Muzyka jest rodzaju żeńskiego

Lech Milewski

W zeszłym tygodniu obchodziliśmy 8 Marca – Święto Kobiet.

Mój ulubiony program radiowy ABC Classic uczcił ten dzień nadając wyłącznie muzykę skomponowaną przez kobiety. Zapowiadano ten dzień dużo wcześniej. Słuchając tych wszystkich wyjaśnień przypomniałem sobie swoją szkołę podstawową

Ciekawa była to szkoła – Prywatna Szkoła Ogólnokształcąca Stopnia Podstawowego im. Królowej Jadwigi w Kielcach bez praw publiczności – pogrubienie moje.
Lata 1947-1954 – wokół stalinizm a moja szkoła prowadzona przez siostry Nazaretanki, bardzo bogaty progam religijny, wszyscy nauczyciele z przedwojennym stażem. Gdy w 1956 roku przyszła odwilż, szkołę upaństwowiono.

Jednak 8 marca – tu nasi przedwojenni nauczyciele byli nieco bezradni. Pamiętam jak w przeddzień Święta Kobiet dyktowali nam, pewnie z instrukcji otrzymanej z wydziału oświaty, co roku ten sam tekst: W 1910 roku Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet…

Rok 1910 – oddaję głos radiu ABC.

W tym roku do ruchu angielskich sufrażystek dołączyła kompozytorka Ethel Smyth. W swoim dorobku miała już trzy opery. Obecnie uważana jest za najwybitniejszego angielskiego kompozytora w czasach od Henryka Purcella (1659-1695) do Benjamina Brittena (1913-1976).

Kompozytora?
Takie są pułapki płciowej klasyfikacji rzeczowników. Gdybym napisał “kompozytorki” to nie znaczyłoby to nic, gdyż chyba nikt nie zna żadnej wybitnej angielskiej kompozytorki. Purcell i Britten to co innego.

Otóż Ethel Smyth poświęciła dwa lata muzycznej kariery dla ruchu sufrażystek, kierowanych wówczas przez Emmelinę Pankhurst. Napisała dla nich hymn – The March of the Women.
Pani Pankhurst w 1912 roku zaleciła swoim towarzyszkom wybijać okna w domach polityków, którzy nie poparli prawa głosu dla kobiet. Ethel Smyth została zatrzymana podczas akcji i aresztowana wraz z 108 towarzyszkami.
Jej przyjaciel, słynny dyrygent, sir Thomas Beecham odwiedził ją w więzieniu, gdzie właśnie z okna swej celi dyrygowała aresztowanymi śpiewającymi ten hymn. Jako batuty używała szczoteczki do zębów.

W związku z powyższym jako akompaniament do dalszej lektury proponuję Marsz Kobiet – TUTAJ – w wykonaniu chóru wyposażonego w szczoteczki do zębów.

Muzyka jest rodzaju żeńskiego – tutaj nie ma już takich pułapek jak w przypadku kompozytor(ów/ek) – jest rodzaju żeńskiego i basta.

Inspirowany programem radiowym ABC Classic zastanowiłem się – które kompozytorki tkwią na stałe w mojej pamięci?
Właśnie o nich wspomnę w tym wpisie.
Będzie to wybór całkiem subiektywny. Uzupełniając wiadomości o wybranych osobach natrafiłem na kilka wątków ubocznych. Niektóre z nich również tutaj wspomnę.

1. Zacznę od historii – jaki najwcześniejszy twórca muzyki jest mi znany? Nie mam wątpliwości – Hildegarda von Bingen (1098-1179) – KLIK.

Poprawka – przez długie lata uważałem, a autorytety to potwierdzały, że muzyka zaczyna się od Monteverdiego (1567-1643). Dopiero kilkanaście lat temu ruch feministek wprowadził Hidegardę do panteonu muzyki – chwała mu za to.

To von w nazwisku i to imię z opowieści o błędnych rycerzach skłoniło mnie do przypuszczeń, że była to osoba pochodząca z wyższych sfer, doskonale wykształcona, która wybrała karierę zakonną. Pewnie ufundowała klasztor, w którym była przeoryszą i tam w spokoju oddawała się swojej muzycznej pasji.

Nic błędniejszego. Pochodziła z ubogiej rodziny szlacheckiej, jej rodzice służyli na dworze lokalnego księcia. Hildegarda była chorowitym dzieckiem, do tego miała religijne wizje. Gdy miała osiem lat rodzice oddali ją na służbę bożą w zakonie Benedyktynów w Bingen i to stąd owo von przy imieniu – po polsku zresztą nazywa się ją “z Bingen”.

Przez kilka lat była tam pod opieką nieco starszej dziewczyny – Jutty. Nie otrzymała żadnej edukacji. W listach twierdziła, że wszystko zawdzięcza Jutcie, ale z dostępnych źródeł wynika, że Jutta nie potrafiła czytać ani pisać.

Motorem rozwoju duchowego i intelektualnego Hildegardy były wizje, w których widziała sceny z Biblii i Ewangelii oraz bardziej ogólne wizje na temat miejsca człowieka w świecie i w boskim dziele zbawienia. Przez długi czas bała się i nie chciała mówić o swoich wizjach. Przysparzały jej one również wiele rozterek i bólu fizycznego.

W początkowym okresie pobytu w zakonie pracowała w ogrodzie, wykonywała robótki ręczne i opiekowała się chorymi. To ostatnie dało jej kontakt z muzyką. Śpiewała chorym, prawdopodobnie nauczyła się grać na psałterionie (rodzaj harfy). Szczęśliwym zbiegiem okoliczności jej spowiednikiem był benedyktyński mnich Volmar, który prawdopodobnie nauczył ją podstaw muzycznej notacji. W późniejszych latach stał się jej przyjacielem, powiernikiem i sekretarzem.

Ale miało być o muzyce.
Hildegard von Bingen skomponowała szereg utworów liturgicznych, muzyczną sztukę umoralniającą – Ordo Virtuo – opartą na jej wizjach oraz kilkadziesiąt kompozycji do własnych tekstów poetyckich.

Generalnie jej muzyka mieści się w kanonie muzyki gregoriańskiej.

Uwaga: zakładam, że czytelnicy nadal słuchają Marsza Kobiet, a więc wszelkie linki do youtuboteki znajdują się w przypisach.

