Nasz człowiek w Australii (nawet kilku): Góra Kościuszki

Lech Milewski

Artur Rubinstein w swojej książce My many years wspomina, jak podczas pobytu w stolicy Australii, Canberze (rok 1937), zauważył plakat zachęcający do wycieczek w okolicach Góry Kościuszki. Wieczorem tego samego dnia był na przyjęciu u gubernatora Australii i opowiedział o swoim miłym zaskoczeniu.
Gubernator wybuchnął śmiechem – więc i pan dał się na to nabrać!
– No co nabrać?
– Na te mylące aborygeńskie nazwy.
– Ależ proszę pana, tutaj nie może być wątpliwości. Kościuszko, to może być tylko polskie nazwisko.
– Ha, ha, ha. Wszyscy tak mówią. Nie ma pan pojęcia, jakie podstępne są te aborygeńskie języki.

Trzeba oddać gubernatorowi sprawiedliwość, że następnego dnia, po koncercie, pospieszył do garderoby artysty.
– Miał pan rację. Tę górę nazwał tak jakiś polski podróżnik a ja znowu zrobiłem z siebie durnia.

Uwaga: powyższy tekst to nie jest cytat tylko moje wspomnienie czytanej dawno temu książki.

Jakiś polski podróżnik…

st

Paweł Edmund Strzelecki urodził się w 1797 roku w Głuszynie – zabór pruski – obecnie dzielnica Poznania. Uczęszczał prawdopodobnie do szkoły Pijarów, a następnie kształcił się w akademii rolniczej.
Przez dwa lata pracował jako nauczyciel w majątku Adama Turno, a gdy otrzymał swoją część spadku po rodzicach, wyruszył w podróż do Austrii i Włoch. Tam spotkał księcia Franciszka Sapiehę, na którym zrobił tak dobre wrażenie, że ten zatrudnił go jako zarzadcę swojego majątku na Ukrainie, w okolicach Mohylewa.

Franciszek Sapieha zmarł w 1829 roku i zapisał Strzeleckiemu bardzo duży spadek. Wkrótce potem Strzelecki opuścił Polskę.
Jakiś czas przebywał w Paryżu, gdzie studiował geologię, a następnie, w listopadzie 1831 roku, przybył do Anglii. Prawdopodobnie legitymował się paszportem pruskim jako Edmund von Strzelecki.
W Londynie nawiązał kontakty w wyższych sferach.

W 1834 roku wyruszył w podróż dookoła świata. Najpierw odwiedził Kanadę, gdzie prowadził badania geologiczne i odkrył pokłady żelaza i miedzi. Następnie powędrował na południe, do Brazylii, a stamtąd do Urugwaju, Argentyny, Chile i wreszcie, po odwiedzeniu wielu wysp Pacyfiku, w kwietniu 1839 roku dotarł do Sydney.
Został przyjęty przez George’a Gippsa, gubernatora kolonii Nowa Południowa Walia (Australia jako państwo jeszcze nie istniała), który zachęcał go prowadzenia badań geologicznych i obiecał uczestniczyć w kosztach wypraw badawczych.
Podczas pierwszej wyprawy, na zachód od Sydney, odkrył ślady złota. W listach do przyjaciół pisał, że na prośbę gubernatora nie podał tego faktu do wiadomości publicznej gdyż gubernator obawiał się napływu awanturników z całego świata.

Następna, dłuższa wyprawa, wiodła w kierunku południowo zachodnim. W marcu 1840 roku dotarł do masywu gór i zidentyfikował najwyższą z nich.

Mt Kosciuszko

Najwyższą z nich?

Może pomocny będzie wpis z dziennika podróży:

Szczyt… uderzył mnie swoim podobieństwem do kopca, który mieszkańcy Krakowa usypali na grobie patrioty Kościuszki, więc chociaż w obcym kraju, na obcej ziemi, ale wśród ludzi wolnych i miłujących wolność, nie mogłem się powstrzymać, aby jej nie nadać nazwy Mount Kosciuszko.

Góra podobna do kopca. No to chyba musi być ta najniższa…

Mt Kosciuszko

Może to zbliżenie rozwieje wątpliwości.

Mt Kosciuszko

Po zejściu z gór wyprawa kontynuowała wędrówkę dalej, na południowy wschód i dotarła do pagórkowatych i żyznych terenów, którym Strzelecki, na cześć gubernatora Gippsa, nadał nazwę Gippsland – KLIK.
Przeprawa przez Gippsland okazała się niespodziewanie trudna. Niezwykle gęsty busz i nieustanny deszcz utrudniały podróż i uniemożliwiały rozpalenie ognia. Z pomocą przyszli miejscowi Aborygeni, którzy nauczyli podróżników jeść surowe mięso koali.
W połowie maja Strzelecki dotarł do Melbourne, gdzie opublikował opis i mapę Gippslandu, co zachęciło wiele osób do przeniesienia się w tamte strony.

Następny etap to Tasmania. Strzelecki został bardzo dobrze przyjęty przez gubernatora – Johna Franklina – lepiej znanego jako badacz polarny – KLIK. Franklin zlecił mu badania geologiczne i analizę pracy istniejących kopalń węgla. Strzelecki spędził na Tasmanii ponad dwa lata.

Do Londynu wrócił w październiku 1843 roku. Ulokował swoje oszczędności w państwowej kasie, co mu zapewniło 400 funtów rocznego dochodu.
Następne dwa lata spędził na opracowywaniu i publikacji wyników swoich badań, za co otrzymał złoty medal Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.
W listopadzie 1845 roku otrzymał obywatelstwo brytyjskie.

W latach 1845-51 Irlandię nawiedziła klęska głodu – KLIK. Paweł Edmund Strzelecki zgłosił się do pracy w Brytyjskim Towarzystwie Pomocy, które wysłało go do Irlandii. Wkrótce mianowano go kierownikiem generalnej agencji Towarzystwa w Dublinie.
Pracę w Dublinie zakończył w 1848 roku i został za nią odznaczony orderem Łaźni (Order of the Bath). Został również powołany przez izbę lordów jako rzeczoznawca w sprawach Irlandii.
Za swoją dwuletnią działalność w Irlandii nie przyjął żadnego wynagrodzenia.

Nie zerwał kontaktów z Australią. Współpracował z Australian Agricultural Company. Opracował dla niej plany irygacji. W marcu 1853 roku został wybrany prezesem filii tej kompanii (stanowisko płatne).
Również w roku 1853 otrzymał tytuł honorowego członka Royal Geographical Society.

W czerwcu 1856 roku, w końcowej fazie Wojny Krymskiej, Strzelecki został wysłany na statku na Morze Czarne, prawdopodobnie z tajną misją zleconą przez premiera Wielkiej Brytanii, lorda Palmerstona, który był z nim zaprzyjaźniony.

W czerwcu 1869 roku otrzymał z rąk królowej Wiktorii tytuł szlachecki (Sir) oraz order św Michała i św Jerzego – KLIK.
Zmarł 6 października 1873 roku. W testamencie zastrzegł, aby na jego grobie nie stawiać żadnego pomnika ani kamienia nagrobkowego. Ostatecznie postawiono tam płytę z napisem “Paul Edmund de Strzelecki died October 6th 1873“.
W 1997 roku metalową trumnę ze zwłokami Strzeleckiego ekshumowano i przeniesiono na Wzgórze św Wojciecha w Poznaniu – KLIK.

Dwa lata temu odsłonięto w Dublinie tablicę upamiętniającą działalność Pawła Edmunda Strzeleckiego w Irlandii.

P.E. Strzelecki

Góra Kościuszki.

Jaka jest, pokazują opublikowane zdjęcia. Wysokość 2,228 m. Bardzo łatwe dojście. Schody zaczynają się dopiero po zejściu.

