Auf dem Fahrrad und zu Fuß 3

Christine Ziegler

Liebe Ewa,

letzte woche sind wir nur ganz profan zum einkaufen nach havelberg gefahren, um uns in unserem feriendomizil gut einzurichten. Doch nun haben wir die stadt durchstreift und die wucht des doms auf uns wirken lassen.

wie seltsam, dass mensch sich heute streitet, ob der dom 946 oder 948 begründet wurde. lustig daran ist nur, dass schon früh die dokumente gefälscht wurden, um sich einen vermeintlichen vorteil zu verschaffen. Hat dann wohl nicht ganz so geklappt, das gleichaltrige magdeburg hat sich als stadt dann ganz anders entwickelt als havelberg.

der dom st. marien wird über die straße der romanik erreicht und viel romanisches ist auch noch erhalten, wenn auch der gotische umbau 1279 begann. Im grundriss sowie im baulichen kern blieb die romanische basilika erhalten. rings um den dom steht als extra bezirk eine kleine bischofsstadt. unten, umflossen von der havel steht die eigentliche stadt rund um die stadtkirche st. laurentius. und weil die havel, träge wie sie ist, zu mäandern neigt und sich gerne verzweigt, gehört zur stadt auch noch die petroleumsinsel, die ihren namen daher hat, dass aus feuerschutzgründen das petroleum da draußen gelagert wurde.

heute ist dort ein neuer schatz gebunkert. der NABU, in der ganzen prignitz fleißig, hat dort ein informationszentrum, das haus der flüsse, etabliert. und so wird deutlich, wie sehr in zeiten der industrialisierung die landschaft verändert wurde. heute werden zugeschüttetel havelarme wieder freigelegt und die fahrrinne kleiner gehalten und das leben kehrt ans naturbelassene ufer zurück.

unerwarteterweise ist havelberg schon sachsen-anhalt, obwohl es teil der historischen landschaft der prignitz ist und die havelberger bischöfe bis nach wittstock regierten. doch die grenzziehung zwischen den bezirken war in der ddr so, über elbe und havel hinweg. nach der wende haben die havelberger diese zugehörigkeit bestätigt.

mir gefällt dieser ungeheure turmbau sehr. Uund ich bin immer wieder beeindruckt, wenn ich landwärts hier ankomme und von dort in die havelniederung schauen kann. eine unglaubliche weite tut sich auf, der blick reicht bis stendal. da hat die eiszeit auch wieder was schönes gebaut.

liebe grüße

Christine

ps: Ich weiß noch nicht, wohin es uns diese tage noch verschlägt. Auf dem land ist viel los, die getreideernte wird eingefahren. die störche schlagen sich nochmal so richtig den bauch voll, bevor sie uns schon bald verlassen. Also schnell noch nach Rühstädt, damit sie nicht schon weg sind.

“Byli Żydzi w Steglitz”

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest w dzielnicy Steglitz niedaleko Hermann-Ehlers-Platz w pobliżu na nowo powstającego “Nowego Kreisela”, wieżowca, oferującego luksusowe mieszkania, jak głosi reklama “w berlińskim niebie”, niedaleko dość znanej willi Schwartzów, w miejscu przecięcia się wielu linii komunikacyjnych, metra, kolejki podmiejskiej i chyba aż kilkunastu autobusów.
Biało-czerwona flaga łopocze wśród innych flag, przytwierdzona do gzymsu Hotelu Steglitz International, pamiętającego z pewnością lepsze czasy.


Prawie codziennie, jadąc tamtędy rowerem do pracy, mijam pałac, wielki, okazały, z ornamentami, przyklejony z obu stron do czerwonego ratusza z wieżą. Wieżę ma ratusz, ale chętnie użycza jej pałacowi. Pałac bez wieży nie byłby pałacem. Ratusz zbudowano jakieś 120 lat temu, kiedy jeszcze berlińska  dzielnica Steglitz była wsią i leżała poza granicami Berlina.

Pałac jest współczesny, choć udaje baśniowy. Króla i królowej nigdy nie widziałam, może ukrywają się przed tłumem zwiedzających, kupujących, pijących kawę, wędrujących w pośpiechu przez kolejne pałacowe komnaty konsumpcji lub tych wypoczywających pod niebem wirtualnego akwarium pełnego morskich stworzeń. Pałac (Das Schloss) jest jedną z wielu galerii handlowych, które zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu w latach 90 ubiegłego wieku, nie tylko w Berlinie.


Prawdziwy pałac, od którego wzięła nazwę ulica i galeria handlowa, stoi kawałek dalej. Okazały dworek (Gutshaus Steglitz), pieczołowicie odrestaurowany, z przylegającymi do niego budynkami, które mieszczą teatr i kino, powstał na przełomie XVIII i XIX wieku i należał do pruskiego polityka Carla Friedricha Beyma. Posiadłość zawdzięcza swą nazwę jednak następnemu mieszkańcowi dworku, urodzonemu w Szczecinie feldmarszałkowi Friedrichowi Heinrichowi von Wrangel. Papa Wrangel, bo tak nazywano potocznie generała, spędzał chętnie letnie miesiące w pałacyku. Był osobą na tyle wpływową, że w godzinach popołudniowych, podczas poobiedniej drzemki generała, pociągi przejeżdżające w pobliżu nie mogły wydawać żadnych akustycznych sygnałów, by go nie zbudzić.

Generał urodził się w Szczecinie. Dożył sędziwego wieku, zmarł w 1877 roku w Berlinie. Pochowany jednak został w swoim rodzinnym mieście na szczecińskim Cmentarzu Wojskowym, który znajdował się na terenie obecnego Placu Generała Andersa. Niedawno próbowałam odnaleźć przybliżone miejsce rodzinnego grobowca Wrangelów. Pomniki nagrobne zostały zniszczone już po wojnie, wiadomo jednak dość dokładnie, gdzie znajdowała się kwatera rodzinna generała von Wrangel.

We Wrangelschlösschen odbywają się obecnie wystawy, bankiety, przyjęcia, udziela się ślubów, pomieszczenia można też wynająć na różne uroczystości. Sam budynek stoi u zbiegu ruchliwej ulicy Pałacowej, niedaleko wjazdu na autostradę 103 i tylko z jednej strony graniczy z krótką, dość spokojną ulicą nazwaną też na cześć generała Wrangelstraße.


Ale wróćmy do Pałacu, czyli do miejsca, gdzie Grunewaldstraße przecina Schloßstraße, do miejsca, którego jako rowerzystka z nie do końca sprawnym rowerem nie lubię. Wprawdzie od niedawna jeżdżę specjalnym na zielono pomalowanym pasem dla rowerów, ale zawsze z duszą na ramieniu, otoczona ze wszystkich stron zgiełkiem, wrzawą i pośpiechem miasta. Na drogowskazy informujace  o ważnych miejscach w pobliżu nikt nie zwraca uwagi.

Hermann-Ehlers-Platz, kiedyś zwany po prostu Placem Ratuszowym, od 1958 roku przyjął nazwę od nazwiska znanego berlińskiego polityka. To plac z bardzo bogatą historią, nie zauważaną jednak przez przechodniów, skracających sobie tędy drogę, czekających na przystankach autobusowych, kupujących świeże warzywa i kwiaty na rynku albo inne różności na niedzielnym pchlim targu. Nikt nie zwraca uwagi na kierunkowskaz z wypisanymi miastami partnerskimi, niczym rozłożyste drzewo stojący na środku placu. Nałęczów, Kazimierz Dolny, Poniatowa to polskie miasta partnerskie tej dzielnicy. Są jeszcze inni partnerzy – w Izraelu, Szwecji, Danii, na Węgrzech, we Włoszech, Korei Południowej, Grecji.


Na placu, po lewej stronie od ratusza, ustawiona jest tablica z informacją o “powieszonym  żołnierzu” (Der erhängte Soldat). Żołnierz był dezerterem, powieszonym przez nazistów na kilka dni przed ostateczną kapitulacją.


Spiegel gegen das Vergessen lub w skrócie Spiegelwand czyli Ściana przeciw Zapomnieniu inaczej Ściana Lustrzana upamiętnia tysiące Żydów deportowanych z Berlina. Lustra, w których odzwierciedla się współczesne życie dzielnicy, przypominają o Żydach współtworzących i zamieszkujących kiedyś Steglitz.

Jednym z nich i bardzo ważnym był Moses Wolfenstein (urodzony w roku 1838  niedaleko Poznania, zmarły w roku 1907 w Steglitz). Moses Wolfenstein był kupcem i czynnym organizotorem żydowskiego życia w obecnej dzielnicy, wedy jeszcze wsi. Przy dzisiejszym Hermann-Ehlers-Platz (Düppelstraße 41) wybudował dom i sklep z odzieżą, a stajnię w podwórzu rozbudował tak, że stała się małą synagogą. Gdy synagoga nie mogła już pomieścić wiernych, nabożeństwa i spotkania odbywały się w innych miejscach, między innymi w Żydowskim Domu dla Niewidomych przy Wrangelstraße, przed którym dopiero niedawno odkryłam 28 kamieni pamięci. Wszyscy mieszkańcy tego domu zginęli w obozach zagłady.

Budynek synagogi przy Düppelstraße 41 stoi do dzisiaj, choć w latach 80 był o krok od wyburzenia. Nie jest wprawdzie łatwo dostępny, w zasadzie publicznie nie jest wcale dostępny, ale zawsze można poprosić kogoś z mieszkańców kamienicy (już nowej, bo dom Wolfensteina nie przetrwal wojny) o otwarcie drzwi wejściowych i tych od podwórza. Dwa tygodnie temu poprosiłam młodą dziewczynę wychodzącą z wózkiem z tego domu, żeby wpuściła mnie do środka, a nawet na podwórze, bo chcialam zrobić zdjęcia synagogi. Dziewczyna zaczęła mnie zapewniać, że tu nie ma żadnej synagogi, że na placu w miejscu, gdzie stoi Lustrzana Ściana stała kiedyś synagoga.

