Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

Stuart słucha muzyki 8

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner
słuchają muzyki, której słucha Stuart

Skończyłyśmy, dawno temu, na rozdziale 20, wiele przed nami…

Aha, nigdy chyba tego przedtem nie napisałam – wszystkie tłumaczenia tekstów piosenek w opowieści o Stuarcie wykonała autorka…

Rozdział 21

Meg jest w szpitalu po dramatycznie ciężkim wypadku samochodowym. Ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. My, czytelnicy, wiemy kto, ale ani Stuart, ani Meg nigdy się nie dowiedzą, jest to więc całkowicie nieistotne. Stuart umiera z rozpaczy, podczas gdy w szpitalu lekarze próbują wyrwać Meg śmierci…

My face above the water, my feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Nigdy w życiu nie słyszałam o Mr. Probz Waves. Nawet nie wiem, czy to nazwisko muzyka, czy tytuł jego piosenki. To “z” na końcu mogłoby świadczyć o związkach z hip-hopem, ale i tak o niczym nie mam pojęcia… Z ulgą uświadamiam sobie, że tę sprawę da się uporządkować jednym przecinkiem. Mr. Probz, Waves.

Youtube podaje wszystkie podstawowe informacje:
Artysta: Mr. Probz (Dennis Princewell Stehr)
Album: The Treatment
Data wydania: 16 września 2013
Gatunek: Hip-Hop/Rap

Chłopak ma nawet stronę po polsku:

Mr. Probz, właściwie Dennis Princewell Stehr (ur. 15 maja 1984 w Zoetermeer) – holenderski raper, wokalista, producent muzyczny i autor tekstów; pochodzenia holendersko-antylskiego. Stał się popularny w 2014 roku, kiedy remiks jego utworu Waves w wykonaniu niemieckiego DJ’a Robina Schulza wszedł na I miejsce list przebojów w Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Norwegii i Szwecji.

***

Rozdział 22 toczy się cały w szpitalu. Stuart podejmuje ważną życiową decyzję. Ożeni się z Meg, wszystko będzie dobrze – To będzie jasny, słoneczny dzień.

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Piosenkarz uwolnił się od nałogu heroiny i naprawdę mógł o sobie powiedzieć i zaśpiewać I can see clearly now. Urodził się w roku 1940 w USA. Jego fani piszą na youtubie, że był przez 25 lat zależny od heroiny. Jeżeli można się uwolnić od nałogu po ćwierć wieku, to można naprawdę wszystko! Oficjalny życiorys piosenkarza  w ogóle o tym nie wspomina.

Piosenka powstała w roku 1972 i była największym przebojem Nasha.

Nash przyjaźnił się z Bobem Marleyem.

W rozdziale 23 Stuart oświadcza się Meg. Tak jak to sobie każdy wyobraża – na klęczkach, z pierścionkiem i bukietem kwiatów… Ukochana wraca do zdrowia, piękny świat stoi otworem… Będziemy żyli długo i szczęśliwie, kochając każdą zmarszczkę na naszych twarzach, bo opowiadają dzieje naszej miłości i naszego wspólnego życia:

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Ale… Ale jeśli myślisz… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas i narszcie… Ale…

Porady kulturalne / Kulturelle Ratschläge

Samstag / Sobota

Niemcy też mają długi weekend i jest on właśnie teraz. Zaczął się wczoraj, skończy 3 października wieczorem, w Dzień Jedności Niemieckiej. Wszyscy wyjechali, a ci co nie wyjechali pójdą w ten weekend co najmniej raz na jakiś event kulturalny. Wiele z nich jest za darmo. Tu poniżej podaję trzy z nich.

30. SEPTEMBER UM 17 UHR

Staatsoper für alle: Open-Air-Konzert und Live Übertragungen

Die Staatsoper ist zurück in ihrem Stammhaus Unter den Linden!

Nach mehr als sieben Jahren kehren das gesamte Ensemble, das Orchester, der Chor und alle Mitarbeiterinnen und Mitarbeiter wieder an ihren angestammten Ort zurück. Das möchten wir mit euch allen feiern!