Wikipedia – KLIK – wspomina, że podczas określania wysokości góry popełniono pomyłkę, wyższa okazała się sąsiednia góra o nazwie Mt Townsend. Chcąc uhonorować intencje Strzeleckiego – nazwanie najwyższej góry Australii Górą Kościuszki – w 1892 roku nazwy gór zamieniono.
Nie wspomina się tylko, kto popełnił tę pomyłkę.
Chyba nie Paweł Edmund Strzelecki, gdyż szczyt góry Mt Townsend nie przypomina Kopca Kościuszki. Pomyłkę popełnili chyba australiscy geodeci w 1870 roku.

Kolejna sprawa to nazwa góry. Paweł Edmund Strzelecki nazwał ją Mt Kosciuszko. Prawdopodobnie wspomniani powyżej geodeci, mając trudności z przeliterowaniem nazwy, zmienili ją na Mt Kosciusko. Organizacje polonijne w Australii doprowadziły w 1997 roku do przywrócenia poprzedniej nazwy.
Praktycznie nie ma to wielkiego znaczenia, gdyż Australijczycy wymawiają tę nazwę Koziasko. A nazwisko odkrywcy – Strezleki.
Ledwie poprawiono nazwę, a już zaczęła się kolejna afera.
Burmistrz położonej niedaleko Mt Kosciuszko miejscowości Tumbarumba – KLIK – zakwestionował europejską nazwę góry i zaproponował, aby nadać jej aborygeńską nazwę.
Inicjatywa zyskała poparcie politycznie poprawnych aktywistów. Lokalni Aborygeni niezbyt interesowali się tą sprawą, gdyż w ich tradycji góra ta nie miała żadnego znaczenia i nigdy nie została przez nich nazwana.
Po kilku latach i protestach organizacji polonijnych i ambasady polskiej sprawa ucichła.
Na marginesie muszę stwierdzić, że nazwa Tumbarumba wyjątkowo mi się podoba.

Górę Kościuszki odwiedziłem dwa razy.
W roku 1984, niecały rok po przybyciu do Australii, podczas pierwszego urlopu.
Dojechaliśmy samochodem do Charlotte Pass, a stamtąd czekało nas około sześciu kilometrów spaceru do podnóża “kopca”. Szeroka, kamienista droga, po której krążą samochody służb parku narodowego. Samo wejście na kopiec również szeroką drogą…

Kopiec Kosciuszki

… która dopiero pod samym wierzchołkiem zamienia się w ścieżkę.

Za drugim razem, w 2013 roku, wybrałem ciekawszą trasę. Wyciągiem narciarskim z Thredbo a następnie 6,5 kilometra ścieżką prowadzącą przez malowniczy płaskowyż.

Thredbo

Droga

Droga

To była połowa lutego, lato w pełni, ale pogoda na szczycie jak w Himalajach.

Kontrowersje na temat Strzeleckiego.

Są liczne.
Pierwsza z nich to zapis Franciszka Sapiehy i interwencja syna księcia.
Druga – romans z Adyną Turno, córką Adama Turno. Sprawę rozdmuchała w Polsce Narcyza Żmichowska – KLIK, zarzucając Strzeleckiemu niedobre intencje. Nieco łagodniej oceniał to ojciec Adyny: “…niewdzięcznik Strzelecki (…) dałem co mogłem, na koniec piękny zegarek, a ten łaydak mą córkę bałamucił, wyjechał przecież. Życzę mu wszystkiego dobrego tylko nie powrotu do nas“.
Strzelecki i Adyna Turno korespondowali regularnie przez dziesiątki lat. Tuż po odkyciu Mt Kosciuszko Strzelecki opisał jej to wydarzenie w liście i załączył stokrotkę zerwaną w okolicach szczytu. Spotkali się jeszcze dwa razy, ale doszli do wniosku, że ich drogi życiowe prowadzą w innych kierunkach (Źródła 4).
Trzecia – kiedyś spotkałem Australijkę, która spojrzała na mnie ze smutkiem – przykro mi, ale ja czytałam tyle złych rzeczy o Strzeleckim. Te złe rzeczy to: bezprawne używanie tytułu hrabiowskiego (Count), brak formalnych kwalifikacji geologicznych i geodezyjnych, tupet, przywłaszczanie osiągnięć innych osób. Źródłem informacji była książka Australijki, Helen Heney – In a dark glass. Okolicznościowy artykuł Helen Heney – źródła 5.
Czwarta – testament, w którym zapisał prawie cały majątek swemu zarządcy finansowemu. Żyjący w Polsce brat, Piotr, zakwestionował ten zapis i uzyskał pewien sukces – KLIK.

Trwałe ślady pobytu Pawła Edmunda Strzeleckiego w Australii.

Są nimi nazwy pasma gór w Gippsland – Strzelecki Ranges – i nazwa pustyni Strzelecki Desert. Widocznym śladem jest pomnik Strzeleckiego w miejscowości Jindabyne, u stóp Mt Kosciuszko.

Strzelecki

Dotykalnym, a raczej napijalnym, śladem jest piwo…

PiwoPiwo

Smacznego!

Źródła:
1. Wikipedia – hasła Strzelecki, Mt Kościuszko.
2. Strona działającej w Australii polskiej organizacji Kościuszko Inc – KLIK 
3. Strona Bumerang Polski – wpis okolicznościowy – KLIK
4. Strona Puls Polonii – who was Adyna Turno – KLIK
5. Helen Heney – Australian Dictionary of Biography – KLIK
6. Australian Geographic – artykuł okolicznościowy – KLIK

Dacany

Andrzej Rejman

Aga Kaniewska, która prowadzi piękny blog i działalność społeczną między innymi w rejonie Zabajkala (Syberia Wschodnia)

https://agakaniewska.wordpress.com/fotografie/

zwróciła moją uwagę na zdjęcie autorstwa Stanisława Hrebnickiego, przedstawiające jeden z dacanów* w Buriacji.

Zdjęcie nie jest podpisane, ale szybko znaleźliśmy obecne zdjęcie tego dacana – jest to dacan Tamczyński, (Гусиноозёрский-Тамчинский дацан), znajdujący się w rejonie Jeziora Gęsiego.

Dacan Tamczyński – fot 1913 St. Hrebnicki

Dacan Tamczyński – lipiec 2017, fot Aldar Badmaev

Aga Kaniewska zamieszcza też na swym blogu piękne zdjęcia wsi Tarbagataj (wsi staroobrzędowców), oraz okolicznych krajobrazów.

Poniżej ten rejon w fotografii z przed ponad wieku:

__________________

*Dacan – termin oznaczający buddyjskie uczelnie-klasztory w tybetańskiej tradycji Gelugpy (jedna z głównych szkół buddyzmu tybetańskiego, do której należy m.in. Dalajlama) położone w Rosji, szczególnie w Syberii Wschodniej. Z zasady, dacan posiada wydział filozoficzny oraz medyczny. Przed XX w. dacany istniały tylko w Buriacji i na Zabajkalu.

Reblog: Polak na wakacjach

Zimno, deszcz, wiatr, mgła, szare niebo, chmury, katar… Albo natychmiast spakujemy manatki i uciekniemy na Wyspy Zaczarowane, albo przynajmniej sobie poczytajmy, jak było, jak będzie, i jak mogło by nie być, gdyby nie było, jak jest… Zreblogowałam z National Geographic, tylko zdjęcie dałam od siebie, bo… Bo tam było tak cudownie, cicho, czysto, ciepło, ale nie za zimno i nie za gorąco, pusto. A tu plucha.

7  grzechów głównych Polaków na wakacjach 

Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Zabieranie jedzenia na zapas ze stołówek… Polak w podróży nierzadko bywa irytujący, bezczelny, trudny we współpracy. Tyle że nie jesteśmy jedyni; każdy naród na świecie potrafi wyliczyć podobny zestaw swoich wakacyjnych przewin.

Obśmiać go nietrudno, bo obiekt to wdzięczny. Michał Rusinek nawet kilka limeryków poświęcił karykaturalnym opisom wypoczywających nad modrym Jadranem Polaków. Jeden zaczynał się tak: „Polak robi w Czarnogórze/ dziś wrażenie bardzo duże:/ Nosi zawsze – dumny cały –/ i skarpetki, i sandały”.

