Reblog: Alli Neumann

Anselm Neft, Januar 2022, Porta Polonica

Alli Neumann – eigentlich Alina-Bianca Neumann – ist ein Phänomen. Schon früh lebte sie ihre Liebe zur Musik aus, brach als Dreizehnjährige dafür sogar vorübergehend die Schule ab und hat mit gerade mal 26 Jahren ihren Kindheitstraum bereits verwirklicht: Sie lebt von der eigenen Musik, tourt durch Deutschland und begeistert mit ihren alternativen aber eingängigen Songs, emanzipatorischen Texten und ihrer Bühnenpräsenz ein größer werdendes Publikum. Obendrein kann die junge Sängerin bereits auf Rollen in drei Spielfilmen zurückblicken. Dabei lief es für die in Solingen geborene Tochter einer polnischen Mutter und eines deutschen Vaters keineswegs immer rosig.

Alli Neuman bei dem Konzert Rocken am Brocken 2019, Foto Chris W. Braunschweiger

In ihrer Jugend sang Alli Neumann ihre Lieder auf Englisch. Wenn Freund:innen ihr sagten: „Sing doch mal auf Deutsch, das ist bestimmt noch geiler“, konnte sie das nicht nachvollziehen. Bis sie einmal spontan einen Songtext von sich ins Deutsch übersetze, um den Anderen zu zeigen, wie bescheuert das klang. Tat es aber nicht. Sie war selbst erstaunt darüber, wie die Worte nun eine viel direktere Wirkung erzielten.

Continue reading “Reblog: Alli Neumann”

Kapibary

Konradowi

Biedne kapibary! To jeden z tych wpisów przygotowanych pod wpływem chwili, całkiem nieważnych, które tygodniami przesuwają się w dół w kalendarzu publikacji, no bo są takie nieważne. Napisałam o nich 15 kwietnia, dziś jest 2 czerwca. Biedne stworki, doprawdy.

Ewa Maria Slaska

To już dobry kęs czasu temu, jak byłam w Berlinie na koncercie Kwiatu jabłoni. Koncert był świetny, a odbywał się w klubie i nie było krzeseł. Usiadłam sobie na brzeżku podestu dla technika, obok usiadły dwie polskie dziewczyny, takie klasyczne dzisiejsze dziewczyny, wysokie, nie roztyte, ale jednak co tu dużo gadać, duże i tęgie. Mają zrobione przy pomocy maszynki regularne, zaczesane do góry szerokie brwi, długie plastikowe przezroczyste panokcie we wzory, sztucznie powiększone usta, sztuczne rzęsy i gładkie czarne włosy lub równie gładkie blond włosy. Te były czarnowłose. Piszę to wszystko na marginesie głównego tematu, bo zauważyłam, że właśnie na naszych oczach zmienił się ideał piękności. Są już memy na ten temat.

Zniknęły niewysokie, szczupłe dziewczyny o kręconych włosach. Od czasów hippisów to one dominowały w życiu towarzyskim. Były bardzo starannie zrobione, ale wszystko miało wyglądać, jakby były naturalne. Teraz odeszły, a przyszły te równie starannie zrobione, które mają wyglądać jak sztuczne. Dziewczyny z tiktoka. Te dwie oglądają na instagramie filmiki z kapibarami.
– One są cudowne, mówi jedna z nich.
– Och tak, potwierdza druga.
Zerkam. Nie znam akurat tego filmiku, ale jest taki jak te, które znam. Poniżej jeden z tysięcy filmików, które można znaleźć w Sieci.

Continue reading “Kapibary”

Wiersze z brodą i bez (20)

Das Gebet des Thomas Morus (1473-1535) um Humor

“Schenke mir eine gute Verdauung, Herr, und auch etwas zum Verdauen.

Schenke mir Gesundheit des Leibes, mit dem nötigen Sinn dafür, ihn möglichst gut zu erhalten. Schenke mir eine heilige Seele, Herr, die das im Auge behält, was gut ist und rein, damit sie im Augenblick der Sünde nicht erschrecke, sondern das Mittel findet, die Dinge wieder in Ordnung zu bringen. 
Schenke mir eine Seele, der die Langeweile fremd ist, die kein Murren kennt, und kein Seufzen und Klagen, und lass nicht zu, dass ich mir zu viele Sorgen mache, um dieses sich breitmachende Etwas, das sich ich nennt.
Herr, schenke mir Sinn für Humor, gib mir die Gnade, einen Scherz zu verstehen, damit ich ein wenig Glück kenne im Leben, und anderen davon mitteile.”