Faktem jest, że na to bardzo wymowne miejsce pamięci mało kto zwraca uwagę, a tym bardziej mało kto wie, że budynek synagogi zwany też Domem Wolfensteina (Haus Wolfenstein) zachował się do dzisiaj, a Ściana przeciw Zapomnieniu o tej samej długości co synagoga ma o nim przypominać.

Podczas nocy kryształowej synagoga została splądrowana i zbeszczeszczona. Ścisła zabudowa i sąsiedztwo ze stolarnią ocalily budynek przed podpaleniem. W przeddzień udało się wynieść z synagogi zwoje tory, które rodzina Wolfensteina zabrała ze sobą, wyjeżdżając w 1939 roku do USA. Teren na którym stała synagoga zmuszeni jednak zostali sprzedać. Powojenne losy budynku byly rozmaite. Budynek był magazynem, mieszkaniem, o mały włos nie został wyburzony, by w jego miejscu zbudować pasaż handlowy. Dzięki inicjatywie obywatelskiej Haus Wolfenstein został wpisany na listę zabytków, ale dopiero w roku 1989. Zamiar, żeby udostępnić synagogę na miejsce spotkań i studiów nie powiódł się. Dlatego na Hermann-Ehlers-Platz, tuż przed miejscem, gdzie stała kamienica Wolfensteina, a za nią synagoga, ustawiono ten przejmujący pomnik pamięci jakim jest Lustrzana Ściana, Lustro Przeciw Zapomnieniu.

Moses Wolfenstein został upamiętniony w latach 60 ubiegłego wieku. Część ulicy, która łączy Schloßstraße z Hindenburgdamm, nazwano Wolfensteindamm. Gdy zobaczylam szyldy nazw ulic Wolfensteindamm i Hindenburgdamm obok siebie, uznałam je za dość niefortunny żart historii. Hindenburgowi odebrano w tym roku honorowe obywatelstwo miasta Berlina. Protesty, żeby zmienić nazwę ulicy Hindenburga nie powiodły się.

Na Lustrzanej Ścianie oprócz tysięcy nazwisk deportowanych berlińskich Żydów, oprócz zdjęć synagogi i zdjęcia Abrahama Pisarka, na którym są jego dzieci przy chanukowym świeczniku, jest tekst  Roberta Kempnera:

Man hat ihnen die Berufe genommen, das Besitztum gestohlen, sie durften keinen Kanarienvogel halten, keine Konzerte oder Kinos besuchen, ihre Menschenrechte und ihre Menschenwürde wurde in den Staub getreten, bis sie in Konzentrationslager deportiert wurden und in die Gaskammern kamen.

Zakazano im wykonywania ich zawodów, zabrano majątek, nie mogli hodować kanarka, nie mogli pójść na koncert, ani do kina, zabrano im prawa człowieka, a godność człowieka zmieszano z błotem, aż w końcu wywieziono ich do obozów koncentracyjnych, gdzie poszli do komór gazowych.

Ostatnio w Poznaniu odbywał sie cykl spotkań i spacerów pt. “Byli Żydzi w Poznaniu”. To samo mogłabym powiedzieć o Steglitz: “Byli Żydzi w Steglitz”.

Alte und neue Amerika oder Amerika als Utopiemuster

Brigitte von Ungern-Sternberg

Slubfurt, die Hauptstadt von Nova Amerika (Nowa Ameryka)
Am 29. Februar habe ich in einer kleinen Galerie im Graefekiez Michael Kurzwellys Vortrag zu seiner ’sozialen Plastik’ in Slubfurt und Umgebung gehört.
Slubfurt? Was soll das sein? Es ist ein ‚realer Ort‘, der Name ist eine Schöpfung aus Slubice und Frankfurt und besagt, dass diese kleine Region zwischen den beiden Städten links und rechts der Oder  weder polnisch noch deutsch ist …  eine schöne Utopie! Diese  aber bleibt kein Traum, sondern wird konkret verwirklicht und das in einer östlichen Gegend, von der man hört und liest, dass sich des öfteren Nazis und Antifas feindlich konfrontieren und Asylsuchende und Migranten sehen müssen, wo sie bleiben.
Ich war sehr beeindruckt.
Im Video führt Kurzwelly anschaulich aus, wie man sich das vorzustellen hat, wer die Mitspieler in diesem real existierenden Territorium mit Nationalfahne, Währung, Regierung sind, das sich in der Grenzregion entlang der Oder ausweitet zu ’Nowa Amerika’.

Ewa Maria Slaska

Amerika als ein Utopie-Projekt

The Church of John F. Kennedy, Roman von Thomas Meinecke (Suhrkamp, 1997)

Der Verleger schrieb zu diesem merkwürdigen postmodernen Buch:

Auf der Suche nach den transatlantischen Luftwurzeln der europäi­schen – und vor allem auch: der deutschen – Kultur in Amerika bewahrheitet sich dem Reisenden Wenzel Assmann die These, daß die USA zwar imstande sind, die ganze Welt über den Einheitskamm ihres »Way of Life« zu scheren, dass sie nach innen jedoch eine bis heute äußerst heterogene Kulturlandschaft voller weißer Flecken und schwarzer Löcher aufweisen. Jene Kadenzen, die von den einzelnen ethnischen Gruppierungen der Salatschüssel U.S.A. auf die europäische Nationalstaatlichkeit, der sie einst entflohen sind, angestimmt werden, erscheinen dabei als nach wie vor utopischer Vielklang, der in krassem Gegensatz zu den engstirnigen Bestrebungen des während seines sogenannten Einigungsprozesses in lärmende National- und wütende Kleinstaaterei zerfallenden Europas steht.

Zugegeben, der obige Text scheint einfach geschrieben zu werden im Vergleich mit dem Roman, den er beschreibt. Ellenlange Sätze von Meinecke sind verschnörkelt, modern baroque und zum Teil vollkommen unverständlich. Dafür aber ist die Materie des Meineckes Buches unheimlich unbekannt und daher auch sehr interessant. Es ist Frühling 1990. In Deutschland wird alles durch die Vereinigung gewendet bzw durch die Wende vereinigt.  Wenzel Assman, einem jungen deutschen privat Forschern, gefällt das, was in seiner Heimat passiert, überhaupt nicht. Er ist einer an die Utopie glaubender Kommunist und glaubt zu wissen, dass die utopischen Gedanken, mit denen man sich an die Vereingung ranmachte, wie etwa die blühenden Landschaften von Helmut Kohl, von dem Kapitalismus locker verschluckt werden. Er flieht nach Amerika und hat es überhaupt nicht vor, zurück zu kommen. In Amerika sammelt Assman Informationen über die Deutschen ebendort, seine Studienreisen finanziert er mit Hilfe Deutscher Telefonbücher, die er in kleinen immer noch sehr deutschen Ortschaften in den Südstaaten zu kostenpflichtigen Durchblättern und Kopieren anbietet. Wenn er aber den Süden Richtung New York verlässt und über die blühende Landschaften der protestantischen Utopie Pennsylwania fährt, nutzen ihn seine Telefonbücher nicht mehr. Die Amische, in dessen Land er sich gerade bei dem beginnenden Winter begibt, sind an ihre europäischen Wurzel nicht interessiert. Sie haben auf dem alten Kontinent Verfolgungen erlitten, müssten fliehen und um ihr Leben bangen, dies unterstützt keine Nostalgie nach die alten guten Zeiten daheim.  Sie machten sich nach Übersee, um endlich so zu leben, wie es ihnen ihre strenge protestantische Religion oktroyiert hat. Dort gründeten sie Pennsylvanien, einen Paradies auf der Erde

Dieser Bundesstaat im Osten der Vereinigten Staaten von Amerika wurde von William Penn (1644 – 1718), einen wohlhabenden und einflussreichen Engländer, gegründet. Er war Theologe, Jurist und erfolgreicher Verwalter seiner zahlreichen Güter. Noch in England gesellte er sich der Sekte der Quaker und erarbeitete ein Modell für eine neue quakersche Siedlung in Nordamerika. Nach dem Tod von Penns Vater, berühmten Admiral, Sir William Penn, beglich König Karl II. im Jahre 1681 eine größere Geldschuld, indem er Penn Junior ein riesiges Gebiet in der nordamerikanischen Wildnis vermachte und ihn zum dortigen Gouverneur ernannte. Das neue Land wurde zuerst „Sylvania“ (Waldland) und dann Pennsylvania als Ehrung für Penn-Papa genannt. Noch im gleichen Jahr, 1681, gründete Penn die Hauptstadt Philadelphia, die damit zu den ältesten Städten der USA zählt.

Und jetzt endlich zum Buch! Zum Buch! Seite 196 und drei weitere.

Der Nachmittag begann bereits diesig zu werden, am Horizont tauchten weitere Schneefall verheißenden Wolken auf, Wenzel hatte bestimmt noch siebzig Meilen durch Pennsylvania vor sich, bis er endlich im gelobten Land der geheimnisvollen Amischen einrollen würde. Links eine Abzweigung nach East Berlin, dann eine nach Weigelstown, rechts ging es nach Hanover und dem Lake Marburg, dazwischen New Oxford, York, ein weiteres Manchester und, schließlich, Lancaster. Wo es dort links nach Mannheim abging, hielt er sich rechts, um wenige Meilen weiter südlich in den Highway 340 einzubiegen. Windige, überdachte Pferdewagen, deren dreieckig fluoreszierende Heckmarkierungen in Assmanns Scheinwerferkegeln aufleuchteten, trabten vor dem zerbeulten Chevrolet her, beachtliche Ackergaul-Gespanne zogen, zu beiden Seiten der Landstrasse, diverses, vorsintflutlich anmutendes Bauerngerät in die stattlichen Scheunen, und hinter den Fenstern der großen, weißgestrichenen Gutshäuser wurden die ersten Kerzen angezündet. Wenzel hielt den Atem an und war tatsächlich etwas erleichtert, als ihm, auf der verschneiten Gegenfahrbahn, eine Kolonne benzinbetriebener Kraftfahrzeuge begegnete, welche ihrerseits, wie Assmann, hinter einem Pferdebuggy klebte. Halleluja, dachte Wenzel, und schlug mit der flachen Hand auf das Lenkrad. Er war nunmehr ein paar Autostunden von New York City entfernt, wenn er sich hierbei nicht gerade um einen weißen Flecken der Karte handelte, so doch, ganz offensichtlich, auf ein weiteres schwarzes Loch in American Dream gestoßen!