Kiedy o największy grzech Polaków na wakacjach pytam na Facebooku, pod postem w kilka godzin zbiera się ponad 150 komentarzy. Lista zarzutów, którą odtwarzam na podstawie tej dyskusji oraz wieloletnich rozmów z przyjaciółmi i zwykłych życiowych obserwacji, jest naprawdę długa. Są na niej i skarpetki do sandałów, i obsesyjne przeliczanie cen, i nadużywanie alkoholu.

Najczęstsze jednak przewiny rodaków są chyba cztery: śmiecenie, głośne zachowanie (wrzaski, głośne rozmowy, jak i puszczanie własnej muzyki na plaży czy kempingu), narzekanie (a nawet, jak napisał mój znajomy: „ Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Że drogo. Że tandetnie. Że brudno. Że za czysto. Że soku nie ma.  Że herbaty nie ma. Że kawa gorzka. Że słodka. Że obsługa słaba. Że ludzie dziwnie grzeczni. Że wszędzie ci głupi Polacy. Że Rosjanie. Że Niemcy. Że jest inaczej”) i kombinowanie, czy raczej nadużywanie reguł. To ostatnie może polegać na zabieraniu jedzenia na zapas ze stołówek czy obżeraniu się przy szwedzkim stole, ale też na obsesji dojechania wszędzie własnym autem, mimo tabliczek i zakazów.

 Nad oceanem w Portugalii

Poważny zarzut to też chamstwo, niekiedy ocierające się o rasizm i nacjonalizm. Pokrzykiwanie na kelnerów, kąśliwe uwagi o miejscowych, zwłaszcza jeśli ich kolor skóry jest ciemniejszy od nadwiślańskiego różu, i protekcjonalizm. Ten szczególnie daje znać o sobie na wschód od Bugu. W „naszym Lwowie”, „naszym Wilnie”, a już tym bardziej „u Kacapów”, na uświęconej męczeńską krwią „naszych zesłańców” Syberii gość z Polski często nie przebiera w słowach. Wszystkich napotkanych ludzi ma albo za głupków, albo za oszustów, a najczęściej za jednych i drugich jednocześnie. Kobiety dodatkowo – za łatwe i puszczalskie, szczególnie wtedy, gdy są odporne na jego wątpliwe wdzięki. Lista grzechów jest długa.


Siedem grzechów głównych

Chciwością można nazwać to 1. wieczne przeliczanie wszystkiego na złotówki (czy aby u nas nie taniej?), meldowanie dwóch osób w apartamencie, a po wyjściu właściciela ściąganie do niego kolejnych pięciu, oraz słynne już wrzucanie much do talerza, żeby nie płacić za obiad.

Nieczystość to oczywiście 2. śmiecenie i wszystkie pokrewne zbrodnie, jak niesortowanie śmieci czy buchanie ludziom na kempingu, albo plaży, spalinami z rury wydechowej. Pod zawiść da się podciągnąć 3. narzekanie i krytykanctwo. W duchu: mają ci Grecy co prawda błękitne, ciepłe morze i gaje oliwne, ale o herbatę z cytryną na śniadanie u nich trudno. Albo: ładny niby ten Paryż, i złocenia, i łuki, i witraże, ale cóż z tego, skoro psy po chodnikach srają, a w metrze śmierdzi. W naszym, warszawskim, jest czyściej i żadnych bezdomnych!

4. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to wiadomo. Tutaj wpadają wszystkie autokarowe popijawy, masowo oblegane sklepy wolnocłowe na lotniskach, pięć porcji whisky wychylonych na pokładzie samolotu, a nawet własna wódka konsumowana w apartamentach od Cypru po Wyspy Kanaryjskie. No i oczywiście stosy na talerzach w wypadku szwedzkiego stołu, a nawet przekazywanie sobie potajemnie na koniec turnusu sprytnie zdejmowanych opasek „all inclusive”.

5. Gniew to „Nieustanny wkurw. Na pogodę, dzieci, kelnera, sąsiada”, ale też „wrzask, wrzask, wrzask”, który zdaniem jednego z dyskutujących pod moim postem kolegów bierze się „z braku możliwości/umiejętności odreagowania stresów w ciągu roku”.

A ostatnia na liście 6. gnuśność? Też ma swoje odpowiedniki w wakacyjno-podróżniczych praktykach Polaków. Tutaj mamy przede wszystkim brak znajomości języków obcych i brak jakiejkolwiek chęci zmiany tego stanu rzeczy. Dowcip o piłce do metalu znamy chyba wszyscy, a i każdy pewnie nie raz widział rodaka starannie, po polsku, tłumaczącego coś zdziwionemu Tajowi czy Łotyszce, z narastającą irytacją, że głupek ten ich nie rozumie. Z tą nieznajomością języków łączyć się może zamiłowanie do wczasów zorganizowanych. Wiadomo, że jak ktoś nie zna ani słowa w obcych językach, nie będzie mu się chciało organizować wakacji samemu, dogadywać się w sprawie transportu, noclegu i jedzenia.

Jest jednak jedno, za to wielkie „ale”. Co bieglejszy w naukach Kościoła czytelnik pewnie zauważył, że pominęłam grzech pierwszy i najważniejszy, a mianowicie pychę. Największym grzechem Polaków na wakacjach jest 7. naśmiewanie się z innych Polaków. Wszyscy uwielbiamy rozprawiać o tym, jacy to Polacy hałaśliwi, jak koczują przy swoich samochodach z disco polo na full włączonym, jak puszki po piwie i opakowania po chipsach wszędzie rozrzucają, jacy zamknięci na obce kultury, jacy aroganccy dla obsługi i jacy roszczeniowi.

Można ich bronić: że jedzenie wynoszą, bo nie mają pieniędzy, by żywić się na mieście, że języków nie znają, bo w PRL-u nie uczyli. Ale przyjemniej przecież rozprawiać o tym, że Polacy źle ubrani, że mało obyci w świecie i prawidłowo wymówić macchiato nie umieją. No bo pamiętać o tym, że wielu Polaków wciąż po prostu nie stać na żadne wakacje, na których mogliby sobie pogrzeszyć, jakoś głupio.


O tym naśmiewaniu się opowiada spektakl Pogarda wyreżyserowany przez Wiktora Rubina i zrealizowany przez Kantor Downtown Collective. Zaczyna się od filmiku przedstawiającego obleśnego, wąsatego typa na wakacjach, „Polaczka” jak ta lala, wypisz wymaluj jak z moich opisów kilka akapitów wyżej. A potem przywołuje teksty pełne pogardy, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich kilku lat przez polskie media. Konstrukcja spektaklu opiera się na prostej dychotomii: poczucia wyższości i właśnie pogardy.

Pogardzamy, bo czujemy się lepsi. Albo przynajmniej chcielibyśmy tak się czuć. Obleśny typ, który na początku widzów Pogardy tak śmieszy i brzydzi, nie jest realnym bytem, a utkanym z tych wszystkich od lat obecnych w naszej
kulturze wątków i wyobrażeń o nas samych i o innych. To w stworzonym z nich, spaczonym obrazie tak lubimy się przeglądać. Tak, lubimy czuć się lepsi. Turystyka, szczególnie turystyka niszowa, jest jedną ze strategii odróżniania się od innych, kreowania własnego wizerunku, na użytek własny i swoich w siatce społecznej.

Ponieważ coraz trudniej zrobić w czasie wakacji coś, czego nie robią inni, pomysły na turystykę niszową stają się coraz bardziej ekstrawaganckie. Już nie wystarczy gdzieś pojechać autostopem, trzeba iść na piechotę, z psem, z dwumiesięcznym dzieckiem, tyłem, na czworakach. Na pięknej plaży każdy głupi był, to samo w zwykłych górach, jeździ się więc do obozów zagłady i łagrów albo podróżuje, odwiedzając kolejne slumsy, miejsca, o których świat zapomniał (dark tourism). No i krytykuje tych wszystkich normalsów, dla których idealne wakacje to hotel z basenem plus cztery posiłki podane pod nos.

