Wiersz & Reblog na 11 listopada 2022

Anna Dobrzyńska

póki my

na skrzydłach sławy płyniemy po niebie
płócienne mundury, chodaki nosimy
nad rzeką cudem piszemy jak było
w głębokim lesie, w dole zaśniemy
w lodowych soplach ostrzymy kosy
w kolejkach piszemy swoje nazwiska
w zuchwałych miastach ciskamy granaty
nadzieję i przeszłość chowamy w walizkach

***

Aru Dziennik niecodzienny

Las Rzeczy

skarpety polskie

Kilka dni temu, w którejś ze stacji radiowych usłyszałem wyrecytowany przez Marka Kondrata wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera Patryota. Wiersz znałem, ale całkiem o nim zapomniałem. Trudno uwierzyć w to, że Tetmajer opublikował go w 1898 roku, może poza językiem, każdy jego fragment odnosi się przecież do rzeczywistości A.D. 2022. Niesamowite i przerażające jest to, że w tym narodzie kompletnie nic się nie zmieniło i niestety jakoś kompletnie w to nie wierzę, żeby jakaś przemiana mogła nastąpić. Poniżej jego rockowa interpretacja, a pod nią oryginalny tekst.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

W zdro­wym cie­le zdro­wa du­sza!
Hoc! Hoc! Hop­sa! tyl­ko śmia­ło!
Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła!
Co się sta­ło, to się sta­ło!
Jak Bóg da, to od­bie­rze­wa!
Hu­laj du­sza bez kon­tu­sza!
Kto nie z nami, to ho­ło­ta!
Huha! Vi­vat »pa­trio­ta«!

Ro­zum, wie­dza, ta­lent, pra­ca
U nas, brat­ku, nie po­pła­ca!
Po­stęp i cy­wi­li­za­cja
W kąt gdzie wcho­dzi do gry na­cja!
I »gu­anem« wnet do­sta­nie
Kto nie z nami, mo­cium pa­nie.
Bo jest jed­na tyl­ko cno­ta,
Byś był, wa­sze, »pa­trio­ta«!
Mo­żesz kpem być i cym­ba­łem,
Mo­żesz du­reń być siar­czy­sty:
By­leś z mocą i za­pa­łem
Kraj mi­ło­wał ma­cie­rzy­sty!
Co się sta­ło, od­stać może!
Jed­no, dru­gie, trze­cie mo­rze...

Huha! Hop­sa! Każ­dą nową
Myśl wi­ta­my krzy­żem pań­skim —
Precz z ge­niu­szem Eu­ro­py
Far­ma­zoń­skim i sza­tań­skim!
My o jed­no tyl­ko szle­my
Mo­dły k’ nie­bu z na­szej cha­ty:
By nam buty mo­gły śmier­dzieć,
Jak śmier­dzia­ły przed stu laty...

Gdzieś tam ja­kiś Fran­cuz wściekł się —
Bęc! Już ster­czy na in­dek­sie!
Oj­ciec świę­ty sie­dzi w Rzy­mie,
Na ple­ba­nii ksiądz Wa­len­ty —
Wara, chłyst­ku, mi tu wno­sić
Swo­je »ludz­kie do­ku­men­ty«!
Lon­dyn, Ber­lin i War­sza­wa
Niech ci krzy­czy: sła­wa! sła­wa!
Cho­ciaż wiem, jak ci za­le­ży,
Abyś u mnie był przy­ję­ty,
Ja ci domu nie otwo­rzę,
Nie dla ta­kiej on ho­ło­ty!
U mnie w du­szy cno­ta leży —
Vi­vat skrom­ność »pa­trio­ty«!

Hoc ha! Hop­sa! Byle zdro­wo,
Zdro­wa du­sza — zdro­we cia­ło!
Nie­chaj śmier­dzi, jak śmier­dzia­ło,
Byle tyl­ko na­ro­do­wo!
Wolę pol­skie ..... w polu,
Niż fioł­ki w Ne­apo­lu!
Swoj­sko, pol­sko, po na­sze­mu,
Hoc! Hoc! Hop­sa! Tak, jak wte­dy
Gdy nas na­przód tłu­kły Szwe­dy,
Po­tem Niem­cy i Mo­ska­le —
Hoc! Hoc! Hop­sa! Do­sko­na­le!
Po swo­je­mu! Po sta­re­mu!
Le­piej do­stać w łeb w kon­tu­szu,
Niż we fra­ku na­trzeć uszu!
Nie­chaj żyje sta­ra cno­ta!
Daj nam da­lej ki­snąć Boże!
Jed­no, dru­gie, trze­cie mo­rze —
Vi­vat »pra­wy pa­trio­ta«!...