Wenzel Assmann beschlos eine Reihe von Tagen im Landkreis der sogennanten utopischen Gemeinden zu verbringen, und bog zwischen den Dörfern Bird-in-Hand und Intercourse, auf deutsch hieß das Geschlechtsverkehr, in die südliche Harvest Straße Richtung Orchard View Motel ein.
Das hübsche Gasthaus wurde von einer Familie abgefallener Amischer betrieben; das hieß, sie waren lediglich noch die reguläre Mennoniten, durften mit der Welt verhandeln, zum Beispiel Gastgewerbe treiben und sogar schwarzlackierten Autos fahren, vorausgesetzt, dass sie an diesen auch alle Chromteile, Zeugen irdischer Eitelkeit, schwarz einfärbten. Ein solchermasse komplett schwarz geschwärzter Chevy Impala parkte dann auch im Hof des Orchard View Motel; dem gewöhnlichen Kinogänger wäre er wie Killer-Limousine aus einem Carpenter’schen Siebziger-Jahre Film vorgekommen, allein der Eingeweihte wußte von dem schicken Design tiefdemütiges Täufertum altdeutscher Zunge auszumachen. Gut nacht! Motelbesitzer Stauffer schlurfte in sein Haus zurück: wahrscheinlich legte er sich schon um acht zu Bett. Assmann dagegen machte sich putzmunter daran, sein Auto auszupacken. Neben ihm logierte ein älteres Ehepaar aus Manhattan, das seine eigenen, lange zurückliegende Hochzeitsreise, vom deutschen Pennsylvanien bis zu den beinahe kosmisch rauschenden Niagara-Fällen, noch einmal über die Weihnachtstage nachvollzog. Zwar waren die beiden extra ins abgelegene Orchard View Motel gegangen, aber daß dessen menonnitischer Besitzer absichtlich keine Fernsehgeräte in die Zimmer gestellt hatte, hielten sie doch für übertrieben und kaum erträglich. Zweiter Themenschwerpunkt der New Yorker, wann immer Assman einen neuen Karton Bücher in sein Zimmer schleppte: Die USA würden von Rechtsanwälten regiert und also ruiniert; auch diese durchaus einleuchtende Verschwörungstheorie hatte Assmann schon des öfteren gehört. Ihm war nun aber weder nach einer leichten Seifenoper noch nach gravierendenr Rechtsprechung zumute, also wunschte er den Yankees einen schönen Abend, holte, bei Stauffer war schon alles dunkel, seine Yuengling-Sechserpackung aus dem Kofferraum und schloß sich in der frommen Stubbe ein. Auf dem Kopfkissen des voluminösen Federbett, wie aus einem Wilhelm-Busch-Bogen, dachte Assmann, lag ein winziges Brustbild des täuferischen Theologen Menno Simons inklusiver rückwärtiger Kurzbiografie; der Mann war 1496 in Witmarsum geboren worden sowie Anfang 1561 bei Bad Oldesloe gestorben; und auf dem Nachtschrank lag, Wenzel hochwillkommen, ein buntes Büchlein mit dem vielversprechenden Titel 20 Most Asked Questions, verlegt in Lancaster im Jahre 1979 nach des Herren Geburt.

Naturgemäß drehten sich alle zwanzig Fragen um die verschiedenen Täufer Gruppen, welche sich in pennsylvania, Dutch Country, Dutch immer für Deutsch, niedergelassen hatten; mit unüberhörbar begünstiegender Betonung der Mennoniten-Sekte, in welche Stauffer gewissermaßen zurückgestoßen worden war. Da aber die Amischen mit der Wißbegirige weitgehend mit mennonitischen Abhandlungen über deren fundementalistischen Glaubensbrüder vorliebnahmen. Frage Nummer Eins hielt sich den auch gleich mit dem Unterschied zwischen Amischen und Mennoniten auf; wobei die ersteren, von denen sich einige Gruppen auch Mennoniter alter Verfassung nannten, als schrullig-archaische Ausgabe der letzten durchgingen. Wo der Mennonit in die Carpenter-Chaise stieg, schwang sich der Amische auf den harten Kutschbock, wo dieser den Lichtschalter drückte, machte jener eine Kerze an, wo Menno Simons’ Anhänger in ihrem kargen, pseudoprotestantischen Kirchenschiff beteten, blieb die Gefolgschaft Jacob Ammans gleich im Bauernstübchen, und so weiter. So etwas läßt sich merken, dachte Assmann und blätterte weiter. Punkt zwei: Zuerst mit Luther und Zwingli gegen die korrupten, alten Katholen, dann die wiedertäuferische Abspaltung in Deutschland, Holland und der Schweiz; anarchistische Anabaptisen-Kommunen kämpfen einen apokalyptischen Dreifrontenkrieg gegen Staat, Katholizismus und Reformation zugleich. Verdachtsmomente der Kriegskommunisten, nach denen Luther die Wucherer in erster Linie aus antisemitischen Beweggründen verurteilt hatte, erhärten sich; Assmann kannte diese geschichten aus seiner eigenen Anarchistenzeit. Frage Drei; Jawohl, die Amischen und Mennoniten sind Christen wie Sie, liebr Motelbesucher, oder wie Dirk Willems, der dem Büttel, welcher ihm nachsetzte und dabei durch die dünne Eisdecke des Dorftümpels gebrochen war, das Leben rettete und daraufhin trotzdem festgenommen sowie 1569 auf dem Scheiterhaufen verbrannt wurde.

Märtyrer, notierte Assmann, spielen offenbar eine zentrale Rolle in den utopischen Kommunen.

Nun ja…

Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?

My Germany 2

Lech Milewski

Back home regular correspondence with Inge continued.
We both started work, she was giving lessons of singing and piano and also sang in a choir.
We both got married.
In 1968, Inge gave birth to a daughter – Nora.

In February 1969 I traveled by train to England. As I crossed Germany I decided to go via Frankfurt and visit Inge and Norbert.

At the beginning was crossing of borders between East and West Berlin and few more. There is a separate report about it on this blog (in Polish) – CLICK.

Travel to Frankfurt was uneventful. Inge and Norbert welcomed me on the train station. Just one night and one day. Too short after 9 years of contact by mail.

Then another 9 years passed.
At some stage I suggested we write letters in German.
I had tangible gains in mind.
Firstly I could earn some supplement to my salary for knowledge of foreign language.
I had it already for English. German exam was a bit more difficult, but I passed.
Secondly, soon another opportunity appeared – an Information Technology (I.T.) training in Essen.

In June 1978 we (three of us) flew to Germany.
Sunday evening at Essen train station. There were many people, band played popular melodies, people danced, drank beer.
Our accommodation brought us to reality.
It was a modest, quite nice, clean building.
In the reception we received a letter with basic information.
It started with apologies – training organizers – IBM Deutschland – explained that for the money they received from the Polish side, they could not find any accommodation in Essen at all, so they added a bit of their money and here is the best what they could find.
It was a 3 beds room, actually quite nice, but the room was located in the basement. So through our window we could watch shoes of passers by.

Our finances: we received in Poland an allowance – 20 DM per person per day. At that time it was worth a bit less than 10 US$.
In the reception we learned, that to use a shower we have to get a key – price 2 DM.
Other information was worse – a daily return bus to IBM Education Centre costs 8 DM per person.

We did our balancing.
We brought from Poland some cans with meat and fish and a big chunk (połeć) of bacon.
12 DM per day per person – we could easily buy some bakery and cheap wine, but there was no space for a hot meal.
Of course each of us had a long list – what to bring from Germany. On top of the list were electronic watches.

Next day we traveled to beautifully located Education Centre.
During the first tea break we received brochures with options for lunch in a number of nearby restaurants. Price of the cheapest lunch was around 14 DM.
Our training colleagues invited us cordially, offered transport. Luckily we had a good excuse – we need to use some of lunch break time to prepare for coming lectures.
So we ate sandwiches with bacon and lettuce and studied.

During our earlier tea break, which we had in a cafeteria, we looked into the menu.
Cafeteria served also lunches, quite large and tasty hot meals. But our ID cards, which we received at the beginning of the training, did not open cafeteria door during lunch time.

Our training.
Actually we did not need it too much.
Each of us had already long, practical I.T. experience. Surely there were gaps and inconsistencies, but our professional career proved, that we could make a good use of it.
Training in Western country – it was a privilege. For people like us, without any connections in the Party, the only way to get there was to get it as a reward for some substantial achievement.
This was exactly our case.

Our 3-persons team leader was asked by FSO – at that time the main car producer in Poland, for a rescue. Year or two years earlier, the company ordered from IBM three modern computers (IBM S7) for real time control of industrial processes. IBM provided computers and all support and training.
Two computers have been successfully installed.
The third one… was somehow forgotten. The computer was put to a store room, trained people changed the work place. And then, in May 1977, the director received a call from the Warsaw Committee of Communist Party – comrade, just a reminder – we will come to your place on 7th November, on the 60th anniversary of Great October Revolution, to join you on the opening of a real-time computer system in a car body pressing department.
Panic! 5 months left! Somehow they found 3 desperados, I was one of them.