Eintritt frei! Dank BMW Niederlassung Berlin

Open-Air-Konzert STAATSOPER FÜR ALLE
30. Sep 17.00 Uhr Bebelplatz

Dirigent: Daniel Barenboim
Sopran: Diana Damrau
Mezzosopran: Okka von der Damerau
Tenor: Burkhard Fritz
Bass: René Pape
Staatsopernchor
Staatskapelle Berlin

Ludwig van Beethoven
Sinfonie Nr. 9 d-Moll op. 125

Live-Übertragungen STAATSOPER FÜR ALLE
3. – 7. Okt. Bebelplatz

Im Rahmen von STAATSOPER FÜR ALLE werden alle Vorstellungen des PRÄLUDIUMS zur Wiedereröffnung der Staatsoper live aus dem Großen Saal übertragen: Die Eröffnungspremiere »Zum Augenblicke sagen: Verweile doch!« mit Schumanns »Szenen aus Goethes Faust« in der Inszenierung von Jürgen Flimm (3.10., 20 Uhr, auch am 6.10., 18 Uhr) das Konzert am 4.10., 19:30 Uhr (Daniel Barenboim, Maurizio Pollini, Staatskapelle Berlin) sowie das Konzert am 7.10.,18 Uhr mit den Wiener Philharmonikern und Zubin Mehta am Pult . Kommt vorbei!

Alle Termine zu STAATSOPER FÜR ALLE Unter den Linden unter: http://bit.ly/2gQ2eUg

Quena Tapia lädt zur Peña:

100 Jahre Violeta Parra

Sa., 30.9.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Violeta Parra war Folk-Musikerin und bildende Künstlerin.
Vor fast 100 Jahren wurde Violeta del Carmen Parra Sandoval in Chile geboren.

Peña bedeutet Fels, aber auch Stammtisch und steht in ganz Chile für kulturell-politische Gemeindefeiern, bei denen Gesangswettbewerbe aller Generationen solo und als Chor, mit und ohne instrumentale Begleitung häufig im Mittelpunkt stehen.
Heute gibt es viele Peñas in Chile, Lateinamerika, Nordamerika, Europa und Australien, die sich aufgrund der Chilenen, die nach Augusto Pinochets Putsch ins Ausland flohen, ausgebreitet haben.

Ab 1952 begann Parra Folkloremusik aus den ländlichen Zonen aufzunehmen und zusammenzustellen. Diese Sammlung entdeckte die Poesie und das Volkslied aus den ziemlich verschiedenen Regionen Chiles. Diese Arbeit förderte den enormen verborgenen Reichtum der Traditionen zu Tage, die zur chilenischen Kultur verschmolzen waren. Von hier begann sie ihren Kampf gegen die stereotype ausländische Musik und transformierte bzw. gewann die authentische Volkskultur wieder zurück. Sie komponierte Lieder, Décimas und Instrumentalmusik, wurde zur Malerin, Bildhauerin, Stickerin, Töpferin.

Violeta Parra schuf die Basis für La Nueva Canción Chilena, die Neue Gesangsbewegung Chiles, die die chilenische Folkloremusik erneuerte. Diese Bewegung breitete sich in den sechziger und siebziger Jahren in Chile aus. Da sie folkloristische Musikelemente mit religiösen Formen und Inhalten der Protestbewegung und Sozialkritik der sechziger Jahre vereinte, wurde sie der Kopf einer mächtigen kulturellen Strömung und erfasste das ganze Land. Sie wurde auch nach dem Putsch in Chile 1973 für viele ein Synonym für das unter der Militärdiktatur leidende und kämpfende Chile, das seine Rückkehr zur Demokratie erreichte.