„ein herrlicher tag für bananenfische“ & Lesehaiku

Johanna Rubinroth

meine mutter lackierte sich gerade die nägel. das telefon klingelte. sie stand auf, und seufzte auf dem weg zum telefon: „ach, ich kann das nicht so wie sie, das telefon klingeln lassen, wenn ich mir die nägel lackiere, ich lasse mich stören, und hebe ab“. nach ihrem gespräch, fragte ich: 

–       mama, wen meinst du? 

–       ach, du weisst doch.

–       nein, ich erinnere mich nicht.

–       doch, doch du kennst sie.

–       deine freundin britta?

–       nein! 

–       deine schwester? 

–       nein!

ich nannte noch weitere 5 frauen, die sich die nägel lackieren.

–       mama, ich kenne keine frau, die das telefon klingeln lässt!

–       doch, doch du kennst sie. 

sie meinte muriel, aus salingers „ein herrlicher tag für bananenfische“. 

***

Rysunki z sieci. Dziękujemy.

Pewnego dnia

Anna Dobrzyńska

              Pewnego dnia...

         Odejdą na zawsze, znikną w przeszłości                     Kłopoty, problemy, mozoły, trudności
         Szczęścia dziecięce, beztroski młodości                      Życie wypełnią  miarą zwykłości
         Zatopią się cicho, na dnie zapomnienia                       Samotne dni szare, rozbite marzenia
         Dłonie otwarte i ufne spojrzenia                                    Zbudują dom nowy, bez powrócenia

        Zła wola, egoizm – jak mur, nieskruszone                   Stopnieją jak wiosną śniegi bielone
        W serc ludzkich zagoszczą, świata ogromie                Okruchy miłości, z nieba rzucone
        Spłyną zwyczajnie, bez szmeru, rozgłosu                    Radości, zabawy wspólnego czasu
        Łzy bezradności, zamętu, chaosu                                   Odejdą bez reszty, bez wspomnień zarysu


Wiersz można czytać zwrotkami lub linijkami  

A mogłoby być tak pięknie

Teresa Rudolf

Wojna, strach, zdziwienie 

Świat okrętem
na groźnym 
oceanie,
Titanic 
naszego
wieku.

Dokąd
płyniemy,
...po co 
 właśnie tam, 
a dokąd...
i tak nie wiemy.

Świat zagubiony,
zastraszony, 
zdziwiony,
czekający,
na pomoc,
a od kogo?

Skoro 
znęca
się sam
nad sobą,
nasz ludzki Świat
Sado-Masochista!

...a mogłoby być
tak pięknie...

bo świat, 
to nie 
tylko
my,
tacy
lub
tacy...

Spójrz sobie w oczy

A mnie się marzy
dużo więcej ciszy,
delikatności 
wokół..

Spójrz sobie w oczy, 
co widzisz?
Posłuchaj siebie,
co słyszysz?

A mnie się marzą
słowa jasne, trafne,
dźwięczące 
dobrocią.

Spójrz w myśli swoje,
co widzisz?
Posłuchaj serca,
co czujesz?

A mnie się marzy,
by tam w środku
w każdym,
we mnie,
w tobie,
było po 
prostu 
OK.

Stadt Land Fluss

Masha Pryven

Liebe alle,

ich lade euch zu unserer Fotoausstellung Stadt Land Fluss.

Das gemeinsame Thema der Ausstellung ist das Land, das Territorium und der Raum, wo sich das Politische, Soziale und Private abspielt. In meiner Arbeit Sehe Was Ich Sehe zeige ich die Fotos der Ukrainer:innen, die mir ihre Handybilder seit dem Anfang des Krieges anfingen zu schicken und die ich bis heute sammle. Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits – die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Ukraine, Mai, 2022 / (c) Sergij Grychenyuk_Masha Pryven

I am kindly inviting you to our exhibition Stadt Land Fluss (old children’s game: Categories). The theme of land and territory is what the four photo series have in common. 

In my work See What I See  I am showing photos of Ukrainians who at the beginning of the war started sending me their photos taken with phones and which I later started collecting. I am treating these photos as a contemporary photo archive and as a form of war photography without objectification.