We put clear conditions: on the successful project completion we will receive: a monetary reward – at least our monthly salary, a voucher for a car (Yugoslav Zastawa) and 2 weeks computer training in a Western country.
Car voucher – the lucky owner had still to pay a full price for the car, but waiting time was substantially shortened – from 5 years to 2,3 months.

Task was not simple. We had to learn to use a new computer with quite new technology, two new for us programming languages. Manuals were not quite complete, many of them in German.
For the first 2 months people from IBM were quite suspicious. They did not want to be connected to a project destined to fail. Then, gradually, we gained their confidence and completed out task in time.
We managed, got our rewards and here we were.

Our tactic was – attack.
Every night in our room we studied training material for the next day and prepared a strategy – take active part from the very beginning, start with presentation of something original, ask questions. It looks like it worked.

On the second or the third day, during our lunch break, between bites of a roll with bacon, we noticed some officials approaching. They came closer and introduced themselves as a Managing Director of the Centre and his deputies.
The Director mentioned, that this was the first visit of people from Poland in their centre, which made them extremely happy and to celebrate it somehow… well they cannot do much, they just want us to feel as being part of their team. A visible proof will be a regular IBM employee card, he handed us the cards, shook our hands and left us a bit disoriented.
– Employee  ID card opens door to the cafeteria – whispered to us one of Director deputies.
:))))

Weekend.
I contacted Inge earlier and on Saturday traveled by train to Düsseldorf. She drove me to their family home in Remscheid.
Her family grew like ours to 4 people. Nora got company of a brother – Jochen.
We spent very pleasantly all Saturday and Sunday morning.
Sunday afternoon Inge and Norbert drove me to Essen. On our way we visited some museum – exhibition of ancient Egyptian art.

The rest of stay in Essen was rather uneventful.

After return to Poland my professional life took few turns and 5 years later we landed in Australia.

I continued regular correspondence with Inge and we updated each other about our lives and families.
Norbert climbed steps of his professional career. He became a Professor in the Bergische Universität Wuppertal. Among his duties were few visits to Poland for lectures, workshops and consultations.
Nora is a respected specialist in Chinese medicine, Jochen – another professor, information systems. They live in different places in Germany, but when they gather at family home, there is music.

Portraits on the wall: Wagner, Mozart, Beethoven.
Inge and Norbert are frequent visitors to Bayreuth and music festivals there.

In the meantime in Australia…
My dominant hobby for number of years was cross country skiing. I discovered quite attractive places for skiing in Australia. I entered also a number of cross-country skiing marathons overseas.
This led me again to Austria and twice to Germany.
Germany meant Koenig Ludwig Lauf in Oberammergau. Very memorable event, skiing in the shade of castles in Ettal and Linderhof.

In 2001, after the race I spent few days in Munich. Music of course, opera, but this time it was not the famous Bayerische Staatsoper, but Gärtnerplatztheater – CLICK – which presented more challenging program. The Rake Progress by Igor Stravinsky.

Here I have to confess one shameful event.
At the time when I fought on European ski trails, in February 2001, Inge and Norbert visited Australia 😦
We were in not so frequent touch, I had to plan my leave to Europe many months earlier, so at the time when Inge notified me about their visit it would have been quite messy and costly to abandon my plans. So they visited our home and were hosted by my wife and I was far away.

We still remained pen-pals and then an additional German accent arrived in my life.
Our daughter got married to Peter, young man of German origin. His parents, both originally from Königsberg, live permanently in Melbourne. In our opinion they run a very German home.

Our granddaughter, Sabina, now in year 10 of school, learns German and last year participated in an interschool German Poetry Competition.

The finals were held in Austrian Club in Melbourne.

And the winners were…

Well, Sabina won the second place. Above with her parents, all in dresses bought one year earlier during Oktoberfest in Munich.

More than a week ago I rang Inge and thanked her for 60 years of contact. We reminisced these times – solid, friendly times.

Let me finish with another of poems recited long, long ago by me – CLICK.

My Germany 1

Lech Milewski

First days of January 1960.
I just returned from Christmas holidays to student dormitory in Warsaw. For a while I was alone in 4-persons room. I looked into freshly bought monthly magazine Radar.

Radar, magazine for youth, it tried to introduce some new trends in Polish People’s Republic’s press.
One of such novelties was a Pen-Pal Club. Radar published each month addresses of young people from other countries who would like to exchange letters with young people in Poland.
Strangely, majority of these people were from Western Europe, mostly Sweden and Finland, mostly females.

But on this day I noted a girl from Germany, West Germany – Inge from Frankfurt am Main.
I wrote a letter in English and few weeks later received an answer – letter with a postcard – Frankfurt Rathaus.

Above my photo taken in 2007

I already had some bad experience with such correspondence – first few letters were the introduction of pen-pals, then… a trouble – what to write about?

First letter from Inge gave some hope, she was very interested in classical music, she studied singing at Frankfurt Musikakademie.

Music. For me it was connected to Germany, German language.
In high school we had in curriculum 3 foreign languages – Russian and in my case – German and English.

In all 3 cases we had exceptionally good language teachers.
German teacher, Mr Miętus, always immaculately shaved and dressed.
After entering the class he greeted students and started the lesson with the same phrase: gentlemen, take out your preparation, please.
Preparations meant our exercise books.

He put a lot of effort in teaching us German poems – J.W. Goethe, F. Schiller.
I think we learned them with pleasure and this caused a trouble.
On a day when learning the poem was due, he called few student to recite it and when the result was satisfactory, he proposed: maybe the whole class would recite it together.
For the first few lines it went smoothly, Mr Miętus, with delightful smile on his face, recited with us and marked pace with his hand, like an orchestra conductor.
Then, some students started to accelerate the pace, other shouted loudly only some words, other just shouted or made some strange sounds.
– Stop! Stop it! – shouted the teacher with tears in his eyes, but the class went on like a steam train..
Finally we ran out of steam, there was silence in the class. Mr Miętus sat at the table totally devastated. I think most of us felt sorry for him.
Still, after few weeks, he could not resist a temptation, and we turned it again into a disaster.

This passion for directing a collective recitation covered his real passion – music.
At that time I was already enchanted by the classical music, but the only source of it was a loudspeaker in our flat transmitting Program 1 of Polish radio.
Mr Miętus introduced me to live music performed in a very modest concert hall in provincial town – Kielce. He also was very keen to talk about music, about composers.
For the most of the class it was time to relax. For me it was more interesting than the German lesson. No wonder quite often my colleagues asked me to start some music discussion with the teacher, they had at least 20 minutes of rest.

Anyway, music stayed with me for the rest of my life. In the meantime it helped me to keep in touch with Inge. Other subject was – books. It looked, she was quite sensitive on human misery and found some answers in Charles Dickens books.
I have to admit that for me an important motivation for this correspondence was practice of English.

So passed 3 years and some new German accent arrived – student excursion to Austria.
There were some 20 participants, we traveled on a group passport.
Great excitement – visit to the country behind an “Iron Curtain”.

First was Czechoslovakia.
Meticulous control on two borders. Controllers crawled under the train, rolled mirrors under passenger seats.
On the border station between Czechoslovakia and Austria I noticed few men in strange uniforms entering our carriage.
When, eventually, our train moved and crossed the border, they pinned some emblems on their uniforms and greeted us: welcome to free Austria.

Atmosphere in our compartment relaxed. Some people revealed US dollars hidden in some clever places. It looked as I was the only one who did not smuggle anything.
Another revelation was an address of a shop in Vienna run by a Polish migrant: Mr Szumilas, Wipplinger Str. 11.

On arrival in Vienna we were greeted by our Austrian guides, they were members of a program of reconciliation run by some religious association.
They paid us our allowance for 2 weeks stay in Austria – some 280 Austrian Schillings. Exchange rate was about 24 Schillings per 1 US dollar.
With my knowledge of English and also limited German my help was frequently needed.

We spent one week in Vienna visiting most popular tourist venues: Hofburg, St Stephan Cathedral, Schonbrunn Palace and also a Soviet War Memorial – CLICK.
Note: from 1945 till 1955 Austria was occupied by Soviet Union, US, Great Britain and France.

In free time we visited a shop at 11 Wipplinger Str.
Shop attendant greeted us cordially: welcome to Polish working class.
– This is already communist bourgeoisie – corrected her Mr Szumilas.
I bought some novelty – non-iron shirt.

Our accommodation was in Student home at Pfeilgasse. We got our breakfast and supper there. Just sandwiches. Dinner we had in Mensa House in early afternoon.
I remember it so well as it was my first taste of Coca Cola.
Coca Cola, somehow for me was a symbol of rotten West. No wonder I drank it with some concern – will it make me dizzy or maybe there will be other side-effects?
There were none. Much later I read somewhere that it tastes like ping-pong balls. Absolutely right.

After one week in Vienna we traveled to Salzburg where we stayed in old US Army barracks near the airport.
Visit was dominated with W.A. Mozart memories.

Then to the mountains – Zell am See.
At one point our bus driver announced that we will be crossing to West Germany.
Our Polish tour guide protested – we haven’t got German visa!
– What a nonsense – commented the driver – everybody travels this way. This is the shortest route.
Our Austrian guides exchanged smiles – there is a strict control on the borders between friendly Communist countries – they explained to the driver.
Few minutes later Grenzpolizei sent us back to the longer route. Doubtful satisfaction.

Zell am See – CLICK – a mountain wonderland.
We visited Kaprun, Kitzsteinhorn Glacier, had a mountain walk.

On the last day we had an easy stroll around the lake.
Someone asked about the date – First of September.
And at that moment I realized that people around me speak German.
Somehow I felt that on this date I was in an improper place.

Finally back to Vienna and a nice surprise – a concert, Beethoven’s VII Symphony. I never heard it before, just listen to the II part, Allegretto – CLICK.

Here my memory from school – J.W. Goethe’s poem, also a song by F. Schubert – CLICK.

