Gen. Stefan Rowecki Grot

Roman Brodowski

Preambuła

rowecki-pomnik1Kolejny sierpień. Kolejny miesiąc pamięci, obfitujący w wiele jakże dla naszego narodu tragicznych wydarzeń, poczynając od dnia pierwszego, czyli wybuchu Powstania Warszawskiego, a zaraz potem trzeci sierpnia, dzień, kiedy prawdopodobnie wykonano wyrok śmierci na gen. Stefanie „Grocie” Roweckim w oranienburskim obozie zagłady – Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Przypomnę tu mój artykuł, opublikowany w ubiegłym roku na portalu „Polonia Viva” w którym starałem się w skrócie przypomnieć, lub nieco przybliżyć, postać tego wielkiego, (zdradzonego przez „Polaków”) polskiego patrioty jakim był gen „Grot”.

Dlaczego proponuję konkretnie ten, odgrzewany niby kotlet, a nie inny tekst? Dlaczego nie piszę czegoś nowego, inaczej, bogaciej? – Mądre pytania, które sam bym zadał autorowi, będąc na waszym miejscu. I jako autor, chętnie na nie odpowiem, rozważając dwa aspektów, mające wspólny mianownik – wyrażam bowiem sprzeciw i dezaprobatę dla tego, co od pewnego czasu dzieje się w sferze nauki historii, zwłaszcza naszej, będącej nie tylko dziedzictwem polskiego społeczeństwa, ale najważniejszym budulcem narodowej wspólnoty. Od zawsze, nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako człowiek, traktowałem obowiązek pamięci jak sacrum. Dla ludzi mojego pokolenia a i dla pokoleń wcześniejszych szacunek oraz pamięć dla historycznych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni wieków w naszej ojczyźnie, dla bohaterów naszego narodu, którzy swoją osobą złożyli siebie i swoje życie na ołtarzu honoru i patriotyzmu, jak też pamięć o naszych przodkach, jest i pozostanie obowiązkiem. Jest podstawą etyczno- moralnej i religijnej tożsamości w stosunku do nas samych.

Obelisk poświęcony pamięci gen. Stefana „Grota” Roweckiego przy obozie w Sachsenhausen

Nie zgadzam się na fałszowanie naszej historii, na poddawanie jej obróbce dla potrzeb tych, którzy nasz historyczno-kulturowy dorobek powoli zamieniają wedle szowinistyczno-nihilistycznych zachcianek swojego dyktatora.

Prawdą jest, że naszą historię od co najmniej zakończenia drugiej wojny światowej tworzyło się zgodnie z filozoficzno-politycznym nurtem czasu. Prawdą jest, że tworzyło się ją dla potrzeb ideologicznych i indoktrynacyjnych. Prawdą jest także i to, że w poprzednim systemie (delikatnie mówiąc) zrobiono wszystko, by nasze społeczeństwo znało historyczne tło tylko tego, co ten system i jego bohaterów gloryfikowało, wprowadzając do niego wiele nieprawdy, często fałszując fakty, ignorując, a nawet negując „innych” , którzy za swoją postawę powinni zająć miejsce w panteonie zasłużonych dla Ojczyzny.

Oczywiście IPN oraz inne instytucje powinny ujawnić prawdę i przekazać ją zgodnie z faktami społeczeństwu, nie wylewając przy okazji rewizji naszej historii , przysłowiowego „dziecka z kąpielą”.

Niestety, istota problemu tkwi w tym, że dzisiaj działania dużej części tzw. zideologizowanych i upartyjnionych historyków, oraz podległe rządowi instytucje

badawcze, z IPN włącznie, zamiast bezstronnie w rzetelny sposób, zgodnie z zasadami apolityczności, edukować nasz naród, przekazując prawdziwy obraz rzeczywistości historycznej, jak ich poprzednicy, niszczą wszelkie świadectwa minionej epoki.

Obawiam się, że to co dla mojego pokolenia przedstawiało i przedstawia pozytywną wartość historyczną, na naszych oczach, w dużej mierze zastąpywane zostaje nową symboliką, symboliką epoki „kaczyzmu” z jego ideologią włącznie.

Tak – doświadczenie niczego nas nie nauczyło, a wprost przeciwnie. Co niektórzy       (będący dzisiaj na fali) tzw. historycy nowej generacji, z pomocą wielu pseudodziennikarzy i polityków, popychają naród z jednej skrajności w drugą. Potwierdzają się słowa znanego niemieckiego filozofa Fryderyka Hegla , że

„Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii” , i dotyczą … również nas.

Wracając do meritum mojego artykułu to – gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” – jak na razie, jeszcze ma swoje miejsce w naszej pamięci, jeszcze nie został poddany ponownej weryfikacji i dlatego by zachować pamięć o Nim, pragnę przybliżyć jego sylwetkę , zwłaszcza że zbliża się kolejna rocznic jego tragicznej, męczeńskiej śmierci

Pod obeliskiem

Wraz z przyjaciółmi składamy kwiaty w imieniu Polaków przy obelisku gen. Stefana „ Grot” Roweckiego znajdującym się przy wejściu do obozu, w rocznicę (prawdopodobnego) dnia jego śmierci – 3 sierpnia.

Generał Stefan „Grot” Rowecki

Dla wielu historyków był on postacią tak barwną i ważną w historii naszego kraju, że co jakiś czas podejmują wezwanie napisania kolejnej jego biografii. I tak też powinno być. Należy on bowiem do tych osób, o których naród nasz nigdy nie powinien zapomnieć. Ten Wielki Polski Patriota całe swoje życie poświęcił walce o suwerenność, wolność i niepodległość naszej Najjaśniejszej.

Urodził się 25 grudnia 1895 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Jako jedenastoletni chłopiec rozpoczął edukację gimnazjalną. Już 1911 roku dał się poznać jako dobry organizator i prawdziwy patriota, współtworząc pierwszą w tym mieście, tajną organizację skautów. W lipcu 1914, a więc w miesiącu rozpoczęcia pierwszej wojny światowej, rozpoczął kurs oficerski w Nowym Sączu, a po jego ukończeniu, pod koniec tegoż roku wstąpił do Legionów Polskich dowodzonych przez Piłsudskiego. Do sierpnia 1917 walczył w Pierwszej Brygadzie Legionów.

Internowany w obozie dla oficerów Legionów w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność Cesarza Wilhelma II, doczekał  tam zakończenia wojny. W listopadzie 1918, po  utworzoniu niepodległego państwa polskiego, uczestniczył w rozbrajaniu okupantów niemieckich. Walczył w wojnie z bolszewikami, był szefem Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

Od 1918 roku porucznik Rowecki odbył wiele kursów oficerskich oraz pełnił ważne funkcje w strukturach wojskowych. Druga wojna światowa zastała go w Warszawie, gdzie pełnił służbę jako dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. W Kampanii Wrześniowej, podporządkowany Armii Lublin, dowodził brygadą w obronie środkowej Wisły oraz w walkach pod Tomaszowem Lubelskim.

Po kapitulacji powrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną jako zastępca Komendanta S.Z.P. W maju 1940 awansowany do stopnia generała dywizji. W tym samym roku został komendantem Okręgu Warszawskiego Z.W.Z  a następnie całego obszaru okupowanej Polski. Jako szczególnie groźny wróg III Rzeszy był intensywnie poszukiwany przez wywiad, SS oraz Gestapo. Na liście poszukiwanych był numerem jeden. Wykryty przez polskich agentów wywiadu radzieckiego, a następnie przez nich zdradzony, został wydany Niemcom przez agentów Gestapo działających w strukturach AK. Aresztowano go i osadzono w Alei Szucha 30 czerwca 1943 roku.

W połowie lipca 1943 roku przewieziony został do Berlina, gdzie stanowczo odrzucił niemiecką propozycję podjęcia współpracy na rzecz współdziałania przeciwko wrogom Rzeszy, między innymi Rosjanom. Za odmowę uwięziony został w obozie  koncentracyjnym  w  Sachsenhausen – jako więzień szczególny.

