Merry Christmas

Były święta. Jeśli zdążyliście już zapomnieć, to Zbychu przypomina.
Piękna opowieść, chciałoby się samemu też tam dotrzeć na ten
merrychristmasandahappynewyear

Zbigniew Milewicz

NY z głowy

Znowu poniosło mnie za ocean, drugi wnuk mi się tam urodził, więc poleciałem zobaczyć, czy podobny do dziadka. Pierwszy – Kanadyjczyk, drugi – obywatel USA, może kiedyś i Chińczyka będę miał w rodzinie. Familia mieszka teraz w Nowym Jorku, na południowym Brooklynie, kilkadziesiąt metrów od nabrzeża cieśniny East River. Z okien mieszkania widać Statuę Wolności, po drugiej stronie wody Dolny Manhattan z jego słynnymi drapaczami chmur, za nimi Hudson, który opływa wyspę od zachodu. To miasto w dużej mierze jest wyspiarskie, co ma znaczący wpływ na jego gęstość zaludnienia (10636 osób na km. kw.), poza Manhattanem ma jeszcze Staten Island i Long Island. Na długiej wyspie leży Brooklyn, Williamsburg, Green Point i Queens.

NY2015-2016 (1)

Samoloty rosyjskiego Aeroflotu odprawia się na amerykańskim lotnisku jak nabardziej “nierestrykcyjnie”

Przylatuję na lotnisko J.F. Kennedy`ego dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. W hali odpraw paszportowych tłum pasażerów w ślimaczym tempie drepcze w stronę bramek, przy których służby graniczne bez pośpiechu sprawdzają dokumenty, odciski palców, fotografują ludziom źrenice i zadają standardowe pytania, w stylu: po co, do kogo i na jak dugo przyjechali? Wyruszyłem w tę podróż ze Stuttgartu, w Paryżu była przesiadka, nieco zamieszania (przez roztargnienie jednego z porządkowych dostałem się do niewłaściwego terminalu, ale przecież zdążyłem na czas na swój boarding) i ze względów bezpieczeństwa, szczególnie skrupulatna odprawa pasażerów. Skutkiem tego wystartowaliśmy do NY z godzinnym opóźnieniem. Urocze stewardessy Air France wykąpały nas za to później w znakomitym bordeaux i taaaką miały klasę, że znowu bym poleciał ich liniami. Po trzech godzinach czekania na odprawę paszportową w hali nowojorskiego lotniska, pozbawionej najprostszych wynalazków cywilizacji, takich, jak sanitariaty i wentylacja, usłyszałem wreszcie: welcome.

Nowy Jork powitał mnie parnym oddechem, 16 stopniami C i butelką wody mineralnej, którą starszy syn wręczył mi na powitanie. Do jego domu mieliśmy teoretycznie około 40 minut jazdy samochodem, ale wielu nowojorczyków właśnie kończyło pracę i przyszło nam przemieszczać się w korkach, co miało ten plus, że dotarliśmy w sam raz na kolację.

NY2015-2016 (4)No i co, nie podobny do dziadka?

Dom był pełen ludzi, poza gospodarzami z dwójką synów, gościli już teściowie oraz szwagier syna i nazajutrz, do wigilijnego stołu zasiedliśmy w ósemkę, choć najmłodszy Leo nie dosłownie. Polskiej tradycji stało się zadość i w czytaniu Pisma, i w łamaniu opłatkiem, i w potrawach. Kto chciał i mógł, pojechał później na Pasterkę do pobliskiego, polskiego kościoła, p.w. św. Kazimierza. Wyszedłem z niej trochę rozczarowany słabą oprawą muzyczną i apatycznością wiernych. Później świętowaliśmy suto, nadmiar kalorii tracąc w spacerach ze starszym wnukiem Gabrielem wzdłuż East River, w stronę Mostu Brooklyńskiego. W poświąteczną niedzielę odwiedziłem w Queens przyjaciela z lat studenckich, Adasia Sówkę.

Ostatni raz widzieliśmy się dwa lata temu i teraz jakby trochę zmarniał. Ula, jego żona trzyma dalej dzielnie fason, po dawnemu pracuje w branży hotelowej, gdzie odpowiada za serwis pokojowych, a Adaś już dwudziesty piąty rok na azbestach. Walczy o odszkodowanie za World Trade Center, gdzie porządkował gruzowiska, ale ciężko to idzie. Schorzeń ortopedycznych nie uznają, podobnie, jak kardiologicznych, a płuca ma, o dziwo, czyste. Stwierdzono tylko, że w 50 procentach obarczony jest depresją, co może mieć związek z wydarzeniami 11 września. W związku z tym posłano go na badania psychologiczne, które zdał na piątkę z plusem. Pani psycholog pogratulowała mu wyników i retorycznie zapytała, jak by one wypadły, gdyby nie cierpiał na depresję? Wtedy może okazałoby się, że jestem drugim Einsteinem – odparł pogodnie Adaś. Za to poczucie humoru go lubię.

W domu syna wiele rozprawia się o interesach, o giełdzie, na czym kompletnie się nie znam. Dlatego wolę sobie jeździć metrem po Nowym Jorku, zwiedzać znane mi już miejsca, które lubię, na przykład Małą Odessę na Brighton Beach oraz te nowe, znane słabo, lub tylko ze słyszenia. Pomaga mi w tym stronka internetowa, pt. Free Tours by Foot, oferująca piesze zwiedzanie miasta i jego osobliwości, w zamian za wolne datki dla przewodników. Jest ona aktywna w wielu miejscach USA a także Europy, m.in. w Berlinie. Wystarczy wysłać maila, potwierdzić uczestnictwo i dotrzeć pod wskazany adres.

NY2015-2016(7)

Mar ze swoją grupą w Bushwick

Zaczynam od Bushwicku na Brooklynie, dzielnicy znanej z fantazyjnych graffiti, murali, street artu. Malowidła zdobią ściany miejscowych kamienic, opuszczonych lub nadal czynnych fabryk, barów i kafejek, ożywiając cokolwiek surowe oblicze tej dzielnicy. To najwspanialsze miejsce na świecie – przekonuje Mar, nasz przewodnik – niekonwencjonalne, trochę zwariowane. Grupa liczy około dwudziestu turystów, z Europy, Japonii, Ameryki Łacińskiej, Chicago i Nowego Jorku. Niestety mój angielski nie pozwala wszystkiego zrozumieć z tego, co mówi Mar. Pocieszam się, że jestem tutaj głównie dla sztuki, a tej nie trzeba definiować, wystarczy, że się podoba, że się ją przeżywa. Autorami graffiti są znani, ale i początkujący artyści, w większości bardzo młodzi. Ich prace świadczą przede wszystkim o kreatywności, jest w nich bunt przeciw społecznym i politycznym stereotypom, liryka, ironia, nie dostrzegam rażących obsceniczności. Przypomina mi się berliński Prenzlauer Berg i dzielnica Mitte z ich muralami i sztuką uliczną. Bushwick zasiedlają głównie latynosi, dumni ze swoich korzeni, pod domami powiewają ich narodowe flagi. Od pewnego czasu dzielnica jest modna także w zamożnych kręgach, bogatą klientelę przyciągają coraz to nowe galerie, bary i restauracje ze smaczną, latynoską kuchnią. Później kupują sobie np. poddasze w którejś z kamienic, odpowiednio je urządzają i zamieszkują. Dzielnica na tym oczywiście tylko zyskuje.

