Kot i małpka

Ewa Maria Slaska o kotach i rewolucji

Wpis dedykuję Joli i Jurkowi

To oczywiście Maryna Over wstawiła mi na Facebooku ten portret.

frieda-kahlo-malpka-kotFrieda KahloSelf-portrait with Thorn Necklace and Hummingbird, Nickolas Muray Collection, Harry Ransom Center, University of Texas at Austin.

Zawsze, jak przygotowuję te wpisy, dowiaduję się czegoś nowego i zastanawiającego. Tak było też w przypadku tego autoportretu Friedy Kahlo z kotem i małpką. Szukałam o nim jakichś informacji i Google bez zastanowienia wysłał mnie do angielskojęzycznej Wikipedii.  A tam…

Kahlo’s life began and ended in Mexico City, in her home known as the Blue House. She gave her birth date as July 7, 1910, but her birth certificate shows July 6, 1907. Kahlo had allegedly wanted the year of her birth to coincide with the year of the beginning of the Mexican Revolution, so that her life would begin with the birth of modern Mexico. Her work has been celebrated in Mexico as emblematic of national and indigenous tradition, and by feminists for its uncompromising depiction of the female experience and form.

W mojej pracy, a zajmuję się ostatnio cmentarzami, I wojną światową i żydowskimi biografiami, często stykam się z tym, że ludzie, i to wcale nie tylko kobiety, zmienili sobie datę urodzenia. W rodzinach żydowskich jest to chyba nawet regułą, że żadne dane się nie zgadzają, bo wszystko zostało sfałszowane w czasie wojny. Bez tego nikt by nie przeżył. A po wojnie tak pozostało. Ale nawet bez tak oczywistych przyczyn, ludzie ukrywają swój wiek. Najczęściej z kokieterii. W społeczeństwie młodych, pięknych i bogatych nie chce się być starym. Frieda jednak wykracza zdecydowanie poza stereotypy. Oczywiście jest tu przekonanie, że w nowoczesnym społeczeństwie trzeba być nowoczesnym, ale jest też wielkość artystki, która swobodnie wybiera dla siebie role. Być może każdy artysta chciałby być symbolem swojego czasu, a przynajmniej ikoną lub memem, ale Frieda chce więcej. Symbol to za mało. To ona JEST rewolucją.

frida-z-obrazem-z-malpka-kotemNie mam wyjścia, muszę przypomnieć sobie, co wiem o rewolucji meksykańskiej. Trwała od roku 1910 do 1920. Z jednej strony był dyktator Porfirio Diaz, z drugiej Zapata. Rewolucjoniści wygrali. Tyle wiem Ale czy na pewno? Trzeba sprawdzić. Jak to mawia Dorota Cygan – każdy wie, że Mickiewicz napisał Kordiana, ale jednak lepiej sprawdzić.

 

Czytam więc i oczom nie wierzę.

rewolucjameksykanskaRewolucja meksykańska zaczyna się jeszcze przed początkiem I wojny światowej, kończy dopiero w roku 1920. Dyktatora, określanego tu mianem dowódcy kontrrewolucji, wspierają Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a Niemcy cesarskie, już przecież w agonalnych konwulsjach, wspierają rewolucję! Tę samą rewolucję, która na domowym polu bitwy, w Berlinie, wbija im właśnie sztylet w plecy.  Przypominam sobie, że to Niemcy cesarskie wyciągnęły Lenina z więzienia, opłaciły jego pobyt w Szwajcarii, żeby nabrał sił i pozyskał agentów, po czym w zaplombowanym wagonie kolejowym odesłały go do Rosji, żeby tam bruździł i rewoluździł. Miało to ponoć przyczyny ekonomiczne, tak przemysł niemiecki bronił się przed konkurencją. Mniejsza o to, to zupełnia inna historia. Ważne jest co innego. Rewolucja meksykańska wcale nie zwycięża! Ta rewolucja to wojna, walka, zamaganie, przekonanie o słuszności, ale nie zwycięstwo.

Jednak coś musiało być inaczej, skoro artystka chce być rewolucją, przejmuje ją jako wyraz artystycznego ja, wolności, emancypacji kobiety, zwycięstwa jeśli nie nad wrogiem, to nad konwenansem, chorobą i śmiercią. Rewolucja to Frieda to JA. Nie darmo Frieda zasłynie przede wszystkim jako portrecistka samej siebie. Namalowała 143 obrazy, z tego 55 przedstawia ją samą.

friedaoncemore

Sami mężczyźni i Frieda z małpką. Kota nie widać. Ale oczywiście jest.

Kot i małpa. Hultajów dobrana para. Czy się mylę, czy jest tak, że ta poważna młoda kobieta na portrecie, portretując się z kotkiem i małpką, pokazuje nam język? Młoda kobieta. O tym też trzeba pomyśleć, bo Frieda nigdy nie była, w naszym dzisiejszym pojęciu, stara. Zmarła w roku 1954 i czy miała lat 44 czy 47, to po prostu była młoda.

Kot i małpa. Co Frieda miała na myśli, portretując się z tymi dwoma czarnymi zwierzakami? Wolność, niezależność i samodzielność. Może nawet czarownica. Na pewno kobieta poza konwenasem towarzystkim czy majątkowym. Wyzywające spojrzenie, kot i małpa na ramionach zamiast etoli z soboli.  Odwalcie się wszyscy ode mnie. Ja to ja.

Tak to interpretuję.

***
Wędrując po internecie po tropie tej hultajskiej pary – kota i małpy – trafiłam na informacje, które nie mają żadnego związku z Friedą i jej autoportretem, ale szkoda by o nich nie wspomnieć.

Po pierwsze ta bardzo klasyczna para pojawiła się już u Ezopa, a i La Fontaine o niej napisał. To od nich mamy powiedzenie o tym, że ktoś wyciągnął kasztany z ognia cudzymi rękoma. Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale te kasztany były częścią ulubionej retoryki partyjnej w okresie Marca 68. Ale, przyznaję, nie pamiętam kto był małpą. Izrael? Syjoniści? Może ktoś pamięta?

Jean de La Fontaine

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! “Słuchaj no, kolego –
Ozwie się małpa – przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,
Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki – i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

malpaczyli kotHultajska para. A ja tymczasem dowiaduję się, że istniała (istnieje? jak istnieje, skoro nie ma jej w Wikipedii!) małpka zwana kotem morskim (Cattus Marinus) albo kotawcem, przywożona w średniowieczu przez marynarzy, tak lubiane stworzenie, że weszło nawet do heraldyki. Ci którzy takiej istoty nigdy przedtem nie widzieli, myśleli, że to rodzaj kota. Stąd nazwa i bardziej koci niż małpi wizerunek. A zatem kot czyli małpa.

Herb Kot Morski w Heraldyce polskiej wieków średnich Piekosińskiego.

No to na zakończenie jeszcze kot morski z bestiariusza współczesnych gier fantasy. Czytam sobie, że:  Typowy morski kot mierzy 3,6 metra długości i waży 400 kilogramów. No! Ale też wygląda niczego sobie na te 400 kilo.

kotmorski400kiloI tak to jest z tym wpisami. Idą sobie po świecie, jak same chcą. Zaczęłam od Friedy Kahlo, skoczyłam do rewolucji meksykańskiej, Lenina i niemieckich zakusów gospodarczych, przeleciałam pędem od Ezopa przez heraldykę do współczesnej zabawy w fantasy i nagle okazuje się, że wpis się kończy (sam się kończy, uwierzcie mi) potworem morskim.

Do następnego razu! Idę święcić palmy.

 

Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Wykłady profesora Dąbrowskiego. I. Szlachta. Prolegomena.

profdabrowskiKiedy przygotowywałam wpis o wystawie Ryszarda “Złota rybka i rower”, znalazłam w sieci informację, że pochodzi on z rodziny tatarskiej i że jeszcze jego babka była tatarską szamanką. Z tej krótkiej notatki prasowej wynikało, że Ryszard sporo wie o swych tatarskich korzeniach.  Zaciekawiło mnie to, bo my też jesteśmy potomkami polskiej rodziny tatarskiej, po stronie babki ojca nosimy nazwisko Kryniccy, a to są spolonizowani i uszlachceni Tatarzy, pieczętujący się herbem Korab. Ale prawdę mówiąc nikt z nas chyba nie wie nic więcej na ten temat, ja może odrobinkę więcej niż reszta rodziny, bo podczas zajęć z antropologii (archeolodzy i tego się uczą) dowiedziałam się o istnieniu plamy mongolskiej i za pomocą badań wizualnych, przeprowadzanych głównie na plażach i basenach, ustaliłam naocznie, że wszyscy ją mamy. Poza tym niektórzy faceci w naszej rodzinie mają “dzikie wejrzenie”, takie spode łba, które wydaje mi się nader tatarskie,

I to by było na tyle.

