Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.
Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 ) Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy
Julian Tuwim Irysy
Ciemnych irysów dostałem pęk, Nie wiem od kogo. Serce me drżący ogarnął lęk, Ciemnych irysów dostałem pęk I patrzę na nie z dziecinną trwogą: “Co też te kwiaty mi przynieść mogą?” — Lęk.
I list dostałem. Słowa: “Bez słów” Jeno w nim były. …Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów, Żal mi przyniosły słowa: “Bez słów”… Śród wspomnienia słodkiej bezsiły Znów mi się oczy twoje przyśniły, Znów…
***
Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.
Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.
*** Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.
Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę. Przestało ssać. Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże. – ktoś rzuca urok, cały czas. Tak mówił – ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka. Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha. Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to. Miała dwoje dzieci, chłopców Młodsze umierało. Spojrzała badawczo na starszego syna. Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się. Był zawstydzony, zmieszany. Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę, potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.
Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.
Miłość
Chłopczyk był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym. – Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama. – Bardzo, odpowiedział chłopiec, a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy. – A co najbardziej?, dopytywała się. – Królewna, odpowiedział chłopiec. Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił – Mamo, chcę jeszcze raz do teatru – pójdziemy?, zapytał z nadzieją. – Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki. – Mamo, proszę… powtarzał, przeciągając słowa, – błagam… Mama pozostawała jednak przy swoim. Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię. Zgodziła się. – Tylko nic nie mów mamie. – To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk. Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer. Poszli do teatru lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki. Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie do domu był jak nieobecny, rozkojarzony. Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru. Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się. W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru, chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę. – Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził? Co się stało? Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka. – Może się przestraszył, powiedziała do mamy. – Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca. Chłopiec nie chciał tam iść. Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę ją odsunęła. – Nic tu nie ma, powiedziała, – lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki. – Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła kotarę. Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.
W październikowym słońcu Strunę ciała ogrzewa Mruga powieką drżącą długą od płotu do drzewa po szczytach traw żółknących po rękach i policzkach raz nas dzieli, raz łączy serdeczna, złota nitka
Teatr
Pięknie się bawi jesień światłem Zamienia się miejscami z cieniem bo dla jesieni to jest łatwe Co roku na tej samej scenie Akt pierwszy mgły, w drugim natchnienie, w trzecim powszechne zaziębienie Czwarty zaklęty Wszystkich Świętych Między aktami aspiryna i różne smutki że dzień krótki I co? – i…zima już na scenie Akt…. Boże Narodzenie
Spacer
On z głową opuszczoną Jej opadły ramiona Idą wolno nad rzeką Raz on milczy, raz ona Przed nimi pies daleko wypłoszył z trawy ptaka Dzikie wino w dyskretnej czerwieni na krzakach zaskoczone przedwczesnym nadejściem jesieni splątane z żółtym chmielem wonnym jak melisa jak nietoperz w kościele, nad wodą tak zwisa Przepraszam. Wybacz… Wybaczysz ? Co? Ty płaczesz? Nie płaczę Coś mi wpadło do oka Poczekaj zobaczę…
W jesiennych kolorach
W jesiennych kolorach wypatrzył ją z daleka… Była piękna także z bliska… Chyba czekał na nią zawsze. Szła przed siebie spokojna nie przeczuwając miłości… Nie słyszała jego ‘ach, ja panią’… Nie widziała jak leciał na nią… I że razem byli tak krótko… I że upadł na ziemię cichutko… Nie wiedziała, że chciał z nią iść… Nie wiedziała, że to był liść.