Ostatnie miesiące swojego życia spędził w całkowitej izolacji, w podobozie obozu, wybudowanym dla tak zwanych „gości honorowych” , noszącym niechlubne miano „miejsca kaźni”. Na rozkaz Himmlera (prawdopodobnie  z zemsty za rozpoczęte w Warszawie Powstanie), został zamordowany w nocy pomiędzy 2 a 5 sierpnia 1944 roku.

Prochy jego rozsypane i wymieszane z tysiącami innych zamordowanych w tym obozie, stały się dla niego grobem – Polskim Grobem na Niemieckiej ziemi.

Moi Synowie z polskimi przyjaciółmi przy obelisku poświęconemu zamordowanym księżom katolickim w obozie Sachsenhausen, podczas składania kwiatów podczas Dnia Zmarłych. Obelisk znajduje się 20 metrów obok obelisku poświęconego Stefanowi „Grot” Roweckiemu

Uwaga: Spotykamy się dziś o 12.30 na stacji S-Bahn Oranienburg

Pomniki (2)

Anna Dobrzyńska

POMNIK KOŚCIUSZKOWCÓW – cz.2

PRAWY BRZEG…

Po roku od wyruszenia na front z nad Oki, przemierzeniu ponad półtora tysiąca kilometrów, dwudniowym starciu z Niemcami pod Lenino i licznych starciach o mniejszym zasięgu, ci którzy przeżyli, dotarli do Warszawy na prawy brzeg Wisły. Po drugiej stronie rzeki zobaczyli walczące miasto w płomieniach.

kosciuszkowcy 1a

Wyzwolenie Pragi przez wojska polskie i radzieckie we wrześniu 1944
Wikimedia Commons

Żołnierze byli mocno zdezorientowani tym, co się działo. I o ile zwykle byli informowani przez oficerów, poinstruowanych przez sztaby, o bieżącej sytuacji, tym razem było – milczenie. „Góra była zażenowana, zakłopotana, nie wiedzieli jak reagować” – wspomina Władysław Tykociński, wówczas podporucznik Armii Berlinga.

W końcu zaczęto urządzać pogadanki. Mówiono o „polskich powstaniach narodowych wzniecanych przez siły dążące do przemian społecznych przy oporze hamujących grup wstecznych” – mało konkretnie jednym słowem. Tak też przedstawiano Powstanie Warszawskie. Podkreślano natomiast bardzo mocno i wyraźnie, że „jedyną siłą przeciwną Niemcom jest Armia Ludowa, bo Armię Krajową interesują tylko rozgrywki polityczne”. Polacy nie dowierzali tej dwulicowości propagandy, ale wtedy jeszcze nie zdawali sobie sprawy, jak potężna będzie ona w skutkach.   Polacy rwali się do walki lecz… nie było rozkazu.

PRZEPRAWA PRZEZ WISŁĘ…

W końcu padł rozkaz przeprawy przez Wisłę. Od 16 do 19 września, w ramach 4 nocnych akcji, przez rzekę przeprawiało się łącznie – 1873 żołnierzy /3 DP przy wsparciu artylerii i 2 Pułku Nocnych Bom­bowców „Kraków”/.
Dla Niemców strategicznym punktem było zatrzymanie przeprawy przez Wisłę gdyż bali się rosyjskiej potęgi stojącej na drugim brzegu – jak historia pokazuje, zupełnie niesłusznie. Przy trzeciej przeprawie oświetlali już Wisłę i jej prawy brzeg, wobec czego generał Berling rozkazał użyć zasłony dymnej. 

kosciuszkowcy 2a

Forsowanie przeszkody wodnej.
http://www.sppw1944.org/index.html?http://www.sppw1944.org/powstanie/przyczolek.html

„Po chwili wiosła poszły w ruch i popłynęliśmy, nic przed sobą nie widząc, bo Wisła była zadymiona. Ponton co pewien czas wchodził na mieliznę i wtedy wskakiwaliśmy do wody, by go przeciągnąć. Wszystko to odbywało się pod silnym ogniem niemieckiej broni maszynowej, moździerzy i artylerii. Niemcy widząc zadymiony odcinek, byli pewni, że coś się tam dzieje, i pokryli go silnym ogniem. W wyniku tego ognia już przy wsiadaniu były straty. Został zabity szef kompanii” – opowiada Adam Czyżkowski, który był w jednym z pontonów.

Żołnierze polscy z niepokojem i zdumieniem przypatrywali się Armii Czerwonej. „Myśleliśmy, że otrzymamy pełne wsparcie ze strony Rosjan (…) ale artyleria tylko czasem się odzywała, jakby dla demonstracji, a nad miastem tylko czasem się pojawiały kukuruźniki do zrzutów, to robiło przygnębiające wrażenie” – wspomina weteran Tykociński.

NA LEWYM BRZEGU…

Tych, którym udało się przeprawić – przywitało piekło. „Berlingowcy” w dużej mierze byli Kresowiakami. Nie brakowało im odwagi i woli walki, ale nie potrafili walczyć w zabudowanym terenie miasta, którego wcześniej nigdy nie widzieli. Ginęli jeden po drugim, nie pojedynczy żołnierze, ale całe drużyny.  “Nasi z nawyku próbują na zajętych pozycjach okopywać się, a tu wszędzie bruk i asfalt. Powstańcy śmieją się i dziwują, że nie umiemy walczyć w mieście tak jak oni. (…) Chłopcy ze Wschodu gubią się w zajętych domostwach i nie potrafią się sprawnie po nich poruszać. Początkowo miotają się to tu, to tam w panicznym podnieceniu, gdyż wróg jest wszędzie, a tu trudno trafić tam, gdzie trzeba. Plątanina pokoi, klatek schodowych, piwnic i strychów oraz różnych dobudówek i nadbudówek stanowi nowość dla ludzi przywykłych walczyć zgodnie z regulaminami wojskowymi na otwartej przestrzeni” – wspomina Tadeusz Targoński, żołnierz 3 batalionu 9 pp.

Nadzieja wstąpiła w żołnierzy, gdy niebo pokryło się amerykańskimi samolotami. Przez blisko pół godziny nad Czerniakowem przelatywało 107 B-17 zwanych „Latającymi Fortecami”. Myślano, że to długo oczekiwanie wsparcie „Polskiej Brygady Spadochronowej” – ale – to były zrzuty żywności, które nie po raz pierwszy spadły na tereny zajęte przez Niemców… Znów nadzieja zgasła.

kosciuszkowcy 3a

„Berlingowcy” w niewoli
https://historiamniejznanaizapomniana.wordpress.com/2015/09/15/na-pomoc-powstanczej-warszawie-desant-berlingowcow/

Ci, którzy nie zostali zabici od razu, dostawali się do niewoli. Jednych rozstrzeliwali SS-mani, drudzy, którzy mieli więcej szczęścia, zachowali należny im statut – jeńca. Były próby przebicia się do Śródmieścia, w większości skazane na porażkę, wobec czego jedyną szansą dla żołnierzy było wycofanie się z powrotem na prawy brzeg.

c.d.n.

W podróży

Tomasz Fetzki

W cieniu zakwitających rozbójników

Dokąd, ach dokąd powiodły Viatora czeskie gościńce, gdy już przetoczył się przez turnovską eschatologiczną estakadę? Na wschód! Ale i tam wciąż się Wędrowiec na eschatologiczne, ostateczne, zaświatowe sprawy natykał. Zaś o tym co widział, teraz opowie.

Sprawy były zaświatowe, ale niekoniecznie. Zaświat bowiem doczesnością nasiąka, gdy mitra z koroną, a ołtarz z tronem w sojusz wchodzi. Oznaki takiej unii są zwykle liczne i łatwe do zaobserwowanie. Czasem aż karykaturalnie łatwe.

Łącznik między farą a pałacem Księcia Pana. Warto mieć dobre układy z Bogiem. Najlepiej z tym właściwym, na którego akurat trwa koniunktura. Urocze, nie?