Eugenia Tapia (Quena Tapia)
Cantante / compositora / Guitarra

Eugenia Tapia wurde als Tochter Chilenischer Musiker in Rüdersdorf geboren, daher die Freude an Ethno-Einflüssen.
Sie studierte 2 Jahre Komposition an der Universität Arsis-Chile (SCD) und Gesang dazu. Danach Gitarrenstudium im Conservatorium – Badalona.
Eugenia startet ihr Musikerinnenleben mit verschiedenen Bands: teils in Chile, Barcelona und seit 2011 auch in Berlin.
Nicht nur live kann mensch sich an Eugenias Kunst erfreuen, sie hat auch einen Lullabye Song aufgenommen: “Tu mi Mariposa” (E.Tapia /P. v. Rothkirch). 2011 CD -Heart & Toes – Lullabies from Around the world.

Eintritt frei – Spenden willkommen

Gute Nacht


Guten Morgen

01. OCTOBER UM 14 UHR


Gallion-Bild der Ausstellung: Neavenezia 2015/17, was natürlich Berlin ist

In der Komunalen Galerie Berlin  auf dem Hohenzollern Damm 176 gibt es noch bis 29. Oktober eine Ausstellung von Matthias Koeppel

Experiment und Methode

Matthias Koeppel zum 80. Geburtstag

Fotografie, Zeichnung, Grafik, Gedichte, Komposition, Malerei

Während der Ausstellung wird sich der Künstler drei Mal mit seinem Publikum treffen und es durch die Ausstellung führen. Ein Termin ist schon vorbei, zwei bleiben noch, davon ein – morgen:

Führungen mit Matthias Koeppel

Sonntag, 10.09.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 01.10.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 15.10.2017 | 14 Uh

Leider nicht in der Ausstellung, auch als Plakat nicht: Matthias Koeppel ‘Requiem für Luise’, Plakat zur 750-Jahr-Feier Berlins

Auf dem Blog Café Deutschland liest man: Abgebildet sind die Humpe-Sisters: Annette und Inga Humpe gehörten zu den Schaumkronen der Neuen Deutschen Welle. Annettes Blaue Augen (1981) und Ingas Ich düse im Sauseschritt (1983) haben noch heute großen Wiedererkennungswert. Zwischen 1985 und 1987 hatten sie als Humpe & Humpe eine gemeinsame Band.

Das ‘Requiem für Luise’ ist mein Lieblingsbild von Koeppe – ironische Nachahmung der berühmten Skulptur von Prinzessinnen Luise und Frederike Hohenzollern von Johann Gotlieb Schadow aus den Jahren 1795-7. Darüber schrieb ich schon HIER: https://ewamaria.blog/2020/02/08/dwie-siostry/

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner  

Muzyka i wiersze

Andrzej Rejman i inni

Muzyka Andrzej Rejman, słowa Tadeusz Sadowski

***

Muzyka: Andrzej Rejman, wiersz: Teresa Bogusławska (1929-1945), wykonanie, nagranie i zdjęcie: A. Rejman

***

Music improvised by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, recorded and mixed by Raf Smoliński, video by Piotr Cieślik 2016 Warsaw, location: Quality Studio Warsaw

***

Music by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, artwork by Monika Szambelan Althamer all rights reserved 2013-2016

***

Słowa: Krystyna Wożniak

Boisz się głosu ulicy,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.

Stuart 29

I stare at my reflection in the mirror,
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error.
I nearly left the real me on the shelf. No.
Don t lose who you are in the blur of the stars.
Seeing is deceiving, dreaming is believing, it s okay not to be okay.
Sometimes it s hard to follow your heart.
Tears don t mean you re losing, everybody s bruising.
Just be true to who you are.

Wpatruję się w swoje odbicie w lustrze…
Dlaczego to sobie robię?
Tracę rozum przy najmniejszym błędzie
I gubię gdzieś samego siebie. Nie.
Nie zgub siebie w plątaninie gwiazd
To, co widzimy jest iluzją, a marzenie oznacza wiarę,
To w porządku, że nie jesteś okay
Czasami ciężko jest podążać za sercem,
Lecz łzy wcale nie znaczą, że przegrywasz, każdy ma przecież jakieś blizny
Bądź po prostu szczery w stosunku do siebie.