NY2015-2016 (6)

Williamsburg, w drodze do synagogi

Skład etniczny pobliskiego Williamsburga jest mieszany, ma on trochę mieszkańców z niemieckimi korzeniami, latynosów, Włochów, Polaków, Afroamerykanów, ale najwyraźniej widać ortodoksyjnych Żydów, zwłaszcza w Szabas. Drugi dzień świąt wypada akurat w sobotę, więc jedziemy wraz z synem i jego teściem na wycieczkę do Williamsburga. Jest pewnie pora nabożeństwa w synagodze, gdyż na ulicach widać odświętnie ubranych mężczyzn, w czarnych chałatach i kapeluszach, albo okazałych, futrzanych czapkach. Niektórzy zakrywają kark tałesem, którym w czasie modlitwy odzieją głowy, białe koszule i pończochy dopełniają stroju. Kobiet mniej, ubrane są skromnie, na czarno, niektóre w perukach, które uważane są za nakrycie głowy. Oczywiście robię zdjęcia, miejsce mam dobre, obok syna – kierowcy, który prowadzi volwo, no i w pewnym momencie dochodzi między nami do sprzeczki. Dowiaduję się, że jestem tani papparazzi, że w każdej chwili mogę wyjść z samochodu i fotografować sobie kogo chcę na własną odpowiedzialność. Bronię się wolnością mediów, ale syn nie odpuszcza, więc dla świętego spokoju daję za wygraną. Ciekawi mnie, czy chodzi mu o bezinteresowną ochronę danych osobowych naszych starszych braci po wierze, albo też raczej o banalny fakt, że poruszamy się jego służbowym samochodem i ktoś mógłby zapamiętać numery rejestracyjne. Myślę, że ta druga opcja wchodzi w grę, więc nawet go nie pytam.

Green Village, SoHo, Little Italy, Chinatown i Harlem zwiedzam z przewodnikami Free Tours by Foot. Każda dzielnica ma swoją historię i odrębny charakter, w różnym stylu pracują przewodnicy, ale wszyscy z zapałem i sporą dozą humoru. Energiczna, starsza pani, która oprowadza grupę po chińskiej i włoskiej dzielnicy ma po swoich dziadkach polsko-rosyjskie korzenie, spod Białegostoku. Czasami specjalnie dla mnie wtrąca jakieś pojedyncze, polskie słowa. Na jednej z uliczek Chinatown ktoś wskazuje na chodnik, zalecając ostrożność przed psią miną przeciwpiechotną; pani przewodnik zwraca się do mnie i mówi: gówno, tak? Sure – potwierdzam.

Na każdej wędrówce są Australijczycy, czasami stanowią nawet połowę składu grupy. Na ogół sympatyczni, kontaktowi, skorzy do śmiechu. Wiekowo przeważa młodzież. Harlem jest nie tylko z buta, główna atrakcja to koncert muzyki Gospel, w National Black Theatre. Jest to arcyciekawe, bardzo energetyczne przeżycie artystyczne, które ekstra odpowiednio honorujemy. Przewodnicy nie mają z góry ustalonych stawek, wynagradzamy ich trud indywidualnie, na zasadzie co łaska, ale dać poniżej dziesięciu dolarów nie wypada.

NY2015-2016 (5)

25 Grudnia 2015, grillowanie nad East River

Podobnie, jak w Europie, w dzień na nowojorskich ulicach szaro. Po Nowym Roku temperatura spada do 4-5 stopni, w nocy lekki przymrozek, ale na śnieg się nie zanosi. Można go zobaczyć na kolorowych reklamach w dzień i w nocy rozświetlonego Times Square, pod napisem Happy Holiday. Amerykańskie Boże Narodzenie w przestrzeni publicznej jest zdecydowanie świeckie i komercyjne, Merry Christmas funkcjonuje tylko w kościołach i prywatnie, w niektórych, chrześcijańskich domach. Na ulicy obcy sobie ludzie życzą sobie więc zwyczajnie wesołych świąt, bez akcentowania, z jakiego powodu znajdują się one w kalendarzu. W amerykańskiej tradycji świątecznej nie istnieje coś takiego, jak polska Wigilia. Kolację poprzedzającą Boże Narodzenie spożywa się najczęściej w restauracji. Popularnym napitkiem w tym dniu jest tzw. eggnog, czyli napój z rumu, mleka, cukru i ubitych jaj – czytam w Camp America. Boże Narodzenie trwa w USA tylko jeden dzień, 25 grudnia, następnego dnia idzie się już do pracy. Dlatego ludzie śpieszą się ze świątecznym fetowaniem, ma ono bardzo rodzinny charakter, przemierza się wiele mil, żeby spotkać najbliższych, dać im prezenty, zjeść szynkę, lub indyka i wieczorem ruszyć w powrotną drogę.

NY2015-2016 (2)

Świąteczne Rockefeller Center

Jadę metrem na Rockefeller Center, żeby zobaczyć słynną ślizgawkę i choinkę, tego olbrzyma, pod którym stał Kevin, sam w Nowym Jorku… I rozczarowanie, w Monachium, na Marienplatz, stawiają na Boże Narodzenie dwa razy większe jodły, ale czego nie może kamera; w reklamie i kinematografii Amerykanie są przecież mistrzami.

Sylwestra spędzam z Adasiem na Green Point, w niegdysiejszej, bardzo polskiej dzielnicy. Ulka, jego żona pracuje, więc we dwójkę przemierzamy pryncypialną Bedford Street, która od paru lat jest bardzo modna, za przyczyną świetnie urządzonych barów, jazzowych klubów i dyskotek, do których lgnie klientela. W jednym z lokali pijemy dobrze schłodzony brooklyn beer o smaku jałowca, niewinnie flirtujemy z panienkami przy barze, które mogłyby być naszymi wnuczkami, po czym idziemy na swojski bal.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, przy Metropolitan Avenue od pewnego czasu cienko przędzie, bo ubywa polskich wiernych, więc trzeba ją wesprzeć. Wstęp 120 dolarów od osoby, ruscy na Brighton Beach biorą tyle samo, ale nasza chata z kraja… Adaś pokazuje amerykańską klasę, zapłać połowę, ja dołożę resztę – mówi. I wchodzimy do usytuowanej w podziemiach kościoła sali zabaw. Jest polonez na rozpoczęcie, kapela, która uznaje wyłącznie polskie przeboje, polska szynka, flaki i dobra wódeczka na stole, kumple Adasia od azbestów wraz z żonami, więc szafa gra. Średnia wieku 50-60 lat, my z Adasiem ją trochę zawyżamy, ale cicho sza, dinozaury potrafią się bawić. Księża i rada parafialna siedzą oddzielnie, w takim miejscu, z którego widać całą salę. Są usatysfakcjonowani, sylwestrowy bal przebiega bez większych zakłóceń, dyskretnie nie widzą tych paru gości, którzy zasnęli, z twarzą wtuloną w kotlet schabowy panierowany…

Na zakończenie pobytu w Nowym Jorku funduję sobie nocny rajd przez knajpki, bary i dyskoteki East Village, dzielnicy wyspecjalizowanej w bawieniu gości. Syn uprzedza mnie, że będę pewnie najstarszy w grupie, ale to mi nie przeszkadza. Chcę tylko zobaczyć, jak bawi się światowa młodzież i… jestem pod wrażeniem. Robi to w dobrym stylu, choć wali wódę chyba mocniej, niż moje pokolenie ileś tam lat temu. Chapeaux bas!

