Upadek śródmieścia

Upadek śródmieść był w latach 70 bardzo ważnym zjawiskiem demograficznym. Socjologowie obrazowo opisywali miasta jako donaty, twory puste w środku. Niekiedy w śródmieściu tylko się pracowało, niekiedy nawet praca przeniosła się na obrzeża. W Polsce i to, podobnie jak wszystkie inne procesy społeczne, pojawiło się z co najmniej trzydziestoletnim opóźnieniem.

Szymon Dominiak-Górski

Fragment powstającej aktualnie powieści pt. Emigranci seksualni

Filip Okrzeja był nocnym alter ego poważnego skądinąd redaktora Karola Preisa – dziennikarza prasowego, który nie był przychylny władzom. Preis był zrzędliwym maruderem, zgorzkniałym krytykiem, którego jak się nie można pozbyć, to trzeba ignorować. Oskarżał magistrat o to, że swoją polityką doprowadził do podziału miasta na biedną i bogatszą część. Zdaniem Karola, to właśnie polityka konserwatywnej prawicy doprowadziła do powstania dwóch miast w jednym. W lepszej części – nad rzeką – piętrzyły się atrakcyjne komercyjnie inwestycje niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W apartamentowcach na wyspach – poza nieliczną elitą miejską – mieszkali pracownicy wyższego szczebla korporacji – najczęściej obcokrajowcy lub absolwenci najlepszych krajowych uczelni. Szklane wieże, poza parkingami w najniższych kondygnacjach posiadały także kanały wraz z miejscem do cumowania jachtów.

Mieszkańcy śródmieścia – stanowili gorszą część społeczności miejskiej. Utrzymywali się ze sprzątania, budowlanki, pracowali najczęściej za granicą. Ci bardziej zdeterminowani żyli z przemytu, prostytucji, sprzedaży narkotyków czy usług seksualnych w internecie. Do nowych pięknych mieszkań się nie przeprowadzili. Dla nich były to szklane domy – puste obietnice wyborcze władz, podyktowane potrzebą uzyskania politycznego przyzwolenia, na sprzedaż wysp spółkom zagranicznym a nie dbaniem o wyborców.

XIX-wieczne śródmieście pozostawiono samo sobie. Niszczyła je swoim graffiti sfrustrowana młodzież, a także czas, który osypywał się z elewacji, jak piasek w klepsydrach antykwariuszy. Śródmieście było antykwariatem, swoistym skansenem dla mieszkańców wysp – bogatych Szwedów, Norwegów, Duńczyków i Niemców. Tym pierwszym przypominało ono rodzinny Goteborg, Duńczycy widzieli ukochaną Kopenhagę a Niemcy – wschodni Berlin tyle, że przed remontem. Wszyscy natomiast uwielbiali w śródmieściu imprezować, przyjeżdzać na dziewczyny lub po zapas narkotyków.

(Umówił się z jedną z nich.)

Było wczesne popołudnie. Z podniecenia nie mógł wysiedzieć w gazecie. Wyszedł się poszwendać, choć pogoda była paskudna. Rano padał śnieg z deszczem. Na dworze była plucha. Olbrzymią zaletą deszczu ze śniegiem była godność z jaką poruszamy się samochody i ludzie. Można było odnieść wrażenie, że pojazdy nie jadą, lecz godnie zmierzają. Ludzie natomiast nie chodzi, lecz kroczyli w nabożnym skupieniu. Błąkał się po śródmiejskich zakamarkach, kiedy przyszedł mu do głowy pomysł na felieton. Zatrzymał się więc w jednej z bram przy ul. Bohaterów Getta Warszawskiego. Włączył mikrofon:

Mieszkam w mieście najłatwiej dostępnych usług seksualnych i niemal rozsypujących się kamienic w centrum – zaczął. – Te pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego fakty, mają ścisły związek.