Pisząc o Hildegardzie von Bingen nie można jednak ograniczyć się tylko do muzyki.
Poza kompozycjami muzycznymi i związanymi z muzyką tekstami poetyckimi, napisała kilka dzieł opartych na swych wizjach, a prócz tego dwie obszerne prace naukowe: Physica – 9 tomów opisów właściwości roślin i minerałów oraz Causae et Curae (300 rozdziałów) – analiza ciała ludzkiego i jego miejsca w otaczającym go świecie, czego następstwem są wskazówki jak zachować równowagę funkcji organizmu w otaczającym człowieka środowisku. To holistyczne podejście do zdrowia zjednało jej ogromne uznanie w środowiskach New Age Thinking.

Mało?
Hildegard von Bingen pracowała również nad sztucznym językiem – Lingua Ignota. Język ten posiadał swój własny alfabet. Słownictwo ocenia się na ponad 1000 słów, z czego większość pochodziła z łaciny.
Nie jest jasne, co było jej celem. Istnieją przypuszczenia, że zamierzała wprowadzić ten język w swoim klasztorze w celach integracyjnych. Być może chciała stworzyć język uniwersalny, prekursor Esperanto?

2. Muzyka średniowieczna kojarzy mi się z dwoma środowiskami – klasztory i trubadurzy.
To drugie to oczywiście mężczyźni, najczęściej dość niskiego pochodzenia.

Znalazłem jednak wyjątek – Trobairises – kobiety-trubadurzy – KLIK.

Flaga OksytaniiDlaczego taka dziwna nazwa?
Bo to w języku oksytańskim. Używa się go w Oksytanii – flaga po lewej.
Oksytanii? Taką nazwą określa się tereny, których mieszkańcy posługują się językiem oksytańskim – KLIK.
Logiczne.
Obecnie posługuje się tym językiem około 800,000 osób.

Trobairises – w przeciwieństwie do swoich męskich odpowiedników pochodziły zazwyczaj z klas wyższych. Żeby nadać im ludzką twarz posłużę się jednym przykładem – Garsende de Sabran (1180-1242) – KLIK. Dziedziczna księżniczka hrabstwa Forcalquier, przez małżeństwo z Alfonsem II stała się władczynią Aragonii, Catalonii i Prowansji. Te właśnie krainy tworzyły rdzeń Oksytanii.

Była patronką koła poetów i sama pisała poezje wykorzystane w pieśniach – patrz youtuboteka.

3. Anna Magdalena Bach (1701-1760).

Bachowie

Zeszyt A.M. Bach

Tu przemawiają moje sentymenty sprzed lat. Uczyłem się kiedyś gry na pianinie i szczytem moich możliwości wykonawczych były właśnie Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach. Z prawej oryginał strony tytułowej.

Druga żona Jana Sebastiana, matka trzynaściorga jego dzieci. Przed małżeństwem była śpiewaczką. Jako żona wielkiego kompozytora zajmowała się kopiowaniem i sprzedażą jego dzieł uzupełniając w ten sposób budżet rodziny. Mąż doceniał muzyczne zainteresowania żony i jej dedykował dwa zeszyty łatwych utworów muzycznych.

Australijczykom było tego mało i kilka lat temu profesor Martin Jarvis z uniwersytetu w tropikalnym Darwin zaczął głosić teorię, że była ona autorką sześciu suit wiolonczelowych i współautorką Wariacji Goldbergowskich.

Niepotwierdzona to teoria. Mnie osobiście odpowiada tradycyjny wizerunek Anny Magdaleny – KLIK.

4. Fanny Mendelssohn (1805-1842) – KLIK.

Fanny Mendelssohn

Feliks i Fanny Mendelssohn byli dziećmi bankiera Abrahama Mendelssohna i Lei Salomon. Od najmłodszego wieku wykazywali oboje ogromne umiejętności muzyczne. Ich nauczyciel muzyki, Carl Friedrich Zelter, wspominał o ich talencie Johannowi Wolfgangowi Goethe, przy czym wyżej oceniał talent pianistyczny Fanny.

Ojciec mocno popierał karierę kompozytorską syna i gdy ten miał kilkanaście lat, miał do dyspozycji prywatną orkiestrę.
Jeśli chodzi o córkę, to ojciec co najwyżej tolerował jej kompozytorskie próby. Gdy miała 15 lat, ojciec napisał do niej w liście: …muzyka stanie się prawdopodobnie zawodem Feliksa, w Twoim zaś przypadku może, i musi, pozostać tylko ornamentem.

Brat miał podobną opinię: …na ile znam Fanny, to mogę powiedzieć, że nie ma ona ani skłonności ani powołania do kompozycji. Jest za bardzo tym wszystkim czym kobieta powinna być. W pierwszym rzędzie myśli o domu i swoich w nim obowiązkach. Pisanie muzyki tylko jej w tym przeszkodzi i nie popieram tego.

Nie przeszkodziło mu to jednak podpisywać swoim imieniem i nazwiskiem wielu utworów utalentowanej siostry. Nie promował również twórczości Fanny. Nie miał takich oporów w przypadku Klary Wieck (później Schumann) i dyrygował wykonaniem jej koncertu fortepianowego, w którym występowała również jako solistka.

W wieku 24 lat Fanny wyszła za mąż za malarza Wilhelma Hensela, który okazał się bardzo rozumnym i kochającym mężem. Stale dbał o to, aby jego żona miała czas i warunki do kompozycji. Rezultat – ponad 460 utworów.

Bardzo znamienny jest los napisanej w 1829 roku sonaty fortepianowej A dur – Sonaty Wielkanocnej. Sonata ta nie została opublikowana za jej życia, lecz Fanny wspominała o niej w listach do rodziny.
W 1970 roku rękopis sonaty znaleziono we Francji. Był podpisany: F. Mendelssohn więc uznano, że autorem jest Feliks. Dopiero w 2010 roku pani Angela Mace Christian dotarła do oryginału i udowodniła, że autorką jest Fanny Mendelssohn.
Premiera sonaty przywróconej właściwej autorce odbyła się 8 marca zeszłego roku.

5. Klara Wieck-Schumann (1819-1896) – KLIK.

Klara Wieck

Klara Wieck urodziła się w bardzo muzykalnej rodzinie. Jej ojciec, Friedrich, był uznanym nauczycielem muzyki, matka słynną śpiewaczką. Nieustępliwy charakter ojca sprawił, że żona uciekła od niego z kochankiem. Klara miała wtedy pięć lat.

Ojciec szkolił ją na cudowne dziecko a Klara spełniała jego oczekiwania. W wieku dziewięciu lat Klara spotkała dwa razy starszego od niej Roberta Schumanna, który pobierał lekcje muzyki u jej ojca. Zrobiła na nim takie wrażenie, że porzucił studia prawnicze i postanowił poświęcić się muzyce. Na początek wynajął pokój w domu ojca Klary.