Tymczasem Ryszard Dąbrowski, zapytany, czy dałby mi na blog jakiś tekst o jego rodzinnych Tatarach, przysłał mi serię wykładów o szlachcie i Tatarach. Te tematy się łączą, a jak, to zobaczycie za kilka tygodni. Postanowiłam bowiem ponowić polskie zabawy z tytułem profesora i mianować Ryszarda profesorem mianowanym (przeze mnie). Byli już Profesor Mmaa, termit, z “Wykładu profesora Mmaa” Stefana Themersona, był Jan Tadeusz Stanisławski, profesor mniemanologii stosowanej,  Profesorek Nerwosolek z  Antresolki Tadeusza Baranowskiego czy profesor Gąbka, prowadzący ekspedycję do Krainy Deszczowców w powieściach Stanisława Pagaczewskiego. Był wreszcie Profesor Tutka Jerzego Szaniawskiego. Wydaje mi się jednak, że Ryszard Dąbrowski ze znanych polskich profesorów najbardziej przypomina…

filutek-kotOtóż, Proszę Państwa, Ryszard Dąbrowski będzie od dziś prowadził Czwartkowe Wykłady o różnych sprawach, w tym o szlachcie i Tatarach, a może, jak się rozpędzimy, i na inne tematy. I mimo mojego dowcipkującego wstępu, wykłady będą poważne.

Geneza polskiej szlachty, jej rozkwit i upadek

Na przełomie VI i VII wieku dokonuje się na terenach polskich eliminacja rodów jako czynnika ustrojowo-politycznego na rzecz organizacji państwowej. Zaczynają kształtować się struktury feudalne oraz monarchistyczne, które umacniają się w X i XI wieku. W XI i XII wieku indywidualizuje się własność ziemska oraz powstają nowe rody zawiązywane przez rycerstwo – posiadaczy ziemskich, zobowiązanych do służby wojskowej. W niektórych przypadkach rody te powstają na pniu starych, najczęściej są one jednak „świeże” i przywłaszczają sobie część „starej rodowej ziemi”. W celu powiększenia drużyn do obrony państwa, książęta masowo nadawali rycerstwu ziemię w zamian za obowiązek służby wojskowej. Początkowo, aby zostać przyjętym do rycerstwa, należało umieć władać bronią i być ochrzczonym. Rycerz powinien wykazywać się honorem, dumą, odwagą i męstwem, wiernością danemu słowu oraz hojnością. W miarę upływu czasu przyjęcie do rycerstwa ograniczono tylko dla potomków rodzin rycerskich mających majątek i posiadłości ziemskie. Zaczęło kształtować się pojęcie szlachty – ludzi pochodzących z rodzin rycerskich. Rycerstwo biedne nie weszło do rodów heraldycznych, praw do herbu nie otrzymało i znalazło się poza szlachtą.
W XII wieku posiadanie ziemi nabrało charakteru pełnej własności wraz z prawem jej dziedziczenia.

Szlachta otrzymała szereg praw i przywilejów: prawo do dziedziczenia ziemi, imunitet ekonomiczny i sądowy, zwolnienie od ciężarów prawa królewskigo, np. z cła od soli oraz na przywożone artykuły i wywożone płody rolne, prawo zapewniające szlachcie wyłączność kupna ziemi czy zobowiązanie króla do wykupywania szlachty z niewoli.
Szlachectwo można było także utracić poprzez otrzymanie wyroku śmierci, ciężkiego więzienia lub banicji, zamieszkanie w mieście lub zajęcie się handlem oraz oddaniu się szynkarstwu. Definicja szlachectwa i przynależność do tego stanu ewoluowały na przestrzeni wieków. Niekiedy, aby być szlachcicem należało mieć oboje rodziców stanu szlacheckiego, kiedy indziej tylko ojca.
Szlachta umacniała nieustająco swoje prawa i przywileje oraz pozycję, godząc się na przekazywanie monarsze środków finansowych lub na przyszłego następcę tronu tylko i wyłącznie w zamian za kolejne przywileje. Ważnym elementem rozwoju stanu szlacheckiego było powstanie w końcu XV wieku, wyłonionego z prowincjonalnych sejmików, szlacheckiego parlamentu. Teraz nie król nadawał szlachcie przywileje aby ją zjednać, lecz ona je sama sobie w kolejnych konstytucjach sejmowych nadawała. Jedną z pierwszych w 1505 roku była „nihil novi”, która ustanowiła, iż król bez zgody szlachty nie będzie mógł stanowić rozporządzeń naruszających jej praw i wolności.

Szlachta polska była jedyna w całej Europie równa i bez utytułowanej arystokracji, bez tytułów książęcych (poza kilkoma litewskimi) i bez orderów, które czyniłyby wyłom w demokracji i solidarno-ści szlacheckiej. Miało to i złe strony jak elekcja, lberum veto, próżność i anarchia, które potęgował fakt, iż w Polsce w stosunku do populacji ludności, szlachty było w porównaniu do innych krajach europejskich około 10 razy więcej. Czasy saskie były apogeum i karykaturą tej sytuacji.
Ekonomicznie różnice były ogromne; z jednej strony Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy i Sapiechowie, a z drugiej chmary szlachty zaściankowj żyjącej na poziomie chłopstwa lub nawet poniżej. Pomału szlachta bezrolna przemieniała się w bandy rabujące mieszczan. Margines społeczny powiększała grupa „szlacheckich” próżniaków, żebraków i pijaków.
Rozwarstwienie ekonomiczne szlachty powiększał duży przyrost naturalny i wynikające z niego dzielenie majątków. Z drugiej strony następowała kumulacja majątków ziemskich (latyfundiów) w rękach zamożnej szlachty (Zamojscy).
W XVII – XVIII wieku demokratyczna władza szlachty zaczęła przechodzić w ręce magnaterii, uzależniającej od siebie szlachtę średnią oraz drobniejszą. Do tej ostatniej grupy zaliczała sie szlachta cząstkowa – posiadająca ziemię i kilku chłopów pańszczyźnianych, szlachta zagonowa lub inaczej zagrodowa – posiadająca kawałek ziemi własnoręcznie uprawianej, szlachta czynszowa – uprawiająca ziemię cudzą, szlachta domowa – służebna u bogatych szlachciców oraz szlachta brukowa czyli gołota – nic nie posiadająca i żyjąca z żebraniny lub złodziejstwa oraz sprzedająca się każdemu, kto tylko jej usługi chciał kupić. Z czasem magnateria staje się potęgą polityczną, podporządkowując sobie miasta oraz ubezwłasnowalniając chłopstwo, które nie może już zmieniać pracodawcy.

Na mocy kolejnych konstytucji (1505, 1550, 1633 i 1677) szlachta nie mogąc osiedlać się w miastach i uprawiać rzemiosła lub handlu izolowała się i dystansowała od pozostałych grup społecznych. Od XVI wieku posiadała ona także wyłączność na piastowanie funkcji i godności kościelnych. Rozwój kapitalizmu następujący z opóźnieniem w Polsce, chronił szlachtę jako stan.
Możliwości awansu w jej szeregi i związanej z tym nobilizacji nie były jednak całkowicie zamknięte. Poprzez nadanie przez króla, rady rycerskie oraz sejm a także poprzez przekupstwo, pieniądze, adoptowanie lub samozwaństwo stawało się szlachcicem. Ułatwiał to fakt, iż w Polsce nie istniał urząd prowadzący rejestry szlachty rodowej. Od XVIII wieku, szlachectwo można było otrzymać także za pełnienie odpowiednich funkcji w administracji cywilnej lub wojskowej. Najprościej jednak było szlachectwo kupić, co wykorzystywały często bogate rodziny żydowskie.
Obalona została doktrtyna „błękitnej krwi” i szlacheckiego urodzenia. O szlachectwie zaczął decydować kapitał.