Odgłos przejeżdżających samochodów brzmiał mokro i kleiście. Koła przebijając się przez pięciocentymetrową warstwę brunatnej brei, wydawały charakterystyczny odgłos, który kojarzył się z mlaskaniem. „Mlaskanie na okrągło – pomyślał – taka alternatywna nazwa dla błota pośniegowego. Proszę państwa dziś nasze ulice mlaszczą na okrągło”. Był podekscytowany. Umówione spotkanie wprawiło go w wyśmienity nastrój. Czuł, że ma wyostrzone zmysły. Nasze centrum zasiedlone jest przez najuboższych mieszkańców. Bogacze zamieszkali w szklanych domach nad rzeką, odwiedzają „dzielnicę” głównie po to, by wtulić się w ramiona córek tego miejsca. Ludzie śródmieścia nie mają pieniędzy i pracy. Żyją z tego co sobie zorganizują – mówiąc to spojrzał na strużkę moczu ciągnącą się wzdłuż wydeptanej rynienki w posadzce klatki schodowej – Swoją frustrację zalewają piwem, a następnie zasikują nią bramy i mury kamienic. Ludzie leją na to miejsce nie jak zwierzęta, by oznaczyć teren, lecz by zaznaczyć brak szacunku. To nie ich miejsce. Oni go nie wybrali. To ich rodzice tu przyjechali, wprowadzili się, ale tyko na chwilę. – Koło niego rozdarł się gawron. Karol uwielbiał nakładanie się dźwięków otoczenia na materiał. Uważał, że podnoszą wiarygodność. Ptak był chyba jednak przesadą, zwłaszcza w tym momencie wypowiedzi.

– Ludźmi śródmieścia od czasów powojennych kieruje mechanizm przetrwania. Oni nie osiedli. Wciąż są w drodze. Nie należą ani do tej przestrzeni, ani do żadnej innej. Na murach malują graffiti, jak więźniowie na ścianie celi wyskrobują swoje ksywki. Gotowi są sprzedać to, co mają najcenniejsze, by się upić, by przetrwać kolejny dzień. Pod tym względem są zupełnie, jak władze miasta, które też ich sprzedały. Choć oni je wybrali, one ich sprzedały i robią to codziennie.

Oczywiście Karol trochę koloryzował w swoim felietonie. Nie powiedział na przykład o tym, że centrum powoli stawało się modne. Mieszkanie tu było przejawem ekstrawagancji. Deweloperzy wykupowali więc kamienice, przesiedlali „patolę” (często na ogródki działkowe), restaurowali budynki – robili parkingi podziemne, windy, bramy i sprzedawali mieszkania przedstawicielom wolnych zawodów – programistom, grafikom, blogerom czy architektom. Na ulicach zamontowane był kamery, budynków strzegły firmy ochroniarskie.

– Stoję w bramie przy ulicy Bohaterów Getta Warszawskiego. Czas się zatrzymał. Elewacja budynku nosi ślady pocisków z Drugiej Wojny Światowej. Przestaliśmy na to zwracać uwagę. Topniejący śnieg na chodniku ujawnia liczne ślady rozmokniętych psich odchodów. Do bramy prowadzą stare drzwi z wypaczonej płyty pilśniowej. Tuż za nimi, na stuletniej marmurowej posadzce cieknie długa strużka moczu.

Spojrzał z zegarek. Do spotkania z Martą, czy jakkolwiek się ona nazywa, zostało mu jeszcze dziesięć minut. W bramie minęła go kilkunastoletnia dziewczyna w krótkiej spódnicy. Rzuciła mu przeciągłe wyzywające spojrzenie i puściła oko.