Anna Horolets, socjolożka, która od lat bada turystykę i turystów, zwracając szczególną uwagę na te wszystkie subtelne gry prestiżów, w jakie podróżowanie jest uwikłane, zwraca uwagę na charakterystyczne dla klas średnich „szukanie turysty gorszego od siebie”.

Jej zdaniem to nawet nie jest nasza, narodowa, polska cecha, a cecha turystyki jako takiej. Właśnie dlatego, że coraz trudniej być samemu na wakacjach, przeszkadzają inni turyści. Człowiek się obawia, że upodobni się do nich, a przecież miał był inny, lepszy, bardziej wyjątkowy.

Tak, nie da się ukryć, zostawianie śmieci w lesie czy na plaży jest złe, podobnie jak darcie się na ulicy, a tym bardziej w muzeum, czy chamskie odzywki do kelnerów, niezależnie od tego, czy tamci je rozumieją, czy nie. Nie ma co jednak – oburzając się tymi nagannymi zachowaniami – nakręcać oikofobii, strachu przed swoimi, jak bardzo inni byśmy się od nich nie czuli. Miło jest czuć się lepszym i fajniejszym niż przeciętny Kowalski. Ale czy naprawdę pan w skarpetach do sandałów lub pani wypoczywająca na turnusie all inclusive samym swoim istnieniem zrobili komuś coś złego?

Nieprzekonanym polecam rozmowę o największych grzechach angielskich turystów z Anglikiem albo o największych grzechach rumuńskich turystów z Rumunem. Gwarantuję, że usłyszycie mniej więcej to samo, o czym przeczytaliście w tym tekście.

Ludwika Włodek

Barataria 40 Teneryfa / Teneriffa

Tekst / Text: +/- Wikipedia

Teneriffa (span. Tenerife) ist die größte der Kanarischen Inseln und gehört zu Spanien. Die Insel ist 83,3 Kilometer lang, bis zu 53,9 Kilometer (Ost-West-Ausdehnung) breit und hat eine Fläche von 2034,38 Quadratkilometern. Sie ist mit etwa 888.000 Einwohnern die bevölkerungsreichste Insel Spaniens. Die Hauptstadt ist Santa Cruz de Tenerife. Die Einheimischen werden Tinerfeños genannt.

Teneriffa ist eine Vulkaninsel. Sie gehört – wie alle Kanarischen Inseln – topografisch zu Afrika, liegt 288 Kilometer vor der Küste Marokkos und der Westsahara und ist 1.274 Kilometer von der Südküste des spanischen Mutterlandes entfernt. Teneriffa und die benachbarte Insel Gran Canaria werden aufgrund verschiedener Landschaftsformen und mehrerer dort auftretender Klimazonen oft als Miniatur-Kontinent bezeichnet (Schon vor ein paar Wochen behauptete ich, dass die Fantasy-Territorien eigentlich immer eine interessant gebaute Insel sind – Anm. d.Red. EMS).

Einer Legende nach, ist Teneriffa die Überreste der verlorenen Atlantis. Bei dem spanischen Schriftsteller Miguel de Unamuno ist sie die Barataria von Cervantes! Natürlich ist es metaphorisch gemeint, aber dies ist eben das, was mich fasziniert – das Leben der Metapher.

Teneryfa – należąca do Hiszpanii wyspa na Oceanie Atlantyckim, u północno-zachodnich wybrzeży Afryki, zaliczana do Makaronezji. Jest największą i najludniejszą wyspą w archipelagu Wysp Kanaryjskich i najludniejszą wyspą hiszpańską. Teneryfa, choć geograficznie leży w północnej Afryce, jest integralną częścią Hiszpanii i Unii Europejskiej. Obowiązującą na wyspie walutą jest euro, a językiem urzędowym język hiszpański.

Santa Cruz de Tenerife jest największym miastem na wyspie i zarazem jej stolicą oraz prowincji Santa Cruz de Tenerife. Jest też, wspólnie z Las Palmas de Gran Canaria, stolicą autonomii Wysp Kanaryjskich.

Teneryfa oraz sąsiednia wyspa Gran Canaria jest często nazywana kontynentem w miniaturze ze względu na kilka typów krajobrazu i kilka stref klimatycznych na nich występujących (Nie będę się przechwalać, ale już kilka tygodni temu twierdziłam, że to właśnie takie wyspy o interesującej budowie geograficznej są pierwowzorem wszystkich terenów z opowieści fantasy – EMS). Na Teneryfie znajdują się dwa obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO: wulkan Teide, który jest parkiem narodowym, oraz zabytkowe miasto La Laguna.

Legenda głosi, że Teneryfa jest pozostałością zaginionej Atlantydy. Hiszpański pisarz Miguel de Unamuno widzi w niej i Atlantydę, i Baratarię!!! Oczywiście to metafora, ale w tym serialu to właśnie najbardziej mnie fascynuje – długie i szczęśliwe życie metafor!

Fotos/y: Anne Schmidt

Trzeba pisać o Rosji

Andrzej Rejman

Okruchy Rosji

Trzeba pisać o Rosji. Trzeba badać Rosję i starać się ją zrozumieć. Zainspirował mnie m.in. Lech Milewski swoimi wpisami “Wśród przyjaciół Moskali”. A także Agnieszka Kaniewska swoim pięknym blogiem “Słowa i Obrazy” https://agakaniewska.wordpress.com.

Rosję jako taką (chodzi o obecny teren Federacji Rosyjskiej) znam mało. Byłem tam właściwie tylko kilka razy przejazdem i to dawno, jeszcze za czasów Leonida Breżniewa.

W 1981 roku pojechałem jako student warszawskiej SGGW na Międzynarodowy Obóz Pracy do Armenii.

Z moskiewskiego lotniska Szeremietiewo, gdzie wylądowaliśmy lecąc z Warszawy, trzeba było przejechać na Domodiedowo, lotnisko lokalne znajdujące się na drugim krańcu miasta.

Na grupy takie jak nasza czekały wysłużone, ale pojemne ciężarówki do przewozu osób, spełniające rolę autobusów. Był to z pewnością przejazd półlegalny, ciężarówka wyglądała na pożyczoną z jakiejś budowy, a kierowca zachowywał się nieco nerwowo, gdy mijaliśmy posterunki GAI (Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspekcja) na obwodnicy Moskwy.

Na lotnisku Domodiedowo zdążyłem przed odlotem zjeść olbrzymi, chyba największy jaki widziałem, kotlet schabowy, większy od talerza, na którym spoczywał.

W Erewaniu (dzisiejszy Erywań – czemu ta zmiana nazwy?) po wyjściu z samolotu odurzyły nas suche, bardzo ciepłe fale powietrza…

Armenia to nie Rosja, jednak wszystkie kraje pod kontrolą Rosji Sowieckiej miały wiele wspólnego.

Podczas pobytu w Armenii i pracy w Zakładach Melioracyjnych i Produkcji Rur w Erewaniu, oddalonych kilkanaście kilometrów od granicy tureckiej, skąd góra Ararat wydawała się najpotężniejszą górą świata – doświadczyliśmy wielu sytuacji typowych dla cudzoziemców przebywających wtedy w ZSRR.

Miejsca zgrupowania nie można było opuszczać bez opieki ormiańskiego “przewodnika”, który z pewnością był funkcjonariuszem odpowiednich służb.

Z akademika, gdzie mieszkaliśmy, wychodziliśmy więc przez okno, żeby samemu poznać życie nocne miasta. Gdy podczas jednej z takich eskapad zgubiłem portfel, w którym były dokumenty i pieniądze, zwrócono mi go po dwóch godzinach w obecności oficerów lokalnego KGB, którzy przyjechali nieoznakowanym samochodem. Oficerów ugościliśmy polską wódką.

Był to okres już po Sierpniu 1980. Byliśmy już odważni – postanowiliśmy więc zastrajkować! Powód? Brak ubrań roboczych.

Po ogłoszeniu strajku przez grupę studentów z Polski w breżniewowskiej Armenii nastąpiła delikatnie mówiąc panika wśród władz zakładu i partii. Nowiutkie ubrania robocze dostarczono natychmiast.