Eröffnung: 27. Oktober, ab 17 Uhr
Wo: GlogauAir Gallery,  Glogauer Str. 16, Kreuzberg

Herzlich, Masha

***

Hier noch persönlicher Text von Masha Pryven zur Ausstellung Stadt Land Fluss

SEHE WAS ICH SEHE

Am 24. Februar 2022 wurde die Ukraine erneut angegriffen. Sofort bildeten wir ein sporadisches, diffuses, globales Netzwerk aus Ukrainer:innen, um humanitäre und militärische Hilfe zu leisten. Im Zuge dessen fingen die Menschen auf der Flucht an, mir ihre Handybilder zu schicken, die ich mit der Zeit begann, gezielt zu sammeln.

Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits — die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Die Telegram-Nachrichten, die diese Fotos begleiten, sind die schriftlichen Zeugenberichte dieses Krieges.
***
Fotobücher machen
Sonja Deppisch im Gespräch mit den Fotografinnen Karin Kutter und Masha Pryven sowie der Verlegerin Regelindis Westphal.
Bei Kaffee und Kuchen

Prawda – wiersze i rysunki (1)

Tibor Jagielski



Pytało babci pewne dziecię:
„Czemuż zła tyle na tym świecie?
Czemu cukierków ciągle mało,
A na podwórku w mordę walą,
I czy to prawda ustalona,
Że świat to sprawka Pana Boga?”

Odpowie babcia rezolutna:
„Ach dziecię, prawda jest okrutna,
Więc za bezczelność twą, potworze,
Na grochu będziesz klęczeć worze.”


Bożenka tak bawiła kotka,
Aż dała ducha ta istotka.

Dostała od tatusia w pupę,
Bo kotek wart był forsy kupę.
Raz przypomniała sobie piękna pani Hanka,
Że przed miesiącem skryła w szafie swej kochanka.

Więc zbladła szepcząc: „A to pech,
Na śmietnik pewnie teraz futra me.”

Jesienny tryptyk

Teresa Rudolf

Zaklęte koło 

Jesień maluje grubym
pędzlem pola, lasy,
a cieniutkim liście...

Słońce jak skoczek 
pokazując się wszędzie,
rozświetla przestrzenie.

Powietrze niesie zapach
mchu, wilgotnych szyszek,
suchych igieł, opadłych liści.

Natura rozkłada skrzydła
znów nad odchodzeniem, 
czuć podniosłość chwili...

...to przyroda, kolejny 
już raz zatoczy koło.
Niewinność 

W bieli chmur roztańczona,
niewinność myśli unosi
się lekko nade mną.

Patrzę na błękit nieba,
na złoto promieni słońca,
na jeszcze soczystą zieleń.

Błogie rozleniwienie
otula mnie cieniutkim, 
jesiennym płaszczem.

Czuję się 
kryształowo
czysta... 
jak źródlana 
woda,
tryskająca
mą dobrocią.
Ty tak, ale nie Ty

Serce moje;
drzwi otwarte
dla Ciebie, także
i dla Ciebie...

i dla Ciebie też!

Skrobnięcie ciche
paznokciem 
wystarczy, takie
ledwie słyszalne,

jestem, dla Ciebie...

Ale Ty, tak Ty,
nie wal mi pięściami, 
nie wiś już na dzwonku,
nie rozwalaj mi drzwi,

słyszysz? rozumiesz?

...nie wstawiaj mi nogi
między drzwi, by wejść 
znów z brudnymi 
buciorami,
w samo
serce...

Fioletowe myśli

Teresa Rudolf

Wierność 

Zamykała okna, 
też i drzwi,
zaklejała 
dziurki 
od kluczy.

Zatykała uszy, 
zamykała oczy,
oby tylko 
nie wpuścić
smutku,

tego

siedzącego
na wycieraczce,
...jak Lassie
wierny pies, 
który wraca...
Przeminęło z wiatrem

Kwiat samotny,
wolnokwitnący,
zadziwiony
swą planetką.

Czy są jakieś
inne kwiaty?

Koloru jak ja,
a może barwy
kamiennej...
bo ja wiem?

Czują też wiatr,
smak deszczu?

Jestem sam,
byłem zawsze?
ile mam czasu?
kim jestem?

Czy jest coś
oprócz mnie?

Oprócz insektów, 
ciepła, zimna
kamieni, nieba,
oglądania świata?

...z silnym wiatrem
uleciał fioletowo,
w szarą, jesienną 
nicość...

