Alma (2)

Lech Milewski

Wiedeńska krew

20 kwietnia 1873 roku Gisela Louise Maria, najstarsza córka cesarza Franciszka Józefa, wzięła ślub z księciem Leopoldem Bawarskim. Na balu weselnym orkiestra Wiener Philharmoniker dała krótki koncert okazjonalnej muzyki po czym na podium wszedł Johann Straus II i poprowadził pierwsze wykonanie napisanego specjalnie na tę okazję walca…

Proponuję włączyć powyższe nagranie jako akompaniament do tego wpisu.

Dla miłośników muzyki jest to istotne wydarzenie. Nie ze względu na cesarsko-królewskie uroczystości, ale dlatego, że do tego czasu Wiedeńscy Filharmonicy traktowali Jana Straussa i jego muzykę do tańca z lekceważeniem. Po tym występie zarówno Jan Strauss jak i jego walce zadomowiły się u Wiedeńskich Filharmoników na dobre. Najlepszym dowodem może być zapoczątkowany w roku 1939 koncert noworoczny – bilety na przyszłoroczny koncert są już chyba wysprzedane – KLIK.

Wiedeń czasów Franciszka Józefa – zadziwiające miejsce, w którym w jednej kawiarni można było spotkać gniewnych nacjonalistów słowiańskich, rumuńskich czy węgierskich oraz rozmarzonych wizjonerów Wielkich Niemiec lub Pansłowiańskiego mocarstwa. W Cafe Central Leon Trocki grał w szachy a w przerwach dyskutował z austriackimi socjaldemokratami. W Cafe Louvre Teodor Herzl – ojciec duchowy państwa Izrael KLIK – przewodził rozkrzyczanym syjonistom.

To była wybuchowa mieszanka, która mogła rozsadzić Europę. Wiedział o tym Franciszek Józef i przyjął taktykę drobnych kompromisów, aby rozładowywać powstające co raz napięcia i przedłużyć swoje spokojne panowanie. I tak przedłużał jeszcze przez 40 lat.

Françoise Giroud w książce The art of being loved pisze, że Wiedeń był jedynym miejscem gdzie artyści i intelektualiści nie zamierzali buntować się przeciw burzuażyjnej elicie. Być może byli rozpieszczani przez zamożne wiedeńskie mieszczaństwo, które uznało sztukę za platformę równającą je z arystokracją.

W takim to Wiedniu 31 sierpnia 1879 roku urodziła się Alma Maria Schindler, córka malarza Emila Jakoba Schindlera i Anny von Bergen.

Emil Schindler był malarzem, któremu udało się znaleźć możnych sponsorów i dzięki nim zdobył sporą popularność i majątek, który pozwolił mu i jego rodzinie rezydować w stylowym pałacu na obrzeżach Wiednia.

Przez pracownię i salony Emila Schindlera przewijała się galeria ciekawych ludzi. Ojciec wprowadzał córkę w ten świat, spędzał z nią wiele czasu, był jej nauczycielem i mentorem. Gdy Alma miała 8 lat, ojciec czytał jej utwory Goethego. Nic dziwnego, że nikt nie pamiętał, aby posłać Almę do szkoły. Jej formalna edukacja ograniczyła się do zaledwie kilku miesięcy pobytu w szkole, gdzie główny nacisk kładziono na edukację religijną.

Wielkim szokiem była nagła śmierć ojca, gdy Alma miala 13 lat. Poczucie osamotnienia pogłębiał fakt, że matka Almy tylko dla formy odczekała wymagany okres żałoby i wyszła za mąż za Carla Molla, ucznia i asystenta swego męża.

Mentorem Almy stał się Max Burckhard, prawnik i bardzo szanowany działacz kulturalny. On dbał o lekturę Almy, wprowadził ją w świat muzyki, woził do Salzburga na festiwal mozartowski. W rezultacie w wieku lat 17 Alma znała dobrze literaturę europejską, była miłośniczką muzyki Wagnera, fascynowała ją filozofia Fryderyka Nietzsche, znała grecki i łacinę i próbowała tłumaczyć dzieła św Augustyna. W tym też okresie opieka ze strony Maxa Burckharda przekroczyła granice przyjacielskiego mentorstwa. Alma była zaszokowana, ale również czuła się wyróżniona. Odkryła świat pasji i namiętności.

Ojciec mówił jej – sięgaj gwiazd – a gwiazda pierwszej jasności była w zasięgu ręki. Stałym gościem pracowni jej ojczyma był Gustaw Klimt, czołowy przedstawiciel rodzącej się właśnie secesji.

35-letni Klimt cieszył się w tym czasie w Wiedniu dużą popularnością. Uchodził również za ekstrawaganta do czego poza swobodnym strojem przyczyniał się wolny związek ze znaną projektantką mody – Emilią Flöge. W jaki sposób 17-letnia dziewczyna, która charakteryzowała samą siebie słowami – piękna bogobojna dziewica – oczarowała dwa razy starszego od siebie ekstrawaganckiego artystę?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam Klimt w liście, w którym, już po zakończeniu romansu, tłumaczył się ojczymowi Almy: Alma jest piękna, inteligentna, dowcipna, posiada wszystko czego mężczyzna mógłby sobie życzyć od kobiety… kiedykolwiek się pojawi w świecie mężczyzn staje się panią sytuacji… Czyż nie może pan zrozumieć, że są chwile gdy mężczyzna traci dla niej głowę…

Na trop romansu wpadła matka Almy i za jej namową cała rodzina wybrała się w podróż do Włoch. Klimt opuścił swoją partnerkę i podążył za nimi. Gdy matka znalazła w pamiętniku córki wzmiankę o pierwszym pocałunku zażądała od Klimta zakończenia tego romansu.

Kiss

G.Klimt – Pocałunek -źródło wikipedia – KLIK.

Klimt wrócił z Wenecji do Wiednia, ale po powrocie Almy nadal potajemnie się z nią spotykał, planował nawet jej porwanie, na co Alma ochoczo się zgadzała. Nie zgodziła się natomiast na znacznie mniejszą przygodę – wizytę w pracowni artysty. Alma ceniła swoje dziewictwo ponad wszystko. Romans zakończyła stanowcza interwencja ojczyma Almy, Carla Molla, który zabronił Klimtowi wstępu do swej pracowni. To mogło stanowić utrudnienie w dalszej karierze malarza i Klimt dostosowal się, pisząc przy okazji cytowany powyżej list.

Następcą Klimta był nauczyciel muzyki, młody kompozytor, Alexander von Zemlinsky.

6 lutego 1900 roku Alma zapisała w swym pamiętniku: Wieczór u Schnitzerów. Poszłam tam z wielka niechęcią a był to cudowny wieczór. Prawie cały wieczór rozmawiałam z Aleksandrem von Zemlinskym, młodym kompozytorem. Jest okropnie brzydki, nie ma w ogóle brody. Jednak dla mnie był fascynujący.

Urodę Aleksandra Zemlinskego można zweryfikowac tutaj – KLIK.

Ale uroda to rzecz względna…
Niedziela 4 marca 1900:
Przy stole Zemlinsky zapytał:
– A co pani sądzi o Wagnerze?
– Największy geniusz jaki kiedykolwiek żył – odpowiedziałam.
– A które z jego dzieł najwyżej pani ceni?
– Tristan!
Moja odpowiedź tak go ucieszyła, że nastąpiła całkowita transformacja. Nagle stał się całkiem przystojny. Rozumieliśmy się wzajemnia. To nie był stracony wieczór – to był smak życia.

Zemlinsky zadomowił się na dobre w życiu Almy w roli nauczyciela muzyki, zaś Max Burckhard nadal kontynuował wszechstronną opiekę nad Almą.

Poniedziałek 26 listopada 1900: Wieczorem u Burckharda. Ostrygi, homar, prosiak, karczochy, kaczka, czekolada z kremem, lody, sery, czarna kawa, likiery, poncz ananasowy. Niesamowite obżarstwo. Po długiej abstynencji wypiłam dużo, ale nie za dużo.

Może droga do serca wiedzie przez żołądek?

Poniedziałek 10 grudnia 1900:
Drogi, drogi B…, jakże ja go lubię. Oświadczył, że dałby wszystko żeby móc ze mną podróżować. Chciałam mu odpowiedzieć – dałabym wszystko, żeby żyć z tobą. Niewarogonie go lubię. Taki przystojny, szlachetny, męski, wolny. W nocy śniłam, że się całowaliśmy. Obudziłam się w stanie błogości. Dzień – okropny, szary, zimny dzień. Co za straszne przebudzenie.

Alma traktowała Burckharda nadal jako przyjaciela i mentora. Oto fragment listu:
Trudno mi wyrazić jaką radościa jest dla mnie myśl o Tobie… Dzisiaj po lekcji Zemlinsky zagrał dla mnie Tristana – tak cudownie. Śpiewaliśmy razem. To było wyjatkowe. Nogi się pode mną trzęsły. Wspomniałam mu również o Twoich zastrzeżeniach co do śmierci Tristana, Wszystko odrzucił. Chciałabym to jeszcze z Tobą przedyskutować.

Czwartek 13 grudnia 1900
Cały wieczór pracowałam sama. Moim jedynym pragnieniem jest osiągnąć coś w sztuce… Dziwne, kiedy przyszedł list od B. spłonęłam rumieńcem od głowy do stóp. W miarę czytanie rosło podniecenie. Marzę by dać mu swe ciało. Tylko raz. Choćby to miał być tylko pocałunek… Jeśli chodzi o Burckharda to jest wszystko, co mogę dać i nic tego nie zmieni… Pocałunek jest najszlachetniejszym, najczystszym sposobem by powiedzieć – jestem twoja. Wszystko co następuje potem ma jakiś cel, jest kierowane ukrytym motywem. Nie ma niczego tak bezinteresownego jak czysty pocałunek.

A w praktyce…
…przyciągnął mnie do siebie. Opierałam się, ale on nie ustępował. Bliżej, bliżej i w końcu pocałował mnie – to było najgorsze – dotknął moich ust językiem. To zakończyło wszelkie złudzenia uczucia. Jakże czekałam na ten moment i jak obrzydliwy się okazał. Nigdy nie zapomnę tego rozczarowania. Pocałunek Klimta, pocałunek Burckharda. Niebo i Piekło. Przepaść przed moimi oczami.

Mimo to…
…chciałabym wiedzieć czy ja właściwie lubię Burckharda czy nie. Moje uczucia do niego nie są czułe. On tylko pociąga mnie fizycznie.