Po dziewięciu latach, gdy Klara miała lat 18, Robert Schumann oświadczyl się i został przyjęty. Ojciec Klary kategorycznie nie zgadzał się na ten związek i młoda para musiała w sądzie walczyć o pozwolenie na małżeństwo. Sprawę wygrali w 1840 roku i 12 września, w przeddzień jej 21 urodzin, pobrali się.

W tym czasie Klara miała już za sobą wyjątkowo udaną karierę pianistyczną. Niezwykle pochlebnie wyrażali się o niej Chopin i Liszt, Paganini wyraził chęć wspólnego występu. Zbierała laury w najlepszych salach koncertowych i na cesarskich i królewskich dworach.

Trzynaście lat małżeńskiego życia było tragiczne. Większość jej ośmiogra dzieci zmarła w młodym wieku. Przeżyły ją tylko dwie córki – Eugenia, która mieszkała w Londynie ze swą lesbijską partnerką, i Maria, która zajmowała się rodzinnym domem.

Jeszcze gorzej potoczyło się życie Roberta Schumanna. W wieku 43 lat zaczął wykazywać objawy choroby umysłowej, która była prawdopodobnie następstwem nabytego w młodym wieku syfilisu. W lutym 1854 roku próbował popełnić samobójstwo i został umieszczony w klinice psychiatrycznej. Niechętni Klarze twierdzą, że dość szybko doszedł do siebie, ale Klara nie wykazywała chęci przyjęcia go do domu. Skazany na pozostawanie pod opieką sadystycznych pielęgniarzy, zagłodził się na śmierć.

Choroba męża zmusiła Klarę, a raczej pozwoliła jej, na powrót na muzyczne sceny. Nadal odnosiła wielkie sukcesy, szczególnie na scenach angielskich.

Twórczość. Kompozycji nauczył ją ojciec. Sprawiała jej ona wielką przyjemność. Już w wieku lat 14 napisała koncert fortepianowy, który wykonała dwa lata później w lipskim Gewadhaus, dyrygentem był Feliks Mendelssohn.

Obowiązki rodzinne bardzo ograniczyły jej twórczość – Kiedyś wierzyłam, że posiadam talent twórczy, ale odrzuciłam tę ideę; kobiecie nie wolno tego pożądać, jeszcze ani jednej się to nie udało.

Więcej o niespokojnym życiu Klary Schumann TUTAJ.

6. Nadia Boulanger (1877-1979) – KLIK .

Nadia Boulanger

Córka francuskiego pianisty i rosyjskiej księżniczki Raisy Myszeckiej.
W wieku dziewięciu lat rozpoczęła studia kompozycji w konserwatorium. Gdy miała 13 lat zmarł jej ojciec, co ukierunkowało jej zainteresowania muzyczne na nauczanie, gdyż musiała włączyć się w utrzymanie domu.

Mimo to była bardzo płodną kompozytorką – jednak jej utwory nigdy nie otrzymały pierwszej nagrody w konkursach.
Tu więcej szczęścia miała jej młodsza siostra LiliKLIK, która, jako pierwsza kobieta, wygrała konkurs Prix de Rome.

Nadia Boulanger przejdzie jednak do historii jako pedagog. Lista jej uczniów liczy ponad 200 nazwisk, wśród nich Aaron Copland, Filip Glass, Gian Carlo Menotti, Astor Piazzola, Burt Bacharach.
George Gershwin był bardzo dumny z tego, że Nadia Boulanger odmówiła mu lekcji uznając, że nie może go już niczego nauczyć.
Na liście jej ucznów można znaleźć wiele polskich nazwisk – KLIK.

7. Grażyna Bacewicz.

Grazyna Bacewicz

Urodziła się w rodzinie polsko-litewskiej. Jej ojciec i jeden ze starszych braci uważali się za Litwinów i używali nazwiska Bacevičius. Grażyna i pozostała dwójka rodzeństwa uważała się za Polaków.

Studiowała w warszawskim konserwatorium kompozycję i grę na skrzypcach. W 1932 roku otrzymała stypendium od Ignacego Paderewskiego i studiowała kompozycję u Nadii Boulanger.

W 1935 roku otrzymała I wyróżnienie w konkursie skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego. Następnie współpracowała z Orkiestrą Polskiego Radia i często występowała. W 1945 roku podjęła pracę w Państwowym Konserwatorium w Łodzi.

Mnie jest znana jako wspaniała kompozytorka. Udało jej się pisać świetną, nowoczesną muzykę bez wprowadzania tonalnych eksperymentów.

8. Elena Kats-Chernin (1957 -) KLIK.

Urodzona w Taszkencie, w 1975 roku przeprowadziła się do Australii i tutaj rozwija bardzo bogatą jakościowo karierę kompozytorską.

Kibicuję jej z wielką sympatią

Mam nadzieję, że Marsz Kobiet dobiegł końca, proszę więc posłuchać arii z baletu Wild Swans – KLIK

Youtubo-teka:
Hildegard von Bingen – O Frodens Virga.
Hildegard von Bingen – O Vis Aeternatis.
Tribairises – Cansos de Trobairitz.
Pieśń z tekstem autorstwa Garsendy de Sabran – KLIK.
J.S. Bach – Zeszyty Muzyczne Anny Magdaleny Bach – Menuet.
Fanny Mendelssohn – Easter Sonata.
Klara Schumann – Koncert fortepianowy.
Nadia Boulanger – Fantazja na fortepian i orkiestrę.
Grażyna Bacewicz – Oberek – w wykonaniu kompozytorki.
Grażyna Bacewicz – Muzyka na skrzypce, trąbkę i perkusję – dyryguje Krzysztof Penderecki.

Stuart słucha muzyki 9

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

od czasu do czasu słuchają muzyki, której słucha Stuart. Ostatni raz przejrzały muzykotekę Stuarta w październiku ubiegłego roku i zakończyły na odcinku 23. Odległe czasy, również w życiu Stuarta. Meg wciąż jeszcze żyła, ba, wciąż go kochała, przynajmniej tak mu się wydawało. Tłumaczenia piosenek – Joanna Trümner.

Odcinek 24 Pożegnanie

To nie Meg żegna się ze Stuartem (jeszcze nie), to Stuart senior jest umierający. Stuart jedzie do niego Londynu, spotyka się  też z matką i z siostrami, oraz z Brianem, który rozstał się z wujem Staurta, a teraz cierpi, bo sądzi, że śmierć partnera jest jego winą. Stuart odziedziczy po wuju sporą sumę pieniędzy.