Potrzebę zrozumienia i dalszego poznawania Rosji odziedziczyłem pewnie po mojej mamie, która urodziła się w Petersburgu i spędziła tam kilka pierwszych lat swojego życia. Jej rodzice, a moi dziadkowie pobrali się w Moskwie jeszcze przed rewolucją 1917 roku.

Babcia uwielbiała Lermontowa, Jesienina, malarstwo Ajwazowskiego i Szyszkina.

Wyciągam z szuflady kilka notesów, zdjęcia i ryciny.

Babcia przepisywała ulubione wiersze poetów rosyjskich do zeszytów lektur. Kolekcjonowała wycinki z prasy rosyjskiej – znajduję oryginalne kartki z Artystyczno-Pedagicznego Żurnala – (Художественно-педагогический журнал) z 1914 roku – dobry, błyszczący papier, dobrze zachowany przez te ponad sto lat.

Są to reprodukcje dwóch obrazów A.I.Kuindżi * zatytułowane: “Na Wyspie Wałaam” i “Ukraińska Noc”.

Archip Kuindżi malował przede wszystkim pejzaże, utrzymane w duchu romantycznym. W swoich obrazach ukazywał sposób wpływania światła na rzeczywistość – wg niego gra światła była w stanie zmienić każde, nawet najmniej interesujące miejsce, w obiekt wart uwiecznienia na płótnie.

Mimo czarno-białej reprodukcji, widać wyraźnie piękną grę świateł na obu pejzażach.

Przy okazji czytam, że wyspa Wałaam należy do archipelagu wysp Wałaamskich i leży na Jeziorze Ładoga. Archipelag należy do Karelii, republiki autonomicznej, mającej obszar połowy Polski.

Na koniec tego odcinka kilka pocztówek z lat 1903-1907 ze zbiorów rodzinnych.

Moskwa, Płac Łubiański 1903
Plac Łubiański (ros. Лубянская площадь) – plac w centrum Moskwy. Znany przede wszystkim z budynku stanowiącego od 1917 siedzibę służb specjalnych (obecnie FSB, wcześniej KGB i NKWD oraz Czeka) i nazywanego od nazwy placu Łubianką.

Moskwa, Brama Warwarska 1907 (Варва́рские воро́та)
jedna z bram fortyfikacji średniowiecznej Moskwy, rozebrana w 1934 roku.

Moskwa, “Car Puszka” (ros. Царь-пушка) – największa (pod względem kalibru) na świecie armata spośród ładowanych od przodu. Eksponowana obecnie na Kremlu w Moskwie.

c.d.n.
_____________________________________

* Archip Iwanowicz Kuindży (ros. Архип Иванович Куинджи, ur. w 1841 w Mariupolu, zm. w 1910 w Petersburgu) – rosyjski malarz greckiego pochodzenia, realista, tworzył głównie pejzaże.

Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Barataria 36 Uromys vika

Ewa Maria Slaska

Na wyspach Salomona odkryto nowy gatunek wielkich szczurów / Auf den Salomonen wurde neue riesige Ratte entdeckt

Nowy Szczur / Die Neue Ratte

In der Südsee ist eine neue riesige Ratte entdeckt worden. Bislang gab es über das Tier nur Gerüchte von Einheimischen. Sie berichteten, dass sich die  Vika gern über Kokosnüsse her macht. Beobachtet haben die Forscher das Verhalten bisher nicht, sie fanden allerdings Kokosnüsse, in die beeindruckende Löcher genagt worden waren. Jetzt aberwurde Vika gefunden. Annähernd einen halben Meter lang, bis zu einem halben Kilo schwer und mit einem langen, haarlosen und schuppigen Schwanz. Sie wurde auf der Insel Vangunu in der Südsee östlich von Papua-Neuguinea gefunden. Die gefundene Ratte ist von der rapiden Abholzung bedroht. Leider starb die Ratte kurz nach dem gefunden werden. Die Forscher vermuten, dass Vikas Vorfahren mit treibenden Pflanzenresten auf die Insel gelangten und sich dort zu der neuen Art weiterentwickelten.

Die Inselgruppe der Salomonen umfasst Hunderte Inseln und kleinere Atolle. Sie liegt recht isoliert. Viele der dort lebenden Säuger sind nirgendwo sonst auf der Erde zu finden.

Na wyspach Salomona, położonych na wschód od Papui-Nowej Gwinei, odkryty został nowy gatunek wielkiego szczura. Dotychczas o zwierzaku opowiadali tylko tubylcy, twierdzili, że żyje na drzewach i żywi się mlekiem kokosowym. I rzeczywiście, już od dawna naukowcy odkrywali orzechy kokosowe z ogromnymi dziurami w skorupach. Teraz znaleźli wreszcie zwierzę, które te dziury wygryza. Trzeba chyba jednak powiedzieć – wygryzało, bo możliwe, że szczura przedtem nie było, a teraz znowu nie będzie – jedyny znaleziony okaz po zbadaniu – zdechł.

Vika ma (miała) około pół metra długości, waży(ła) pół kilo, ma (miała) bardzo długi nieowłosiony ogon pokryty łuskami.

Archipelag wysp Salomona to kilkaset małych i większych wysp powstałych wokół małych atoli. Wyspy są odizolowane od reszty świata i przechowują się na nich gatunki zwierząt i roślin, gdzie indziej już dawno wymarłe. W ścisłej izolacji lokalne gatunki rozwijają się inaczej i nie są podobne do swych pobratymców. Tak właśnie było z Vikami. Viki przybyły prawdopodobnie na wyspy Salomona z jakimiś niesionymi falą i wiatrem resztkami roślin. Skąd – nauka nie podaje.

***
Myszeida! Na pewno! Przecież ta Uromys to stara mysz! (Po sprawdzeniu okaże się niestety, że mysz i owszem, mys, ale nie stara, tylko ogoniasta, uro… Ech, powtórka z Łaciny bez pomocy Orbiliusza by się przydała)

***

Każda Nowa Epoka produkuje Nowego Człowieka. Wierzą w niego i wodzowie totalitarni, i anarchistyczni buntownicy, i charyzmatyczni przywódcy. Od stu lat kreujemy nie tylko Nowego Człowieka, ale też Nową Kobietę i Nowego Mężczyznę. To są jednak byty abstrakcyjne. Tymczasem Nowy Szczur jest faktem naukowym.

***

Na wyspach zatem przechowują się takie stare nikomu już nieznane rasy. Nie mogąc ani powędrować dalej, ani się rozprzestrzenić, ani, co najgorsze, spotkać pobratymców, dysponujących innym niż one kodem genetycznym, trwają w kazirodczym zamknięciu, produkując Nowego Tygrysa, ale też Nowego Szczura czy Nowego Człowieka.

Nowa Kobieta i Nowy Mężczyzna (Homini Novi), którzy rozwinęli się w całkowitej izolacji na Wyspach Wolności i Tolerancji.

Wśród przyjaciół Moskali – 1

Lech Milewski

Z Rosjanami spotkałem się po raz pierwszy na początku 1945 roku. Mieszkaliśmy wtedy w Kielcach. Jednostka wojska radzieckiego obozowała na pobliskich polach, przychodzili do naszego mieszkania, aby się ogrzać. Kuchnia była niewielka, żołnierze siedzieli na podłodze, przewijali onuce. Pamiętam, że mieli konserwy mięsne w puszkach, pewnie amerykańskie.
Wydawali mi się bardzo sympatyczni. Któregoś dnia wzięli mnie do swojego obozu i pozwolili wsiąść do samolotu, dwupłatowego kukuruźnika. Zaproponowali krótki lot, ale na nieszczęście pojawiła się moja matka i na lot samolotem musiałem poczekać 25 lat.