NOTA BENE:

Thomas Morus wurde zur Hinrichtung gebracht. Bevor er das Gerüst bestieg, wandte er sich an einen der Männer und bat ihn, ihm beim Hinaufsteigen behilflich zu sein: “Beim Herunter wird das nicht mehr nötig sein.” Und als er seinen Kopf auf den Block legte, strich er den Bart auf die Seite mit der Bemerkung: “Der hat doch nichts angestellt…”

Wielkanoc Jana Sebastiana

Wielki Piątek

Wielkanoc Jana Sebastiana (i Konstantego Ildefonsa, i … moja)


Konstanty Ildefons Gałczyński

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.

Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;

o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których dla mej żony marzę,

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.

Konstanty Ildefons Gałczyński
1950


Tu maleńki fragment, pierwszy fragment wielkiego dzieła: Chodźcie, córki, pomóc mi opłakiwać… Fragment na Wielki Piótek. Cała Pasja wg świętego Mateusza TU.

Premiera Pasji miała miejsce w Lipsku w Wielki Piątek 11 kwietnia 1729 roku. Potem utwór popadł w zapomnienie. Odkrył Pasję i przedstawił publiczności Feliks Mendelssohn 11 marca 1829 roku w berlińskiej Singakademie.

Muzykująca rodzina Brodowskich

Roman Brodowski lat 65.
Poeta, eseista oraz twórca tekstów do piosenek patriotyczno-politycznych.
Od początku Stanu Wojennego zaangażowany w twórczość antykomunistyczną. Jeden z autorów poezji antysystemowej na Śląsku, tak zwanych “Ścianowców”. BROM (pod takim pseudonimem pisał wówczas) rozpracowywany iposzukiwany przez katowickie służby bezpieczeństwa opuścił Polskę 1 maja 1987 roku.
W jego twórczości znaleźć można liryki, satyrę i poezję zaangażową. Próbuje też sił w małych form prozatorskich. Dotychczas ukazały się między innymi następujące publikacje:
Apokryfy Broma (2003 rok),
BROM – Poetycki koktajl Romana Brodowskiego ( 2009)
Sacrum-Profanum i…. Kresy.
Potomek Kresowian wołyńskich, emocjonalnie związany z Kresami. Poświęcił im i poświęca szczególnie wiele miejsca. Za swoją twórczość na rzecz Grodzienszczyzny oraz Wołynia uhonorowany został godnością “Honorowego członka Stowarzyszenia Pisarzy Białorusi” – oddział grodnieński.
Po amatorsku gra na akordeonie.
Dodać można iż od ponad dwudziestu lat zajmuje się działalnością charytatywną na rzecz Polski Wschodniej oraz środowisk kresowych spoza terenów polskich – Białoruś, Litwa, Ukraina, a od 2012 roku pełni funkcję pełnomocnika Zarządu Stowarzyszenia Pomocy RUBIEŻ na Niemcy.

Jego twórczość zyskała mu w ostatnich latach miano Barda Opozycji.

Lilia Trofimowicz urodziła się na terenie Białorusi w Słonimiu.
Pochodzi z rodziny Polaków Kresowych. Wychowana została w polskiej tradycji, w zamiłowaniu do folkloru, przede wszystkim polskich pieśni.
Ukończyła Akademię Muzyczną w Grodnie, z która związała swe białoruskie życie, bo po ukończeniu studiów podjęła tam pracę jako nauczycielka muzyki.
Jest współtwórczynią znanego na Białorusi i w Polsce polskiego zespołu pieśni i tańca “Chabry”. Opiekuje się stroną wokalną zespołu i jednocześnie sama w nim śpiewa polskie piesni
Z zespołem wielokrotnie występowała w Polsce, na Litwie oraz Białorusi. “Chabry” uczestniczły w festiwalach kresowych na terenie Polski, zdobywając wiele szacownych nagród.
Z Romanem Brodowskim poznali się na jednym z prowadzonych przez niego “wigilijnych spotkań pisarzy kultury Kresowej” w grudniu 2009 roku w Grodnie.
Do Berlina już jako małżonka przyjechala w 2011 roku, gdzie niebawem urodziła się im upragniona córeczka Kasia.
Obecnie Lilia prowadzi zajęcia muzyczne z dziećmi, przekazując swoją wiedzę muzyczną i wokalną.