– To relacja z obozu tymczasowego, mentalny skansen rzeczywistości po Drugiej Wojnie Światowej. Tu od 80 lat trwa impreza, którą nasi dziadowie wyprawili z okazji spóźnionego końca świata. Tani bazar wszystkiego. Tu wszystko jest na sprzedaż, a zwłaszcza córka sąsiada. Czy można się dziwić, że tak samo postępują władze? Krew z krwi. One też sprzedają to, co stanowi największą wartość, po to by przetrwać… kolejną kadencję. Tego, co powoli obraca się w ruinę nikt nie naprawia. W naszym mieście prostytucja nie jest problem społecznym, to społeczna tożsamość. Miasto wyśniło swój sen o potędze. Jesteśmy największym w tej części Europy centrum usług biurowych, ale nieźle płatna praca w tym sektorze jest dostępna dla wąskiej grupy. Najczęściej dla zagranicznych rezydentów. Oni zamieszkują peryferyjne dzielnice willowe i apartamentowce nad rzeką. Śródmieście stanowi Getto Straconego Czasu. Jedyną korzyścią jaką prezydent zagwarantował córom tego miasta, są dobrze płacący dewizowi klienci.

Karol wyłączył mikrofon i zamarł obserwując matkę z dwuletnim dzieckiem w wózku. Kobieta wyszła z mieszkania na parterze. Matki i ich biologizm – pomyślał. Przepuścił ją, przytrzymał drzwi bramy starej kamienicy. Konstrukcja z płyty OSB zatrzasnęła się po jej wyjściu i zapanował półmrok. Śmierdziało moczem. W wyobraźni przywołał zdjęcia z anonsu internetowego. Za drzwiami pod numerem 2 miała czekać na niego piękna delikatna czarnowłosa dziewczyna. Zadzwonił. Drzwi otworzyły się po chwili. W półmroku korytarza stała filigranowa postać.

(Zrobili w łóżku różne rzeczy, a potem Karol nagrał wywiad z Martą.)

Karol wyemitował nagrany tekst felietonu wieczorem podczas czwartego – ostatniego w rozgłośni publicznej odcinka „Pulsu Miasta”. Miastem już trzecią kadencję rządziła Partia Cheścijańsko-Narodowa z bezpartyjnym prezydentem na czele. Gmina była istotnym płatnikiem reklam w lokalnych mediach, co dawało jej wręcz nieograniczony wpływ na publikacje. Miejska władza uprawiała propagandę sukcesu, początkowo programowo nie dostrzegając problemów śródmieścia, a później celowo je ignorując. „Dzielnia” (czyli dzielnica Śródmieście) rządziła się swoimi prawami. Mężczyźni pracowali dorywczo w budownictwie, zajmowali się paserką, drobnymi kradzieżami lub sprzedawali narkotyki. Władze nie miały i nie chciały mieć zbytniego wpływu na te procesy. W niektórych rejonach policja w ogóle nie interweniowała i nie przyjmowała zgłoszeń. W statystykach bezpieczeństwo wyglądało dobrze, ale w praktyce było towarem dla wybranych. Felieton Karola był im wyjątkowo nie na rękę.

W połowie maja, kiedy obrabiał „zdarzyłkę”, przeczytał w policyjnym mailu o morderstwie w mieszkaniu przy Bohaterów Getta Warszawskiego 6/2. Jakiś wkurzony brat zadźgał swoją siostrę, za to że się puszczała za pieniądze. Nie, nie była to ona. Wydzwaniał do niej wielokrotnie, ale telefon Marty odbierały jej koleżanki. Ładne dziewczyny, które profesjonalnie wykonywały swoją robotę, ale nie były Martą. Po dwóch razach zrezygnował. Chciał, zachować wspomnienie tego miejsca takim, jakim je widział będąc z nią. Śmierdząca stęchlizną i moczem, zniszczona klatka schodowa, czynszowa kamienica nie odnawiana od ponad wieku, a w nim dziewczyna zagadka, klejnot znaleziony w tak obcym środowisku. Czy ktoś go wydobył? Jakaś mafia diamentowa?