Here may come a time
You just can’t seem to find your way
For every door you walk on to
Seems like they get slammed in your face
That? s when you need someone
Someone that you can call
And when all your faith is gone
Feels like you can’t go on
Let it be me

Może nadejść taki czas,
Kiedy nie będziesz mógł znaleźć dalszej drogi

Z każdym otwarciem drzwi
Przed nosem zatrzasną ci kolejne
I wtedy będziesz potrzebował
Kogoś do kogo możesz się zwrócić
Gdy stracisz wiarę
I nie będziesz w stanie zrobić kolejnego kroku
Pozwól żebym to ja był tą osobą

Ray LaMontagne – Let It Be Me

***
Odcinek 25 Zmiany

Day after day
The clock is ticking and winding away
Where are you tonight?
I can still hear the chimes
Oh, why, oh why
What I’ve got in the end
Is a life to try and mend
And all I need is a chance to be myself again

Dzień po dniu zegar wybija godziny
I nakręca się ponownie.
Gdzie jesteś dzisiaj wieczorem?
Ciągle jeszcze słyszę melodię kurantów.
Dlaczego wszystko, co mi pozostało
To życie, które muszę spróbować naprawić.
A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą

Scott Matthews, Myself again

Te zmiany to przede wszystkim odejście Meg. Po ciężkim wypadku samochodowym i serii operacji, podczas długich miesięcy pobytu w szpitalu, dziewczyna najpierw zaprzyjaźniła się z młodym lekarzem, który ją operował, a potem go pokochała. Stuart cierpi jak pomyleniec, zaniedbuje się w obowiązkach, przestaje go interesować praca w szkole, gdzie  uczy matematyki i dotychczas był dobrym, lubianym nauczycielem.  Ostatnie zdanie tego odcinka to myśl Stuarta: „Teraz jestem zupełnie wolny, nie muszę się z nikim liczyć, mogę skoncentrować się wyłącznie na muzyce”. Jest tak, jak śpiewa Scott Matthews: A wszystko, czego potrzebuję to szansa, żeby znowu być sobą.  Ta piękna piosenka otwiera album ‘What the Night Delivers’ i Stuart musi się nauczyć, być sobą i brać to, co przynosi noc…

***

Odcinek 26 Nowy etap

I drink good coffee every morning
Comes from a place that’s far away
And when I’m done I feel like talking
Without you here there is less to say
Don’t want you thinking I’m unhappy
What is closer to the truth
If I lived till I was a hundred and two
I just don’t think I’ll ever get over you

Codziennie rano piję dobrą kawę,
Która pochodzi z dalekiego miejsca,
A kiedy po kawie chcę z kimś porozmawiać
Bez ciebie mam mniej do powiedzenia.
Nie chcę, byś myślała, że jestem nieszczęśliwy
Chociaż to jest bardzo bliskie prawdy.
Nawet jeśli dożyję do lat stu i dwu
Nie pogodzę się z tym że odeszłaś

 I Just Don’t Think I’ll Ever Get Over You, Colin Hay

Stuart wyprowadził się z domu i zamieszkał w nowym mieszkaniu. W szkole idzie mu coraz gorzej, a wieczorami zaczyna pić. Na szczęście również komponuje, powstają nowe piosenki i to one staną się drogowskazem, dokąd ma poprowadzić swoje życie. Podejmuje decyzję, że podczas wakacji uda się w podróż po Australii i będzie występował w knajpach i klubach. Okrzepł już tak bardzo, że zdobył się na odwagę i umówił się na spotkanie z Meg. Chciał zobaczyć, jak ona sobie radzi bez niego, a jak on sam poradzi sobie ze sobą, gdy się z nią zobaczy. Tytuł piosenki, którą na początku tego odcinka śpiewa Colin Hay mówi sam za siebie: Nie pogodzę się z tym że odeszłaś.

***
Zawsze tak nam się wydaje…

Barataria 51 Halfway House Orchestra

Jazz Barataria

Recorded in New Orleans on 22 January 1925 by the Okeh Company’s mobile recording unit, Barataria is a fine example of the Halfway House Orchestra’s wonderfully relaxed playing style.

Okeh made a number of “field trips” to New Orleans and recorded many tunes by several bands but Barataria remains one of the best and most important examples of early New Orleans jazzmusic.

On YouTube where I found that wonderfull piece of wonderfull jazz of twenties wrote sombody with the nick Nick Ade: My grandfather, Leo Adde, co-wrote Barataria. That’s him on drums in the photo. Thanks for posting this. Isn’t it wonderfull?


Abbie Brunies’ Halfway House Orchestra with l-r: Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Roppolo, Abbie, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde. A different version of this photo was first published in 1939, where Roppolo’s socks hade made black, which better suited his tuxedo.

The piece on you tube is beautifully cleaned up, wrote one another listener to Barataria. (Un-cleaned version you will find HERE).
Another lisstener – jrogers71 – asked: I wonder what was going on in Barataria in 1925?

The Halfway House Orchestra was an USA jazzband, one of the first ones of New Orleans Jazz. It existed from 1919 till 1928, so it is a very propper time to wrote about it  hundred years later. In that time it was still rare to take the records and The Halfway House Orchestra was one of the first doing it, with one of the first labels – Okeh Records. And Barataria was a first record of the band.

The band was grounded by a cornetto player Albert “Abbie” Brunies (1900–1978), member of a very famous jazz family of  New Orlean. Also Georg Brunies, Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Rappolo, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde played in the group.


Four New Orleans Jazz Babies at Halfway House, ca. 1920. L-R: Emmett “ Buck” Rogers, Abbie Brunies, Mickey Marcour and Stalebread Lacoume. The photo was taken at the Halfway House and it may have been the first group that Abbie had there. Abbie would stay for many years at the Halfway House and the combination was to become famous among collectors of early jazz.


Above: Abbie leaning against the Halfway House, which was a music place and dance hall on a half way between the City of New Orleans and Lake Pontchartrain (Please notice the Budweiser-Ad on the roof). It opened around 1915 and was run by the brothers Chris, Gus and Oscar Rabinsteiner. Beneath: The house stays empty now and is badly in need of repair but, despite the ravages of time and fire, the Halfway House still stands. Its official address is 102 City Park Avenue.