W takim nastroju otrzymuje Alma propozycję małżeństwa od zamożnego architekta Feliksa Muhra.
Sobota 23 marca 1901
…rozmawialiśmy o wszystkim pod słońcem. Wyznał mi różne swoje grzechy. W końcu zaproponował małżeństwo. Jakby mnie uderzył piorun. Nie widzę siebie jako żony. On jest do przyjęcia, ale nie czuję nic do niego. Nie pociąga mnie. Pewnie ma rację, że bylibyśmy szczęśliwi razem, ale nie mogę sobie tego wyobrazić… A co z moim powołaniem? Chce dać mi całkowicie wolną rękę, zupełną wolność. Mówi, że nie będzie zazdrosny. Tak, ale co z miłością mojego życia? Czy to już poza mną? Czy mam zwiędnąć jako stara panna? Ale małżeństwo… wzdrygam się. Oddać swe ciało mężczyźnie, którego nie kocham… albo nie dać go nikomu. Nigdy nie dojrzała, nigdy nie spełniona. Półśrodki, ciagle półśrodki. Chociaż z drugiej strony – lubię go. Z moimi dwoma kochasiami pod ręką: Burckhard – Zemlinsky, wolna myśl – wielkie serce. A między nimi – Muhr.
Chiałoby się powiedzieć – a między nimi – mur.

Pamiętnik Almy nie zwiera zbyt wielu informacji o kontaktach z Zemlinskym, jednak Françoise Giroud pisze, że były one bardzo intensywne. Alma prowadziła z Zemlinskym prowokacyjne rozmowy i wymieniała pasjonujące listy. Można odnieść wrażenie, że testowała na nim swoją siłę i czar. Obiecywała mu dozgonną miłość i wspominała o małżeństwie, by za chwilę wszystko odwołać i kategorycznie stwierdzić, że nie zamierza wychodzić za mąż. Zaraz potem oświadczyła, że pragnie mieć z nim dziecko. Zemlinsky odpowiedział gniewnym wybuchem – …Twoja bezbrzeżna próżność, pogoń za przyjemnością. Jeśłi kochasz mnie tak jak mówisz, to daj mi dowód – godzinę szczęścia.

Do tego jednak nie doszło. Alma przywiązywała do swojego dziewictwa symboliczną wartość. Oto swoista modlitwa dziewicy:
Sobota 9 listopada 1901
Jeśłi mi się całkowicie nie odda, cierpieć będę tortury. Jeśli się odda – skutki będą okropne… Obłędnie potrzebuję jego objęć, na zawsze zapamiętam dotyk jego dłoni głęboko w moich najskrytszych zakamarkach. Idealna błogość istnieje… Chciałabym klęknąć przed nim, przycisnąć me usta do jego nagiego ciała, całować wszystko, wszystko! Amen.

Dwa dni przed tym pamiętnikowym wpisem na horyzoncie pojawił się Gustaw Mahler. 22 lata starszy od Almy był znaczącą postacią w życiu kulturalnym Wiednia. W tym czasie był dyrektorem opery dworskiej, Hofoper. Słynny, uwielbiany i jednocześnie nienawidzony – to był ktoś na miarę ambicji Almy. Niższy od niej, nerwowy, gwałtowny w ruchach i nieprzewidywalny w zachowaniu. Jego wybuchy gniewu były słynne. Trzymał orkiestrę żelazną ręką, jego wymagania perfekcji i precyzji nie miały granic. Z drugiej strony początki jego kariery jako kompozytora były bardzo ciężkie. Jego pierwsza symfonia została wyśmiana przez publiczność.

7 listopada doszło do pierwszego spotkania. Alma siedząca między swymi dwoma adoratorami, Klimtem i Burckhardem, błyszczała w towarzystwie. Mahler spytał czy może dołączyć. Już po chwili wybuchła między nimi kłótnia.
Po tym spotkaniu Mahler starał się uzyskać jakieś informacje o Almie a ona zapisała w swym pamiętniku: Muszę przyznać, że podobał mi się ogromnie. Oczywiście jest okropnie nerwowy. Krążył po pokoju jak dziki zwierz. To czysty tlen, gdy się do niego zbliżyć, może spalić.

Wkrótce doszło do spotkania w domu rodziców Almy. Na widok książek Fryderyka Nietzsche Mahler kategorycznie stwierdził, że należałoby je spalić. Nie minęło wiele czsu a Mahler listownie oświadczył: …poślubić człowieka takiego jak ja to nie jest prosta sprawa. Jestem całkowicie wolny i muszę takim pozostać. Nie mogę kłopotać się jakimikolwiek sprawami materialnymi. Swoją posadę mogę stracić z dnia na dzień.

Znajomość rozwijała się bardzo szybko.
Poniedziałek 2 grudnia 1901
Po południu Mahler. Powiedział, że mnie kocha. Pocałowaliśmy się… jego pieszczoty są czułe i do przyjęcia. Gdybym tylko wiedziała – on – czy ten drugi!
… Muszę stopniowo usunąć Alexa ze swych myśli… Mówię – mój ukochany – i coś we mnie odpowiada – Alex. Czy potrafię kochać Mahlera tak jak on na to zasługuje? Czy ja go w ogóle kocham? Czasem myślę, że nie. Tak wiele rzeczy mnie irytuje:
– jego zapach,
– sposób w jaki śpiewa,
– jego wymowa – połyka rrrr.
Czy ja kocham dyrektora opery, wspaniałego dyrygenta – czy mężczyznę? Jego muzyka pozostawia mnie zimną, tak strasznie zimną. Mówiąc prosto – nie wierzę w niego jako kompozytora… Dręczy mnie pytanie: czy Mahler będzie mnie inspirował do komponowania, czy poprze moje artystyczne wysiłki…

Póżniej tego samego popołudnia Muhr. Spytał jak sprawy stoją między nami. Nie miałam wyjścia i powiedziałam mu prawdę. Stał przede mną blady i dygotał: Fraulein – jeśli mnie odrzucisz zabiję się. Było mi go tak żal…

Feliks Muhr zamiast się zabić, postanowił podzielić się z Almą ważnym odkryciem:

Powiedział mi, że wie od doktora, że Gustaw cierpi na nieuleczalną chorobę i wyraźnie słabnie…

Nieuleczalną chorobę? Jaką? Uwzględniając czasy, obyczaje i środowisko mogły to być suchoty albo syfilis. Ale w tamtych czasach nie pytano o szczegóły.

Reakcja Almy:
O Boże, będę go pielęgnować jak dziecko. Nie mogę stać się przyczyna jego upadku. Powstrzymam swoje tęsknoty i pasje – chcę go wyleczyć, wyleczyć moją siłą i młodości.

Ale już 2 tygodnie później…
Czwartek 19 grudnia 1901
Wczoraj flirtowałam wściekle z Louisem Adlerem. On jest tak przeklęcie przystojny. Muhr nas obserwował. Och gdyby Muhr był tak przystojny…

Wieczorem: Pollack. Rozmawialiśmy dużo o Gustawie. Muszę wyrzucić z siebie to wszystko co się kłębi w moich piersiach… Jeśłi kiedykolwiek dojdzie do małżeństwa muszę postawić ten warunek – sprawę sztuki. On ma za nic moją sztukę a swoją za wszystko. A ja mam za nic jego sztukę… Ja muszę mieć wolność – Całkowitą wolność.

Podczas spotkania z Mahlerem Alma poruszyła tematykę dzieł F. Nietzschego, którym Mahler przeeciwstawił twórczość Dostojewskiego.

W liście przestawił sprawę jasno: Będziesz miała tylko jedno zadanie – czynić mnie szczęśliwym. Czy rozumiesz Almo, co mam na myśli? … role będą dokładnie wyznaczone. Rola kompozytora przypada mnie, Twoja rola – być kochającą towarzyszką i partnerką. Czy Cię to zadowala? Wiem, że proszę o wiele, o bardzo wiele, ale wolno mi tak robić, bo wiem co mogę dać i dam w zamian.

Trzy dni ogromnej rozterki i w końcu całkowita kapitulacja:
Pragnę mieć z nim dziecko… jeśli mu na to starczy sił, on ma nadzieję, że tak… Rano Carl (Moll – ojczym – przypisek mój) przyszedł do mnie na poważną rozmowę. Wyjaśnił wszystkie ewentualności. Wiem wszystko. On jest ciężko chory… będę sie nim opiekowac jak dzieckiem. Moja miłośc do niego jest zupełnie rozbrajająca. Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imie Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

A więc Dostojewski zwyciężył – zbawienie poprzez zatracenie???

Poniedziałek 23 grudnia 1901
…czekam – czekam – na Gustawa i Justi (Justyna – siostra Gustawa – przypisek mój). To jest tortura, cała wieczność. Wreszcie przyszli i zaręczyliśmy się. W obecności Carla i Mamy. Od teraz tylko on będzie miał miejsce w moim sercu, tylko on. Już nigdy nie rzucę okiem za młodym przystojnym mężczyzną. Wszystko dam jemu – memu mężowi!… O ile mój związek z A.Z. (Alex Zemlinsky) był dziki i cielesny, to z Mahlerem jest przepojony najświętszym uczuciem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
Alma Mahler – Diaries 1898-1902 – KLIK.
Constantin Floros – Gustav Mahler – Visionary and Despot – KLIK.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]

Poczatku bilo to Slowo…

Tomasz Fetzki

… czyli Lubanice Mikławša Jakubicy – reportaż poetyzujący

Czasem każdemu zdarza się mieć wolny dzień. Można go spędzić przed telewizorem, ale po co? Można przespać, ale jaki w tym sens? Można go też celebrować przy grillu i piwku, ale… ile można?

Korzystając z wolnego dnia wędrowiec, smugą cienia spowity, na rowerze lub per pedes wyrusza szukać w okolicy śladów, jakie pozostawiły po sobie burze dziejowe. I znajduje je! Bo też i każda, nawet najbardziej zapyziała okolica, kryje takie miejsca, gdzie historia zostawiła swoje piętno – trzeba tylko umieć je znaleźć. Nie chodzi o spotkanie z tą przysłowiową, przez Boya wyśmianą gruszką, gdzie sikał Kościuszko, ale o prawdziwe rarytasy.

Wędrowiec mieszka na Łużycach. A tutaj kiedyś się działo, że hej! Mówią: kto wiatr sieje, burzę zbiera. Pośród Łużyczan nigdy nie brakowało wiatrosiejów. Wędrowiec rusza poszukać pamiątek po jednym z nich.