NY2015-2016 (3)

Idę z życzeniami do swojego starego kumpla, Donalda…

P.S. W Amsterdamie, przez który wracałem z NY do Monachium, przez roztargnienie zostawiłem notatki z podróży, więc relacja została spisana z głowy, czyli jak to mówią, z niczego.

Varsaviana – Szwedzi wciąż w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedi-kadr

Kadr z filmu „Szwedzi w Warszawie”, w reżyserii Włodzimierza Gołaszewskiego. 1991 r.

Jest rok – 1656 i Szwedzi zajmują Warszawę. Wyniszczenie finansowe miasta, grabieże, awantury, rozboje, gwałty – to od 11 miesięcy codzienność warszawiaków.

Oblężenie Warszawy 1656 rok

Wobec bezskutecznych negocjacji ze stroną szwedzką, król Jan Kazimierz zdecydował się na militarne zdobycie miasta i rozpoczęło się oblężenie.

A co się działo zanim do tego doszło?

Warto pamiętać, że walki między armią: szwedzko-branderburską i polsko-litewską rozgrywały się na rozległych terenach, które obecnie należą do Warszawy czyli na Pradze, Kamionku, Skaryszewie, Tarchominie, Żeraniu, Brudnie a także na Bemowie – ale w 17 wieku – to jeszcze nie była Warszawa.

Aby umożliwić komunikację między prawym a lewym brzegiem, z rozkazu króla zostały wybudowane mosty łodziowe, których wyloty znajdowały się w okolicach Solca oraz Cytadeli. Podczas przejścia wojsk koronnych doszło do starć ze szwajcarskimi rajtarami, mimo wszystko jednak straty nie były duże i żołnierze znaleźli się na lewym brzegu prężni i gotowi do walki. Król pozostał pod Warszawą i stamtąd dowodził zdobywaniem miasta.

szwedi-mury

Mury obronne. Fot. Anna Dobrzyńska

Wówczas po raz pierwszy w historii swą rolę odegrały mury obronne. Niestety to Polakom przypadło się z nimi zmierzyć. Niestety – ponieważ były bardzo masywne, podwójne, ceglane. Wstępu do miasta broniły trzy bramy oraz barbakan, który był twierdzą samą w sobie, w praktyce nie do zdobycia. Mury dodatkowo były wzmocnione przez Szwedów, rowami, palami oraz kobyliniami – czyli zaostrzonymi pniami z gałęźmi. Dodatkowo kościoły znajdujące się w pobliżu murów zostały przez okupanta umocnione i zamienione w twierdze – między innymi kościół Św. Jacka i kościół Św. Ducha. A budynki, których nie sfortyfikowano – spalono – w celu ułatwienia odparcia ataku. I tak wypaleniu uległy ulice: Freta, Mostowa, Długa, Senatorska, a także część Krakowskiego Przedmieścia i całe Nowe Miasto. Wyburzanie zabudowy – to znana taktyka obronna, która dzięki uzyskaniu otwartej przestrzeni umożliwia strzelanie do atakujących jak do przysłowiowych – kaczek, a Warszawa, poprzez zastosowanie tej taktyki jeszcze nie raz ucierpi.

Polacy zdobywali Warszawę w czterech podejściach i dopiero za ostatnim razem szturm był skuteczny, dzięki specjalnie sprowadzonym ciężkim działom oblężniczym.

Wojska koronne weszły do miasta, zdobywając Bramę Nowomiejską oraz Krakowską. Barbakanu – król Jan Kazimierz nawet nie próbował zdobywać, znając jego wspaniałą, obronną konstrukcję. Sprzymierzeńcem Polaków było wycieńczenie odciętych od świata Szwedów, a także zaraza rozprzestrzeniająca się w obrębie murów. Najcięższe walki miały miejsce od strony południowej czyli w okolicach kolumny Zygmunta.

Wobec zdobycia miasta, rezydujący na zamku Arvid Wittenberg – feldmarszałek szwedzki, dowodzący obroną Warszawy, nie miał innej możliwości jak – skapitulować. I tu walki powinny się były zakończyć – jednakże walczący ochotnicy ale także regularne wojsko polskie było tak nastawione na łupy wojenne, że dopiero królewski datek w wysokości 40 tysięcy złotych – powstrzymał wojaków od walk… ale nie wszystkich i nie od razu…

szwedi-zam-ujaz

Zamek Ujazdowski, fot. Anna Dobrzyńska

Niestety Polakom nie udało się tego zwycięstwa umocnić. 3 sierpnia król Karol Gustaw zajął Zamek Ujazdowski i miasto znów znalazło się w rękach szwedzkich. Dwukrotni zdobywcy Warszawy, właśnie w tym momencie rozpoczęli grabieże na masową skalę. Zmusili mieszczan do pomocy w pakowaniu łupów, grożąc konfiskatą majątku prywatnego. Z Zamku Królewskiego wywieziono między innymi dwieście obrazów, plafony z pięciu sal zamkowych, królewskie srebra i trzydzieści trzy arrasy.

Mimo iż ponownie zajęli Warszawę, Szwedzi czuli, że ich pozycja słabnie. Wojny bowiem toczyły się całym terenie Królestwa Polskiego. 1 września wycofali się z Warszawy. Nie zrobili tego jednak – „po angielsku”. Przeciwnie – do ostatniej chwili ładowali na barki liczne dzieła sztuki, księgi, zabytki, w tym jaspisowe kolumny z ogrodu królewskiego, malowidła Tomasza Dalabelli pokazujące koronację króla Zygmunta III i wiele innych. …Grabili tak dużo, w takim pośpiechu i z taką zachłannością, że przeciążone barki często …tonęły… Opuszczając Warszawę Szwedzi spalili to co jeszcze pozostało nie spalone na Krakowskim Przedmieściu, a także wysadzili Bramę Krakowską. Mieli jeszcze w planach całkowite wysadzenie murów obronnych i kolumny Zygmunta, ale na szczęście magistrat miasta wyprosił u Karola Gustawa, by tego nie robili i król Szwecji się ulitował.

Jaki był dalszy los Szwedów?

Musieli zostawić te kosztowności, które przygotowali do zabrania, zobowiązać się, że oddadzą, to co złupili i …powrócić do Szwecji.

Warszawa została jeszcze raz zajęta przez Szwedów podczas III i ostatniej wojny północnej. Na szczęście i tę okupację udało się pokonać.

I tak wyglądał burzliwy lecz na szczęście „mało-powtarzalny” – motyw „szwedzkiej okupacji Warszawy”.

szwedi-grob

Jedyny grób w Warszawie, który zachował się z czasu „Potopu”.
Inskrypcja głosi: „Bogurodzica…Pamięci poległych w bitwie w obronie Warszawy ze Szwedami rp. 1656, którzy tu spoczywają w Panu”. Grób znajduje się na przykościelnym cmentarzu, przy Konkatedrze Matki Boskiej Zwycięskiej w Warszawie. Fot. Anna Dobrzyńska

Reblog: Między Łodzią, Berlinem a Wenecją…

Wojciech Drozdek

Krance…

Szybko, po deszczu, nim słońce zajdzie, szurając po skwerze, gdzie jeszcze nie uprzątnięto wszystkich liści… gnijących już, ale o jakże bliskim mi zapachu wycieczek z Ojcem… Trzynastką? …przez Bałucki Rynek? …do Łagiewnik. Tam, na tarasie starej drewnianej willi, opatuleni w koce piliśmy z Bratem herbatę. W pokoju, za szybą na szarym ekranie telewizora, ktoś komuś chciał udowodnić, że gdyby wszyscy ludzie dobrej woli.