Barataria on record

In March 1924 the OKeh company made its first field trip down to New Orleans. It recorded the bands of Johnny Bayersdorffer, Johnny DeDroit and Fate Marable, as well as some singers. The next year, in January 1925 OKeh came back and again recorded a mix of black and white artists. Among the white groups was the Halfway House Orchestra. On Thursday, January 22, 1925, Abbie’s band recorded Pussy Cat Rag and Barataria. Pussy Cat Rag was a composition of Abbie Brunies together with two of his band members, reed player Charlie Cordella and pianist Mickie Marcour. It features Leon Roppolo in a fine solo on alto saxophone. On Barataria, by the band’s banjoist Bill Eastwood and drummer Leo Adde, Roppolo solos on clarinet. Okeh’s publicity blurb said:

There’s no need to talk about the Halfway House Orchestra. Their music speaks for itself, for it’s a shoulder shaking rhythm that only Half-Way House Orchestra can play. Watch your feet misbehave when the carefree strains of “Pussy Cat Rag” and “Barataria” are in the air. You can get both of them on one Okeh record right now.

So, their music speaks for itself: HERE!

Reblog o obdarowywaniu i byciu obdarowywanym

Chciałam opublikować ten tekst na zakończenie okresu świątecznego czyli w okolicach Trzech Króli, ale… nie było miejsca. Umieszczam go więc kilka dni później z pełnym przekonaniem, że to, o czym pisze autorka, to nie przesłanie po-świątecznie lecz przesłanie na życie :-).


Zaczarowane skarpetki

Przepraszam. Zaniedbałam Państwa przed Świętami. Zapomniałam złożyć życzenia, zanim wszyscy siedli do wieczerzy wigilijnej. Pamięć ostatnio szwankuje. Z jednej strony wstyd. Z drugiej – czasem bywa radość, kiedy w najskrytszych zakamarkach domu odkryjemy zapomniane prezenty sprzed lat. A może by tak przetrząsnąć zakamarki naszych dusz i serc? Odnaleźć tam zapomnianych ludzi, nienapisane i niewysłane listy, rzeczy, których kiedyś nie mieliśmy odwagi albo mądrości powiedzieć? Spokojnych Świąt i lepszego Nowego Roku. Świat się nie kończy, dopóki coś mamy w zanadrzu.

***

Czasem nie wszystko idzie po naszej myśli. Po latach tłustych nadchodzą lata chude, brakuje sił, czasu, pieniędzy albo wszystkiego naraz, coraz trudniej dogadać się z ludźmi, na których powinno nam zależeć. Chyba dlatego z takim utęsknieniem czekamy na tę szczególną noc w roku, kiedy w każdym budzi się dziecko wypatrujące pierwszej gwiazdy na niebie. I tym większe bywa nasze rozczarowanie, gdy pod choinką – zamiast wymarzonego kompletu Symfonii Schumanna z Berlińczykami pod batutą Rattle’a za jedyne pięćdziesiąt euro – znajdziemy kolejną parę ciepłych wełnianych skarpetek.

Pewnie od szwagra. Co za prostak bez wyobraźni. I w dodatku skąpy. A myśmy wysupłali ostatnie oszczędności, żeby mu kupić profesjonalne słuchawki bezprzewodowe do tego głupiego ajfona. Czego on będzie przez nie słuchał? Chyba nie Brahmsa! Forsa wyrzucona w błoto, nam by się bardziej przydały. Zaraz, przecież my nie lubimy korzystać ze słuchawek. Przecież szwagier ma tego ajfona od lat, dostał go w jakiejś promocji, w przeciwnym razie nie byłoby go stać na to cacko. I nigdy się nie przymawiał o żadne słuchawki. Może wolałby dostać pod choinkę kapcie? Albo nowy krawat? U niego też się ostatnio nie przelewa. Rzućmy okiem na te skarpetki. Nawet ładne. W dyskretną kratkę, bardzo gustowny deseń. I jakie miłe w dotyku. Może się jednak przydadzą.

Wszyscy już poszli, w domu zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Kaloryfery kiepsko dziś grzeją, chłód przenika do szpiku kości. Raz kozie śmierć. Wkładamy skarpetki od szwagra. Najpierw nic. Potem cieplej. Ciszę przerywa raptowny stukot. Zegar ścienny po babci wybija dwunastą, coś wychodzi ze szpar w podłodze i ustawia się w równe szeregi. Czyżby myszy? Choinka rośnie, fotel ożywa, z półek gramolą się niewysłuchane od lat kompakty, z biblioteczki wyłażą nieprzeczytane książki, w komodzie chrobocze niewykorzystany bilet do filharmonii. Zewsząd słychać jakieś szmery i dziwne odgłosy. Gniewnie pomrukujące przedmioty otaczają nas coraz ciaśniejszym kręgiem.

Pamiętasz mnie? To ja, twój prezent sprzed dwóch lat. Komplet utworów klawesynowych Couperina w wykonaniu Władysława Kłosiewicza. Trzynaście płyt kompaktowych w kartonowym etui. Trafiłem pod twoją choinkę, zanim można było mnie kupić w sklepie. A jak potem chwalili grę Kłosiewicza: że artykulacja taka wyrafinowana, że frazowanie zmysłowe, że ornamentyka zwiewna jak piórko. Że owszem, naraz wszystkiego wysłuchać się nie da, że w tę „niezwykłą krainę, ciągnącą się od rydwanu Apolla po horyzont i dalej” (to słowa samego klawesynisty, z dołączonej do kompletu, nigdy nieotwartej książeczki) wchodzi się powoli, smakuje bez pośpiechu, tygodniami, ba, miesiącami, ale kiedyś wreszcie trzeba zacząć. A ja stoję zapomniany na tym regale i nawet folii nikt ze mnie nie zdjął!

A ja? – zaszeleściła gniewnie książka Briana Moynahana Leningrad. Siege and Symphony. Kto mnie przywiózł z Berlina? Rok temu z okładem? Podobno tak uwielbiasz Szostakowicza? Nie możesz się nasłuchać jego Siódmej i wciąż masz wątpliwości, czy wolisz klasyczne interpretacje Rożdżestwieńskiego i Mrawińskiego, czy może bardziej do ciebie przemawia skontrastowane, już to czułe i zmysłowe, już to zniewalające rytmem ujęcie Andrisa Nelsonsa? Czemu w takim razie nie interesują cię powikłane losy tego arcydzieła, które kompozytor zadedykował obrońcom Leningradu? Miasta umęczonego przez Stalina, zagłodzonego przez Hitlera, unieśmiertelnionego w utworze, który zapiera dech w piersi nie tylko słynnym marszem z pierwszej części – w którym Szostakowicz przewrotnie połączył motywy z Wesołej wdówki z tematem z własnej, wyklętej Lady Makbet mceńskiego powiatu – ale też elegią na pożegnanie Newy w rozdzierająco pięknym Adagio? Nie chcesz się dowiedzieć, jak wyglądałaby muzyka twojego ukochanego twórcy, gdyby nie Żdanow, Beria i Jagoda?