(…)

Karol szedł zamyślony. Niemal wpadł na barierkę ogródka letniego przed lokalem na deptaku Bogusława. „Out of office” – pub na który moda niedawno przeminęła, lecz wciąż miał dobrą ofertę sałatek i makaronów. Nadto oferował także dobre WiFi i całkiem niezłe piwo. Była to jedna z knajp w „oswojonej” części śródmieścia, nastawiona na „nową klasę średnią”. Część ulic miejskich przeszła modernizację. Były to główne ciągi komunikacyjne łączące znaczące urzędy i miejsca użyteczności publicznej z nowym centrum, sercem miasta, powstałym nad rzeką i wyspach.

Struktura miasta była bardzo czytelna. Nie sposób było nie dostrzec działania „siły odśrodkowej” – jak mawiał Karol, – siły wypychającej nowe domy na obrzeża miasta. W konsekwencji rozwijało się ono dynamicznie, ale poza centrum. Zresztą centrum z prawdziwego zdarzenia, nie było. Były tylko centralnie położone obszary – zaniedbanie i zapomniane. Budynki, ulice i place usychały, płowiały i kruszały nie podlewane troską mieszkańców. Mimo to były piękne. Nosiły bowiem do dziś widoczne znamiona dawnej świetności i rozmachu, który nadali im niemieccy budowniczowie.

Polska społeczność, która wprowadziła się do opuszczonych domów i mieszkań, nie odnalazła się w obcej strukturze. Swoje życie, swoje ważne sprawy mieszkańcy zostawili we wsiach i miasteczkach, z których ich tu przesiedlono. To dlatego żaden z licznych i pięknych placów nie zyskał miana ważnego, czy centralnego. To miasto było dla nich obce i tymczasowe. Chodników i skwerów nie oświetlała energia marzeń i planów mieszkańców. Te pozostały na wschodzie. Jeżeli więc mówiono o śródmieściu, jako o centrum miasta, to tylko dlatego, że leżało ono w jego środku. Nie kipiało ono energią mieszkańców.

Jeśli drzewa zakwitały tu na wiosnę, to tylko z przyzwyczajenia. Nie powodowała tego bynajmniej niecierpliwość tych, którzy je posadzili ani nawet ich wnuków. Utopione w studniach śródmiejskich podwórek wspomnienia poprzednich mieszkańców brzmiały złowrogo. Ich głosy, jeśli kiedykolwiek ożywały i były słyszalne przez nowych osadników, i tak pozostawały obce. Głosy śródmieścia budziły trwogę. Były to głosy w języku, który był obcy, nawet jeśli ktokolwiek z mieszkańców rozumiał znaczenie słów. Wszyscy, którzy tylko mogli, uciekali, by nie słyszeć. Pracownicy urzędów, szkół, kadra kierownicza dużych zakładów przemysłowych, lekarze, adwokaci, architekci i przedstawiciele innych elitarnych zawodów wybierali przestrzenie wolne od głosów.

Jeśli budowniczy nowego porządku światowego kiedykolwiek myśleli, że ta transfuzja mieszkańców w obcy organizm miasta się przyjmie, to się mylili. Oczywiście nie można powiedzieć, że miasto było martwe, ale z pewnością nie było żywe. Było, jak zombie. Co więcej, nikt nie wiedział, gdzie bije jego serce, pewno dlatego nikt nie mógł go uleczyć.

Głosy budziły grozę wśród nowych mieszkańców i napędzały „siłę odśrodkową”. Rozwijały się wyłącznie dzielnice ościenne, z których każda miała swoje własne, małe centrum. Odzwierciedlały one marzenia mieszkańców o pozostawionych gdzieś daleko wsiach i miasteczkach,nie odpowiadały jednak ich nowym wielkomiejskim ambicjom.