Ed Sheeran, Who you are

Joanna Trümner

Powrót

Jak ten tydzień szybko minął”, pomyślał pakując rzeczy w hotelu. Następnego dnia opuszczał Melbourne i jechał w dalszą trasę koncertową do Canberry. Przed kilkoma dniami dowiedział się od Toma, że mały, nowo otwarty klub w tym mieście zaproponował mu pięć koncertów. Zadzwonił tam natychmiast i potwierdził przyjazd. Był zaskoczony, kiedy właściciel klubu powiedział mu, że dowiedział się o nim od Chucka. Do tej pory Stuart nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Chuck nie czuje do niego zbytniej sympatii i że jest dla niego prawdopodobnie tylko jednym z tysięcy muzyków, zapychających dziury pomiędzy występami prawdziwych gwiazd.

Od dnia, w który opuścił Melbourne minęło jedenaście miesięcy. Znowu był w drodze – tym razem była to droga do Sydney. Nie mógł doczekać się spotkania z Tomem. Podczas wielomiesięcznej podróży po Australii zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje rozmowy z przyjacielem – sporadyczne rozmowy telefoniczne, wymierzane taktem monet wrzucanych do szczeliny w budce telefonicznej, nie były nawet namiastką prawdziwej rozmowy. Od początku trasy koncertowej przejechał czterdzieści tysięcy kilometrów, poznał dziesiątki miast i miasteczek w Australii i zawarł wiele nowych znajomości. Każdy dzień był nową przygodą, a każdy koncert przed nieznaną publicznością wielką zagadką z trudnym do przewidzenia rozwiązaniem. Podczas drogi powrotnej do Sydney Stuart przypominał sobie wydarzenia ostatnich miesięcy i ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, ile z tych tak bardzo różniących się dni zniknęło z jego pamięci. A tak bardzo chciał opowiedzieć przyjacielowi o dniach w drodze, o sukcesach, porażkach i koszmarnych przeżyciach, które na długo wytrąciły go z równowagi. Jak pierwszy koncert w Perth. Już przy wejściu do sali – największej w jakiej do tej pory występował – na tysiąc osób, wiedział, że jego występ tu jest nieporozumieniem. Muzyka, którą grał, nie pasowała ani do tego pomieszczenia ani do wybitnie młodej publiczności. Było to miejsce, gdzie odbywały się koncerty grup rockowych i Stuart zadał sobie w duchu pytanie, czy właściciel klubu nie sprawdza jego kosztem, czy ta publiczność zaakceptuje w ogóle muzykę innego rodzaju. „Co ja tu robię?”, zastanawiał się, żałując po raz pierwszy, że nie zatrudnił menadżera, który przed każdym koncertem obejrzałby salę i wykłóciłby się o gażę. „I który prawdopodobnie odradziłby mi przyjazdu tutaj”, pomyślał, wiedząc, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Ten wieczór był jedną wielką wpadką, już w pół godziny po rozpoczęciu koncertu słuchacze zaczęli masowo opuszczać salę. „Chyba bym wolał, żeby mnie wygwizdali, przynajmniej bym wtedy wiedział, że wywołałem w nim jakiegolwiek emocje”, myślał rozczarowany na widok pustoszejącej sali. W kilka minut przed dziesiątą przestał grać i wyszedł tylnym wyjściem na parking. Wrócił do hotelu i wypił w barze trzy podwójne martini. Wrócił do pokoju i systematycznie zaczął opróżniać hotelowy minibar. Chciał się upić i zapomnieć o tym wieczorze, ale wypity alkohol sprawił tylko, że czuł się coraz podlej. Nie potrafił zwalczyć uczucia porażki i rozgoryczenia. „Jak mam po tym jeszcze kiedykolwiek wyjść na scenę? Po prostu nie mam talentu i sam się oszukuję”, pomyślał i nagle w głowie pojawiło się wspomnienie z dzieciństwa, wspomnienie pierwszej wielkiej porażki – meczu piłkarskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy on jako jedyny w całej drużynie przestrzelił karnego i przyczynił się do przegranej. Przypomniał sobie powrót z boiska szkolnego do domu i łzy rozczarowania, których nie był w stanie opanować. Po powrocie rzucił się na łóżko w swoim pokoju i zanosił się tak głośnym płaczem, że nie usłyszał kroków ojca. „Co się stało?”, zapytał ojciec obserwując go bacznie. „Nie nadaję się do niczego, przeze mnie przegraliśmy mecz. Już nigdy więcej nie pójdę do szkoły, wszyscy się będą ze mnie do końca życia śmiali”. Ojciec długo patrzył na niego, dziś Stuart wiedział, że ojciec szukał właściwych słów: „Nie wolno ci tak myśleć. Nigdy nie możesz w siebie zwątpić, to jest najważniejsza zasada w życiu. Nie strzeliłeś tej głupiej bramki, ale za to nikt z twoich kolegów nie zna tak dobrze matematyki i nie gra na gitarze. Nigdy nie wolno ci myśleć, że jeteś gorszy od innych, obiecujesz?” „Obiecuję”, odpowiedział Stuart i poczuł, że przestaje płakać. Wspomnienie tej obietnicy z dzieciństwie było tamtego wieczoru jego jedynym pocieszeniem. W Perth spędził jeszcze kilka dni i chociaż dalsze trzy koncerty niczym nie przypominały porażki z pierwszego dnia pobytu, z ulgą opuścił to miasto.