Mikławš Jakubica to postać na poły legendarna, więc aż się prosi, by go reportażem poetyzującym zaprezentować. Bo dzięki temu nie trzeba odwoływać się do źródeł, które niejasne są i nieliczne. Może zresztą nie istniał? Lub raczej: żyło kilku wiatrosiejów, z których życiorysów ulepiono jedną postać? Wybierzcie sami. Tak czy owak, wędrowiec rusza do Lubanic.

1Na horyzoncie kościół w Lubanicach. Okolica spokojna, trudno uwierzyć, iż kiedyś potężnie wiały tu wichry reformacji.

Dane biograficzne na temat Mikławša (czyli Mikołaja) Jakubicy (a może Jakubika, bo i tak niektórzy sądzą) są niezwykle skąpe. Był Serbołużyczaninem, pochodził najprawdopodobniej z okolic Żar albo Lubska – badacze dochodzą do tego wniosku na podstawie faktu, iż biegle posługiwał się dialektem żarowskim języka dolnołużyckiego, charakterystycznym dla tego właśnie regionu.

Na przełomie XV i XVI wieku coraz wyraźniejsze stawały się różnice między Niemcami a Serbami, zamieszkującymi tak całe Łużyce, jak i Ziemię Żarską. Mieszczanie, zwłaszcza patrycjusze, oraz wielcy feudałowie i drobna szlachta – to byli Niemcy lub zniemczeni Słowianie. Dla Wendów pozostawała przeważnie funkcja rolników lub miejskiej biedoty. Jednak Mikławš Jakubica został w drugiej dekadzie XVI wieku mnichem w potężnym i wpływowym żagańskim opactwie augustianów. Kim więc był? Z jakiej rodziny pochodził? Może należał do nielicznej grupy Serbołużyczan, którym się lepiej powiodło. A może jego wybitne zdolności (bo o tym, że takowe posiadał, świadczą jego dokonania) zwróciły uwagę jakiegoś mądrego protektora – proboszcza albo starszego cechu, który pomógł mu wstąpić do zakonu. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie wiadomo też, gdzie młody mnich Jakubica pobierał nauki, choć oczywistym jest fakt, że uzyskał gruntowne wykształcenie. Prócz łaciny i niemieckiego znał z pewnością język czeski i polski, co niewątpliwie było efektem przebywania zakonników tychże narodowości w żagańskim klasztorze. Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy przełożeni wysłali go na studia do któregoś ze sławnych ośrodków akademickich; praktyka taka nie była przecież niczym nadzwyczajnym. Konwent dbał o wykształcenie swych członków i inwestował w najzdolniejszych spośród nich. Weźmy choćby takiego Paula Lemberga, utalentowanego syna mistrza cechu sukienników z pobliskich Żar. Pobożny opat Jodok Jäckiel, o którym napisano, że jako zwolennik surowej reguły zakazał nakładania płóciennych nocnych koszul, ustanowił codzienne msze i troszczył się o sprzęty kościelne, zatroszczył się również o to, by nie zmarnować talentów Paula i wysłał go w roku 1506 na studia teologiczne do Wittenbergi. Tam młody mnich zetknął się ze swym zakonnym współbratem, niejakim Marcinem Lutrem, także przecież augustianinem.

Musiała to być bliska i owocna zażyłość, choć Lemberg studiował nad Łabą tylko trzy lata. Już niedługo, w 1517 roku, Luter ogłosi swe słynne tezy. Zaczyna się burzliwa epoka reformacji. Zaś cztery lata później Paul Lemberg został wybrany opatem żagańskiego konwentu i natychmiast ujawnił się jako gorący zwolennik Reformy. Usiłował ją zaprowadzić w klasztorze: namawiał braci do występowania z zakonu (gratyfikował nawet pieniężnie takie apostazje), sprowadzał luterańskich kaznodziejów. Miał zresztą więcej nietypowych pomysłów. Zamiast habitu wolał na przykład nosić zbroję rycerską, co dla zakonnika, a przy tym mieszczanina z urodzenia, było dość osobliwe i zapewniło mu przydomek Żelaznego Opata.
Ale nie tylko w samym klasztorze wprowadzał Lemberg nowe porządki. Opactwo było bowiem właścicielem wielkich posiadłości ziemskich z kluczem kilkunastu wsi, w tym również położonych na północ od Żar Lubanic. Jako, że wioskę tę zamieszkiwali Łużyczanie, właśnie Łużyczanina Jakubicę – jeszcze niedawno mnicha, ale teraz już luterańskiego pastora – wyznaczył opat Lemberg do objęcia lubanickiej parafii. A może było inaczej? Może Mikołaj przebywał w Lubanicach już wcześniej, jeszcze jako katolicki proboszcz, który się później „spastorzył”? Nieważne. Istotny jest jedynie fakt, że w 1523 roku we wsi zwyciężył obrządek reformowany, wprowadzony właśnie przez pastora Jakubicę. Zgodnie z ideami reformacji głosił on wiernym Słowo Boże w ich własnym, czyli dolnołużyckim języku, a ściśle rzecz biorąc, w dialekcie żarskim, czyli żarowskim tego języka. I znalazł posłuch.

Większość Wendów nie znała języka niemieckiego, ani nie darzyła zbytnią sympatią niemieckich feudałów. Postulat Lutra dotyczący zniesienia zakonów dawał im być może nadzieję na zrzucenie jarzma zależności od żagańskich augustianów. Powodów mogło być wiele, ale rezultat był jeden: Lubanice szybko stały się protestanckie.

2Świątynia lubanicka, siedziba Pastora Jakubicy, coraz bliżej.

Nieco gorzej głosicielom nowej wiary poszło w samym Żaganiu. Większość mnichów stała twardo przy katolicyzmie. W roku 1524 Paul Lemberg został usunięty z funkcji opata, a dwa lata później w ogóle porzucił zakon. Nie wiadomo, czy te wydarzenia miały jakiś wpływ na sytuację w Lubanicach, ale w 1525 roku Jakubica opuścił swą trzódkę, a raczej został do tego zmuszony. Źródła milczą na temat miejsc, w których Mikławš Jakubica przebywał pomiędzy 1525 a 1555 rokiem. Podobno powtórnie w Lubanicach pełnił duszpasterską posługę w latach czterdziestych, podobno spędził sporo czasu w górnołużyckim Kulowie, czyli współczesnym Wittichenau, nieopodal Budziszyna. Podobno… Ale niemal na pewno wiadomo, czym się wtedy zajmował. Między 1541 a 1548 rokiem pastor Mikławš dokonał tłumaczenia Nowego Testamentu na język dolnołużycki. Przekład ten, dla którego podstawą była łacińska Wulgata oraz niemiecka Biblia Lutra, przeszedł do historii pod nazwą Biblii Jakubicy.

Poczatku bilo to Slowo,
A to w Slowo bylo podla Bogha,
a Bogh byl to Slowo,
to same bylo wot poczatku podla Bogha.
Schiczka weecz ie psches to same wuczynone,
a bes tego samego ney niczego wuczynone
to zcosch wuczynone ie.

Dzięki Mikławšowi Jakubicy Słowo po raz pierwszy w dziejach przemówiło po serbołużycku. Tradycyjnie przez wiele lat przyjmowano, iż Biblia Jakubicy została spisana w Lubanicach, prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna miejscowość w sposób niemal pewny łączona z jej autorem. Dla tej samej przyczyny Mikławš Jakubica zachował się w pamięci potomnych jako Pastor z Lubanic. Ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie dokładnie powstał przekład. Za to wiadomo dla kogo: wszak dialektem żarowskim mówiono jedynie w okolicach Żar i Lubska, w Lubanicach również, rzecz jasna.
W 1555 roku Jakubica został pastorem w innej podżarskiej wsi – Lipinkach Łużyckich. Również i tu nauczał wiernych o sprawach bożych w ich własnej, wendyjskiej mowie. I z pewnością korzystał podczas nabożeństw ze swego przekładu Nowego Testamentu. Przecież tutaj także mówiono w dialekcie żarowskim. Pastor Mikławš Jakubica kierował parafią w Lipinkach do 1563 roku. W tymże roku najprawdopodobniej stanął przed obliczem Stwórcy, tam, gdzie już żaden ludzki język do niczego nie jest potrzebny.
Miejsce spoczynku Pastora z Lubanic nie zachowało się. Ale Biblia Jakubicy istnieje do dziś. Jak blisko, a jednocześnie jak bardzo egzotycznie brzmią jej wersy:

To njebjeskie kralostwo je pćirownano jednemu hospodarowi, kotory z jutra wen źeše, roboćerjow najimać do jogo winice. A jak won se z tymi roboćerjami zjedna na groš k mytu na źeń, posla won jich do swojeje winice. A pak wen źeše wokolo teje tćeśeje stundy a wupyta jinych na wikach proznych stojucy. A reknu k nim: Wy tež do mojeje winicy źiśe; a to, což prawidliwego budźe, to chcu ia wam dać. (…) Wokoło teje jedenasteje stundy won pak wen źeše a namaka jinich proznych stojucy a rjeknu k nim, co wy tudy ten caly źeń prozni stojiće? Woni rjekli k njomu: Njej nas nicht najimal. Won rjekl k nim: I wy tež źiśe do teje winice, a to, což prawjedliwego budźe, deri wam być.

Z całą pewnością nie stał bezczynnie Mikławš Jakubica i wiele się natrudził w Winnicy Pańskiej. Niech nasza pamięć będzie mu nagrodą.

I tak, ogarnięty podniosłymi, patetycznymi wręcz myślami, ani się spostrzeże wędrowiec, że oto stoi pod bramą lubanickiej świątyni. Wiele tam zobaczy! Wichry reformacji, i nie tylko one, zostawiły tu liczne ślady. Ale o tym opowie wędrowiec nie za tydzień, bo z uwagi na Apokalipsę pannie Kasi Kulikowskiej miejsca ustąpi, lecz za dwa tygodnie. W kolejnym odcinku, bo sporo ma do opowiedzenia.

3Brama wiodąca na teren kościoła. Co się za nią kryje? Ta kapliczka po prawej też ma swoje znaczenie dla naszej historii. Ale o tym za dwa tygodnie.