Następny kontakt to rok 1951 – prywatna szkoła im Królowej Jadwigi prowadzona przez zakonnice, Nazaretanki – klasa V szkoły podstawowej, nauka rosyjskiego.
Nie był to miły kontakt. Po pierwsze matka była wrogiem komunizmu i radzieckiej władzy. Podobny stosunek mieli wszyscy nasi krewni i znajomi. Na marginesie jednak wspomnę, że nikt nie kwestionował zasług Rosjan w wyzwoleniu Polski spod okupacji niemieckiej i pomniki wdzięczności nie wydawały się niczym niewłaściwym.
Konkluzja matki: ucz się, powinno się znać języki wrogów.
Po drugie nauczycielka była bardzo niesympatyczna, przypominała mi carskich nauczycieli, o których opowiadali moi stryjowie, bracia ojca.
Jednak poznanie nowego alfabetu i nieco innych zasad gramatyki uznałem za ciekawe wyzwanie.

Trzy lata później zmieniłem szkołę z podstawowej na średnią i tym razem trafiłem na bardzo dobrego i sympatycznego nauczyciela. Wydaje mi się, że był on świeżym repatriantem z ZSRR, więc jego rosyjski brzmiał bardzo autentycznie, a zachowywanie przypominało mi radosnych komsomolców z radzieckich filmów.
Lekcje prowadzone były żywo, sporo śpiewu, żartów. Moja biegłość w czytaniu cyrylicy procentowała, wyglądało na to, że będę doskonałym uczniem. Niestety coś nie wypaliło, słusznie czy niesłusznie uznałem, że nauczyciel traktuje mnie niesprawiedliwie i straciłem cały entuzjazm do tego przedmiotu. Całą szkołę średnią przeszedłem na słabych trójkach.

Rok 1959.
W tym okresie popularne wśród młodzieży było pismo Radar. Pismo prowadziło coś w rodzaju penpal club, podawało adresy osób chętnych do korespondencji z kimś z Polski. Uznałem to za okazję do praktyki języka angielskiego.

Jednak co potrafi jedna piękna kobieca twarz.
W którymś numerze Radaru zauważyłem anons Rosjanki z załączonym zdjęciem.
Krasawica! Angielski poszedł w kąt, skupiłem się i napisałem po rosyjsku. Otrzymałem sympatyczną odpowiedź.
Niestety w tym, jak i w wielu innych przypadkach, po wymianie dwóch listów nie bardzo było wiadomo o czym pisać. Z pomocą przyszło mi akademickie studio radiowe (mieszkałem w domu akademickim Politechniki Warszawskiej), któregoś dnia nadali opowiadanie Antoniego Czechowa. A tam: “Dalej, jak tylko z kuchni wnoszą kulebiak, należy niezwłocznie wypić po drugim. (…) Kulebiak musi być bezwstydny, w całej swojej nagości, tak, żeby kusił. Mrugniesz na niego, oderżniesz porządną pajdę i pogmerasz nad nią palcami, ot tak, od nadmiaru uczuć. Zaczyna pan ją jeść, a masło kapie jak łzy, nadzienie tłuste, soczyste, z jajkami, podróbkiem, cebulą…“. Więcej TUTAJ.
Bezwstyd, nagość, kuszenie – to było znacznie więcej niż sobie na tym etapie korespondencji obiecywałem.
Pomyślałem – przez kuchnię do serca kobiety. Spytałem czy wie co to kulebiak i czy może coś na ten temat napisać.
Odpowiedź złamała mi serce. Piękna komsomołka napisała, że mój list ogromnie ją rozczarował. Podała swój adres do Radaru sądząc, że młode osoby w w Polsce powinny być zainteresowane budową socjalizmu, w której to dziedzinie Związek Radziecki jest niewątpliwym liderem. A tutaj ja ładuję się z jakimś absolutnie marginesowym, do tego drobnomieszczańskim, tematem.
Cieszy ją, że lubię Czechowa i chętnie podyskutuje na temat poruszanych przez niego problemów społecznych, oczywiście w świetle aktualnych przemian w Związku Radzieckim.
I w ten sposób kontakty z Rosją urwały się na 20 lat.

Luty 1980 – narty
Wycieczka PTTK w Wysoki Kaukaz. Jedną dobę spędziliśmy w Moskwie, w hotelu Kosmos – KLIK.

Hotel Kosmos

Ogromny budynek, na każdym piętrze urzędowała “etażnaja” czyli opiekunka piętra, która rejestrowała starannie ruchy gości hotelowych, a również miała czajnik z “kipiatokiem” – gorącą wodą.
Tego pomnika na froncie wtedy jeszcze nie było. To pomnik generała de Gaulle. Zapewne ma to związek z udziałem Francji w budowie hotelu.

Wśród broszurek informacyjnych zauważyłem coś ciekawego, w języku angielskim – Khatyn massacre.
Rosjanie piszą o Katyniu – zdumiałem się. Lektura broszurki rozwiała złudzenia:
.. jeśli przyjechałeś do Związku Radzieckiego odwiedzając po drodze nasze bratnie kraje, Czechosłowację czy Polskę, to prawdopodobnie zetknąłeś się z nazwą Khatyn (Chatyń). Tu znajdziesz wszelkie informacje na ten temat. Chatyń to niewielka wioska na Białorusi. Cała ludność tej wioski została w 1943 roku zamordowana przez niemieckich faszystów…
To jest prawda – patrz tutaj – KLIK. Wydaje mi się, że to był majstersztyk manipulacji – podsunąć turystom prawdę, która ukryje inną prawdę.

Otoczenie hotelu było ciekawe. Z jednej strony pomnik zdobywców kosmosu…

Zdobywcy Kosmosu

Z drugiej strony malutka, stara cerkiew. Wszedłem do środka. Trwało jakieś nabożeństwo. Prawie same starsze kobiety, atmosfera zupełnie niepodobna do naszego kościoła. Kobiety krążyły po cerkwi jak po własnym domu, zapalały świeczki, śpiewały. W końcu wyszedł pop i przyniósł stertę małych kawałków chleba na tacy. Komunia? Czułem się nieswojo i dość szybko wyszedłem.

Tuż po mnie wyszło młode małżeństwo z pewnie 10-letnią córką. Odwrócili się w stronę cerkwi i przeżegnali się, tak prawosławnie, trzy razy. Ich córka tylko zamarkowała znak krzyża. Zrugali ją i dopilnowali, żeby się wyraźnie przeżegnała. Podszedłem bliżej i spytałem, co to za kościół.
– To stara cerkiew pod wezwaniem Matki Boskiej Kazańskiej.
Podziękowałem za informację.
– A kto to Matka Boska Kazańska wiesz?
– Nie wiem.
– To dlaczego nie spytasz?
Spodobało mi się takie podejście. Wyjaśnili, że to odpowiednik naszej Matki Boskiej Częstochowskiej.
– Teraz wiesz? – upewnili się.
Jak widać, zapamiętałem to przez 37 lat.

Następnego dnia pojechaliśmy na lotnisko Wnukowo i polecieliśmy do miasta Nalczyk – stolicy republiki kabarsko-bałkarskiej – KLIK, a stamtąd autobusem do naszej bazy – dużego hotelu u podnóża wielkiej góry. Hotel był na wysokości 2,200 m.
Było późno, więc tylko zjedliśmy obiad i zapoznaliśmy się z naszymi przewodnikami. Na obiad była dość rzadka zupa i ryż z sosem z niewielkimi kawałkami mięsa i kawałkiem kwaszonego ogórka. Do tego pół litra wódki na stolik.
Przewodnicy bardzo sympatyczni. Jeden z nich, o ciemnej cerze nie wygladał na Rosjanina. Wspomniał coś o muzułmańskiej mniejszości żyjącej w tych okolicach.