Niemcy z drogi 2

Drugi fragment książki Henninga Sußebacha Deutschland ab vom Wege

Günther

Pod koniec dnia znalazłem nocleg w szopie ogrodowej u starego faceta, który ma na imię Günther. Na południe od autostrady szedłem przez strefę beznadziei, a raczej bezpociechy, opuszczoną jak krajobraz po bitwie. (…) Z godziny na godzinę coraz intensywniej dręczyło mnie pytanie, gdzie będę mógł przenocować? Byłem przemoknięty do suchej nitki, ale było też tak, że nocleg u kogoś obiecywał mi większą przygodę niż przespanie się w namiocie.

Obejście, wydłużony kawałek pola, leżało pośrodku ziemi jałowej jak wyrzucony na plażę wieloryb – pół budynku w ruinie, belki konstrukcji ryglowej sterczące jak żebra, druga połowa z czerwonej cegły. Z okna otwartego jak oko umierającego domu wydobywało się światło. Otworzył mi mężczyzna o miłej okrągłej twarzy na ciele kolosa. Przenocować? W zrujnowanej części budynku? W szopie będzie chyba przyjemniej, powiedział. Jak rozłożę śpiwór, mam przyjść na kolację. Drzwi są uchylone. Położy mi kapcie.

Człapiąc wszedłem do świata, w którym mieszka Günther, dotarłem do nieznanego mi kontynentu, który chciałem poznać, a który nie był tu piękny, lecz szorstki, zerodowany rozczarowaniami. Siedzieliśmy w pokoju gościnnym, pod obrazem przedstawiającym białe brzegi Rugii. Stary opowiadał. Do Zjednoczenia pracował w państwowej, enerdowskiej fermie świń – zapładniał maciory nasieniem wieprzy i potrafił o tym zabawnie opowiadać kolegom. Bo kto wie, że wieprz za jednym zamachem produkuje pół litra spermy?

Günther wyjaśnił mi też, dlaczego tak potwornie przemokły mi buty i czemu stopy napuchły mi z wilgoci. Otóż żaden wieśniak nie wyprowadza już krów z obory, bo wtedy, musiałby do nich dotrzeć, żeby je wydoić. Strata czasu, strata pieniędzy. Łąki, którymi dziś szedłem, nie są już miejscem wypasu, to tylko tereny, które się kosi kilka razy do roku. Krowy na pastwiskach, owce na wypasie, kury grzebiące w ziemi? Nic z tych rzeczy, nie w Meklemburgii. Tu po ogromnych polach przejeżdżają ogromne maszyny rolnicze i w ciągu kilku godzin zapewniają całoroczny dochód. Mięso, bułka, ogórek.

Günther nie był zwolennikiem ekologii. Nigdy. Tego wieczora powiedział o sobie, że jest marksistą, że cenił PGRy, bo zapewniały uprzemysłowienie rolnictwa, aż przyszedł czas, że to samo uprzemysłowienie pozbawiło go pracy. Maszyny przywiezione z Zachodu, większe i mocniejsze niż wszystko, co przedtem tu widziano, które pracowały wydajniej i bez przestojów niż te dawne, weszły na jego ziemię i w jego życie, i zmiotły go z powierzchni. Spróbował sił w chowie bydła na własną rękę, ale jego małe stadko dopadła infekcja. Przerzucił się na hodowlę ryb, ale sandacze też zdechły. On sam nabawił się cukrzycy, przyplątał się zawał. (…)

Nie czułem się dobrze. Byłem młodszy, a słuchałem go z pozycji człowieka uprzywilejowanego, który takie pojęcia jak zmiana systemu i kolaps znał tylko z obsługi komputera. On, ten starszy, dał mi w ciągu tego wieczora odczuć swą wściekłość na świat, uczucie które mi się zrazu wydało irracjonalne i niedojrzałe. Günther  często rozpoczynał zdania od takich sformułowań, jak “tak to już jest…” i “muszę powiedzieć, że…”, po czym następowały ciężkostrawne teorie o kanclerce, która jest zdrajczynią i hasła partii AfD, pełne lęku o przyszłość i wrogie obcym. Günther nie ufał już dawnym partiom, nie ufał związkom zawodowym, ani państwowej telewizji. Przestał prenumerować gazetę, którą przedtem czytał, a jego lekturą stał się Compact, pełne nienawistnych tekstów piśmidło pegidystów i zwolenników wszelakich teorii spiskowych, które chętnie ilustrowano wizerunkami Angeli Merkel w islamskiej chuście na głowie.

Byłem gościem samozwańczego obrońcy chrześcijańskiego świata Zachodu, który był jednocześnie, jeśli dobrze interpretowałem, to co mówił, i ateistą, i brunatnym komuchem. Między jego życiem a moim nie było żadnych punktów stycznych, może poza tym, że i jego, i moje poglądy pełne były sprzeczności. Ale teraz siedzieliśmy razem, jedliśmy ser, chleb i ogórki konserwowe. On – fenomen z wiadomości prasowych, i ja – dziennikarz czasopisma, które on traktował jak wroga. W moim świecie takich jak on nazywaliśmy “wściekłymi staruchami”, on sam myślał o sobie jako o “dobrym człowieku”.

A przecież coś mnie tam trzymało. Günther był istotą zmiennocieplną. Był lodowaty w stosunku do wszystkiego, czego nie znał, ale traktował mnie przyjaźnie, choć byłem całkowicie mu obcym przybłędą. Wiedział kim jestem, wiedział, że pracuję dla prasy, która w jego pojęciu kłamie. Mógł mną pogardzać, a był szczęśliwy, że ma się przed kim wygadać. Nie podzielałem nawet najmniejszej części jego poglądów i otwarcie mu to powiedziałem, ale jednocześnie rozumiałem, co go wpędziło w ten polityczny ślepy zaułek wiecznego niezadowolenia. Z punktu widzenia Günthera, człowieka z prowincji, demokracja stała się zabawą mieszczuchów, którzy nie dopuszczają żadnej alternatywy, a o takich jak on mówią “motłoch”. Ci z miasta byli w każdej sprawie zgodni, czy chodziło o rezygnację z energii atomowej, czy o wysłanie wojsk na placówki zagraniczne. Mieli zawsze rację i nie obchodzili ich ludzie spoza ich horyzontu światopoglądowego, ich potrzeby i lęki. Günther był zdania, że gdy tylko jakiś koncept polityczny wyjdzie poza miasto,  jego materializacja na prowincji mieszczucha już nie będzie obchodziła.

Günther pokazał mi czerwone światła migające w ciemności za oknem. Dziesięć lat temu, powiedział, Konsorcjum postawiło tu wiatraki – symbole tego, jak ludzie z miasta rozumieją postęp. Brygady ustawiały kolumny, starannie mierząc dozwolone odległości do najbliższych siedzib ludzkich, wyznaczone na podstawie wysokości masztów, pomiarów fal dźwiękowych i przewidywań co do ilości dni, kiedy maszty będą rzucały silny cień. Teraz wymienia się stare wiatraki na nowe, dwa razy wyższe – a więc zasadniczo powinny stać w podwójnej odległości. Günther kręci głową. Obecnie zakłada się, że zmiana systemu pozyskiwania energii jest nieodwracalna, a to oznacza, że obowiązują inne zasady. Nowe wiatraki staną tam, gdzie stały stare. Günther jest zdania, że dopasowuje się przepisy do zaistniałej sytuacji, a nie sytuację do przepisów. To sprawia, że Günther czuje, iż politycy przestali go reprezentować. Jest rozgoryczony i znalazł sobie nowych reprezentantów.

Podczas tej wędrówki, na obcym mi terenie, znajdując się w sytuacji przeciwstawnej do tego, co mnie otacza na co dzień, mam wyostrzony obraz samego siebie. Tak, jestem za tym, byśmy zrezygnowali z energii atomowej. Jestem zdania, że Niemcy są krajem wystarczająco zamożnym, bo udźwignąć koszty takiego projektu lepiej niż jakiekolwiek inne państwo. Ale słowa Günthera wywołują we mnie również poczucie niezadowolenia i to takiego, z którym zmagam się już od dłuższego czasu. Kiedy po raz ostatni, ja – mieszkaniec miasta, ja – mieszkaniec przedmieścia – osobiście poniosłem konsekwencje moich przekonań politycznych i moralnych? (…) To prawda, częściej korzystam z kolei niż z auta, ale to dlatego że tak jest mi wygodniej. Korzystam też z tzw. energii przyjaznej dla środowiska, ale nie oznacza to, że postawiono mi wiatrak w ogródku przed domem (…).

To na prowincji dokonuje się działań, które nam, mieszczuchom, pozwalają prowadzić życie zgodne z naszymi normami moralnymi. Ci, którzy inicjują takie działania, sami z reguły nie mają styczności z realiami tych decyzji.

(…) Niemal całe życie spędziłem w miastach, najpierw w Zagłębiu Ruhry, potem w Berlinie. [Teraz w Hamburgu] Jestem zdania, że miasto od dawna jest najlepszym miejscem, żeby podważać to, co zastaliśmy (…) Ale miasto równie wspaniale pozwala się samooszukiwać i żyć w przekonaniu o własnej nieomylności. Zmiana systemu pozyskiwania energii wymaga w mieście zaledwie podpisu pod nową umową dostawy prądu. Jak się ma dworzec pod nosem, przesiadka z auta na pociąg nie jest wielkim poświęceniem. Nigdzie nie jest łatwiej niż w mieście być dobrym człowiekiem.

Ale czy jesteśmy dzięki temu lepsi od innych?