Czekanie
Noc się kładzie bezsenna Rosa siada na źdźbła Pośród nocy i rosy cicha, jesienna mgła Noc się snuje po mieście w czarnym płaszczu i spodniach grzecznie prosi do domu ostatniego przechodnia Sprawdza okna, te jasne Gasi światła stroskana Prosi: zaśnij, – Nie zasnę Będę czekać do rana
Dary
Pełne serca choć jesień Las, śpiew ptaków w lesie Życie wszelkich stworzeń, Od Ciebie Panie Boże Słońce o zachodzie Morze nasze morze Muzykę organową na trzcinach w jeziorze Godziny teraźniejsze Wieczór, noc, poranek New York Central Station i wiejski przystanek Wszystko od Ciebie mamy Panie Boże Wszechmocny i geniusz największy i z bramy stróż nocny
Jesiennej zmianie czasu mówimy stanowcze nie
Miłość była do jesieni punktualna Ale w nocy czas się zmienił Femme fatalna nie zdążyła I tej nocy już nie była I kolejnej też nie przyszła wniosek: czas się zmienił prysła…
Wycieczka ceprów z Ciechanowa do Zakopanego
Jedźcie w drogę pokłonić się halom Złota jesień w górach jest krótka Podziękujcie jesiennym góralom dobrym słowem i w złotych dutkach Za ich ,,łącką” pod złote grzybki Za oscypki Za bundz, za rydze A rycerzom co śpią pod krzyżem? Niech im będzie do nieba bliżej A tym cieniom na Pęksowym Brzysku? Niech im będzie ziemia lekka wszystkim A strumieniom a potokom bystrym? Niech się lekko do morza płynie Niech spotkają gdzieś w wodach Wisły czystą, dobrą, łagodną Łydynię…
Zdjęcie znalezione na Facebooku, które stało się inspiracją wiersza
Caffe Cuba
Wpada tutaj czasami liść jesienny lub wietrzyk przypadkowy przechodzień co to chce się przewietrzyć A dziewczyna z lokami zakręcona jak walczyk, która z liściem jesiennym chciała sobie potańczyć jeszcze nie jeszcze nie niekoniecznie Ale w końcu się uda Będzie cud w Caffe Cuba i zatańczy bo przyjdzie maj ciepły, zdrowy, zielony wyczekany, szczepiony Boże, daj, Boże daj taki maj
Jesienna dieta
Na sercowe nostalgie Noce denne, dni senne Na samotne wieczory i dnie Co się je? Czy ktoś wie? Na choroby jesienne Na płakanie nie sienne Może płatki owsiane Może siemię się lniane je Czy ktoś wie? Bo ja nie… By jesienią ocaleć możesz też nie jeść wcale ,,kochaj, rób coś nie bądź gałganem” * By nie szczeznąć jesiennie tak jak ogień las kochaj płomiennie Odpoczywaj i z sercem rób wszystko I pamiętaj do wiosny już blisko
cyt. T. Kotarbiński
Wiatr się pracy nie boi
Jesienią ma złotą robotę, pracuje dla jubilera W parku nad rzeką zbiera klonowe liście złote A szef zaciera ręce Zachęca, więcej więcej Srebrne topoli liście Na księżycowe kolczyki Jarzębinę i oczywiście kasztany na gniade koniki Wiatr wieje mocniej jeszcze i stara się jak może Żeby zdążyć przed deszczem bo po deszczu jest gorzej
Polski wrzesień
Jak jest już po wakacjach, Zaczęła się szkoła a nieśmiały wrzesień trochę się rumieni Nitki babiego lata plączą się dookoła To Gai pewne znaki początku jesieni Na polach pod stopami trzeszczą ryże rżyska W kalendarzu są daty że nikomu nie życzę Łęty po ziemniakach dymią się w ogniskach To jest polskiego września prawdziwe oblicze
Trzech braci
Trzech braci czyni jesień pierwszy brat cichy Wrzesień, na polach ,łąkach , w lesie, zaplata nitki a potem wymienia klonom w kantorze sierpniowe zielone na złote
Po nim przychodzi zmiennik pan poeta Październik , Kochany, z wiatrem niesie tę polską złotą jesień (tym co chcieliby inną też złotą ale unijną) A potem brat Listopad cmentarze,mgły i słota i choć byś chciał, nie zmienisz to już koniec jesieni
Z pamiętnika jesiennej dziewczyny
Wrzesień przez miesiąc był wierny Odszedł… Przyszedł Październik.. Świt późniejszy, zmierzch śmielszy Ręce takie chłodne… Ponad cztery tygodnie złotem liści mamił welon z mgły mi zakładał A w końcu zostawił Potem był Listopad Bardzo smutny chłopak Odszedł zimny jak szkło …z taką jedną …Mgłą