Następny koncert dał w miasteczku Esperance, o którego istnieniu nigdy do tej pory nie słyszał. „To wielki krok w mojej karierze”, pomyślał z przekąsem wchodząc do przytulnej, małej knajpy w centrum miasta. Już po siódmej sala zapełniła się po brzegi. Po koncercie Stuart musiał w duchu przyznać, że w tym małym miasteczku, które z trudnością odszukał na mapie, znalazł najlepszych słuczaczy. Występ zakończył się wieloma bisami, a kiedy Stuart zaczął pakować gitarę do futerału podeszła do niego młoda, ładna dziewczyna. „Mogłabym cię słuchać godzinami”, powiedziała nieśmiało. Stuart spytał, czy pójdzie z nim na drinka do jedynego czynnego o tej porze baru w mieście. Po czwartym drinku wiedział, że po raz pierwszy od dawna nie spędzi nocy sam. Okrągłe, brązowe oczy wpatrzonej w niego dziewczyny były właśnie tym, czego teraz potrzebował. Nieraz później wspominał tamten wieczór i noc z Karen. „Ciekawe, czy po latach będzie wspominać o nocy, którą spędziła ze słynnym muzykiem? A może kiedyś w jedynym hotelu w Esperance będzie wisiała tablica pamiątkowa z moim nazwiskiem?”, pomyślał z uśmiechem na ustach i zapadł w głęboki sen.

Minął prawie rok, zanim wrócił z trasy koncertowej do Sydney. Dotarł do domu przyjaciela i zadzwonił do drzwi.

Rozmawiali do późna w nocy, Stuart dzielił się z Tomem powodzeniami i porażkami, i patrzył na niego z wdzięcznością. Nie wiedział, jak ma powiedzieć przyjacielowi, że często w ciągu ostatnich miesięcy brakowało mu rozmowy z kimś, przy kim można być sobą i nie zastanawiać się nad wypowiadanymi słowami. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy Stuart uświadomił sobie, że życie muzyka oznacza ciągłą drogę i samotność. Toma od kilku miesięcy spotykał się z jedną z nauczycielek ze szkoły, w której pracował. „Tym razem wiem, że to jest to. Jutro ją zresztą poznasz”, powiedział na wstępie. „Ile już razy myślałeś, że to jest to? Tak ci życzę, żebyś nie przeżył kolejnego zawodu”, pomyślał Stuart, przypominając sobie o rozczarowaniach Toma, o dziewczynach, dla których był tylko zabawką, przystankiem, na którym czekały na spotkanie kogoś lepszego.