W ostatniej kolejności przypomniały o sobie zgromadzone w szufladzie zapowiedzi sezonów operowych w Berlinie, Monachium i Paryżu, foldery reklamowe festiwali w Bonn i Moritzburgu, zaproszenia na skromne, a może niesłusznie zlekceważone koncerty na polskiej prowincji, listy od kompozytorów i wykonawców, dopraszających się uwagi dla swoich najnowszych utworów i nagrań. A potem wszystko ucichło, nazajutrz nikt nie uwierzył w opowiedzianą przez nas historię, bliscy doradzili, żeby wykorzystać te święta z pożytkiem dla zdrowia i spędzić kilka dni w łóżku.

Czyżbyśmy za dużo się kiedyś naczytali Dziadka do orzechów Hoffmanna? Za często oglądali balet Czajkowskiego? A może to przez te skarpetki? Trochę się rozpruły w tym zamieszaniu. Trzeba poprosić ciotkę Droselmajer, żeby zacerowała. Ładne są. Ciepłe. Mięciutkie. Zdjęły z nas czar chciwości, pragnienia nadmiaru, posiadania więcej niż inni. Zamiast domagać się najnowszego boksu z nagraniami Berlińczyków, odpakujemy z folii zakurzonego Couperina. Przeczytamy te wszystkie książki, o których zapomnieliśmy. Zamiast czekać, aż nas zaproszą na kolejną premierę i bankiet w towarzystwie modnego reżysera, uciułamy trochę grosza i pojedziemy w kilka miejsc, gdzie wystawiają niechciane opery z udziałem niedocenianych w Polsce śpiewaków. Powymieniamy się z przyjaciółmi archiwalnymi rarytasami. Może spotkamy się kiedyś przy kawie i nalewce, żeby wspólnie pomuzykować. Zostaniemy władcami krainy najcudowniejszych rzeczy, które się słyszy, jeśli się słuchać umie.

tekst dostępny pod linkami:

http://atorod.pl/?p=241 na stronie Upiór w operze)

http://kozinska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/12/25/zaczarowane-skarpetki/#comment-14424

Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

Stuart słucha muzyki 8

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner
słuchają muzyki, której słucha Stuart

Skończyłyśmy, dawno temu, na rozdziale 20, wiele przed nami…

Aha, nigdy chyba tego przedtem nie napisałam – wszystkie tłumaczenia tekstów piosenek w opowieści o Stuarcie wykonała autorka…

Rozdział 21

Meg jest w szpitalu po dramatycznie ciężkim wypadku samochodowym. Ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. My, czytelnicy, wiemy kto, ale ani Stuart, ani Meg nigdy się nie dowiedzą, jest to więc całkowicie nieistotne. Stuart umiera z rozpaczy, podczas gdy w szpitalu lekarze próbują wyrwać Meg śmierci…

My face above the water, my feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Nigdy w życiu nie słyszałam o Mr. Probz Waves. Nawet nie wiem, czy to nazwisko muzyka, czy tytuł jego piosenki. To “z” na końcu mogłoby świadczyć o związkach z hip-hopem, ale i tak o niczym nie mam pojęcia… Z ulgą uświadamiam sobie, że tę sprawę da się uporządkować jednym przecinkiem. Mr. Probz, Waves.

Youtube podaje wszystkie podstawowe informacje:
Artysta: Mr. Probz (Dennis Princewell Stehr)
Album: The Treatment
Data wydania: 16 września 2013
Gatunek: Hip-Hop/Rap

Chłopak ma nawet stronę po polsku:

Mr. Probz, właściwie Dennis Princewell Stehr (ur. 15 maja 1984 w Zoetermeer) – holenderski raper, wokalista, producent muzyczny i autor tekstów; pochodzenia holendersko-antylskiego. Stał się popularny w 2014 roku, kiedy remiks jego utworu Waves w wykonaniu niemieckiego DJ’a Robina Schulza wszedł na I miejsce list przebojów w Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Norwegii i Szwecji.

***

Rozdział 22 toczy się cały w szpitalu. Stuart podejmuje ważną życiową decyzję. Ożeni się z Meg, wszystko będzie dobrze – To będzie jasny, słoneczny dzień.

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Piosenkarz uwolnił się od nałogu heroiny i naprawdę mógł o sobie powiedzieć i zaśpiewać I can see clearly now. Urodził się w roku 1940 w USA. Jego fani piszą na youtubie, że był przez 25 lat zależny od heroiny. Jeżeli można się uwolnić od nałogu po ćwierć wieku, to można naprawdę wszystko! Oficjalny życiorys piosenkarza  w ogóle o tym nie wspomina.

Piosenka powstała w roku 1972 i była największym przebojem Nasha.

Nash przyjaźnił się z Bobem Marleyem.

W rozdziale 23 Stuart oświadcza się Meg. Tak jak to sobie każdy wyobraża – na klęczkach, z pierścionkiem i bukietem kwiatów… Ukochana wraca do zdrowia, piękny świat stoi otworem… Będziemy żyli długo i szczęśliwie, kochając każdą zmarszczkę na naszych twarzach, bo opowiadają dzieje naszej miłości i naszego wspólnego życia:

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Ale… Ale jeśli myślisz… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas i narszcie… Ale…

Porady kulturalne / Kulturelle Ratschläge

Samstag / Sobota

Niemcy też mają długi weekend i jest on właśnie teraz. Zaczął się wczoraj, skończy 3 października wieczorem, w Dzień Jedności Niemieckiej. Wszyscy wyjechali, a ci co nie wyjechali pójdą w ten weekend co najmniej raz na jakiś event kulturalny. Wiele z nich jest za darmo. Tu poniżej podaję trzy z nich.

30. SEPTEMBER UM 17 UHR

Staatsoper für alle: Open-Air-Konzert und Live Übertragungen

Die Staatsoper ist zurück in ihrem Stammhaus Unter den Linden!

Nach mehr als sieben Jahren kehren das gesamte Ensemble, das Orchester, der Chor und alle Mitarbeiterinnen und Mitarbeiter wieder an ihren angestammten Ort zurück. Das möchten wir mit euch allen feiern!