I strzępy rozmowy: “A rzucą choinki..? Znów stać trzeba będzie cała noc przy oknie..?” Widać było Skład Węgla. Ten, obok Fabrycznej, której tory wylewały się niemal na ulicę a i bunkier niemiecki i węglarzy z rolwagami… próbowali trafić obręczami kół w szyny ‘tramwaja’, by lżej było rolować.

“Ach, jakoś damy sobie radę… – powtarzał co roku Ojciec. – No tak, wy TO znacie i jak TO zrobić te … jak im tam… a! -‘ KRANCE’!” Matka robiła ‘krance’ jeszcze przed wojną no i w czasie też. Mniejsze, skromniejsze na kredensy i te większe ozdobione czerwonymi wstążkami do podwieszania pod sufitem. I białe grube świece… Mówili, że to tylko u lutrów takie były… Przydało się to matczyne doświadczenie w parę lat po wojnie.

Niemców wprawdzie już dawno nie było, ale i choinek też. Więc ludzie zamawiali ‘krance’. Na słowo ‘stroik’ poczekać trzeba było jeszcze lata… Pamiętam i u nas w Domu, raz czy dwa razy pod sufitem… nadziwić się nie mogłem.
“W naszej robotniczej łodzi.. coraz mniej bażantów chodzi”.

Dziś, wracając do domu, stanąłem przed wystawą, zobaczyłem ‘kranca’ i coś więcej…

Nie wiem jak wyglądała kwiaciarnia mojej Matki. Ni piotrkowska, ni łódzka. Nawet fotografie się nie zachowały. Tylko stempel ‘zapłacone’ …i nic więcej. Pomyślałem, że może tak właśnie… Z krancem u sufitu, latarynkami po bokach… niedbale rzuconym kieliszkiem i butelką wina, które się ostały do podziwiania na starym dobrym pledzie z bielskiej wełny…

Reblog: Varsaviana

Anna Dobrzyńska

będzie we wtorki co dwa tygodnie pisała o Warszawie. Na moją prośbę zaczyna jednak od tego, że napisała dla nas coś o sobie:

Jestem warszawianką od pokoleń co nie oznacza, że od zawsze wiedziałam bardzo dużo na temat mojego miasta.
Każde miasto jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Ja – trochę przekornie – zainteresowałam się Warszawą kiedy mieszkałam i studiowałam w Anglii. Kraj dostojnej królowej, dwupiętrowych autobusów i mojego idola – Freddiego Mercurego pociągał mnie od zawsze, lecz dopiero na tle angielskiej rzeczywistości dostrzegłam to czego wcześniej nie zauważałam w mojej stolicy – jej wyjątkową historię, przejmujące losy mieszkańców, siłę. Po powrocie do Polski fascynacja Warszawą zaowocowała zrobieniem licencji przewodnika miejskiego, a Anglia zawsze będzie dla mnie krajem, który bardzo chętnie odwiedzę :). Prowadzę blog varsavianistyczny.

blog1_najstarszy widok Warszawy

Stolica

…Ze stolicami bywa różnie. W jednych krajach są one stałe i niezmienne, jak we Francji, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii, w innych –  są przenoszone z miasta do miasta, na przestrzeni wieków jak chociażby w Rosji, Bułgarii czy Australii. Jeśli przyjrzymy się historiom państw, które lubią zmieniać stolicę, zauważymy, że największe doświadczenie w tej dziedzinie mają Chińczycy i …Polacy. A zatem łączy nas nie tylko upodobanie do muzyki Chopina 🙂

Droga do ustanowienia stołeczności Warszawy była długa, kręta i pełna wertepów.

Jak to wyglądało zatem?

Pierwszą stolicą było Gniezno. I była to stolica oficjalna. Lecz już na przełomie VIII/IX wieku rywalizowało ono z Poznaniem, który pełnił funkcję siedziby władców, lecz stolicą nigdy nie został. Gniezno umocowało swoją nadrzędną pozycję w czasie panowania dynastii Piastów, a w XV wieku Jan Długosz pisał:

„Jest wszystkich miast polskich matką”.

Nieco wcześniej, bo w XI wieku stolicą Polski został Kraków i formalnie aż do rozbiorów taką funkcję pełnił. Formalnie – bo wraz z zawarciem Unii Lubelskiej łączącej Koronę Królestwa Polskiego i Wielkiego księstwa Litewskiego (1569 rok) tracił cechy miasta stołecznego, które powoli przejmowała Warszawa, stając się centrum politycznym.

blog1_Unia LubelskaX

Unia Lubelska, Jan Matejko, 1869

Dlaczego tak się działo? Otóż, zanim doszło do zawarcia Unii, polscy posłowie odbywali sejmy w Krakowie a litewscy w Wilnie. Po zawarciu porozumienia sejmy miały być wspólne – w Krakowie lub Wilnie. To spowodowało zatargi pomiędzy szlachtą polską i litewską ponieważ po pierwsze każdy chciał być gospodarzem a nie gościem, gospodarz jak wiemy, czuje się pewniej i ma silniejszą pozycję negocjacyjną, po drugie – długie podróże były dla posłów wyczerpujące. Między Wilnem a Krakowem jest 811 km, a w 16 wieku nie podróżowało się Intercity 🙂

Dlatego sejmy zaczęto organizować w Warszawie, mieście usytuowanym na szlaku Kraków-Wilno. Obrady odbywały się na Zamku – obecnie znanym jak o Zamek Królewski, wtedy był to Zamek Książąt Mazowieckich. Na początku XVII wieku król Zygmunt III Waza przeniósł się na stałe ze swoim dworem do Warszawy, zmieniając tym samym nazwę Zamku z „Książąt Mazowieckich” na „Królewski”.

Skąd taka decyzja króla? Po pierwsze centralne usytuowanie siedziby królewskiej ułatwiało zarządzanie krajem (w czasach gdy przekazywanie informacji odbywało się poprzez posłańców jeżdżących konno – znów odległość ma znaczenie :), po drugie – ze względu na odbywające się tu sejmy. Dodatkowym powodem przeprowadzki, była pasja i królewskie hobby Zygmunta III Wazy.

blog1_Kolumna Zygmunta

Kolumna Zygmunta III Wazy, ufundowana przez jego syna  – Władysława IV, stojąca na Placu Zamkowym, od 1644 roku

Otóż, na Wawelu miał on laboratorium, w którym wraz z chemikami przeprowadzał doświadczenia w celu wynalezienia sposobu produkcji złota. To spowodowało pożar zamku w 1595 roku. Zniszczenia na Wawelu dodatkowo zmotywowały króla do przeniesienia się wraz z dworem do Warszawy.

I tak w źródłach historycznych z I połowy XVII wieku odnajdujemy określenia miasta Warszawy jako: „Miasto Rezydencjalne Króla Jegomości” a w nieco późniejszych źródłach (II poł. XVIII) wieku) Warszawa określana jest jako: „Miasto Sejmowe”.