Co z takich niebezpiecznych związków może wyniknąć? Ot, choćby jeden z najgłupszych i kompletnie absurdalnych, a przy tym najokrutniejszych europejskich konfliktów zbrojnych. Wojna Trzydziestoletnia. Niezwykła, wybuchowa mieszanka szczerego fanatyzmu religijnego (każącego mordować innowierców) z wyrachowanym wykorzystaniem tegoż zapału zelotów (przez cynicznych polityków: królów, książąt, cesarzy). A skutki? Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie niemal całego Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (już gdzieś, kiedyś, użył Viator tej frazy, ale powtarza ją, bo jest smakowita i o geniusz się ociera; no sami przyznajcie: soldateska gruntownie zdemoralizowana wieloletnią wojaczką). I tak trzydzieści lat niemal bez przerwy. Całe pokolenie, które nie znało innego świata prócz wojny, strachu, głodu i śmierci. Tyle ofiar, tyle cierpienia, a wszystko po to, by na końcu stwierdzić, że przecież właściwie to… można żyć razem. Świat się nie zawali, jeżeli w tym czy owym miasteczku będą sobie stały dwie świątynie zamiast jednej.

Czasy wojen (najchętniej widziane domowe!) sprzyjają ludziom bezwzględnym. Ambitnym, chciwym i okrutnym awanturnikom. Karierowiczom, którzy cynicznie wystawią każdego sojusznika. Arywistom, co złożą każde wyznanie wiary: takie, jakie aktualnie jest najbardziej przydatne. Wojna sprzyja rozbójnikom. A jeśli dodatkowo natura obdarzyła takiego typka jakimś autentycznym talentem, zwłaszcza militarnym, to wtedy niechybnie i nad wszelką miarę obłowi się on dobytkiem i zaszczytami! Z prostego szlachetki przedzierzgnie w naczelnego wodza cesarskiej armii i suwerena na kilku księstwach. W Księcia Pana. Jak komuś takiemu na imię Albrecht z Valdštejna, to doprawdy nic trudnego. Jego armia żyła nie żołdu, tylko z łupów. Co to znaczyło dla bezbronnej ludności
prowincji, w których wojowali chłopcy księcia Albrechta?
Łatwo odgadnąć.

Oto on, rozbójnik i watażka co się zowie, Książę Pan Albrecht Eusebius Venzeslaus von Wallenstein, we własnej spiżowej osobie. Na dziedzińcu pałacu, tego samego, co ze świątynią łącznikiem jest skomunikowany. Dobre układy z odpowiednim Bogiem. I sam Cesarz łaską darzy. A Cysorz ma wszak klawe życie. Jego kamaryli też na niczym nie zbywa. Przynajmniej do czasu…

A że potem, z nadmiaru ambicji i chciwości, nóżka się podwinęła? Że Książę Pan stracił wszystko, łącznie z życiem? No trudno, hazard to hazard!

Bo szczęście dopisuje tylko do czasu. Bo w końcu, posądzony o zdradę, książę Albrecht zakłuty zostanie przez cesarskich oficerów. Zresztą: marna w tym pociecha! Co rozbójnik zdążył zagarnąć, to strawił. Życia, obrabowanym przez jego żołnierzy i zmarłym z głodu ludziom, nikt nie wróci. Cierpień zgwałconym dziewczynom nikt nie wynagrodzi. Hulał bandzior, aż trafił na sprytniejszych od siebie. I tyle!

Choć pałac Księcia Pana (ten po prawej; fara widoczna tuż za nim) piękny, knedliki w restauracji ulokowanej w arkadach świetne, a cały rynek robi naprawdę imponujące wrażenie, czas ruszać dalej. Zbóje czekają.

Wciąż na wschód. Wioska po wiosce miga za szybą auta. Kamenice, Ostroměř, Bilsko u Hořic, Klenice, Sadowa… Moment! TA Sadowa? Mais, bien sûr, ta właśnie!

Bitwa. Zbójnickie porachunki. O cóż poszło? Ano o to, kto ważniejszy, kto prestiżem większym błyszczeć powinien, wokół kogo zjednoczą się niemieckojęzyczne kraje i kraiki. Kto godniejszy: Habsburgowie czy Hohenzollernowie? Kto pierwszym wśród władców: Franz Joseph I czy Wilhelm I? Kto zdolniejszym wodzem: Helmut von Moltke czy Ludwig von Benedek?

Jasne, Otton von Bismarck to nie kreatura pokroju Wallensteina, ale mąż stanu i swoje zasługi ma. Lecz wywołać konflikt (zwany potem wojną austriacko-pruską), poświęcić życie dziesiątek tysięcy młodych mężczyzn, tylko po to, by dać po nosku Austriakom i wybić im z głowy chęć jednoczenia Niemiec? Ma to w sobie coś z bandyterki, zbójectwa, czy jak go tam zwał… Bo kto dał Ottonowi prawo do decydowania o losie tylu ludzi. No kto?!!

I co się tak Viator przyczepił do Sadowej? Czy sprawił to fakt, że dziś mija dokładnie 150 lat od tej bitwy? Nie tylko to, ani nawet – nie przede wszystkim to.

Nie zamierza Pielgrzym porywać się na dokładne przedstawienie przebiegu batalii, która przesądziła o wyniku całej wojny. Wyniku korzystnym dla Prusaków. Nie zamierza, bo jest dyletantem. Cywilem z krwi i kości. Od wojska się skutecznie wymigał, nawet jako bażant nie spędził ani jednego dnia w koszarach. Zresztą, inni już o tym starciu pisali. Całkiem dobrze. Poczytajcie choćby TUTAJ, jeśli taka wasza wola.

Dlatego się Viator do Sadowej przyczepił, że wydarzenia 3 lipca 1866 roku mają wyraźny i silny wpływ na lasy naszych pradziadków, dziadków i rodziców. I na nasze także. Bo pomyślcie sami: co by się stało, gdyby Niemców zjednoczył poczciwy Franciszek Józef, a nie Żelazny Kanclerz? Gdyby nie zwycięstwo pod Sadową, wybuchłaby zwycięska dla Prus wojna z Francją w 1870 roku? Nastałaby II Rzesza? Wybuchłaby I Wojna Światowa? Odzyskałaby Polska niepodległość? Urządziłby nas psychopatyczny austriacki kapral, żerujący na poczuciu niesprawiedliwości, jakim dla Niemiec był Traktat Wersalski? Weszłaby Armia Czerwona i utknęła na prawie 50 lat? Mielibyśmy problem ze spuścizną Okrągłego Stołu? Efekt motyla, psia jego mać!

Dlaczego o dziejach naszej ojczyzny decydują chorobliwie ambitni rozbójnicy? Dlaczego o naszym losie przesądziły sławetne odtylcowe karabiny Dreysego, dzięki którym pruski piechur mógł oddać cztery strzały w czasie, gdy austriacki był w stanie wystrzelić tylko raz? Rozbój w biały dzień.

Nie miał Viator wiele czasu na szukanie śladów bitwy. Ale to i owo jednak znalazł.

Pomnik, wystawiony przez żołnierzy jednego z pruskich regimentów, ku czci poległych kolegów. Z okazji trzydziestej rocznicy bitwy.

Ach, te pomniki wojenne! Elegancja. Orły, wieńce laurowe, napisy ze złotych liter skomponowane. A powinny być obcięte ręce i nogi, wyprute bagnetami flaki i sępy, krążące nad pobojowiskiem i szykujące się do sutej uczty. Wtedy może spełniły by te monumenty swą rolę i nikt by więcej nie wpadł na pomysł zbójowania.

No, trochę chyba Viator przesadził. Poległym cześć i chwała się należy. Więc może orzeł i sęp pospołu? Szacunek się odda, a i przestrogi nie zabraknie?

Niestety, czy statua pruska czy austriacka, wśród ptactwa zdecydowanie dominują orły.

Na horyzoncie forteca Königgrätz, czyli współczesny Hradec Králové. Aż pod mury tej twierdzy gonili Prusacy rozbite pułki austriackie.

W heroicznym boju za Cesarza i ojczyznę poległym oficerom i żołnierzom I cesarsko-królewskiego korpusu armijnego. Za Cisaře… No przecież wspominał Viator, że Cysorz to ma klawe życie!

Bo co taki Cysorz, czy Kanclerz ryzykował? Obaj bili się dzielnie do ostatniego tchnienia… swych poddanych. A ich ktoś spytał o opinię? Interesowało kogoś, że pod Sadową Polacy z Szamotuł czy Pszczyny mordują Polaków z Krakowa lub Lwowa? W imię potęgi Prus, a na pohybel Austrii? Quatsch!