Dnia 3 maja 1791 r. sejm szlachecki uchwalił kolejną konstytucję. Była ona zaczątkiem rewolucji ideologicznej, zmierzającej do demokratyzacji Polski. Pierwszym krokiem w tym kierunku było zniesienie „liberum veto” i wprowadzenie decydowania większością głosów oraz ograniczenie praw publicznych drobnej nic nie posiadającej szlachty, kupowanej i sterowanej przez magnaterię. Konstytucja ta nie spowodowała niestety uwłaszczenia chłopstwa oraz uznawała katolicyzm za religię panującą, a odejście od niej za przestępstwo. Wzmacniała ona jednak procesy społeczno-polityczne, przyczyniające się do powstawania układu kapitalistycznego i różnicowała rozwarstwienie klasowe poprzez relegowanie drobnej szlachty ze stanu.
W okresie rozbiorów, zapoczątkowanych konfederacją targowicką (zawiązaną przez hetmanów F. K. Branickiego i S. Rzewuskiego oraz generała S. Sz. Potockiego) a także krótko po nich, drobna szlachta ulega dalszej deklasacji, a szlachta średnia tzw. sarmacka, ulegając tendencjom kapitalistycznym, osiąga awans ekonomiczny i intelektualny.

Polityka państw zaborczych, nie likwidując stanu szlacheckiego, dążyła do jego ograniczenia i osłabienia. Dotknięta tym została szlachta drobna i uboga. Magnateria i szlachta wielka zaraz po rozbiorach znalazła się w orszakach monarchów-zaborców.
Państwa zaborcze nie były tak jak Polska demokracjami szlacheckimi lecz monarchiami absolutnymi. W żadnym z tych państw nie było takiej ilości szlachty przyzwyczajonej przeciwstawiać się administracji państwowej. Opanowanie przyzwyczajonej do samopaństwa szlachty stało się dla zaborców koniecznością, a jedyną możliwością zrealizowania tego stanowiło zniszczenie jedności stanu szlacheckiego i jego rozwarstwienie.

W Cesarstwie Rosyjskim dawne bojarstwo, wyodrębnione w procesie historycznym i będące odpowiednikiem rycerstwa i europejskiej szlachty, zostało przez carów wytępione. Powołany został nowy stan urzędniczo-wojskowy, usłużny i posłuszny, nagradzany łatwymi do zniesienia „ukazami”. W zaborze rosyjskim, w systemie między chłopem-niewolnikiem a szlachcicem-ziemianinem nie było miejsca dla drobnej szlachty. W 1800 r. zażądano od polskiej szlachty wylegitymowania się ze szlachectwa i jego udowodnienia. Dla większości biednej szlachty było to niemożliwe do spełnienia. Stare patenty zaginęły lub zostały zniszczone podczas licznych pożarów spowodowanych wojnami i buntami chłopskimi. Powoływanie się na tradycję rodzinną nie wystarczało.
Ukazem carskim z 24.05.1818 r. z ksiąg szlachecko-genealogicznych zawiązanej Heroldii Królewstwa Polskiego wykreślona została cała szlachta, która nie wylegitymowała swego pochodzenia stanowego.
Po powstaniu listopadowym, będącym ruchem szlacheckim, „ukazem” carskim z 19.10.1831 r. z całej szlachty polskiej wyodrębniono „dworian” – nie skompromitowanych udziałem w powstaniu.
Z pozostałej jej części utworzono: „odnodworców” – niewylegitymowaną szlachtę wiejską i „grażdan” – niewylegitymowaną szlachtę miejską. Przy tej okazji w celu ograniczenia liczby szlachty wielu jej przedstawicieli zaliczono do stanu chłopskiego. W 1863 r. zniesiono stan odnodworców i grażdan, a szlachtę tę wcielono do gmin wiejskich i miejskich na zwykłych prawach.
Takie usunięcie ze stanu drobnej szlachty, która prawie w całości znalazła się w granicach zaboru rosyjskiego, przyspieszyło proces rozkładu szlachty polskiej.

Szlachta czynszowa i zagonowa o ile, za udział w powstaniach listopadowym i styczniowym, nie została karnie wywieziona w głąb Rosji, „schłopiała”. Szlachta brukowa – wtopiła się w środowisko miejskie a szlachta domowa, wobec likwidacji świt, zasiliła szeregi proletariatu wiejskiego i miejskiego, często cierpiąc biedę.
W szlachecko-demokratycznej Rzeczypospolitej wszelkiego rodzaju tytuły, poza kilkoma litewskimi wyjątkami, były prawnie zakazane. Zamożne rody szlacheckie, wzorem zachodnim, żądne były wszelkiego rodzaju tytułów arystokratycznych. Zaborca austriacki wypełnił te pożądania nadając za ogromne pieniądze tytuły hrabiowskie (2.400 dukatów) i baronów („tylko” 1.200 dukatów), zyskując przychylność i służebność możnych polskich rodów. Noworyszowska arystokracja zwabiona tytułami i możliwościami kariery dworskiej, odcięła się od pozostałej masy szlacheckiej, która, słabsza ekonomicznie i bez stosunków, stała się łatwiejsza do opanowania.
„Zwykłe” szlachectwo, zaliczające daną osobę do stanu rycerskiego, należało udowodnić przed specjalnymi komisjami. Stopień szlachecki otrzymywali także oficerowie, po trzydziestu latach służby wojskowej i udziału w co najmniej jednej wojnie oraz oficerowie, urzędnicy i ziemianie odznaczeni wysokimi odznaczeniami państwowymi. Tytuły barona nadawano komandorom wysokich orderów oraz szlachcicom odznaczonym orderem Marii Teresy za czyny bohaterskie.
W zaborze pruskim szlachta drobna była nieliczną grupą, a szlachta ziemiańska szybko i służalczo odnalazła się w strukturach zaborczych. Uznanie tytułów szlacheckich zależało od łaski monarchy. Członkowie polskich rodów szlacheckich będących na służbie u króla polskiego, po złożeniu lenna oraz hołdu królowi Prus, zaliczani byli do stanu szlacheckiego, co było równoznaczne z ochroną posiadłości. Również ci, którzy udowodnili, iż ich przodkowie od przynajmniej stu lat są szlachtą lub za taką ich uważano, otrzymywali w berlińskim „Heroldsamt” (urząd ten istniał do 1918 roku) certyfikat szlachectwa i prawo do używania przy nazwisku tytularnego członu „von”.
Do godności szlacheckiej wynoszone były także osoby pełniące przez długi czas wyższe funkcje państwowe lub wojskowe.

Można postawić tezę iż osoby, które podczas zaborów utraciły szlachectwo lub się o jego odnowienie nie starały, wykazały się starymi rycerskimi cechami: honorem, dumą, męstwem i wiernością. Jakże pogodzić udział w powstaniach listopadowym i styczniowym z usłużnym proszeniem okupanta o odnowienie i uznanie szlachectwa.

Uwłaszczenie chłopów (w Prusach zniesiono poddaństwo w 1807 roku, w Austrii w 1848, a w Rosji w 1861 roku) spowodowało ruinę wielu gospodarstw folwarcznych. Pozwoliło to szlachcie, bez szkody dla ich szlachectwa, na oddanie się zajęciom miejskim, handlowi i rzemiosłu, co kiedyś było zabronione. Szlachta zaczyna tracić swój dawny wymiar i charakter jednolitej kulturowo społeczności. Przyspiesza to rozkład tego stanu na klasy i jego upadek. Zaczyna się okres kultury poszlacheckiej. Szlachta istnieje już tylko formalnie, a w kapitalistycznym systemie społecznym wyznacznikiem staje się układ klasowy a nie stanowy.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na mocy nowej konstytucji z 17.03.1921 r., w art. 96 zniesiono wszystkie szlacheckie przywileje stanowe, tytuły arystokratyczne i herby. Ani konstytucja Piłsudskiego z 25.04.1935 ani tym bardziej konstytucje powojenne nie przywróciły w Polsce stanu szlacheckiego i arystokracji.

Obecnie istnieje w Polsce kilka skłóconych ze sobą organizacji „monarchistycznych”, nadających (bezwartościowe) szlachectwo oraz przyznających swoim poplecznikom tytuły hrabiowskie. Działania te należy traktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka i politowaniem. Dziwić należy się próżności osób gotowych za te „tytuły” płacić pieniądze.

Szlachta polska to zamknięty obszar historii polskiej, który już nigdy nie powróci.
Badając obecnie historię własnej rodziny możemy mówić jedynie o jej szlacheckim pochodzeniu. Analizując etymologię swego nazwiska można mówić o jego mniejszym lub większym historycznym znaczeniu i wywodzeniu go ze szlachty. Poznawanie tej historii i tradycji będącej jednym z elementów kultury narodowej jest naszym obowiązkiem, pozwalającym zgłębić dzieje naszych przodków, przybliżyć ich charaktery, a przez to także zrozumieć nam samych siebie, w znacznej części sterowanych otrzymanymi w spadku genami.

 Zdjęcie profesora – Krystyna Koziewicz

Reblog: Polak w Muzeum Hitlera

panKolejne odkrycia historyków sztuki. Reblgowałam już tu tekst o Madonnie pod sosnami Cranacha. Dziś portret namalowany przez znanego śląskiego malarza Tischbeina i interesująca detektywistyczna historia. Mariusz Pilus pisze w ISSUU – platformie umożliwiającej swobodną publikację i przepływ tekstów naukowych i publicystycznych (super rzecz – zresztą sami zobaczcie: http://issuu.com):

Click to Read

List z kina

Katarzyna Krenz

Droga Siostro,

przecież Ty to wszystko wiesz, bo też tam wtedy byłaś…

Przez lata było nam smutno, bo nie mieliśmy filmu o naszym największym współczesnym – obok Papieża – bohaterze narodowym. Poprowadził nas drogą Wolności, został Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla i prezydentem Polski, a nie miał pomnika z wyrytym na cokole „Naród – swojemu Bohaterowi”, nie doczekał się też (chyba?) porządnej i faktograficznie uporządkowanej biografii. Film miał spełnić to zadanie, zaspokoić nasze oczekiwania. I teraz taki film – dzięki Andrzejowi Wajdzie i Januszowi Głowackiemu – już mamy. I… po norwidowsku jeszcze nam smutniej.

Dlaczego? Z kilku powodów, przy czym uzasadnienie każdego z powodów powinno zaczynać się od słów: Smutno nam, ponieważ ten film to stracona okazja…

A zatem, po pierwsze: ten film to stracona okazja, ponieważ nie powstanie już więcej, a przynajmniej bardzo długo, drugi film o Lechu Wałęsie. A obraz, który otrzymaliśmy – za życia bohatera, to prawda, ale jednak mocno spóźniony – jest z wielu powodów nieprawdziwy. Przede wszystkim dlatego, że napisany został przez scenarzystę z pozycji narratora wszystko-wiedzącego, z perspektywy czasu, z dystansu. To się widzi, a zwłaszcza czuje – zabrakło dynamiki decyzji ad hoc, gdzieś zginęła emocja, nie ujawniło się to straszliwe napięcie, które towarzyszyło naszym dniom, tygodniom, a jak się miało okazać – nie opuściło nas przez lata. Zabrakło również naszej euforii, naszej nadziei.

Omni-wiedzący scenarzysta kazał opowiedzieć bohaterowi naszej wspólnej historii wersję widzianą z pozycji już ugruntowanej, przedstawić sprawy, z których duża część już się wydarzyła – podczas wywiadu, jakiego udzielił on Orianie Fallaci w marcu 1981 roku, w swoim mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. I Wałęsa – znakomity w tej roli Robert Więckiewicz – odpowiada na pytania z dystansu, już jako pewny swego i czujący moc przywódca, który pociągnął za sobą tłumy i który wygrał negocjacje z władzą. Bo jeśli nawet nie był to jeszcze koniec gry, to na pewno był to już koniec mitu – że Lenin wiecznie żywy, a komunizm nigdy nie upadnie. (Tu ciekawy zabieg: o ile słuch nas nie mylił, w scenach wywiadu słyszymy autentyczny głos Wałęsy, pochodzący z taśm nagranych podczas tego spotkania). Wywiad został przerwany, bo cała rodzina w komplecie… musiała pójść do kościoła. Co Orianę mocno ubodło. Przegrała wprawdzie z panem Bogiem, ale uznała, że Wałęsa to próżny, pretensjonalny i pewny siebie ignorant.

Sam wywiad też nie poszedł najlepiej, bo Wałęsa, zdaniem OF, okazał się ignorantem etc. Ale spójrzmy na to z drugiej strony: to ona, Oriana F.,  wciąż pyta – dlaczego zrobił to, co myślał robiąc tamto, czy nie boi się, że…? I Wałęsa, siłą rzeczy, każde zdanie musi zacząć od: JA. Zadano mu pytanie, a on odpowiada. Ja zrobiłem to i ja pomyślałem tamto, bo… ja taki jestem. Dlaczego? Tego Wałęsa już nie wie. Bo tak po prostu jest, że on – jest szybki. Nie zastanawia się, tylko działa, i innych ciągnie za sobą do działania, zgodnie z hasłem, które kiedyś (a dokładniej: właśnie wtedy) wisiało na ścianie w jednej z pracowni gdańskiego Miasto-Projektu: „Tu się nie myśli, tu się robi”. Wszelka refleksja, a więc i ocena post factum, jest z góry założonym przekłamaniem, chwytem literackim, dobrym w powieści, ale nie w życiu, ponieważ nie oddaje bezrefleksyjnej natury samego Wałęsy. Nie oddaje też impulsywnej natury odwagi ani wynikającego z tejże i równie bezrefleksyjnego – bohaterstwa. Nie tylko Wałęsy! Wszyscy wokół niego musieli działać podobnie jak on, ryzykować tu i teraz, natychmiast, bo wypadki toczyły się szybko i na gadanie nie było zwyczajnie czasu. Ale to on miał charyzmę i odwagę. To on miał błyskawiczny refleks, dzięki któremu zawsze znalazł ripostę w porę, a nie dopiero na schodach, gdy było już za późno. Po co Oriana o to pytała, skoro to było widać gołym okiem? Wałęsa porywał innych do działania, a oni szli za nim jak w dym. Dlatego nie wierzę, że jego koledzy, czekając w dniu strajku na stoczni (Wałęsa się spóźnił, bo musiał „zmylić pogonie”, stąd słynny skok przez płot), mogli powiedzieć, a choćby tylko pomyśleć: „Spóźnia się? Aha, nie przyjdzie, rozmyślił się.” Wałęsa – rozmyślić się? Pan raczy żartować, panie Januszu.

To, nota bene, dobrze wymyślona scena, metaforyczna i symboliczna: płot jest za wysoki, żeby dało się go przeskoczyć, odbijając się z ziemi, Wałęsa wspina się więc na śmietnik i z niego przeskakuje – ku przyszłej wolności. Ale, ale: czy myśmy wtedy mieli takie duże plastikowe pojemniki na śmieci? Na kółeczkach?

Po drugie: ten film to stracona okazja, ponieważ Oriana Fallaci zajęła tyle czasu ekranowego, że na wiele innych – ważnych! – spraw i wydarzeń w filmie zabrakło miejsca. A szkoda. Bo OF przyjechała, pogadała, nie spodobało jej się, więc odjechała, przepraszam za tę obcesową skrótowość, ale tyle mam miejsca w tej recenzji dla OF, więcej nie mogę jej zaoferować. A inni byli tu naprawdę – jakże wielu wspaniałych ludzi.

„Wywiad ilustrowany” to dość stary chwyt, zarówno literacki jak filmowy, ale właśnie tylko chwyt. Dziennikarka zadaje zawiłe pytania teoretyczne, Wałęsa odpowiada („Ja…”), a potem widzimy ilustrację pytania – inscenizowaną scenę lub odnośny fragment jakiejś autentycznej taśmy filmowej, telewizyjnej lub ubeckiej, wszystko jedno. To odbiera tamtym dramatycznym wydarzeniom „pazur” dramatyzmu, była już o tym mowa. Oglądając, nie boimy się, bo wiemy, że to reenactment, aktorzy tylko pokazują nam, jak było, krew nie jest prawdziwa. A myśmy wtedy naprawdę się bali. Co będzie jutro? Jakie represje spotkają nas wszystkich za to, co tam na stoczni się dzieje? Kogo wywalą z roboty, ilu zaaresztują, czy wejdzie milicja czy wojsko? A jeśli wojsko, to polskie czy ruskie? Wszyscy byliśmy wiecznie na nasłuchu, czekając na to, co powie nam Wolna Europa, po domach drukowała się bibuła, którą potem niejedna młoda matka kolportowała, rozwożąc po mieście paczki ukryte pod materacykiem w dziecięcym wózku. Wszyscy „byliśmy umoczeni”, tak jak Wałęsa, i on to wiedział. I musiał się bać tak jak my, nie tylko o żonę i dzieci, ale i o ludzi. Żadnych prób generalnych, idziemy, robimy. Nie tylko Wałęsa, sam. My również, z nim. Co prowadzi nas do trzeciego „ponieważ”.

Po trzecie: ten film to stracona okazja, ponieważ NAS tam nie ma. A myśmy wszyscy tam byli. Gdańsk, Warszawa, Poznań, Śląsk. Kraków, Zakopane. LUDZIE. Nie tylko działacze, nie tylko intelektualiści, nie tylko politycy, lecz również – my, ludzie. My, naród. I nasze rodziny, bo jak się coś robiło, a wszyscy wtedy coś robiliśmy i każdy miał coś za uszami, to wiedzieliśmy, że odpowiadać będzie cała rodzina – kogo zamkną, kogo wywalą z roboty, czyjego dzieciaka nie wpuszczą na studia, władza miała długie ręce i jeszcze dłuższą pamięć.

I naszych prywatnych domów też tam nie ma. A przecież w rzeczywistości były! Nasze prywatne mieszkania, gdzie siedzieliśmy jak w klatkach, bo gdzież tu pójść? Do kawiarni?! W tych naszych „little boxes” słuchaliśmy Wolnej Europy z uchem przy radiu, ale też pakowaliśmy paczki dla tych, co w więzieniach i obozach dla internowanych, dzieląc się kartkowym zaopatrzeniem (papierosy, papier toaletowy, kawa), rozdzielaliśmy leki i rzeczy z darów dla potrzebujących. W tych naszych małych klitkach wielu z nas ukrywało nie tylko bibułę, ale i ludzi poszukiwanych przez bezpiekę. I zawsze nakarmiliśmy każdego, kto się zjawił w progu, tym, co mieliśmy – kartkowym byle czym, bo nic innego w sklepach nie było. A w razie potrzeby rozkładaliśmy materace na podłodze, żeby przybysze mogli przenocować. I jeszcze mieliśmy siły i energię, by wymyślać genialnie celne kawały, bo może rozrywek za wiele nie było, ale inteligencji i szybkiego refleksu – i potrzeby śmiechu dla odreagowania – nigdy nam nie brakowało.

Naszych domów w tym filmie nie ma. Jest za to tłum na ulicach, ten z kronik telewizyjnych, filmowych lub ubeckich – smutny i… socjalistycznie brzydki, dla mediów zachodnich w sam raz atrakcyjny materiał. A mnie to porusza i jest mi smutno, bo to prawda, że niemal wszyscy mieszkaliśmy wtedy w blokach i te bloki były ohydnie brzydkie, a mieszkania nieludzko ciasne (norma 10 metrów kwadratowych na głowę), ale – pamiętasz, Ewo? – potrafiliśmy zrobić coś z niczego i niekoniecznie i nie wszyscy za całe wyposażenie mieliśmy wersalki, pralki Franie i meblościanki ze szklankami zamiast filiżanek. Czuliśmy się współczesnymi Europejczykami, a nie mieszkańcami skansenu absurdu, mieliśmy potrzeby estetyczne i duchowe. Staraliśmy się, by nasze życie upływało w przestrzeni może skromnej, ale estetycznej, na ścianach wisiały dobre obrazy, a nasze biblioteki uginały się od książek.

W tym filmie nas nie ma. Ani naszych miast, ani naszych domów, ani nas. Jest tylko mieszkanie Wałęsy na Zaspie, o którym Fallaci mówi z przekąsem: „Phi, walczy z komunistami, a mieszkanie od nich przyjął!” Jeśli opowiadanie toczy się post factum, w oparciu o materiały i dokumenty, to można było sięgnąć do książki Danuty Wałęsowej, gdzie opisuje ona, jak to było, gdy nagle pod ich dom na Stogach zajechały jakieś „służbowe” nyski, panowie weszli bez pytania i bez pytania zgarnęli skromny dobytek, a potem bez pytania całą rodzinę (chyba bez Wałęsy, który akurat gdzieś działał albo „siedział”) wywieźli do bloku na Zaspie, do jakiegoś  mieszkania „wygospodarowanego” naprędce, bo władza nagle oprzytomniała, że może to jednak źle wygląda, żeby człowiek o którym zaczyna być głośno za Zachodzie, mieszkał w takich warunkach. Oriana Fallaci mogła tego nie wiedzieć, bo nie słuchała dość uważnie, podobnie jak nie wiedziała, że do tamtej Polski nie za bardzo wypadało przyjechać w eleganckim futrze, a potem świecić takimi czerwonymi paznokciami na ekranie. Jak człowiek idzie na pogrzeb, to ubiera się na czarno, jak jedzie do biednego kraju, to niekoniecznie musi przyjechać w starych łachach, ale niekoniecznie też musi to być futro. Wystarczyłby kożuszek zakopiański, też ciepły.

Po czwarte: ten film to stracona okazja, ponieważ napisanie muzyki (mocnej, znakomitej) zlecono kompozytorowi, Pawłowi Mykietynowi, który ma obecnie 42 lata (rocznik ‘71) i najwidoczniej nie pamięta, że naszym bardem narodowym był wtedy Kaczmarski. To Kaczmarski, wspólnie z Gintrowskim i Łapińskim stworzyli trio i przygotowali program poetycki „Mury” (tytułowa piosenka była pieśnią innego barda – katalończyka Lluisa Llacha). To słowa Kaczmarskiego i muzyka Gintrowskiego nas ukształtowały, to tej muzyki słuchaliśmy, i to „Mury” intonowaliśmy w trudnych – i tak, również wielkich i podniosłych – chwilach. „Mury” stały się nieformalnym hymnem Solidarności i symbolem walki o wolność. A mury runą… – i runęły! Prawda, były też zespoły rockowe i wiele z ich piosenek stało się „cytatami”, którymi chętnie się posługiwaliśmy. Ale robiąc pierwszy i jedyny, jak dotąd, film o Wałęsie, odebrano głos naszemu bardowi, który ten głos wykrzyczał za naszą i waszą wolność, i umarł na raka krtani. Gdy o tym myślę, jest mi jeszcze smutniej. Bo tak się nie robi.

W tym miejscu – gdy mowa o sztuce – dodam słowo o Kościele. Bo Kościoła też w filmie zabrakło. Nie chodzi tu o zbiorową modlitwę, o wyznanie wiary, opowiedzenie się po stronie katolików, nic z tych rzeczy. Kościół w tamtych czasach pełnił inną funkcję, był naszym bastionem narodowym, pomagał nam zachować tożsamość, miedzy innymi poprzez sztukę – przedstawienia teatralne, koncerty, wystawy. Kościół pomagał nam również materialnie, bo to do kościołów w głównej mierze, jako do swego rodzaju męża zaufania, napływały transporty z darami z Zachodu. Kościół był naszą kryjówką duchową, a dla wielu działaczy również kryjówką w dosłownym znaczeniu tego słowa.

Po piąte: ten film to stracona okazja, ponieważ nie pokazuje, jak to było naprawdę. Niech ktoś wreszcie powie to głośno: my, naród, nie byliśmy agentami ani współpracownikami, myśmy po prostu żyli w tym kraju. A on był tak zorganizowany, że w każdej instytucji, w każdym przedszkolu i każdej szkole, w każdej fabryce i w ogóle w każdym miejscu ktoś był „oni”, a my byliśmy „my”. To oni byli wśród nas, a nie – my byliśmy u nich. Oni z nami zaczynali rozmowy, oni nas podchodzili, oni podsuwali jakieś kartki do podpisania (to akurat dobra scena w filmie, i wydaje się dość prawdziwa: Wałęsa nie czyta, co podpisuje, bo żona właśnie rodzi w szpitalu pierwszego syna i jemu zależy tylko na tym, żeby się stamtąd wydostać). To oni nas podpytywali, kusili stanowiskami i paszportami, mieszkaniami bez kolejki i szynką ze sklepów za żółtymi firankami. Ci, co nas oskarżają o kolaborację, nic nie wiedzą albo sobie z nas kpią. Każdy z nas miał z tymi ludźmi styczność, wiedząc, nie wiedząc, podejrzewając lub nie. Zresztą „oni” byli nieźle wyszkoleni w sztuce kamuflażu, nasze podejrzenie budzili jedynie ci, którzy mogli „jakby” więcej od nas. Załatwić pralkę i mieszkanie od ręki, a choćby tylko bilet na samolot do Warszawy, ale też wyjść z zadymy bez szwanku. Czy myśmy się dawali na te gadki i podszepty brać, to już jest całkiem inna kwestia. Wiedzieć POTEM (i osądzać) jest łatwo, a wiedzieć „tu i teraz”? Kto tego nie przeżył, ten nie wie, a to znaczy również, że go „tam i wtedy” po prostu z nami nie było. Janusz Głowacki nie do końca wiedział, jak było w stanie wojennym, ponieważ stan wojenny zastał go w Ameryce.

Była jeszcze jedna drobna współzależność – poprzednie pokolenia przerabiały już ten temat w związku z wojną, dziwi więc, że ktoś z nas może o to jeszcze pytać. Z władzą nie należało wchodzić w układy (niegodne), zadzierać (niebezpieczne), snuć konszachty (współpraca agenturalna), iść na kompromisy (wszystko albo nic, ale co będzie jak wejdą Ruskie). Ale władzę można było wykorzystać. I ci, co byli bliżej „źródełek” rozmaitego rodzaju, mogli dla nas coś załatwić, uszczknąć, a choćby tylko czegoś się dowiedzieć. Przykład Gintrowskiego to wyjaśni: w latach 80 pracował jako kompozytor muzyki filmowej – stworzył muzykę do ponad 20 filmów; z czegoś musiał żyć, poza tym pisał świetną muzykę. Koncertował wyłącznie poza oficjalnymi scenami, między innymi w salach Muzeum Archidiecezji, a wykonania studyjne jego piosenek nagrywano nieoficjalnie i wydawano w drugim obiegu. W Wikipedii czytamy: „Życie codzienne Gintrowskiego było całkowicie podporządkowane działalności podziemnej, przykładem jego dyspozycyjności była gotowość do prowadzenia koncertów organizowanych ze względów bezpieczeństwa jedynie z kilkugodzinnym wyprzedzeniem.” I dalej: „W trakcie realizacji nagrań do filmu ‘Matka Królów’ nielegalnie nagrał w studio państwowej Telewizji Polskiej płytę ‘Pamiątki’, a później w podobny sposób utrwalony został program ‘Raport z oblężonego miasta’ w studio Akademii Muzycznej.”

Po szóste: ten film to stracona okazja z powodu – jakby to ująć? – grzechu zaniedbania. Gdyby Oriana Fallaci zajęła mniej czasu i miejsca na ekranie, może znalazłoby się miejsce dla innych, jak Gieremek i Mazowiecki, jak Kuroń i Mikołajska, jak…. I możemy być pewni, że aktorzy zażądaliby znacznie mniej niż Monica Bellucci, która wstępnie miała zagrać Orianę, ale projekt upadł z powodu (braku) miliona euro w budżecie producenta filmu. O Kaczmarskim już pisałam. Ale może należałoby jeszcze wyjaśnić, że tamtej nocy, 13 grudnia, do mieszkania Wałęsów osobiście przyjechali Tadeusz Fiszbach i prof. Jerzy Kołodziejski. Dwa różne buty Fiszbacha przeszły do historii, dlatego znalazły się na ekranie. Ale film nie dopowiedział, że Fiszbach należał do tych partyjnych działaczy, którzy wierzyli w ludzkie oblicze socjalizmu, tak, tacy ludzie też byli, partyjni a przyzwoici, i I sekretarz KW PZPR do nich należał. I gdańszczanie to pamiętają. Musiał to pamiętać również Wałęsa, gdy w lipcu 1989 roku proponował mu kandydowanie na stanowisko prezydenta przeciwko generałowi Jaruzelskiemu, jednak Tadeusz Fiszbach tej propozycji nie przyjął.

Tamtej nocy z domów wyciągnięto i przewieziono do obozów internowania nie tylko Wałęsę. Aresztowani razem z Wałęsą działacze Solidarności to byli nasi sąsiedzi, przyjaciele, członkowie naszych rodzin. Kobiety i mężczyźni, cała rzesza. Ilu? O tym film nie wspomina. Widzimy tylko Wałęsę, tylko z jego powrotu cieszy się Danuta (cudowna Agnieszka Grochowska, urocza, mądra i absolutnie bezbłędna, oprócz… jednego anachronicznego „tak?” na końcu zdania, o które mam lekki żal, bo to dziś tak się dziwnie kończy zdania w Polsce, myśmy wtedy tak nie mówili).

Jak pamiętamy, „WRONA” działała sprawnie i z zaskoczenia. Już 12 grudnia wieczorem, w ramach akcji pod kryptonimem „Jodła” (sic?! jak w „Klossie” albo w „Czterech pancernych”?!), rozpoczęły się, wg wcześniej przygotowanych list, systematyczne aresztowania osób postrzeganych przez władze jako potencjalne zagrożenie dla ustroju. W sumie, w czasie stanu wojennego aresztowano ponad 10 tysięcy osób, w tym wiele po kilka razy. Ci ludzie są częścią wielkiego wałęsowego JA, i gdyby nie Fallaci na ekranie, może znalazłoby się dla nich miejsce. Wielu z nich jeszcze żyje, wielu z nich schorowanych, ze złamanym życiem po przebytych wyrokach, z nadszarpniętym zdrowiem po brutalnych przesłuchaniach, zmaga się z biedą, w zapomnieniu. Ten film byłby dla nich ważny, gdy oddał im przynajmniej mały hołd, gdy o wielkich hołdach, a choćby tylko o rencie kombatanckiej dla nich państwo do tej pory nie zdążyło jeszcze pomyśleć. Wie o tym najlepiej Mirosław Chojecki, który organizuje dla nich zbiórkę pieniędzy – na czynsz i leki.

Ten film zastanawia. Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego scenariusza nie napisał ktoś, kto nie tylko dowiedział się o tym, jak było, bo obejrzał kroniki i przeczytał materiały archiwalne, relacje świadków czy opracowania historyków, lecz kto – był tam wtedy z nami? Bo, prawdę mówiąc, gdy o tym teraz myślę, Mirosław Chojecki wiedziałby, jak napisać taki scenariusz. Jego również stan wojenny zatrzymał na Zachodzie, we Francji. Ale, jakby to powiedzieć: można być blisko i nic nie widzieć, można być daleko i wiedzieć bardzo dużo. Chojecki wiedział i działał, m.in. organizując wysyłkę (czyt.: szmugiel) maszyn drukarskich do kraju, był więc – blisko.

Dlaczego? Dlaczego Wajda tak wiele pominął, a poszedł w stronę wizji powierzchownej i nie do końca prawdziwej? I proszę mnie nie napominać, że temat duży i skomplikowany. Skrótowość niekoniecznie musi być powierzchowna, a metafora niekoniecznie musi być przekłamaniem. Jeśli się drąży dość głęboko, to się znajduje, i właściwe słowa, i właściwy ton, wiem, bo piszę wiersze, rzadko, ale piszę, rzadko, bo dużo czasu schodzi mi na drążenie.

I dlaczego? Dlaczego w sieci krąży tak mało recenzji na temat filmu? Nie mówię o oficjalnych „blurbach” i „zajawkach”, bo to są materiały promujące, maszyna marketingowa. Mówię o recenzjach w dawnym rozumieniu, kiedy to dziennikarz szedł do kina, oglądał film, reagował emocjonalnie, następnie przetwarzał całą rzecz intelektualnie, a potem – pisał. Wiem, to wymaga czasu. I wiem: dziś już się nie pisze „prawdziwych” recenzji, bo wszystkim tak się spieszy, że jak nie dostaną od zainteresowanego artysty tak zwanego „gotowca”, to nikt nic nie napisze. A przecież zarówno film narodowego reżysera Wajdy, jak postać bohatera narodowego Lecha Wałęsy zasługuje na refleksję, uczciwą i obiektywną, ale również osobistą i uczciwie subiektywną. Bo chociaż film mnie zawiódł i zasmucił, to przecież na uczciwą recenzję zasługuje.

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, i Lech Wałęsa na pewno nie raz już się o tym przekonał. Ale możliwe też, że film spóźniony o tyle lat, został jednak zrobiony zbyt wcześnie. Spóźnił się, ponieważ kolorowa bańka wolności dawno się rozprysła, a wraz z nią nasze ideały i wspaniałe poczucie wspólnoty, kiedy to wszyscy żyliśmy w jednakowej biedzie, ale też byliśmy braćmi w szacunku i poświęceniu dla Ojczyzny, i nikt jeszcze nie wstydził się słowa patriotyzm, które od tejże Ojczyzny się wywodzi. Tamten poryw euforii pełnej nadziei, jakże dla nas wtedy charakterystyczny i ważny, został brutalnie złamany przez stan wojenny. 13 grudnia był mróz, śnieg skrzypiał pod butami. W naszych domach zapanowała martwa, pełna przerażenia cisza.

Nie chciałabym by moja recenzja, dość surowa, przyznaję, uplasowała się gdzieś pośród tak rozpowszechnionego obecnie ogólnonarodowego tonu jadu i nienawiści. Proszę mi tego nie robić, nie bluzgam nienawiścią, szanuję wszystkich twórców, którzy przyczynili się do powstania tego filmu. Lech Wałęsa doczekał się filmu o sobie, i w pełni na to zasłużył. Miał więcej szczęścia niż Kościuszko czy Kiliński, i wielu innych naszych bohaterów narodowych. Lecz mimo wszystko trudno oprzeć się wrażeniu, że film Wajdy i Głowackiego spóźnił się, a zarazem spóźnił się nie dość i został zrobiony zbyt wcześnie. Dlaczego? Ponieważ los naszego bohatera narodowego poszedł już w zapomnienie. Dziś mało kogo obchodzi On i nasza wspólna uboga a bohaterska przeszłość. Młodzież dzisiaj biegnie, nie oglądając się w przeszłość, zajęta swoimi sprawami i swoją przyszłością. Zauważy naszego bohatera – i doceni – dopiero gdy przyjdzie jego czas. Wtedy – kiedyś, po najdłuższym życiu – ktoś postawi mu pomnik. Ktoś  inny przypomni sobie o filmie „Wałęsa, człowiek z nadziei”, sięgnie do zakurzonej filmoteki narodowej i… nie dowie się, jacy byliśmy naprawdę.

Walesa_film_set

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Film o Lechu Wałęsie, który razem z “Solidarnością” walczył o Polskę wolną od komunizmu.
gatunek: Biograficzny / Dramat
produkcja: Polska
premiera: 4 października 2013 (Polska) 5 września 2013 (świat)
reżyseria: Andrzej Wajda
scenariusz: Janusz Głowacki
muzyka: Paweł Mykietyn
zdjęcia: Paweł Edelman

Obsada

Robert Więckiewicz jako Lech Wałęsa
Agnieszka Grochowska jako Danuta Wałęsa
Iwona Bielska jako Ilona, sąsiadka Wałęsów
Zbigniew Zamachowski jako Nawiślak
Dorota Wellman jako Henryka Krzywonos
Maria Rosaria Omaggio jako Oriana Fallaci
Mirosław Baka jako dyrektor stoczni
Michał Czernecki jako wicedyrektor stoczni
Grzegorz Małecki jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa
Marcin Hycnar jako stoczniowiec
Piotr Probosz jako Czesław Mijak
Wiktor Malinowski jako Jarosław Wałęsa w wieku 3–5 lat
Marcel Głogowski jako Bogdan Wałęsa w wieku 8–10 lat
Kamil Jaworski jako Przemysław Wałęsa w wieku 5–7 lat
Cezary Kosiński jako Majchrzak
Ewa Kolasińska jako pracownica w stoczni
Maciej Stuhr jako ksiądz
Małgorzata Zajączkowska jako sprzedawczyni
Wojciech Kalarus jako przewodniczący
Mateusz Kościukiewicz jako Krzysiek
Barbara Babilińska jako pielęgniarka
Henryk Gołębiewski jako chłop przy blokadzie

Drei Könige und Die Aktion

Für Krzysztof zum Geburtstag

Heute ist der Tag der Heiligen Drei Könige. Das Bild unten, Erinnert euch im Winter an die Vogel oder Drei kleine Könige gehen zum Stall, stammt vom polnisch-tschechischen Maler, Wlastimil Hofman (1881 – 1970) und wurde erst 1956 gemalt. Nicht desto trotz ist es sehr typisch für den Jugendstil, in dem Hofman sein ganzes Leben malte  (http://muzeumsecesji.pl/galeria_pliki/hofman/hofman11.html)

3krolowieJetzt aber kehren wir zurück zu unserem Hauptthema: Weihnachten bei Avantgardisten. 1911

Dr. Lidia Głuchowska, unsere Fachfrau für Kunst überhaupt und für Kunst der Moderne und der Avantgarde insbesondere, stellt uns die Zeitschrift Die Aktion vor, eine von Franz Pfemfert von 1911 bis 1932 herausgegebene literarische und politische Zeitschrift, die dem Expressionismus zum Durchbruch verhalf und für eine undogmatische linke Politik stand. Die Aktion bereitete immer spezielle Weihnachtsseiten für jeweilige Dezemberausgabe vor. Mit viel moderner Graphik und Dichtung. Und, wie man sieht, viel Sinn für Prophezeiung.

1stronaHänget Baionetten an den Christbaum! (…) Für einen Tag, für zwei Tage geht die Kriegspolitik in Filzschuhen um die Welt. Friede auf Erden… Rings starrt die Welt in Waffen. Wir feiern unser Friedensfest mit geladenen Waffen. (…) brutales Unrecht, schamlose Gewalt und soziale Gewissenlosigkeit schreiten mit Siegergebärde durch die Laube. Kerker, Zuchthäuser, Galgen, Schafotte, Guilottinen, Kasernen, Kanonen, Bajonette, Polizei und Soldaten grüßen als Eckpfeiler einer göttlichen Weltordnung allüberall. Am Wege sterben Tausende…

Metaphern der Ungerechtigkeit. In drei Jahren werden sie schon die Realität. 2014 werden wir noch tausend Mal darüber erinnert und uns selber zum Erinnern erheben.

2stronaAuf der Seite 2 kommt ein Artikel von Chestel Zwi über “Weihnachtsjudentum” und ein anderer von Ferdinand Nürnberger über Gier des Papstums, betitelt “Eine Weihnachtslegende”.

Man fragt sich, was hier, in diesen zwei Artikel, kritischer ausfällt, das Auslachen der judüschen Assimilation, von den Gegner (laut Text) nicht ohne Grund “Heranschmeicheln” genannt oder die Kritik der habgieriegen Klerus der katholischen Kirche.

Es ist nicht so paradox und geschmacklos, unser Assimilationjudentum bringt es fertig! Oder: Im Gnademonat christlicher Liebe darf unsere Damenwelt der jüdischen Geldaristokratie niecht feiern.  Und darum feiert sie den ganzen Dezembermonat die fröhliche, selige, gnadenbringende Weihnachtszeit in so ausgiebieger Weise, dass ihr der Festestrubel jedes Gefühl dafür nimmt, wie gerne man auf sie verzichten würde, blechte sie nicht mit der Naivität solcher, die nicht sehen wollen, in braunen und blauen Scheinen für die Ehre “unter dem Protektorate Ihrer Kgl. Hoheit der Erbprinzessin von Soundso” – gedruckt zu stehen.

(…) die absonderliche Blüte der pseudojüdischer Assimilationssensucht erblüht unter den Kerzen des Weihnachtsbaumes. Geht am Heiligen Abend über den Kurfürstendamm, wo ihr die – nach Protzengeschmack – schönsten Weihnachtsbäume seht, da, des könnt ihr sicher sein, singen “Weihnnachtsjuden” das Lied von der stillen, heiligen Nacht!

Damit es aber gerechtig ausgeteilt wird, schreibt Nürnberger gleich nebenan über Rotte Korah, den Konkordatstürmer und über das Sammeln des Peterspfennige, dh. des Geldes fürs bezahlen der Watikansoldaten, über Steuer für Kriegszwecke, die Gefangene in Besserungshäuser von ihrem winzigen Lohn abgeben müssen…

Grüß Dich Gott, Statthalter, sagte der Knabe, ich bringe Dir meinen Peterspfennig. Aber sage, wozu brauchst du nur all diese Pfennige, he?
Um das Reich Christi zu verteidigen
Warum nicht gar! Der Menschen Sohn hatte nicht, wohin er sein Haupt legte, und soll sein Statthalter mehr haben? Mein Reich ist nicht von dieser Welt, sagte Christus.

Heute, hundert Jahre später, muss der Franziskus offensichtlich den Diskurs um das Haben und die Macht der Kirche, genauso führen wie der naive Knabe aus der Satire von Nürnberger.

Als Abschluss noch ein Gedicht aus der Dezember-Nummer in Die Aktion 1911:

René Schickele
Vorortballade

Um seine Villa beneidet der eine den anderen, um das Leuchten des Wannsees,
um seine Terrasse mit geflochtenen Stühlen, um das Segelboot „Ramses“.

Um seine Hühnerhöfe auch und den schattigen Garten,
wo er in vielen Nächten verdammt war zu warten,

bis eine Dame kam mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

Nun aber möchte er Starkästen bauen, mit kleinen Hunden spielen,
dem Wetter vertrauen und im Schatten nach glitzernden Möwen zielen,

das Boot „Ramses“ besteigen, in Himmel und Wolken baden!
Vorallem aber wünschte er sehr, seine Freunde zum Essen zu laden

Wogegen der andre mit Schnaken kämpfte im schattigen Garten,
verdammt in vielen Nächten zu stehn und lange zu warten,

bis eine Dame käme, mit hellem Haar und dem Schlüssel zum Ausflug.
Ihr Haar fiel, und sie lachte leis, bis die erste Lerche im Tau schlug.