„Miastem Stołecznym” – Warszawa została po raz pierwszy nazwana w publicystyce towarzyszącej obradom Sejmu Wielkiego, (II poł. XVIII wieku), Sejmu czteroletniego, którego owocem była Konstytucja 3 maja. Warszawa w tym czasie spełniała już wszystkie funkcje miasta stołecznego, choć oficjalną stolicą jeszcze na dłuuugo pozostał Kraków.

Na ten zaszczytny tytuł Warszawa musiała czekać aż do czasu odzyskania niepodległości. 28 listopada 1918 Sejm zatwierdził ustawę, w której Stolicą Polski została Warszawa.

Tak to wyglądało w zarysie, o szczegółach napiszę w późniejszym czasie… 🙂

Moje ulice, moje okolice…

Dziś piątek trzynastego. Osobiście jestem zdania, że to szczęśliwy dzień, zwłaszcza dla kobiet, bo był to kiedyś dzień poświęcony bogini miłości (Freitag, Vendredi, Venerdi, Friday czyli Wenus i jej germańska odpowiedniczka: Freya). Z kolei liczba 13 stała się pechowa przez Judasza – trzynastego uczestnika Ostatniej Wieczerzy, ale kiedyś wcale nie była taka. Istniało na przykład 13 znaków Zodiaku i znak trzynasty – Wężownik – był na pewno serdeczniejszy niż w opałach potrafi być Skorpion. Wężownik zresztą koło Skorpiona się był lokował, a jak znaków było 13 a nie 12 to ich przebiegi były(by) krótsze czyli wcale nie wiedziały(by)śmy w jakim się znaku rodziłyśmy. I ja bym na ten przykład wcale nie była zodiakalną Panną tylko Lwem, i co wtedy?

U nas na dziś piękny tekst Julity.

Julita Bielak

Na dwudziestu łanach chełmińskich

DSC02388Trójmiasto, rozciągnięte wzdłuż linii brzegowej na ponad 414 kilometrach kwadratowych, potrafi zaskakiwać: zaoferować miejsce zatrudnienia na jednym krańcu, a sypialnię – na drugim. Zawsze miałam daleko do pracy, jeździłam między Gdańskiem a Gdynią. Paradoksalnie, zamieszkiwałam, bywało, tam, gdzie właśnie pożegnałam przedsiębiorcę. I dopiero wtedy poznawałam miasto, okolice, historię. Przemierzałam ulice, przyglądałam się domom, wrastałam.

DwórUphagenówNie inaczej dzieje się i teraz; przeprowadziłam się, jak sądziłam, na Morenę, gdzie przez lata, jeżdżąc Jaśkową Doliną pod górę, zdobywałam środki do życia. Wpadałam i wypadałam, żyłam w zupełnie innym świecie. Firma już nie istnieje, a ja, okazuje się, zapuszczam korzenie w Piecki-Migowo, Diabełkowo, a może Brętowo. Bo Morena to jedynie potocznie przyjęta nazwa.

dybyPrzeglądam publikacje, niewiele tego, choć dzieje Migowa burzliwe. Najstarsze wiadomości o tej wówczas podgdańskiej wsi pochodzą z roku 1379, kiedy to gdański komtur nadał ją niejakiemu Klausowi Kluckowi. Wielkość gruntów w ramach nadania określono na 20 łanów chełmińskich. W krzyżackim dokumencie wieś nazwano „Emugow”, Migowo oznacza fonetyczną kalkę dawnej nazwy „Muggau”, oznaczającej tyle, co „Komarowo”. Aha.

JaskowaDolinaMigowski dwór przetrwał tysiąclecia, aż popadł w ruinę, a prywatni właściciele nie robili nic, by go ratować. Zawalił się pewnego dnia, a rumowisko uprzątnięto i dziś oglądać go możemy tylko na starych fotografiach. Pozostał po nim niszczejący park z coraz mniejszą ilością drzew. Usychają zacierając ostatni ślad po dawnym Migowie. Piecki mają się lepiej, ulicę zdobi starannie odrestaurowany Dwór Uphagenów pochodzący z drugiej połowy XVII wieku.

MigowoDworyPolskieZanim z archiwalnych źródeł poznam dokładnie, gdzie się osiedliłam, spaceruję, chłonę atmosferę, mijam duże ogrodnictwo. Szukam, jak i pan ogrodnik ze zbiorem starych powozów (są i dyby, a nawet armata), śladów przeszłości. Bo teraźniejszość dopada mnie sama: nowe linie tramwajowe, samoloty nad głową, kolej metropolitalna. Z tym większą przyjemnością zatrzymuję przy opuszczonym domostwie na drodze do Matemblewa. Domy, w których już nikt nie mieszka wywołują zawsze tę samą refleksję: „Przecież niedawno ona wieszała wykrochmalone firanki w oknach, on układał pod daszkiem drewno na opał. Spoglądali na siebie z miłością, z nadzieją na dobre, bezpieczne jutro. Gdzie teraz są?”

NiedzwiednikZapada zmrok, ostrzę kijki, idę dalej, docieram do cmentarza na Srebrzysku. Muzyka w słuchawkach zagłusza strofy wiersza.

opuszczony dom***
Czytał Hemingwaya, po wielu latach
wracała do niego tamta mgła,
obrazy kobiet, których nie rozumiał.
Miał wtedy piętnaście lat

Jego czas, ten nieosiodłany rumak
zatoczył koło. Leżał w tym samym
pokoju co wtedy i pożółkła książka,
którą kiedyś kupiła matka

Matka umarła wiele lat temu.
Myślał, że nigdy nie zapomni jej ciała
złożonego na podłodze

Nie chciał tu mieszkać, bo w tym pokoju
umarł też ojciec, w kącie stał
wtedy tapczan. Miał tak samo
napęczniały brzuch jak matka

I został. Jakoś tak się stało i przyglądał
się książkom pożółkłym i czytał je,
i czuł się blisko nich, był dojrzały

On który zawsze chciał stąd odejść,
urodzony w pokoju obok, w kamienicy
dziadka Franciszka, który tonął w alkoholu

On, późny chłopak i już starszy od ojca
o jeden dzień
*
2008
Janusz Urbaniak
Forum Kobylińskie 2/2010

Srebrzysko

Bitwa Narodów czyli szkoda, że Napoleon przegrał

Ewa Maria Slaska

Co by było gdyby

O Bitwie Narodów już pisałam, bo, o, ach, ten książę Józef… Okazało się, że jego śmierć to klasyczny przykład friendly fire, bo zastrzelili go Francuzi, którym osłaniał odwrót. O czym na Wikipedii jest już jest mowa, ale w narodzie trwa legenda bohatera, któremu Bóg powierzył honor Polaków.

No, a co by było, gdyby książę nie zginął, a Napoleon zwyciężył? Może nie pochowano by Lecha na Wawelu, bo to od momentu gdy w roku 1817 złożono tam zwłoki księcia, datuje się tradycja chowania bohaterów w wawelskiej krypcie. Dla księcia był to zresztą trzeci pochówek, bo najpierw pogrzebano go w Lipsku, potem w Warszawie, a dopiero potem w Krakowie. Nie byłoby kultu księcia-bohatera, ale nie byłby może potrzebny, a Napoleon jako władca Europy, bieżącymi zarządzeniami administracyjnymi zapisałby się w pamięci narodów nie jako Wielki Przegrany, lecz jako Wielki Reformator.