Przez cały wieczór Stuart czuł, że przyjaciel ma mu jeszcze coś do powiedzenia. Nie mylił się. „Nie bardzo wiem, jak zacząć. Przed kilkoma dniami wpadła do mnie Meg, bardzo chciałaby z tobą się spotkać”, powiedział zaskoczonemu Stuartowi. „Była bardzo przygaszona”, dodał po chwili. „Nie wiem, po co mielibyśmy się spotkać, dla mnie to jest zamknięty rozdział”, odpowiedział Stuart i zdał sobie sprawę, że wcale nie jest do końca przekonany. „Może jednak powinieniem się z nią zobaczyć, od naszego rozstania minął w końcu rok. Już przestało boleć. Może uda mi się raz na zawsze zamknąć tę historię i dowiedzieć się, czy w ogóle dla niej coś znaczyłem?”. pomyślał, czując równocześnie, że zaczyna go opanowywać dziwny niepokój i strach.

Następny dzień spędzili wspólnie. Stuart nie mógł doczekać się spotkania z Tess. Punktualnie o siódmej wieczorem do drzwi ktoś nieśmiało zastukał. Drobna, o kilka lat starsza od Toma Tess była najmniej atrakcyjną z dotychczasowych partnerek Toma. „Wygląda jak typowa nauczycielka matematyki”, pomyślał Stuart, podając jej rękę na przywitanie. Ale w momencie, kiedy zaczęli rozmawiać, zapomniał o pierwszym wrażeniu. Tess miała w sobie dużo optymizmu i radości życia. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo wpatrzona jest w Toma. Pod koniec wieczoru Stuart był pewien, że tym razem jego przyjaciel znalazł w końcu kogoś, kto go nie zrani.

Cdn

Reblog: godzina 8:15

Jest 6 sierpnia. Godzina 8:15. Jeśli się pamięta, co to za dzień i co to za godzina, to czasem myślę, że może lepiej nie pamiętać. Co gorsza od wielu lat, jeśli myślę o tym, co się zdarzyło tego dnia o tej godzinie, przypominam sobie nieodmiennie zdanie z książki Angielski pacjent Michaela Ondaatje. Wygłasza je Kirpal Singh, Hindus.  Zrobili to nam, kolorowym. Nigdy nie odważyliby się zrobić tego białym. (They would never have dropped such a bomb on a white nation). Zrozpaczony zdradą białego człowieka Kip opuszcza willę, w której dzieje się akcja powieści i Hanę, kobietę, którą kocha. Powiem jednak, że na szczęście następnym moim skojarzeniem jest miłorząb japoński. Cztery egzemplarze tego niezwykłego drzewa przetrwały ten dzień, natychmiast zaczęły się odradzać, rosną do dziś we wspaniałym stanie.

Lech Milewski

8 minut 37 sekund

To tytuł utworu muzycznego skomponowanego przez Krzysztofa Pendereckiego w 1960 roku.

Tytuł utworu nie jest nowatorski. Osiem lat wcześniej John Cage “skomponował” utwór pod tytułem 4’33” (4 minuty 33 sekundy). Słowo skomponował napisałem w cudzysłowie gdyż utwór ten to absolutna cisza.
Była to więc muzyczna wersja bajki Nowe szaty króla. Jednak jak dotąd nikt nie zawołał w trakcie wykonywania utworu (a wykonują go dość często) – król jest nagi!
Być może działa maksyma Jerzego Waldorfa – muzyka łagodzi obyczaje.

John Cage nie jest jednak hochsztaplerem, jego rozważania na temat muzyki są ciekawe i poważne, patrz TUTAJ, ale miało być o Pendereckim.

Krzysztof Penderecki darzył Johna Cage dużym uznaniem i chyba zgadzał się z jego wypowiedzią: muzyka jest bezcelową zabawą, afirmacją życia. Nie jest usiłowaniem wprowadzenia porządku w chaosie czy naprawy dzieła stworzenia. Jest po prostu sposobem przebudzenia się na życie, którym żyjemy.