Kto Wam lecieć każe żeby listopad spędzać w dusznym Zanzibarze Wybierzcie listopad w Polsce Ze wszech miar wybór słuszny Praktycznie wszystkie dni chłodne tylko jeden Zaduszny
Plądruję książki starożytnych Na wzór sępa polującego na gęsi W pośpiechu intelektualnej zachłanności Wkładam głowę intruza w te dzieła I pogrążam się w ich ciemności Spieram się w różnych kwestiach z Arystotelesem Nie potrafię rozróżnić promieni świetlnych od cieplnych Szkoda że nie mogę podjąć sporu z uczonym Zadałabym ważne pytanie CZYM JEST ŚMIERĆ? Czy to aby nie abstrakcja? Nawet myślenie umiera szybciej
Z tomiku Boska Matryca 2016, wydanego po śmierci męża
Odejdę późną jesienią Stanę w boskiej bramie Wiem jeszcze daleko bo szaleją słowa Dziwne i powabne kwarki tańczą we mnie Jeszcze napiszę sto listów Stawać będę na głowie jak sobie radzić Może poprzestawiam atomy i wrócę do własnego szkicu Aż wypluję wszystkie słowa Choć zamienisz mnie w kwarki Wiem że żyć będę
1. w sierpniu 80-tego roku w polsce nie byłem; jako ówczesny student spędzałem wakacje pracując (głównie na saksach) tym razem w austrii, we wiedniu; tematem tamtego lata była początkowo olimpiada w moskwie, no i jej bojkot przez USA i wiele innych krajów z powodu sowieckiej interwencji w afganistanie; pod koniec lipca zaczęły docierać na zachód informacje o strajkach w centralnej polsce, które władze nazywały eufemistycznie “przerwami w pracy”; jako powód podawano postulaty polepszenia zaopatrzenia i natury finansowej; ciekawe, ale sprawa zaczęła się polityzować dopiero od momentu, jak kozakiewicz skoczył po złoto i pokazał swój słynny “gest”; tak więc, moim zdaniem, to jego właśnie powinno się uważać za ojca “sierpniowej rewolucji”.
2. koczowałem wtedy w namiocie na kahlenbergu, w tym miejscu, gdzie stała przed atakiem husaria sobieskiego patrz: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Wiedniem, a w namiocie obok mieszkali… turcy z samowarem i telewizorem!! w ogóle nacji na tym polu namiotowym była chyba setka, cale bałkany, pół zamojszczyzny i prawie cały białystok a w ciągu dwóch miesięcy zdarzyło się, jak pamiętam, tylko jedno mordobicie i parę,zresztą drobnych, kradzieży; był to zresztą raczej obóz robotniczy niż biwak
o świcie spływali wszyscy w dolinę dunaju do pracy, by powrócić dopiero przed zmrokiem; na lewo i prawo winnice, grinzing, a w dole miasto, na progu bezkresnej zdałoby się równiny panońskiej. (c.d.n.)
***
Pociąg do butelki
Tegoroczny Ig Nobel z biologii został przyznany po trzydziestu latach od publikacji nagrodzonych badań – to kolejny krok zbliżania się tej rozrywkowej nagrody do jej poważnego odpowiednika. W zeszłym roku laureatem Nagrody Nobla był wszak fizyk uhonorowany wcześniej właśnie jej parodią. W tym roku zaś nagroda z biologii została przyznana za obserwacje, które potwierdzają inne obserwacje, z jak najbardziej poważnej części biologii ewolucyjnej. Biologiczny Ig Nobel został przyznany Darrylowi Gwynne’owi i Davidowi Rentzowi za „stwierdzenie, że pewne gatunki chrząszczy kopulują z pewnymi gatunkami butelek” (w języku angielskim jest tu jeszcze gra słów „beetle-bottle”). Brzmi zabawnie, bo taki jest cel tej imprezy, ale w gruncie rzeczy stwierdzenie, że samce pewnego gatunku chrząszczy bogatkowatych próbują kopulować z odpowiednio wyglądającymi tworami nieożywionymi, jest poważną obserwacją naukową. Może nie obserwacją zasługującą na prawdziwego Nobla, ale z powodzeniem mogącą trafić nie tylko na łamy kolorowych pism, ale i do podręczników. Obserwacja na Nobla nie zasługuje właśnie nie dlatego, że jest bardzo niezwykła, ale w pewnym sensie – trywialna. To, że w przyrodzie osobniki różnych gatunków traktują inne organizmy albo i obiekty nieożywione jak przedstawicieli własnego gatunku, jest całkiem częste. Czasem relacje psów i ludzi trywializuje się stwierdzeniami, że pies traktuje