Poczucie wyższości mieszczucha – moralne, intelektualne, stylistyczne. Widziałem to po samym sobie. I po innych, kiedy z powoidów zawodowych przeprowadziliśmy się z rodziną z centrum Berlina na przedmieścia Hamburga – bo w centrum było nam za drogo. Po przeprowadzce doskwierał nam brak kina, koncertów, restauracji, nawet plakatów, które by nam podsuwały coraz to nowe możliwości. Ale bolało też niezrozumienie ze strony przyjaciół mieszkających w centrum. Standardowe pytanie, które zresztą było krytyczną oceną, brzmiało: “tak daleko teraz mieszkasz?” Jakby nie istniało życie poza dużym miastem.

To miejskie pełne politowania pobłażanie nadal zresztą i sam uprawiam. Nie znam nikogo, kto mieszka naprawdę na prowincji.

Siedzimy w rozwalającym się obejściu Günthera, który mówi, że nie ma już z nikim wspólnego języka. Zjednoczenie to humbug. Wiatraki produkujące energię – też. A jeśli byłeś hodowcą świń i straciłeś pracę, to mieszkający w mieście wegetarianie nie zatroszczą się o twój los, nawet cię nie zauważą.

Czuje się tak, jakby go już w ogóle nie było. (…)

Mam wrażenie że znalazłem się dokładnie pomiędzy, w jakiejś historycznej rozpadlinie, między miastem i prowincją, między awangardą, a tymi, którzy zostali odepchnięci, zapewne też między arogancją z jednej strony i poczuciem, że człowieka zignorowano z drugiej. (…) moje własne odczucia wcale nie były jednoznaczne. Broniłem przed zgorzkniałym starcem osiągnięć ostatnich dziesiątków lat. To były miejskie osiągnięcia, to prawda, ale miały przecież uniwersalną siłę: równouprawnienie, ochrona mniejszości, zrównoważona gospodarka. Ale rozumiałem, że dla Günthera oznaczają one poniżenie i zepchnięcie na margines.

(…) Przyszło mi do głowy, że Günther nie skarżył się na zbyt niską emeryturę, na zły stan dróg, na to, że zlikwidowano połączenia autobusowe. Bolał go tylko brak uwagi i szacunku.

Niemcy z drogi 1

Dla Christine Ziegler

Ewa Maria Slaska

Na przełomie marca i kwietnia 2018 roku opublikowałam TU cztery fragmenty powieści Andrzeja Stasiuka Wschód, a uzasadniłam to w sposób następujący:

…jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat. (…) On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!

W roku 2018 Christine Ziegler, jedna z moich licznych autorek-przyjaciółek (ten blog jest ich pełen, niektóre są też moimi siostrami, ciotkami lub kuzynkami), podarowała mi książkę niemieckiego dziennikarza, który w sierpniu 2016 roku zszedł z asfaltu i betonu, które pokrywają Niemcy na powierzchni 6,2% (tak twierdzi Autor) i poszedł tysiąc kilometrów na przełaj, z Darst na Północy, która jest jednocześnie Wschodem, na najwyższy szczyt Niemiec – Zugspitze – na Południu, który jest również Zachodem.

Sußbach szedł więc a nie jechał jak Stasiuk, a jego wędrówka wiodła na Południe, a nie na Wschód, ale mimo to łączy ich obu obserwacja, która ociera się o… profetyzm. Stasiuk zobaczył niewidzialnych ludzi, którzy w dwa lata później wyszli w Polsce “po swoje”, Sußbach pisze o takich samych ludziach w Niemczech. O tych, których nie ma, których my – “miastowi” – nigdy nie widzimy, nawet jeśli czasem wyjedziemy na wieś i kupimy u nich ze stoiska przy drodze szparagi, grzyby lub truskawki.

Ludzie, których nie ma

To nie jest tytuł  nadany przez autora, to mój tytuł, wspólny dla Stasiuka i Sußbacha. Nie wydaje mi się, by książka Sußbacha ukazała się (już) w Polsce. Nie znalazłam jej w sieci. Sugeruję jednak wydawnictwu WAB, by zamówiło u mnie jej tłumaczenie (tu na początek kilka stron), i jak najszybciej ją wydało, bo to ważna książka, być może ważniejsza niż wszystko, co do tej pory napisano o nas i o tym, co idzie… Sugeruję też, byśmy to “przeczytali ze zrozumieniem”. Nawet jeśli niczego to nie zmieni, to przynajmniej nie będziemy zaskoczeni…

Też będzie kilka odcinków.

Mięso bułka ogórek

Drugi badacz, z którym rozmawiałem, zanim ruszyłem, jest profesorem socjogeografii na Uniwersytecie w Jenie. Benno Werlen, Szwajcar z górskiej wioski. Werlen bez zachwytu ustosunkował się do mojego pomysłu. “Nie będzie tam panu dobrze”, powiedział z politowaniem.
“Dla kogo urządzono ten kraj tak, jak on dziś wygląda?”, zapytał i sam sobie odpowiedział: “Dla tych jego mieszkańców, którzy pracują. Dla tych, którzy pracują i poruszają się autem. Te aspekty, które są ważne dla osiągnięcia produktu socjalnego brutto, są traktowane priorytetowo przy kształtowaniu świata materialnego”. Dzieci, wedle kryteriów ekonomicznych, kategoria nieproduktywna, zostają zamknięte “w wydzielonych i ogrodzonych rezerwatach”. Połączenia kolejowe na terenach o niskim zaludnieniu zostają zlikwidowane. Dorosły, który siedzi bezczynnie na przystanku autobusowym, i nawet nie wsiadł do auta i nie udaje, że coś robi, jest podejrzany.

Tu oczywiście muszę wtrącić swoje trzy berlińskie grosze. W Berlinie w biały roboczy dzień wszystkie knajpy są pełne ludzi. Oczywiście, wielu z nich to turyści, ale nawet oni pytają ze zdumieniem: czy u Was nikt nie pracuje? No ale Berlin to zdegenerowany wyjątek w solidnym krajobrazie niemieckiego społeczeństwa pracującego…

Geograf nie skarżył się na to, że tak jest. Jego analiza nie miała w sobie elementów nawracania. Chłodno mówił o tym, jak zasada efektywności pracy i wynikająca z niej konieczność mobilności przy użyciu samochodu, wpływają na wygląd naszego otoczenia. Już pierwsza restauracja McDonald’sa, powiedział profesor, była przeznaczona dla użytkowników aut. Był to pawilon typu drive-in na parkingu w Kalifornii. “A dlaczego? A dlatego że od czasu industrializacji przestrzeń mieszkania oddzieliła się od przestrzeni pracy. To sprawia, że wciąż jesteśmy w ruchu i rzadko w domu. Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy było związanie jedzenia z autem.”

Berlinka-adminka musi się tu wtrącić po raz kolejny. W Berlinie samochód nie jest może aż tak wszędobylski, jak w innych miastach, bo mamy dobrze funkcjonującą komunikację miejską i siłą rzeczy nasze jedzenie przeniosło się do metra. Stacje metra oferują z reguły co najmniej jedną potrawę fast-food, czasem zamieniają się w prawdziwe centrum gastronomiczne o zróżnicowanej ofercie. Zasada jednak pozostała ta sama. A Berlin dla hipsterów to nie reszta świata. Już pięć kilometrów od centrum oferta sprowadza się do… 

“Trzeba więc było zorganizować to tak, by jedzenie podano nam do auta. Fastfood, szybkie zaspokajanie głodu. To jednak będzie funkcjonowało najlepiej, jeśli oferta będzie wąska, a wybór ograniczony i sprowadzony do produkcji seryjnej. Gdy wszyscy jedzą to samo, wystarczy wszędzie posadzić to samo. Potrzeba tylko mięsa, bułek, ogórków.”
Gegrafa szczerze ubawiła wizja tego, jak wędruję przez krajobraz mięsa, bułek i ogórków. Facet bez pracy i auta, ale związany z jakimś miejscem w tym krajobrazie, jakiś wioskowy przygłup, może sobie poradzi, ale człowiek taki jak ja – pracujący mieszczuch-konsument – zginie. Bo wprawdzie ten świat został urządzony po to, żeby zaspokoić potrzeby takich jak ja, ale spełnia swoją funkcję pod warunkiem, że trzymamy się od niego z daleka.

To były strony 49-50. Ciąg dalszy za tydzień…

 

 

Weiter so, Deutschland! Vier Monate ohne Regierung… (Reblog)

Vier Monate nach der Wahl sind wir wieder da, wo wir gestartet sind: bei der Großen Koalition. Gewünscht hat sich das kaum einer. Aber wenn es nun so sein muss, dann sind hier sieben Bitten an die GroKo-Verhandler.

Spiegel online

Stefan Kuzmany

GroKo-Verhandlungen: Sieben Bitten eines müden Bürgers

Es war ein schöner Traum: Dass sich etwas ändert. Dass es eine Art Aufbruch geben könnte, je nach politischer Perspektive mehr Gerechtigkeit oder mehr Sicherheit. Oder vollen Einsatz fürs Klima oder vielleicht auch nur schnelleres Internet.

Sie war da, die Sehnsucht nach etwas Neuem. Nach einem mutigen Entwurf für ein neues Europa, das strahlt und lockt und dem unglückseligen Nationalismus ringsum etwas entgegensetzt. Oder auch die Sehnsucht nach einer Regierung, die die Grenzen sichert und die Anschläge verhindert. Es gab den Traum von mehr Debatte im Parlament, vom demokratischen Streit zwischen den Volksparteien, klaren Positionen und scharfen Auseinandersetzungen. Dieser Traum ist aus, jetzt kommt die neue GroKo. Schön ist das nicht, aber da müssen wir wohl durch. Bevor jetzt die offiziellen Verhandlungen beginnen, hier noch ein paar Bitten eines ermatteten Bürgers an die mitwirkenden Politiker:

1. Bitte keine Nachtsitzungen mehr. Sie können alles, was Sie zu klären haben, auch tagsüber entscheiden, vielleicht sogar vor Feierabend. Es ist ja nicht so, dass Sie über die offenen Fragen noch nie geredet hätten, geben Sie es doch zu: Eigentlich wissen Sie schon recht genau, wo Sie sich treffen werden. Das ist hier kein Wettbewerb um die tiefsten Augenringe, wir glauben Ihnen auch so, dass Sie sich sehr anstrengen. Zugegeben: Nachtsitzungen sind ein bewährtes Stilmittel des Politikbetriebs, sie vermitteln den Eindruck von Durchhaltewillen, Druckresistenz und Dramatik. Aber ehrlich gesagt, hat sich diese Inszenierung langsam etwas abgenutzt. Außerdem sitzen einige von Ihnen noch in der geschäftsführenden Regierung, und es wäre doch beruhigend, wenn Sie Ihr Amt einigermaßen wach ausüben könnten. Nicht dass Sie am Ende aus Versehen doch wieder ein paar Waffenlieferungen mehr genehmigen oder ähnlichen Unsinn. Bitte seien Sie vernünftig!