Wiecie co? Patrzy Viator na to wszystko i dochodzi do wniosku, że jeśli już musi tolerować rozbójników wokół siebie, wybiera Rumcajsa. Bo ten pałac Księcia Pana to… w Jiczynie stoi.

Nowych narracji ciąg dalszy

Ewa Maria Slaska

Na przykład Siemens lub na przykład Cegielski (wpomnienie o Poznaniu 1956)

Narracje, opisujące na nowo naszą historię, nie są tylko dziełem “dobrej zmiany”,  to jak słusznie zauważa komentator pod dzisiejszym wpisem – sprawa stara jak świat.  Nową narrację tworzą państwa, politycy, ale też instytucje, konsorcja i korporacje. I nie tylko w Polsce. Ja pierwszy raz świadomie zetknęłam się z tym w Niemczech. Oczywiście w PRL wszystko było własną nową interpretacją, ale przecież PRL nikt nie traktował poważnie. No i nie był nam wzorem!

W roku 1987 Berlin obchodził 750-lecie istnienia. Miasto prezentowało się wówczas publicznie za pomocą hasła “Berlin 750 lat tolerancji”. Zapytałam jednego z ważnych urzędników (w Berlinie Zachodnim rzecz jasna), jak ten slogan ma się do okresu nazizmu? To było tylko 12 lat, odpowiedział ów pan.

Wiele lat temu młody historyk niemiecki opowiadał mi, że pracuje w archiwum Szpitala w Hadamarze. Zaciekawiło mnie, jak radzi sobie z okresem II wojny światowej, bo wtedy było to miejsce, gdzie dokonywano przymusowej eutanazji chorych fizycznie i psychicznie. Powiedział, że wcale, bo ten okres kazano mu pominąć. A jak kazano, to pominął.

***

Kiedyś jednak takie akcje i reakcje zniknęły, nowocześnie było umieć spojrzeć krytycznie na własną historię.

***
Kilka lat temu przekonałam się jednak, że zmiana paradygmatu objęła tylko okres II wojny, a reszta pozostaje po staremu. Szukałam wtedy informacji o obecności Polaków w armii niemieckiej podczas I wojny światowej i nic mi się nie udało znaleźć. Zaczęłam od archiwów cmentarnych, gdzie udało mi się stwierdzić, że dla biurokraty Polak z zaboru pruskiego wcielony do armii był Niemcem i jeśli poległ na polu bitwy, był Niemcem, który oddał życie w obronie niemieckiej ojczyzny, nieważne czy Schmidt i Schulz, czy  Kaczmarek, Słotwiński i Pietruszewski. Dzwoniłam i pisałam do archiwum wojskowego, krajowego i państwowego w Berlinie, gdzie nikt nawet nie raczył ze mną rozmawiać (nie jestem historykiem i nie pracuję na etacie!), aż wreszcie dokołatałam się do archiwów firmy Siemens, gdzie potraktowano mnie bardzo przyjemnie. Mogła to być rzecz jasna jakakolwiek inna wielka firma, która powstała w okresie industrializacji Berlina czyli od połowy XIX wieku do roku 1914. Wtedy bowiem to spokojne, niewielkie miasto-rezydencja książąt brandenburskich, a potem królów pruskich, przekształciło się w ogromną stolicę wielkiego imperium, a przemysł był jednym z filarów rodzącej się metropolii.

Tak wyglądały tereny przemysłowe wokół dzisiejszej Friedrichstrasse, od wielkich pieców przemysłowych nazywane Ziemią Ognistą.

W tym samym roku powstał w berlińskiej dzielnicy Friedrichstadt Telegraphen Bau-Anstalt von Siemens & Halske, nazywany potem po prostu Siemens.

Gdy rozpoczęła się I wojna światowa robotnicy, technicy i inżynierowie z berlińskich fabryk zostali wcieleni do armii i wysłani na front, gdzie wielu z nich padło i pozostało na zawsze z dala od ojczyzny, rzadko bowiem rodziny miały dość pieniędzy (a i szczęścia), by odnaleźć ciało zmarłego syna, ojca czy męża i na własny koszt sprowadzić je do domu.  Nie było grobów i dlatego wiele instytucji budowało w Berlinie miejsca pamięci poległych, miejsca, gdzie można pójść i złożyć kwiaty. Tzw. Pole Chwały (Feld der Ehre) wzniesione przez firmę Siemens jest jednym z najbardziej okazałych pomników przypominających ofiary I wojny.

siemensgedenkstätte1-kl

I jest tam mnóstwo polskich nazwisk. Na konferencję historyków w Kuala Lumpur postanowiłam napisać referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Niemieckiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny.

krzykowski-kurowski

pierdzwiol-kl pieczynski-piotrowicz-kl

Niestety, okazało się, że nic. Pogawędziliśmy o tym z kierownikiem Archiwów Siemensa w Monachium. Gdy zasugerowałam, że można by sprawdzić akta robotników przyjmowanych do pracy, a potem podczas wojny zmustrowanych, bo gdyby tam były metryki urodzenia czy karty poboru, to już by można było coś wnioskować i o narodowości, i o kolejności powoływania do armii Polaków z zaboru pruskiego… Chciałabym sprawdzić, powiedziałam, czy to byli Polacy, czy podawali może, że są Polakami… Bo wie Pan, intuicja mówi mi dwie rzeczy, że byli Polakami, i że szli na front jako pierwsi – najpierw Kuklinowscy a dopiero potem Puppensteinerowie.

No, ale dowiedziałam się, że archiwa zostały zniszczone.

Zostały zniszczone… Takie neutralne określenie…

A to, co tu napisałam, to taka mała narracja o małym problemiku.

***

Wiosną miałam znowu napisać referat na konferencję, tym razem na temat roku 1956, w Polsce i na Węgrzech. Z podziału zadań przypadło mi napisanie o Czerwcu 56 w Poznaniu. Oprócz mnie wszyscy wykładowcy byli historykami. Pomyślałam, że nie mogę konkurować z naukowcami i że jako pisarkę bardziej niż fakty interesują mnie zmiany narracji. Zaczęłam więc szukać różnych informacji na temat recepcji i reakcji społecznej na Wypadki Czerwcowe, od roku 1956 do dziś.

Uderzyło mnie kilka spraw. Po pierwsze, że nikt nigdy nie ukarał żadnej osoby odpowiedzialnej za krwawe stłumienie rozruchów robotniczych. Nikt nigdy nikogo. Nawet symbolicznie nie.

Po drugie, że niemal przez cały czas pamięć o Czerwcu 56, jeśli w ogóle była, funkcjonowała rocznicowo, w odstępach co pięć lub dziesięć lat. I to nie tylko w Polsce, ale i na Zachodzie. Na przykład pierwsza publikacja książkowa o Czerwcu ukazała się w Paryskiej Kulturze w roku 1976. O pamięci rocznicowej mówił Adam Michnik podczas tegorocznej wizyty w Berlinie, a pisał o tym już dwa lata temu Krzysztof Ruchniewicz. Nawet nie wiedziałam, że istnieje takie pojęcie – pamięć rocznicowa, myślałam, że to ja je odkryłam :-(.

I natychmiast uświadomiłam sobie, że w razie potrzeby, nie ma żadnej pamięci, nie tylko rocznicowej, po prostu żadnej.

Zajścia czerwcowe w Poznaniu rozpoczęły się w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego. Pisałam już o Siemensie i Borsigu, twórcach nowoczesnego przemysłu europejskiego. Cegielski był jednym z nich, nawet stworzył swoje zakłady (Handel żelaza) w tym samym roku 1847, w którym oni powoływali do życia swoje fabryczki i warsztaciki. Przedtem jednak studiował w Berlinie, napisał pracę doktorską z filozofii: De negatione. Pracował w Poznaniu jako nauczyciel greki i łaciny. Podczas niepokojów w 1846 odmówił władzom szkoły przeprowadzania kontroli mieszkań swoich uczniów, co zakończyło jego karierę nauczyciela. To sprawiło, że założył ów sklepik…

Sklepik przekształcił się w warsztat, warsztat w odlewnię, odlewnia w fabrykę maszyn… Fabryka się rozrasta, staje się zespołem fabryk i spółką akcyjną. W roku 1939 zakłady zostaną przejęte przez Deutsche Waffen und Munitionfabriken. W 1945 roku fabryka przechodzi na własność państwa polskiego, w roku 1956 przeżywa zryw robotniczy, pierwszy w burzliwej historii peerelowskich rozruchów i zamieszek, w roku 1995 staje się znowu spółką a potem zespołem spółek. Dotarliśmy do współczesności.

I wtedy jakiś nowy narrator pisze nową narrację Zakładów imienia Hipolita Cegielskiego i publikuje ją na stronie internetowej. Obejrzałam ją wiele miesięcy temu, pisząc ów referat, ale dla potrzeb dzisiejszego wpisu weszłam tam kilka godzin temu i krótko przed północą zrobiłam ten oto zrzut ekranu:

 historia cegielski

Tak nie myli Was wzrok, w miejscu gdzie jest czerwona strzałka nie ma mowy o Czerwcu 1956 roku! Proszę bardzo, oto powiększenie:

historia cegielski-detal

 No comments…

Kolejne lektury sprzed lat

Lech Milewski

Dutch doll looking face

Pod koniec 1934 roku Australia spodziewała się wizyty niebezpiecznego osobnika. To były jeszcze czasy gdy chętnie proszono o radę Wielką Brytanię. Oto rezultat – depesza otrzymana od oficera brytyjskiego wywiadu o pseudonimie Snuffbox:

October 12th. Referring to your telegram October 11th. Egon Erwin Kisch, Czechoslovak, born Prague April 29th, 1885, important member International Society Proletarian Authors. International speaker for anti-war and anti-Fascist cause. Has specialised in Far Eastern social and political conditions. His landing in the United Kingdom is prohibited. Description — about 5 feet 8 inches, sturdy, thick set build, black hair, straight, parted on the right, black eyebrows and moustache, swarthy, slightly hooked nose, slight frown between eyes, Dutch doll looking face.

Po prawej – holenderska lalka.

Poniżej – osoba specjalnej troski na pokładzie statku w Melbourne – listopad 1934.
Podobieństwa do holenderskiej lalki nie zauważyłem.

Egon Kisch urodził się w 1895 roku w Pradze, w zamożnej żydowskiej rodzinie.
Jeszcze jako uczeń pisał i publikował wiersze, pod imieniem Erwin gdyż szkoła zabraniała uczniom publikacji w prasie. I tak już zostało – Egon Erwin Kisch.

W wieku 20 lat rozpoczął pracę w niemieckojęzycznej praskiej gazecie – Bohemia. Publikował tam cotygodniowy felieton, ale jego pasją były reportaże z życia praskiego półświatka – drobnych przestępców, prostytutek.
Reportaże te wydał później w książkach: Aus Prager Gassen und Nächten (Z praskich ulic i nocy), Abenteuer in Prag (Przygody w Pradze), Der Mädchenhirt (Opiekunek dziwek).

Do jego znajomych zaliczali się Franz Kafka, Rainer Maria Rilke, Jarosław Haszek.

Już trzy dni po wybuchu I Wojny Światowej – przypomnę, że działania wojenne zaczęły się atakiem Austrii na Serbię – Kisch został powołany do wojska i wysłany na serbski front.
Było to wyjątkowo okrutne miejsce. Propaganda austriacka rymowała – Serbien muss Sterbien – Serbia musi umrzeć – żołnierze wykonywali. Kisch notował – potyczki, bitwy, egzekucje ludności cywilnej. Koledzy frontowi, głównie Czesi, ponaglali – Napis to Kischi. Rezultatem tych notatek była książka – Als Soldat im Prager Korps, natomiast to ponaglanie przez kolegów zostało uwiecznione tytułem książki – Schreib das auf, Kisch! – polski tytuł: Zapisz to Kisch – KLIK.

W marcu 1915 roku Kisch został ciężko ranny na froncie rosyjskim, uznano go za niezdolnego do walki i oddelegowano do pracy na zapleczu. W 1917 roku na własną prośbę został przeniesiony do Biura Prasowego w Wiedniu. Zatrudnione tam było niezłe towarzystwo – Robert Musil, Hugo von Hoffmanstahl, Rainer Maria Rilke i Franz Werfel.
O pracy Franza Werfla w Biurze  pisałem już na tych łamach tutaj – KLIK.
Godny przypomnienia może być fakt, że Biuro wysłało Werfla do Szwajcarii w celu wygłoszenia cyklu odczytów propagujących austriacki wysiłek militarny. Zamiast tego wygłosił pacyfistyczne przemówienie, które zyskało mu sporą przychylność słuchaczy, natychmiastowe odwołanie i areszt.
Z Kischem było podobnie – w Biurze ugruntowały się jego lewicowe poglądy, wszedł w skład Komitetu na Rzecz Radykalnej Lewicy i został wybrany członkiem trzyosobowej komisji, której celem było zorganizowanie Rady Robotników i Żołnierzy wzorowanej na radach sowieckich.
1 listopada 1918 roku został wybrany na Pierwszego Komisarza Czerwonej Gwardii. Tu jego podkomendnym był wspomniany przed chwilą Franz Werfel.
Czerwona Gwardia wkrótce się rozpadła, Franz Werfel ustatkował się ideologicznie, natomiast Egon Erwin Kisch zapisał się do Komunistycznej Partii Austrii.

Kolejne kroki jego politycznej kariery to udział w pracach Kominternu – KLIK i założenie Stowarzyszenia Pisarzy Proletariacko-Rewolucyjnych – KLIK. Tutaj jego współpracownikiem był Johannes Becher – powojenny protektor Hansa Fallady, o którym pisałem tutaj – KLIK.

W 1921 roku Kisch przeniósł się do Berlina, gdzie pracował jako zagraniczny korespondent czeskich gazet. Jednocześnie publikował zbiory swoich wcześniejszych reportaży i odbył szereg podróży zagranicznych.

Europa, Północna Afryka, ZSRR, USA, Chiny. Szczególnie owocna była podróż do Republiki Rad – dwie książki – Zaren, Popen und Bolschewiken (O carach, popach i bolszewikach) oraz Asien gründlich verändert (Azja odmieniona) – azjatyckie republiki ZSRR.
Książki te pełne są zachwytów nad przemianami w Związku Radzieckim, zachwytu nie pozbawionego akcentu zazdrości – przecież to my, Europa Zachodnia, to wymyśliliśmy a wprowadził ktoś inny.
Kisch nie wspomniał słowem o terrorze, głodzie, prześladowaniach. Niemożliwe, aby dziennikarz obdarzony takim instynktem reporterski tego nie zauważył. Według mnie przeważyła naiwna wiara w słuszność idei i potraktowanie tych spraw jako problemy dojrzewania.
Mimo tej autocenzury książek tych nie wydano w ZSRR, gdyż zawierała zbyt wiele odniesień do spraw religii.
Natomiast relacja z pobytu w USA – Paradies Amerika (Raj amerykański) – pisana była z pozycji proletariusza i bez żadnych zahamowań.
Warto wspomnieć, że Kisch, jako komunista, nie mial prawa wjazdu do USA. Do USA wjechał pracując na statku, a na lądzie występował pod nazwiskiem dr Becker.

Po podpaleniu Reichstagu (luty 1933) Kisch został aresztowany, ale jako obywatel Czechosłowacji został wydalony z Niemiec bez prawa powrotu. Od tego czasu zaangażował się bardzo aktywnie w działalność antyfaszystowską.
Po procesie domniemanych sprawców pożaru Reichstagu grupy lewicowych prawników i artystów zorganizowały w Londynie “anty-proces”, na którym Kisch miał być głównym świadkiem. Jednak władze brytyjskie nie dały mu wizy za względu na “działalność wywrotową”.

W ten sposób wróciliśmy do początku tego wpisu – depeszy angielskiego agenta.

Melbourne – w 1835 roku wylądował w tych okolicach John Batman z Tasmanii i stwierdził – dobre miejsce na wioskę.
Pod koniec 1934 roku rozpoczęły się przygotowania do obchodów 100 rocznicy tego wydarzenia. Rząd organizował królewską wizytę. To był okres Wielkiej Depresji, więc aż prosiło sie o jakąś alternatywę hucznych ceremonii. Ruch przeciw Wojnie i Faszyzmowi postanowił zorganizować międzynarodowy kongres intelektualistów. Najpoważniejszym gościem z Europy mial być Egon Erwin Kisch.