Siła odśrodkowa działała bardzo długo, a może nawet nigdy nie przestała działać, nawet wtedy, kiedy mieszkańcy to wszystko sobie uświadomili i zapragnęli, by ich miasto miało serce. Dużo o nim mówili, więc władze postanowiły im owo serce zbudować. Idea „nowego serca” jednak pełzała. Wprawdzie niezbyt prędko, ale wystarczająco szybko, by skołowani mieszkańcy nie mogli za nią nadążyć. Cykl przemieszczania się „nowego serca” wyznaczały kadencje władz wybieranych w ramach młodej demokracji. „Serce” uciekało wraz ze zmieniającymi się obietnicami włodarzy. Najpierw miało bić w śródmieściu, na deptaku Bogusława, pompując dobrobyt i koloryt. Póżniej nastąpił przerzut – miało bić bliżej rzeki – na Placu Orła Białego. W końcu uzgodniono, że serce miasta będzie na terenach nadrzecznych – na nabrzeżach i wyspach. Tak już zostało. Piękne, drogie mieszkania powstały w apartamentowcach nad wodą na terenach niemieckich stoczni i zakładów przemysłowych. „Nowe Centrum” nad rzeką rozwijało się dynamicznie za sprawą kolosalnych pieniędzy inwestowanych przez zachodnie korporacje. Było najnowocześniejszą, najmodniejszą i najdroższą dzielnicą miasta i mieszkańcy może nawet byliby z niej dumni, gdyby nie to, że nie była ich. Wybudowali ją właściciele zagranicznych korporacji, dla siebie, a nie dla nich.

Ostatecznie więc „serce” nie biło nigdzie, albo biło wszędzie po trochu – różnie mówią. Dość, że rozproszone serce nie wytwarza wystarczającego ciśnienia, by zasilić energią wszystkich mieszkańców. Tych natomiast opuściły resztki nadziei, że ktokolwiek reprezentuje ich zbiorowe marzenie o wspólnocie, którą zresztą nigdy nie byli.

Karol kochał śródmieście takie jakie było. Potrafił je czytać. Sam mieszkał w starej poniemieckiej kamienicy położonej między rzeką, a parkiem. Uwielbiał też spędzać wolny czas w lokalach. Zamówił piwo. Wyjął iPada sprawdził nowe wiadomości.

(Wieczorem Karol miał grać z zespołem kumpla o ksywce Wooyt. To było kolejne jego wcielenie. Gitarzysta. Dobrze improwizował)

Wypił głęboki łyk piwka i odruchowo sprawdził, czy ma przy sobie paczkę papierosów z jointem, którego skręcił wczoraj wieczorem specjalnie, na tę okazję. Sięgał po marihuanę raczej rzadko. Palił głównie przy okazji jamsessions, tylko wtedy, kiedy wiedział, że nie będzie nikt wymagał od niego nadzwyczajnej czujności, liczenia taktów i pilnowania skali. Zaproponowane przez Wooyta numery były doskonale Karolowi znane z ich wspólnego muzykowania w klubie Słowianin. Obaj byli wtedy młodzi i obaj lubili eksperymentowa. Wooyt jednak więcej ćwiczył i grał więcej standardów. Rozwijał się poznając nowe skale i ogrywając nowe rify. Z tego powodu zawalił studia na Akademii Medycznej. Grali razem przez około cztery miesiące. Mieszkali wtedy wynajmowanych pokojach w domu Maxa, którego stary był posłem na sejm i przebywał wraz z matką głównie w Warszawie. Chłopcy w piwnicy urządzili sobie salę do prób. Pokoje podnajęli jeszcze dwóm kolegom, z których jeden pukał na garach, a drugi – ekonomista – szmuglował spirytus zza wschodniej granicy, by sprzedawać alkohol w akademikach. Przez dom Maxa przewinęli się wtedy chyba wszyscy. To właśnie w tym czasie Wooyt zawalił studia, a Karol przepisał wszystkie egzaminy na wrzesień.

Karol spojrzał na zegarek. Była 19.10. Za niecałe półtorej godziny musiał być w klubie. Nie chciał pić drugiego piwa, bo miał wejście na antenę inicjujące program. Później mógł przekazać głos Garemu – dj-owi, który był odpowiedzialny za część muzyczną Pulsu Miasta. Koncert był przewidziany dopiero na 23, a jammsessions mogło się zacząć najwcześniej o 24. Do północy z pewnością zdąży wypić i nie tylko.