Z konkursu “Jeden dzień”

Joanna Trümner

Auf Deutsch: Dzien pod Stocznia_de

Dzień pod Stocznią

„Proszę otworzyć walizkę!“ – stanowczym głosem zwrócił się do mnie młody cywil na peronie. Stał przy nim milicjant, jakby czekając na to, co zrobię. „Jakie mam wyjście?” – pomyślałam w duchu, z przerażeniem przypominając sobie o ulotce, którą wcisnął mi bez słowa do ręki jadący ze mną z Warszawy chłopak z przedziału. „Po cholerę to wzięłam? Może nie zajrzą do torebki?” – przeszło mi przez głowę, patrząc jak cywil grzebie w moich spakowanych wczoraj byle jak w hotelu brudnych skarpetach, majtkach i stanikach. „Ale obciach, czegoś takiego jeszcze nie było, czego oni szukają?” – na szczęście przechodzący obok nas ludzie nie zatrzymywali się, zapewne zadowoleni, że przyczepili się do kogoś innego. „Może Pani już zamknąć, jesteśmy gotowi, proszę iść dalej!” „Byle tylko dojechać do domu” – pomyślałam. Po prawie trzech tygodniach pobytu w Jugosławii i 24 godzinach powrotnej podróży marzyło mi się tylko ciepłe, czyste łóżko.

W drodze do Orłowa myślałam o ostatnich trzech tygodniach – o plaży, białych górach, winie, turkusowym morzu i budzącym mnie codziennie i pozostającym ze mną aż do zmroku słońcu. O Adamie – poznanym trzy dni przed wyjazdem Albańczyku. Miał prawie dwa metry wzrostu i przepiękne brązowe oczy, będziemy do siebie dzwonić, pisać, może się niedługo spotkamy, mówił przecież, że chętnie zobaczy Polskę. Myślałam o tej wspaniałej nocy przegadanej na plaży w pełnej małych nieporozumień mieszaninie angielskiego, serbsko-chorwackiego i polskiego, o pocałunkach, obietnicach, rozgrzanym jeszcze słońcem piasku i przepięknych gwiazdach na niebie.

A tu: zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! W końcu, kompletnie mokra i zmęczona, dotarłam do naszego mieszkania.

„Dobrze, że już wróciłaś” – powitała mnie mama – „Słyszałaś, co się dzieje w stoczni?” „Jasne, ludzie z wycieczki słuchali co wieczór Wolnej Europy, potem latali po plaży i opowiadali – strajk w stoczni, jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie”. „Tym razem nie przyjdą, może ten jeden raz się uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć” – popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, zaskoczona jej optymizmem. „Nie byłaś pod stocznią, nie wiesz jakie tłumy ich popierają. Będziesz nieraz jeszcze kiedyś o tym myślała. Muszę zaraz iść do pracy, jak pojedziesz pod stocznię daj im tę kopertę i przygotowałam dla nich ciasto. A jak było w Jugosławii?” „Super, opowiem jak będziesz miała trochę więcej czasu, może wieczorem. Ale muszę przedtem iść pod prysznic i trochę pospać. W pociągu jakiś chłopak dał mi ulotkę, chcesz przeczytać?”. „Jasne, pokaż”. Ulotka informowała o tym, że aktualnie strajkuje 2000 zakładów Trójmiasta i o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Gdańskiej Stoczni im. Lenina. Zapewniała o tym, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek. Kończyła się słowami: WYTRZYMAMY!!!

Powróciły obrazki z dzieciństwa: na placyku przed naszymi oknami we Wrzeszczu tłumy młodych ludzi biły się w marcu 1968 roku z milicjantami, w powietrzu latały petardy – my z bratem, przyklejone twarzami do okien, przestraszone dzieci nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Potwornie się bałam, że tłumy rozbiegną się po naszej klatce schodowej, wtargną do naszego mieszkania i będą bić się dalej. Przypomniało mi się, jak kilka lat później do domu wpadł blady i rozstrzęsiony ojciec „Strzelali do nas na moście w Stoczni” i syna sąsiada, który w grudniu 1970 stracił prawą rękę odrzucając petardę w stronę milicji.

Położyłam się i zasnęłam jak kamień.

W trzy godziny później wyszłam, objuczona torbą z ciastem ledwie wepchałam się do pełnej kolejki. Ale przy wysiadaniu na przystanku Gdańsk-Stocznia nie było żadnych przepychanek, idąc później razem z tłumem pomyślałam „Jak ja się dostanę do głównej bramy?” Brama tonęła w kwiatach, wisiały na niej zdjęcia Papieża, wielki krzyż i obraz matki Boskiej Częstochowskiej. Popatrzyłam na zdjęcie Papieża, miał na nim pogodną, pełną spokoju twarz, przez chwilę wydawało mi się, że on jest tutaj, teraz z nami. Na murze siedzieli młodzi mężczyźni: „Dziewczyny, pomożemy wam przejść przez mur, mamy dobre jedzenie” – uśmiechnął się do mnie jeden z nich. Podeszłam do bramy i podałam kopertę i torbę z ciastem. „Proszę iść dalej!” – odezwał się ktoś z tłumu. Nagle zauważyłam, że za mną stał Darek, kolega z ogólniaka. „Co ty tu robisz?” „To co wszyscy, starego szlag trafi, zostawiłem mu zresztą kartkę, że jadę pod stocznię, żeby nie miał wątpliwości, po której jestem stronie”. Ojciec Darka był emerytowanym lotnikiem, terroryzującym rodzinę. Darek na szczęście studiował w Warszawie, więc te wieczne awantury w domu musiał przeżywać tylko podczas wakacji. „Panie” – wtrącił się do rozmowy stojący obok mnie starszy pan – „Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę. Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!” Tak wiele w tym tłumie było nieznanych twarzy, z pewnością niejeden przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

bramastoczniNagle nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. „Będą strzelać czy co?” – odezwał się ponownie starszy pan. Nie strzelali, w kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na nas ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Gdybym wzięła wtedy jedną z nich do ręki, dowiedziałabym się, że Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku, nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie płaty papieru pozostawione same sobie na ziemi wypełniały kałuże.

„A gdzie się tak opaliłaś, chyba nie u nas na plaży?”- spytał Darek. „Nie, wróciłam dzisiaj z wycieczki do Jugosławii, coś tam ludzie opowiadali, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tu taka zadyma”. Od rozpoczęcia strajku spotykaliśmy się w Jugosławii wieczorami na prywatnej kwaterze pana Staszka, który prawie wszystkie dni od rozpoczęcia strakju spędzał na słuchaniu nie zagłuszanej przez nikogo Wolnej Europy. Wielu uczestników wycieczki prowadziło potem długie dyskusje, wypiliśmy niejedną butelkę Kadarki, siedząc w piątkę, szóstkę albo dziesiątkę w tym jego maleńkim pokoju. Nagle cała ta Jugosławia, plaża, słońce, Adam wydały mi się tak bardzo dalekie. Idąc razem z tlumem pomyślałam, że dobrze, że tu jestem i znowu w tym moim mieście dzieje się coś niezwykłego.

Wróciliśmy razem pełną po brzegi kojejką, Darek wysiadł w Sopocie, w drodze zdążył mi jeszcze opowiedzieć, że studiuje na politechnice w Warszawie i boi się, że jego dziewczyna jest w ciąży. Była. Darek przeniósł się później na studia do Gdańska, ożenił się z Ewą i dzielił los wielu młodych polskich rodzin, skazany na mieszkanie z rodzicami. Poddał się po roku, przerwał studia i wyjechał z żoną i dzieckiem do Australii. Ewa nigdy nie mogła się w Brisbane odnaleźć, czuła się potwornie samotna, nie znała języka, tęskniła za Polską i zaczęła pić. Darkowi udało się tam skończyć studia, dostał niezłą pracę, rozwiedli się. Wychowywał sam syna, którego nigdy nie nauczył mówić po polsku.

Kiedy dojechałam do domu, byłam kompletnie mokra i przemarznięta.

W domu była już mama, ojciec, brat i dziadek. Zjedliśmy razem kolację, podczas której opowiedziałam kilka zdań o wycieczce, o przepięknych krajobrazach, turkusowej wodzie, długich jazdach autobusem i okropnym jedzeniu. Miałam wrażenie, że nikogo te moje relacje nie interesują, ich myśli kręciły się tylko wokół tego, co dzieje się w Stoczni i w całym kraju. Ojciec próbował znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Dziadek i rodzice byli repatriantami z Wilna, przeżyli kilka lat w kraju władzy radzieckiej i zanim razem z setkami innych rodzin po wielodniowej odysei dotarli w 1946 roku pociągami do Gdańska, zdążyli znienawidzić ten oparty na sowieckich wartościach system. Z Wilna repatriowały się wtedy całe ulice Polaków, na mecie – w Gdańsku można było więc spotkać krewnych, sąsiada lub kolegę z klasy. Dziadek – kolejarz dostał z przydziału mieszkanie „poniemieckie”, w którym oprócz starych, ciężkich dębowych mebli stała działająca do dzisiaj maszyna do szycia „Singer”. W naszym domu rozmawiało się stale o polityce, chodzenie co niedzielę do kościoła i bojkotowanie pochodów pierwszomajowych było rodzinnym obowiązkiem. Nie zapomnę konsternacji rodziców, kiedy przyniosłam ze szkoły ulotkę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej – do dzisiaj myślę, że był to jeden z grzechów głównych mojego dzieciństwa.

Tego wieczoru najbardziej zaskoczył znany z pesymizmu dziadek. „Po raz pierwszy myślę, że to się może udać. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna.” Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że dał się jak wszyscy ponieść zbiorowej euforii. Mimo 16 przeprowadzek, które czekały mnie w nowych miejscach zamieszkania, nie wyrzuciłam jego pisanych kulfoniastymi literami listów z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Wróciłam pod Stocznię jeszcze kilka razy, byłam tam też w dniu podpisania porozumień, kiedy robotnicy opuszczali stocznię witami oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie.

W czasie strajków na mojej uczelni w Poznaniu byłam na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, który opowiadał nam o życiu opozycjonisty w PRL-u. Słuchaliśmy jego historii z zapartym tchem: te aresztowania na 48 godzin, podsłuchy, obserwacje – to działo się jakby w jakimś innym, oddalonym od nas o lata świetlne wszechświecie Podkreślał kilkakrotnie, że nie jest sam, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie. Nie wiedziałam, w jakim ci ludzie żyją od lat napięciu. A przecież większość z nich miała rodziny, narażali więc nie tylko siebie samych lecz również swoje żony, dzieci, rodziców.