Statek z E.E. Kischem na pokładzie przybił do brzegów Australii w Fremantle – na zachodnim wybrzeżu, nieco na północ od Perth. Na pokład wkroczyli przedstawiciele rządu z powiadomieniem, że Kisch został uznany za osobę niepożądaną i nie ma prawa wstępu na ląd australijski. Polecono mu nie opuszczać statku i pozostawili pod nadzorem kapitana.

12 listopada 1934 statek przybił do portu w Melbourne gdzie został przywitany przez liczne rzesze sympatyków. Następnego dnia Kisch spróbował jednak postawić stopę na australijskiej ziemi – wyskoczył ze statku. Lądowanie było bolesne, złamał sobie prawą nogę, natychmiast ujęła go policja i zaniosła z powrotem na statek. Opiekę medyczną musial sobie zorganizować sam.

Statek z Kischem na pokładzie pożeglował w stronę Sydney. Jednocześnie sympatycy Kischa zdołali wnieść jego sprawę do Sądu Najwyższego, który zadecydował, że reporter powinien mieć prawo odwiedzić Australię pod warunkiem, że będzie przestrzegał miejscowych praw.
W odpowiedzi rząd postanowił wykorzystać Immigration Restriction Act – KLIK. Było to główne narzędzie polityki Białej Australii.
Aby ustrzec się od oskarżeń o rasizm i nie urazić potężnego sąsiada – Japonii – wymyślono bardzo praktyczną procedurę: urzędnik imigracyjny miał prawo zadać każdemu imigrantowi dyktando w wybranym przez siebie języku europejskim.

To była bardzo skuteczna metoda. Na przykład irlandzkiemu działaczowi antywojennemu zadano dyktando w języku holenderskim – poległ.
Z Kischem była trudniejsza sprawa, wiadomo było, że posługuje się kilkoma językami. Holenderski też odpada – przecież reporter był podobny do holenderskiej lalki. Co mu zadać? Proste – dyktando w języku gaelicko-szkockim.

Przeżyjmy to sami – proszę wziąć kartkę papieru, długopis i zapisać recytowany poniżej tekst – modlitwa Ojcze Nasz w języku gaelicko-szkockim…

A teraz proszę porównać swoje notatki (jeśli komuś udało się zapisać jakikolwiek wyraz poza końcowym Amen) z poprawną odpowiedzią – KLIK.

Kisch odmówił poddania się testowi i został aresztowany a następnie wypuszczony za kaucją 200 funtów.

A więc jednak był na ziemi australijskiej, uczestniczył w spotkaniach i imprezach organizowanych przez  Ruch przeciwko Wojnie i Faszyzmowi.
W międzyczasie jego zespół adwokatów wniósł do Sądu Najwyższego sprawę ważności przeprowadzonego dyktanda. Sąd stwierdził, że urzędnik, który zarządził dyktando sam nie znał języka szkocko-gaelickiego, a poza tym uznał, że język szkocko-gaelicki nie jest językiem europejskim w zrozumieniu przepisów. Dyskusja na ten temat trwa w Australii do dziś.

Jednak rząd nie dawał za wygraną. Na podstawie inaczej sformułowanych zarzutów Kisch został uznany za “prohibited immigrant” i skazany na trzy miesiące ciężkich robót.
Prawnicy reportera złożyli apelację do Sądu Najwyższego, który unieważnił wyrok. Kisch mógł swobodnie działać a cała sprawa zyskała mu wielką popularność. Odbył spotkania w kilku stanach Australii. Na spotkanie w Sydney przybyło 18,000 osób.

Widząc, że nie wygra w sądzie, rząd spróbował metody łagodnej perswazji – oferował Kischowi anulowanie wszystkich wyroków i 450 funtów rekompensaty za poniesione koszty pod warunkiem szybkiego opuszczenia Australii. Reporter przyjął ofertę i opuścił Australię w pierwszych dniach marca 1935 roku.

Rząd australijski “uszczelnił” test językowy. Był on stosowany aż do 1958 roku.
Egon Erwin Kisch opisał całą sprawę w książce – Landung in Australien.

Następny, prawie dwuletni rozdział życia E. E. Kischa to Hiszpania podczas wojny domowej, z której pisał liczne reportaże.
Po układzie monachijskim i wkroczeniu Niemiec do Czechosłowacji Kisch nie mógł wrócić do swojego kraju. Zresztą nigdzie w Europie nie było bezpiecznego miejsca dla Żyda-komunisty. Zdecydował się na emigrację do USA. Oczywiście nie wpuszczono go, spędził kilka miesięcy na Ellis Island i wreszcie uzyskał wizę do Meksyku, gdzie spędził resztę wojny.

W Meksyku przebywało w tym czasie sporo europejskich intelektualistów. Kisch prowadził działalność społeczną, pisał reportaże, wydał też zbiór wcześniejszych reportaży w formie książkowej – Marktplatz der Sensationen – Jarmark sensacji.

Man at the crossroads

Nie znalazłem informacji czy spotkał się z Trockim, a więc zapewne nie. Wiem, że spotkal się kilkakrotnie z Diego Riverą i znał jego mural Człowiek na rozdrożu.
Przypomnę, że mural zamówił Nelson Rockefeller dla Rockefeller Center w Nowym Jorku. Jeszcze przed zakończeniem prac podniosły się głosy protestu, gdyż Rivera umieścił na muralu wizerunki czołowych działaczy komunistycznych. Nelson Rockefeller zarządził zniszczenie nieukończonego muralu – szczegóły tutaj – KLIK.

Diego Rivera odtworzył mural w Meksyku. Kisch zauważył postać Trockiego i skomentował: ilu tu dobrych ludzi.
W kilku źródłach znalazłem wzmiankę, że wielokrotnie, gdy pytano Kischa, co myśli na temat takiej czy innej inicjatywy Związku Radzieckiego, odpowiadał – ja nie myślę, Stalin za mnie myśli.
Niektórzy uważają to za dowód zniewolenia umysłu, inni określają jako cynizm. Mnie wydaje się, że był to gorzki sarkazm.

Po zakończeniu wojny Egon Erwin Kisch powrócił do Czechosłowacji, gdzie kontynuowal pracę jako reporter. Zmarł 31 marca 1948 roku.

Źródła:
1. Wikipedia – KLIK.
2. 12 listopada 1918 – Czerwona Gwardia w Wiedniu – KLIK.
3. E.E. Kisch – The Raging Reporter – Bio-antologia – KLIK.
4. Radio Prague – KLIK.

Na marginesie Wielkiej Wojny

Lech Milewski

Nie wiem czy zauważono to w kontynentalnej Europie, ale w Australii już w połowie marca pojawiły się informacje o 100 rocznicy Powstania Wielkanocnego – KLIK.

Nie jest łatwo być niewielką wyspą za plecami dużo większej wyspy.
Już w 461 roku papież mianował pierwszego biskupa Irlandii. Chrześcijaństwo i wierzenia pogańskie istniały w zgodzie do roku 558, kiedy to wiarę chrześcijańską przyjął Wielki Król (High King).

W roku 795 odwiedzili Irlandię Wikingowie. Osiedlili się nawet na stałe w kilku rejonach i zmieszali z miejscową ludnościa, tworząc grupę etniczną Norse-Gaels – KLIK.

W roku 1171 nastąpiła inwazja Anglików pod dowództwem Henryka II Plantegeneta, poparta przez papieża Hadriana IV.
W 1541 Henryk VIII ogłosił się królem Irlandii, która jednak nie uznała go za głowę kościoła i pozostała katolicka.
W roku 1641 wybuchło powstanie, które przyniosło Irlandii pewną niezależność, ale już 8 lat później Cromwell podporządkował Irlandię Anglii, a król Wilhelm Orański to utrwalił.

Marzenia o niepodległości obudziły się w okresie Rewolucji Francuskiej i zaowocowały powstaniem w 1798 r. Powstanie zyskało militarne wsparcie ze strony Francji i udało mu się wyzwolić pewien rejon i utworzyć tam Republikę Connaught – KLIK. Trwała ona tylko 12 dni.