Jam nastąpił wcześniej niż się spodziewał. Na małej klubowej scenie dla muzyków było mało miejsca. Centralną część zajmował zestaw perkusyjny, odsłuchy, stojaki na mikrofony i piece. Karol miał dobrą lutniczą gitarę, robioną na zamówienie przez przyjaciela. Nie lubił elektroniki. Lubił brudne surowe brzmienie. Nie lubił też popisywania się i szybkich pseudowirtuozerskich solówek.

Wszedł na scenę. Grając z Wooytem funky, Karol patrzył na stoliki, przy których jak duchy majaczyły postacie gości klubu. Ale naprawdę grał z odmętów nieświadomości. Wpatrzony w statyw do mikrofonu grał swoją gitarę, od czasu do czasu podchwytując dźwięki Wooyta. Wiedział, że na widowni jest ktoś bardzo mu przyjazny, ktoś kto czeka na tych parę dźwięków, jak na sygnał porozumiewawczy. Zaczął solo. Był już po marihuanie, gdy zamknął oczy, widział kolorowe figury, które omijał w karkołomnym locie.

Grał. Czuł się tak, jak lubił najbardziej. Nie chodziło o odjazd, czy wizje, lecz dźwięki, przestrzeń miedzy nimi i komunikację z innymi muzykami, z ludźmi przed sceną i jeszcze z kimś. Ilekroć grał, ilekroć udawało mu się złapać ten klimat czuł obecność. Jakby grał dla kogoś, albo innej części siebie. Jakby ktoś słyszał wszystkie smaczki i ukryte w improwizacjach konteksty muzyczne. Nie wiedział, czy to modlitwa, ale kiedyś tak się modlił. Kiedyś powiedziałby, że to Bóg, ale teraz? Była w nim pewność, co do tego, że istnieje coś więcej, że nie jest tylko ciałem, a widzialny świat – tym co widzi. Za cholerę nie mógł jednak z tych majaków poskładać do kupy jakiegoś spójnego obrazu. W zasadzie, motyw kontaktu z jakąś siłą towarzyszył mu często. Ilekroć grał i pisał odnosił się do tej świadomości. Czasem działo się tak również we śnie.

Silny akcent na perkusji sprowadził go na ziemię. Przez chwilę nie wiedział w jakiej części numeru się znajduje i czy przypadkiem nie przegiął z solówką. Spojrzał na basistę, ale ten nie zdradzał objawów zniecierpliwienia. Teraz grał już Wooyt. Grał szybko. Karol pilnował rytmu, jak liny, która nie pozwala spaść w przepaść nieświadomości. Wzrokiem próbował przebić się przez oślepiającą kurtynę reflektorów, by zobaczyć, kto siedzi przed sceną. Machała do niego jakaś dziewczyna.

Zszedł ze sceny.

Ola. Ona też kiedyś udzieliła Karolowi wywiadu. I również tyn wywiad był podawany jako powód, wyrzucenia Karola z radia publicznego. Ola na antenie przeczyła tezie, że uprawia płatny seks wyłącznie z przyczyn zarobkowych. Powiedziała, że od kiedy jest prostytutką, przestała mieć depresje, bo robi to, co sprawia jej przyjemność. Wybiera swoich klientów, więc z tymi, których nie lubi się nie spotyka. Zdecydowanie zaprzeczyła również, gdy Karol, zapytał o kwestie moralno-etyczne – „w końcu przychodzą do niej klienci posiadający rodziny.” Ola odpowiedziała, że mężowie i ojcowie, to jej główna klientela. Zaraz potem jednak dodała, że nie uważa, by w tym, co robi było coś złego i że ludzie niepotrzebnie obciążają seks złymi emocjami, a przecież seks, podobnie jak masaż, może być sposobem na rozluźnienie i relaks. Na potwierdzenie tych słów dodała, że korzystają z jej usług „prawnicy, księża, biznesmeni, a nawet politycy, którzy swoim wyborcom wciskają pełen hipokryzji kit o wartościach rodzinnych”.