człowieka jak członka własnego stada, czyli psa, a człowiek traktuje psa jak dziecko, czyli człowieka. Czasem pisklę, wychowane przez osobnika innego gatunku, po dojrzeniu zaleca się do przedstawiciela gatunku właśnie swojej matki zastępczej (nawet jeśli jej rolę pełnił człowiek czy – są znane takie przypadki – żółw). Zalecając się jednak, zachowuje gesty własnego gatunku, które przez to zwykle nie zostają właściwie zrozumiane. W takim wypadku popęd seksualny nie zostanie zaspokojony, ale są też sytuacje, gdy brak wspólnej płaszczyzny komunikacyjnej prowadzi do śmierci, gdy jedna ze stron nie rozumie gestu kapitulacji (np. odsłonięcia brzucha przez psa). Są jednak sytuacje, gdy mylnie skierowany popęd płciowy zostaje zaspokojony. U płazów występuje zapłodnienie zewnętrzne, a do spełnienia wystarcza pseudokopulacja, po której obie strony wypuszczają gamety, które robią swoje już w środowisku zewnętrznym (stąd u naszych żab dość częsta jest hybrydyzacja międzygatunkowa). Z tego powodu nagminne jest obłapianie samic jednego gatunku żab czy ropuch, przez samce innego gatunku. Nierzadkie jest wzajemne obłapianie się samców różnych gatunków (zwykle mniejszego przez większego), a zdarza się i obłapianie kamieni. O tym, aby samce płazów obściskiwały butelki nie słyszałem, ale nie wykluczam takiej możliwości. Wystarczy, aby te butelki przypominały ich samice w odpowiednim stopniu. Odpowiednim dla percepcji żabich samców. Percepcja samców pewnych owadów pozwala im na rozpoznanie samic dzięki zapachowi i wzorkom na plecach. Zwykle to wystarcza do właściwej identyfikacji, ale ponad 100 gatunków storczyków w toku ewolucji wykształciło kwiaty, których fragment wygląda i pachnie jak samica danego gatunku osy czy mrówki. Samiec lokalizuje taką udawaną samicę, kopuluje z nią (tzn. tak mu się wydaje), a na narządzie kopulacyjnym przenosi pyłek na kolejną atrapę. W tym kontekście fakt, że znalazł się gatunek chrząszcza, dla którego samców kawałek szkła o odpowiedniej barwie (koniecznie brązowej, zielona nie jest atrakcyjna), krzywiźnie i fakturze (guzki służące tyleż ozdobie, ile zapobieganiu wyślizgnięciu butelki z ręki piwosza) okazał się wierną imitacją samicy, nie powinien zaskakiwać. Nie patrzmy jednak z pobłażaniem na percepcję chrząszczy. Ostatecznie pornografia jest też tylko imitacją. Człowieka podniecić może ciąg śladów zostawionych na papierze przez ołówek albo odpowiedni układ pikseli. Zwłaszcza, kiedy ten układ przypomina kształt od pewnej butelki. Oczywiście, preferencje ludzi, obojga płci, są bardziej skomplikowane niż niż samców Julodimorpha bakewelli, więc mimo pewnych statystycznych trendów, atrakcyjne dla nich mogą być różnorodne butelki. Piotr Panek
No, dobrze. Idźmy śladem języka. Jeśli zaobserwował prawidłowo, to związek jest, tylko nieznany nauce. Jasne, że najlepiej takiego wyśmiać, głośno, żeby wrócił na bezpieczne tory znanego i już w głębokich annałach nauki zapisanego.
@byk Owszem, ma to swój zabawny wymiar. Niestety, jest też wymiar niewesoły. W artykule tylko to zarysowano, ale w wywiadach autorzy zaznaczali, że takie pomyłki dla samców często były tragiczne. W koewolucji kwiatów storczyków i samców błonkówek, którą wspomniałem, samce te (pseudo)kopulują z jednym kwiatem, drugim, ale prędzej, czy później trafiają na samicę. Tymczasem w tym przypadku samce spędzały na butelkach dużo czasu. Autorzy opowiadają, że w zasadzie nie schodziły z nich, chyba że ściągnięto je przemocą. W tym czasie ich narządy kopulacyjne były obiektem ataku mrówek, tak że znajdowano też martwe samce obok butelek, zjadane przez mrówki. Być może brak odpowiedniego otworu do kopulacji tak wydłużał ten marnowany czas. Tak więc butelki te nie tylko są po prostu nieestetycznymi śmieciami, ale – przynajmniej w jakimś stopniu – pułapkami.