Eintritt frei! Dank BMW Niederlassung Berlin

Open-Air-Konzert STAATSOPER FÜR ALLE
30. Sep 17.00 Uhr Bebelplatz

Dirigent: Daniel Barenboim
Sopran: Diana Damrau
Mezzosopran: Okka von der Damerau
Tenor: Burkhard Fritz
Bass: René Pape
Staatsopernchor
Staatskapelle Berlin

Ludwig van Beethoven
Sinfonie Nr. 9 d-Moll op. 125

Live-Übertragungen STAATSOPER FÜR ALLE
3. – 7. Okt. Bebelplatz

Im Rahmen von STAATSOPER FÜR ALLE werden alle Vorstellungen des PRÄLUDIUMS zur Wiedereröffnung der Staatsoper live aus dem Großen Saal übertragen: Die Eröffnungspremiere »Zum Augenblicke sagen: Verweile doch!« mit Schumanns »Szenen aus Goethes Faust« in der Inszenierung von Jürgen Flimm (3.10., 20 Uhr, auch am 6.10., 18 Uhr) das Konzert am 4.10., 19:30 Uhr (Daniel Barenboim, Maurizio Pollini, Staatskapelle Berlin) sowie das Konzert am 7.10.,18 Uhr mit den Wiener Philharmonikern und Zubin Mehta am Pult . Kommt vorbei!

Alle Termine zu STAATSOPER FÜR ALLE Unter den Linden unter: http://bit.ly/2gQ2eUg

Quena Tapia lädt zur Peña:

100 Jahre Violeta Parra

Sa., 30.9.17 | 20 Uhr | RegenbogenKino

Violeta Parra war Folk-Musikerin und bildende Künstlerin.
Vor fast 100 Jahren wurde Violeta del Carmen Parra Sandoval in Chile geboren.

Peña bedeutet Fels, aber auch Stammtisch und steht in ganz Chile für kulturell-politische Gemeindefeiern, bei denen Gesangswettbewerbe aller Generationen solo und als Chor, mit und ohne instrumentale Begleitung häufig im Mittelpunkt stehen.
Heute gibt es viele Peñas in Chile, Lateinamerika, Nordamerika, Europa und Australien, die sich aufgrund der Chilenen, die nach Augusto Pinochets Putsch ins Ausland flohen, ausgebreitet haben.

Ab 1952 begann Parra Folkloremusik aus den ländlichen Zonen aufzunehmen und zusammenzustellen. Diese Sammlung entdeckte die Poesie und das Volkslied aus den ziemlich verschiedenen Regionen Chiles. Diese Arbeit förderte den enormen verborgenen Reichtum der Traditionen zu Tage, die zur chilenischen Kultur verschmolzen waren. Von hier begann sie ihren Kampf gegen die stereotype ausländische Musik und transformierte bzw. gewann die authentische Volkskultur wieder zurück. Sie komponierte Lieder, Décimas und Instrumentalmusik, wurde zur Malerin, Bildhauerin, Stickerin, Töpferin.

Violeta Parra schuf die Basis für La Nueva Canción Chilena, die Neue Gesangsbewegung Chiles, die die chilenische Folkloremusik erneuerte. Diese Bewegung breitete sich in den sechziger und siebziger Jahren in Chile aus. Da sie folkloristische Musikelemente mit religiösen Formen und Inhalten der Protestbewegung und Sozialkritik der sechziger Jahre vereinte, wurde sie der Kopf einer mächtigen kulturellen Strömung und erfasste das ganze Land. Sie wurde auch nach dem Putsch in Chile 1973 für viele ein Synonym für das unter der Militärdiktatur leidende und kämpfende Chile, das seine Rückkehr zur Demokratie erreichte.

Eugenia Tapia (Quena Tapia)
Cantante / compositora / Guitarra

Eugenia Tapia wurde als Tochter Chilenischer Musiker in Rüdersdorf geboren, daher die Freude an Ethno-Einflüssen.
Sie studierte 2 Jahre Komposition an der Universität Arsis-Chile (SCD) und Gesang dazu. Danach Gitarrenstudium im Conservatorium – Badalona.
Eugenia startet ihr Musikerinnenleben mit verschiedenen Bands: teils in Chile, Barcelona und seit 2011 auch in Berlin.
Nicht nur live kann mensch sich an Eugenias Kunst erfreuen, sie hat auch einen Lullabye Song aufgenommen: “Tu mi Mariposa” (E.Tapia /P. v. Rothkirch). 2011 CD -Heart & Toes – Lullabies from Around the world.

Eintritt frei – Spenden willkommen

Gute Nacht


Guten Morgen

01. OCTOBER UM 14 UHR


Gallion-Bild der Ausstellung: Neavenezia 2015/17, was natürlich Berlin ist

In der Komunalen Galerie Berlin  auf dem Hohenzollern Damm 176 gibt es noch bis 29. Oktober eine Ausstellung von Matthias Koeppel

Experiment und Methode

Matthias Koeppel zum 80. Geburtstag

Fotografie, Zeichnung, Grafik, Gedichte, Komposition, Malerei

Während der Ausstellung wird sich der Künstler drei Mal mit seinem Publikum treffen und es durch die Ausstellung führen. Ein Termin ist schon vorbei, zwei bleiben noch, davon ein – morgen:

Führungen mit Matthias Koeppel

Sonntag, 10.09.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 01.10.2017 | 14 Uhr

Sonntag, 15.10.2017 | 14 Uh

Leider nicht in der Ausstellung, auch als Plakat nicht: Matthias Koeppel ‘Requiem für Luise’, Plakat zur 750-Jahr-Feier Berlins

Auf dem Blog Café Deutschland liest man: Abgebildet sind die Humpe-Sisters: Annette und Inga Humpe gehörten zu den Schaumkronen der Neuen Deutschen Welle. Annettes Blaue Augen (1981) und Ingas Ich düse im Sauseschritt (1983) haben noch heute großen Wiedererkennungswert. Zwischen 1985 und 1987 hatten sie als Humpe & Humpe eine gemeinsame Band.

Das ‘Requiem für Luise’ ist mein Lieblingsbild von Koeppe – ironische Nachahmung der berühmten Skulptur von Prinzessinnen Luise und Frederike Hohenzollern von Johann Gotlieb Schadow aus den Jahren 1795-7. Darüber schrieb ich schon HIER: https://ewamaria.blog/2020/02/08/dwie-siostry/

Cziste szaleństwo

Lech Milewski

Cziste szaleństwo czyli fortepian Stalina w Temple Beth Israel

Cziste szaleństwo? To nie pomyłka w tłumaczeniu, przeciwnie, czyż można lepiej zintepretować błąd ortograficzny – shir zamiast sheer?