1910

3stronaWir werden noch ab und zu zum Thema Weihnachten bei Die Aktion zurückkommen. Es scheint, dass sich die aktuellen Themen gar nicht ändern.

Reblog: Das Weihnachtswunder von 1914

choinka-okopyInge da Silva (auf dem Facebook)

Weihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

***
Und noch passend dazu ein Weihnachtsgedicht von Erich Mühsam

Heilige Nacht

Geboren ward zu Bethlehem
ein Kindlein aus dem Stamme Sem.
Und ist es auch schon lange her,
seit’s in der Krippe lag,
so freun sich doch die Menschen sehr
bis auf den heutigen Tag.
Minister und Agrarier
Bourgeois und Proletarier,
es feiert jeder Arier
zu gleicher Zeit und überall
die Christgeburt im Rindviehstall.
(Das Volk allein, dem es geschah,
das feiert lieber Chanukka.)

Poetry – Poezja – Poesie / Aaron Zeitlin & Joan Baez

Dziś w nocy obchodzimy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego publikuję tu słynną piosenkę Donna Donna, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Każdy z nas to znał i śpiewał na rajdach lub przy ognisku. Ale czy każdy wiedział – bo ja nie wiedziałam – że podobnie jak Dance me to the end of love, również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah? Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewana była w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Donna Donna to inwokacja do Boga.

Adonai Adonai! Donna Donna! Panie!

Donna Donna (דאָנאַ דאָנאַ „Dana Dana“, דאָס קעלבל „Dos Kelbl“ oder „Dona Dona“) ist ein in weiten Teilen der Erde bekanntes Lied. Es handelt von einem Kälbchen, das sich nicht dagegen wehren kann, zur Schlachtbank geführt zu werden. Es ist abhängig wie ein Arbeitnehmer oder Knecht. Die Schwalbe hingegen bestimmt ihr Schicksal selbst, symbolisiert Eigenständigkeit und Selbstverantwortung. Sie ist die  Freiheit. Das Lied ist entstanden in der Zeit des Dritten Reichs und reflektiert die Situation der Juden. Es wurde für das Musical Esterke (1940–1941) von den jüdischen Künstlern Aaron Zeitlin (Text) und Shalom Secunda (Musik) geschrieben.  “Donna Donna” – auf hebräisch Donaj, Donaj – bedeutet Adonai, Gott.

Ich publiziere es heute am 75. Jahrestag der Kristallnacht.

Yiddish (transcription)
Dos Kelbl

Oyfn furl ligt dos kelbl
Ligt gebundn mit a shtrik
Hoykh in himl flit dos shvelbl
Freydt zikh, dreyt zikh hin un krik.

Chorus
Lakht der vint in korn
Lakh un lakht un lakht
Lakht er op a tog a gantsn
mit a halber nakht.
Hey Dona, dona, dona…

Shrayt dos kelbl, zogt der poyer
“Ver zhe heyst dikh zayn a kalb?
Volst gekert tsu zayn a foygl
Volst gekert tsu zayn a shvalb?”

Chorus
Lakht der vint in korn…

Bidne kelber tut men bindn
Un men shlept zey un men shekht
ver s’hot fligl, flit aroyf tzu
iz bay keynem nit keyn knekht

Chorus
Lakht der vint in korn…

Hebrew (transcription)

Egel rakh kashour bekhevel
al ha’agala moutal
velamala bashamayim
efroni mamri el al.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Lama ze tige’e?
omer ikar la egel hamoutal
lou tzamakhta shte knafayim
vehimreta gam ata.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

Agalim bli da’at lama
el atevakh holkhim tamid
ve’asher libam lakhofesh
mamrim ke’efroni.

Rou’akh stav tzokhek lo
tzokhek ou mit’holel
tzokhek ou tzokhek miboker or
ve’ad khatzi halel.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.
Dona, Dona, Dona, Dona,
Dona, Dona, Dona, Don.

http://www.esther-ofarim.de

English

On a wagon bound and helpless
lies a calf who is doomed to die.
High above him, flies a swallow,
sawing gaily through the sky.

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Now the calf is softly crying:
“Tell me, wind, why do you laugh?
Why can’t I fly like the swallow
Why did I have to be a calf?”

Wind laughs in the cornfield,
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Calves are born and soon are slaughtered,
with no hope of being saved
only those with wings like swallows
will not ever be enslaved

Wind laughs in the cornfield
laughs with all his might.
Laughs and laughs the whole day through
and half way through the night.
Dona, dona, …

Deutsch

Auf einem Wagen liegt ein Kälbchen ist gefesselt mit ´nem Strick.
Hoch am Himmel fliegt ein Vogel, fliegt nach rechts und fliegt nach links.

Lacht der Wind im Kornfeld, lacht und lacht und lacht,
lacht den ganzen Tag darüber und noch die halbe Nacht.
Donaj, Donaj, Donaj……. daj!

Schreit das Kälbchen, sagt der Bauer: Weshalb bist du auch ein Kalb?
Wenn du willst, dann sei ein Vogel, wie am Himmel diese Schwalb!

Lacht der Wind…

Arme Kälbchen kann man fesseln und zum Schlächter schleppen hin,
frei zu sein bedarf es Flügel, und du fliegst zum Himmel hin.

Lacht der Wind…

Reblog: Eine Nacht im November

grynszpanChristian Böhme:
Am frühen Morgen des 7. November 1938 nimmt die Geschichte ihren schicksalsträchtigen Lauf. Herschel Grynszpan verlässt gegen 8 Uhr 30 das Pariser Hotel Suez und betritt wenig später das Waffengeschäft „Zur scharfen Klinge“. Dort kauft der 17-Jährige für 245 Francs einen Trommelrevolver der Marke Hammerless samt Patronen. Dann macht sich der junge Mann im hellen Trenchcoat auf den Weg in Richtung deutsche Botschaft. Er will ein Zeichen setzen, seiner Empörung über das Schicksal der Familie und vielen tausend anderen Juden spektakulären Ausdruck verleihen.

Um 9 Uhr 45 betritt Grynszpan einen kleinen Raum, in dem ein gewisser Ernst vom Rath sitzt, und zögert keinen Augenblick: Er zieht seine Waffe, ruft „Sie sind ein schmutziger Deutscher, hier ist das Dokument, im Namen von 12 000 verfolgten Juden“, zielt auf die Mitte des Körpers und gibt fünf Schüsse auf den Legationssekretär ab.

Zwei Kugeln treffen den Jungdiplomaten.

Lese weiter im Tagesspiegel Online vom 7.11.2013

Reblog: Bokserzy i śmierć

bokserzy1Jarosław Drozd

Walki pięściarskie toczone przez więźniów za drutami nazistowskich obozów koncentracyjnych były zjawiskiem powszechnym. Wspominaliśmy o nich w maju br. przy okazji śmierci najbardziej znanego ich uczestnika, Salamo Aroucha, który był więźniem obozu oświęcimskiego, w którym stoczył aż 208 pojedynków. Od dzisiaj w kilku odcinkach chcielibyśmy przybliżyć sylwetki najbardziej znanych uczestników obozowych walk bokserskich, które w istocie często były walkami o przeżycie.

bokserzy2Najbardziej znanym polskim pięściarzem obozowym był Tadeusz Pietrzykowski. Ten rodowity warszawiak (rocznik 1917 r.) zaczął trenować boks dopiero w wieku 16 lat. Szybko jednak trafił do Legii pod opiekę samego Feliksa Stamma. Postawił na sport, porzucając naukę w gimnazjum im. Batorego. 5 lat później, w 1938 r. opiniotwórczy “Przegląd Sportowy” uznał Teddy’ego (bo taki przydomek sobie przybrał) – wicemistrza Polski – najlepszym pięściarzem Warszawy w wadze koguciej.

bokserzy3Po wybuchu II wojny światowej postanowił uciec do Francji, by walczyć tam z nazistami w tworzonej właśnie Armii Polskiej. W lutym 1940 roku pojechał do Zakopanego, by stamtąd – przez Bałkany – dostać się na Zachód. Niestety “wpadł” na granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Odtransportowano go do Polski, a tu – wyrokiem sądu – został osadzony w więzieniu w Nowym Sączu, skąd via Tarnów, 14 czerwca 1940 r. deportowano go do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Był jednym z pierwszych osadzonych, o czym świadczył chociażby niski numer obozowy 77.

Tadeusz “Teddy” Pietrzykowski w 1937 roku

****
Czytaj dalej: http://www.bokser.org/content/2009/07/02/000137/index.jsp
Inny artykuł o Pietrzykowskim na portalu bokser.org: http://www.bokser.org/content/2013/10/27/195949/index.jsp