My Polacy zawsze myślimy, że to dla nas upadek Napoleona to była klęska i utrata złudzeń na następne sto lat. Ale może warto tu przypomnieć, że i Niemcy, i cała Europa mają powody, by boleć nad tym zwycięstwem. Bo nie było ono wprawdzie ostatnią przegraną napoleońską, ale była to przegrana najbardziej znacząca i symboliczna.

Nowocześnie myślący dalecy od nacjonalizmu Niemcy po dziś dzień opłakują przegraną Napoleona jako ten czynnik, który uformował państwo pruskie w kształt, w jakim w XX wieku znienawidziła je cała Europa. To przez upadek Napoleona Prusy stały się państwem, w którym nacjonalistyczna pycha i arogancja, bezduszny militaryzm, dryl i bezwzględne posłuszeństwo, zastąpiły szlachetność, honor żołnierski i patriotyczną gotowość do poświęceń.

Gdy w stulecie bitwy wzniesiono w Lipsku pomnik ku czci Bitwy Narodów, Prusy były już wcieleniem owego strasznego charakteru. A w rok później rozpętały wojnę, która swym okrucieństwem przekroczyła wszystko, co zdarzyło się przedtem, a zdarzyło się przecież niemało.

Stefan Hertmans w książce “Wojna i terpentyna” pisze, że zetknięcie z armią niemiecką podczas I wojny było dla żołnierzy belgijskich nie tylko przegraną militarną, lecz również szokiem kulturowym. Oni wciąż jeszcze zachowywali się zgodnie z kodeksem honorowym, który obowiązywał w wojnach przez całe stulecia, szanowali wroga, który się poddał lub  ratowali obcego, jeżeli był sam, oszczędzali ludność cywilną, chronili słabych, kobiety, dzieci, chorych, rannych. Armia pruska zaś wykorzystywała te właśnie zachowania, aby w podły sposób zaatakować przeciwnika przez zaskoczenie. Belgowie, a zapewne i żołnierze innych narodowości, byli przerażeni i wstrząśnięci, ale… Ale, żeby się bronić przyjmujesz cechy wroga. Jeżeli podłość sprzyja zwycięstwu, nie ochronisz etyki.  II wojna światowa w swym bezprzykładnym okrucieństwie pokazała, że już każdy reżim i każda armia na drodze do zwycięstwa będzie stosować podłość…

Szkoda, że książę zginął, szkoda, że Napoleon przegrał… Dlatego, gdy w sierpniu tego roku szłam obejrzeć Pomnik Bitwy Narodów, nie martwiłam się o Polskę, bo Polska mimo wszystko odzyskała niepodległość i zupełnie dobrze sobie radzi, ale martwiłam się tym, że to co się wtedy zaczęło, dawno przestało być problemem militarnym czy cywilizacyjnym, a stało się problemem ludzkim, naszym pytaniem o to, jak żyć, a co gorsza, jak wychowywać następne pokolenia. Bo jeżeli podłość wygrywa… Bo może to dlatego z taką nienawiścią patrzymy dziś na uciekinierów…

Szkoda, że Napoleon przegrał.

Na zdjęciach poniżej droga z Niemieckiej Biblioteki Narodowej przez dawne tereny targowe pod pomnik.

bitwanarodow (3)-poczatek2bitwanarodow (2)-poczatek
bitwanarodow (4)srodek1bitwanarodow (5)-srodek2bitwanarodow (6)-dotarlam
bitwanarodow (6)-dotarlam2
bitwanarodow (9)dotarlam-jestem
bitwanarodow (8)-ostatni

Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

Przez okno autobusu

Ewa Maria Slaska

Jaczo, Jaczko, Laco,Jacko, Jako, Jakso, Jaksa…

no… no tak, dobrze, jasne, Jaksa z Kopanicy, ten który bił pierwszą monetę, już chciałoby się powiedzieć, że polską, ale nie polską tylko słowiańską. Po niemiecku nazywa się go Jacza, Jaczo albo Jaczko i ma swoją ulicę, Jaczo-Straße, w berlińskiej dzielnicy Spandau, co się na słowiański wykłada Szpandawa. Na brakteacie nazywa się go Iacza de Copnic. Pieniążek jest słynny, znało go w Polsce każde dziecko szkolne, a pojawił się też u Nienackiego w Panu samochodziku i zagadkach Fromborka i w jednej z powieści Chmielewskiej, ale nie pamiętam, której.

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

jaczoturmWracam autobusem z Gatow, gdzie zbierałam materiały do artykułu o uciekinierach, do centrum miasta. Nagle przez okno widzę strzałkę: Jaczoturm. Jaczo, Jaksa, wieża Jaksy… Lubię takie niespodzianki. Wysiadam na najbliższym przystanku i wracam pod napis. Trochę się kręcę bezradnie, ale dość szybko znajduję w przydrożnym lasku niepozorny murowany budyneczek. Po bokach jakieś reliefy i zatarty napis, przede mną leśny dukt. Za lasem już brzegi Haweli, która jest tu szeroka na dobre pół kilometra.

Nic nie rozumiem. Dlaczego ktoś wybudował taką wieżyczkę i dlaczego poświęcił ją Jaksie? Jaksa przegrał… I tyle. Tymczasem na tablicy informacyjnej naprzeciwko wieży znajduję dwie opowieści, zatytułowane Mit i Prawda. Obie fascynujące. I obie całkowicie (mi) nieznane.

Prawda jest jak jeden z odcinków Gry o tron. W roku 1150 umarł bezpotomnie słowiański władca Brandenburga i Brandenburgii, Przybysław, wujek Jaksy. Jego żona Petrissa zamiast przekazać włości męża bratankowi, podarowała je Albrechtowi Niedźwiedziowi. Jaksa się wściekł, ale umiał pohamować gniew, przyczaić się i doczekać sposobności, by odebrać to, co zgodnie z prawem dziedziczenia uważał za swoje. Sposobność nadarzyła się w kilka lat później, kiedy znaczne siły jego przeciwnika zostały związane na terenie Polski. Jaksa zdobył gród, ale Niedźwiedź odzyskał go 11 czerwca 1157 roku. Ten dzień uważa się za historyczny początek Marchii Brandenburskiej.

Legenda natomiast głosi, że Jaksa uciekł z Brandenburga a Niedźwiedź go gonił. Gdy dotarli do brzegów Haweli, Jaksa zostawił na drzewie ciężką tarczę i róg, i rzucił się wpław do rzeki, ale fala zaczęła go zalewać. Tonący książę wezwał na pomoc słowiańskiego boga Trigława, który mu jednak nie pomógł, i wtedy Jaksa miał zawołać do Boga chrześcijan, że da się ochrzcić, jeśli ten go uratuje. I proszę, bez trudu udało mu się przepłynąć na drugi brzeg. Miejsce, gdzie Jaksa odłożył tarczę i róg, nazywa się Schildhorn czyli dokładnie tak – Tarczaróg. I to właśnie zdarzenie upamiętnia wybudowana przed stu laty wieża Jaksy. Zresztą może to też legenda, bo są tacy, co twierdzą, że stała już ona w tym miejscu w latach 80 XIX wieku.