Kasia Brodowski urodziła się w Berlinie w 2011 roku.
Od najmłodszych lat przejawiała talent taneczny i wokalny.
W wieku niecałych dwóch lat Kasia z ochotą siadała na kolanach mamy, żeby “bawić się” klawiaturą. Od przedszkola tańczy w dziecięcym zespole tanecznym DanceArt, znanym na terenie nie tylko Berlina, ale i całych Niemiec. Tańcząc i śpiewając występowała w wielu miastach niemieckich, w Berlinie, Padeborn, Stuttgarcie, Lipsku, Dreznie, Chociebużu, Erfurcie, Brunszwiku.
W wieku czterech lat wraz z Mamą, Tatą oraz trzema dziewczynkami po raz pierwszy wystąpiła publicznie. Było to spotkanie wigilijne, organizowane prze Ambasadę Polską w Berlinie. Zespół śpiewał polskie kolędy podczas rodzinnej scenki, wyreżyserowanej przez oboje rodziców.
Uczestniczyła w festiwalach piosenki i konkursach tanecznych, zajmując poczytne miejsca, jak między na przykład ćwierćfinał w Kids Voice Germany w 2021 roku, Grand Prix międzynarodowego festivalu Kultury dziecięcej ” Złoty Deszczyk” Berlin 2022 w kategorii wokalu.
Obecnie na zaproszenie organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Piosenki Dziecięcej Konin-2023 szykuje się do kolejnego występu, który odbędzie się tym razem w Polsce.
Kasia co tydzień pobiera lekcje śpiewu, gry na pianinie oraz tańca, ale oczywiście uczęszcza też do szkoły, do 6 klasy Szkoły Katolickiej w Berlinie. Klasę 7 rozpocznie już w Gimnazjum.

***

Od Ewy Marii Slaskiej

I uwaga, w dzień później, 18 marca o godzinie 16 spotkacie się ze mną i z Anią Krenz w HumboldtForum:

https://www.stadtmuseum.de/veranstaltungen/revolutionen-aus-polnischer-und-feministischer-sicht

…tak se gramy po festynach

Autor wpisu sprzed tygodnia o tym, co się zdarzyło (i nadal zdarza) w śródmieściu pewnego dużego polskiego miasta (TU). Tym razem jako autor piosenek.

Szymon Dominiak-Górski

Ja (czyli ten po prawej) i ten w głębi sceny (Michał Kłos – basista) gramy na gitarach zrobionych przez mojego przyjaciela Jacka Kobylskiego, który struga takie gitki pod nazwą Nexsus. To legenda polskiej sceny – ten od Nexusa oczywiście 😉 Na jego wiosłach grają wszyscy znani basiści (a jak nie grają, to przynajmniej słyszeli o tym lutniku). Ten ciemnobrązowy bas jest zrobiony z hebanu  – nie ma takiej drugiej gitary. 

Drugi gitarzysta, Marcin (po lewej stronie sceny), odszedł z kapeli; gra na Gibsonie SG (ale chyba nie oryginalnym). Garowy – Marek Radkowiak gra ze mną od 30 lat – strasznie się kłócimy. No i na wokalu Monika Jar. Świetny głos, choć mało rockowy – to żona generała Korpusu NATO ze Szczecina z Niemiec. Fajni ludzie 🙂  

Te piosenki pisałem jakieś 30 lat temu (są też nowe oczywiście). Są zbyt liryczne na muzykę rockową i zbyt rockowe na poezję śpiewaną czy coś tam ;), więc tak se gramy po festynach. Często do pustej widowni. Mamy radochę, bo to fajne. Mieliśmy, bo po pandemii nie wróciliśmy do prób.

Wysłane z iPhone’a

Pisane na kanapie 

W lovcie
 
w lovcie
w pokoście
po kostki 
w nagości
zapodziani 
na bani
piliśmy odurzenie 
o smaku malin 
 
palce błądziły 
na oślep 
skrwawione 
 
bit złośnik huczał basem
już dawno uschły kwiaty
 
krwawe guzy
na bongu
wygrzewał mózg chory
 
duszno było od złudzeń
któreśmy milcząc ssali
a jęk tylko wówczas 
wybuchał w otchłani
gdym kłamał sam sobie
że o to właśnie chodzi

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!