Jom Kipur

Inspiratorką tego wpisu jest Anna Dobrzyńska

Współautor(k)ami są Motty Steinmetz, Henryk Grynberg, Ewa Maria Slaska i Mareike Winnemuth

Anna napisała:

Ewo, przesyłam Ci rysunek, który narysowałam, zainspirowana utworem Mottiego Steinmetza:

Anna daje mi ten rysunek do dyspozycji. Mogę go umieścić, kiedy chcę. Wybieram dzisiejszy dzień. Dziś wigilia żydowskiego święta Wybaczenia, ale jako antopolożka kultury wiem: to starożytne święto lęku przed demonami. W końcu sam Jahwe, zanim stał się abstrakcyjnym bogiem Jedynym i Tym, Którego Imienia Się Nie Wymawia, też był takim właśnie górskim demonem. Demony mogą zrobić z nami wszystko i dlatego należy im się od nas bezwzględne posłuszeństwo, pokora, pokuta. Dlatego Jom Kippur to dzień zgrozy. Holokaust też tu przynależy. Zgroza życia.


Ponad 10 lat temu niemiecka dziennikarka, Meike Winnemuth, spędziła Yom Kippur w Tel Avivie. Myślała, że będzie to przeżycie podobne do tego, kiedy jako turysta spędzasz na przykład święto kwitnącej wiśni w Japonii – przybysz z innego świata może świętować razem z tubylcami. A tymczasem…

Ulice puste, sklepy zamknięte, restauracje nieczynne, puste plaże – to piątkowe popołudnie w przededniu najważniejszego święta żydowskiego było ciche jak cichy jest pierwszy śnieg. Jakby ktoś wyłączył cały świat i opakował go w watę. Cicho.

W dniu Jom Kippur Izrael wstrzymuje oddech. Nawet ci, którzy głoszą, że są areligini, poszczą przez 25 godzin, nawet łyka wody nie wolno wypić. Nie jeżdą pociągi i autobusy. W telewizji specjalny program, po to, żeby był jakiś program. Dzień Spokoju i Żałoby, który zaraz się zacznie, jak tylko zajdzie słońce. Same zakazy. Nie wolno uprawiać seksu, nie wolno nosić skórzanego obuwia, trzeba włożyć białe ubrania. Dzień, który wszyscy spędzą w synagodze…


Przetłumaczyłam tę piosenkę Motty’ego Steinmetza.

To było krótko po straszliwym Holokauście.

Spokojnie szedł sobie ulicami Jerozolimy
Maggid Shiur Reb Chaim, który właśnie dokończył Daf Chayomi.
Jego serce było radosne, bo za dwa dni
miał dokończy shas z pomocą jednego z nich.

I nagle zobaczył go w mroku, taki był smutny,
mężczyzna ze sklepiku na ulicy Hillela
Mówił z trudem.
Rebe, nazywam się Jankiel Broch,
czy mogę Ci zadać pytanie.

Rebe spojrzał na niego i zobaczył ból w jego oczach.
Czy przyszedłeś stamtąd?
Tak, Rebe, przyszedłem stamtąd.
Chcę Ci zadać krótkie pytanie.
Ale najpierw powiem Ci, dlaczego pytam.

Nazwano mnie Jankiel Hakones.
Pamiętam dawne wspomnienia.
I mnie pamiętają ci, co przeszli przez Buchenwald.
Urodziłem się w roku 1930.
Byłem synem rabiego Szlomi i jego żony, Gitel z Szadiku.
Niech Pan pozwoli pomścić ich krew.

Codziennie chodziłem do chederu.
Smutny i przygnębiony, bo niestety
serce było zatrzaśnięte i nie rozumiałem ani słowa
Rabi nas uczył, ale dla mnie nauka to był jeden wstyd.
Tata i mama płakali ze wstydu.

Pewnego dnia siedziałem w milczeniu
gdy tata powiedział, głuptasie, lecz powiem ci,
że przyjdzie dzień a zrozumiesz.

Odwiązał czerwony sznurek z sakiewki
i pokazał mi złotą monetę.
Dostaniesz je, gdy nauczysz się gemary na pamięć.

Od tego dnia uczyłem się każdego wieczora
po powrocie z chedaru.
Mama i tata już świątecznie ubrani
na przywitanie szabasu
czekali aż nauczę się słów na ten wieczór.

A ja codziennie uczyłem się na pamięć dwóch linijek.
Marząc o sakiewce pełnej złotych monet.

Aż pewnego wieczora, nigdy tego nie zapomnę,
wszedłem do taty, wiedząc, że wiem.
Zamknąłem oczy i wyrecytowałem wszystko,
a głos miałem donośny i czysty.