@merunka: wiem, wiem, śmiech zabroniony. (wyjątek z listy proskrypcyjnej 1981/10/polska/europa: czeczot, krauze ,mleczko). jak ktoś dokona ciekawego odkrycia należy natychmiast paść na kolana a śledząc wzrokiem pełnym psiej wierności pański palec, wzdychać cicho: cuda, cuda, ogłaszają… p.s. dla wyjaśnienia, czyli co poeta miał na myśli, fakt opisany przez @panka był mi już z prasy fachowej znany; uradowała mnie forma podejścia do tematu!
@panek: w moim wypadku wyważa pan otwarte drzwi; jestem fenomenologiem; bylem nawet na paru wykładach profesora imielińskiego. miech nie był tam zabroniony, a nawet, tuszę się spostponować, konieczny. salute!
die kinder des neuen jahrtausends gehen in den digitalen kindergarten
in der schule erwartet sie die weiße tafel des displays und kein fehler wird mit der schwamm weggewischt
vollkommen vernetzt werden sie das erwachsenenleben erreichen die sanfte aber bestimmte stimme – sie haben post – wird sie aufwecken in den zeiten der leuchtenden wände und über den himmel marschierenden zahlen
gestern surfte ich im internet und fand einen verlassenen sandkasten
da lagen noch die schaufel und der eimer und die virtuellen blätter fielen von den virtuelen bäumen
ich hörte das summen des rechners er scheint mit der zukunft zufrieden zu sein.
11/11
Tibor Jagielski: po wypiciu wina z cjankali Krügerowie niemal całkowicie wymarli
na zachodzie bez zmian;
w berlinie i brandenburgii zapanowało znaczne ożywienie administracyjne; wygląda na to, że produkcja tesli dawno by ruszyła, gdy nie jaszczurki zamieszkujące nadal (a raczej znowu, bo uciekły z miejsca gdzie je przeniesiono rok temu i wróciły na teren fabryki, pomimo wielu przeszkód naturalnych i sztucznych) terytorium, gdzie dają czadu od co najmniej paru tysięcy lat; tusk, pardon, musk śmiał się w ub. sobotę po pachy z sądownictwa niemieckiego – nie z nim takie numery! a cała załoga stała na baczność jak nie przymierzając na apelu w magnitogorsku; to będzie, zaprawdę powiadam wam, pierwsza na świecie fabryka z terrarium, otwarta dla wszystkich, ale cholernie droga, a na bilety czekać będziemy musieli latami; angela, die seidene kanzlerin, będzie żyła pewnie jeszcze kopę lat, wiec swojego pupilka w biedzie nie opuści; dopiero cov-69 dopadnie ją, już podeszłą w wieku, podczas spotkania z tuskiem, pardon, muskiem (z okazji jego kolejnej wyprawy z marsa na ziemię w celu inspekcji czy wszystko w kolonii imperium marsjańskiego jest ok i czy poddani są z cesarza zadowoleni) w alpach austryjackich, podczas śniadania, przy barze z piwem w ischgl, a na dodatek w tym samym momencie nastąpi zaćmienie słońca i wszyscy, ale to wszyscy, którzy dożyją tej chwili, będą głośno płakali; (c.d.n)
voll der äpfel der runden speicher der sonnenenergie und keiner gleicht den anderen manche haben rotbäckchen die in der hand lachen bis es kritzelt zwischen den fingern
ein tag voll von stillen sonnentropfen gesammelt ausgebreitet wie gedichte eines buches genannt wink des himmels
Do, 25. Okt 2018
______________________
hinter dem fliess
sturm brachte die kraniche fort jetzt warten die pelzigen quitten um gepflückt zu werden bist du bereit? fragt winter
za strumieniem
burza przegnała żurawie czas zrywać pokryte puchem pigwy czy jesteś gotowy? pyta zima
2011/10/15
abecadło happytalizmu
b – jak bobrobyt funkcja: bobrobyt określa świadomość pojecie: struktura happytalizmu (patrz: h -jak happytalizm) przypomina swoim hermetyzmem żeremie; tam mieszka jej jelita (patrz: j – jak jelita), tak zwane/i udacznice/y (patrz: u – jak udacznica/nik); hasło: bobrze! odzew: zawsze bobrze!