Następnego dnia zaczęły się narty.
Po pierwsze kierownictwo hotelu było bardzo zmieszane naszą obecnością. Zrozumieliśmy, że jest to miejsce niedostępne dla cudzoziemców – duża ilość instalacji militarnych i tarcia etniczne. Trochę czasu zajęło wyjaśnienie, że nasz pobyt jest legalny.
Po drugie dowiedzieliśmy się, że na stoku narciarskim powinniśmy być cały czas w zasięgu wzroku naszych przewodników.
Po trzecie – udaliśmy się do stacji wyciągu krzesełkowego. Byliśmy u stóp bardzo stromej góry, której szczyt tonął w chmurach. Jednoosobowe krzesełka szybko znikały we mgle. Kilka osób od razu zrezygnowało. Miały trochę racji. Krzesełka były w dużej odległości od siebie, również odległość między słupami była bardzo duża. Pod nogami przepaść bez dna. Było bardzo zimno, a nie było żadnych okryć. Jazda trwała chyba pół godziny, w tym czasie wyciąg zatrzymał się raz czy dwa razy. W rezultacie kilka osób było bliskich ataku histerii.
Na górze był mały raj – świeciło słońce, było stoisko serwujące niezwykle smaczne szaszłyki. Większość naszej grupy zdecydowała zostać tu cały dzień i zjechać wyciągiem na dół.
Gdy spojrzałem na trasę zjazdu, miałem ochotę do nich dołączyć. Była piekielnie stroma, nie widać było końca, nie wiadomo było, co jest po bokach. Od dawna nie padało, więc można było się spodziewać zmrożonego, twardego i bardzo szybkiego śniegu.
– Jeśli tu upadnę, to nic mnie już nie zatrzyma – pomyślałem i ruszyłem w dół.
Ku mojemu zaskoczeniu śnieg okazał się wyjątkowo przyjazny. Mam na myśli fakt, że narty wykonywały bardzo posłusznie wszelkie moje zamiary. Jeździłem w tę i z powrotem. Oczywiście o kontakcie z przewodnikami nie było mowy. Kilku dobrych narciarzy popędziło na łeb na szyję, przewodnicy razem z nimi. Ja musiałem kilka razy się zatrzymać, niektórzy zatrzymywali się jeszcze częściej.

Wieczorem obiad podobny do poprzedniego i znowu pół litra wódki na stolik. Po wyczerpującym dniu i perspektywie kolejnego intensywnego dnia nikt nie miał ochoty na wódkę.
Poprosiliśmy kierownika wycieczki o interwencję – prosimy bez wódki, ale może trochę więcej jedzenia, przynajmniej jarzyn.
Bardzo szybko otrzymaliśmy wyjaśnienie – zgodnie z umową wasza racja żywieniowa ma kosztować ileś tam rubli. Jedzenia u nas brak więc kompensujemy to wódką.
To była prawda. W hotelu był mały kiosk z żywnością, były tam owoce, słodycze. Żeby kupić jabłko – tak, jedno jabłko – trzeba było kupić również ćwiartkę wódki.
Na szczęście nasi przewodnicy natychmiast znaleźli rozwiązanie. Pomógł im przypadek jednego z naszych kolegów. Podczas zjazdu upadł, wypięła mu się narta i odjechała kilkadziesiąt metrów. Zanim doszedł do narty zjawił się ratownik (a może strażnik), podniósł nartę i poczekał na właściciela. Jednak nie oddał mu jej, tylko zapytał, gdzie jego przewodnik. Tego oczywiście narciarz nie wiedział, w związku z czym “ratownik” nie oddał mu narty, lecz asystował mu aż do hotelu, gdzie zameldował o wykroczeniu.
Rozwiązanie było proste – oddajcie nam niewykorzystaną wódkę, również tę z kiosku, a my załatwimy wam wyciągi bez kolejki i przychylność “ratowników”. Chętnie się zgodziliśmy i mogliśmy rozkoszować się emocjonującymi zjazdami.
Inna rzecz, że uprzywilejowana pozycja w kolejce do wyciągu nie zyskała nam przychylności miejscowych narciarzy. Gdy rano szliśmy do wyciągu, ludzie w kolejce mruczeli gniewnie pod nosem i podstawiali nam nogi.

A co poza nartami?
W naszej grupie było kilka inteligentnych osób, więc wieczorne rozmowy były ciekawe. Hotel leżał koło jakiejś malutkiej wioski czy osady. Tam jedynym miejscem publicznym był spory bazar, nastawiony głównie na hotelowych gości. Było tam trochę lokalnych wyrobów ludowych, ale jedyne co dobrze zapamiętałem to węgierskie wino – Egri Bikaver.

Któregoś dnia wybrałem się do sąsiedniej wioski na jakieś występy ludowe i dołączyłem do pary miejscowych – ojca i córki. Gdy zorientowali się, że jestem Polakiem, dziewczynka zapytała:
– Czy ja mogę o coś spytać obywatela z Polski?
– Oczywiście, pytaj o co chcesz – odpowiedziałem. Jej ojciec rzucił mi pełne nagany spojrzenie, odczekał chwilę, wreszcie powiedział:
– Możesz, ale to jest nasz gość, więc masz się zachowywać z szacunkiem.
– Obywatelu z Polski – czy w Polsce kościół ma dużą siłę? – zapytała, ojciec rzucił jej nieco gniewne spojrzenie.
– Kościół, siłę… – odpowiedziałem – jak we wszystkich krajach demokracji ludowej panuje u nas tolerancja religijna. Kościół jako instytucja nie ma u nas siły, siła jest u wiernych, a u nas jest ich wielu.
– Ale księża? Oni podobno są w Polsce bardzo bogaci.
– Skąd bogaci? Kościół nie ma własnego majątku, jedyne dochody to datki wiernych. Księża, których znam, poświęcaja większość pieniędzy na utrzymanie kościóła i żyją bardzo skromnie.
– Jak to jest tato? U nas nauczyciel mówił, że księża w Polsce dostają pieniądze z CIA.
– Dostają? – to było skierowane do mnie.
– Nauczyciel powiedział wam to, co jest właściwe – ojciec uprzedził moją odpowiedź – to bardzo niegrzeczne podawać w wątpliwość słowa nauczyciela w obecności gościa z Polski.
Zmieniliśmy temat rozmowy.

Nawiększą atrakcję zachowano na przedostatni dzień turnusu – wycieczka na Elbrus…

Elbrus

Taki widok mogliśmy podziwiać codziennie spod naszego hotelu i ze szczytu góry, z której zjeżdżaliśmy na nartach.
Po godzinie jazdy autobusem znaleźliśmy się u stop góry. Kolejka linowa wjeżdżała na wysokość sporo ponad 4,000 m. Śnieg miał bajeczne właściwości, bardzo szybki a jednocześnie zgadywał zamiary narciarza. Jazda była cudowna. Spędziliśmy kilka godzin na górze zadawalając się krótkimi zjazdami (i podchodzeniem) gdyż obawialiśmy się, że po zjeździe na dół spędzimy resztę dnia w kolejce do kolejki linowej.
Końcowy wielokilometrowy zjazd na dół był wielkim przeżyciem. Wiele lat później miałem okazję jeździć na nartach w Nowej Zelandii, USA, w St Moritz i Davos, ale żadne zjazdy nie dorównały Elbrusowi.

Cały ostatni dzień spędziliśmy w drodze. Najbardziej dramatyczna była jazda autobusem do Nalczyk. Autobus popsuł się. Kierowca powiadomił o tym pasażerów i zapadł w sen w swoim fotelu.
– Co się stało? Trzeba coś zrobić – wyrwaliśmy go z drzemki. Wzruszył ramionami:
– Ja i tak nie mam żadnych narzędzi ani części zapasowych.
Jednak zmusiliśmy go do podniesienia maski. Pękło jakieś cięgno i udało się to naprawić kawałkiem drutu. Zdążyliśmy na samolot.

Kolejne spotkania były już w Australii.


Ciąg dalszy za tydzień. A na razie nie zapowiedziane PS od Adminki.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że tak mi się ostatnio życie miesza z literaturą. W środę zrobiłam kulebiak z kapustą z grzybami (wegański, więc bez tego masła, jajek i podróbek tak smakowicie spływających po palcach i u Czechowa, i u naszego autora). Znalazłam w sieci świetny przepis i pomyślałam, że najlepiej by było, gdzieś go podać, bo jak będzie na blogu, to nie zginie, a w szufladach… Zanim przemyślałam sprawę, w czwartek przyszedł wpis od Lecha, a w nim kulebiak… Nie ma więc żadnej siły, która zmieni mój zamysł: Kulebiak!

