś stopniu – pułapkami.

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 09:59

@merunka:
wiem, wiem, śmiech zabroniony.
(wyjątek z listy proskrypcyjnej 1981/10/polska/europa:
czeczot, krauze ,mleczko).
jak ktoś dokona ciekawego odkrycia należy natychmiast paść na kolana
a śledząc wzrokiem pełnym psiej wierności pański palec,
wzdychać cicho: cuda, cuda, ogłaszają…
p.s.
dla wyjaśnienia,
czyli co poeta miał na myśli,
fakt opisany przez @panka był mi już z prasy fachowej znany;
uradowała mnie forma podejścia do tematu!

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 10:12

@panek:
w moim wypadku wyważa pan otwarte drzwi;
jestem fenomenologiem;
bylem nawet na paru wykładach profesora imielińskiego.
miech nie był tam zabroniony,
a nawet, tuszę się spostponować, konieczny.
salute!

Challenger