W praktyce oznaczało to eksperymenty muzyczne, między innymi sonoryzm – wymyślony przez polskich kompozytorów kierunek muzyczny, w którym istotą jest dżwięk. Nie ma rytmu, melodii, tylko dżwięk, jak kolorowe plamy na abstrakcyjnym obrazie. Więcej na ten temat tutaj – KLIK.

Właśnie takim eksperymentem miał być utwór 8’37”. Krzysztof Penderecki komponował go w laboratorium, na sprzęcie elektronicznym. Na szczęście w tamtych czasach działalność twórcza nie była zbyt ograniczana limitami finansowymi, w związku z czym Penderecki miał możliwość wysłuchania swojego utworu w wykonaniu orkiestry symfonicznej – 52 instrumenty smyczkowe.
Wysłuchał i był wstrząśnięty. Zmienił tytuł utworu na Tren pamięci ofiar Hiroszimy.

Doświadczenie Pendereckiego wydało mi się bardzo znamienne. Pomyślałem, że może właśnie tak samo dzieje się we wszechświecie. Bóg robi eksperymenty w swoim niebiańskim laboratorium a na Ziemi orkiestra licząca ponad 7 miliardów artystów wykonuje ten utwór.
Efekt jest rzeczywiście wstrząsający.

Wróćmy jednak do Krzysztofa Pendereckiego. Tren pamięci ofiar Hiroszimy został po raz pierwszy wykonany w 1960 roku i zapoczątkował błyskotliwą karierę kompozytora.
Ja wysłuchałem tego utworu w roku 1962. Było to moje pierwsze spotkanie z muzyka awangardową i z jednej strony było szokiem – czy to jest muzyka? Z drugiej jednak dotykało znanych mi strun – alarm przeciwbombowy, tupot stóp ludzi zdążających do schronu, daleki odgłos zbliżającego się samolotu. Pamiętałem jak przez mgłę noce spędzone w schronie, pamiętałem wyraźnie opowieści mojej matki o bombardowaniach.

Następnym utworem Krzysztofa Pendereckiego, jaki usłyszałem, była PolymorphiaKLIKwikipedia nie zawiera polskiej wersji tej strony.
To był festiwal Warszawska Jesień 1963. Frontalne spotkanie z muzyką awangardową. Zaskoczenie i zawód – muzyka nie wzbudzała żadnych emocji, nudziła mnie. Również Polymorphia – końcowy czysty akord C-dur był miłym zaskoczeniem, ale równocześnie przypieczętowniem mojego rozczarowania.

Jednak nie na darmo Australia nazywana jest krajem drugiej szansy. Kilka miesięcy temu dostał taką szansę i Penderecki i Polymorphia.
Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że już tydzień wcześniej wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Ja nie przegapiłem takiej okazji. Tren pamięci ofiar Hiroszimy brzmiał jak 55 lat temu, za to Polymorphia dużo lepiej. Wyraźnie słyszałem w niej nawiązania do poprzedniego utworu.

Już po koncercie, w programie, znalazłem szokującą informację. Polymorphia jest wynikiem współpracy kompozytora z dyrektorem szpitala psychiatrycznego. Grupa pacjentów zgodziła się poddać eksperymentowi – słuchali Trenu a na encelografie rejestrowano reakcję ich mózgów. Penderecki wykorzystał zapisy encelografu przy kompozycji utworu.

To bardzo przypomina mój obecny stan – w głowie szumią odgłosy z dawnych lat, a to co robię i myślę, to już tylko fale przeszłosci.

P.S. Ciekawostka techniczna. Wspomniałem, że w muzyce sonorycznej nie ma rytmu, melodii. Zapis muzyczny przypomina techniczne wykresy.
Bardzo polecam obejrzenie animacji Trenu – KLIK. Mnie skojarzyła się ona nie z bombą atomową, ale z atakiem wirusów.

Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor