Panie i Panowie! Zastanówcie się!

Tekst napisany w Berlinie 25.11.2014 i opublikowany przez Autora na Facebooku, został tego samego dnia przekazany do publikacji na blogu.

Roman Brodowski

Kolejna odsłona polskiego dramatu?

Po wielu miesiącach obserwania tego co się dzieje w naszej Najjaśniejszej, zarówno w sferze politycznej, ekonomicznej, jak i społecznej, po sposobie uprawiania polityki rządowej w naszym kraju, jak też próbach przeniesienia tej dzisiejszej parlamentarnej pełnej nienawiści, kłamstwa i oszczerstw, retoryki, na grunt europejski – zadałem sobie pytanie: Ile czasu pozostało jeszcze, by cieszyć się naszą wolną i suwerenną Ojczyzną?!

Przed kilkoma laty napisałem nieco polityczne opowiadanie, w którym opisałem moje obawy, mój niepokój związany z przyszłością mojego narodu, opowiadanie które ukazało się w tym roku na kartkach mojej najnowszej książki Sacrum – Profanum i …Kresy.

Oto jego fragment

No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie – niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, a tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej – tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą, w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.

Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, w którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych.                       

Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS i PO, oraz ich ugrupowania statelickie), retoryce jaką w stosunku do siebie i innych, stosują, do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica i ugrupowania o charakterze czysto nacjonalistycznym, często wspierane przez instytucjexkościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem, zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Coraz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam, gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczego i społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.Stare, mądre przysłowie, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową, można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy.Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi.Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…?

To, czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Niestety ostatnie wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami – mam na myśli wybory, wypowiedzi polityków (tych przegranych i tych wygranych) przypominają mi okresy najciemniejszej polskiej historii ostatnich kilkuset lat, począwszy od Sejmu Czteroletniego, poprzez wybory pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza itd … Przykładów podziałów i niezgód prowadzących do nienawiści społecznej w naszej kochanej Ojczyźnie możnaby mnożyć. Zawsze kończyło się to tragedią.

To prawda – wiele błędów wydarzyło się podczas ostatnich wyborów, zbyt wiele, by można je traktować pobłażliwie, by przejść obok nich spokojnie. Jednak w żadnym wypadku nie może być to powodem do tego, by nawoływać do buntów społecznych. Myślę, że mądrość narodu, a szczególnie tych, którzy mają w nim coś do powiedzenia, nie zakłóci tak zwanego „miru” w naszym kraju i nie doprowadzi do kolejnej destabilizacji, a wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że ci, dla których losy naszego kraju przedstawiają wartość nadrzędną, odrzucając wszelkie animozje, uczynią wszystko, by rozwiązać ten wyjątkowy problem w sposób pokojowy, zgodnie z prawem, w poszanowaniu wartości narodowych, a co najważniejsze na drodze kompromisów

Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim przedstawiciele naszego kraju (PIS-u) poprosili Europę o pomoc w rozwiązaniu naszego (wewnętrznego) konfliktu, oskarżając innych przedstawicieli naszego narodu o wiele spraw (między innymi o fałszowanie wyborów) Nie potrafię zrozumieć, jakim celom przyświeca tego typu postępowanie?!

Często, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kiedy nie potrafimy rozwiązywać naszych własnych problemów, dotyczących naszego kraju, na własnym podwórku, zwracamy się o pomoc w rostrzyganiu sporów do stron trzecich.
Czy to brak zdrowego i patriotycznego rozsądku, czy też celowe działanie na szkodę naszego kraju popycha (nie po raz pierwszy) niektórych mieniących się „prawdziwymi Polakami” (określenie często nadużywane przez parlamentarzystów) do tak idiotycznych – moim zdaniem rozwiązań – tego nie wiem.

Czyżby nasza tragiczna historia niczego nas nie nauczyła? Wielokrotnie w przeszłości korzystaliśmy z takiej pomocy i zawsze wychodziliśmy na tym źle. Przypomnijmy sobie Konrada Mazowieckiego, Bogusława Radziwiłła czy też Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przykładów takich jest o wiele więcej. Nieumiejętność roztrzygania sporów we własnym gronie, brutalna, daleko wybiegająca poza ramy kultury dyplomatycznej walka o władzę, z zastosowaniem najprymitywniejszych elementów propagandowo-filozoficznych, opracowanych w XV wieku przez Machiavellego, uzupełnionych filozofią Fryderyka Nitschego, za każdym razem razem pociągały za sobą ofiary społeczne i narodowe. Świadczyły o słabości naszego państwa i podważały jego zarówno autorytet jak i wiarygodność.

Panowie i Panie, Parlamentarzyści i Senatorowie! Działacze PIS-U, PO, SLD, SP i wielu innych ugrupowań, zarówno z prawej jak i lewej strony! Zastanówcie się nad tym, dokąd prowadzi nasz kraj wasza polityka, wasza nienawiść, wasz cynizm i pazerność władzy. Siądźcie po raz kolejny do okrągłego stołu i jak Polak z Polakiem, pokażcie swoją dojrzałość polityczną i prawdziwą troskę o naszą Ojczyznę, by w przyszłości historia oceniła was nie jak zdrajców narodu, ale patriotów.

Lusatia alias Vita 12

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Pobyt w Zhorjelcu po raz kolejny uzmysłowił nam banalną w sumie, choć dojmująco prawdziwą okoliczność, iż nasz świat i nasze życie to Wielka Pielgrzymka. Skóra świata wciąż się zmienia, podlega (by podsumować nasze stylistyczne wprawki) ciągłej transformacji. Wszystko płynie, jak Nysa Łużycka. Lusatia alias Vita…

Ale jeśli Czytelnik chciałby zakosztować odrobiny stałości, to nie ma sprawy! Trzeba w tym celu przemierzyć jakieś piętnaście kilometrów wzdłuż Nysy. W górę rzeki. Miasteczko Ostritz, czyli górnołużycki Wostrowc, a w nim piękny, barokowy klasztor cysterek, St. Marienthal. Nawiasem mówiąc, barok to chyba najbardziej przejmujący artystycznie wyraz ludzkiego lęku przed przemijaniem. O jaką więc stałość tu chodzi? Ano, St. Marienthal nie jest takim sobie zwykłym klasztorem.

1 KlasztorSt. Marienthal w szacie barokowej. To już kolejna forma, jaką przybierał klasztor przez lata. Style się zmieniały, lecz konwent trwa.XXX

Kolejne pokolenia cysterek mieszkają tutaj nieprzerwanie od 770 lat! Przetrwały rajdy husytów, niespokojne czasy Lutra, Wojnę Trzydziestoletnią, szał sekularyzacji Fryderyka Wilhelma III, przejście Armii Czerwonej, a nawet czasy NRD – i to w strefie przygranicznej! Drogie Siostry, chapeau bas!

Gdybyśmy dalej podążali wzdłuż nurtu Nysy, dotarlibyśmy do trójstyku granic. Ale cóż to za atrakcja? Czytelnicy z pewnością niejeden taki trójstyk już w życiu widzieli. Takoż Viator: wspiął się kiedyś na szczyt bieszczadzkiego Kremenarosa, a jadąc samochodem w okolicach Longwy pogubił się do tego stopnia, że w przeciągu zaledwie kwadransa chyba z siedem razy przekraczał granice, lądując co i raz w Luksemburgu, Francji lub Belgii. Tak że to doprawdy nic nadzwyczajnego. Lecz okolica jest bardzo ciekawa. A nazywają ją Krainą Domów Przysłupowych. I leży ona właśnie na Łużycach, podzielonych granicami między trzy państwa. Tak się bowiem potoczyły losy tego zakątka Lusatii.

Nie czuje się Viator na siłach, by odgrywać rolę specjalisty w dziedzinie architektury czy historii sztuki. On jest od podziwiania domów przysłupowych. Od przekazywania solidnej wiedzy na ten temat są inni. Można, a nawet należy, skorzystać z ich pracy, na przykład TUTAJ.

Tym, co dla domów przysłupowych najbardziej charakterystyczne, jest rzecz jasna pruski mur. Tak zwany pruski. Nam w Polsce rzeczywiście przywołuje on na myśl Niemcy, ale to konstrukcja znana w całej Europie i nigdzie się jej z pruskością jako żywo nie kojarzy.

3 Rouen

Ot, choćby Rouen, stolica Dolnej Normandii. To zdjęcie wykonał Viator wiele lat temu, nie cyfrowe ci ono, lecz analogowe, stąd i problem z jakością. Ale zawartość charakterystyczna: zaułek w roueńskiej Vieille Ville. Cała Starówka jest zabudowana takimi domami. A Prusy? Daleko stąd!

Ktoś rzuciłby: no to zamiast pruski mur powiedzmy mur szachulcowy. Ale i to nie byłoby do końca prawdziwe. W szachulcu przestrzeń między belkami wypełniana jest gliną, zaś w pruskim murze – cegłami. I w ogóle domy przysłupowe to raczej konstrukcje szachulcowe… Przecież się Viator zarzekał, że nie jest fachowcem!

Ale docenić piękno tych konstrukcji potrafi. Wśród wszystkich miejscowości położonych w Krainie Domów Przysłupowych największe wrażenie zrobiła na nim Bogatynia. A miał to szczęście, że odwiedził miasto pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Mógł obejrzeć największy w Polsce i jeden z największych w okolicy zespół domów przysłupowych.

dwie BogatynieZdjęcia mają wartość archiwalną. Nie tylko z tego powodu, że są analogowe. Także dlatego, że powstały przed wielką powodzią. Bogatynia wygląda teraz nieco inaczej. Stoi tu już mniej domów przysłupowych. Strata z tych, jak to mówią, niepowetowanych.

7 sierpnia 2010 roku, wzburzony po długotrwałych ulewach potok Miedzianka (zazwyczaj cichy i łagodny), zniszczył albo uszkodził poważnie kilkadziesiąt zabytkowych domów. Większość odbudowano, ale jednak nie wszystkie. Zmienia się skóra świata, nie wiadomo, jakie jeszcze kataklizmy przetoczą się przez Łużyce. Jedź, Czytelniku, zobaczyć domy przysłupowe, póki stoją.

Lecz właściwie… czemu stoją? I to w takiej liczbie! Znak dziejów tej krainy. Przez wiele lat było to prawdziwe zagłębie tkackie: rzemieślnik miał swój warsztat na parterze przysłupowej chałupy, a mieszkał na piętrze – wszystko tu było starannie zaplanowane.

Ale skóra świata się zmieniła. Teraz też jest tutaj zagłębie, ale już nie w przenośni. Przecież jesteśmy na Łużycach! Dziś nie tkactwo, ale Kopalnia Węgla Brunatnego Turów i Elektrownia Turów zapewniają byt mieszkańcom. I to byt całkiem dostatni. Mało kto z miejscowych żałuje chyba zniszczeń, jakich przemysł dokonał w przyrodzie.

6 OdkrywkaKopalnia Turów – wielka dziura w ziemi. Ale zarobki takie, że doprawdy pozazdrościć. Lusatia alias Vita…

Z mieszanymi (jak zwykle na Łużycach) uczuciami opuszczamy Bogatynię. Kierunek północ! Zbliżamy się do kresu naszej wielkiej łużyckiej peregrynacji.

W górę rzeki (5)

Zbigniew Milewicz

Kawałek pieczeni

Miedzianowłosa Jadzia Hamplówna czuła się na scenie, jak ryba w wodzie. Była urodziwa i pewna siebie, miała wdzięk, ładny sopran i widocznie to „coś“ w sobie, co spowodowało, że po jednym z występów „Lutni“ dostała propozycję angażu w zawodowym teatrze w Berlinie. Jak na skrzydłach pofrunęła z tą wiadomością do domu. Ojciec Tomasz z uwagą wysłuchał córki, w milczeniu nabił tytoniem porcelanową fajkę, zapalił i z troską w głosie powiedział mniej więcej tak:

– Co tam w świecie bydziesz robić? A jak cie zepsujom… na to nie moga pozwolić.

Koniec i kropka, na odpowiedź nawet nie czekał. Był wzorem dobroci i łagodności, ale jednocześnie – jak to wówczas w tradycyjnych, śląskich rodzinach – miał wielki autorytet w domu i panna z wielkim żalem musiała sfrunąć na ziemię. Znajdowała się w wieku odpowiednim do zamążpójścia i na brak odpowiednich kandydatów do ręki nie narzekała. O jej względy starał się między innymi pewien bogaty kupiec z Częstochowy o nazwisku Szczęsny, dzięki któremu mogła automatycznie awansować w społecznej hierarchii, ale wybrała Erwina. Był w niej zakochany po uszy, ona chyba mniej w nim, ale myślę, że dobrze rokował, jako przyszły mąż. Babcia miała dominującą naturę, dziadek zaś zgodną, gotów dla niej góry przenosić. Wiedziała, że jest mądry, pracowity, poza tym nie przesiadywał w szynku. W łaski przyszłego teścia wkupił się zaś jednym dobrym uczynkiem. Któregoś dnia przyszedł na zolyty na Bytomską o dosyć nietypowej godzinie, bo wcześnie rano. Ubrany był w paradny żakiet, z muszką, pod wąsikiem, który dodawał mu powagi. Był to strój zdecydowanie wieczorowy. Skąd się wziął u Hamplów o tej porze, tak ubrany, o tym historia rodzinna milczy.

Erwin, pojedź za mnie na kopalnia po wągiel – poprosił na dzień dobry pradziadek Tomasz.

Młody człowiek, wiele się nie zastanawiając, wskoczył na furę, wziął lejce i pojechał pod wskazany adres. Prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu prowadził podobny pojazd, ponadto nie znał furmańskich zwyczajów, więc wyminął długą kolejkę wozaków, czekających na wydanie węgla i podjechał pod samą bramę, która była jeszcze zamknięta. Konie prowadzone niewprawną ręką staranowały rygle, za Erwinem posypał się grad soczystych przekleństw, a sztygar na wadze o mało co nie wygrzmocił go swoją laską. Zbity z tropu dobrymi manierami i wyglądem karlusa, który spokojnie stał przed nim i przepraszał za bramę, jednak go obsłużył. Poza kolejnością.

dziadekbabciaŚlub odbył się 13 października 1920 roku. Młodszą siostrę babci, Marysię, wziął sobie za żonę Jorg (Jurek), brat dziadka, jednak młodszy od niego o trzy lata. Przepraszam, że dodałem mu wieku w poprzednim odcinku, ale niedawno znalazłem w szpargałach dokument, który skorygował moją wiedzę na ten temat. Erwin był więc najstarszy z rodzeństwa Paluchów, podobnie, jak moja babcia wśród dzieci Hamplów, to też udało mi się już ustalić na bank. Myślę, że z praktycznych względów te dwie pary miały jedno weselisko, ale póki co nie znajduję na to żadnego potwierdzenia w dokumentach, ani w rodzinnych relacjach.

Pierwszą inwestycją małżeńską babci było znalezienie dla dziadka lepszej pracy. Uważała, że w Azotach zdrowotnie marnieje i marnuje się jako pracownik laboratorium, ponadto słabo go wynagradzają. Zdecydowanie bardziej podobał jej się Skarboferm, polsko-francuska, akcyjna spółka węglowa, powstała w lutym 1922 r., w ramach „rewanżu“ dla Francji za kredyty udzielone Polsce w wojnie z bolszewikami oraz za polityczne wsparcie przyłączenia Górnego Śląska do macierzy.

Na podstawie zawartej umowy francuscy udziałowcy mieli prawo do dzierżawy złóż węglowych w kopalniach Bielszowice, Król, Knurów i Wyzwolenie, 50 procent udziałów w kapitale zakładowym miał polski Skarb Państwa. Była to dochodowa i największa w międzywojennej Polsce spółka węglowa; w jej Radzie Nadzorczej zasiadali m.in. Henri Le Rond, przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej i Wojciech Korfanty, dyktator III Powstania Śląskiego. Kawałek tej pieczeni dostał się również powstańczemu kombatantowi o psudonimie „Erwin“ i intuicja mi mówi, że stała za tym babcia. On umiał się poświęcać dla innych, ale był zbyt skromny i jednocześnie za dumny, żeby ubiegać się o swoje. Urzędniczą karierę w chorzowskiej ekspozyturze spółki przy ul. Katowickiej zrobił jednak samodzielnie. Rozpoczął ją jako szeregowy pracownik, później dzięki rzetelności, pasji samouka i bystrości umysłu stopniowo awansował na stanowisko kierownika jednego z działów. W parze z tym szły apanaże, pod koniec lat trzydziestych sięgały miesięcznie 500-700 złotych, kiedy n.p. para dobrych butów kosztowała 5 zł., a jajko 2 grosze.

lagiewnikiTak to było na Śląsku: Tramwaj międzynarodowy, polsko-niemieckie przejście graniczne – Łagiewniki /ulica Chorzowska

Niedoszła artystka berlińskiej sceny, lub o mały figiel pani kupcowa Sczczęsna, inną drogą awansowała zatem do upragnionej klasy średniej. Jej mąż legitymował się tylko świadectwem ukończenia szkoły ludowej, ale w wolnym czasie dużo czytał, poza tematami zawodowymi interesował się m.in. etyką, psychologią, filozofią, sztuką. Mam jego książki w domowej bibliotece. Przede wszystkim jednak wspólnie z kochaną Jadką dbali o materialny, mieszczański dostatek, na który w coraz większym stopniu mogli sobie pozwolić; z pierwszego, skromnego mieszkania przy ul. Katowickiej 15 przeprowadzili się „na kilka pokoi” do kamienicy przy Dąbrowskiego 18. Tam mieli jadalnię z gdańskimi meblami, pianinem i stojącym zegarem, który wybijał godziny na melodię dzwonu z katedry w Westminster, sypialnię i gabinet. Gabinet to był pokój dziadka, wyposażony w bibliotekę, kanapę i stylowe biurko, podkreślające jego urzędniczą pozycję. Mieli kucharkę i dziewczynę do sprzątania, chodzili regularnie do teatru i operetki, bywali na przyjęciach towarzyskich z udziałem ważnych osób i sami je wydawali. Należało to do dobrego tonu w tej sferze.

Czy czuli się w niej dobrze? – rozważałem osiemnaście lat temu, kiedy zaczynałem spisywać historię rodziny. Dziadek, nie przypuszczam. Szybciej babcia, grała panią, czuła się jak na scenie, prawdopodobnie.

Rodzinę utrzymywał dziadek, babcia zajmowała się domem i wychowywaniem córek, tak, jak to wówczas jeszcze było w zwyczaju. Fizycznej pracy już nie musiała wykonywać, od tego miała służbę, ale kto wiedział lepiej od pani Paluchowej, jak powinny błyszczeć sztućce, podłogi, albo okna przed świętami… Albo, jak powinno się kulać ciasto na makaron do niedzielnego rosołu… To mieszkanie na Dąbrowskiego w pewnym momencie stało się jednak za małe, a może dziadkowie zwyczajnie zapragnęli mieć coś oddzielnego dla siebie, bardziej rozwojowego. Córki rosły, jak kiedyś założyłyby swoje rodziny, mogliby zamieszkać wszyscy razem. Tak zaczął się budować dom przy ulicy Wesołej 5, na nowo powstającym osiedlu Ruch. Pierwsze wille już na nim postawiono, Paluchowie mieli oszczędności, więc trwało to szybko, około roku. W 1938 lub na początku 1939 roku wprowadzili się na Wesołą. Dom z cegły nie był otynkowany, na to zabrakło już środków, ale do zamieszkania już się nadawał. Zajęli pierwsze piętro, parter wynajęli państwu Szumskim, którzy pochodzili spoza Śląska, a do sutereny wprowadził się wujek Jurek, ten z Grenzschutz z ciocią Marysią i dziećmi. Na drugim piętrze, znajdował się strych i małe, jednopokojowe mieszkanie, na razie puste.

Zapędziłem się trochę, a jeszcze chciałbym opowiedzieć o jednym wydarzeniu, które wcześniej miało miejsce w rodzinie i wyglądało na złośliwy wybryk losu, a było jedynie wynikiem pazerności III Rzeszy. Kiedy Hitler doszedł do władzy w 1933 roku, mój pradziadek Franz nie posiadał się ze szczęścia. Powiesił zdjęcie kanclerza na poczesnym miejscu w swoim mieszkaniu na Kościelnej i poszedł do Skarbofermu, żeby podzielić się radosną nowiną ze swoim pierworodnym. Już z ulicy wołał do niego: nareszcie bydzie nom teroz wszystkim dobrze, nosz kochany Adolf zrobi porzondek. Do tyj pory tyś mi Erwinku zawsze stawioł gorzoła, dziś z tego świynta jo ci postawia.

Dla człowieka, który długo obracał złotówkę w dłoni, zanim ją wydał, była to deklaracja wielkiej wagi. Kilka tygodni, albo miesięcy później Erwina odwiedził w mieszkaniu jeden z jego braci. Pora była wczesna, Erwin jeszcze spał.

– Wiesz, żeś jest milionerem?
– Nie, po jakiemu? – zdziwił się, jeszcze zaspany.
– No więc żeś jest i żeś nie jest…

Okazało się, że w Australii zmarł w podeszłym wieku krewny pradziadka Franza, który wiele lat temu wyjechał na Antypody i dorobił się tam sporego majątku. Był kawalerem, nie pozostawił po sobie żadnego potomstwa, ale za to – stocznię, względnie kilka stoczni. Sąd zdecydował więc o licytacji majątku i przekazaniu pieniędzy członkom rodziny zmarłego w Polsce, do podziału. Kiedy te dotarły na granicę niemiecko-polską, na Kościelną przyszło urzędowe zawiadomienie. Do odbioru czeku albo gotówki nigdy jednak nie doszło, ponieważ przesyłka została na mocy jakiegoś uczonego paragrafu zarekwirowana przez niemieckie władze celne. Ten incydent bardzo zasmucił pradziadka Franza. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak porządny człowiek, jak Adolf Hitler zawłaszczył sobie to, co należało się jego rodzinie, jak psu buda. Może, jako bardzo poczciwy z natury człowiek i porządny Niemiec pocieszył się myślą, że jeżeli jego tysiącletnia rzesza naprawdę potrzebowała tych pieniędzy, to w gruncie rzeczy wszystko jest w porządku. Dlatego nasz dom na Wesołej został otynkowany dopiero w Polsce Ludowej.

Ballonaktion zum Mauerfall

oder eine LICHTGRENZE

Vom 7. bis zum 9. November 2014 ist das innerstädtische Berlin von der Bornholmer Straße über den Mauerpark und die Gedenkstätte Bernauer Straße, zum Reichstag, vorbei am Brandenburger Tor und Checkpoint Charlie bis zur East Side Gallery vorübergehend geteilt: 8.000 weiße, leuchtende Ballons markieren dann den ehemaligen Mauerverlauf. Die emotionale und visuelle Kraft dieser Lichtinstallation ruft auch die Brutalität der Mauer in Erinnerung. Die Installation basiert auf einer Idee von Christopher Bauder und Marc Bauder.

Die LICHTGRENZE ist ab Freitag (7.11.) mit Einbruch der Dunkelheit bis zum Sonntagabend (9.11.) rund um die Uhr erlebbar. Wir empfehlen Ihnen Spaziergänge entlang der LICHTGRENZE.

Die Open-Air-Ausstellung „100 Mauergeschichten“ gibt auf der gesamten Strecke faszinierende Einblicke in den Alltag der geteilten Stadt.

Der Museumsdienst Berlin offeriert spezielle einstündige Führungen auf Deutsch und Englisch, an denen man spontan
ohne Anmeldung teilnehmen kann. Tickets: 5 € (bis 14 Jahre freier Eintritt)
Termine: 7. Nov, stündlich von 18 bis 20 Uhr/ 8. Nov, stündlich von 12 bis 20 Uhr/ 9. Nov, stündlich von 12 bis 16 Uhr
Startpunkte und Ticketverkauf: Mauerpark, Checkpoint Charlie und East Side Gallery
Gruppen könnten im Voraus buchen. Kosten: 80 € (max. 25 Teilnehmer)

Zum Höhepunkt des Jubiläums lassen die Ballonpaten am 9. November ab 19:00 Uhr in einer spektakulären Gemeinschaftsaktion alle Ballons in den Himmel steigen.  Am Brandenburger Tor spielt die Staatskapelle Berlin unter der Leitung von Daniel Barenboim den Schluss-Satz der 9. Sinfonie von Beethoven mit der “Ode an die Freude”! ARD und rbb übertragen die Ballonaktion live im Fernsehen.

PS: Nur der Skeptiker fragt sich: was tun die Vögel bei dieser Aktion?                          

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°

Lusatia alias Vita 9

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Już sporo wody spłynęło nurtami Lubszy, Nysy i Szprewy, odkąd Viator (który wówczas jeszcze nawet nie nosił tego miana) skarżył się Czytelnikowi, iż trwać musi w niewygodnym szpagacie między nauką i sztuką (TU). W dniach teraźniejszych zwyciężyła nauka. I gdy Czytelnik we wtorkowy ranek lub przedpołudnie zasiada do lektury tego tekstu Viator, ukryty pod maską Prelegenta, produkuje się na pewnej konferencji. Wcześniej zaś musiał się do swego wystąpienia solidnie przygotować, co wymagało zaangażowania uwagi, ale przede wszystkim czasu. Miał więc trzy możliwe wyjścia z sytuacji, w jakiej się przez to znalazł: primo – w ogóle nie pisać odcinka opowieści o Łużycach (tego ani Czytelnikom, ani Ewie Marii uczynić nie chciał), secundo – poświęcić jakość tekstu, tertio – poświęcić jego objętość. Zdecydował się na rozwiązanie trzecie. Będzie krótko, ale zajmująco, miejmy nadzieję. Suspens i zagadka. Aby zaostrzyć apetyt przed kolejnym odcinkiem. Jako rekompensatę za tydzień obiecuje Viator wystawną ucztę, godną tego wzmożonego apetytu!

*************************

Opuszczamy rankiem mury Budyšina, kierując się na wschód, na spotkanie słońca. A że Łużyce to ziemia czarowników i mistyków, przeto wszystko zdarzyć się może takiego dnia. Ktoś wyszeptał zaklęcie. Jest początek siedemnastego wieku, któreś z jego pierwszych dwudziestu lat – nieistotne, które dokładnie. Viator, jak na ubogiego pątnika przystało, idzie pieszo (mógłby dodać, że boso i z kosturem w ręku, ale po co błaznować?) A Czytelnik nie odmówi mu przecież swej kompanii… Do pokonania mamy trzydzieści kilometrów, musielibyśmy się postarać, aby zdążyć do kolejnego miasta przed zapadnięciem zmroku. Ale po co pośpiech? Trakt jest bezpieczny, wszak Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dba o to, aby nie grasowali tu żadni zbóje. Wokół lasy, strumienie, pola malowane zbożem rozmaitem… Po co się spieszyć? Jedyne, co nam grozi, to nocka spędzona sub Iove frigido. Nie pierwsza i nie ostatnia na pielgrzymim szlaku.

Toteż i nie spieszy się Viator. Maszeruje powoli, co i raz spogląda w prawo, gdzie na horyzoncie rysuje się ciemne i majestatyczne pasmo górskie, a wędrowiec kocha góry. Im więcej drogi we wschodnim kierunku pokona, tym wyraźniej widzi, jak wprost przed nim, pośród rozległej równiny, wyrasta jeszcze jedna, samotna góra, ostrym szczytem kłująca niebo. Tą swoją samotnością, osobnością intryguje. Viator zapatrzył się na nią i… stało się. Zmrok zapadł. Wędrowiec nigdzie już dziś nie dojdzie. Siada więc i, jak na romantyka przystało, patrzy na gwiazdy i słucha ciszy.

1 LandeskroneTajemnicza, samotna góra… Za tydzień odkryje swój sekret.

 A kilka kilometrów stąd, w małej izdebce, za drewnianym stołem, zasiadł prosty, ubogi szewc. Po całym dniu ciężkiej pracy i starań o chleb powszedni zajmuje się tym, co naprawdę ważne. Może siedzi w ciemności, pogrążony w modlitwie, albo i w mistycznej wizji. A może w migotliwym blasku kaganka zapisuje to, co usłyszał od aniołów.

Prostaczek bez żadnych szkół ani nauk takie słowa w górze usłyszał: Jeśli jest tak, że tylko powierzchownie panujesz nad wszelkim stworzeniem, wówczas ze swoimi chęciami i panowaniem należysz do zwierzęcego rodzaju i znajdujesz się tylko w niedoskonałym, przemijającym panowaniu. W zwierzęcą istotę wprowadzasz także twoje pożądanie, zarażasz się nią i jesteś w niej uwięziony, otrzymując również charakter zwierzęcy. Lecz jeśli jest tak, że porzuciłeś ten niedoskonały charakter i panujesz nad wszystkimi stworzeniami w otchłani, z której są one stworzone, to nic nie może ci zaszkodzić na ziemi, bowiem jesteś podobny do wszystkich rzeczy i do niczego nie jesteś podobny.

Takie oto przesłanie musi ogłosić rodzajowi ludzkiemu: To jest tak, że miłość może w tobie zapalić ogień. Wtedy poczujesz, jak spala się twoja jaźń a zatem cieszy się wtedy wielce twoim ogniem, że raczej pozwoliłbyś się zabić niż znowu wstąpić w twoje coś. Także jej płomień jest tak ogromny, że nie odstąpiłaby od ciebie, acz dotyczy to twego doczesnego życia, tedy idzie z tobą w swych płomieniach do śmierci. I gdy udajesz się do piekieł, niszczy piekło ze względu na ciebie.

Co to za ziemia, która rodzi takich szewców? Cóż to za szewc, który z Panem gadał? Co go ku niebu pociągnęło: tajemnicza samotna góra, czy może pewna kaplica? I co to za kaplica, którą jeden z ziomków szewca wzniósł tutaj po wyprawie do Ziemi Świętej? o i jak to możliwe, że bogate miasto, wręcz personifikacja mieszczańskiej stabilizacji, naznaczone jest po wielokroć i na różne sposoby duchem pielgrzymstwa? Jakie to miasto? Czytelniku, czekaj cierpliwie, a stokrotnie nagrodzony zostaniesz! (A jak bardzo chcesz wiedzieć już i natychmiast, to zajrzyj do komentarzy – przyp. EMS)

2 KaplicaW niecierpliwym oczekiwaniu na Jeruzalem niebieskie wzniesiono tę kaplicę.

Lusatia alias Vita 8

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Z Kulowa droga na południe wiedzie wśród rozległych pół uprawnych. A na horyzoncie coraz wyraźniej rysują się dwa pasma górskie: Góry Łużyckie oraz Połabskie. Wymarzona sceneria dla stolicy Hornjeje Łužicy. Piękna kraina! Trzeba jednak pamiętać, że te urocze, sielskie krajobrazy, stały się ostatnim ziemskim widokiem, jaki oglądało kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy.

Ale pierwszy był książę Bolesław który, jak wspominał Viator na początku naszej wędrówki, …autem Luzici, Zara et Selpuli denuo occupat. Kilka razy zresztą tracił i odzyskiwał, aby zdobyć ostatecznie w roku 1018, co jak niepyszny uznać musiał sam cesarz Henryk II, zawierając z Chrobrym właśnie tutaj sławetny Budyski měr, czyli Pokój w Budziszynie. A kilka dni później w warownym grodzie Chóśebuz, który na mocy traktatu także stał się jego własnością, Książę Polan pojął za małżonkę Odę, córkę margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda I. Takie to w tamtych czasach bywały rękojmie dopełnienia podpisanych umów…

Można powiedzieć: pełen sukces! Co prawda Milsko i Łużyce tylko czternaście lat pozostawały pod polską zwierzchnością i po śmierci mieszkowego syna odpadły od naszego kraju, ale sam Bolesław, wraz ze swą armią, mógł się w sposób całkowicie uzasadniony uważać za tryumfatora. Zaiste, Chrobry był – na swój przydomek w pełni zasłużył.

Kiedy niemal tysiąc lat później polscy żołnierze po raz drugi pojawili się na Łużycach, nie mieli już tyle szczęścia. 2 Armia Wojska Polskiego, forsując 16 kwietnia 1945 roku Nysę, rozpoczęła swój udział w Operacji Łużyckiej. A dowodził nią generał Karol Świerczewski. Dowodził, według niezwykle trafnego i upowszechnionego określenia jednego ze swych podwładnych, w pijanym widzie. Bo też faktycznie nie trzeźwiał ani na chwilę. Przeto i manewry polskich oddziałów przypominały taniec pijaka. Viator swego czasu skutecznie wymigał się od odbycia zasadniczej służby wojskowej, dlatego nie będzie się wysilał na fachowy opis walk, bo nie posiada ku temu żadnych kwalifikacji, zresztą o informacje takie w Wielkiej Sieci łatwo. Aby jednak Czytelnik mógł sobie wyrobić opinię o tych wydarzeniach, poda wędrowiec krótki oraz plastyczny, jak mu się wydaje, opis.

Oto Armia, ponaglana rozkazami Waltera, parła na Drezno. Nie pomyślano o jakimkolwiek rozpoznaniu lub ubezpieczeniu skrzydeł, dlatego polskie oddziały rozciągnęły się w kolumnę, na kształt węża, o długości niemal osiemdziesięciu kilometrów. Właściwie nie był to wąż, tylko dżdżownica. Ślepa i bezbronna. Zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że na południe od tej kawalkady, złożonej w znacznym stopniu ze świeżo przeszkolonych i kiepsko wyposażonych rekrutów, dowodzonych przez nielubianych radzieckich oficerów, przyczaiły się zaprawione w wielu bojach, bitne i zdeterminowane dywizje pancerne Grupy Armii Mitte feldmarszałka Ferdinanda Schörnera. Ich determinacja była naprawdę wielka: oficjalnie szli na odsiecz Berlinowi, ale naprawdę zrobiliby wszystko, aby dotrzeć do oddziałów amerykańskich i przed nimi złożyć broń, unikając niewoli sowieckiej.

Nieszczęsną dżdżownicę, począwszy od 21 kwietnia, rozcinały na kawałki potężne uderzenia z flanki. A potem każdy z tych kawałków był metodycznie i bezlitośnie niszczony. Najbardziej krwawe okazały się walki na przedpolach Budyšina. W sławnej ponurą sławą Dolinie Śmierci opodal wioski Chrósćicy 26 Pułk Piechoty stracił 75% stanu osobowego! A w całej Bitwie pod Budziszynem 2 Armia utraciła kilkanaście (według niektórych źródeł nawet 25) tysięcy żołnierzy. Tylko w Kampanii Wrześniowej i w Powstaniu Warszawskim polskie straty były większe.

A wojna skończyła się kilka dni potem… Los jest okrutny, ale ludzie mu nie ustępują: jakby na ponure urągowisko degenerat Walter otrzymał awans na stopień generała broni, a bitwa przez wiele powojennych lat była przedstawiana jako Wielki Tryumf Polskiego Oręża.

1 Pomnik Dolina SmierciChrósćicy (Crostwitz). Pomnik polskich żołnierzy w Dolinie Śmierci.

Wielkie było tylko bohaterstwo prostych żołnierzy. I wielka była ich krzywda, przywołany już okrutny los nie oszczędził im niczego. Kilka kilometrów od Chrósćicy znajduje się maleńka osada o nazwie Hórki (czyli po niemiecku Horka, czasem mylona z inną miejscowością o tej nazwie, Horką pod Görlitz, znaną kolejową stacją przesiadkową), gdzie Niemcy wymordowali w całości polski szpital polowy – około 300 rannych oraz personel.

2 Pomnik z napisem luzyckim

XXX

W Chrósćicy znajdują się tablice poświęcone zarówno poległym w walce, jak i tym z Hórki i innym, bestialsko zamordowanym. Napisy na nich są polskie, niemieckie oraz serbołużyckie.

Lusatia alias Vita… Skoro wspomnieliśmy o Hórce, nie możemy pominąć milczeniem innej okolicznej wioski. Delnja Kina (Niederkaina), od kilkunastu lat dzielnica Budyšina. Podczas kwietniowych walk doszło tam do innej, nieco tajemniczej, zbrodni. Około 200 mężczyzn, kompania Volkssturmu, zostało zamkniętych w stodole i spalonych żywcem. Tablica pamiątkowa nie wskazuje wyraźnie sprawców tego wydarzenia, winę powszechnie przypisuje się funkcjonariuszom Smierszu (Smiert’ szpionam – sowieckie oddziały likwidacyjne w ramach kontrwywiadu wojskowego). Ale od czasu do czasu pojawiają się, jakby rzec, sugestie? domniemania? iż w morderstwie brali udział także polscy żołnierze. I wtedy na internetowych forach historycznych odżywają zażarte dyskusje, w których przytacza się liczne argumenty za i przeciw. Jednak żaden z nich jak dotąd nie rozstrzygnął sprawy ostatecznie. Także i Viator nie śmie rozstrzygać. Nie w tym rzecz. Chodzi o problem znacznie bardziej zasadniczy: popełniali Polacy zbrodnie wojenne czy nie popełniali? Są tacy patrioci, którzy samo stawianie tego pytania traktują jako zdradę, nie dopuszczają nawet cienia takich myśli do swych głów. Patriotyzm Viatora jest widocznie innego rodzaju. Uznanie istnienia zła i nazwanie go po imieniu jest chyba lepszym rodzajem miłości Ojczyzny? Bo pozwala coś zmienić, coś naprawić, za coś przeprosić… Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli! O ile to rzeczywiście prawda, a nie oszczerstwo wyssane z brudnego palucha, jak bajeczka o zamordowaniu przez zdobywców Monte Cassino rannych Niemców, którzy pozostali w ruinach klasztoru.

Bo są rzeczy, których się usprawiedliwić, mimo najszczerszych chęci, nie da. Gdybyż to jeszcze byli esesmani, których postawiono pod mur! Ale pospolite ruszenie? Emeryci, renciści i smarkacze? Spaleni żywcem? Ktokolwiek to uczynił, był zbrodniarzem. Po prostu.

Niemal wszyscy ukrywają gdzieś w głębi sumienia jakieś zdarzenie, które nigdy nie powinno było się wydarzyć. Ale się wydarzyło i każde jego wspomnienie wznieca falę piekącego wstydu. Błogosławieni, którym nie było dane tego doświadczyć! W każdym drzemie bestia. Wystarczą jedynie sprzyjające okoliczności, by się obudziła. Żadna religia, żadna narodowość, żadne ideały nie są w stanie skutecznie zaimpregnować przeciw złu… Lusatia alias Vita…

Warto o tym pamiętać. Warto od czasu do czasu wspomnieć chłopców, którzy polegli kilka dni przed końcem wojny. Oni nie weszli do Budyšina. My wchodzimy.

Budyšin – miasto siedemnastu wież. O tym Viator nie wiedział. Na szczęście jest Bożenka. Cudownie po latach odnaleziona Bożenka, która mu to uświadomiła. I wciąż życzliwie, choć wymagająco, recenzuje literackie usiłowania wędrowca. Bożenko, Viator serdecznie Ci dziękuje!

3 Panorama Budziszyna Budyšin na wysokim, skalistym brzegu Szprewy. Widok z mostu. Viator tam stał, ale gdzieżby ze swoim sprzętem fotograficznym mógł wykonać taką panoramę! Pożyczył ją u cioci Wikipedii.

Chóśebuz, jako ośrodek przemysłowy i węzeł kolejowy, został zniszczony przez alianckie bombowce. Budziszyńska Starówka, jak widać, ocalała.

Nie ma potrzeby, a po prawdzie i sensu, aby Viator szczegółowo opisywał liczne zabytki stolicy Górnych Łużyc. Inni już to zrobili, i to znacznie lepiej – poszukajcie w Wielkiej Sieci. Znajdziecie tam też informacje o instytucjach serbołużyckich. Serbski dom, będący siedzibą kilku wendyjskich organizacji i stowarzyszeń, Němsko-Serbske ludowe dziwadło – dwujęzyczny teatr, Serbski ludowy ansambl, czyli ichni zespół Mazowsze, Ludowe nakładnistwo Domowina, wydające liczne serbsko– i niemieckojęzyczne publikacje oraz Serbski muzej z bogatymi zbiorami. Lista wciąż niepełna. Budziszyn to autentyczne centrum kultury Serbów Łużyckich.

Viator może jedynie pokazać to, czego zwykle się w publikacjach turystycznych nie znajdzie. Szczegół. Detal. Który przepuścił dodatkowo przez pryzmat własnej wrażliwości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA                                                               Polski ślad: herb Rzeczypospolitej w korytarzu Bramy Macieja (Korwina, rzecz jasna), broniącej dostępu do zamku – Ortenburgu. Upamiętnia pobyt w mieście króla Zygmunta Starego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPo drodze na dziedziniec zamkowy nie przeoczcie tego widoku: dom sędziego.

W latach 1346 – 1815 Budyšin, wraz ze Zhorjelcem, Žitavą, Lubaniem, Kamjencem i Lubijem, tworzył Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast – taką jakby Hanzę w miniaturze. Przynależność do tej organizacji, chroniącej interesy kupców i rzemieślników, zapewniła mieszczaństwu budziszyńskiemu bezpieczeństwo oraz dostatek. Ślady dawnej świetności można napotkać niemal na każdym kroku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Nie tylko Związkowi Sześciu Miast zawdzięczał Budziszyn swój rozwój. Także rozsądek i umiejętność współpracy mieszkańców przyczyniły się do niego.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACharakterystycznie załamana nawa Katedry św. Piotra. Świątynia nieprzerwanie od czasów Reformacji służy jednocześnie katolikom i protestantom, którzy się nią zgodnie podzielili. Można? Można! Ewenement na skalę całych Niemiec.

SAMSUNG DIGITAL CAMERABarokowa płaskorzeźba wieńczy bramę wiodącą na dziedziniec pałacu biskupiego. Mieści się tam też ciekawe muzeum katedralne.

Żal opuszczać Budyšin. Ale Łużyce wciąż czekają! Za tydzień odwiedzimy jeszcze jedno spośród sześciu miast Zwjazka. Jednak wcześniej, bo już za trzy dni, Ewa Maria Slaska i Urszula Usakowska-Wolff, zapraszają na spotkanie z poezją łużycką, z którą obie  zetknęły się, między innymi, dzięki wizytom właśnie w Budyšinje. Widzieliśmy budowle z kamienia, poznajmy także te wzniesione z słów. Serbołużyckich słów.

11 Tablica dwojezyczna

Lusatia alias Vita 7

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Elektrownia Boxberg rozpiera się dumnie na równinie w pobliżu Běłej Wody. Jest tak wielka i tak mocno przyciąga wzrok, że łatwo byłoby przeoczyć znajdujący się w jej bezpośrednim sąsiedztwie Park Głazów Narzutowych w Wochozach, który odwiedziliśmy tydzień temu. Byłoby, ponieważ stał się on tak sławny, a dojazd do niego jest na tyle dobrze oznakowany, że przeoczyć go nie sposób. Za to dokładnie po przeciwnej stronie kompleksu budynków elektrowni ukrywa się obiekt, który zazwyczaj i z zasady jest pomijany. Nie doczekał się godnej publicité, a szkoda. Mały, drewniany kościółek w wiosce Sprjowje (Sprey).

1 Sprey kircheKościół w Sprjowje. Stareńki, bo z początku szesnastego stulecia pochodzący. Trzyma się świetnie, jak na swój wiek.

Katolicki czy ewangelicki? Ano właśnie! W tym, jak mówią, sęk. Stereotyp głosi, że Dolne Łużyce przyjęły protestantyzm, zaś Górne pozostały przy rzymskiej wierze. A skoro to Hornja Łužica… Lecz stereotyp, jak to stereotyp: jest w nim ziarno prawdy, ale znajdzie się też spora domieszka przekłamań oraz nieścisłości. Nie całe Górne Łużyce pozostały katolickie. I tutaj nauka Lutra znalazła licznych wyznawców. A kościółek w Sprjowje jest właśnie ewangelicki.

W ogóle trzeba zauważyć, że epizod reformacyjny mocno zaważył na historii Łużyc. Viator już wielokrotnie w swych peregrynacjach prezentował spuściznę Mikławša Jakubicy. A przecież nie był on jedyny. Cała generacja pastorów Serbołużyczan, realizując luterański postulat wprowadzenia do liturgii języków narodowych, dokonała licznych przekładów Pisma Świętego i Katechizmu, stworzyła arcydzieła piśmiennictwa religijnego, położyła podwaliny pod literaturę serbołużycką. I na kilkaset lat spowolniła proces wynarodowienia Wendów. Najsłynniejszym wśród nich był z pewnością Kaspar Peuker, o którym Viator już TU wspominał. Ale przypomnijmy raz jeszcze, bo warto. Urodził się przyszły pastor w Budyšinje (dokąd wciąż konsekwentnie zmierzamy) w rodzinie bogatego rzemieślnika, który miał możliwość sfinansowania nauki syna. I tak los dał młodemu Łużyczaninowi niepowtarzalną szansę na rozwinięcie talentów, którymi go hojnie uprzednio obdarzył. Wieloletnie studia na licznych uczelniach zaowocowały ukształtowaniem jeszcze jednego człowieka renesansu: matematyk, astronom, filozof, historyk, geograf i medyk – nadworny lekarz elektorów saskich. Wybitny teolog i działacz reformacyjny. Uczeń, przyjaciel, a wreszcie zięć wielkiego Filipa Melanchtona, któremu, jako biegły w języku górnołużyckim, umożliwiał i moderował kontakty z licznymi teologami oraz duchownymi pochodzącymi z wielu krain słowiańskich. Nauczyciel Niemiec był dumny ze swego zięcia i w nim właśnie znalazł wiernego oraz skrupulatnego strażnika swej spuścizny. Stanowczo za mało znamy historię najmniejszego narodu słowiańskiego… I to my na tym tracimy, a nie Serbołużyczanie!

2 Kaspar PeukerKaspar Peuker. Czy podczas którejś ze swych licznych podróży między Budziszynem, Wittenbergą, Lipskiem, Dreznem, Zgorzelcem i tyloma innymi miastami zatrzymał się kiedyś, aby podumać w zaciszu sprjowskiej świątyni? Niewykluczone, kościółek za jego życia już stał.

Prawdą jest jednak, iż istnieją duże obszary Górnych Łużyc, gdzie ani Peuker, ani inni pastorzy nie odnieśli żadnych sukcesów. Trójkąt, którego wierzchołki wyznaczają miasta Budyšin, Kamjenc (Kamenz) i Wojerecy, czyli Hoyerswerda. To Katolska Hornja Łužica. I to jak katolska! Czy wydaje się czasem Czytelnikom, że w Polsce aż gęsto od przydrożnych kapliczek i krzyży? Wobec tego Viator zaprasza do Kulowa (Niemcom znanego jako Wittichenau), dziesięć kilometrów na zachód od Boxbergu. To już Łużyce Katolickie. A w miasteczku, nie tak znów dużym (bo zaledwie sześć tysięcy dusz liczącym) krzyż, można rzec, na krzyżu. Pobieżnie i w pośpiechu rachując, Viator naliczył ich ze dwadzieścia – po kilka na każdej ulicy. I co najmniej drugie tyle w sąsiednich wioskach.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrzyż w Kulowje, jeden z wielu. Jakie jest ich przeznaczenie? Do tych danych Viator na razie nie dotarł, ale najprawdopodobniej są darami wotywnymi – wyrazem prośby lub podziękowania Bogu.

Wszystkie bardzo do siebie podobne: czarne krzyże, pozłociste postacie i szare cokoły, a na nich cytaty z Biblii lub pobożne sentencje. Na przykład taka:

Stož Božu martru
zanč nima a ju tež
njewopomina, tón nihdy
zbóžny njebudźe.
Ow wopomń wšak
to, čłowječe!

Zaiste, wielka była i jest pobożność tutejszych katolików! Mogli iść w zawody ze swymi ewangelickimi pobratymcami, do kogo bardziej odnoszą się słowa Pisma: Gorliwość o dom Twój pożera mnie! Ale, gdy w XVI wieku pastorzy tworzyli renesans łużycki, księża nie popisali się aktywnością na tym polu. Z nawiązką odrobili to zaniedbanie w wieku XIX. Wtedy, gdy całą Słowiańszczyznę ogarnął ruch odrodzenia, również Łużyce przeżyły swą drugą wiosnę. W roku 1847 utworzona została Maćica Serbska, organizacja mająca na celu pielęgnowanie języka i kultury serbołużyckiej. A po niej powstawały inne stowarzyszenia. Katolicy i protestanci działali w nich ramię w ramię.

Dziś górę wzięli papiści. Ostatnie zwarte obszary o wendyjskim charakterze językowym znajdują się już tylko na Łużycach Katolickich. Przywiązanie do tradycji też tutaj jest najsilniejsze. Koniecznie przyjedźcie do Kulowa lub do innej okolicznej miejscowości rankiem w niedzielę Paschy. Křižerjo, czyli konną procesję wielkanocną trzeba zobaczyć choć raz w życiu.

4 ProcesjaNie pomyślał swego czasu Viator, żeby uwiecznić na zdjęciu proporzec z napisem Dzwońcie dzwony. Dlatego stosowną fotkę musiał pożyczyć.

SAMSUNG DIGITAL CAMERATradycje są żywe, a język łużycki wciąż pozostaje w użyciu. Dla coraz mniejszej liczby mieszkańców, to fakt. Ale jednak!
A fotka absolutnie autorska.

Wiek XIX to czas współpracy Serbołużyczan katolików i ewangelików. Wcześniej różnie się układało. Ale to przecież nie Łużyczanie obu konfesji rzucili się sobie do gardeł. Całe Rzymskie Cesarstwo Narodu Niemieckiego (plus kilka krajów ościennych) ogarnął amok, który zaczął się defenestracją praską, a zakończył dopiero pokojem westfalskim. Dlaczego Viator przywołuje te zamierzchłe czasy? Jasne, że nie czyni tego bez przyczyny. Wszak sprytna z niego bestia i nieprzypadkowo zwabił Czytelników właśnie do Kulowa! Bo tutaj kole końca tej wojny, co się trzydzieści roków ciągła (jak to w niezapomnianych Igraszkach z diabłem ujął zapchlony, wsiowski czart Karborund, grany przez Jana Prochyrę) miało miejsce brzemienne w skutki zdarzenie. Elektor saski nadał jednemu ze swych pułkowników, zasłużonemu wielce w licznych bojach, folwark Wulkie Zdźary (Groß Särchen) opodal Kulowa. Pułkownik nazywał się Jan Szadowic i był Chorwatem na służbie elektorskiej. Jako właściciel folwarku okazał się panem sprawiedliwym i ludzkim, a przy tym, jako Słowianin, bez większych problemów porozumiewał się ze swymi wendyjskimi poddanymi. Zapewne niejednokrotnie stawał też w ich obronie. Zapisał się trwale w pamięci miejscowych jako opiekun i przyjaciel prostego ludu. Z czasem legenda połączyła postać pułkownika Szadowica z innymi miejscowymi baśniami i podaniami (zaklęty młyn, młynarz czarnoksiężnik, co pakt z diabłem podpisał, biedny ale bystry parobek jako uczeń czarnoksiężnika i jeszcze kilka innych). Tak z Chorwata, czyli Kroata powstał… Krabat – dobry łużycki czarodziej. Wielokrotnie i na różne sposoby serbołużyccy (i nie tylko) pisarze starali się zaprezentować tą największą postać łużyckiej mitologii. Měrćin Nowak – Njechorński w książeczce Mistrz Krabat, dobry łużycki czarodziej z myślą o młodszych czytelnikach przedstawił wersję legendy rzeczową, z wyraźnym przesłaniem społecznym. Otfried Preussler w swym Krabacie snuje opowieść baśniową i ekspresyjną. Jurij Brězan, pisząc Čorny młyn oraz Krabat albo przemiany świata stworzył niemalże traktaty filozoficzne, w których dzieje Czarownika są metaforą ludzkiego losu.

6 Krabat ilustracjaNjechorński, poza opowieścią, wykreował też wizerunek Mistrza Krabata, który chyba najsilniej zakorzenił się w powszechnej świadomości. Nie jest to wszakże wizerunek jedyny.

Poza Czarnym Młynem wszystkie wymienione książki zostały przetłumaczone na język polski. Nic, tylko siadać i czytać – Viator nie powie ani słowa więcej! Można, rzecz jasna, obejrzeć również film Uczeń czarnoksiężnika, ale, jak to z dziełem popkultury bywa, filmowy Krabat ma tyle wspólnego z pierwowzorem, co… powiedzmy… Myszka Miki z Myszeis? Czy jakoś tak… Łużyckości w nim za grosz nie uświadczysz.

Grób pułkownika Szadowica znajduje się w kulowskim kościele, zaś na rynku stoi posąg Krabata.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrabat na rynku w Kulowje. Co oznaczają ptaki i pozostałe symbole? Przeczytajcie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXX

XXXXX

XXXX

XXXXX

XXXX

Lektura wyjaśni także, czemu na pomniku uwieczniono tę niewątpliwie sympatyczną myszkę. Z Mickey Mouse nie ma ona oczywiście niczego wspólnego!

Ufff, sporo czasu zmitrężyliśmy w Wittichenau. Ale chyba było warto? Tak czy inaczej, cierpliwości Czytelników nie można dłużej doświadczać i wystawiać na próbę. Viator obiecuje solennie, iż za tydzień już na pewno przekroczymy bramy Budyšina. Ale najpierw wspomnimy tych, którym nie było dane tego uczynić…

Lusatia alias Vita 6

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Czy może ktoś powiedzieć, iż wie naprawdę, czym jest Hornja Łužica, jeżeli nie odwiedził Budyšina? Nie może, rzecz jasna. Ruszamy przeto na południe. Już po chwili opuszczamy ostatnie, puste zazwyczaj, blokowiska Běłej Wody. Już za nami one zostały. A przed nami? Widok znajomy ten… Na horyzoncie znowu pojawiają się, i wkrótce zaczynają w nim dominować, ogromne dymiące kominy. Boxberg czyli Hamor. Kolejna elektrownia. A więc i kolejna kopalnia. Przysłowie łużyckie mówi: Bóg stworzył Łużyce, ale diabeł podłożył pod nie węgiel. Coś w tym jest…

Dopóki węgiel ten wydobywano jedynie na obszarze Łuku Mużakowa, problem nie był wielki: tam złoża kopaliny, jakkolwiek przez lodowiec wypchnięte niemal na powierzchnię i łatwo dostępne, zostały też przez aktywność glacjalną poszarpane na małe porcje. Kopalnie siłą rzeczy też musiały być małe. Wybranie do czysta złóż powodowało zapadanie się ziemi i powstawanie, wspomnianych już poprzednio, ponad dwustu jeziorek. Jak mówią geolodzy, całe pojezierze antropogeniczne, czyli ręką ludzką uczynione. Ale wokół moreny czołowej Jego Wysokość Lodowiec już tak nie narozrabiał. Węgiel zalega równomiernie na dużych obszarach i na tej samej mniej więcej głębokości. Toteż zamiast małych podziemnych szybów powstały tu wielkie odkrywkowe kopalnie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATagebau Nochten. Zaiste, efekt diabelskiej działalności! A zdjęcie oczywiście pożyczone. Gdzieżby Viator był w stanie wykonać tak sugestywne ujęcie.

Zniknęły pola uprawne, lasy i jeziora. Wysiedlono mieszkańców licznych wiosek. Pozostały i wciąż się rozrastają wielkie dziury w ziemi. Tak jest wokół Chóśebuza, nie inaczej rzecz się ma na Górnych Łużycach.

Zdążając z Běłej Wody do Budyšina warto zatrzymać się w wiosce Wochozy. Ona, w porównaniu do tak wielu sąsiednich osad, miała naprawdę wiele szczęścia. Nie zrównano jej z ziemią. Otoczona kopalnią, na kształt półwyspu pośród wyrobisk, trwa. Dlaczego?

2 NochtenKościół w Wochozach, dla Niemców – w Nochten. Ocalał. Ilu, równie pięknych, już nigdy nie zobaczymy?

Wochozy istnieją, bo Wielki Przemysł też czasem musi, ze względów wizerunkowych, pokazać inną, ludzką twarz. Tak, kopiemy w ziemi koszmarne doły. Tak, stawiamy dymiące kominy. Ale na wrażliwości nam bynajmniej nie zbywa! Cóż nam szkodzi? Oszczędzimy Wochozy. Więcej: pokażemy wam coś, o czym nawet nie śniliście.

Co prawda, to prawda. Trzeba sporej dozy wyobraźni, żeby coś takiego stworzyć. Tam, gdzie się kończy Nochten, a zaczynają tereny nieczynnych już wyrobisk, stworzono obszar wzorcowej rekultywacji. Lausitzer Findlingspark Nochten. Czasem zwany po polsku dziwacznie Parkiem Znalezisk, ale nazwa Park Głazów Narzutowych jest zdecydowanie bardziej trafna. Bo i w rzeczy samej, na kilkunastu hektarach ziemi zrytej łopatami gigantycznych koparek, zgromadzono tu kilka tysięcy głazów zebranych we wszystkich okolicznych odkrywkach kopalnianych. Obsadzono je wrzosami, skalniakami, iglakami oraz rozmaitymi przerośniętymi bonsaiami, zaaranżowano stawy i strumyki szemrzące. Powstał park surrealistyczny nieco, ale przecież na swój sposób fascynujący. Do tego stopnia, że Viator odwiedził go już kilkukrotnie, zawsze wizyty swe bogato dokumentując fotograficznie. Jednak, gdy przyszło do działania i gdy zasiadł nad czystą kartą pliku Word, aby kolejny reportaż poetyzujący stworzyć, spostrzegł ze zdumieniem, że te zdjęcia albo się nie nadają do publikacji, albo kadr zawiera postacie krewnych i znajomych królika, którzy być może niekoniecznie chcieliby się na blogu pojawić własną osobą. Musiał przeto, lubo niechętnie, po raz kolejny sięgnąć do zasobów Wielkiej Sieci. Problemu z tym nie było żadnego, bo Surrealpark Nochten stał się ostatniemi czasy niezwykle popularny. Czemu się Viator, jak zaznaczono, nie dziwi. Podzielać jego przychylnej opinii nie trzeba. Wierzyć w czyste intencje Wielkiego Przemysłu nie należy. Ale zobaczyć warto.

3  kominyMoże i brzydkie nasze kominy, ale w głębi duszy tęsknimy za pięknem…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA…może i zryliśmy prastarą łużycką ziemię, ale czegoś takiego nie ma nigdzie na świecie…

5 ludzie…dajemy prąd elektryczny, możemy dać i estetyczny.

 Ruszaliśmy w naszą podróż, mając na sztandarach (no, powiedzmy, na proporczykach) wypisane ambitne hasło: Lusatia alias Vita. Łużyce czyli Życie. Łużyce jako życia metafora… Stańmy się więc godnymi naszych szczytnych ideałów.

Niestety, Viator czuje, że już się dłużej powstrzymywać nie zdoła: skłonność do pajacowania znów bierze w nim górę. Zasiada wędrowiec na jednym z głazów, ręką podpiera brodę (zbieżność z Myślicielem Rodina oczywiście zupełnie przypadkowa), marszczy czoło i zaczyna roztrząsać samą esencję ludzkiej natury. No bo, myśli sobie, to faktycznie wspaniała metafora! Czasem nasze życie dewastują źli ludzie, ślepy los, albo własna głupota. Potrafią je przeorać tak gruntownie i niszczycielsko, jak odkrywka kopalni pejzaże łużyckie. I co wtedy? Można siąść i płakać. Ale Park Głazów delikatnie sugeruje, że katastrofę życiową warto potraktować jako szansę. Na gruzach naszych uczuć i nadziei należy zbudować coś nowego. Coś, czego wcześniej nie byliśmy sobie nawet w stanie wyobrazić. A teraz voila! Niemożliwe staje się możliwe.

Łepetyna dymi Viatorowi, ale on się nie poddaje. Brnie dalej w tę nośną metaforę. Eksploatuje ją bezlitośnie i śmiało, jak Wielki Przemysł łużyckie złoża węgla brunatnego! Bo między tymi Łużycami i tym węglem jątrzy się bolesne rozdarcie. Jak, nie przymierzając, w duszy każdego, przeciętnie chociaż wrażliwego, człeka. Bo tu nie ma jednego oczywistego i dobrego rozwiązania. Nie będzie kopalni, będą wioski. Ale ludzie i tak z nich wyjadą za chlebem. Można być integralnym ekologiem, ale wtedy trzeba zdjąć ubrania, które produkowane są w fabrykach, wyłączyć internet, bo ciągnie energię, a i mikroprocesory też potrzebują kopalni surowców. No i trzeba zsiąść z rowerów – każdy metal powstaje w hucie. Zawsze jest coś za coś. Czysty ideał jest piękny, lecz nieosiągalny. I może o naszej wartości moralnej nie świadczy wcale fakt realizowania tego ideału, a po prostu odczuwanie bólu rozdarcia?

Ależ się wysilił Viator. A efekt rozmyślań, by użyć eufemizmu, nie poraża oryginalnością, niestety! Nie ma co, czas ruszać dalej. Przecież Budyšin wciąż trwa nie zdobyty.

Ukraina

Tekst ukazał się przedwczoraj na Facebooku.

Bożena Ptak

Raport z Krzemieńca

Od kilkunastu lat w pierwszych dniach września odbywa się w Krzemieńcu  konferencja „Dialog Dwóch Kultur”, dla której pretekstem są urodziny Juliusza Słowackiego. Biorą w niej udział naukowcy polscy i ukraińscy, muzealnicy, artyści, animatorzy życia kulturalnego i społecznego, a miejscem wymiany doświadczeń i poglądów jest Muzeum Juliusza Słowackiego oraz Instytut Pedagogiczny im. Tarasa Szewczenki / niegdysiejsze liceum założone przez Tadeusza Czackiego zwane Krzemienieckimi Atenami/.
W ubiegłym roku zostałam po raz pierwszy zaproszona na tę imprezę. Nie znałam osobiście żadnego z uczestników, ale bacznie obserwowałam wszystko i wszystkich, a w krzemienieckiej aurze zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Historia od lat jest moją pasją, więc na stosunki polsko-ukraińskie w swych obserwacjach byłam szczególnie uczulona, prawie nie wyobrażałam sobie dialogu miedzy reprezentantami dwóch stron, tak mocno poranionych, sobie nie ufających. I ten brak zaufania, dystans był odczuwalny w każdym referacie i bezpośrednim kontakcie. Jakby nikt nie chciał uderzyć w bolesną strunę, gość nie chciał urazić gospodarza a gospodarz gościa. Wśród polskich uczestników było kilka osób, których rodziny bezpośrednio dotknęła rzeź wołyńska, a wśród Ukraińców pewno nie brakowało dzieci sprawców tej rzezi. Ofiary i kaci, których potomkowie uważali za patriotów, a strona polska za barbarzyńców i ludobójców. Trudny dialog, ale dla przyszłości obu narodów, szczególnie dzisiaj, dialog konieczny.
Zdarzało się, że w wystąpieniach polskich wyczuwałam zarozumialstwo, jakby traktowanie Ukraińców z góry /my cywilizowani europejczycy/ i kozacki rewanż drugiej strony. Jakby powrót historii znanej mi z dzieł Sienkiewicza i różnych dawnych podręczników czy lektur. Potępialiśmy na zapisanych kartach okrucieństwo tych samych Kozaków, których determinację dzisiaj podziwiamy. I której nadal boimy się… Nieobliczalni Ukraińcy… My i oni… My i Zachód…
A jak postrzegał nas Zachód niegdyś? Dzisiaj? Szukając odpowiedzi na to pytanie, myślę o bardzo niepopularnej w naszej rodzinie ciotce ze Szwecji, która w latach siedemdziesiątych chciała uczyć mojego wizytującego ją brata, jak posługiwać się widelcem i nożem, jak otwierać okno, spuszczać wodę w klozecie, jak otworzyć gaz w kuchence. Sama pochodziła ze Złotowa. U moich pradziadków w gdańskiej dzielnicy Oliwa już w 1918 podłączono elektryczność.
Czkawka kulturowych podziałów, które czasami dotyczyły różnych regionów tego samego kraju. Ciągle jacyś oni i zazwyczaj lepsi „my”. Prymitywy i oświeceni. Wojowałam z rodzicami, którzy przeżyli swoje w czasie drugiej wojny światowej, a ja broniłam Rosjan, ich punktu widzenia. Ile pokoleń ofiar i katów musi wymrzeć, aby stało się możliwe stworzenie wspólnej Europy? Na czym ma polegać ta wspólnota europejska? Tym bardziej, że historia wraca nie tylko w naszym regionie. Wszak wydawałoby się, że sprawy drugiej wojny światowej już jakoś udało nam się załatwić, kat uderzył się w piersi, gdy tymczasem pojawiają się w obcych mediach „polskie obozy koncentracyjne”, rosną w siłę neofaszystowskie organizacje i marzą o powrotach do niebezpiecznych ideologii. Niby jedna Europa, a czują się w niej zagrożeni Szkoci, Baskowie, mieszkańcy Bałkanów. I myślę, że niewiele wiemy o aspiracjach ludów z dalekiej Syberii i Kaukazu. Jaka siła jątrzona ambicjami Putina i asekuracyjnymi działaniami UE wygra na Ukrainie i co z tego wyniknie? Obawiam się, że trudno przewidzieć. Czasami jeden zdolny populista jest w stanie zniszczyć najpiękniejsze plany i idee. Jak pogodzić ambicje małych i większych narodów z ideą zjednoczonej Europy? Jak pogodzić przy tych różnicach nie tyle obyczajowych co ekonomicznych, kiedy każdy bogaty kombinuje, żeby na nieudolnego biedaka płacić jak najmniej podatków? Z ludzką naturą nie poradziły sobie piękne w założeniu myśli Engelsa i Marksa… O tym wszystkim myślałam przed i w czasie mojej drugiej podróży do Krzemieńca.
Na szczęście nie jestem politykiem i historykiem tylko blondynką, w dodatku ciemną i poetką podpisującą się nazwiskiem z ptasim móżdżkiem w tle. Państwo wiedzą, że poetka to takie coś, co niewiele ma wspólnego z racjonalną oceną rzeczywistości i zamiast patrzeć w przyszłość, spogląda w gwiazdy i z nich wróży? Poza „ptasim móżdżkiem” mam ludzkie odruchy i robię wszystko, aby idealizmu nie degradowano współcześnie do pojęcia infantylizmu. Wcale nie muszę rozumieć tych politycznych gdybań, bo jako kobieta, matka, żona i babcia, i jako poetka, i jako człowiek przede wszystkim jestem uczulona na przemoc, agresję, łzy, niesprawiedliwość. Dzisiaj gryzę się w język historii – co z wybaczeniem niewiele ma wspólnego – i patrzę na współczesną ambitną Ukrainę, Ukrainę krwawiącą i płaczącą, Ukrainę borykającą się z szukaniem własnej tożsamości, uwikłaną w przeszłość chlubną i wstydliwą, gdzie ciągle żywa jest pewno mentalność sowiecka, kozacka.
Nie wnikam, kto tam kombinuje, manipuluje, gra na emocjach i nacjonalistycznych wspomnieniach. Ja widziałam tam determinację i patriotyzm, a w całości zobaczyłam nadzieję na mądrą, merytoryczną dyskusję dotyczącą wspólnej historii. I co z tego, że Niemcy niegdyś uderzyli się w pierś po drugiej wojnie światowej, kiedy dzisiaj wracają ze swymi hasłami nazistowskie organizacje i „polskie obozy zagłady” w propagandzie i mediach. Tak, boję się ukraińskiego prawego sektora i pomników Bandery ale…
Patrzę na poczynania Rosji, w której dobre intencje nikt nie nauczył mnie wierzyć, a ona sama przede wszystkim. Patrzę na siebie, swój rząd i Europę, a i tu z wiarą mam problemy.
Postawiłam na siebie, ciemną blondynkę z ptasim móżdżkiem, której idealizm własne dzieci od dawna nazywają naiwnością i głupotą. Marzy mi się sąsiedztwo wolnej Polski z autonomiczną Ukrainą. Wierzę, że czasami zło wymyka się spod kontroli, a knowania polityczne nie kończą się sukcesem ich autorów. I za cholerę nie potrafię odczepić się od polskich doświadczeń historycznych…
Przed wyjazdem do Krzemieńca przekonałam kilka osób, aby mi zaufały i dały kilka groszy na ukraiński szlachetny cel. Wiedziałam, że najbardziej potrzebne są kamizelki kuloodporne, hełmy, noktowizory i takie tam frontowe rzeczy, o których zdobyciu nie miałam pojęcia. Zresztą, o czym gadać, jak uzbierałam tylko tysiąc złotych? Wzięłam więc ze sobą tę skromną kwotę, planując, że w autokarze naradzimy się, co z nią zrobić. Wiedziałam, że będą ze mną ludzie lepiej znający sytuację na Ukrainie. Byłam świadoma, że Krzemieniec od wojny daleko, ale nie miałam pojęcia, czy na przykład medykamenty lepiej kupować tam czy w Polsce? Jak wygląda zaopatrzenie sklepów?
Z medykamentami poszło łatwo, bo farmaceutka w aptece w Chełmie poinformowała nas, że „na stanie” posiada niewielkie ilości bandaży, środków dezynfekujących, przeciwbólowych i musi zamówić, a przez granicę i tak nie wolno. Na pytanie, która strona tworzy problemy, nie uzyskałam odpowiedzi. Postanowiłam zawieźć pieniądze. Pozostawał problem, komu je dać w kraju słynnym z korupcji. Księdzu? A może lepiej w cerkwi? Komuś z władz miasta? Do mojej akcji charytatywnej członkowie naszej delegacji odnieśli się z rezerwą. Doświadczenia rzezi wołyńskiej nie były udziałem mojej rodziny, która ma swoje porachunki z Litwinami, ale dla nich też kwestowałam pod kościołami w Gdańsku w 1991 roku. Nie podoba mi się ich dzisiejsza postawa wobec mniejszości polskiej, ale kwestowania nie żałuję. Taka natura ciemnych blondynek o ptasich móżdżkach.
Tylko rok minął od mojej poprzedniej wizyty w Krzemieńcu, a jakby wiek cały. Przede wszystkim zmniejszył się dystans: my – oni. Jakby więcej ufności i wiary, cieplejsze międzyludzkie stosunki. „A ty im wierzysz? Teraz nas potrzebują” – skomentował ktoś z naszych moje pozytywne refleksje. Dmytro Pawłyczko swoim proeuropejskim przemówieniem przekonał mnie do siebie już w ubiegłym roku, a w tym wzruszył, mówiąc o obecnej sytuacji Ukrainy. On płakał, ja płakałam, a tymczasem ktoś sączył mi jad w ucho: „Nie wzruszaj się, on był w UPA”. Popatrzyłam na faceta i policzyłam, ile wtedy mógł mieć lat. Podsumowałam wszystko, co zrobił w wieku dojrzałym. Przypomniał mi się nie tylko Gunter Grass, ale też chłopcy z historycznymi etykietkami, którzy zapisywali się do wszystkiego, co było w ich zasięgu, aby walczyć o wolność ojczyzny. Tak, tak, wiem, Grass inna kategoria, ale dla naszego pojednania wiele zdziałał, tak jak Pawłyczko zresztą. W język historii skutecznie ugryźć się nie da, zdaję sobie sprawę, pomagając dzisiejszej Ukrainie.

Krzemieniec – zdjęcie Dariusz Kostecki 2013

Trzymam w Krzemieńcu te kilka uzbieranych groszy i zastanawiam się, komu je dać. Spodobał mi się młodziutki polski ksiądz, ale… wyda je na parafialne potrzeby, a moi ofiarodawcy nie wszyscy może byli z kościołem katolickim związani. Od cerkwi odrzuciło mnie wyznanie spotkanej na ulicy kobiety, od której nie chciano przyjąć pieniędzy za mszę w intencji syna walczącego na wschodzie, a z jej relacji zrozumiałam, że bez Boga z Putinem nie zwycięży Ukraina. Bardzo prosiłam Mariusza Olbromskiego, inicjatora Dialogu, który serce, czas, życie poświęca idei naszego ukraińsko-polskiego pojednania, abyśmy z tą niewielka sumką zadziałali rozważnie i niezbyt pochopnie. Zainteresował mnie nowy burmistrz miasta. W ubiegłym roku był inny. Kim jest ten nowy? Skąd taki młodzik na urzędzie?
Gdzie podział się dawny mer? Jak wyglądają stare i nowe układy władzy w mieście? Moje pytania nie bez kozery, bo brały się własnych doświadczeń posierpniowych w Polsce. Na pewno nie wniknęłam w niuanse, ale dowiedziałam się, że dawny burmistrz Krzemieńca złożył dymisję, buntując się przeciw polityce Partii Regionów /plus dla dawnego/, potem Krzemieniec był pozbawiony szefostwa. Wrócili chłopcy z Majdanu z Kijowa, ale jeden w trumnie, przyjaciel i rówieśnik obecnego burmistrza i odbyły się wybory. W Krzemieńcu ceniono go nie tylko jako „gieroja z Majdanu”, bo wcześniej dał się poznać jako działacz społeczny, który założył kilka pozarządowych organizacji, organizował akcje ekologiczne /np. “Sprzątamy Krzemieniec”/. I znowu ktoś z polskiego prawego sektora szepnął mi jak diabeł w ucho, obok którego ptasi móżdżek: Czy wiesz, że to prawy sektor, banderowiec?
Kiedyś, co uwieczniłam w jednym ze swych wierszy, znany pisarz polski na mojej przepięknej imprezie z okazji sześćdziesiątych urodzin zadał mi w ucho pytanie: Czy twój ojciec był endekiem? – Zabrzmiało, jakby był wyżej kapo w obozie. Tak, z historią musimy wziąć się za bary, ale pewno nie każdy narodowiec dzisiaj chce tworzyć wyniszczającą inne narodowości politykę, nie każdy z NSZ i, mam nadzieję, z UPA był mordercą. Trzeba rozważać przyczyny i skutki. Miotam się w tej przeszłości, a chciałabym lepszą tworzyć przyszłość, czasami gryząc się w język historii.
Wierzcie mi, że ci idealiści z Majdanu, którzy objęli stanowiska burmistrzów miast i starostów, stawiają sobie za cel walkę z ukraińską korupcją. Są jej świadomi. Przyjęcie moich gównianych 1000 zł podpisał cały „pułk”. Nie ma z łapki do szufladki, mer pilnuje, a na jego biurku złoty chlebek – symbol walki z korupcją. Smutno mi tylko, że ja wiem dalej. Tacy jak on albo ulegną deprawacji, albo pójdą w nieznane. Nie ma kraju z miejscem dla idealistów…
Poznałam też kulisy wojny, która w XXI wieku toczy się tuż, tuż. Ile kilometrów dzieli dwa miasta na „L”, Lublin i Lwów? Niektórzy w Polsce nie mają pojęcia o ukraińskich przestrzeniach i żegnali mnie jak bohaterkę wyruszającą na front. Nie, tam gdzie byłam, sklepy, kawiarnie, hotele jak w Polsce. Chodniki bardziej garbate, ukraińskie flagi widoczne nie tylko na budynkach administracji, ale też w prywatnych domach, samochodach, wszyscy śledzą na ekranach telewizyjnych wieści płynące ze wschodu Ukrainy. Tyle wojny. I aż tyle. Krzemieniec na wschodzie ma swój oddział, który musi wyposażyć i utrzymać. Wysyłając chłopaka na wschód musi go ubrać i odpowiednio wyposażyć /kamizelka kuloodporna, hełm, medyczne środki, itd…/ – tylko broń otrzymują na miejscu. Jeżeli mer twierdził, że za nasze 1000 zł on wyposaży czterech żołnierzy… Największy problem z kamizelkami i hełmami. Zobowiązałam się pomagać krzemienieckiemu oddziałowi, ale zupełnie nie wiem, jak sobie Dialog z tym zobowiązaniem poradzi. Cała nadzieja, że wszystko szybko się skończy. Za 1000 złotych czterech? Jakie to jest wyposażenie? Odpowiedź otrzymałam cholernie szybko, bo kiedy siedziałam w gabinecie mera, odezwał się telefon. Został raniony w głowę jeden z krzemienieckiego oddziału. Nie miał hełmu. Szybko zapytałam, czy można w Polsce zorganizować jakąś pomoc medyczną. Nie nadawał się do transportu. Będzie operowany w Kijowie. -Może rehabilitacja w Polsce? – Może… Jak przeżyje…
– Chcecie wygrać tę próbę sił z sowietami?
– Oczywiście, innego wyjścia nie ma – odpowiada mi młody idealista, majdańczyk, burmistrz Krzemieńca.
– Europa wam pomoże?
– Na to liczymy, w tym nasza nadzieja.
– A jeżeli was zawiedzie?
– Nie będzie Ukrainy, wykrwawimy się do końca.
Wiem, że udało się znieść z tej ziemi małe nacje. Nie ma Mazurów, Słowińców i wielu, wielu innych języków, kultur. Ukraińcy, podobnie jak my Polacy, nawet gdybyśmy jedni i drudzy zdeterminowani gotowi byli się wykrwawić, nie wykrwawimy się do końca. Jednak nasze konflikty, niezapomniane krwawe długi to trele morele w stosunku do wroga wspólnego, który nijak nie chce być w naszej Europie człowiekiem, a Europa jak naiwna dziewoja w uczłowieczenie małpy wierzy. Nie, nie chcę obrażać Rosjan z małpą porównując, bo to tylko metafora, która ma pokazać, że mentalnie dzielą nas kulturowe przestrzenie. Ta ich przestrzeń pochłania moją ciekawość, ale dla mnie, ciemnej blondynki, ptasiego móżdżku jest otchłanią nie do pokonania. Pozostawia mnie bez złudzeń.