To zresztą wcale nie jest taka błahostka, przepłynąć na koniu przez rzekę. W 30 lat później w rzece Saleh w Anatolii utopi się wracający z krucjaty Fryderyk Barbarossa. Książę Józef Poniatowski też skoczył do rzeki i utonął.

PS. Napis na wieży Jaksy głosi:

Has per fauces, Jaczo, princeps slavorum,
ab Alberto Ursu pulsus, ad habelam evasit.
Anno Domini MCLVII.
Co oznacza:
Przez ten wąwóz Albrecht Niedźwiedź
ścigał słowiańskiego księcia Jaksę i wpędził go do Haweli.
Stało się to w Roku Pańskim1157.

Wąwóz? Nie nazwałabym tej ścieżki wąwozem. Ale cóż, może przed 800 laty była głębsza. W każdym razie na mapie zaznaczona jest jako Wąwóz Jaksy.

Koniec wycieczki do historii zaoczonej z okna autobusu. Wracam na przystanek i do rzeczywistości. Po pół godzinie jestem w centrum miasta i stoję przed domem, w którym w wczoraj zostało zorganizowane kolejne schronisko dla uciekinierów. Zamieszka w nim 200 Syryjczyków, którzy uciekali, niektórzy może wpław przez morze.

Die kleine große Welt (17)

Monika Wrzosek-Müller

Warszawa – Warschau, Impressionen

Sie war in die Stadt ihrer Jugend gereist, mit Freunden und Sohn; ohne bestimmte Absichten, ohne Hintergedanken. Das erste Mal seit langem, oder war das überhaupt das erste Mal, als Touristin, ohne an tausende Sachen, die es erledigen gab, denken zu müssen, ohne sich mit den „daheim Gebliebenen“ beschäftigen zu müssen. Nicht einmal ihre Warschauer Freunde hatte sie benachrichtigt, sie wollte sich die Zeit für sich selbst und ihre Mitreisenden nehmen. Es waren auch nur drei Tage, die sie zur Verfügung hatten.

Ihre Stadt erlebte sie diesmal aus einer ganz anderen Perspektive und war sichtlich erstaunt, wie lebendig, gewachsen, sauber und menschenfreundlich sie geworden war. Abgesehen von den tropischen Temperaturen und einer Trockenheit, die die halbe Weichsel hatte verschwinden lassen, aber doch ein stetes Bemühen sichtbar machte, die Parks und Grünanlagen im Schuss zu halten, abgesehen auch von der gesperrten Brücke der Łazienki-Trasse, wegen der der Verkehr auf die andere Seite der Weichsel lahm gelegt war, war die sommerliche Zeit wunderbar, um die Stadt zu durchwandern und zu besichtigen. Die Warschauer selbst waren eher in Ferien, die große Sommerpause lag ausgebreitet über der Stadt, es gab weniger Verkehr, in den Parks sah man fast nur ältere Leute, kaum Studenten auf den Hauptstraßen Krakauer Vorstadt und Neue Welt; doch sicher viele Touristen, Unmengen von jungen Leuten in heiterer Sommerstimmung, die den Darbietungen verschiedener Akrobaten, Musiker und Theatergruppen aufmerksam folgten, auch viele Gruppen von Ausflüglern aus Israel, Deutschland, Italien und anderswoher. Man hörte vor allem Englisch aus allen Richtungen, in allen Varianten, Niveaus und mit unterschiedlichsten Akzenten und doch natürlich Polnisch, und sie hörte ab und zu ihren Sohn ihre Sprache sprechen und war sehr davon berührt.

Sie wohnten im Mittelpunkt der Bewegung der Menschenmassen, nämlich in der Altstadt. Nie hätte sie gedacht, dass sie da mal wohnen würde, dass man da überhaupt wohnen kann; doch im dritten Stock, in dem schönen, geräumigen und gut eingerichteten Appartement, war es erstaunlich ruhig. Sie durchstreiften die Stadt vor allem zu Fuß und dank der hervorragenden Lage ihres Domizils, konnten sie überall schnell hinkommen, manchmal nahmen sie auch eine Tram und einmal erlebten sie dort eine der zwei Warschauer Fixierungen, der zwei kleinen, ungefährlichen Manien, wie sie sie für sich so nannte und die ihr während des kurzen Aufenthalts aufgefallen waren. Im letzten Moment, als die Tram schon am Fahren war, sprangen vier jugendliche Musiker auf, die im Stil der Warschauer Aufständischen von 1944 angezogen waren, mit weiß-roten Armbinden, Hosenträgern, Schiebermützen und übergroßen, alten Klamotten, und die Lieder aus der Zeit sangen. Es waren sehr einfache, im Marschtempo gesungene Lieder, die damals zur Erheiterung und zum Ansporn, große Taten zu vollbringen, oder auch am Leben zu erhalten, was es zu erhalten gab, gesungen wurden. Wenn die jungen Aufständischen oft in ausweglosen Situation waren, halfen ihnen die Lieder, einen Faden des Optimismus zu spinnen. Sie kannte sie alle von ihrem Vater und konnte sie mitsingen; er hatte sie sein Leben lang, auch in schwierigen Situationen, immer wieder gesungen: „Pałacyk Michla“ [Das Schlösschen von Michler], „Serce w plecaku“ [Das Herz im Rucksack], „Rozszumiały się wierzby płaczące“ [Es rauschten die Trauerweiden] „Hej chłopcy bagnet na broń“ [Also Jungs, Bajonett präsentieren], „Pieśń szarych szeregów“ [Der Song der Grauen Reihen] und viele andere mehr. Mit manchen verband sie die Erinnerung an sie als kleines Kind während der Ausflüge in den Wald, ans Meer oder in die Berge, wo sie diese Lieder alle zusammen marschierend gesungen haben; eine Nostalgie und Melancholie bemächtigte sich ihrer; sie sang: „Ein Soldat marschierte seinen Weg, hat sich eines Herzchens angenommen, er steckte es in den Rucksack und marschierte weiter.“ oder „ Das Schlösschen von Michler, Zytnia, Wola, das alles verteidigen die Jungs von ‘Parasol’ [Schirm], obwohl sie nur Pistolen gegen den Tiger haben – das sind doch Warschauer Jungs…“ ganz im Marschtempo, mit dem großen Optimismus, den man sich einreden musste, sollte und wollte. Eine ältere Frau wandte sich an sie; so toll würden die jungen Leute heutzutage singen, bravo, bravissimo, besser als die herumlaufenden Zigeuner, noch mehr: sie hatte Tränen in den Augen. Die Gruppe bekam gutes Geld und stieg zufrieden mit Schwung aus dem Straßenbahnwagen aus. Noch eine ähnliche Gruppe und noch eine andere haben sie dann auf ihrem Weg zur Altstadt an diesem einen Tag auf diese Art spielen und singen gehört. Überhaupt war der Warschauer Aufstand in der Stadt omnipräsent, abgesehen von dem schönen, umstrittenen Museum des Warschauer Aufstandes, in dessen Archiv ihr Vater seine Erinnerungen deponiert hat, an den vielen Denkmälern und Erinnerungstafeln stolperte man auch in Warschau über die Stolpersteine; natürlich dachte sie, das historische Ereignis wurde so lange verschwiegen, also musste jetzt umso heftiger daran erinnert werden. Doch manchmal hatte sie so ihre Zweifel, wem und wozu das alles diente und diese Überpräsenz der Erinnerungsorte machte sie unsicher. Doch sie freute sich immer, dass ihr Vater noch zu Lebzeiten endlich Anerkennung und Beachtung für sein leidvolles Leben gefunden hatte.