Kolejne nieudane powstanie wybuchło w roku 1848. Był to okres klęski głodu po ziemniaczanej zarazie, która spowodowała śmierć wielu Irlandczyków. Jedno i drugie doprowadziło do masowej emigracji, głównie do Stanów Zjednoczonych, ale również do Australii.
Po tej klęsce pojawiła się inicjatywa uzyskania niezależności na drodze parlamentarnej. Rezultatem były próby wprowadzenia Home Rule (2) – samodzielnego rządu i parlamentu decydującego o wewnętrznych sprawach kraju. W maju 1914 roku rząd Wielkiej Brytanii zaakceptował to rozwiązanie, ale wybuch I Wojny Światowej spowodował wstrzymanie wprowadzenia go w życie.

W niektórych angielskich źródłach (3) znalazłem informację, że Niemcy liczyli na to, że Wielka Brytania, obawiając się poważnych kłopotów z Irlandią, nie przystąpi do wojny.
Te spekulacje nie sprawdziły się – 3 sierpnia 1914 Niemcy wypowiedziały wojnę Francji i wkroczyły do neutralnej Belgii. Anglia zareagowała ultimatum, domagając się natychmiastowego wycofania wojsk z Belgii. Niemcy nie posłuchały i już następnego dnia (4/08/1914) Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę.
Nie sprawdziły się również oczekiwania Niemców, że Irlandczycy odmówią służby w angielskim wojsku.

Miesiąc po wypowiedzeniu Niemcom wojny przez Wielką Brytanię, 5 września 1914 roku, działacze Irlandzkiego Bractwa Republikańskiego (4) podjęli decyzję organizacji powstania i zwrócenia się do Niemiec o pomoc.
Ostatecznie wyznaczono termin powstania na Wielkanoc 1916 roku (niedziela, 23 kwietnia).
9 kwietnia 1916 roku Niemcy wysłały w stronę Irlandii statek Aud z 20,000 sztuk broni. Angielski wywiad przechwycił jednak niemiecką depeszę na ten temat i w Wielki Piątek, 21 kwietnia, Anglicy przejęli okręt. Kapitan zatopił go wraz z ładunkiem.
Gdy informacja o tym dotarła do przywódców Irlandzkiego Bractwa Rewolucyjnego wydali oni polecenie odwołania powstania. Ostatecznie zdecydowano się przesunąć je na poniedziałek. Te sprzeczne decyzje spowodowały, że zamiast spodziewanych 5,000 stawiło się tylko 1,200 ochotników.

Przed południem poniedziałek 24 kwietnia oddziały powstańców składające się z Irish Volunteers, Irish Citizen Army i 200 kobiet z paramilitarnej organizacji Cumann na nBan. opanowały ważne punkty w centrum miasta Głównym punktem oporu był gmach poczty głównej.

Powstanie zaskoczyło Anglików, ale już we wtorek, 25 kwietnia, ogłoszono stan wojenny i po 6 dniach walk zmuszono powstańców do kapitulacji.

Bilans powstania 495 zabitych, w tym 126 Anglików, i ponad 2,200 rannych.

Powstanie zostało odebrane w Anglii jako zdrada, również wielu Irlandczyków podzielało ten pogląd. Okazuje się, że sprawa ta nadal budzi żywe kontrowersje – KLIK.
Pierwsza reakcja władz była ostra – 16 przywódców powstania zostało skazanych na śmierć. To z kolei wywołało powszechne oburzenie, głównie w USA, i na dłuższą metę pomogło Irlandii uzyskać niepodległość (w 1923 roku).

Historia walki Irlandii o niepodległość – patrz Źródła (1).

Trwałym śladem powstania jest flaga, którą powstańcy wywiesili na gmachu poczty głównej w Dublinie. Została ona uznana za państwową flagę Irlandii – KLIK…

Flag of Ireland

Zlinkowana powyżej polska strona wikipedii podaje, że kolory flagi symbolizują: zielony – katolików, pomarańczowy – protestantów, biały – pokój między nimi.
Wersja angielska podaje, że kolor zielony symbolizuje gaelickie korzenie Irlandii zaś pomarańczowy protestantów – zwolenników Wilhelma Orańskiego.
Dygresja – nie wiem czy dlla wszystkich było to oczywiste, ale pamiętam, że gdy na lekcjach historii wspominano tego króla, to słowo Orański kojarzyło mi się z Oranem – miastem w północnej Afryce i nie mogłem pojąć co to ma wspólnego z królem pochodzenia holenderskiego. Wilhelm Orański to spolszczenie nazwiska William of Orange – Pomarańczowy Wilhelm – każdy kibic piłki nożnej dobrze wie, że Holandia to Pomarańczowi.

Czerwone mundury

O powstaniu Wielkanocnym dowiedziałem się już kilka lat temu dzięki książce Iris Murdoch – The Red and Green – KLIK. Znowu kolory. Tym razem czerwony – to oczywiście Anglicy, angielskie wojsko.

Fabuła książki jest dość pokrętna. Istotnym elementem jest kazirodztwo. Wydawało mi się, że mogła to być jakaś paralela do anglo-irlandzkich stosunków. Jednak krytycy rozwiali moje spekulacje.

Wariacja na tematy polskie.

Wśród inicjatorów powstania wymieniłem Irish Citizen Army. Wikipedia podaje, że jednym z wybitnych członków tej organizacji była Countess Constance Markievicz.

Polka? Jednak nie – pani Konstancja pochodziła z arystokratycznej anglo-irlandzkiej rodziny Gore-Booth. Podczas studiów artystycznych w Paryżu poznała Kazimierza Markiewicza pochodzącego z zamożnej polskiej rodziny osiadłej na Ukrainie.
Pan Kazimierz używał we Francji tytułu hrabiego (count). Oczywiście rodzice panny Konstancji sprawdzili jego tożsamość. Carska tajna policja powiadomiła ich, że używa tytułu hrabiego bezprawnie, gdyż arystokraci o tym nazwisku nie istnieją. Departament Genealogii w Petersburgu stwierdził jednak, że rodzina ma pochodzenie szlacheckie. To wystarczyło na zezwolenie na ślub.

Po lewej herb rodziny Markiewicz. Żródło – Wyszukiwarka herbów szlachty polskiej – KLIK.

Constance MarkiewiczHistoria życia Konstancji Markiewicz wydała mi się tak ciekawa, że gdybym o niej wiedzial wcześniej, to właśnie jej poświęciłbym ten wpis, a tak to nie pozostało mi nic innego jak odesłać czytelników tutaj – KLIK.
Wspomnę tylko, że podczas powstania Constance zastrzeliła jednego a może nawet dwóch angielskich żołnierzy i została skazana na śmierć. Wyrok zmieniono na więzienie ze wględu na jej płeć. Oczywiście ostro protestowała przeciwko takiej dyskryminacji.

Wrócę jeszcze do zdania otwierającego ten wpis – jak obchodzono rocznicę w Australii?
W Melbourne odbyło się kilka wykładów i zorganizowano wystawę na temat Powstania. Szczegóły tutaj – KLIK.
Na marginesie dodam, że wprawdzie wielu obywateli australijskich miało irlandzkie korzenie i mimo że Australia była niepodległym krajem, to przeważyła lojalność do Wielkiej Brytanii. Australijczycy masowo zgłaszali się na wojnę, na której walczyli pod angielską komendą.
Kilku żołnierzy australijskich przebywających podczas Wielkanocy 1916 roku w Irlandii zostało powołanych do służby w oddziałach tłumiących powstanie.

Dowodem na toleracyjne podejście Australijczyków do własnej i cudzej historii może być to skrzyżowanie:

Spróbowałem wymyślić polskie analogie: ul Suworowa na Pradze? ul Konrada von Jungingen w okolicach Grunwaldu?
Na pociechę znalazłem ul Tatarską w Krakowie. Mam nadzieję, że żaden zapaleniec tego nie zmieni.

Źródła:

1. Historia Irlandzkiej niepodległości – KLIK.
2. Home Rule – KLIK.
3. Easter Rising – KLIK.
4. Irlandzkie Bractwo Republikańskie – KLIK.