Gdy wyjeżdżałam z Polski w czerwcu 1981 roku z zamiarem spędzenia roku w Anglii nikt nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności – przyzwyczailiśmy się do codziennych pogróżek i manifestacji siły tracącej swoją pozycję władzy i do pustych sklepów. Znalazłam w Londynie pracę jako au-pair i spędziłam wiele miesięcy na poznawaniu tego kolorowego i pulsującego o każdej porze dnia i nocy miasta, tak bardzo różnego od miast, które znałam z Polski. Mój plan powrotu do domu pokrzyżowało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Oglądane na BBC informacje były koszmarem – przemówienie Jaruzelskiego, czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy, aresztowania, kopalnia Wujek, przerwane połączenia telefoniczne z Polską…. Margaret Thatcher drżącym głosem zamartwiała się w telewizji o los Polski i „tego biednego narodu”. Równocześnie brytyjski Home Office nie przedłużał nam wiz, skazując nas na pobyt nielegalny lub też na powrót do kraju. Jedynym miejscem na świecie, do którego mogłam się udać bez wbitej w paszport wizy był Berlin Zachodni. I tak zaczęła się moja ponad trzydziestoletnia przygoda z tym miastem.

Czytałam kiedyś, że podświadomie powtarzamy błędy naszych rodziców, które tkwią w nas jak zapis DNA lub też jak gen, przekazywany z jednego pokolenia na drugie – podobnie jak przekazuje się niebieskie lub zielone oczy czy choroby. Może więc te marzenia o prawdzie i życiu w kraju, z którego można być dumnym, wszystkie te sny wielu pokoleń, sny strajkujących wtedy w stoczni są genem, którego brakuje innym narodom. Opuszczając swój kraj nie wiedziałam, że ten rok tak pełen nadziei skończy się wojną z własnym narodem, nie wiedziałam też, że zapłacę cenę, którą płaci każdy emigrant – tracąc kraj z którego wyjechałam – i że gdy odwiedzę Polskę po ośmiu latach pobytu za granicą, znajdę się w zaniedbanym mieście, pełnym nieznanych twarzy – obcym, nie moim.

Czekało mnie wiele rozmów na temat naszego zrywu z mieszkańcami krajów, w których mieszkałam. Rozmów pełnych arogancji, z ludźmi żyjącymi w dobrobycie, w systemie szanującym swoich obywateli, wynagradzającym pracę godziwymi zarobkami, pozwalającym na wypowiadanie myśli bez retuszy i wykreśleń, szczęśliwców mających możliwość obejrzenia całego świata i mieszkania we własnym mieszkaniu oraz perspektywy na tak samo dobre a może nawet lepsze życie dla swoich dzieci.

Próbowałam opowiadać moim dzieciom o tamtym dniu. Ale nie da się tego, czego wtedy tak bardzo pragnęliśmy, wytłumaczyć pokoleniu, które nie widziało tych obsikanych klatek schodowych, nie funkcjonującej komunikacji miejskiej, niedogrzanych mieszkań, wiecznych kolejek przed sklepami, w których nie było nic i mieszkania razem z rodzicami i dzieckiem w M-3.Nie da się im wytłumaczyć mojego uczucia obcości w nowym miejscu zamieszkania, dla nich to przecież dom. Cieszę się, że chętnie jeżdżą do Polski na wakacje. Bo dla nich jest to już tylko kraj wakacji – wesołych, beztroskich dni.

Myślę często o kobietach, w których wieku jestem teraz, o mojej nieraz zrezygnowanej, przepracowanej mamie, z tą jej zmarszczką rezygnacji w kąciku ust. O wiecznie zmartwionych twarzach zaniedbanych starszych pań i panów, o studentach stojących za pieniądze godzinami w kolejkach po mięso albo papier toaletowy, o dramacie jakim było zgubienie kartek na cukier albo mięso. Myślę o godzinach, które moja mama, podobnie jak tysiące innych polskich mam i babć, spędziła na wystawaniu w kolejkach, o wyjazdach na wieś w poszukiwaniu jedzenia, o krajobrazie pustych sklepów z octem na półkach. Nikt im tego czasu nie zwróci, nie zdążyłam mamie podziękować za tą inwestycję we mnie.

Atmosferę tamtego dnia pod stocznią udało mi się przeżyć jeszcze kilka razy w Berlinie. Podczas demonstracji przed Misją Wojskową chodziliśmy po grudniowym mrozie z naszymi transparentami – łatwiej było nam razem znieść przerażenie tym, co dzieje się w Polsce. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy mogli zobaczyć nasz kraj, co dzieje się z naszymi rodzinami, co nas czeka w tym obcym mieście. Pomagaliśmy później naszym rodzinom oraz ludziom walczącym w podziemiu o wolne słowo i prawdę, co odważniejszym udało się przemycić do Polski nawet sprzęt drukarski. Jesteśmy takimi samymi cegiełkami tego nowego, wspólnego domu jak ci odważni i zdesperowani stoczniowcy i inni strajkujący w całej Polsce.

Żyliśmy w tym mieście „jak u Pana Boga za murem” – jak w ciepłej poczekalni, bo większość z nas czekała na wyjazd do Australii, Kanady albo USA lub też nie wiedziała, co przyniosą dalsze lata w tym mieście, które oficjalnie tylko nas tolerowało. Dostawaliśmy świadczenia społeczne, nie mieliśmy prawa do podejmowania pracy, wielu z nas straciło te lata bezpowrotnie na czekaniu. Byliśmy i jesteśmy w tym mieście miniaturką Polski, przeglądem wszystkich warstw społecznych – od dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy i historyków, poprzez kucharzy, rzemieślników, mechaników samochodowych po złodziei samochodów.

Rodziny przyjeżdżające do nas od lipca 1983 roku, opowiadały nam o walce z pałkami milicyjnymi i ZOMO. Z tych historii najbardziej utkwiła mi w pamięci wzruszająca historia ojca kolegi (musiał mieć już dobrze po siedemdziesiątce) o bitwie, jaką stoczył razem z innymi kolegami-rencistami z milicjantami na jednym z placyków Wrocławia – „Pani, to był kawałek wolnej Polski”. W jego oczach zobaczyłam atmosferę tamtego dnia pod stocznią, nadzieję, że i jego życie, które przecież dużymi krokami zbliżało się do końca, nabrało nowego sensu i na kilka chwil wróciła do niego młodość. O tym samym kawałku wolnej Polski mówił przecież pod stocznią starszy pan z Białegostoku.

Witaliśmy internowanych, przyjeżdżających od roku 1983 z paszportami w jedną stronę, ze smutnymi i pełnymi niepewności oczami. Wprowadzaliśmy ich do naszej poczekalni, dla nas w międzyczasie już mniej obcej. Spotkałam kilku uczestników tamtych dni, usłyszałam, jak bardzo chwilami się bali – nie wytrzymaliby tylu dni strajku bez świadomości, że przed bramą stoją tłumy, które na nich liczą i których nie można zawieść.

Zaczęliśmy wrastać w to miasto, wychodzić z poczekalni, uczyć się języka, z poczekalni zrobił się z niego dom, bardzo kolorowy, ciepły, wygodny i bezpieczny dom, stojący na szczęście blisko Polski. Przeżywaliśmy miłości, romanse, małżeństwa, urodziny dzieci, rozwody i rozczarowania, wpadaliśmy w nałogi, chorowaliśmy, traciliśmy pracę, niektórzy nie wytrzymywali psychicznie, tracili kontakt z rzeczywistością lub popełniali samobójstwa. Pełna gama ludzkich losów, ciekawe jak te życiorysy przebiegłyby w Polsce. Wielu z nas poleciało do innych krajów świata – z pewnością w państwach, w których prawie każda rodzina miała w życiorysie historię wielotygodniowej podróży statkiem w poszukiwaniu innego życia, było im łatwiej niż nam – pozostających w Europie pełnej uprzedzeń, nieprzychylności lub też po prostu obojętności dla przybyszy z zewnątrz. Ja zostałam w tym mieście, latami poznawałam jego każdy zakątek i prawie każde dziwactwo jego mieszkańców, zrozumiałam sposób ich myślenia, nauczyłam się nie wychylać i płynąć z prądem.

Przestało mnie dziwić rozczarowanie na twarzy rozmówcy, pytającego o mój trudny do umiejscowienia akcent, w chwili gdy dowiadywał się, że jestem z Polski. Zdarzały się zresztą również reakcje euforii: „Solidarność, Walesa!” – i to jak bumerang powracające zdanie „Za dużo chcieliście, to nie mogło się udać”. Przestała mnie dziwić drobiazgowość i powierzchowność, złość na spóźnienia i niedociągnięcia, nierzetelnych rzemieślników, psujące się urządzenia – te grzechy główne w kraju, w którym wszystko funkcjonuje z tą jedyną na świecie i godną do naśladowania niemiecką perfekcją.

Bundesarchiv_Bild_183-1989-1118-028,_Berlin,_Grenzübergang_Bornholmer_Straße

Tamten dzień pod stocznią był ze mną w tamtą okropnie zimną noc 9 listopada 1989, kiedy dużą polską grupką wybraliśmy się na Bornholmer Strasse, aby zobaczyć, czy ten odwiecznie stojący mur naprawdę runął. Patrzyłam na twarze ludzi przychodzących z tamtej strony muru, twarze pełne nadziei, pogody i ufności w lepsze jutro, bo ten mur nagle przestał istnieć: Bez tamtego, mojego dnia nie spełniłyby się i ich marzenia.

Musiałam też myśleć o tym dniu podczas podróży do Brazylii. W okolicach Iguazu zwiedzałam kopalnię opali „Wanda” w miasteczku założonym przez polskich osadników. Nasz przewodnik z dumą opowiadał legendę o Wandzie, o tym jak jego dziadkowie karczowali dżunglę, aby zbudować sobie dom, podejmując walkę z dziką i pełną niebezpieczeństw przyrodą. Zbudowane przez jego dziadków i innych polskich emigrantów miasteczko składało się z biednych, małych i rozpadających się domków, a w oknach wisiały tonące w kwiatach obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i ta pogodnie uśmiechająca się twarz naszego Papieża, którą widziałam wtedy na bramie stoczni. Skąd ci ludzie na drugim końcu świata mieli taką tęsknotę za Polską? Żyli tam już w drugim lub trzecim pokoleniu, wyglądali jak smagli tubylcy – bez niebieskich oczu i słowiańskiego uśmiechu, zgubili gdzieś do niczego im tam niepotrzebny język, ale pamiętali o Matce Boskiej Częstochowskiej i o kraju, z którego przyjechali ich rodzice lub dziadkowie. Wszyscy ci smagli i czarnoocy Dąbrowscy, Gąsiorowscy i Nowakowie stali tamtego dnia razem z nami pod stocznią.