Bilet otrzymałem przez internet i miałem czas na przeczytanie reguł tego szaleństwa. Poniżej kilka istotnych wskazówek.
LEGAL SPIEL:
The Festival has all rights to film, photo and video production of this Festival and your sheyna punim may be filmed incidentally.
Don’t be a schmuck!
If you’re a schmo we will deal with you.
Footwear is to be worn at all times, you’ll look like a schlub otherwise.
Sorry, but don’t schlep your pets to the festival.

Pełen słownik – TUTAJ.

Shir Madness to festiwal gromadzący doskonałych żydowskich muzyków z całego świata. Odbywa się corocznie, naprzemian, raz w Melbourne raz w Sydney.
To ci okazja, można posłuchać na żywo najlepszych nowojorskich klezmerów bez potrzeby wyjazdu do Krakowa. Więcej o festiwalu TUTAJ.

Tu przyznam się do drobnej wpadki. Przetłumaczyłem tytuł imprezy fonetycznie, ale jak widać choćby z cytowanych wyżej wskazówek, na tym gruncie trzeba być ostrożnym – shir w języku hebrajskim znaczy pieśń.

Impreza odbywała się w Temple Beth Israel.

Temple Beth

Wbrew nazwie nie jest to świątynia, ale kehilla kedosha czyli zgromadzenie duchowe. W tym przypadku ma ono na celu wprowadzenie innowacji i postępu do żydowskiej tradycji – KLIK.

Oczywiście dla mnie głównym magnesem był wspomniany w tytule Fortepian Stalina. Jest to tytuł multimedialnego programu opierającego się na ryzykownym według mnie pomyśle – tworzenie na żywo podkładu muzycznego do wygłaszanego tekstu.

Istotnym magnesem była dla mnie, znana mi z innych występów, wykonawczyni tego programu pianistka Sonya Lifschitz – KLIK.

Na wstępie wykonawczyni wspomniała o pewnym związku artystów i polityków. Oczywiste, że artyści są zależni od polityków. Wszak od polityków w dużej mierze zależy czy artysta będzie miał wolność tworzenia. Do tego dochodzi sponsorowanie z państwowej kasy.
Sonya Lifschitz wymieniła również kilku artystów, którzy na krócej lub dłużej byli politykami. Jakże przyjemnie mi było, gdy na początku wymieniła Ignacego Jana Paderewskiego. Mina mi nieco zrzedła gdy wymieniła również R. Reagana i A. Hitlera.

Podczas godzinnego występu na ekranie zostały wyświetlone wypowiedzi 18 osób. Czasem były wyświetlone tylko teksty z podkładem głosowym. Na tym tle artystka grała na fortepianie muzyczną interpretację tych wypowiedzi.

Było kilka ciekawych punktów.

Fragment przesłuchania Bertolda Brechta przez Komisję do badania działalności antyamerykańskiej – KLIK.

Wypowiedź Le Corbusiera – “I am a young man of 71 years old. I am a visual man…” – była kilkakrotnie ucinana i wyświetlana od nowa. Dawało to efekt muzyki rap. Na tyle wyraźny, że nie zwróciłem uwagi na to, co grała pianistka.

Podobną technikę zastosowano w przypadku rozmowy Johna F. Kennedy’ego z generałami w okresie kryzysu kubańskiego, z tym że tym razem nie sposób było nie zauważyć muzyki – radosna rumba.

Któż jeszcze na tej liście? Frank L. Wright, australijski kompozytor Percy Grainger, Tomasz Mann, Mao Tse Tung, Joseph Goebbels.

A gdzie Stalin i jego fortepian?
W tym przypadku nie było przemówienia i fortepianowej interpretacji, tu przemówiła artystka.
Opowiedziała o przypadku gdy J. Stalin usłyszał w radio transmisję z koncertu, na którym pianistka Maria Judina wykonała koncert fortepianowy nr 23 W.A. Mozarta. Koncert spodobał mu się tak bardzo, że zażądał aby dostarczono mu jego nagranie na płycie gramofonowej.
Problem w tym, że koncert nie był nagrywany.
Pracownicy Kremla obudzili w środku nocy Judinę i członków orkiestry, zawieźli ich do studio i kazali grać. Dwóch kolejnych dyrygentów nie wytrzymało napięcia, dopiero trzeci poprowadził dobrze orkiestrę. Maria Judina nie miała żadnych problemów. Pospiesznie wytłoczono jeden egzemplarz płyty i rano czekała już na Stalina w sekretariacie.

Wkrótce po tym wydarzeniu Maria Judina otrzymała z Kremla przekaz na poważną kwotę. Judina napisała list z podziękowaniem: …będę się modlić za Was dzień i noc i prosić Boga by przebaczył grzechy popełnione przeciw ludziom i krajowi. Bóg jest miłosierny i Wam przebaczy.
Stalin przeczytał ten list na głos w wąskim gronie zaufanych osób. Wszyscy czekali w napięciu na jakiś sygnał lecz Stalin w milczeniu schował list.

Ciekawe, że gdy Stalin umarł, pierwsze osoby, które dotarły do jego sypialni zauważyły kręcący się gramofon, a na nim właśnie tę jedyną w swoim rodzaju płytę – M. Judina, koncert fortepianowy nr 23 Mozarta.
Maria Judina przeżyła Stalina o 9 lat.

Akompaniamentem do opowieści o tym wydarzeniu był szum kręcącego się gramofonu.
Powyższa historia i nieco więcej o Stalinie i Judinie TUTAJ.

Moje osobiste wrażenie z tego punktu programu to jednak zawód. Pomysł fortepianowej interpretacji przemówień nie był udany. Dużo większe wrażenie robiły filmowe sztuczki.

Na szczęście w sąsiednich salach dużo się działo:
– David Krakauer i jego zespół Ancestral Groove. Ten sam, z którym wystąpił na otwarciu Muzem Żydów Polskich – Polin – KLIK.
– zespół Klezmatics z programem zaprezentowanym na festiwalu w Krakowie – KLIK . Ja trafiłem na ich występ w momencie gdy wykonywali piosenkę Mury J. Kaczmarskiego. Proszę skoczyć do 34 minuty na zlinkowanym filmie.
– zespół Zourouna – klimat Turcji, Syrii, Libanu.

Zdążyłem jeszcze wpaść na ostatnie chwile występu Bretta Kaye, tenora znanego z występów jako kantor.
Swój występ zakończył słowami: We all have music in our kishkas.

Pełna zgoda.

Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner