Alma (4)

Lech Milewski

Upadek Tytana

Jako akompaniament do tego wpisu proponuję I symfonię Gustawa Mahlera – Tytan…

Rok 1907 to ostatni rok Gustawa Mahlera na stanowisku dyrektora wiedeńskiej Hofoper. W tym czasie nasiliły się ataki na Mahlera, wiele z nich miało antysemicki charakter. W tym samym okresie Mahler otrzymał bardzo intratną ofertę z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Trzymiesięczny kontrakt zapewniał zarobek wyższy niż całoroczna pensja w Hofoper.

Decyzja była oczywista, Mahler złożył rezygnację, co z kolei wywołało ostre protesty wielu kompozytorów i ludzi kultury. Jednak decyzja była nieodwołalna. Do portu w Cherbourgu jechali przez Paryż, gdzie witała ich zaprzyjaźniona rodzina Clemenceau i rosyjski pianista Ossip Gabryłowicz – KLIK. Tego ostatniego Alma oceniła jako bardzo brzydkiego, ale jednak zapamiętała go na dłużej.

Pobyt w Nowym Jorku był dla Gustawa bardzo udany. Publiczność i dyrekcja wysoko oceniali jego kunszt jako dyrygenta. Równiez jego utwory zdobywały coraz większe uznanie. Za to Alma nudziła się, źle się czuła. Wprawdzie wielokrotnie wspomina, że Amerykanie to wyjątkowo gościnni i sympatyczni ludzie, ale to jej nie wystarczało.

W Nowym Jorku spotkała ponownie Ossipa Gabryłowicza, który wyznał jej swoje uczucia: Muszę wyznać Pani coś strasznego. Jestem w trakcie coraz bardziej szaleńczego zakochiwania się w Pani. Proszę mi pomóc uwolnić się od samego siebie. Cenię Mahlera i nienawidzę myśli, że mógłbym go skrzywdzić.

Reakcja Almy
Więc jestem jeszcze warta czyjejś miłości. Pomyślałam, że nie jestem jeszcze stara ani brzydka. … pomogło mi to na jakiś czas przezwyciężyć poczucie mojej małej wartości.

Poczucie małej wartości, pustka, osłabienie, depresja. Lekarze coraz częściej wysyłali Almę na odpoczynek lub kurację.

Zimowe wyjazdy do Nowego Jorku trwały przez następne 3 lata. Brak jakichkolwiek informacji o Almie poza tym, że dwukrotnie poroniła i w rezultacie jej depresja pogłębiła się. Mahler nadal odnosił sukcesy. Jedynym cieniem była może niechęć nowego dyrektora MET – Artura Toscaniniego, ale nie miało to większych praktycznych konsekwencji. Na plotkarskim marginesie wspomnę, że Ossip Gabryłowicz ożenił się z Klarą Clemens, córką Marka Twaina.

W roku 1910, po powrocie do Austrii, Mahler poświęcił się komponowaniu w nowozakupionym domu w Dobiacco (Toblach). Alma w towarzystwie matki pojechała na kurację do Tobelbad.

Już wkrótce zwróciła uwagę na młodego pruskiego archtekta. 25-letni wtedy Walter Gropius po dwóch latach studiów architektonicznych rozpoczął praktykę w modernistycznej pracowni archtektury i wzornictwa przemysłowego, jego kolegami byli Ludwig Mies i Le Corbusier. Zyskał już sobie pewien rozgłos koncepcjami budowy fabryk, które byłyby “przyjazne” dla robotników.

Instynkt Almy był niezawodny. Już wkrótce nawiązała z Gropiusem bliski kontakt duchowy: ...spędziliśmy całą noc razem, spokój zakłócony tylko przez światło poranka i śpiew słowika. Przy moim boku przystojny młody mężczyzna. Dwie dusze razem, ciała zapomniane.

W swoich dwóch książkach relację z Tobelbad Alma ograniczyła tylko do wzmianki, że: …zakochał się we mnie jakiś X i śle miłosne listy.

Dwa tygodnie po wyjeździe obojga z Tobelbad Walter Gropius napisał do Almy, do Dobacco, miłosny list, powołujący się na ich wzajemne uczucie i wzywający, aby natychmiast porzuciła męża i przyjechała do niego. List zaadresował do… Herr Direktor Gustav Mahler!!!

Gustaw przeczytał po czym dał Almie do przeczytania i spytał, co to ma znaczyć. W Almie obudziła się uśpiona przez wiele lat lwica. Tak – oszukała go, bo ma dosyć codziennego miażdżenia przez ślepego geniusza. Przez tyle lat gnębiło ją poczucie winy, że nie może się wznieść na jego poziom. Ale teraz – skończyło się!

Gustaw nie okazał gniewu, nie zarzucił Almie zdrady. Coś się w nim załamało. Spytał tylko, czy Alma posłucha wezwania swego kochanka. Odpowiedziała, że nie.

Podczas długiej nocnej rozmowy Gustaw kajał się za swoje zaślepienie, bił się w piersi. W następnych dniach prześladowała go chorobliwa zazdrość. W nocy zostawiał otwarte drzwi od sypialni, nasłuchiwał oddechu Almy. Kilkakrotnie znalazła go rankiem śpiącego na korytarzu, pod drzwiami do jej sypialni. Alma napisała do Gropiusa, żeby czasowo zawiesić wszelkie kontakty.

Kilka dni później, podczas spaceru z Gustawem, zauważyła jakąś postać kryjącą się pod mostem koło bramy ich domu. Wskazała ją Gustawowi – to był Walter Gropius.
Przyprowadzę go – powiedział Mahler – czekaj na nas w domu.
Gustaw przyprowadził Waltera i zostawił go samego z Almą. Sam udał się do swojego pokoju, gdzie czytał Biblię.
Cokolwiek zdecydujesz będzie dobrze – powiedział żonie.

Alma poprosiła Gropiusa, żeby opuścił ich dom. Gustaw, z latarnią w ręku, odprowadził niespodziewanego gościa do bramy.

Mahler zasypywał teraz Almę czułymi listami. Na manuskrypcie X symfonii napisał:
Boże, Boże, dlaczego mnie opuściłeś? Do widzenia moja liro! Żyć dla Ciebie, umrzeć dla Ciebie, Almschi!
Kilka dni po tym dramatycznym wydarzeniu Alma usłyszała w pokoju Gustawa muzykę – grał jej pieśni. Na odgłos jej kroków wypadł z pokoju: To jest doskonałe! Cóż ze mnie za barania głowa, że tego od razu nie zauważyłem!

Stan jego zdrowia gwałtownie się pogorszył. Do tego przyszło ostateczne upokorzenie – impotencja. Za radą znajomych zwrócił się o pomoc do Zygmunta Freuda.

Czy pamiętacie Państwo zacytowane dwa tygodnie temu słowa Almy: Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imię Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

Moje pierwsze spotkanie z Freudem odbyło się za pośrednictwem cudnej przedwojennej komedii Antoniego Cwojdzińskiego – Freuda teoria snów – KLIK. Przecież Maria to imię matki Gustawa. Wiedziałem od razu, czego oczekiwać po tej wizycie.

Mahler musiał pojechać do Freuda do Lejdy. Odbyli razem 4-godzinny spacer. Reakcja Freuda była oczywista – Jak pan mógł ożenić się z kimś, kto nie miał na imię Maria?! (…) Pana matka była chora, słaba, gnębiona przez codzienne kłopoty. Właśnie kogoś takiego chciał pan widzieć w swojej żonie.

Równocześnie Freud uspokoił obawy Mahlera, że jest za stary dla Almy. Nic podobnego, dzięki temu przypomina jej pan jej ojca, a ona właśnie kogoś takiego potrzebuje.

Alma przyjęła diagnozę Freuda obojętnie, zaś przysłany przez niego rachunek za kilkugodzinny spacer z Mahlerem bardzo ją rozgniewał i, o ile wiadomo, nigdy go nie zapłaciła.
Co innego Gustaw – libido powróciło.

Po powrocie do Wiednia Alma kontynuowała korespondencję z Gropiusem:
Walterze, chcę mieć dziecko z Tobą… Czy pragniesz mnie nadal tak silnie jak miesiąc temu?

W listopadzie kolejny wyjazd do Nowego Jorku. Do portu w Cherbourgu Gustaw jechał z Bremy, Alma z Wiednia, a Walter Gropius z Berlina.

Ooops – troszkę mnie poniosła fantazja.
Alma jechała pociągiem Orient Express z Wiednia do Paryża. Walter dołączył do niej w Monachium. W Paryżu spędzili razem 4 dni.

Już z Nowego Jorku Alma pisała do Waltera:
Kiedy znowu Cie zobaczę… stworzonego przez boga? Chcę mieć całe Twoje piękno w sobie. Nasze dwie perfekcje połączone razem muszą zaowocować półbogiem.
Jakaś obsesja na punkcie dzieci. Przecież przed małżeństwem z Mahlerem snuła podobne marzenia – mieć dziecko z nim. Jego umysł, moje ciało!
A przecież jako matka nie wykazała żadnego instynku macierzyńskiego ani nawet specjalnego zainteresowania córkami. Jedyne wzmianki na temat córek jakie znalazłem w książkach Almy to nazwisko guwernantki – Miss Turner.

Na Boże Narodzenie Gustaw zasypal Almę prezentami. Równocześnie podjął starania w celu publikacji i rozpowszechnienia utworów Almy. W styczniu 1911 roku śpiewaczka Frances Alda zdecydowała się wykonać kilka pieśni Almy. Przesłuchania odbywały się u Mahlerów. Gustaw brał w nich udział z ogromnym zaangażowaniem. Przy każdej nucie miał jakieś uwagi. Za każdym razem szukał akceptacji Almy – czy tak właśnie chciałaś? W rezultacie Alma zrezygnowała z jakichkolwiek uwag. Pieśni Almy zostały wykonane w marcu i przyjęte przez publiczność życzliwie.

Od Bożego Narodzenia Gustawowi dokuczał ból gardła. 21 lutego 1911 roku dostał gorączki 40·C, ale mimo to nie odwołał koncertu w Carnegie Hall. Następne tygodnie spędził w łóżku – ostre zapalenie osierdzia. Alma i jej matka dyżurowały przy nim nieustannie. Na początku kwietnia Mahlerowie opuścili USA. 18 maja Gustaw Mahler umarł w Wiedniu.

Pogrzeb odbył się 22 maja na cmentarzu Grinzig. Alma, na polecenie lekarzy, nie wzięła udziału w uroczystościach pogrzebowych. Zgodnie z życzeniem Mahlera jego grób znajduje się obok grobu jego córki Putzi, a pogrzeb był skromny. Tym niemniej wzięło w nim udział wielu luminarzy świata muzyki i kultury.

Poniżej malarska impresja z pogrzebu. Autor – Arnold Schönberg…

Burial of Gustav

Na zakończenie pozwolę sobie na własną refleksję z dziedziny muzyki.
Otóż nie lubię muzyki Mahlera. Uważam, że widać w niej więcej dyrygenta niż kompozytora. Według mnie Mahler tak dobrze znał możliwości orkiestry, że kiedy wreszcie miał wolność zrobienia z nią, co tylko możliwe, to bawił się jak dziecko, zapominając o tym, co właściwie chciał powiedzieć.

W rozmowie z Freudem Mahler potwierdził moje spostrzeżenie. Wyznał niemoc twórczą, która polegała na tym, że kiedy już udało mu się wytworzyć klimat do wyrażenia czegoś wielkiego, wtedy przypomina mu się upiorna scena z dzieciństwa.
Któregoś dnia wybiegł z domu, nie mogąc słuchać sprzeczki między rodzicami, kiedy to ojciec gnębił jego matkę i w tym momencie na ulicy rozległa się głośna katarynka grająca popularną melodię – O mein lieber Augustin. Wydało mu się to straszliwie wulgarne, czuł się upokorzony i wyszydzony.

Eureka!!! Czy Symfonia Tytan (55 minut) jeszcze trwa?
Proszę skoczyć do 28 minuty nagrania. Specjaliści piszą, że Mahler wykorzystał tam smutną pieśń z rejonu Górnej Adygi, niektórzy piszą, że to stara pieśń słowiańska. Dla mnie jest to urocza muzyka klezmerska. Dlaczego trzeba było na to tak długo czekać? Po co ta gigantyczna orkiestra?

Bibliografia:
1. Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
2. Alma Mahler – Gustav Mahler, memories and letters – KLIK.
3. Alma Mahler – And the bridge is love – KLIK .

Berlin: Wielka Wojna reloaded

Ewa Maria Slaska

Dla Jarosława Suchoplesa

Projekt “Wystawy”

Przez dobre pół tego roku zajmowałam się Wielką Wojną. Miałam do napisania dwa referaty na ten temat i żeby je napisać, musiałam przeprowadzić sporo poszukiwań, tak terenowych, jak w bibliotekach i archiwach. W międzyczasie nadeszła wiadoma setna rocznica i do zadań codziennych, poświęconych Wielkiej Wojnie naszych przodków, doszły jeszcze tworzone na bieżąco wpisy na blogu, moje i cudze, które jednak to ja musiałam zainspirować, sprowokować i, rzecz jasna, zadministrować. Gdy dwutygodniowa seria na blogowisku się skończyła, zaczęłam mój prywatny i z niczym nie związany projekt, polegający na zwiedzeniu WSZYSTKICH wystaw, jakie zostały zorganizowane w Berlinie na temat I Wojny Światowej. Gdy już obejrzałam kilka tych wystaw, w berlińskim magazynie programowym TIP przeczytałam artykuł na ten sam temat. Znalazł się tam też spis tych wystaw, których, jak się okazało, jest więcej niż myślałam. Redakcja doliczyła się mianowicie ośmiu ekspozycji, ja obejrzałam je wszystkie, plus jeszcze jedną, której na liście nie było. Dziewięć. Projekt “Wystawy” zajął mi praktycznie rzecz biorąc cały sierpień i…

Najpierw jednak wymieńmy te wystawy. Na liście TIP-a znalazły się następujące ekspozycje:

1914–1918. Der erste Weltkrieg  / I Wojna Światowa
Deutsches Historisches Museum, Unter den Linden 2, Mitte, täglich bis/codziennie do 30.11.

Der gefühlte Krieg/ Wojna odczuta Museum Europäischer Kulturen, 
Arnimallee 25, Dahlem, täglich bis/codziennie do 28.6.2015

Der erste Weltkrieg in der 
jüdischen Erinnerung/ I Wojna Światowa we wspomnieniu żydowskim
Jüdisches Museum, Lindenstraße 9-14, Kreuz­berg, täglich bis/codziennie do 16.11.

Mahnung und Verlockung
/Napomnienie i pokusa
Käthe-Kollwitz-Museum, Fasanenstraße 24, Charlottenburg, täglich bis/codziennie do 6.11.

Die große Illusion / Wielkie złudzenie
Collegium Hungaricum Berlin, 
Dorotheenstraße 12, Mitte, täglich bis/codziennie do 26.10.

1914. Das Ende der Belle Époque / Koniec Belle Époque
Bröhan-Museum, Schloßstraße 1 a, 
Charlottenburg, Di–So bis / wtorek- niedziela do 31.8. ( Achtung! Die Ausstellung ist zum Ende, man soll sich aber unbedingt die Dauerausstellung anschaen, die immer nur dieses ein Thema betrachtet: Das Ende einer schönen Epoche / Uwaga wystawa się skończyła, ale należy obejrzeć wystawę stałą, która właściwie zawsze jest o tym właśnie, o końcu pewnej epoki)

Avantgarde! / Awangarda!
Sonderausstellungshallen Kulturforum, Matthäikirchplatz, Tiergarten, täglich bis/codziennie do 12.10.

A ja dodam jeszcze wystawę:

Die Welt um 1914. Farbfotografie vor dem Großen Krieg Świat koło roku 1914. Kolorowa fotografia przed Wielką Wojną
Martin-Gropius-Bau Berlin, Niederkirchnerstraße 7, Kreuzberg, täglich bis/codziennie do 2.11.

No i teraz jest pora na to, co chciałam powyżej napisać po “i” i trzech kropkach. Wszystkie wystawy warto obejrzeć, może najmniej tę, która jest sztandarowym produktem Berlina z okazji rocznicy czyli wystawę o Wielkiej Wojnie w Niemieckim Muzeum Historycznym (DHM), która jest bardzo dokładna, bardzo porządna, bardzo nudna, bardzo czarna i jest tam bardzo, bardzo… zimno! Szczerze powiedziawszy na wszystkich wystawach w Berlinie było dotychczas ciemno lub co najmniej ciemnawo, a teraz na dodatek jest jeszcze zimno, widocznie takie są najnowsze osiągnięcia muzealnictwa.

Najładniejsze są wystawy o Awangardzie i o końcu Pięknej Epoki, bo pokazują ładne obrazy, ładne przedmioty codziennego użytku i ładne meble.

Najlepsza natomiast jest wystawa o wojnie i uczuciach w Muzeum Kultur Europejskich. Pozornie wydaje się ona trochę niepozbierana tematycznie, bo składają się na nią najróżnorodniejsze tematy, każdy zaprezentowany w innej scenerii i poprzez inną metodykę wystawienniczą, ale mimo to jest to wystawa bardzo konsekwentnie skupiona na jednym tylko temacie: uczucia. Uczucia tamtych ludzi podczas tamtej wojny, ale też nasze uczucia, gdy patrzymy na wojnę, słuchamy o wojnie, widzimy obrazki z wystawy i myślimy o tym, że każda wojna jest inna, a przecież każda nas w sposób straszliwy rani uczuciowo. I że nic nie mija, wszystko gdzieś jest i wszystko może wrócić i do nas. Interesujące, że kurator wystawy wymieniając uczucia, jakie pojawiają się w obliczu wojny, wymienia przede wszystkim strach i niepewność, a tymczasem dla mnie podstawowym uczuciem “wojennym” jest rozpacz. Rozpacz i zwątpienie czyli Verzweiflung.

Natomiast z punktu widzenia Polaków wszystkie te wystawy mają jedną przeogromną wadę – nas tam nie ma! Pojawimy się ułamkowo w wystawie w DHM, gdzie jest Piłsudski oraz informacja, że naukowcy towarzyszący wojskom odkryli nieznanych im dotąd tubylców czyli… polską kulturę żydowską. Poza tym nie ma Polski, nie ma sprawy polskiej, nie ma – poza wzmianką o Piłsudskim – wysiłków Polaków o odzyskanie niepodległości, nie ma frontu na terenie Polski, nie ma Polaków w Armii Pruskiej, czyli Niemieckiej, czy Cesarskiej, nie ma polskich artystów awangardowych (a przecież współpracowali z Niemcami, a część z nich działała i tworzyła w Berlinie), nie ma nas nigdy i nigdzie. Powtórzę raz jeszcze: NIE MA NAS! Z niemieckiego punktu widzenia była to niemiecka wojna stoczona z Francuzami i Belgami. Gdzieś tam przyplątali się do niej Australijczycy i Amerykanie, z oddali majaczą jacyś Rosjanie, ale Polaków nie ma. Niewidzialni, niedotykalni…

Znowu Pionki

Ciekawe. Wydaje mi się, że chyba nigdy przedtem świadomie nie słyszałam o Pionkach. Gdy jednak przygotowałam do publikacji wpis Michała S. Balasiewicza o Janie Procie, Pionki wryły mi się na stałe w pamięć. I wtedy, właściwie nagle, okazało się, że znam  co najmniej dwie osoby – dwóch panów – urodzone i wyrastające w tym małym miasteczku w Puszczy Kozienieckiej, które z zaściankowego Zagożdżona stało się ważnym ośrodkiem produkcyjnym, pracującym na potrzeby przemysłu zbrojeniowego Polski w latach 30, kiedy to też, z uwagi na liczne kontakty zagraniczne, Zagożdżon przemianowano na Pionki. Poprosiłam obu panów, żeby napisali nam coś o dzieciństwie w Pionkach i oto jeden z nich już odpowiedział na to wezwanie.

Konrad Sałagan

Pionki koło Radomia

Wyjazd z Pionek na krótko przed moim pójściem do szkoły podstawowej (1964 r.) wprowadził w mój los fatalną „lekkość bytu”. Wtedy jeszcze nie miałem o tym pojęcia. Moja babka, Joanna Płachta – było to nazwisko jej drugiego męża, bo pierwszy zagubił się w czasach II wojny światowej – wywiozła mnie do rodziców na tereny Zagłębia Śląsko-Dąbrowskiego. W ten oto sposób straciłem krainę swojego dzieciństwa, miejsce i epokę, kiedy przychodziły do mnie anioły, gdy rozmawiałem z ptakami, gdy zasłaniały mnie gęstwiny leśnych paproci, gdy kwiatami z leśnej polany stroiłem na pożegnanie zmarłych w prosektorium.

Tak, właśnie tak, bo wychowywałem się samotnie na terenie szpitala ogrodzonego słupami z drutem kolczastym, szpitala w Pionkach. To charakterystyczny sposób zamykania przestrzeni dla Pionek, ponieważ tak był ogrodzony olbrzymi teren zakładów ZTS „Pronit”, przedwojennej Państwowej Wytwórni Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) – ogrodzenie w dwóch rzędach, a nawet miejscami w trzech. Na żelbetonowych słupach był rozpięty drut kolczasty. Niemiłosiernie ostre kolce. Między ogrodzeniem stały strażnice i przechadzali się umundurowani, uzbrojeni strażnicy. Szpital nie miał takiej asysty. Leżał trochę dalej od zakładów po drugiej stronie torów kolejowych, za szlabanem. W tamtych czasach w Pionkach dużo było szlabanów, powiedzmy – „urok” miejsca o przeznaczeniu militarnym.

salagan1Pionki – przed siedzibą władz czciciele tow. Bieruta, prawdopodobnie w dniu ogłoszenia jego śmierci (rok 1956)

Pionki prawie na połowę dzieli trakcja kolejowa, fragment ważnego szlaku, Częstochowa-Lublin. Po drodze Dęblin, a wcześniej na zachód krąg zbrojeniowych zakładów w Radomiu. Władysław Płachta, mój przybrany dziadek, pracował jako robotnik na Wydziale Nitrogliceryny w ZTS „Pronit”. Na rękach i ramionach, może i na całym ciele, miał podłużne białe i szare plamy. Do swojej pensji otrzymywał gratyfikację za szkodliwą pracę. Prosty i subtelny człowiek, syn cieśli z Wygwizdowa – taka mała a zarazem odrębna dzielnica Pionek. Pierwsza chałupa przed ścianą lasu Puszczy Kozienickiej. Jeszcze tory kolejki wąskotorowej prowadzące do tartaku (również druty kolczaste) i na Załamanek, czyli w kierunku rozjazdu dróg do Radomia albo Kozienic.

salagan2Pionki – pierwsza od prawej Joanna Płachta przed szpitalem za drutami,
późne lata 50 XX w.

Za drutami, blisko zakładów mieszkała elita techniczna i urzędnicza w przedwojennych domach o klasycznym metrażu, normalnym, ludzkim. W barakach za pocztą mniej więcej na przeciw dworca kolejowego Pionki Zachodnie, w barakach, choć każde mieszkanie miało ogrodzony (już siatką czy płotem) ogródek, mieszkali wykwalifikowani robotnicy. Tu mieszkał z rodziną mój wuj, Arkadiusz Sobolewski, brat babki Joanny. Pokój z kuchnią, troje dzieci, spiżarnia, WC, ogródek, jabłonka papierówka, drobna plantacja pomidorów, jeden, permanentnie reperowany rower, aha, jeszcze długa latarka – symbol przynależności do lepszych. W zasadzie rzecz praktyczna, bo kogo milicja złapała jadącego na rowerze bez światła, mogła spałować lub wlepić mandat.

To była atmosfera i warunki egzystencji ludzi w Pionkach lat 50, 60 i na początku 70 XX w. Specyfiką Pionek byli wtedy rowerzyści, złodzieje rowerów, szmugiel części rowerowych, marzenia młodych ludzi o rowerze wyścigowym. O, np. mieć huragan, ho, ho. Jeszcze nim nastał świt, albo zaraz po zmierzchu, Pionki wypełniały setki, setki świateł latarek. Nie każdego było stać na rower z dynamem. Zza drzew, Pionki wypełniały fragmenty lasu, zza drzew widziałem ławice świateł, ludzie „schodzili” ze zmiany lub szli na swoją zmianę. To nie wszystko. Dzwonki rowerowe brzęczały tu, tam, dalej i dalej. Stałem po drugiej stronie, za drutami, ukryty pośród drzew. Teren szpitala w Pionkach miał wewnętrzny las. Tam w głębi pochowano żołnierzy niemieckich, których tu leczono, bodaj rannych na wschodnim froncie II wojny światowej. Płytkie groby, zniszczone i zbutwiałe krzyże, odkrywałem czaszki. Modliłem się. Tak poradził pan Strzębała, który pracował w szpitalnej kotłowni. Mój przewodnik po czarnym i ognistym piekle. W szpitalu wszędzie mogłem wejść, ale koło drzwi kotłowni w suterenie lękałem się przechodzić. Babka Joanna pracowała również na tym poziomie, jako kierowniczka szpitalnej pralni. Jak w szpitalu pracowały siostry zakonne, babka asystowała jako siostra instrumentariuszka. Potem wraz z „rozwojem” podstawowej organizacji partyjnej spadała coraz niżej w hierarchii. Wreszcie z łaski zatrudniono ją jako portiera.

salagan3Władysław Płachta, reanimacja po zatruciu, krew oddaje Joanna Płachta – Pionki, w szpitalu za drutami, wczesne lata 60 XX w.

Na dużą skalę wynoszono tzw. spirytus wytwórniany. Do tego również służył rower, a właściwie rama w rowerze. Oczywiście, spirytus wykradano na tysiąc i jeden sposobów. Stąd pojawiały się problemy z moim przybranym dziadkiem, a babka Joanna musiała błagać, by nie wyrzucono go z pracy. Szmugiel tzw. spirytusu wytwórnianego był następnym elementem charakterystycznym dla „ducha miejsca” Pionek. Zatem powtórzę – zewnętrznym motywem leśnych, wiejskich oraz industrializowanych Pionek były nadmiar żelbetonowych słupów i ogrodzeń z drutu kolczastego, wprost obsesja podnoszonych i zamykanych szlabanów; tabuny rowerzystów; szeroka rzeka szmuglowanego spirytusu. Później w latach 70 doszły jeszcz: produkcja na olbrzymią skalę „domowej” morfiny i heroiny (no, zakład chemiczny, stąd znawcy procesu ekstrakcji) oraz olbrzymie zatrucie środowiska naturalnego po wybudowaniu w Pionkach Wytwórni Skóry Syntetycznej (lata 1971-1975). Nic nie dawały protesty lekarzy zakładowych – sprawa polityczna. Ukrywano statystyki schorzeń, a np. dr Józefa Biernata wyrzucono z pracy, a potem szantażowano. Nie tylko jego.

Ludzie marli jak muchy. Wielu moich znajomych, kolegów, przyjaciół, przecież pamiętam, zdolnych, jakże zdolnych ludzi, odeszło przez narkomanię. Prasa informowała o „zagłębiu” morfiny i heroiny w Pionkach. Wzrastała także śmiertelność od wyziewów i zanieczyszczeń Wytwórni Skóry Syntetycznej. Tak odeszła moja narzeczona, Ania Andrzejewska, z tych dwóch powodów. Zerwałem wprawdzie z nią wcześniej, bo była córką aparatczyka PZPR. Mieszkali na początku w budynku przedwojennym. Kryterium aktualne do dzisiaj, przejaw socjotechnicznego rozwarstwienia w Pionkach. Należałem do nizin społecznych.

salagan4Konrad Sałagan, miniaturowa karetka pogotowia i dwie plastikowe muzy – Pionki, przedszkole nr 1 za Łaźnią, wczesne lata 60 XX w.

Na razie przekroczmy zewnętrzny motyw „ducha miejsca” Pionek. A zatem na terenie otoczonym drutem kolczastym, czyli nad wyraz bezpiecznym terenie szpitala w Pionkach, spełniła się epoka mojego dzieciństwa. Jak kwiat paproci. Biegałem po lesie pośród gęstego poszycia, a niezwykły kwiat wciąż umykał. Przybrany dziadek uczył mnie strzelać z procy, by odstraszyć skrzydlatych intruzów, ponieważ jego pasją była hodowla gołębi i miał na terenie szpitala własny gołębnik. Karmił mnie ogórkiem kwaszonym, boczkiem i chlebem.

salagan5Konrad Sałagan, uśmiech dla Matki, której nie ma w Pionkach – Pionki, wczesne lata 60 XX w.

W tamtych czasach Pionki oglądałem za szyby karetki pogotowia, które było blisko szpitala. Kierowcą karetki był mój ojciec chrzestny i wuj, Tadeusz Łuczyński z Kozienic. Jeśli go uprosiłem i były takie możliwości, dzień wypełniała przygoda. Fascynowała mnie architektura, np. przedwojenny dworzec Pionki Główne. Używam tu potocznej nazwy “Pionki Główne”, ale na wspomnianym budynku dopiero od 8 sierpnia 1932 r. widnieje napis “Pionki” – przedtem był napis “Zagożdżon.” Nazwę zmieniono, bo kooperanci zagraniczni PWP mieli kłopoty z wymową słowa “Zgożdżon.”

Właściwie od tego dworca w latach 20 XX w. wszystko się zaczęło. Stamtąd prowadzą dwie ulice istotne dla rozwoju Pionek, czyli ul. Kolejowa i ul. Zwoleńska. A po drugiej stronie torów kolejowych była kiedyś rozbudowana bocznica. Tu również w latach 20 zwożono maszyny, materiały, narzędzia, itp. do budowy i rozbudowy Państwowej Wytwórni Prochu. A nawet tu obchodzono święta państwowe. Trochę dalej zabrano dom z długą altaną (do dzisiaj marzę o takim domu), dom babki Joanny i jej pierwszego męża, ojca śp. mojej matki Honoraty Hanny Sobolewskiej. Ale to wydarzyło się już po II wojnie światowej. Znacjonalizowano dom i rozległą działkę ze względów „strategicznych”. Babkę Joannę przygarnęły siostry zakonne i lekarze jeszcze konotacji AK-owskiej, dając mieszkanie na terenie szpitala w Pionkach. Tak przypuszczam, ponieważ pokolenie mojej babki, a także pokolenie matki, nabrały wody w usta. Ludzie doświadczyli okupacji niemieckiej, a później sowieckiej. Przyczyną był paniczny strach. Potem dawano w tym miejscu działki dla zasłużonych wobec władzy komunistycznej. Dzisiaj to mniej więcej początek ul. Mikołaja Reja.

45lat

Dyrektor Konrad Sałagan (piąty od lewej) ze współpracownikami, na niewidocznym transparencie napis “Powstanie Warszawskie jeszcze trwa”Pionki, Miejski Ośrodek Kultury, sierpień 1989 r.

Pionki były dziwną miejscowością i trochę taką pozostały. Niekonsekwencja urbanizacyjna, nie dokończone wątki lokalizacji miejskiej. Prawdopodobnie właściwie miała to być miejscowość ukryta pośród lasu. Odbierałem zabudowę Pionek i otoczenie jako niepowtarzalny urok. Gdy byłem krótko dyrektorem Miejskiego Ośrodka Kultury w Pionkach, w latach 1989-1990 (to socrealistyczny budynek) i wydawałem Gazetę Pionkowską, sugerowałem, że ta miejscowość przypomina greckie polis. Trochę miasta, trochę wsi, trochę lasu w środku. Jednak drzew wciąż ubywa w zastraszającym tempie, miasto ledwie funkcjonuje; a tam, gdzie postawiono bloki w latach 70 i 80, czyli na ziemi rodzącej zboże i miejscu sadów, nie da się teraz nagle przywrócić agrokultury.

salagan7Rozpocząłem od tego, że przed 1964 r. babka Joanna wywiozła mnie z Pionek do miejsca zamieszkania rodziców. Musiała to zrobić, bo właśnie wyrzucano ją i dziadka z mieszkania przy szpitalu. Musiała wpłacić ok. 16 tys. zł (kolosalna suma, jak na lata 60 i realia PRL), by zamieszkać w socrealistycznym bloku w pokoju z kuchnią przy ul. Aleje Lipowe. Oto paradoks, bo jest to i ulica i jednocześnie aleje, a do tego rosną tam przeważnie drzewa jarzębiny. Mieszkający tam ludzie, robotnicy niewykwalifikowani, otrzymali te lokale za darmo.

Konrad Sałagan, Pionki, mieszkanie przy ul. Aleje Lipowe – składanie 1 numeru pisma Nad Zagożdżonką, styczeń 1993 r.

Mimo decyzji babki Joanny każdy wolny czas chciałem spędzać w Pionkach i często tu przyjeżdżałem. Nie chciałem, by w tak absurdalny sposób zamknęła się brama do krainy mojego dzieciństwa i młodości. Wstawiałem więc buntowniczo nogę w malejący prześwit bramy. Kiedy po 8, 9 godzinach podróży wychodziłem z pociągu na peron dworca Pionki Zachodnie, a była np. mroźna zima, przede mną stały ośnieżone i iskrzące się jodły i wysokie limby. „W tej okolicy jest zbyt uroczyście…” Znowu wróciłem do siebie, tak wewnętrznie – pierwsze sekundy obecności w Pionkach.

Pionki to geneza mojej poezji od 12 roku życia. Geneza mojego bycia wymytym hippie. Geneza drogi ku wolności. I te umykające złote warkocze Małgosi Wojciechowskiej, której tłumaczyłem filozofię egzystencjalną na długich spacerach, zamiast ją pocałować. Nie poderwałem więc Euterpe. Znakomita biblioteka zakładowa w przedwojennym budynku Pod Łabędziami, rezydencji Dyrektora Naczelnego Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Niezwykłej urody architektura, połączenie renesansu z tzw. polską architekturą dworkową, poziom klasy europejskiej, niestety nie opracowany naukowo. Bywały takie wakacje, że prawie nie wychodziłem z mieszkania babki Joanny, tylko wypożyczałem sterty książek. To zasługa ludzi, którzy prowadzili tę bibliotekę. Chyba ten księgozbiór był punktem ciężkości atmosfery Pionek tamtych lat. Nie spotkałem takiej atmosfery twórczej i intelektualnej ani w Katowicach, ni Sosnowcu, Będzinie. Źródeł inspiracji w Pionkach było więcej, ale ten temat jest zbyt obszerny, jak na krótką impresję. Rzecz paradoksu – obok nadmiar drutu kolczastego, który ograniczał przestrzeń, jednocześnie szum skrzydeł wolności, bez granic. Przypuszczam, że atmosfera Pionek przejaw świadomości zbiorowej ludzi, którzy tam mieszkali, to proces uruchomiony przez założycieli tej miejscowości, przede wszystkim dyrektora dr inż. Jana Prota (właściwe jego nazwisko to Berlinerblau) oraz innych, elity Polski przedwojennej. O Janie Procie jest publikacja na blogu autorstwa Michała S. Balasiewicza.

Śp. Piotr Mitan, syn inżyniera i oficera przedwojennego, próbował w latach 90 XX w. zrekonstruować splendor słynnego Kasyna Urzędniczego, budynku leżącego blisko głównej bramy zakładów. Zrobiłem dla niego szyld w konwencji modernistycznej, a zarazem znak firmowy, a także pomogłem w doborze kadry pracowniczej. Projekt padł przed końcem XX w., a Piotr w kilka lat później zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Zatem zabrakło świadomego kontynuatora. Piotr mawiał do mnie – „Od rekonstrukcji Kasyna trzeba rozpocząć stawianie Pionek na nogi, a potem rzucić to w przyszłość”. Mnie przekonał. Obaj nie doceniliśmy „wiatru historii”, lepiej powiedzieć „praw historii”, ani konsekwencji społecznych wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. , ani po 1989 r. konsekwencji ekonomicznych związanych z drastycznym ograniczeniem dostaw na rynek wschodni produkcji tego największego zakładu Pionek. Krytyczny moment, brak pomysłów u kadry administratorów, krótkowzroczność działaczy związków zawodowych, a szczególnie NSZZ „Solidarność”.

Wykarczowano drzewa naprzeciw dworca Pionki Zachodnie (jeszcze przed 1989 r.), zresztą nie tylko tam, zniknął drut kolczasty typowych ogrodzeń w mieście i szlabany, otworzyła się przestrzeń ku niebu, a jednak szum skrzydeł wolności umknął. Ukrył się? Nie wiem. Zniszczenie zakładu, marnotrawstwo maszyn i zasobów przekreśliło prosperity Pionek. Wyjechali więc interesujący i uzdolnieni ludzie, no, trochę ich pozostało. Umiejętnie i taktycznie rozegrano Solidarność, tam i wtedy. Porywisty wiatr historii, jakby sztorm. Dzisiaj na olbrzymim terenie zalesionym stoją ruiny budynków – również rozpadające się budynki architektury przemysłowej dwudziestolecia międzywojennego XX w. wpisane w rejestr zabytków. Nikt do tej pory nie przeprowadził badań degradacji środowiska naturalnego, które dokonało się w wyniku „wesołej twórczości” PRL. ZTS „Pronit” upadł dokumentnie w 2000 r. Podobieństwo zony zanieczyszczeń do powieści SF Arkadija i Borisa Strugackich pt. Piknik na skraju drogi (1972) i filmu Andrieja Tarkowskiego pt. Stalker (1979).

Przechodniu pozdrów więc lepszą epokę, gdy ją rzeczywiście spotkasz.

Warszawa, 23 sierpnia 2014

Uzupełnienie – w latach 2009-2013 wykorzystując fundusze Urzędu Miasta Pionki i Unii Europejskiej, dokonano rekonstrukcji Kasyna Urzędniczego. Obecnie Kasyno jest centrum informacyjnym i medialnym.

Alma (2)

Lech Milewski

Wiedeńska krew

20 kwietnia 1873 roku Gisela Louise Maria, najstarsza córka cesarza Franciszka Józefa, wzięła ślub z księciem Leopoldem Bawarskim. Na balu weselnym orkiestra Wiener Philharmoniker dała krótki koncert okazjonalnej muzyki po czym na podium wszedł Johann Straus II i poprowadził pierwsze wykonanie napisanego specjalnie na tę okazję walca…

Proponuję włączyć powyższe nagranie jako akompaniament do tego wpisu.

Dla miłośników muzyki jest to istotne wydarzenie. Nie ze względu na cesarsko-królewskie uroczystości, ale dlatego, że do tego czasu Wiedeńscy Filharmonicy traktowali Jana Straussa i jego muzykę do tańca z lekceważeniem. Po tym występie zarówno Jan Strauss jak i jego walce zadomowiły się u Wiedeńskich Filharmoników na dobre. Najlepszym dowodem może być zapoczątkowany w roku 1939 koncert noworoczny – bilety na przyszłoroczny koncert są już chyba wysprzedane – KLIK.

Wiedeń czasów Franciszka Józefa – zadziwiające miejsce, w którym w jednej kawiarni można było spotkać gniewnych nacjonalistów słowiańskich, rumuńskich czy węgierskich oraz rozmarzonych wizjonerów Wielkich Niemiec lub Pansłowiańskiego mocarstwa. W Cafe Central Leon Trocki grał w szachy a w przerwach dyskutował z austriackimi socjaldemokratami. W Cafe Louvre Teodor Herzl – ojciec duchowy państwa Izrael KLIK – przewodził rozkrzyczanym syjonistom.

To była wybuchowa mieszanka, która mogła rozsadzić Europę. Wiedział o tym Franciszek Józef i przyjął taktykę drobnych kompromisów, aby rozładowywać powstające co raz napięcia i przedłużyć swoje spokojne panowanie. I tak przedłużał jeszcze przez 40 lat.

Françoise Giroud w książce The art of being loved pisze, że Wiedeń był jedynym miejscem gdzie artyści i intelektualiści nie zamierzali buntować się przeciw burzuażyjnej elicie. Być może byli rozpieszczani przez zamożne wiedeńskie mieszczaństwo, które uznało sztukę za platformę równającą je z arystokracją.

W takim to Wiedniu 31 sierpnia 1879 roku urodziła się Alma Maria Schindler, córka malarza Emila Jakoba Schindlera i Anny von Bergen.

Emil Schindler był malarzem, któremu udało się znaleźć możnych sponsorów i dzięki nim zdobył sporą popularność i majątek, który pozwolił mu i jego rodzinie rezydować w stylowym pałacu na obrzeżach Wiednia.

Przez pracownię i salony Emila Schindlera przewijała się galeria ciekawych ludzi. Ojciec wprowadzał córkę w ten świat, spędzał z nią wiele czasu, był jej nauczycielem i mentorem. Gdy Alma miała 8 lat, ojciec czytał jej utwory Goethego. Nic dziwnego, że nikt nie pamiętał, aby posłać Almę do szkoły. Jej formalna edukacja ograniczyła się do zaledwie kilku miesięcy pobytu w szkole, gdzie główny nacisk kładziono na edukację religijną.

Wielkim szokiem była nagła śmierć ojca, gdy Alma miala 13 lat. Poczucie osamotnienia pogłębiał fakt, że matka Almy tylko dla formy odczekała wymagany okres żałoby i wyszła za mąż za Carla Molla, ucznia i asystenta swego męża.

Mentorem Almy stał się Max Burckhard, prawnik i bardzo szanowany działacz kulturalny. On dbał o lekturę Almy, wprowadził ją w świat muzyki, woził do Salzburga na festiwal mozartowski. W rezultacie w wieku lat 17 Alma znała dobrze literaturę europejską, była miłośniczką muzyki Wagnera, fascynowała ją filozofia Fryderyka Nietzsche, znała grecki i łacinę i próbowała tłumaczyć dzieła św Augustyna. W tym też okresie opieka ze strony Maxa Burckharda przekroczyła granice przyjacielskiego mentorstwa. Alma była zaszokowana, ale również czuła się wyróżniona. Odkryła świat pasji i namiętności.

Ojciec mówił jej – sięgaj gwiazd – a gwiazda pierwszej jasności była w zasięgu ręki. Stałym gościem pracowni jej ojczyma był Gustaw Klimt, czołowy przedstawiciel rodzącej się właśnie secesji.

35-letni Klimt cieszył się w tym czasie w Wiedniu dużą popularnością. Uchodził również za ekstrawaganta do czego poza swobodnym strojem przyczyniał się wolny związek ze znaną projektantką mody – Emilią Flöge. W jaki sposób 17-letnia dziewczyna, która charakteryzowała samą siebie słowami – piękna bogobojna dziewica – oczarowała dwa razy starszego od siebie ekstrawaganckiego artystę?

Odpowiedzi na to pytanie udzielił sam Klimt w liście, w którym, już po zakończeniu romansu, tłumaczył się ojczymowi Almy: Alma jest piękna, inteligentna, dowcipna, posiada wszystko czego mężczyzna mógłby sobie życzyć od kobiety… kiedykolwiek się pojawi w świecie mężczyzn staje się panią sytuacji… Czyż nie może pan zrozumieć, że są chwile gdy mężczyzna traci dla niej głowę…

Na trop romansu wpadła matka Almy i za jej namową cała rodzina wybrała się w podróż do Włoch. Klimt opuścił swoją partnerkę i podążył za nimi. Gdy matka znalazła w pamiętniku córki wzmiankę o pierwszym pocałunku zażądała od Klimta zakończenia tego romansu.

Kiss

G.Klimt – Pocałunek -źródło wikipedia – KLIK.

Klimt wrócił z Wenecji do Wiednia, ale po powrocie Almy nadal potajemnie się z nią spotykał, planował nawet jej porwanie, na co Alma ochoczo się zgadzała. Nie zgodziła się natomiast na znacznie mniejszą przygodę – wizytę w pracowni artysty. Alma ceniła swoje dziewictwo ponad wszystko. Romans zakończyła stanowcza interwencja ojczyma Almy, Carla Molla, który zabronił Klimtowi wstępu do swej pracowni. To mogło stanowić utrudnienie w dalszej karierze malarza i Klimt dostosowal się, pisząc przy okazji cytowany powyżej list.

Następcą Klimta był nauczyciel muzyki, młody kompozytor, Alexander von Zemlinsky.

6 lutego 1900 roku Alma zapisała w swym pamiętniku: Wieczór u Schnitzerów. Poszłam tam z wielka niechęcią a był to cudowny wieczór. Prawie cały wieczór rozmawiałam z Aleksandrem von Zemlinskym, młodym kompozytorem. Jest okropnie brzydki, nie ma w ogóle brody. Jednak dla mnie był fascynujący.

Urodę Aleksandra Zemlinskego można zweryfikowac tutaj – KLIK.

Ale uroda to rzecz względna…
Niedziela 4 marca 1900:
Przy stole Zemlinsky zapytał:
– A co pani sądzi o Wagnerze?
– Największy geniusz jaki kiedykolwiek żył – odpowiedziałam.
– A które z jego dzieł najwyżej pani ceni?
– Tristan!
Moja odpowiedź tak go ucieszyła, że nastąpiła całkowita transformacja. Nagle stał się całkiem przystojny. Rozumieliśmy się wzajemnia. To nie był stracony wieczór – to był smak życia.

Zemlinsky zadomowił się na dobre w życiu Almy w roli nauczyciela muzyki, zaś Max Burckhard nadal kontynuował wszechstronną opiekę nad Almą.

Poniedziałek 26 listopada 1900: Wieczorem u Burckharda. Ostrygi, homar, prosiak, karczochy, kaczka, czekolada z kremem, lody, sery, czarna kawa, likiery, poncz ananasowy. Niesamowite obżarstwo. Po długiej abstynencji wypiłam dużo, ale nie za dużo.

Może droga do serca wiedzie przez żołądek?

Poniedziałek 10 grudnia 1900:
Drogi, drogi B…, jakże ja go lubię. Oświadczył, że dałby wszystko żeby móc ze mną podróżować. Chciałam mu odpowiedzieć – dałabym wszystko, żeby żyć z tobą. Niewarogonie go lubię. Taki przystojny, szlachetny, męski, wolny. W nocy śniłam, że się całowaliśmy. Obudziłam się w stanie błogości. Dzień – okropny, szary, zimny dzień. Co za straszne przebudzenie.

Alma traktowała Burckharda nadal jako przyjaciela i mentora. Oto fragment listu:
Trudno mi wyrazić jaką radościa jest dla mnie myśl o Tobie… Dzisiaj po lekcji Zemlinsky zagrał dla mnie Tristana – tak cudownie. Śpiewaliśmy razem. To było wyjatkowe. Nogi się pode mną trzęsły. Wspomniałam mu również o Twoich zastrzeżeniach co do śmierci Tristana, Wszystko odrzucił. Chciałabym to jeszcze z Tobą przedyskutować.

Czwartek 13 grudnia 1900
Cały wieczór pracowałam sama. Moim jedynym pragnieniem jest osiągnąć coś w sztuce… Dziwne, kiedy przyszedł list od B. spłonęłam rumieńcem od głowy do stóp. W miarę czytanie rosło podniecenie. Marzę by dać mu swe ciało. Tylko raz. Choćby to miał być tylko pocałunek… Jeśli chodzi o Burckharda to jest wszystko, co mogę dać i nic tego nie zmieni… Pocałunek jest najszlachetniejszym, najczystszym sposobem by powiedzieć – jestem twoja. Wszystko co następuje potem ma jakiś cel, jest kierowane ukrytym motywem. Nie ma niczego tak bezinteresownego jak czysty pocałunek.

A w praktyce…
…przyciągnął mnie do siebie. Opierałam się, ale on nie ustępował. Bliżej, bliżej i w końcu pocałował mnie – to było najgorsze – dotknął moich ust językiem. To zakończyło wszelkie złudzenia uczucia. Jakże czekałam na ten moment i jak obrzydliwy się okazał. Nigdy nie zapomnę tego rozczarowania. Pocałunek Klimta, pocałunek Burckharda. Niebo i Piekło. Przepaść przed moimi oczami.

Mimo to…
…chciałabym wiedzieć czy ja właściwie lubię Burckharda czy nie. Moje uczucia do niego nie są czułe. On tylko pociąga mnie fizycznie.

W takim nastroju otrzymuje Alma propozycję małżeństwa od zamożnego architekta Feliksa Muhra.
Sobota 23 marca 1901
…rozmawialiśmy o wszystkim pod słońcem. Wyznał mi różne swoje grzechy. W końcu zaproponował małżeństwo. Jakby mnie uderzył piorun. Nie widzę siebie jako żony. On jest do przyjęcia, ale nie czuję nic do niego. Nie pociąga mnie. Pewnie ma rację, że bylibyśmy szczęśliwi razem, ale nie mogę sobie tego wyobrazić… A co z moim powołaniem? Chce dać mi całkowicie wolną rękę, zupełną wolność. Mówi, że nie będzie zazdrosny. Tak, ale co z miłością mojego życia? Czy to już poza mną? Czy mam zwiędnąć jako stara panna? Ale małżeństwo… wzdrygam się. Oddać swe ciało mężczyźnie, którego nie kocham… albo nie dać go nikomu. Nigdy nie dojrzała, nigdy nie spełniona. Półśrodki, ciagle półśrodki. Chociaż z drugiej strony – lubię go. Z moimi dwoma kochasiami pod ręką: Burckhard – Zemlinsky, wolna myśl – wielkie serce. A między nimi – Muhr.
Chiałoby się powiedzieć – a między nimi – mur.

Pamiętnik Almy nie zwiera zbyt wielu informacji o kontaktach z Zemlinskym, jednak Françoise Giroud pisze, że były one bardzo intensywne. Alma prowadziła z Zemlinskym prowokacyjne rozmowy i wymieniała pasjonujące listy. Można odnieść wrażenie, że testowała na nim swoją siłę i czar. Obiecywała mu dozgonną miłość i wspominała o małżeństwie, by za chwilę wszystko odwołać i kategorycznie stwierdzić, że nie zamierza wychodzić za mąż. Zaraz potem oświadczyła, że pragnie mieć z nim dziecko. Zemlinsky odpowiedział gniewnym wybuchem – …Twoja bezbrzeżna próżność, pogoń za przyjemnością. Jeśłi kochasz mnie tak jak mówisz, to daj mi dowód – godzinę szczęścia.

Do tego jednak nie doszło. Alma przywiązywała do swojego dziewictwa symboliczną wartość. Oto swoista modlitwa dziewicy:
Sobota 9 listopada 1901
Jeśłi mi się całkowicie nie odda, cierpieć będę tortury. Jeśli się odda – skutki będą okropne… Obłędnie potrzebuję jego objęć, na zawsze zapamiętam dotyk jego dłoni głęboko w moich najskrytszych zakamarkach. Idealna błogość istnieje… Chciałabym klęknąć przed nim, przycisnąć me usta do jego nagiego ciała, całować wszystko, wszystko! Amen.

Dwa dni przed tym pamiętnikowym wpisem na horyzoncie pojawił się Gustaw Mahler. 22 lata starszy od Almy był znaczącą postacią w życiu kulturalnym Wiednia. W tym czasie był dyrektorem opery dworskiej, Hofoper. Słynny, uwielbiany i jednocześnie nienawidzony – to był ktoś na miarę ambicji Almy. Niższy od niej, nerwowy, gwałtowny w ruchach i nieprzewidywalny w zachowaniu. Jego wybuchy gniewu były słynne. Trzymał orkiestrę żelazną ręką, jego wymagania perfekcji i precyzji nie miały granic. Z drugiej strony początki jego kariery jako kompozytora były bardzo ciężkie. Jego pierwsza symfonia została wyśmiana przez publiczność.

7 listopada doszło do pierwszego spotkania. Alma siedząca między swymi dwoma adoratorami, Klimtem i Burckhardem, błyszczała w towarzystwie. Mahler spytał czy może dołączyć. Już po chwili wybuchła między nimi kłótnia.
Po tym spotkaniu Mahler starał się uzyskać jakieś informacje o Almie a ona zapisała w swym pamiętniku: Muszę przyznać, że podobał mi się ogromnie. Oczywiście jest okropnie nerwowy. Krążył po pokoju jak dziki zwierz. To czysty tlen, gdy się do niego zbliżyć, może spalić.

Wkrótce doszło do spotkania w domu rodziców Almy. Na widok książek Fryderyka Nietzsche Mahler kategorycznie stwierdził, że należałoby je spalić. Nie minęło wiele czsu a Mahler listownie oświadczył: …poślubić człowieka takiego jak ja to nie jest prosta sprawa. Jestem całkowicie wolny i muszę takim pozostać. Nie mogę kłopotać się jakimikolwiek sprawami materialnymi. Swoją posadę mogę stracić z dnia na dzień.

Znajomość rozwijała się bardzo szybko.
Poniedziałek 2 grudnia 1901
Po południu Mahler. Powiedział, że mnie kocha. Pocałowaliśmy się… jego pieszczoty są czułe i do przyjęcia. Gdybym tylko wiedziała – on – czy ten drugi!
… Muszę stopniowo usunąć Alexa ze swych myśli… Mówię – mój ukochany – i coś we mnie odpowiada – Alex. Czy potrafię kochać Mahlera tak jak on na to zasługuje? Czy ja go w ogóle kocham? Czasem myślę, że nie. Tak wiele rzeczy mnie irytuje:
– jego zapach,
– sposób w jaki śpiewa,
– jego wymowa – połyka rrrr.
Czy ja kocham dyrektora opery, wspaniałego dyrygenta – czy mężczyznę? Jego muzyka pozostawia mnie zimną, tak strasznie zimną. Mówiąc prosto – nie wierzę w niego jako kompozytora… Dręczy mnie pytanie: czy Mahler będzie mnie inspirował do komponowania, czy poprze moje artystyczne wysiłki…

Póżniej tego samego popołudnia Muhr. Spytał jak sprawy stoją między nami. Nie miałam wyjścia i powiedziałam mu prawdę. Stał przede mną blady i dygotał: Fraulein – jeśli mnie odrzucisz zabiję się. Było mi go tak żal…

Feliks Muhr zamiast się zabić, postanowił podzielić się z Almą ważnym odkryciem:

Powiedział mi, że wie od doktora, że Gustaw cierpi na nieuleczalną chorobę i wyraźnie słabnie…

Nieuleczalną chorobę? Jaką? Uwzględniając czasy, obyczaje i środowisko mogły to być suchoty albo syfilis. Ale w tamtych czasach nie pytano o szczegóły.

Reakcja Almy:
O Boże, będę go pielęgnować jak dziecko. Nie mogę stać się przyczyna jego upadku. Powstrzymam swoje tęsknoty i pasje – chcę go wyleczyć, wyleczyć moją siłą i młodości.

Ale już 2 tygodnie później…
Czwartek 19 grudnia 1901
Wczoraj flirtowałam wściekle z Louisem Adlerem. On jest tak przeklęcie przystojny. Muhr nas obserwował. Och gdyby Muhr był tak przystojny…

Wieczorem: Pollack. Rozmawialiśmy dużo o Gustawie. Muszę wyrzucić z siebie to wszystko co się kłębi w moich piersiach… Jeśłi kiedykolwiek dojdzie do małżeństwa muszę postawić ten warunek – sprawę sztuki. On ma za nic moją sztukę a swoją za wszystko. A ja mam za nic jego sztukę… Ja muszę mieć wolność – Całkowitą wolność.

Podczas spotkania z Mahlerem Alma poruszyła tematykę dzieł F. Nietzschego, którym Mahler przeeciwstawił twórczość Dostojewskiego.

W liście przestawił sprawę jasno: Będziesz miała tylko jedno zadanie – czynić mnie szczęśliwym. Czy rozumiesz Almo, co mam na myśli? … role będą dokładnie wyznaczone. Rola kompozytora przypada mnie, Twoja rola – być kochającą towarzyszką i partnerką. Czy Cię to zadowala? Wiem, że proszę o wiele, o bardzo wiele, ale wolno mi tak robić, bo wiem co mogę dać i dam w zamian.

Trzy dni ogromnej rozterki i w końcu całkowita kapitulacja:
Pragnę mieć z nim dziecko… jeśli mu na to starczy sił, on ma nadzieję, że tak… Rano Carl (Moll – ojczym – przypisek mój) przyszedł do mnie na poważną rozmowę. Wyjaśnił wszystkie ewentualności. Wiem wszystko. On jest ciężko chory… będę sie nim opiekowac jak dzieckiem. Moja miłośc do niego jest zupełnie rozbrajająca. Co za szkoda, że nie może wymówić R. Na dodatek wyznał, że wolałby, żebym miała na imie Maria. Ze względu na silne R w środku. Jakie to dziwne…

A więc Dostojewski zwyciężył – zbawienie poprzez zatracenie???

Poniedziałek 23 grudnia 1901
…czekam – czekam – na Gustawa i Justi (Justyna – siostra Gustawa – przypisek mój). To jest tortura, cała wieczność. Wreszcie przyszli i zaręczyliśmy się. W obecności Carla i Mamy. Od teraz tylko on będzie miał miejsce w moim sercu, tylko on. Już nigdy nie rzucę okiem za młodym przystojnym mężczyzną. Wszystko dam jemu – memu mężowi!… O ile mój związek z A.Z. (Alex Zemlinsky) był dziki i cielesny, to z Mahlerem jest przepojony najświętszym uczuciem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Bibliografia:
Françoise Giroud – The art of being loved – KLIK.
Alma Mahler – Diaries 1898-1902 – KLIK.
Constantin Floros – Gustav Mahler – Visionary and Despot – KLIK.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]

Poczatku bilo to Slowo…

Tomasz Fetzki

… czyli Lubanice Mikławša Jakubicy – reportaż poetyzujący

Czasem każdemu zdarza się mieć wolny dzień. Można go spędzić przed telewizorem, ale po co? Można przespać, ale jaki w tym sens? Można go też celebrować przy grillu i piwku, ale… ile można?

Korzystając z wolnego dnia wędrowiec, smugą cienia spowity, na rowerze lub per pedes wyrusza szukać w okolicy śladów, jakie pozostawiły po sobie burze dziejowe. I znajduje je! Bo też i każda, nawet najbardziej zapyziała okolica, kryje takie miejsca, gdzie historia zostawiła swoje piętno – trzeba tylko umieć je znaleźć. Nie chodzi o spotkanie z tą przysłowiową, przez Boya wyśmianą gruszką, gdzie sikał Kościuszko, ale o prawdziwe rarytasy.

Wędrowiec mieszka na Łużycach. A tutaj kiedyś się działo, że hej! Mówią: kto wiatr sieje, burzę zbiera. Pośród Łużyczan nigdy nie brakowało wiatrosiejów. Wędrowiec rusza poszukać pamiątek po jednym z nich.

Mikławš Jakubica to postać na poły legendarna, więc aż się prosi, by go reportażem poetyzującym zaprezentować. Bo dzięki temu nie trzeba odwoływać się do źródeł, które niejasne są i nieliczne. Może zresztą nie istniał? Lub raczej: żyło kilku wiatrosiejów, z których życiorysów ulepiono jedną postać? Wybierzcie sami. Tak czy owak, wędrowiec rusza do Lubanic.

1Na horyzoncie kościół w Lubanicach. Okolica spokojna, trudno uwierzyć, iż kiedyś potężnie wiały tu wichry reformacji.

Dane biograficzne na temat Mikławša (czyli Mikołaja) Jakubicy (a może Jakubika, bo i tak niektórzy sądzą) są niezwykle skąpe. Był Serbołużyczaninem, pochodził najprawdopodobniej z okolic Żar albo Lubska – badacze dochodzą do tego wniosku na podstawie faktu, iż biegle posługiwał się dialektem żarowskim języka dolnołużyckiego, charakterystycznym dla tego właśnie regionu.

Na przełomie XV i XVI wieku coraz wyraźniejsze stawały się różnice między Niemcami a Serbami, zamieszkującymi tak całe Łużyce, jak i Ziemię Żarską. Mieszczanie, zwłaszcza patrycjusze, oraz wielcy feudałowie i drobna szlachta – to byli Niemcy lub zniemczeni Słowianie. Dla Wendów pozostawała przeważnie funkcja rolników lub miejskiej biedoty. Jednak Mikławš Jakubica został w drugiej dekadzie XVI wieku mnichem w potężnym i wpływowym żagańskim opactwie augustianów. Kim więc był? Z jakiej rodziny pochodził? Może należał do nielicznej grupy Serbołużyczan, którym się lepiej powiodło. A może jego wybitne zdolności (bo o tym, że takowe posiadał, świadczą jego dokonania) zwróciły uwagę jakiegoś mądrego protektora – proboszcza albo starszego cechu, który pomógł mu wstąpić do zakonu. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie wiadomo też, gdzie młody mnich Jakubica pobierał nauki, choć oczywistym jest fakt, że uzyskał gruntowne wykształcenie. Prócz łaciny i niemieckiego znał z pewnością język czeski i polski, co niewątpliwie było efektem przebywania zakonników tychże narodowości w żagańskim klasztorze. Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy przełożeni wysłali go na studia do któregoś ze sławnych ośrodków akademickich; praktyka taka nie była przecież niczym nadzwyczajnym. Konwent dbał o wykształcenie swych członków i inwestował w najzdolniejszych spośród nich. Weźmy choćby takiego Paula Lemberga, utalentowanego syna mistrza cechu sukienników z pobliskich Żar. Pobożny opat Jodok Jäckiel, o którym napisano, że jako zwolennik surowej reguły zakazał nakładania płóciennych nocnych koszul, ustanowił codzienne msze i troszczył się o sprzęty kościelne, zatroszczył się również o to, by nie zmarnować talentów Paula i wysłał go w roku 1506 na studia teologiczne do Wittenbergi. Tam młody mnich zetknął się ze swym zakonnym współbratem, niejakim Marcinem Lutrem, także przecież augustianinem.

Musiała to być bliska i owocna zażyłość, choć Lemberg studiował nad Łabą tylko trzy lata. Już niedługo, w 1517 roku, Luter ogłosi swe słynne tezy. Zaczyna się burzliwa epoka reformacji. Zaś cztery lata później Paul Lemberg został wybrany opatem żagańskiego konwentu i natychmiast ujawnił się jako gorący zwolennik Reformy. Usiłował ją zaprowadzić w klasztorze: namawiał braci do występowania z zakonu (gratyfikował nawet pieniężnie takie apostazje), sprowadzał luterańskich kaznodziejów. Miał zresztą więcej nietypowych pomysłów. Zamiast habitu wolał na przykład nosić zbroję rycerską, co dla zakonnika, a przy tym mieszczanina z urodzenia, było dość osobliwe i zapewniło mu przydomek Żelaznego Opata.
Ale nie tylko w samym klasztorze wprowadzał Lemberg nowe porządki. Opactwo było bowiem właścicielem wielkich posiadłości ziemskich z kluczem kilkunastu wsi, w tym również położonych na północ od Żar Lubanic. Jako, że wioskę tę zamieszkiwali Łużyczanie, właśnie Łużyczanina Jakubicę – jeszcze niedawno mnicha, ale teraz już luterańskiego pastora – wyznaczył opat Lemberg do objęcia lubanickiej parafii. A może było inaczej? Może Mikołaj przebywał w Lubanicach już wcześniej, jeszcze jako katolicki proboszcz, który się później „spastorzył”? Nieważne. Istotny jest jedynie fakt, że w 1523 roku we wsi zwyciężył obrządek reformowany, wprowadzony właśnie przez pastora Jakubicę. Zgodnie z ideami reformacji głosił on wiernym Słowo Boże w ich własnym, czyli dolnołużyckim języku, a ściśle rzecz biorąc, w dialekcie żarskim, czyli żarowskim tego języka. I znalazł posłuch.

Większość Wendów nie znała języka niemieckiego, ani nie darzyła zbytnią sympatią niemieckich feudałów. Postulat Lutra dotyczący zniesienia zakonów dawał im być może nadzieję na zrzucenie jarzma zależności od żagańskich augustianów. Powodów mogło być wiele, ale rezultat był jeden: Lubanice szybko stały się protestanckie.

2Świątynia lubanicka, siedziba Pastora Jakubicy, coraz bliżej.

Nieco gorzej głosicielom nowej wiary poszło w samym Żaganiu. Większość mnichów stała twardo przy katolicyzmie. W roku 1524 Paul Lemberg został usunięty z funkcji opata, a dwa lata później w ogóle porzucił zakon. Nie wiadomo, czy te wydarzenia miały jakiś wpływ na sytuację w Lubanicach, ale w 1525 roku Jakubica opuścił swą trzódkę, a raczej został do tego zmuszony. Źródła milczą na temat miejsc, w których Mikławš Jakubica przebywał pomiędzy 1525 a 1555 rokiem. Podobno powtórnie w Lubanicach pełnił duszpasterską posługę w latach czterdziestych, podobno spędził sporo czasu w górnołużyckim Kulowie, czyli współczesnym Wittichenau, nieopodal Budziszyna. Podobno… Ale niemal na pewno wiadomo, czym się wtedy zajmował. Między 1541 a 1548 rokiem pastor Mikławš dokonał tłumaczenia Nowego Testamentu na język dolnołużycki. Przekład ten, dla którego podstawą była łacińska Wulgata oraz niemiecka Biblia Lutra, przeszedł do historii pod nazwą Biblii Jakubicy.

Poczatku bilo to Slowo,
A to w Slowo bylo podla Bogha,
a Bogh byl to Slowo,
to same bylo wot poczatku podla Bogha.
Schiczka weecz ie psches to same wuczynone,
a bes tego samego ney niczego wuczynone
to zcosch wuczynone ie.

Dzięki Mikławšowi Jakubicy Słowo po raz pierwszy w dziejach przemówiło po serbołużycku. Tradycyjnie przez wiele lat przyjmowano, iż Biblia Jakubicy została spisana w Lubanicach, prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna miejscowość w sposób niemal pewny łączona z jej autorem. Dla tej samej przyczyny Mikławš Jakubica zachował się w pamięci potomnych jako Pastor z Lubanic. Ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie dokładnie powstał przekład. Za to wiadomo dla kogo: wszak dialektem żarowskim mówiono jedynie w okolicach Żar i Lubska, w Lubanicach również, rzecz jasna.
W 1555 roku Jakubica został pastorem w innej podżarskiej wsi – Lipinkach Łużyckich. Również i tu nauczał wiernych o sprawach bożych w ich własnej, wendyjskiej mowie. I z pewnością korzystał podczas nabożeństw ze swego przekładu Nowego Testamentu. Przecież tutaj także mówiono w dialekcie żarowskim. Pastor Mikławš Jakubica kierował parafią w Lipinkach do 1563 roku. W tymże roku najprawdopodobniej stanął przed obliczem Stwórcy, tam, gdzie już żaden ludzki język do niczego nie jest potrzebny.
Miejsce spoczynku Pastora z Lubanic nie zachowało się. Ale Biblia Jakubicy istnieje do dziś. Jak blisko, a jednocześnie jak bardzo egzotycznie brzmią jej wersy:

To njebjeskie kralostwo je pćirownano jednemu hospodarowi, kotory z jutra wen źeše, roboćerjow najimać do jogo winice. A jak won se z tymi roboćerjami zjedna na groš k mytu na źeń, posla won jich do swojeje winice. A pak wen źeše wokolo teje tćeśeje stundy a wupyta jinych na wikach proznych stojucy. A reknu k nim: Wy tež do mojeje winicy źiśe; a to, což prawidliwego budźe, to chcu ia wam dać. (…) Wokoło teje jedenasteje stundy won pak wen źeše a namaka jinich proznych stojucy a rjeknu k nim, co wy tudy ten caly źeń prozni stojiće? Woni rjekli k njomu: Njej nas nicht najimal. Won rjekl k nim: I wy tež źiśe do teje winice, a to, což prawjedliwego budźe, deri wam być.