2. Bitte unterlassen Sie jegliche Aufplusterungen abseits der tatsächlichen Verhandlungen. Klar, das ist nicht so einfach: Mancher von Ihnen will noch was werden in der Partei, mancher will noch etwas bleiben, und da fällt es schwer, der Versuchung zu widerstehen, sich mit Klartext-Interviews und Provo-Tweets zu profilieren. Durchaus verständlich, dass Sie Ihren Parteimitgliedern und den Wählern zeigen wollen, dass Sie noch wissen, was Sie im Wahlkampf alles versprochen haben. Aber die Wahl ist jetzt vier Monate her, und bedenken Sie bitte: Sie haben nicht die absolute Mehrheit geholt – deshalb sind diese leidigen Koalitionsverhandlungen ja erst nötig geworden. Es geht jetzt um Kompromisse. Oder wollen Sie gar keine Kompromisse? Dann springen Sie bitte direkt zu Punkt 7.

3. Die CSU könnte ja bitte vielleicht doch nochmal in ihrem Herzen wühlen und dabei entdecken, dass Familie nicht nur bayerischen Wesen wichtig ist, sondern den meisten Menschen jeglicher Herkunft und Hautfarbe, was auch Flüchtlinge mit eingeschränktem Schutzstatus einschließt. Sie könnten in ihrem eigenen Bundestagswahlprogramm nachschauen und feststellen, dass Sie dort einer Zwei- oder Mehrklassenmedizin “eine Absage” erteilen – da geht doch was! Gut, eine Bürgerversicherung lehnen Sie ebenfalls ab, aber die muss ja am Ende nicht so heißen. Die Obergrenze heißt ja jetzt auch nicht mehr so. Und bis zur Landtagswahl können Sie dann noch genug Krach schlagen, wenn die Koalition erst einmal steht. Der Markus macht das schon.

4. Die SPD könnte bitte mal kurz damit aufhören, sich mit sich selbst zu beschäftigen . Sicher, die eigenen Probleme sind immer die größten, aber langsam ist es auch mal gut. Sie haben doch wunderbar demokratisch debattiert auf Ihrem Sonderparteitag. Sie haben zwei Dinge geschafft, die niemand für möglich gehalten hätte: Bonn war für einen Tag wieder Hauptstadt. Und die SPD hat tatsächlich Spannung verbreitet mit ihrer Abstimmung über die Aufnahme von Koalitionsverhandlungen. Sie haben sich dafür entschieden, lassen Sie es damit gut sein. Dass Sie sich seither mehr mit der eigenen Jugendorganisation streiten als mit dem politischen Gegner, macht keinen besonders guten Eindruck.

Lassen Sie die Jungen doch machen! Vielleicht kommt ja sogar so etwas wie die Zukunft der SPD dabei heraus, für die Zeit nach dieser und der nächsten und der übernächsten GroKo, eine Zukunft, in der die SPD möglicherweise wieder etwas mehr Zuspruch bekommt, weil sie linker und entschlossener auftritt. Freuen Sie sich doch über neue Mitglieder, anstatt sie zu fürchten. Sie haben über 400.000, glauben Sie im Ernst, dass ein paar NoGroKo-Neuankömmlinge den Mitgliederentscheid kippen werden? Vielleicht sollten Sie besser gar nicht mehr so viel über diese Abstimmung reden. Sonst könnte noch jemand auf die Idee kommen, sich zu fragen, warum eigentlich ein halbes Prozent der deutschen Bevölkerung über Regierungsbildung oder Neuwahlen entscheiden soll.

5. Und die CDU könnte…… Ach, wissen Sie was, es ist eigentlich vollkommen egal, was die CDU macht, am Ende wird ja doch wieder Angela Merkel Kanzlerin. Aber weil das so ist und Sie im Grunde ja auch keine anderen Forderungen, Erwartungen, Visionen oder Ideen bei diesen Koalitionsverhandlungen haben, könnten Sie die Zeit nützen und sich, während die anderen beiden streiten, mal Gedanken darüber machen, wie es eigentlich nach Angela Merkel bei Ihnen weitergehen könnte. Dann ist es nämlich erstmal vorbei mit der automatischen Kanzlerschaft, daher sollten Sie einen Plan haben, was Sie mit dem sozialdemokratischen Erbe Merkels anstellen wollen. Vielleicht geben Sie es ja den Sozialdemokraten zurück?

6. Und weil wir gerade bei der Zukunft sind: Bitte tun Sie nicht so, als ob jetzt alles in diesem Koalitionsvertrag festgeschrieben werden könnte, was in den nächsten vier Jahren passiert. Wer weiß, mit welchen Krisen und Kriegen wir noch zu tun bekommen, welche revolutionäre Technik uns alle überrollt und was Trump noch so einfällt. Ein Vertrag als Grundlage einer stabilen Regierung ist schön und gut, aber es reicht nicht, so eine Vereinbarung Punkt für Punkt abzuarbeiten. Es darf keine Alternativlosigkeit mehr geben, es muss schon noch Raum für Debatten da sein. Aber eben auch das grundsätzliche Vertrauen, dass Sie auch dann zu guten Ergebnissen kommen, wenn die Realität über Ihren Vertrag hinauswächst.

7. Ach ja, und noch eine letzte Bitte: Wenn Sie das alles nicht hinbekommen, wenn die Gemeinsamkeiten doch fehlen und ganz grundsätzlich der Wille, gemeinsam zu regieren – dann sagen Sie uns das bitte schnell. Dann wählen wir eben neu. Aber glauben Sie bloß nicht, dass es danach einfacher wird.

Bracia Mann (1)

Lech Milewski

Król i rywal

Rywal

“W liście datowanym 19 marca 1950 roku, Tomasz Mann donosił:

Ceremonia pogrzebowa była godna. Przemawiali pastor kościoła Unitarnego i Lion Feuchtwanger , kwartet grał pięknie powolny utwór Debussy’ego, kroczyłem za trumną po ciepłej trawie cmentarza w Santa Monica.

Na wstędze na żałobnym wieńcu był napis: Mojemu Wielkiemu Bratu z miłością.

Tomasz Mann.

Napis bardzo konwencjonalny, ale jednak warto poświęcić mu chwilę, a to nasuwa pytanie – czy Tomasz Mann rzeczywiście uważał swojego brata za wielkiego człowieka, za ważnego twórcę? Czy w ogóle go kochał?”

Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.

Ludwig Heinrich Mann urodzil się 27 marca 1871 roku jako najstarsze dziecko w rodzinie zamożnego kupca, senatora miasta Lubeki.

“Lubeka… po której wędrując dzisiaj odnosi się wrażenie, że tkwi głęboko w gotyckim średniowieczu. (…) w jej atmosferze jest coś ze stanu umysłów w ostatnich dziesiątkach XV wieku, coś z histerii dogasającego już średniowiecza, coś z utajonej epidemii (…) można łatwo sobie wyobrazić, że nagle ni stąd ni zowąd będziemy świadkami jakiegoś tańca św Wita, że wyruszy skądś krucjata dzieci, że pojawią się stygmatycy…”

T.Mann – odczyt O Niemczech i Niemcach – 1949 rok.

Poniżej fragment Tańca Śmierci – 30-metrowego fresku w St Marien Kirche.

Todendanz

Przez cztery lata Henryk nie musiał z nikim dzielić czasu spędzanego ze swoją matką. Tym bardziej odczuwał chwile samotności, gdy matka poświęcała się grze na fortepianie czy zapadała w długie okresy melancholii.

W roku 1875 przybył brat Tomasz, w 1877 siostra Julia, w 1881 Carla.

Rodzeństwo

Na powyższym zdjęciu Henryk ma 16 lat. Pewnie jeszcze bierze udział w przedstawieniach domowego teatrzyku kukiełkowego, który jego brat opisał w opowiadaniu Pajac.
Może jeszcze słucha jak matka czyta dzieciom. Wiadomo, że czytała im wiele opowiadań E.T.A. Hoffmana. Największe wrażenie robiło opowiadanie Sandmann (polskie tłumaczenie nosi tytuł Piaskun), o Natanielu, którego gnębią wizje Piaskuna kradnącego oczy dzieciom, które nie idą grzecznie do łóżka.

Rok później 13-letni Tomasz przeżywał głęboko nieokreślone uczucie do kolegi szkolnego – Armina Martensa.
W opowiadaniu Toni Kroger, nosi on imię Hans Hansen. Tytułowy Toni – kocha fontannę, stary orzech, swoje skrzypce, morze w oddali i cierpi z tego powodu… gdyż im bardziej kochasz tym bardziej jesteś w niekorzystej sytuacji i musisz cierpieć.
W tym samym okresie cztery lata starszy Henryk odwiedzał Pension Knoop gdzie po raz pierwszy doświadczył “normalnej zmysłowej błogości”.

To co dla Henryka było normalne, dla Tomasza było źródłem metafizycznych rozważań. Nic dziwnego, że Tomasz oceniał pisarstwo brata jako przesadne, nieumiarkowane, czasem bezwstydnie erotyczne.