Die zweite Manie betraf Chopin. Sie gingen ganz bewusst zum sonntäglichen Konzert an seinem Denkmal in Łazienki-Park; das ist eine sehr schöne, alte Warschauer Tradition. Es spielten meistens die Teilnehmer des Chopinwettbewerbes. Jung und Alt, hunderte von Menschen hörten sich Jahr für Jahr diese Musik an, die älteren saßen auf den Stühlen und Bänken, die jüngeren lagen im Grass, wie es sich gehört. Wir mussten leider zu den jüngeren zählen, denn es gab keine Sitzplätze mehr. Trotzdem war das Hören dieser sehr polnischen Musik in der besonderen Umgebung ein großes Erlebnis und alle vier waren wir sehr davon berührt und angetan. Sie beobachtete das Publikum; es gab junge Frauen mit kleinen Kindern, die ganz still auf dem Boden lagen, auch junge Väter mit Kindern, die sich meistens weniger ruhig verhielten, weniger präsent waren ganze Familien; die jungen Leute waren alle sehr lässig, eher sportlich angezogen. Es gab aber ältere Damen, sehr aufgemacht; in Hüten, in Sonnenhüten mit Blumen und Kokarden und ohne, mit bunten Tüchern, über die Schulter oder am Hals, mit kleinen Sonnenschirmen, mit kleinen Täschchen oder größeren Körben, weniger Herren in heller Sommerkleidung. Das gefiel ihr ausgesprochen gut; ins Staunen geriet sie aber erst später, auf der Krakauer Vorstadt, wo sich eine Frau auf eine der schönen Bänke setzte und, siehe da, Chopin-Musik erklang, und es stellte sich heraus, dass aus allen diesen schönen Bänken Chopin erklang, sobald man sich glücklich oder unglücklich hinsetzte. Sie war mit Chopin aufgewachsen, die Mutter zwang sie immer wieder zum Chopinwettbewerb zu gehen oder die Vorausscheidungen im Fernsehen oder Radio zu verfolgen. Sie selbst hatte unzählige CDs mit seiner Musik und hörte sie sehr oft und gerne, aber wurde die Musik des Künstlers nicht überstrapaziert mit dieser Omnipräsenz, einer nicht immer gewollten? Es hingen auch überall Erinnerungstafeln, wie lange und wo sich Chopin aufgehalten hatte. Angesichts der Tatsache, dass er eigentlich schon mit 21 Jahren, nach dem Novemberaufstand von 1831, ins Ausland gegangen war und fast sein ganzes erwachsenes Leben in Frankreich verbracht hatte, schien ihr diese Überpräsenz in Warschau etwas lächerlich und künstlich, aber auch rührend.

Des Weiteren besichtigten sie alle möglichen Museen und Gebäude, Galerien und Parks und auch natürlich; was für sie vor 20 Jahren noch gar nicht so natürlich gewesen wäre, den 31. Stock im Kulturpalast von Warschau – demselben ungeheuerlichen Palast, den sie früher immer gemieden, ausgelacht und manchmal auch gehasst hatte, als Symbol der fremden Macht, die sich ihrer Stadt, ihres Landes bemächtigt hatte – wo man das alles noch mal von oben sehen konnte, wo sie unten gewesen waren und staunten über die solide Inneneinrichtung des Palastes, die der vergangenen Zeit trotzte und glänzte und doch irgendwie imponierte.

Reblog: Oliwa

Julita Bielak

OLIWA DLA EWY MARII

Wybiegłam dzisiaj “po sprawach”, Kattinka na pewno uśmiechnie się wyrozumiale.

W Starej Oliwie załatwić można niewiele, tylko zwiedzać, spacerować, siedzieć na ławce w parku, przyglądać się turystom. Zjeść pizzę. I pokolorowaną cukrową watę. Gołębi karmić nie wolno. Z plikiem papierów czy dokumentów należy udać się do Olivia Gate. Po drodze minąć Kościół świętego Jakuba, stoi w najwyższym punkcie starej Oliwy, u zbiegu ulic Opackiej i Cystersów. A przy nim – kamień z charakterystyczną muszlą, spójrz, proszę, Ewo Mario. Powstaje projekt lub już istnieje przywrócenia Pomorskiego szlaku św. Jakuba. Sięgał kiedyś od Królewca przez Gdańsk i Szczecin do Rostoku. Celem projektu jest odtworzenie tego szczególnego szlaku i połączenie istniejącego dziedzictwa z szerszą siecią europejska – czytam na stronie Archikatedry Oliwskiej.

I do kościoła zwanego Jakubkiem, i do kamienia wrócę na pewno nie raz. I dalej, noga za nogą, do katedry, do parku, do Pałacu Opatów. W parku stoi altana.

Padał deszcz, niewielki, ale jednak deszcz. Specjaliści od robót na wysokościach myli okna, faceci.

***
Komentarze

kattinka33: Takie miejsca jak Oliwa budują w nas poczucie trwania. Idąc przez park, zawsze myślę: pamiętam…

juliczka: Choć opadły z tej pięknej, starej wiśni przed Pałacem Opatów kwiaty.

ewamaria030: Och, Juliczko, jak ślicznie. Znam już kilka punktów na kaszubskiej trasie do Santiago de Compostela, m.in. Łebę i Sopot. Oraz, oczywiście, Szczecin. W zeszłym roku widziałam muszle św. Jakuba w Olsztynie. Miejmy nadzieję, że wracamy do średniowiecza i średniowiecznej jedności Europy. Była zapewne równie żywa jak ta dzisiejsza, tylko, może, trochę mniej biurokratyczna. I mniej podlegająca kontroli. Gdzieś czytałam, że gdyby człowiek średniowieczny zobaczył – i pojął! – system kontroli, jakimu podlegamy zawsze i wszędzie, zapłakałby nad naszym losem, bo uznał by, że jesteśmy niewolnikami.

Cudny wpis, Juliczko!

ewamaria030: Oj, narobiłam byków w poprzednim komentarzu. Literówki mi wybaczcie, a jednego byka już tu natychmiast poprawiam. Szczecin jest oczywiście na trasie pomorskiej a nie kaszubskiej. Za to na kaszubskiej powstała fundacja świętego Jakuba, organizująca kaszubskie pielgrzymki.

juliczka: Na stronie internetowej http://www.archikatedraoliwa.pl w zakładce zabytki jest historia kościoła św. Jakuba, bardzo ciekawa. Jest też przedstawiony projekt Pomorskiej drogi św. Jakuba. I wirtualny spacer po katedrze.

Często przebiegam obok żółtego kamienia, zawsze, ale to zawsze przystaję na moment i kieruję myśli w Twoją stronę, Ewo Mario.

ewamaria030 (dialog jednoosobowy):

Juliczko, zrebloguję to u siebie, dobrze?
Dobrze, Ewo Mario.
No to dziękuję, Juliczko.

***

I wakacyjne przypomnienie z Jeleniej Góry. Szlak Jakubowy, który tam przeszłam wiódł z Zapory na Bobrze w Pilchowicach… Dokąd? No do Santiago, oczywiście. Ale ja przeszłam tylko kilka kilometrów dzikim jarem.