Ola przysunęła się do Karola. Jej ręka znalazła się natychmiast pod jego koszulą. Miał płaski brzuch, choć nie można było powiedzie, że był jakoś szczególnie umięśniony. Miał raczej figurę lekkoatlety. Przypomniała sobie, że Karol gra w squasha. Cieszyła się, że może się do kogoś przytulić w knajpie. Zwykle mężczyźni niechętnie pokazywali się z nią w miejscach publicznych. Była prostytutką i to dość rozpoznawalną w mieście. Nigdy nie kryła się z tym, co robi. Miała pełną świadomość konsekwencji tego wyboru. Dziś jednak czuła się samotna bardziej niż zwykle. Zauważyła, że dziewczyna, która zaczepiała Karola poszła na parkiet z jednym z młodych chłopaków, a drugi całował się z jej koleżanką. Była wdzięczna Karolowi za jego wybór. Karol dopił już piwo. Patrzyła na niego z profilu. Jego nieco przydługie włosy zasłaniały oczy. Widziała jedynie kontur nosa, pełnych ust i nieco cofniętej brody. Karol zawsze przypominał jej Johna Lennona, mimo że nosił okulary kwadratowe zamiast okrągłych. Dolała mu piwa ze swojej szklanki, chciała już iść. Karol wypił je i spojrzał na nią wyczekująco. Wzięła torebkę. Wyszli na ulice.

Ola mieszkała przy ulicy Tarczyńskiego, w domu z lat 60. naprzeciw Wydziału Filozofii Uniwersytetu. Kiedy pierwszy raz do niej poszedł, bardzo go ta koincydencja zajmowała. Jej trzypokojowe mieszkanie było urządzone nowocześnie, ale bez zbędnego przepychu. Ola pracowała w wynajętym lokalu przy ulicy Jagiellońskiej. W tym mieszkała wraz z synami. Przy wejściu powiedziała Karolowi, że może czuć się swobodnie, bo dzieci są u na wakacjach u rodziców ojca.

Poszli razem pod prysznic…

4 thoughts on “Upadek śródmieścia

  1. In the early 1980s, a punk band with the peculiar name KUKL descended on West Berlin. They played at Kuckuck (cuckoo), a cultural centre near the bombed out ruin of Anhalter Bahnhof railway terminus. Kuckuck was a squat, one of a total of 170 that eventually existed in the western part of the city. Directly opposite lay a fenced-off plot strewn with rubble that had been reclaimed by nature since 1945: creepers, acacias, birch trees, undergrowth and tall grass. From early spring each year, a nightingale would sing here at deafening volumes. It sang to mark its territory, and it sang to drown out the noise from the street beyond the fence. The wasteland itself was criss-crossed by amateurishly levelled “streets” where drivers without a license could practise. The proprietor of the Autodrom, as it was called, was Harry Toste, also known as “Straps-Harry” (Harry suspenders), a transvestite with long, dyed-yellow hair and bright green knee-length stockings held up by a red suspender belt. Later, he was sometimes to be seen at Café Anal, a gay and lesbian punk bar in Kreuzberg. In 2004, Harry died aged 97.
    In 1987, more widespread attention was focussed on this overgrown plot of land by an exhibition called “Topography of Terror” and, after several failed attempts, building work on a museum of the same name finally began there in the autumn of 2007. Here, on Prinz-Albrecht-Strasse, was where Himmler, Heydrich and Kaltenbrunner sat at their desks, at the nerve centre of the Nazi regime of political crimes and repression: the headquarters of the Gestapo, the SS and the Reich Security Main Office.
    Escept from “Cafe Anal”

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.