Z całą pewnością nie stał bezczynnie Mikławš Jakubica i wiele się natrudził w Winnicy Pańskiej. Niech nasza pamięć będzie mu nagrodą.

I tak, ogarnięty podniosłymi, patetycznymi wręcz myślami, ani się spostrzeże wędrowiec, że oto stoi pod bramą lubanickiej świątyni. Wiele tam zobaczy! Wichry reformacji, i nie tylko one, zostawiły tu liczne ślady. Ale o tym opowie wędrowiec nie za tydzień, bo z uwagi na Apokalipsę pannie Kasi Kulikowskiej miejsca ustąpi, lecz za dwa tygodnie. W kolejnym odcinku, bo sporo ma do opowiedzenia.

3Brama wiodąca na teren kościoła. Co się za nią kryje? Ta kapliczka po prawej też ma swoje znaczenie dla naszej historii. Ale o tym za dwa tygodnie.

Z konkursu “Jeden dzień”

Joanna Trümner

Auf Deutsch: Dzien pod Stocznia_de

Dzień pod Stocznią

„Proszę otworzyć walizkę!“ – stanowczym głosem zwrócił się do mnie młody cywil na peronie. Stał przy nim milicjant, jakby czekając na to, co zrobię. „Jakie mam wyjście?” – pomyślałam w duchu, z przerażeniem przypominając sobie o ulotce, którą wcisnął mi bez słowa do ręki jadący ze mną z Warszawy chłopak z przedziału. „Po cholerę to wzięłam? Może nie zajrzą do torebki?” – przeszło mi przez głowę, patrząc jak cywil grzebie w moich spakowanych wczoraj byle jak w hotelu brudnych skarpetach, majtkach i stanikach. „Ale obciach, czegoś takiego jeszcze nie było, czego oni szukają?” – na szczęście przechodzący obok nas ludzie nie zatrzymywali się, zapewne zadowoleni, że przyczepili się do kogoś innego. „Może Pani już zamknąć, jesteśmy gotowi, proszę iść dalej!” „Byle tylko dojechać do domu” – pomyślałam. Po prawie trzech tygodniach pobytu w Jugosławii i 24 godzinach powrotnej podróży marzyło mi się tylko ciepłe, czyste łóżko.

W drodze do Orłowa myślałam o ostatnich trzech tygodniach – o plaży, białych górach, winie, turkusowym morzu i budzącym mnie codziennie i pozostającym ze mną aż do zmroku słońcu. O Adamie – poznanym trzy dni przed wyjazdem Albańczyku. Miał prawie dwa metry wzrostu i przepiękne brązowe oczy, będziemy do siebie dzwonić, pisać, może się niedługo spotkamy, mówił przecież, że chętnie zobaczy Polskę. Myślałam o tej wspaniałej nocy przegadanej na plaży w pełnej małych nieporozumień mieszaninie angielskiego, serbsko-chorwackiego i polskiego, o pocałunkach, obietnicach, rozgrzanym jeszcze słońcem piasku i przepięknych gwiazdach na niebie.

A tu: zimno, wiatr, deszcz, koniec sierpnia i po lecie – witamy w domu! W końcu, kompletnie mokra i zmęczona, dotarłam do naszego mieszkania.

„Dobrze, że już wróciłaś” – powitała mnie mama – „Słyszałaś, co się dzieje w stoczni?” „Jasne, ludzie z wycieczki słuchali co wieczór Wolnej Europy, potem latali po plaży i opowiadali – strajk w stoczni, jakieś manewry na Bałtyku i lada moment przyjdą Rosjanie”. „Tym razem nie przyjdą, może ten jeden raz się uda, ludzie mają tego wszystkiego dosyć” – popatrzyłam na nią ze zdziwieniem, zaskoczona jej optymizmem. „Nie byłaś pod stocznią, nie wiesz jakie tłumy ich popierają. Będziesz nieraz jeszcze kiedyś o tym myślała. Muszę zaraz iść do pracy, jak pojedziesz pod stocznię daj im tę kopertę i przygotowałam dla nich ciasto. A jak było w Jugosławii?” „Super, opowiem jak będziesz miała trochę więcej czasu, może wieczorem. Ale muszę przedtem iść pod prysznic i trochę pospać. W pociągu jakiś chłopak dał mi ulotkę, chcesz przeczytać?”. „Jasne, pokaż”. Ulotka informowała o tym, że aktualnie strajkuje 2000 zakładów Trójmiasta i o utworzeniu Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Gdańskiej Stoczni im. Lenina. Zapewniała o tym, że nie ma żadnych incydentów i panuje porządek. Kończyła się słowami: WYTRZYMAMY!!!

Powróciły obrazki z dzieciństwa: na placyku przed naszymi oknami we Wrzeszczu tłumy młodych ludzi biły się w marcu 1968 roku z milicjantami, w powietrzu latały petardy – my z bratem, przyklejone twarzami do okien, przestraszone dzieci nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Potwornie się bałam, że tłumy rozbiegną się po naszej klatce schodowej, wtargną do naszego mieszkania i będą bić się dalej. Przypomniało mi się, jak kilka lat później do domu wpadł blady i rozstrzęsiony ojciec „Strzelali do nas na moście w Stoczni” i syna sąsiada, który w grudniu 1970 stracił prawą rękę odrzucając petardę w stronę milicji.

Położyłam się i zasnęłam jak kamień.

W trzy godziny później wyszłam, objuczona torbą z ciastem ledwie wepchałam się do pełnej kolejki. Ale przy wysiadaniu na przystanku Gdańsk-Stocznia nie było żadnych przepychanek, idąc później razem z tłumem pomyślałam „Jak ja się dostanę do głównej bramy?” Brama tonęła w kwiatach, wisiały na niej zdjęcia Papieża, wielki krzyż i obraz matki Boskiej Częstochowskiej. Popatrzyłam na zdjęcie Papieża, miał na nim pogodną, pełną spokoju twarz, przez chwilę wydawało mi się, że on jest tutaj, teraz z nami. Na murze siedzieli młodzi mężczyźni: „Dziewczyny, pomożemy wam przejść przez mur, mamy dobre jedzenie” – uśmiechnął się do mnie jeden z nich. Podeszłam do bramy i podałam kopertę i torbę z ciastem. „Proszę iść dalej!” – odezwał się ktoś z tłumu. Nagle zauważyłam, że za mną stał Darek, kolega z ogólniaka. „Co ty tu robisz?” „To co wszyscy, starego szlag trafi, zostawiłem mu zresztą kartkę, że jadę pod stocznię, żeby nie miał wątpliwości, po której jestem stronie”. Ojciec Darka był emerytowanym lotnikiem, terroryzującym rodzinę. Darek na szczęście studiował w Warszawie, więc te wieczne awantury w domu musiał przeżywać tylko podczas wakacji. „Panie” – wtrącił się do rozmowy stojący obok mnie starszy pan – „Ruskie przyjdą, ale mamy chociaż kilka dni wolną Polskę. Opłacało się przyjechać z Białegostoku. U nas tego nie ma!” Tak wiele w tym tłumie było nieznanych twarzy, z pewnością niejeden przyjechał z Białegostoku, Warszawy, Wrocławia, wszystkich tych większych i mniejszych miasteczek i wsi w Polsce, które zaczynały się budzić z ponad czterdziestoletniej apatii i rezygnacji.

bramastoczniNagle nad naszymi głowami zaczął krążyć helikopter. „Będą strzelać czy co?” – odezwał się ponownie starszy pan. Nie strzelali, w kilka minut później z helikoptera zaczęły frunąć na nas ulotki jak olbrzymie płatki śniegu. Wiatr rozdmuchał je we wszystkich kierunkach, niewiele z nich trafiło na sam teren stoczni. Nikt w tłumie nie schylił się, aby je podnieść. Gdybym wzięła wtedy jedną z nich do ręki, dowiedziałabym się, że Wojewódzki Komitet Frontu Jedności Narodu w Gdańsku, nawołuje robotników do zakończenia strajku. Te wielkie płaty papieru pozostawione same sobie na ziemi wypełniały kałuże.

„A gdzie się tak opaliłaś, chyba nie u nas na plaży?”- spytał Darek. „Nie, wróciłam dzisiaj z wycieczki do Jugosławii, coś tam ludzie opowiadali, ale nie zdawałam sobie sprawy, że tu taka zadyma”. Od rozpoczęcia strajku spotykaliśmy się w Jugosławii wieczorami na prywatnej kwaterze pana Staszka, który prawie wszystkie dni od rozpoczęcia strakju spędzał na słuchaniu nie zagłuszanej przez nikogo Wolnej Europy. Wielu uczestników wycieczki prowadziło potem długie dyskusje, wypiliśmy niejedną butelkę Kadarki, siedząc w piątkę, szóstkę albo dziesiątkę w tym jego maleńkim pokoju. Nagle cała ta Jugosławia, plaża, słońce, Adam wydały mi się tak bardzo dalekie. Idąc razem z tlumem pomyślałam, że dobrze, że tu jestem i znowu w tym moim mieście dzieje się coś niezwykłego.

Wróciliśmy razem pełną po brzegi kojejką, Darek wysiadł w Sopocie, w drodze zdążył mi jeszcze opowiedzieć, że studiuje na politechnice w Warszawie i boi się, że jego dziewczyna jest w ciąży. Była. Darek przeniósł się później na studia do Gdańska, ożenił się z Ewą i dzielił los wielu młodych polskich rodzin, skazany na mieszkanie z rodzicami. Poddał się po roku, przerwał studia i wyjechał z żoną i dzieckiem do Australii. Ewa nigdy nie mogła się w Brisbane odnaleźć, czuła się potwornie samotna, nie znała języka, tęskniła za Polską i zaczęła pić. Darkowi udało się tam skończyć studia, dostał niezłą pracę, rozwiedli się. Wychowywał sam syna, którego nigdy nie nauczył mówić po polsku.

Kiedy dojechałam do domu, byłam kompletnie mokra i przemarznięta.

W domu była już mama, ojciec, brat i dziadek. Zjedliśmy razem kolację, podczas której opowiedziałam kilka zdań o wycieczce, o przepięknych krajobrazach, turkusowej wodzie, długich jazdach autobusem i okropnym jedzeniu. Miałam wrażenie, że nikogo te moje relacje nie interesują, ich myśli kręciły się tylko wokół tego, co dzieje się w Stoczni i w całym kraju. Ojciec próbował znaleźć w radiu Wolną Europę, ale była tak potwornie zagłuszana, że nie dało się wyłowić ani jednego słowa.

Dziadek i rodzice byli repatriantami z Wilna, przeżyli kilka lat w kraju władzy radzieckiej i zanim razem z setkami innych rodzin po wielodniowej odysei dotarli w 1946 roku pociągami do Gdańska, zdążyli znienawidzić ten oparty na sowieckich wartościach system. Z Wilna repatriowały się wtedy całe ulice Polaków, na mecie – w Gdańsku można było więc spotkać krewnych, sąsiada lub kolegę z klasy. Dziadek – kolejarz dostał z przydziału mieszkanie „poniemieckie”, w którym oprócz starych, ciężkich dębowych mebli stała działająca do dzisiaj maszyna do szycia „Singer”. W naszym domu rozmawiało się stale o polityce, chodzenie co niedzielę do kościoła i bojkotowanie pochodów pierwszomajowych było rodzinnym obowiązkiem. Nie zapomnę konsternacji rodziców, kiedy przyniosłam ze szkoły ulotkę Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej – do dzisiaj myślę, że był to jeden z grzechów głównych mojego dzieciństwa.

Tego wieczoru najbardziej zaskoczył znany z pesymizmu dziadek. „Po raz pierwszy myślę, że to się może udać. Takie wolne związki to byłby już początek. Może jeszcze dożyję, jak padnie komuna.” Nie dożył, zmarł w maju 1982 roku, w samym środku stanu wojennego, żałując zapewne, że dał się jak wszyscy ponieść zbiorowej euforii. Mimo 16 przeprowadzek, które czekały mnie w nowych miejscach zamieszkania, nie wyrzuciłam jego pisanych kulfoniastymi literami listów z linijkami wymazanymi czarnym flamastrem przez cenzora.

Wróciłam pod Stocznię jeszcze kilka razy, byłam tam też w dniu podpisania porozumień, kiedy robotnicy opuszczali stocznię witami oklaskami i skandowanym „Dzię-ku-je-my”, a tłum dwoma palcami pokazywał „victorię”. I tak rozpoczęło się niezapomnianych kilkanaście miesięcy marzeń o życiu w lepszym państwie.

W czasie strajków na mojej uczelni w Poznaniu byłam na spotkaniu z Jackiem Kuroniem, który opowiadał nam o życiu opozycjonisty w PRL-u. Słuchaliśmy jego historii z zapartym tchem: te aresztowania na 48 godzin, podsłuchy, obserwacje – to działo się jakby w jakimś innym, oddalonym od nas o lata świetlne wszechświecie Podkreślał kilkakrotnie, że nie jest sam, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie. Nie wiedziałam, w jakim ci ludzie żyją od lat napięciu. A przecież większość z nich miała rodziny, narażali więc nie tylko siebie samych lecz również swoje żony, dzieci, rodziców.