Już w 1887 roku Henryk opublikował swoje pierwsze opowiadania i wiersze. Dwa lata później zrezygnował z nauki w szkole i rozpoczął pracę w księgarni Von Zahn und Jaensch w Dreźnie.

Praca była nudna i męcząca. Wolny czas spędzał w lokalach kulturalnych i rozrywkowych. Równieżw domach publicznych. Stwierdził u siebie wybuch patologicznej zmysłowości. Interpretował miłość jako najwyższą formę szczęścia, które musi prowadzić do literackiego sukcesu. Nie bez powodu nazywał swoje próby literackie Erguss.
W roku 1890 opublikował pierwszą książkę Haltlos – Bezpodstawnie. Następnego roku przeniósł się do Berlina gdzie pracował w wydawnictwie Samuel Fischer.

Ojciec rodziny – Thomas Johann Heinrich Mann – nie miał złudzeń co do charakteru swego najstarszego syna. W testamencie napisał:

“Na kuratorów nakładam obowiązek oddziaływania na praktyczne wychowanie mych dzieci. Na ile to będzie leżało w ich mocy, przeciwdziałać skłonnościom mego najstarszego syna do tzw. działalności literackiej. (…) Podłożem jego skłonności jest marzycielski nieład i bezwzględność wobec drugich, biorąca się może z bezmyślności. Mój drugi syn podatny jest na spokojne wyobrażenia, ma dobry charakter i oswoi się z zawodem praktycznym. Po nim mogę się spodziewać, że będzie podporą dla swej matki.”

Tomasz również nie spełnił oczekiwań ojca. Podobnie jak Henryk miał duże kłopoty w szkole, musiał powtarzać dwie klasy, nie uzyskał świadectwa maturalnego. Ojciec sprzedał rodzinną firmę.
Być może przedwcześnie gdyż ostatni z rodzeństwa, urodzony w 1891 syn Wiktor, odziedziczył po przodkach zdolności kupieckie. Niestety ojciec rodziny zmarł kilka miesięcy po urodzinach trzeciego syna – w październiku 1891 roku.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia Henryk dostał krwotoku płuc. Dwa lata spędził w sanatoriach. W tym czasie rodzina przeniosła się do Monachium. Po dojściu do pełni sił Henryk wyjechał do Włoch.

Tomasz został wezwany do odbycia rocznej służby wojskowej. Po kilku tygodniach nadciągnął sobie ścięgna w łydce i po dłuższym pobycie w wojskowym szpitalu został uznany za niezdolnego do służby wojskowej.
Jego wrażenie z wojska: wrzask, marnotrawstwo czasu i sztywny regulamin dręczyły mnie ponad wszelką miarę.

Mógł więc dołączyć do starszego brata przebywającego we Włoszech. Bracia otrzymywali od matki pensję, po 160 marek miesięcznie.

Najmłodszy członek rodziny, Wiktor 5 lat, wspominał: Wujkowie Heini i Ommo byli we Włoszech (…) czasem przychodziły od nich listy, takie jak ten –

Szkaradnie w głowę stuknięci,
przyślijcie natychmiast tysiąc.
h oraz t.

Nie zapominali jednak o najmłodszym bracie – napisali dla niego wspólnie książkę z obrazkami.

Dyskutowali też projekt napisania wspólnie książki dla dorosłych, roboczy tytuł Upadek.
Tomasz zbierał już rodzinne wspomnienia i anegdoty. Henryk miał napisać rodziały dotyczące historii rodziny, Tomasz rozdziały o jej upadku. Według Henryka napisali wspólnie kilka rozdziałów.
Nie sposób w tym miejscu pominąć wzmianki o wkładzie jeszcze jednej osoby do tego projektu.
Wiktor Mann, który każdą wolną chwilę spedzał na ulicy w towarzystwie dzieci zamieszkałych w okolicy rzemieślników, wspomina: Pewnego dnia Tomasz wziął mnie na bok i zażądał żebym wyobraził sobie następującą sytuację: monachijski drobnomieszczanin ma dosyć wymówek swojej pretensjonalnej żony i chce odciąć jej się tak, żeby nie mogła z tym się pogodzić, żeby skończyło się rozwodem.
– No więc – powiedział Ommo pełen oczekiwania – co ten człowiek zawołał do swojej eleganckiej żony?
Krzyknąłem nie zawahawszy się ani na sekundę: idź do dziabła ty ścierwo parszywe”.

Literackim owocem pobytu we Włoszech dla Henryka była książka Im Schlaraffenland (polski tytuł – W krainie pieczonych gołąbków) – satyra na szerzącą się chciwość. Dla Tomasza była nim opublikowana w 1901 roku książka Buddenbrookowie – dzieje upadku rodziny. Przyniosła mu sławę.
Może ktoś z czytelników pamięta, że w tej książce znajdują się wspomniane przez Wiktora Manna słowa.
Trudno powiedzieć, czy publikacja Buddenbrooków miała jakiś wpływ na załamanie nerwowe Henryka, w wyniku którego musiał spędzić kilka tygodni w sanatorium.

Henrykowi w dojściu do normy pomogła praca nad książką Die Göttinnen – Boginie – trylogia o kobiecie, ktora odnajduje siebie – w poszukiwaniu wolności jako Diana, w pogoni za inspiracją jako Minerwa i w miłości jako Wenus. Oczekiwał, że książka, która mnie kojarzy się z Eat, Pray and Love, będzie wielkim sukcesem. Mocno się zawiódł.

W 1902 roku, najmłosza siostra, Carla, opuściła dom rodzinny, rozpoczynając karierę aktorską. Niezbyt fortunnie. Po przedstawieniu Hamleta, w którym z powodu choroby nie wystąpiła (w roli Ofelii), zabrała z teatru czaszkę i nazwała Nataniel, jak w bajce E.T.A. Hoffmanna.
Niepowodzenia kompensowała sobie ożywioną korespondencją z Henrykiem. Jej rezultatem była książka Die Jagd nach Liebie – Polowanie na miłość. Dla kulturalnego świata Monachium była to książka z kluczem, rozpoznano w niej wiele znanych osobistości.
Matka Henryka miała do niego wielkie pretensje za opisywanie ekstrawaganckich czynów i marzeń swojej siostry oraz za wzorowanie jednej z głównych postaci na osobie szwagra, męża starszej siostry Julii.
Tomasz Mann napisał do brata krótko: ...was Du machst, ist krank – to co robisz jest chore.

W tym okresie Carla zakochała się w Alfredzie Flechtheimie, agencie giełdowym. Miłość była wzajemna, ale rodzice Alfreda kategorycznie zabronili mu małżeństwa z osobą nieżydowskiego pochodzenia.
Carla w dalszym ciągu w listach zwierzała się Henrykowi ze swoich przeżyć a on ponownie napisał książkę opartą na scenicznych i życiowych doświadczeniach siostry – Aktorka.
To chyba zbieg okoliczności, że w tym samym czasie przetłumaczył na niemiecki książkę Choderlos de Laclos – Niebezpieczne związki.

Rok 1905, we Florencji, Henryk poznał i zakochał się w Inez Schmied. Urodzona w Buenos Aires przypominała mu matkę – niemiecko-południowoamerykańskie pochodzenie.
W tym samym okresie napisał książkę Profesor Unrat.

W lutym 1905 roku Tomasz ożenił się z Katią Pringsheim, pochodziła z bardzo zamożnej i szanowanej żydowskiej rodziny. Karnawał bracia wraz z najbliższymi i z Carlą spędzili w Wenecji. Inez nie zyskała sobie sympatii Carli ani Tomasza, który odwracał głowę, gdy mówiła.

Goście hotelu, w którym mieszkali skarżyli się dyrekcji, że ktoś umieścił na parapecie trupią czaszkę. Było to okno Carli.
Henryk sprawdził, w czaszce była mała paczka. Carla wyjaśniła żartobliwie, że to oszczędności jej życia. Po usilnych naleganiach brata wyjawiła, że to dawka cjanku wystarczająca “na uśmiercenie całego batalionu”. Uspokoiła Henryka, że świadomość posiadania takiego arsenału wyostrza jej umysł.

Związek Henryka i Inez przeżywał burzliwe dwa lata, gdyż Inez obawiała się, że małżeństwo odbierze jej niezależność. W rezultacie związek rozpadł się.

Carla przeżywała nową miłość – Leon Landau, syn rabina z Galicji. Jego rodzina absolutnie nie akceptowała aktorki. Zaręczyli się potajemnie. Rodzice straszyli syna wydziedziczeniem, wahał się. Dotarły do niego plotki o jej aferach miłosnych Carli.
30 czerwca 1910 Carla wzięła dawkę cjanku zdolną wytruć cały batalion.
Prawie 40 lat później Tomasz Mann opisał bardzo skrupulatnie tragedię siostry w Doktorze Faustusie – Klaryssa Rodde.

W 1911 – adaptacja książki Henryka – Aktorka – została wystawiona na scenie teatralnej. W tym samym czasie Tomasz kończył Śmierć w Wenecji – wydana w roku 1913 odniosła fenomenalny sukces.

Lata 1911-13 Henryk miał romans z aktorką i mężatką, Edith Kann. Literackim owocem znajomości była sztuka Die grosse Liebe – Wielka miłość.
Miłość nie była chyba zbyt wielka, gdyż w tym samym teatrze poznał Marię (Mimi) Kanovą – Żydówkę jak Katia żona Tomasza, ale z dużo niższych sfer. Pobrali się w sierpniu 1914 i osiedlili w Monachium.

Rok 1914 – Wielka Wojna zaskoczyła obu braci. Ze względu na słabe zdrowie obaj nie zostali powołani do wojska.

Źródła:
1. Evelym Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann. Instytut Wydawniczy PAX 1975.
3. Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.
4. Wiktor Mann – Wir waren Fünf – Było nas pięcioro. Czytelnik 1966.