Od tamtego dnia pod stocznią minęło ponad trzydzieści lat, w Polsce urodziło się nowe pokolenie, które jeździ po świecie, zna języki i nie ma tych wszystkich tamtych naszych potwornych kompleksów prowincji Europy. Myśląc o Polsce, myślę często o tamtym dniu, ale też i o tym, jak daleko jest młodość, Polska, którą znałam, rodzice, których już nie ma. Myślę o przyjaźniach, które nie wytrzymały próby czasu i pękły jak bańka mydlana i o przyjaźniach, które wytrzymały odległość i nadal trwają. O tym, co jeszcze chciałabym przeżyć i zobaczyć, i jak wiele na świecie udało mi się poznać. Myślę o tym, czy moje wnuki, tak jak wnuki emigrantów z Brazylii, będą znały legendę o Wandzie, Matkę Boską Częstochowską i Papieża, i o tym, czy będę mogła z nimi rozmawiać po polsku. Wszystkie te myśli piętrzą mi się w głowie podczas spacerów wzdłuż plaży z Orłowa do Sopotu. Morze – tak jak przed laty – uspakaja, wycisza wszystkie małe tęsknoty za tym, co było. Tylko ono się nie zmieniło w ciągu tych ponad trzydziestu lat.

***
Joanna jest finalistką konkursu dla Polaków na emigracji, zatytułowanego “Jeden dzień”. Lista nagrodzonych i pełna lista finalistów znajduje się TU.

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Wykłady profesora Dąbrowskiego. II. Szlachta. Herby.

Ryszard Dąbrowski

Historia herbów polskiej szlachty

jastrzebiecWyraz „herb” pochodzi od niemieckego słowa „erbe” (dziedzictwo, spadek) i napłynął do Polski poprzez Czechy i Śląsk w formach „erb” i „herb”.

Symbolem i hasłem rodów rycerskich powstających na terenach polskich w XI i XII wieku było zawołanie. Zawołanie czyli proklamacja było sygnałem zwoływania się w potrzebie i stawiania się z bronią w określonym miejscu. W boju, w nocy, w rozproszeniu czy zamieszaniu było ono hasłem rozpoznawczym, a także bojowym okrzykiem zagrzewającym do męstwa.
Od XII wieku rycerze zaczęli nosić zbroję a głowę okrywał im hełm z przłybicą zakrywającą twarz. Walczący stawali się do siebie podobni i niemożliwym stało się rozpoznawanie i identyfikowanie pojedynczych rycerzy i oddziałów. Aby temu zapobiec zaczęto stosować znaki rozpoznawcze i identyfikujące takie jak proporce, chorągwie oraz symole malowane na tarczach i mocowane na hełmach.

Pod koniec XIII wieku wśród rycerstwa w Polsce zaczynają rozpowszechniać sie herby. Pochodzą one od znaków własnościowych lub znaków runicznych na tarczach bojowych z XI wieku, ewoluujących na wzór zachodni, a ich nazwą własną stają się zawołania.
korabBył to ewenement w całej Europie. Zjawiskiem typowym dla Polski był fakt, że jeden i ten sam herb posiadało wiele nie spokrewnionych ze sobą rodzin. Wynikało to ze wspólnego zawołania i związanego z nim herbu. Kto w XIII – XV wieku był rycerzem i stawał w konkretnej chorągwi, przybierał jej herb. Na zachodzie natomiast każda rodzina posiadała odrębny herb.

Herby rozpowszechniły się w Polsce na początku XIV wieku. Najstarsze z nich to Nowina (1293), Korab (1299), Zaręba (1301), Mądrostki (1302) a także Jastrzębiec (po raz pierwszy występuje na pieczęci w 1319 r., w źródłach pisanych w 1335 r. a w aktach sądowych w 1386 r.)
Herbem Jastrzębiec posługiwało się 360 rodzin. Towarzyszyły mu także takie zawołania jak: Bolesta, Boleściw, Jastrząbek, Kanona, Lubrza, Łazęka, Nagórę i Zarasy.

krzywda-niesSzlachcic polski był z zawodu rycerzem i tym się szczycił i chlubił. Łączył z tym także inne zawody. Bywał także ziemianinem, myśliwym oraz kowalem. Jako człowiek wojennego rzemiosła wszystko co czynił zaczynał znakiem krzyża, więc także i krzyż jest elementem większości polskich herbów. Herb był symbolem zawołania, zawodu, powołania, skłonności lub zamiłowań. Krzyż, podkowa oraz strzała były najczęstrzym elementem pierwszych herbów.
Podkowa w herbie Jastrzębiec jest symbolem kowali a także surogatem konia. Wszak dzielny rumak decydował często o losie rycerza.

Walczący rycerze, w celu dodania sobie grozy i wspaniałości, ozdabiali sobie hełmy piórami, skrzydłami, rogami, czaszkami oraz kwiatami, gałęziami lub krzyżem. Przedmioty te, nazywane „klejnotem”, stawały sie często elementem herbu i były umieszczane nad hełmem. Słowo „klejnot” jest także pochodzenia niemieckiego i oznaczało drobnostkę.
W herbie Jastrzębiec klejnotem jest jastrząb z podkową trzymaną w szponach lub także i bez niej.

W Polsce istniało około 530 herbów, z czego tylko 70 ozdobionych było klejnotami.

niesiecki_grzymalaHerby malowane były różnymi kolorami. W heraldyce ilość ich jest ograniczona a poszczególnym barwom przypisane są określone cechy. I tak kolor biały oznacza – chwałę, czystość, radość i niewinność; srebrny – radość, czystość, szlachetność i rozsądek; żółty – słońce i splendor; złoty – cnotę, wzniosłość, szlachetność, wybitność i mądrość; czerwony – miłość, waleczność, panowanie i ogień; purpurowy – panowanie, dostojeństwo i umiarkowanie; zielony – nadzieję, piękno i radość; niebieski – skromność, oddanie i wierność oraz czarny – surowość, żałobę, smutek i skromność.

Herb na tarczy, pieczęci i sygnecie symbolizował przynależność do danego rodu oraz jego dziedzictwa moralnego i materialnego. Jakże tego pierwszego i drugiego obecnie nam brakuje.

Ilustracje w tekście – herby szlachty polskiej – a ściślej rzecz biorąc mojej rodziny i rodziny mojego byłego męża. Jastrzębiec (który jest, jak się domyślam herbem Autora, jest też herbem mojej Teściowej), Korab (Kryniccy, moi tatarscy dziadkowie ze strony matki ojca), Krzywda (herb Boguckich), Grzymała (herb Slaskich).

Kot i małpka

Ewa Maria Slaska o kotach i rewolucji

Wpis dedykuję Joli i Jurkowi

To oczywiście Maryna Over wstawiła mi na Facebooku ten portret.

frieda-kahlo-malpka-kotFrieda KahloSelf-portrait with Thorn Necklace and Hummingbird, Nickolas Muray Collection, Harry Ransom Center, University of Texas at Austin.

Zawsze, jak przygotowuję te wpisy, dowiaduję się czegoś nowego i zastanawiającego. Tak było też w przypadku tego autoportretu Friedy Kahlo z kotem i małpką. Szukałam o nim jakichś informacji i Google bez zastanowienia wysłał mnie do angielskojęzycznej Wikipedii.  A tam…

Kahlo’s life began and ended in Mexico City, in her home known as the Blue House. She gave her birth date as July 7, 1910, but her birth certificate shows July 6, 1907. Kahlo had allegedly wanted the year of her birth to coincide with the year of the beginning of the Mexican Revolution, so that her life would begin with the birth of modern Mexico. Her work has been celebrated in Mexico as emblematic of national and indigenous tradition, and by feminists for its uncompromising depiction of the female experience and form.

W mojej pracy, a zajmuję się ostatnio cmentarzami, I wojną światową i żydowskimi biografiami, często stykam się z tym, że ludzie, i to wcale nie tylko kobiety, zmienili sobie datę urodzenia. W rodzinach żydowskich jest to chyba nawet regułą, że żadne dane się nie zgadzają, bo wszystko zostało sfałszowane w czasie wojny. Bez tego nikt by nie przeżył. A po wojnie tak pozostało. Ale nawet bez tak oczywistych przyczyn, ludzie ukrywają swój wiek. Najczęściej z kokieterii. W społeczeństwie młodych, pięknych i bogatych nie chce się być starym. Frieda jednak wykracza zdecydowanie poza stereotypy. Oczywiście jest tu przekonanie, że w nowoczesnym społeczeństwie trzeba być nowoczesnym, ale jest też wielkość artystki, która swobodnie wybiera dla siebie role. Być może każdy artysta chciałby być symbolem swojego czasu, a przynajmniej ikoną lub memem, ale Frieda chce więcej. Symbol to za mało. To ona JEST rewolucją.

frida-z-obrazem-z-malpka-kotemNie mam wyjścia, muszę przypomnieć sobie, co wiem o rewolucji meksykańskiej. Trwała od roku 1910 do 1920. Z jednej strony był dyktator Porfirio Diaz, z drugiej Zapata. Rewolucjoniści wygrali. Tyle wiem Ale czy na pewno? Trzeba sprawdzić. Jak to mawia Dorota Cygan – każdy wie, że Mickiewicz napisał Kordiana, ale jednak lepiej sprawdzić.

 

Czytam więc i oczom nie wierzę.

rewolucjameksykanskaRewolucja meksykańska zaczyna się jeszcze przed początkiem I wojny światowej, kończy dopiero w roku 1920. Dyktatora, określanego tu mianem dowódcy kontrrewolucji, wspierają Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a Niemcy cesarskie, już przecież w agonalnych konwulsjach, wspierają rewolucję! Tę samą rewolucję, która na domowym polu bitwy, w Berlinie, wbija im właśnie sztylet w plecy.  Przypominam sobie, że to Niemcy cesarskie wyciągnęły Lenina z więzienia, opłaciły jego pobyt w Szwajcarii, żeby nabrał sił i pozyskał agentów, po czym w zaplombowanym wagonie kolejowym odesłały go do Rosji, żeby tam bruździł i rewoluździł. Miało to ponoć przyczyny ekonomiczne, tak przemysł niemiecki bronił się przed konkurencją. Mniejsza o to, to zupełnia inna historia. Ważne jest co innego. Rewolucja meksykańska wcale nie zwycięża! Ta rewolucja to wojna, walka, zamaganie, przekonanie o słuszności, ale nie zwycięstwo.

Jednak coś musiało być inaczej, skoro artystka chce być rewolucją, przejmuje ją jako wyraz artystycznego ja, wolności, emancypacji kobiety, zwycięstwa jeśli nie nad wrogiem, to nad konwenansem, chorobą i śmiercią. Rewolucja to Frieda to JA. Nie darmo Frieda zasłynie przede wszystkim jako portrecistka samej siebie. Namalowała 143 obrazy, z tego 55 przedstawia ją samą.

friedaoncemore

Sami mężczyźni i Frieda z małpką. Kota nie widać. Ale oczywiście jest.