A gdy otworzyłem oczy, tata i mama płakali
jak jeszcze nigdy w życiu.
I wtedy, nagle, straszliwie, niebo pociemniało
i całe nasze miasteczko, Szadik, 
zostało wygnane, tego jednego dnia gniewu.

Tato, mamo, och, wciąż płaczę,
byłem chłopcem, i zastało mi tylko to słowo.
Pociągi wiozły nas po szynach śmierci
przez cały kraj.

Kiedy czasem myślałem, że może się nie udać,
szeptałem do siebie te linijki.
Które wtedy im powiedziałem z zamkniętymi oczami.
A cały Buchenwald mówił o mnie Jankiel Hakones.

Przyjechałem do Jerozolimy,
siadywałem w pokoiku za sklepem
i myślałem, że może nauczę się jeszcze czegoś.
Ale byłem sam, nie było mamy i taty.
Więc kto miał mieć dla mnie czas i wsparcie?
Dla mnie, słabego na umyśle?

Miałem tylko tę kartkę,
kartkę z dzieciństwa.
Każdego wieczora, po dniu ciężkiej pracy,
zamykam oczy i, tak jakbym znowu był w naszym miasteczki
jakbym był w domu
powtarzam z pamięci słowo po słowie.

Powiedz mi teraz, Reb Chaim,
Czy mogę, tylko przez dwa dni,
być z wami w gronie tych, którzy...

Bo powtarzałem to już dwa tysiące siedem razy
choć może nie tak jak trzeba

Och, tak, Jankielu, tak Jankielu,
jaka piękna jest twa mowa i twa historia, 
Umówmy się, ja wezmę to, co ty mówisz.
Ty powiedz to, co ja mam powiedzieć.

Bo piękna jest twa historia.
Teraz już na pewno dokończę nowej sza.
A ty już zawsze będziesz znał gemarę.
Chodź Jankielu, chodźmy do szkoły.

To jest tak, jakbyś był w Szadiku,
a z tobą mama i tata,
ci, których wrzucono do ognia.

Zmówimy za nich kadisz.
Zabijałeś się każdego dnia
więc poczuj się, jakbyś już tam był,
tam gdzie są  Mosze, i Chaim, i Awram, i Chana

I teraz będziemy razem śpiewać.

Przy okazji układania tego wpisu znalazłam chyba podobny wiersz Henryka Grynberga, zatytułowany

Między życiem a śmiercią
(Holokaust)

Dziadka w pobożnej jarmułce z babką w czepku cnotliwym
rozebrałeś do naga przed chamem
a gdy o pomoc wołali cyklon B im do gardła wsypałeś
a drugiemu dziadkowi entuzjazm wiary miłości nadziei
odpłaciłeś zhańbieniem najlepszej z chasydzkich córek
a gdy biegł jej na pomoc zastrzeliłeś go ręką chama
a drugiej babce jak Chamie kazałeś
patrzeć na śmierć wszystkich dzieci i świata
całego jaki miała
zanim jej pozwoliłeś by sama się położyła do grobu
a ojca mi zarąbałeś chamską siekierą w tył głowy
żeby się nie mógł obronić
a brata półtorarocznego znalazłeś
bo miał znak Twojego Przymierza (zgodnie z Twym
Przykazaniem)
nie oszczędziłeś nawet ojczyma który (wbrew Twojej woli)
z ognia getta cyklonu treblinki między oczodołami przeszedł aż
do kalifornijskiego sklepiku
gdzie bandyta strzelał a Tyś kule nosił
tylko matce przysłałeś legalnie wyrok swój przez lekarza
żeby rok w celi śmierci
bez odwołania czekała
i żebym mógł się napatrzeć na swoją własną bezradność
piękna Twoja muzyka wieniawskiego i perelmana
i wspaniałe Twoje kolory każdego kwietnia i maja
wszędzie gdzie zarzyna się dusze
ale nie dziw się że mi wszystko jedno
jakim zarżniesz mnie nożem i kiedy
bo choćbym żył wiecznie nie zdążę
opowiedzieć

[Henryk Grynberg, Rodowód, z tomu „Wśród nieobecnych”, Londyn 1983]

Sławomir Żurek* pisze o tym wierszu, że Choć Żydzi nadal pozostają w opozycji do
otaczającego świata, to pozbawieni zostają przychylności Boga. (…) poeta postępuje dalej – Bóg jest nie tylko zaangażowany emocjonalnie po stronie oprawców, ale także jest uczestnikiem wszystkich zbrodni.

* Obyczaje – Magazyn Międzynarodowy 2002, nr 9-10, s. 8-11.