p – jak polski hydraulik ktoś, kto tanio naprawi kran i zagra przy tym na fujarce; w nieśmiertelnych ogrodniczkach, otoczony flotyllą śrubokrętów, niewidoczny, ale wszędzie obecny; inaczej mówiąc taka niewierna, ale bezdzietna, funkcjonująca 24/7 krzyżówka gliny (patrz: g – jak glina) z kopciuszkiem (patrz: k – jak kopciuszek), która znika, jeśli się pstryknie
berlin, 2015 —————————————————————————
Einem Goetheforscher des XIX Jahrhunderts gelang es, ein altes Mütterchen im Elsaß, das noch Friederike von Sesenheim (eig. Brion) gekannt hatte, zu ermitteln. Er suchte die Betagte auf und ließ diese von der schönen Muse des damals zwanzigjärigen Dichters erzählen.
“Riekchen war so ein herziges Kind”, erinnerte sich die Greisin, “jeder im Dorf hatte sie gern.”
“Na, und Goethe?” fragte der Forscher.
“Ah ja, der Goethe, richtig der Goethe”, sagte die Alte, “das war ein Student, der mit unserem Riekchien ging. Wir glaubten alle, es würde ein Paar aus den beiden. Aber eines Tages war er auf und davon, und kein Mensch hat je wieder etwas von ihm gehört.”
______________________________________________
wiadomosci z nie ostatniej chwili ————————————- rok 1877: panika na marsie. na wieść, ze giovanni schiapperelli odkrył kanały na ich planecie, marsjanie wpadają w panikę; jako wyznawcy szatana wiedzą doskonale, iż pozostało im już niewiele czasu na niecnotę, rozpustę i życie w grzechu; prezydentopremiera beelzebuba ogłasza ambitny, ale w ostateczności nieskuteczny, planetarny plan zamaskowania infrastruktury
epilog: rok 2047 telewizja trwam otwiera podwoje na czerwonej planecie. szczecin, lipiec 2010
W jednym z pozagrobowych parków, uroczyście Zamiecionym skrzydłami bezsennych aniołów, W cieniu drzew, co po ziemskich dziedziczą swe liście Pożółkłe i zbyteczne, — z duszą, niby ołów, Ciężką, chociaż pozbytą życia nędz i lichot, Na ławie marmurowej wysmukły Don Kichot Siedzi, dumając nad tem, że dumać nie warto, I pośmiertnem spojrzeniem, co nie sięga dalej, Niźli dłoń rozmodlona, obrzuca głąb alej, Gdzie ślad życia na piasku starannie zatarto.
Bóg darmo dłoń ku niemu wyciąga z pobliża, Ażeby go powołać na wspólne biesiady We mgle, którą anioły, czyniąc znaki krzyża, Rozpraszają dla gościa. Gość niezłomnie blady Usuwa się i stroni i w pozgonnej ciszy Udaje, że nie widzi nic i nic nie słyszy.
Niegdyś skrzydła wiatraków sen, posłuszny wiośnie, Złocił mu w groźne miecze rycerskich orszaków, A dzisiaj w dłoniach Boga, podanych miłośnie, Widzi zdradliwe skrzydła ułudnych wiatraków, I — nieufny — uśmiechem szyderczym przesłania Możliwość nowych błędów, snów i opętania.
I nie postrzega nawet, jak nagle — bezszmerny Anioł do stóp mu składa purpurową różę, Przesłaną od Madonny na znak, że w lazurze Pamięta o rycerzu, który był jej wierny. Lecz on, niegdyś na ziemi istny wzór rycerza, Znieważając wysłańca i dawczynię daru, Odwraca twarz od róży, bo już nie dowierza Kwiatom, które posądza o przebiegłość czaru. Biały anioł się schyla nad niewiary jeńcem I, całując go w czoło, przytłumionym głosem Szepcze: „To także od Niej!”… I nagłym rumieńcem Zapłoniony odlata. A rycerz ukosem W ślad jego napowietrzny nieufnie spoziera I zachwiany w niewierze raz jeszcze umiera Ową śmiercią, co wszelkim pocałunkom wzbrania Budzić takich umarłych i w dniu zmartwychwstania!