Kot i małpa. Hultajów dobrana para. Czy się mylę, czy jest tak, że ta poważna młoda kobieta na portrecie, portretując się z kotkiem i małpką, pokazuje nam język? Młoda kobieta. O tym też trzeba pomyśleć, bo Frieda nigdy nie była, w naszym dzisiejszym pojęciu, stara. Zmarła w roku 1954 i czy miała lat 44 czy 47, to po prostu była młoda.

Kot i małpa. Co Frieda miała na myśli, portretując się z tymi dwoma czarnymi zwierzakami? Wolność, niezależność i samodzielność. Może nawet czarownica. Na pewno kobieta poza konwenasem towarzystkim czy majątkowym. Wyzywające spojrzenie, kot i małpa na ramionach zamiast etoli z soboli.  Odwalcie się wszyscy ode mnie. Ja to ja.

Tak to interpretuję.

***
Wędrując po internecie po tropie tej hultajskiej pary – kota i małpy – trafiłam na informacje, które nie mają żadnego związku z Friedą i jej autoportretem, ale szkoda by o nich nie wspomnieć.

Po pierwsze ta bardzo klasyczna para pojawiła się już u Ezopa, a i La Fontaine o niej napisał. To od nich mamy powiedzenie o tym, że ktoś wyciągnął kasztany z ognia cudzymi rękoma. Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale te kasztany były częścią ulubionej retoryki partyjnej w okresie Marca 68. Ale, przyznaję, nie pamiętam kto był małpą. Izrael? Syjoniści? Może ktoś pamięta?

Jean de La Fontaine

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! “Słuchaj no, kolego –
Ozwie się małpa – przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,
Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki – i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

malpaczyli kotHultajska para. A ja tymczasem dowiaduję się, że istniała (istnieje? jak istnieje, skoro nie ma jej w Wikipedii!) małpka zwana kotem morskim (Cattus Marinus) albo kotawcem, przywożona w średniowieczu przez marynarzy, tak lubiane stworzenie, że weszło nawet do heraldyki. Ci którzy takiej istoty nigdy przedtem nie widzieli, myśleli, że to rodzaj kota. Stąd nazwa i bardziej koci niż małpi wizerunek. A zatem kot czyli małpa.

Herb Kot Morski w Heraldyce polskiej wieków średnich Piekosińskiego.

No to na zakończenie jeszcze kot morski z bestiariusza współczesnych gier fantasy. Czytam sobie, że:  Typowy morski kot mierzy 3,6 metra długości i waży 400 kilogramów. No! Ale też wygląda niczego sobie na te 400 kilo.

kotmorski400kiloI tak to jest z tym wpisami. Idą sobie po świecie, jak same chcą. Zaczęłam od Friedy Kahlo, skoczyłam do rewolucji meksykańskiej, Lenina i niemieckich zakusów gospodarczych, przeleciałam pędem od Ezopa przez heraldykę do współczesnej zabawy w fantasy i nagle okazuje się, że wpis się kończy (sam się kończy, uwierzcie mi) potworem morskim.

Do następnego razu! Idę święcić palmy.

 

Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Wykłady profesora Dąbrowskiego. I. Szlachta. Prolegomena.

profdabrowskiKiedy przygotowywałam wpis o wystawie Ryszarda “Złota rybka i rower”, znalazłam w sieci informację, że pochodzi on z rodziny tatarskiej i że jeszcze jego babka była tatarską szamanką. Z tej krótkiej notatki prasowej wynikało, że Ryszard sporo wie o swych tatarskich korzeniach.  Zaciekawiło mnie to, bo my też jesteśmy potomkami polskiej rodziny tatarskiej, po stronie babki ojca nosimy nazwisko Kryniccy, a to są spolonizowani i uszlachceni Tatarzy, pieczętujący się herbem Korab. Ale prawdę mówiąc nikt z nas chyba nie wie nic więcej na ten temat, ja może odrobinkę więcej niż reszta rodziny, bo podczas zajęć z antropologii (archeolodzy i tego się uczą) dowiedziałam się o istnieniu plamy mongolskiej i za pomocą badań wizualnych, przeprowadzanych głównie na plażach i basenach, ustaliłam naocznie, że wszyscy ją mamy. Poza tym niektórzy faceci w naszej rodzinie mają “dzikie wejrzenie”, takie spode łba, które wydaje mi się nader tatarskie,

I to by było na tyle.

Tymczasem Ryszard Dąbrowski, zapytany, czy dałby mi na blog jakiś tekst o jego rodzinnych Tatarach, przysłał mi serię wykładów o szlachcie i Tatarach. Te tematy się łączą, a jak, to zobaczycie za kilka tygodni. Postanowiłam bowiem ponowić polskie zabawy z tytułem profesora i mianować Ryszarda profesorem mianowanym (przeze mnie). Byli już Profesor Mmaa, termit, z “Wykładu profesora Mmaa” Stefana Themersona, był Jan Tadeusz Stanisławski, profesor mniemanologii stosowanej,  Profesorek Nerwosolek z  Antresolki Tadeusza Baranowskiego czy profesor Gąbka, prowadzący ekspedycję do Krainy Deszczowców w powieściach Stanisława Pagaczewskiego. Był wreszcie Profesor Tutka Jerzego Szaniawskiego. Wydaje mi się jednak, że Ryszard Dąbrowski ze znanych polskich profesorów najbardziej przypomina…

filutek-kotOtóż, Proszę Państwa, Ryszard Dąbrowski będzie od dziś prowadził Czwartkowe Wykłady o różnych sprawach, w tym o szlachcie i Tatarach, a może, jak się rozpędzimy, i na inne tematy. I mimo mojego dowcipkującego wstępu, wykłady będą poważne.

Geneza polskiej szlachty, jej rozkwit i upadek

Na przełomie VI i VII wieku dokonuje się na terenach polskich eliminacja rodów jako czynnika ustrojowo-politycznego na rzecz organizacji państwowej. Zaczynają kształtować się struktury feudalne oraz monarchistyczne, które umacniają się w X i XI wieku. W XI i XII wieku indywidualizuje się własność ziemska oraz powstają nowe rody zawiązywane przez rycerstwo – posiadaczy ziemskich, zobowiązanych do służby wojskowej. W niektórych przypadkach rody te powstają na pniu starych, najczęściej są one jednak „świeże” i przywłaszczają sobie część „starej rodowej ziemi”. W celu powiększenia drużyn do obrony państwa, książęta masowo nadawali rycerstwu ziemię w zamian za obowiązek służby wojskowej. Początkowo, aby zostać przyjętym do rycerstwa, należało umieć władać bronią i być ochrzczonym. Rycerz powinien wykazywać się honorem, dumą, odwagą i męstwem, wiernością danemu słowu oraz hojnością. W miarę upływu czasu przyjęcie do rycerstwa ograniczono tylko dla potomków rodzin rycerskich mających majątek i posiadłości ziemskie. Zaczęło kształtować się pojęcie szlachty – ludzi pochodzących z rodzin rycerskich. Rycerstwo biedne nie weszło do rodów heraldycznych, praw do herbu nie otrzymało i znalazło się poza szlachtą.
W XII wieku posiadanie ziemi nabrało charakteru pełnej własności wraz z prawem jej dziedziczenia.

Szlachta otrzymała szereg praw i przywilejów: prawo do dziedziczenia ziemi, imunitet ekonomiczny i sądowy, zwolnienie od ciężarów prawa królewskigo, np. z cła od soli oraz na przywożone artykuły i wywożone płody rolne, prawo zapewniające szlachcie wyłączność kupna ziemi czy zobowiązanie króla do wykupywania szlachty z niewoli.
Szlachectwo można było także utracić poprzez otrzymanie wyroku śmierci, ciężkiego więzienia lub banicji, zamieszkanie w mieście lub zajęcie się handlem oraz oddaniu się szynkarstwu. Definicja szlachectwa i przynależność do tego stanu ewoluowały na przestrzeni wieków. Niekiedy, aby być szlachcicem należało mieć oboje rodziców stanu szlacheckiego, kiedy indziej tylko ojca.
Szlachta umacniała nieustająco swoje prawa i przywileje oraz pozycję, godząc się na przekazywanie monarsze środków finansowych lub na przyszłego następcę tronu tylko i wyłącznie w zamian za kolejne przywileje. Ważnym elementem rozwoju stanu szlacheckiego było powstanie w końcu XV wieku, wyłonionego z prowincjonalnych sejmików, szlacheckiego parlamentu. Teraz nie król nadawał szlachcie przywileje aby ją zjednać, lecz ona je sama sobie w kolejnych konstytucjach sejmowych nadawała. Jedną z pierwszych w 1505 roku była „nihil novi”, która ustanowiła, iż król bez zgody szlachty nie będzie mógł stanowić rozporządzeń naruszających jej praw i wolności.

Szlachta polska była jedyna w całej Europie równa i bez utytułowanej arystokracji, bez tytułów książęcych (poza kilkoma litewskimi) i bez orderów, które czyniłyby wyłom w demokracji i solidarno-ści szlacheckiej. Miało to i złe strony jak elekcja, lberum veto, próżność i anarchia, które potęgował fakt, iż w Polsce w stosunku do populacji ludności, szlachty było w porównaniu do innych krajach europejskich około 10 razy więcej. Czasy saskie były apogeum i karykaturą tej sytuacji.
Ekonomicznie różnice były ogromne; z jednej strony Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy i Sapiechowie, a z drugiej chmary szlachty zaściankowj żyjącej na poziomie chłopstwa lub nawet poniżej. Pomału szlachta bezrolna przemieniała się w bandy rabujące mieszczan. Margines społeczny powiększała grupa „szlacheckich” próżniaków, żebraków i pijaków.
Rozwarstwienie ekonomiczne szlachty powiększał duży przyrost naturalny i wynikające z niego dzielenie majątków. Z drugiej strony następowała kumulacja majątków ziemskich (latyfundiów) w rękach zamożnej szlachty (Zamojscy).
W XVII – XVIII wieku demokratyczna władza szlachty zaczęła przechodzić w ręce magnaterii, uzależniającej od siebie szlachtę średnią oraz drobniejszą. Do tej ostatniej grupy zaliczała sie szlachta cząstkowa – posiadająca ziemię i kilku chłopów pańszczyźnianych, szlachta zagonowa lub inaczej zagrodowa – posiadająca kawałek ziemi własnoręcznie uprawianej, szlachta czynszowa – uprawiająca ziemię cudzą, szlachta domowa – służebna u bogatych szlachciców oraz szlachta brukowa czyli gołota – nic nie posiadająca i żyjąca z żebraniny lub złodziejstwa oraz sprzedająca się każdemu, kto tylko jej usługi chciał kupić. Z czasem magnateria staje się potęgą polityczną, podporządkowując sobie miasta oraz ubezwłasnowalniając chłopstwo, które nie może już zmieniać pracodawcy.