Gdy wyjeżdżałam z Polski w czerwcu 1981 roku z zamiarem spędzenia roku w Anglii nikt nie przypuszczał, czym skończą się te miesiące wolności – przyzwyczailiśmy się do codziennych pogróżek i manifestacji siły tracącej swoją pozycję władzy i do pustych sklepów. Znalazłam w Londynie pracę jako au-pair i spędziłam wiele miesięcy na poznawaniu tego kolorowego i pulsującego o każdej porze dnia i nocy miasta, tak bardzo różnego od miast, które znałam z Polski. Mój plan powrotu do domu pokrzyżowało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Oglądane na BBC informacje były koszmarem – przemówienie Jaruzelskiego, czołgi jeżdżące po ulicach Warszawy, aresztowania, kopalnia Wujek, przerwane połączenia telefoniczne z Polską…. Margaret Thatcher drżącym głosem zamartwiała się w telewizji o los Polski i „tego biednego narodu”. Równocześnie brytyjski Home Office nie przedłużał nam wiz, skazując nas na pobyt nielegalny lub też na powrót do kraju. Jedynym miejscem na świecie, do którego mogłam się udać bez wbitej w paszport wizy był Berlin Zachodni. I tak zaczęła się moja ponad trzydziestoletnia przygoda z tym miastem.

Czytałam kiedyś, że podświadomie powtarzamy błędy naszych rodziców, które tkwią w nas jak zapis DNA lub też jak gen, przekazywany z jednego pokolenia na drugie – podobnie jak przekazuje się niebieskie lub zielone oczy czy choroby. Może więc te marzenia o prawdzie i życiu w kraju, z którego można być dumnym, wszystkie te sny wielu pokoleń, sny strajkujących wtedy w stoczni są genem, którego brakuje innym narodom. Opuszczając swój kraj nie wiedziałam, że ten rok tak pełen nadziei skończy się wojną z własnym narodem, nie wiedziałam też, że zapłacę cenę, którą płaci każdy emigrant – tracąc kraj z którego wyjechałam – i że gdy odwiedzę Polskę po ośmiu latach pobytu za granicą, znajdę się w zaniedbanym mieście, pełnym nieznanych twarzy – obcym, nie moim.

Czekało mnie wiele rozmów na temat naszego zrywu z mieszkańcami krajów, w których mieszkałam. Rozmów pełnych arogancji, z ludźmi żyjącymi w dobrobycie, w systemie szanującym swoich obywateli, wynagradzającym pracę godziwymi zarobkami, pozwalającym na wypowiadanie myśli bez retuszy i wykreśleń, szczęśliwców mających możliwość obejrzenia całego świata i mieszkania we własnym mieszkaniu oraz perspektywy na tak samo dobre a może nawet lepsze życie dla swoich dzieci.

Próbowałam opowiadać moim dzieciom o tamtym dniu. Ale nie da się tego, czego wtedy tak bardzo pragnęliśmy, wytłumaczyć pokoleniu, które nie widziało tych obsikanych klatek schodowych, nie funkcjonującej komunikacji miejskiej, niedogrzanych mieszkań, wiecznych kolejek przed sklepami, w których nie było nic i mieszkania razem z rodzicami i dzieckiem w M-3.Nie da się im wytłumaczyć mojego uczucia obcości w nowym miejscu zamieszkania, dla nich to przecież dom. Cieszę się, że chętnie jeżdżą do Polski na wakacje. Bo dla nich jest to już tylko kraj wakacji – wesołych, beztroskich dni.

Myślę często o kobietach, w których wieku jestem teraz, o mojej nieraz zrezygnowanej, przepracowanej mamie, z tą jej zmarszczką rezygnacji w kąciku ust. O wiecznie zmartwionych twarzach zaniedbanych starszych pań i panów, o studentach stojących za pieniądze godzinami w kolejkach po mięso albo papier toaletowy, o dramacie jakim było zgubienie kartek na cukier albo mięso. Myślę o godzinach, które moja mama, podobnie jak tysiące innych polskich mam i babć, spędziła na wystawaniu w kolejkach, o wyjazdach na wieś w poszukiwaniu jedzenia, o krajobrazie pustych sklepów z octem na półkach. Nikt im tego czasu nie zwróci, nie zdążyłam mamie podziękować za tą inwestycję we mnie.

Atmosferę tamtego dnia pod stocznią udało mi się przeżyć jeszcze kilka razy w Berlinie. Podczas demonstracji przed Misją Wojskową chodziliśmy po grudniowym mrozie z naszymi transparentami – łatwiej było nam razem znieść przerażenie tym, co dzieje się w Polsce. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek jeszcze będziemy mogli zobaczyć nasz kraj, co dzieje się z naszymi rodzinami, co nas czeka w tym obcym mieście. Pomagaliśmy później naszym rodzinom oraz ludziom walczącym w podziemiu o wolne słowo i prawdę, co odważniejszym udało się przemycić do Polski nawet sprzęt drukarski. Jesteśmy takimi samymi cegiełkami tego nowego, wspólnego domu jak ci odważni i zdesperowani stoczniowcy i inni strajkujący w całej Polsce.

Żyliśmy w tym mieście „jak u Pana Boga za murem” – jak w ciepłej poczekalni, bo większość z nas czekała na wyjazd do Australii, Kanady albo USA lub też nie wiedziała, co przyniosą dalsze lata w tym mieście, które oficjalnie tylko nas tolerowało. Dostawaliśmy świadczenia społeczne, nie mieliśmy prawa do podejmowania pracy, wielu z nas straciło te lata bezpowrotnie na czekaniu. Byliśmy i jesteśmy w tym mieście miniaturką Polski, przeglądem wszystkich warstw społecznych – od dziennikarzy, nauczycieli, lekarzy i historyków, poprzez kucharzy, rzemieślników, mechaników samochodowych po złodziei samochodów.

Rodziny przyjeżdżające do nas od lipca 1983 roku, opowiadały nam o walce z pałkami milicyjnymi i ZOMO. Z tych historii najbardziej utkwiła mi w pamięci wzruszająca historia ojca kolegi (musiał mieć już dobrze po siedemdziesiątce) o bitwie, jaką stoczył razem z innymi kolegami-rencistami z milicjantami na jednym z placyków Wrocławia – „Pani, to był kawałek wolnej Polski”. W jego oczach zobaczyłam atmosferę tamtego dnia pod stocznią, nadzieję, że i jego życie, które przecież dużymi krokami zbliżało się do końca, nabrało nowego sensu i na kilka chwil wróciła do niego młodość. O tym samym kawałku wolnej Polski mówił przecież pod stocznią starszy pan z Białegostoku.

Witaliśmy internowanych, przyjeżdżających od roku 1983 z paszportami w jedną stronę, ze smutnymi i pełnymi niepewności oczami. Wprowadzaliśmy ich do naszej poczekalni, dla nas w międzyczasie już mniej obcej. Spotkałam kilku uczestników tamtych dni, usłyszałam, jak bardzo chwilami się bali – nie wytrzymaliby tylu dni strajku bez świadomości, że przed bramą stoją tłumy, które na nich liczą i których nie można zawieść.

Zaczęliśmy wrastać w to miasto, wychodzić z poczekalni, uczyć się języka, z poczekalni zrobił się z niego dom, bardzo kolorowy, ciepły, wygodny i bezpieczny dom, stojący na szczęście blisko Polski. Przeżywaliśmy miłości, romanse, małżeństwa, urodziny dzieci, rozwody i rozczarowania, wpadaliśmy w nałogi, chorowaliśmy, traciliśmy pracę, niektórzy nie wytrzymywali psychicznie, tracili kontakt z rzeczywistością lub popełniali samobójstwa. Pełna gama ludzkich losów, ciekawe jak te życiorysy przebiegłyby w Polsce. Wielu z nas poleciało do innych krajów świata – z pewnością w państwach, w których prawie każda rodzina miała w życiorysie historię wielotygodniowej podróży statkiem w poszukiwaniu innego życia, było im łatwiej niż nam – pozostających w Europie pełnej uprzedzeń, nieprzychylności lub też po prostu obojętności dla przybyszy z zewnątrz. Ja zostałam w tym mieście, latami poznawałam jego każdy zakątek i prawie każde dziwactwo jego mieszkańców, zrozumiałam sposób ich myślenia, nauczyłam się nie wychylać i płynąć z prądem.

Przestało mnie dziwić rozczarowanie na twarzy rozmówcy, pytającego o mój trudny do umiejscowienia akcent, w chwili gdy dowiadywał się, że jestem z Polski. Zdarzały się zresztą również reakcje euforii: „Solidarność, Walesa!” – i to jak bumerang powracające zdanie „Za dużo chcieliście, to nie mogło się udać”. Przestała mnie dziwić drobiazgowość i powierzchowność, złość na spóźnienia i niedociągnięcia, nierzetelnych rzemieślników, psujące się urządzenia – te grzechy główne w kraju, w którym wszystko funkcjonuje z tą jedyną na świecie i godną do naśladowania niemiecką perfekcją.

Bundesarchiv_Bild_183-1989-1118-028,_Berlin,_Grenzübergang_Bornholmer_Straße

Tamten dzień pod stocznią był ze mną w tamtą okropnie zimną noc 9 listopada 1989, kiedy dużą polską grupką wybraliśmy się na Bornholmer Strasse, aby zobaczyć, czy ten odwiecznie stojący mur naprawdę runął. Patrzyłam na twarze ludzi przychodzących z tamtej strony muru, twarze pełne nadziei, pogody i ufności w lepsze jutro, bo ten mur nagle przestał istnieć: Bez tamtego, mojego dnia nie spełniłyby się i ich marzenia.

Musiałam też myśleć o tym dniu podczas podróży do Brazylii. W okolicach Iguazu zwiedzałam kopalnię opali „Wanda” w miasteczku założonym przez polskich osadników. Nasz przewodnik z dumą opowiadał legendę o Wandzie, o tym jak jego dziadkowie karczowali dżunglę, aby zbudować sobie dom, podejmując walkę z dziką i pełną niebezpieczeństw przyrodą. Zbudowane przez jego dziadków i innych polskich emigrantów miasteczko składało się z biednych, małych i rozpadających się domków, a w oknach wisiały tonące w kwiatach obrazy Matki Boskiej Częstochowskiej i ta pogodnie uśmiechająca się twarz naszego Papieża, którą widziałam wtedy na bramie stoczni. Skąd ci ludzie na drugim końcu świata mieli taką tęsknotę za Polską? Żyli tam już w drugim lub trzecim pokoleniu, wyglądali jak smagli tubylcy – bez niebieskich oczu i słowiańskiego uśmiechu, zgubili gdzieś do niczego im tam niepotrzebny język, ale pamiętali o Matce Boskiej Częstochowskiej i o kraju, z którego przyjechali ich rodzice lub dziadkowie. Wszyscy ci smagli i czarnoocy Dąbrowscy, Gąsiorowscy i Nowakowie stali tamtego dnia razem z nami pod stocznią.

Od tamtego dnia pod stocznią minęło ponad trzydzieści lat, w Polsce urodziło się nowe pokolenie, które jeździ po świecie, zna języki i nie ma tych wszystkich tamtych naszych potwornych kompleksów prowincji Europy. Myśląc o Polsce, myślę często o tamtym dniu, ale też i o tym, jak daleko jest młodość, Polska, którą znałam, rodzice, których już nie ma. Myślę o przyjaźniach, które nie wytrzymały próby czasu i pękły jak bańka mydlana i o przyjaźniach, które wytrzymały odległość i nadal trwają. O tym, co jeszcze chciałabym przeżyć i zobaczyć, i jak wiele na świecie udało mi się poznać. Myślę o tym, czy moje wnuki, tak jak wnuki emigrantów z Brazylii, będą znały legendę o Wandzie, Matkę Boską Częstochowską i Papieża, i o tym, czy będę mogła z nimi rozmawiać po polsku. Wszystkie te myśli piętrzą mi się w głowie podczas spacerów wzdłuż plaży z Orłowa do Sopotu. Morze – tak jak przed laty – uspakaja, wycisza wszystkie małe tęsknoty za tym, co było. Tylko ono się nie zmieniło w ciągu tych ponad trzydziestu lat.

***
Joanna jest finalistką konkursu dla Polaków na emigracji, zatytułowanego “Jeden dzień”. Lista nagrodzonych i pełna lista finalistów znajduje się TU.

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf

Wykłady Profesora Dąbrowskiego. V. Tatarzy w Polsce

Nie moi drodzy, wciąż nie mamy jeszcze informacji o babci szamance, ale

Ryszard Dąbrowski
pisze o tym, jak i kiedy przybywali Tatarzy do Polski, a ja
Ewa Maria Slaska
poszukuję informacji o tym, do której z owych fal emigracji należała moja rodzina.

koldunytatarskieJedna z ludowych potraw Tatarów polskich czyli kołduny! Podobno je się je zupełnie inaczej niż zwykłe kołduny. Trzeba nadgryźć jeden rożek kołduna, wylać ze środka sos na łyżkę i zjeść farsz, popijając płynem z łyżki. Szczerze powiem – nie bardzo rozumiem. Trzeba będzie ugotować kołduny i sprawdzić.