Mój przepis na ciasto:
500 g mąki
1 szkl mleka
20 g drożdży
świeżych (lub torebka suchych)

50 g masła
1 łyżka cukru
szczypta soli
Mąkę wsypać do miski, letnie mleko wymieszać z drożdżami i cukrem, margarynę rozpuścić. Do mąki dodać sól, rozrobione drożdże z cukrem i roztopione masło, wyrobić ciasto.
Kiedy już nie klei się do ręki, uformować kulę, obsypać mąką i odstawić w cieple miejsce na ok pół godziny.

Jest to najprostsze ciasto na świecie! I najpyszniejsze! Nadzienie każdy robi inaczej, odwołajmy się do tradycji bigosów, farszu do uszek lub wigilijnej kapusty z grzybami (taka była w mojej wersji). Ciasto rozwałkować niezbyt cienko i podzielić na dwa kawałki, które układamy na odpowiednich wielkością prostokątach papieru do pieczenia. Kapustę odcisnąć, ułożyć niegrubą warstwą na cieście. Zawijać podłużne rulony, pomagając sobie papierem. Końce skleić. Ułożyć oba kulebiaki w swoich papierach na blasze, posmarować rozmąconym żółtkiem, włożyć do piekarnika, piec ok. 40 min. Wyjąć przy pomocy papierów, odwrócić i jeśli będą miały wilgotne dno, włożyć je znowu do pieca na następne 1o-15 minut, tym razem jednak dnem do góry.

Jeść na zimno lub gorąco, do piwa lub barszczu, a zapewne i do wódki! 

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (5)

Dariusz Kacprzak

Feluka na Nilu Emila Orlika

Urodzony w Pradze w 1870 roku Emil Orlik swą edukację artystyczną rozpoczął w 1889 roku w prywatnej szkole malarstwa Heinricha Knirra w Monachium, a w 1892 roku zdobył srebrny medal Bawarsko-Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 1894 roku powrócił do rodzinnej Pragi, którą opuścił w 1904 roku, przenosząc pracownię do Wiednia. Rok później, otrzymawszy w Berlinie posadę profesora w państwowej pracowni dydaktycznej przy Muzeum Rzemiosła Artystycznego, przeniósł się do stolicy Prus, z którą związał się do końca życia. Zmarł w 1932 roku. Jego prywatne atelier mieściło się przy Lützowplatz. W 1895 roku został członkiem Związku Niemieckich Artystów w Czechach, w 1899 roku Wiedeńskiej Secesji (z której wraz z tzw. grupą Klimta wystąpił w 1905 roku) Od czasu studiów, przez całe życie wiele podróżował po Europie, wielokrotnie bywając w Paryżu i we Włoszech. Równie, jeśli nie bardziej, znaczące dla twórczości artysty były jego dwie podróże wschodnioazjatyckie (Japonia, Egipt, Nubia, Ceylon, China, Korea) oraz wyjazd do Nowego Jorku i Clevland. Spuścizna artystyczna Emila Orlika jest wszechstronna, poza malarstwem, grafiką i rysunkiem, zajmował się także fotografią, chętnie projektował scenografie i kostiumy teatralne. Jako grafik z dużą biegłością posługiwał się rozmaitymi technikami. Jego pierwsze graficzne prace mają charakter malarski – są to przede wszystkim pejzaże, operujące plamą, przesycone światłem i powietrzem. Później jego prace stały się bardziej graficzne, syntetyzująca formy linia zyskiwała stopniowo na wyrazistości. Zafascynowanie drzeworytem japońskim doprowadziło Orlika do podjęcia nauki bezpośrednio u japońskich artystów. Swoim drzeworytom, powstającym zgodnie z zasadami sztuki japońskiej, nadawał jednak specyficzny europejski charakter.

Emil Orlik wpisuje się w symboliczną figurę homo viatora przełomu XIX i XX stulecia, pielgrzymującego w czasie przez życie, od narodzin aż po kres, jak i wędrującego przez szeroki świat w celu poznania go, uczynienia sobie poddanym, czy też spełniającego odwieczne marzenie o odnalezieniu mitycznych Wysp Szczęśliwych. Od czasu przełomu impresjonistycznego artyści interesowali się kulturami egzotycznymi, bliskim i dalekim Wschodem, w szczególności Chinami i Japonią, z czasem inspiracje czerpano także z kultur prymitywnych Czarnego Lądu. Warto wspomnieć, że Egipt jak i Bliski Wschód należały już w drugiej połowie XIX wieku do popularnych kierunków podróży i były celem zainteresowań fotografii podróżniczej. Wśród dagerotypistów i kolotypistów działających wówczas w Egipcie, którzy obok typowych zdjęć architektury i turystycznych widoków, pobudzając wyobraźnię Europejczyków, uwieczniali współczesne sceny rodzajowe egipskich ulic, oaz i portów, warto wymienić Emile’a Becharda, Wilhelma Hammerschmidta czy Pascala Sebaha.

Motyw feluki – tradycyjnej, jedno- bądź dwużaglowej łodzi, używanej na osłoniętych wodach Morza Czerwonego, wokół wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, a w szczególności na Nilu w Egipcie, pojawia się wielekroć w twórczości Emila Orlika. Łodzie te zapewniały cichą i spokojną podróż po rzece, zwykle zabierały na pokład kilkanaście osób, załoga składała się z dwojga, trojga ludzi. Rysunek takiej dwużaglowej feluki odnaleźć można w liście Orlika do Maksa Lehrsa, pisanym 5 lutego 1912 roku właśnie podczas podróży po Nilu, a także w jednym z jego szkicowników egipskich.

Widok z góry na przycumowaną do brzegu felukę stanowi także temat prezentowanej tutaj grafiki, zwracającej uwagę oryginalnym, fragmentarycznie wyciętym, kadrem oraz asymetryczną kompozycją. Kreślone precyzyjnie ciętymi liniami, dopełnione „malarską” kreskami szczegóły feluki na pierwszym planie zostały przeciwstawione bardzo oszczędnie opisanemu graficznie pejzażowi. Sugestywność przedstawienia artysta osiągnął poprzez subtelne efekty graficzne – dzięki bardzo drobnym ziarnistym plamom szarości i czerni, które dopełnił barwną akwarelą.

Zarówno interesujące ujęcie tematu, jak i widoczna w szczecińskiej pracy wirtuozeria warsztatowa stanowią dobitne potwierdzenie talentu Emila Orlika. Grafika powstała w 1915 roku. Artysta wykonał wówczas niewielką serię egzemplarzy opisanych jako druk próbny, kolejne odbitki datowane są na rok 1916. W zbiorach berlińskiego Gabinetu Rycin znajdują się dwa inne egzemplarze tej ryciny, jeden analogicznie do odbitki szczecińskiej pochodzi z nakładu próbnego, drugi zaś z 1916 roku.

Warto wspomnieć także o tym, że kompozycja znalazła się na plakacie wystawy zorganizowanej artyście przez Arnolda Weylandta w 1916 w jego Galerii Arnold, przy Tauenzienplatz w Berlinie.

Bogaty liczebnie i artystycznie ciekawy zespół rysunków i grafik Emila Orlika znajduje się dziś w zbiorach Kunstforum Ostdeutsche Galerie Regensburg (ponad 2000 dzieł), a także w zasobach Gabinetu Rycin Staatliche Museen zu Berlin Preussischer Kulturbesitz. Spośród polskich zbiorów graficznych należy wymienić zaś Gabinet Rycin Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, w zbiorach którego przechowywana jest jedna z cenniejszych polskich kolekcji grafiki europejskiej drugiej połowy XIX wieku i początku XX stulecia – kolekcji niegdyś zgromadzonej przez Henryka Grohmana, fabrykanta i kolekcjonera z Łodzi, miasta określanego w końcu XIX wieku jako Ziemia obiecana.

Emil Orlik (1870 Praga – 1832 Berlin), Feluka na Nilu / Nad Nilem, 1915, akwaforta, akwatinta, sucha igła, ruletka, akwarela, gruby gładki papier w odcieniu kremowym, 297 x 199 (rycina), 399 x 293 (arkusz), Muzeum Narodowe w Szczecinie, Fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.