Na mocy kolejnych konstytucji (1505, 1550, 1633 i 1677) szlachta nie mogąc osiedlać się w miastach i uprawiać rzemiosła lub handlu izolowała się i dystansowała od pozostałych grup społecznych. Od XVI wieku posiadała ona także wyłączność na piastowanie funkcji i godności kościelnych. Rozwój kapitalizmu następujący z opóźnieniem w Polsce, chronił szlachtę jako stan.
Możliwości awansu w jej szeregi i związanej z tym nobilizacji nie były jednak całkowicie zamknięte. Poprzez nadanie przez króla, rady rycerskie oraz sejm a także poprzez przekupstwo, pieniądze, adoptowanie lub samozwaństwo stawało się szlachcicem. Ułatwiał to fakt, iż w Polsce nie istniał urząd prowadzący rejestry szlachty rodowej. Od XVIII wieku, szlachectwo można było otrzymać także za pełnienie odpowiednich funkcji w administracji cywilnej lub wojskowej. Najprościej jednak było szlachectwo kupić, co wykorzystywały często bogate rodziny żydowskie.
Obalona została doktrtyna „błękitnej krwi” i szlacheckiego urodzenia. O szlachectwie zaczął decydować kapitał.

Dnia 3 maja 1791 r. sejm szlachecki uchwalił kolejną konstytucję. Była ona zaczątkiem rewolucji ideologicznej, zmierzającej do demokratyzacji Polski. Pierwszym krokiem w tym kierunku było zniesienie „liberum veto” i wprowadzenie decydowania większością głosów oraz ograniczenie praw publicznych drobnej nic nie posiadającej szlachty, kupowanej i sterowanej przez magnaterię. Konstytucja ta nie spowodowała niestety uwłaszczenia chłopstwa oraz uznawała katolicyzm za religię panującą, a odejście od niej za przestępstwo. Wzmacniała ona jednak procesy społeczno-polityczne, przyczyniające się do powstawania układu kapitalistycznego i różnicowała rozwarstwienie klasowe poprzez relegowanie drobnej szlachty ze stanu.
W okresie rozbiorów, zapoczątkowanych konfederacją targowicką (zawiązaną przez hetmanów F. K. Branickiego i S. Rzewuskiego oraz generała S. Sz. Potockiego) a także krótko po nich, drobna szlachta ulega dalszej deklasacji, a szlachta średnia tzw. sarmacka, ulegając tendencjom kapitalistycznym, osiąga awans ekonomiczny i intelektualny.

Polityka państw zaborczych, nie likwidując stanu szlacheckiego, dążyła do jego ograniczenia i osłabienia. Dotknięta tym została szlachta drobna i uboga. Magnateria i szlachta wielka zaraz po rozbiorach znalazła się w orszakach monarchów-zaborców.
Państwa zaborcze nie były tak jak Polska demokracjami szlacheckimi lecz monarchiami absolutnymi. W żadnym z tych państw nie było takiej ilości szlachty przyzwyczajonej przeciwstawiać się administracji państwowej. Opanowanie przyzwyczajonej do samopaństwa szlachty stało się dla zaborców koniecznością, a jedyną możliwością zrealizowania tego stanowiło zniszczenie jedności stanu szlacheckiego i jego rozwarstwienie.

W Cesarstwie Rosyjskim dawne bojarstwo, wyodrębnione w procesie historycznym i będące odpowiednikiem rycerstwa i europejskiej szlachty, zostało przez carów wytępione. Powołany został nowy stan urzędniczo-wojskowy, usłużny i posłuszny, nagradzany łatwymi do zniesienia „ukazami”. W zaborze rosyjskim, w systemie między chłopem-niewolnikiem a szlachcicem-ziemianinem nie było miejsca dla drobnej szlachty. W 1800 r. zażądano od polskiej szlachty wylegitymowania się ze szlachectwa i jego udowodnienia. Dla większości biednej szlachty było to niemożliwe do spełnienia. Stare patenty zaginęły lub zostały zniszczone podczas licznych pożarów spowodowanych wojnami i buntami chłopskimi. Powoływanie się na tradycję rodzinną nie wystarczało.
Ukazem carskim z 24.05.1818 r. z ksiąg szlachecko-genealogicznych zawiązanej Heroldii Królewstwa Polskiego wykreślona została cała szlachta, która nie wylegitymowała swego pochodzenia stanowego.
Po powstaniu listopadowym, będącym ruchem szlacheckim, „ukazem” carskim z 19.10.1831 r. z całej szlachty polskiej wyodrębniono „dworian” – nie skompromitowanych udziałem w powstaniu.
Z pozostałej jej części utworzono: „odnodworców” – niewylegitymowaną szlachtę wiejską i „grażdan” – niewylegitymowaną szlachtę miejską. Przy tej okazji w celu ograniczenia liczby szlachty wielu jej przedstawicieli zaliczono do stanu chłopskiego. W 1863 r. zniesiono stan odnodworców i grażdan, a szlachtę tę wcielono do gmin wiejskich i miejskich na zwykłych prawach.
Takie usunięcie ze stanu drobnej szlachty, która prawie w całości znalazła się w granicach zaboru rosyjskiego, przyspieszyło proces rozkładu szlachty polskiej.

Szlachta czynszowa i zagonowa o ile, za udział w powstaniach listopadowym i styczniowym, nie została karnie wywieziona w głąb Rosji, „schłopiała”. Szlachta brukowa – wtopiła się w środowisko miejskie a szlachta domowa, wobec likwidacji świt, zasiliła szeregi proletariatu wiejskiego i miejskiego, często cierpiąc biedę.
W szlachecko-demokratycznej Rzeczypospolitej wszelkiego rodzaju tytuły, poza kilkoma litewskimi wyjątkami, były prawnie zakazane. Zamożne rody szlacheckie, wzorem zachodnim, żądne były wszelkiego rodzaju tytułów arystokratycznych. Zaborca austriacki wypełnił te pożądania nadając za ogromne pieniądze tytuły hrabiowskie (2.400 dukatów) i baronów („tylko” 1.200 dukatów), zyskując przychylność i służebność możnych polskich rodów. Noworyszowska arystokracja zwabiona tytułami i możliwościami kariery dworskiej, odcięła się od pozostałej masy szlacheckiej, która, słabsza ekonomicznie i bez stosunków, stała się łatwiejsza do opanowania.
„Zwykłe” szlachectwo, zaliczające daną osobę do stanu rycerskiego, należało udowodnić przed specjalnymi komisjami. Stopień szlachecki otrzymywali także oficerowie, po trzydziestu latach służby wojskowej i udziału w co najmniej jednej wojnie oraz oficerowie, urzędnicy i ziemianie odznaczeni wysokimi odznaczeniami państwowymi. Tytuły barona nadawano komandorom wysokich orderów oraz szlachcicom odznaczonym orderem Marii Teresy za czyny bohaterskie.
W zaborze pruskim szlachta drobna była nieliczną grupą, a szlachta ziemiańska szybko i służalczo odnalazła się w strukturach zaborczych. Uznanie tytułów szlacheckich zależało od łaski monarchy. Członkowie polskich rodów szlacheckich będących na służbie u króla polskiego, po złożeniu lenna oraz hołdu królowi Prus, zaliczani byli do stanu szlacheckiego, co było równoznaczne z ochroną posiadłości. Również ci, którzy udowodnili, iż ich przodkowie od przynajmniej stu lat są szlachtą lub za taką ich uważano, otrzymywali w berlińskim „Heroldsamt” (urząd ten istniał do 1918 roku) certyfikat szlachectwa i prawo do używania przy nazwisku tytularnego członu „von”.
Do godności szlacheckiej wynoszone były także osoby pełniące przez długi czas wyższe funkcje państwowe lub wojskowe.

Można postawić tezę iż osoby, które podczas zaborów utraciły szlachectwo lub się o jego odnowienie nie starały, wykazały się starymi rycerskimi cechami: honorem, dumą, męstwem i wiernością. Jakże pogodzić udział w powstaniach listopadowym i styczniowym z usłużnym proszeniem okupanta o odnowienie i uznanie szlachectwa.

Uwłaszczenie chłopów (w Prusach zniesiono poddaństwo w 1807 roku, w Austrii w 1848, a w Rosji w 1861 roku) spowodowało ruinę wielu gospodarstw folwarcznych. Pozwoliło to szlachcie, bez szkody dla ich szlachectwa, na oddanie się zajęciom miejskim, handlowi i rzemiosłu, co kiedyś było zabronione. Szlachta zaczyna tracić swój dawny wymiar i charakter jednolitej kulturowo społeczności. Przyspiesza to rozkład tego stanu na klasy i jego upadek. Zaczyna się okres kultury poszlacheckiej. Szlachta istnieje już tylko formalnie, a w kapitalistycznym systemie społecznym wyznacznikiem staje się układ klasowy a nie stanowy.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na mocy nowej konstytucji z 17.03.1921 r., w art. 96 zniesiono wszystkie szlacheckie przywileje stanowe, tytuły arystokratyczne i herby. Ani konstytucja Piłsudskiego z 25.04.1935 ani tym bardziej konstytucje powojenne nie przywróciły w Polsce stanu szlacheckiego i arystokracji.

Obecnie istnieje w Polsce kilka skłóconych ze sobą organizacji „monarchistycznych”, nadających (bezwartościowe) szlachectwo oraz przyznających swoim poplecznikom tytuły hrabiowskie. Działania te należy traktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka i politowaniem. Dziwić należy się próżności osób gotowych za te „tytuły” płacić pieniądze.

Szlachta polska to zamknięty obszar historii polskiej, który już nigdy nie powróci.
Badając obecnie historię własnej rodziny możemy mówić jedynie o jej szlacheckim pochodzeniu. Analizując etymologię swego nazwiska można mówić o jego mniejszym lub większym historycznym znaczeniu i wywodzeniu go ze szlachty. Poznawanie tej historii i tradycji będącej jednym z elementów kultury narodowej jest naszym obowiązkiem, pozwalającym zgłębić dzieje naszych przodków, przybliżyć ich charaktery, a przez to także zrozumieć nam samych siebie, w znacznej części sterowanych otrzymanymi w spadku genami.

 Zdjęcie profesora – Krystyna Koziewicz