Ryszard Dąbrowski

Pierwszymi Tatarami na ziemiach litewsko-polskich byli niewolnicy wzięci w czasie walk Litwinów ze Złotą Ordą w latach 1238-1315.
Kolejni osiedleńcy byli uciekinierami religijnymi przed islamem szerzonym na siłę przez emirów. Uciekinierzy, którzy chcieli pozostać przy szamańskiej religii, przybywali na ziemie polskie po 1312 roku.
Po 1318 roku, kiedy to zawarty został pokój z Tatarami, niektóre ich oddziały wspierały Litwinów w walkach z Krzyżakami i osiedlały się na Litwie.
Kolejne fale osiedleńców to niedobitki kilkudziesięciotysięcznej armii emira Mamaja po przegraniu bitwy o Moskwę z Dymitriem, carem Księstwa Moskiewskiego w 1330 roku, oraz po porażce armii chana Białej Ordy Tochtamysza po przegranej w 1375 wojnie z Księstwem Moskiewskim.
Największy przypływ Tatarów na ziemie Korony Litwy i Polski miał miejsce podczas panowania na Litwie księcia Witolda (1401-1430) kiedy to w wyniku walk bratobójczych o przywództwo Wielkiej Ordy miał miejsce exodus polityczny.
W XVI w. podczas licznych wojen z Ordą Krymską brano zawsze jeńców wojennych, przybyła też na tereny Litwy i Polski fala uchodźców tatarskich podczas wojny Rosji z chanatami Kazańskim i Astrachańskim.
W drugiej połowie XVII w. ustał masowy ruch migracyjny Tatarów. Teraz najczęściej na Litwę przybywali przedstawiciele możnych rodów z Chanatu Krymskiego wraz ze swymi poddanymi i niewolnikami.
Jedna z ostatnich fal emigracji tatarskiej miała miejsce podczas wojny Polski ze Szwecją (1655-1660) kiedy to do armii polskiej zaciągali się Tatarzy krymscy.

Odejście od islamu i przejście na katolicyzm lub prawosławie ułatwiało Tatarom awans społeczny i przyspieszało proces asymilacyjny. Często przesiedlano Tatarów z Litwy do Polski centralnej, nadając bardziej zasłużonym ziemię i szlachectwo.

tatarzy

Gdyby się nam rodziny nie spolonizowały, to i Ryszard, i ja bylibyśmy może nadal takimi pięknymi tatarskimi tancerzami (zespół Buńczuk, Podlasie)

Ewa Maria Slaska

Każdy z nas, potomków Tatarów, zadaje sobie z reguły pytanie – kiedy? Kiedy nasi przodkowie przybyli na ziemie polskie? Legenda przekazywana w mojej rodzinie, czyli rodzinie Krynickich (tak była z domu Mama mojego ojca), głosi, że nastąpiło to podczas wojen szwedzkich. Ale może wcale nie, może nasi pradziadowie należeli do tej fali zamożnych Tatarów, przybywających do Polski z majątkiem, służbą i niewolnikami. Mógłby na to wskazywać fakt, że (podobno) założyli oni miejscowość Krynica (Górska), nadając jej nazwę. To oczywiście legendarne domysły i mogło być odwrotnie, ale całkiem nielegendarnie wiadomo, że rodzina pod koniec XIX wieku posiadała w tejże Krynicy dwa pensjonaty, które gdzieś przepadły (jak wszystko zresztą). W historii miasta  nie ma ani słowa o żadnych Krynickich ani o Tatarach. Tym niemniej Tadeusz Mikołaj Trajdos w artykule KRYNICCY W ŚWIETLE HERBARZY pisze, że:
Z tym rodem styka się każdy badacz zachodniej Łemkowszczyzny, a szczególnie wiosek „biskupiego dominium”, czyli „kresu muszyńskiego”. Nazwisko ma charakterystyczną formę toponimiczną i pochodzi od nazwy wsi Krynica. Nazwiska takie w środowisku chłopskim powstawały w dwojaki sposób. Przybierali je albo sołtysi-zasadźcy nowej wsi albo przybysze migrujący ze swej rodzinnej wioski i trwale osiedlający się w nowej miejscowości. Nadawano im wtedy najczęściej nazwisko rodowe urobione od nazwy ich dawnej wsi. Nazwisko jest w okolicy rozpowszechnione, ale nie wiadomo, czy poszczególnych krynickich łączyło pokrewieństwo, czy też po prostu osoby zakładające nowe wsie w okolicy Krynicy przyjmowały przydomek „Krynicki”.
W środowisku łemkowskim „kresu muszyńskiego” Kryniccy jawią się więc od początku jako gromada rodzin (najpewniej o wspólnym rodowym korzeniu) majętna, elitarna, korzystająca z przywilejów sołtysich i autorytetu tego urzędu.
Byliby to zatem chłopi, zamożni, sołtysi…

No ale my wiemy rodzinnie, że byli Tatarzy i były te pensjonaty w Krynicy, no było i szlachectwo herbu Korab.
Trajdos pisze jednak dalej: W roku 1613 w Warszawie Sejm aprobował dokonaną przez króla Zygmunta III nobilitację Jana Krynickiego. Konstytucja sejmowa w tej sprawie była bardzo lakonicznie sformułowana, bez wyjaśnień – kogo bliżej dotyczy, w jakich okolicznościach i z jakich powodów została podjęta. Trajdos też podaje, że ów Krynicki otrzymał herb Korab i cytuje nawet wiersz Wacława Potockiego „Na herb pp. Krynickich”:

„Nawa z Gryfem w Czerwonym polu wraz złożona
Leniją jednak środkiem samym przegrodzona,
Pod Koroną na Hełmie przyłbica otwarta
W Koronie zaś pul Gryfa z Mieczem, świadkiem Karta.
Ten herb Zygmunt Trzeci Król Polski konferował,
IANOWI KRYNICKIEMU, że mężnie woiował.
W Inflantach, w Moskwie, gdzie on wielkiey nabył sławy,
Mile znosząc woyskowe niewczasy, kurzawy,
Smolińsk, Połuck, Wielkoluk, fortyce niedbyte,
Wziął, przez nieprzyiacielskie zaś woyska okryte.
Przebijaiąc się, Żołnierz krwawe poniósł rany.
Za te tedy Cnoty Herb dwoisty mu dany
Korabl Matki Szlachcianki, w Herbie się mu został
Gryfa zaś za konsensem Dobkow z Herbu dostał.
Te są wielkiey odwagi, pracy iego znaki,
Które skazują, że był Mąż nie ladaiaki.”

Okazuje się, że wiersz ów więcej zamieszania wnosi niż wyjaśnia. I to podwójnie. Trajdos szuka w nim potwierdzenia, że łemkowski, sołtysi syn z Krynicy za zgodą swojego biskupa zaciągnął się do litewskich wojsk Chodkiewicza. Ja węszę, gdzie Tatarzy. No ale dla Trajdosa Kryniccy to spolonizowany a w XVII wieku uszlachcony ród łemkowski, dla mnie – Tatarzy. No i proszę. Trajdos pisze. „Warto zauważyć, że w wojsku Chodkiewicza (jeszcze wtedy regimentarza i starosty żmudzkiego) pod Kirchholmem w roku 1605 walczyło 8 chorągwi „wolentariuszy” w sile 860 koni. Trzy były tatarskie, trzy niemieckiego autoramentu, jedna rajtarów kurlandzkich, ale jedna polska Sakina (w sto koni). (…) Potocki pisze o udziale Kryniciego w oblężeniu Smoleńska. Koronne wojska hetmana Stanisława Żółkiewskiego ruszyły na Smoleńsk w 1609 roku. Dnia 4 lipca 1610 roku Polacy rozbili Rosjan w bitwie pod Kłuszynem. Po tym zwycięstwie Moskwa poddała się wojskom polskim. W roku 1611 zdobyto wreszcie Smoleńsk. Krynicki prawdopodobnie uczestniczył w tych wypadkach aż do końca wojny i należał do polskiej załogi na Kremlu, bo Potocki uwypukla jego obecność w Moskwie.”
Heraldyk ubolewa, że nie wiadomo, w jakiej chorągwi służył, a ja podpowiadam, no w tatarskiej, tatarskiej… Oboje nas niepokoi fakt, że nasz Krynicki miał mieć mamę szlachciankę z rodu Korabitów, która mu ów herb przekazała, czy też go do swego herbu adoptowała. No bogdajby, może Tata przystojny był i się panna zakochała? Choć to zapewnie nie, bo kto się w owych czasach, oprócz bohaterów powieści, tych tam Wołodyjowskich i Kmiciców, z miłości żenił?
Kolejnym powodem niepokoju, ale tu już tylko mojego, jest ów Gryf od Dobków w lewym polu tarczy. My tam żadnego Gryfa nie mamy. Korab to korab. Późniejsze herbarze, jak Niesiecki, też wiedzą o Krynickich tylko tyle, co z wiersza Potockiego i z ustaw sejmowych.

Tymczasem w Krynicy spolonizowany łemkowski ród Krynickich pełnił do XIX wieku funkcje… parochów czyli popów unickich.

To jednak musi być jakaś zupełnie inna historia.

No ale te dwa pensjonaty?

Wykłady profesora Dąbrowskiego. II. Szlachta. Herby.

Ryszard Dąbrowski

Historia herbów polskiej szlachty

jastrzebiecWyraz „herb” pochodzi od niemieckego słowa „erbe” (dziedzictwo, spadek) i napłynął do Polski poprzez Czechy i Śląsk w formach „erb” i „herb”.

Symbolem i hasłem rodów rycerskich powstających na terenach polskich w XI i XII wieku było zawołanie. Zawołanie czyli proklamacja było sygnałem zwoływania się w potrzebie i stawiania się z bronią w określonym miejscu. W boju, w nocy, w rozproszeniu czy zamieszaniu było ono hasłem rozpoznawczym, a także bojowym okrzykiem zagrzewającym do męstwa.
Od XII wieku rycerze zaczęli nosić zbroję a głowę okrywał im hełm z przłybicą zakrywającą twarz. Walczący stawali się do siebie podobni i niemożliwym stało się rozpoznawanie i identyfikowanie pojedynczych rycerzy i oddziałów. Aby temu zapobiec zaczęto stosować znaki rozpoznawcze i identyfikujące takie jak proporce, chorągwie oraz symole malowane na tarczach i mocowane na hełmach.

Pod koniec XIII wieku wśród rycerstwa w Polsce zaczynają rozpowszechniać sie herby. Pochodzą one od znaków własnościowych lub znaków runicznych na tarczach bojowych z XI wieku, ewoluujących na wzór zachodni, a ich nazwą własną stają się zawołania.
korabBył to ewenement w całej Europie. Zjawiskiem typowym dla Polski był fakt, że jeden i ten sam herb posiadało wiele nie spokrewnionych ze sobą rodzin. Wynikało to ze wspólnego zawołania i związanego z nim herbu. Kto w XIII – XV wieku był rycerzem i stawał w konkretnej chorągwi, przybierał jej herb. Na zachodzie natomiast każda rodzina posiadała odrębny herb.

Herby rozpowszechniły się w Polsce na początku XIV wieku. Najstarsze z nich to Nowina (1293), Korab (1299), Zaręba (1301), Mądrostki (1302) a także Jastrzębiec (po raz pierwszy występuje na pieczęci w 1319 r., w źródłach pisanych w 1335 r. a w aktach sądowych w 1386 r.)
Herbem Jastrzębiec posługiwało się 360 rodzin. Towarzyszyły mu także takie zawołania jak: Bolesta, Boleściw, Jastrząbek, Kanona, Lubrza, Łazęka, Nagórę i Zarasy.

krzywda-niesSzlachcic polski był z zawodu rycerzem i tym się szczycił i chlubił. Łączył z tym także inne zawody. Bywał także ziemianinem, myśliwym oraz kowalem. Jako człowiek wojennego rzemiosła wszystko co czynił zaczynał znakiem krzyża, więc także i krzyż jest elementem większości polskich herbów. Herb był symbolem zawołania, zawodu, powołania, skłonności lub zamiłowań. Krzyż, podkowa oraz strzała były najczęstrzym elementem pierwszych herbów.
Podkowa w herbie Jastrzębiec jest symbolem kowali a także surogatem konia. Wszak dzielny rumak decydował często o losie rycerza.

Walczący rycerze, w celu dodania sobie grozy i wspaniałości, ozdabiali sobie hełmy piórami, skrzydłami, rogami, czaszkami oraz kwiatami, gałęziami lub krzyżem. Przedmioty te, nazywane „klejnotem”, stawały sie często elementem herbu i były umieszczane nad hełmem. Słowo „klejnot” jest także pochodzenia niemieckiego i oznaczało drobnostkę.
W herbie Jastrzębiec klejnotem jest jastrząb z podkową trzymaną w szponach lub także i bez niej.

W Polsce istniało około 530 herbów, z czego tylko 70 ozdobionych było klejnotami.

niesiecki_grzymalaHerby malowane były różnymi kolorami. W heraldyce ilość ich jest ograniczona a poszczególnym barwom przypisane są określone cechy. I tak kolor biały oznacza – chwałę, czystość, radość i niewinność; srebrny – radość, czystość, szlachetność i rozsądek; żółty – słońce i splendor; złoty – cnotę, wzniosłość, szlachetność, wybitność i mądrość; czerwony – miłość, waleczność, panowanie i ogień; purpurowy – panowanie, dostojeństwo i umiarkowanie; zielony – nadzieję, piękno i radość; niebieski – skromność, oddanie i wierność oraz czarny – surowość, żałobę, smutek i skromność.

Herb na tarczy, pieczęci i sygnecie symbolizował przynależność do danego rodu oraz jego dziedzictwa moralnego i materialnego. Jakże tego pierwszego i drugiego obecnie nam brakuje.

Ilustracje w tekście – herby szlachty polskiej – a ściślej rzecz biorąc mojej rodziny i rodziny mojego byłego męża. Jastrzębiec (który jest, jak się domyślam herbem Autora, jest też herbem mojej Teściowej), Korab (Kryniccy, moi tatarscy dziadkowie ze strony matki ojca), Krzywda (herb Boguckich), Grzymała (herb Slaskich).