Słowo o patriotyzmie

Roman Brodowski

Festiwal Poloneza

Historia Polski, historia polskiego narodu, zwłaszcza ta na przestrzeni ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat pokazuje, jak szybko niezgoda społeczna może osłabić znaczenie państwa i to zarówno pod wzgędem militarnym jak i politycznym.

Pomijając okres przedrozbiorowy, czasy Konfederacji Barskiej i I rozbioru pozbawionej już wcześniej suwerenności na rzecz caratu Polski, dokonanego na mocy układu Rosyjsko-Pruskiego zawartego w lutym 1772 roku, przypomnę nieco późniejsze fakty z naszej historii, czyli czas Sejmu Czteroletniego, uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz II rozbioru, będącego następstwem podziałów w narodzie, jakie nastąpiły w wyniku jej uchwalenia.

Odebranie wielu dotychczasowych przywilejów zarówno magnaterii jak i szlachcie (między innym zakaz udziału szlachty w sejmikach, czy też zmiejszenie wpływów magnatów na wybór króla), zniesienie Liberum Veto oraz zapewnienie równości wszystkim wyznaniom religijnym, istniejącym na terenie królestwa, nie były jedyną „kością niezgody”, ale to właśnie te założenia ustawy doprowadziły do zawiązania się wśród jej przeciwników konfederacji zwanej (od nazwy miasteczka, gdzie się zawiązała) Targowicą.

Targowiczanie (w skład których wchodziły wibitne postaci elity polskiego społeczeństwa jak na przykład: Stanisław Szczęsny Potocki, hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki, hetman polny koronny Seweryn Rzewuski oraz znakomita elita kościoła katolickiego) nie mając dostatecznej siły, by zapobiec procesowi wdrażania w życie uchwalonych przez Sejm nowych przepisów prawa, zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny, aby ta nie dopuściła do przeprowadzenia reform. W konsekwencji na Rzeczpospolitą ruszyła stutysięczna armia rosyjska. O wiele mniej liczne Wojsko Polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego, mimo spektakularnych zwycięstw pod Dubienką i Zieleńcami, nie było w stanie obronić państwa.

Epilogiem wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku i rządów Targowicy był II rozbiór Polski, dokonany w styczniu 1793 roku przez Rosję i Prusy. W 1795 roku nastąpił kolejny rozbiór, po którym Polska przestała istnieć na geopolitycznej mapie świata. Kolejne 125 lat naród polski walczył różnymi sposobami o zachowanie swojej tożsamości religijnej i społecznej, o zachowanie języka oraz tradycji.

Pominę tu zrywy patriotyczne Polaków w postaci powstań ogólnonarodowych i lokalnych, tym niech zajmują się historycy – broń Boże pseudo, jakich dzisiaj mamy pod dostatkiem, a skupię uwagę na roli ludzi kultury. To właśnie oni wierszem, prozą, muzyką, pobudzali polski naród do trwania, bezustannie przypominając o jego przeszłości, zaszczepiali nadzieję, nawoływali do walki. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin, Moniuszko, to tyko niektórzy z tych, którym jesteśmy wdzięczni za ich narodowe dzieła.

Wśród nich był ktoś, kogo nie sposób pominąć, ktoś o kim wie prawie że każdy maturzysta, każdy meloman i … każdy Polak. Mowa tu o twórcy Poloneza „Pożegnanie z Ojczyzną”, zwanego potocznie Polonezem Ogińskiego.

Książę Michał Kleofas Ogiński urodził się w 1765 roku był nie tylko kompozytorem, tworzącym polonezy, walce, mazurki czy też marsze (Marsz polskich Legionów w Lombardii), ale był też senatorem w rządzie Aleksandra I, walczącym o sprawy Polaków, żyjących w rosyjskim zaborze.

Dlaczego wspominam właśnie jego i właśnie dzisiaj?

Odpowiedź jest związana z corocznym „Festiwalem Poloneza”, jaki od 23 lat odbywa się w małym prowincjonalnym miasteczku na naszych byłych Kresach a dzisiaj na terenie Białorusi, w Słonimiu nieopodal Kosowa – miejsca urodzin Tadeusza Kościuszki. To właśnie w tym miasteczku przed laty polska patriotka, nauczycielka, więźniarka z Sybiru, pani Leonarda Rewkowska, dla przypomnienia postaci Kleofasa księcia Ogińskiego, zorganizowała po raz pierwszy „Festiwal Poloneza”. Pani Leonarda była pierwszą przewodniczącą oddziału słonimskiego Stowarzyszenia Polaków na Białorusi oraz założycielką Domu Polskiego w Słonimiu. Jako współtwórczyni zespołu folklorystycznego, mimo podeszłego już wieku, do dzisiaj wraz z nim śpiewa nasze polskie narodowe pieśni.

Wracając do festiwalu – na przestrzeni lat z małej lokalnej imprezy przeszkształcił się w wielkie międzynarodowe wydarzenie, odbywające się zawsze w ostatnią sobotę maja. Rozpoczyna się wczesnym porankiem od przemarszu barwnych zespołów folklorystycznych po nadbrzeżnym bulwarze przepływającego przez miasto kanału – Kanału Ogińskiego (nota bene budowniczy kanału, Michał Kazimierz Ogiński, był kuzynem ojca kompozytora).

Następnie na ustawionej na secesyjnym ryneczku scenie odbywa się Konkurs różnych form przedstawiania utworu Ogińskiego (ale nie tylko jego), począwszy od tańca, poprzez interpretacje muzyczne, a na żywym słowie skończywszy. Przegląd trwa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. Po czym zarówno Jury festiwalu jak i jego uczestnicy udają się na wspólny obiad. Po południu wyłonieni zostają laureaci konkursu. Później, po ogłoszeniu wyników i wręczenie nagród (dokonuje tego zazwyczaj przedstawiciel ministerstwa kultury Białorusi), odbywa się występ laureatów. Wieczorem zaś zaczyna się festyn i trwa do północy.

Dzięki moim białoruskim przyjaciołom i ja kolejny już raz będę uczestniczył w tej patriotycznej imprezie, zorganizowanej przede wszystkim dla naszych kresowych rodaków, którzy do dzisiaj walczą o swoją polską tożsamość narodową, przekazując młodszym pokoleniom Kresowian tradycję, kulturę i historię swoich przodków.

Straszne rocznice 2

Zbigniew Milewicz

Czarnobyl

Nikt sobie na Śląsku specjalnie tym głowy nie zaprzątał. Pieprznęło u ruskich, ich zmartwienie, poza tym to było daleko, ile się tego pyłu do nas mogło dostać. Mieliśmy swój – kopalniany, hutniczy, z zakładów chemicznych, cała tablica Mendelejewa wisiała w powietrzu, człowiek był uodporniony na różne świństwa. Internetu jeszcze wtedy nikt nie miał, a cóż wielkiego mogła napisać Trybuna Robotnicza, albo Ludu na ten temat…? Zdarzyła się awaria elektrowni, wszystko jest u towarzyszy radzieckich pod kontrolą, już sprzątają zresztą, więc nie ma co panikować. Dopiero, jak kazali wszystkim przyjść z dzieciakami do przychodni, żeby wypiły Płyn Lugola, to zacząłem się zastanawiać nad powagą sytuacji. A kiedy w drodze na Pomorze, na jakąś konferencję naukową PAX-u, zobaczyłem, że na jezdni co parę metrów leżą martwe ptaki, pomyślałem: to też może być przez tę elektrownię.

Trzydzieści lat temu, 26 kwietnia 1986 r. doszło do katastrofy w Czarnobylu na Ukrainie. O godz. 01.23, w reaktorze jądrowym jednego z bloków energetycznych miejscowej elektrowni atomowej eksplodował wodór, co wywołało pożar i emisję substancji promieniotwórczych. Była to największa katastrofa w historii energetyki jądrowej i jedna z największych katastrof przemysłowych XX w. Razem z awarią elektrowni jądrowej Fukushima została zakwalifikowana do siódmego, najwyższego stopnia w skali INES. Skażenie promieniotwórcze objęło bezpośrednio obszar od 125000 do 146000 km.kw terenu na pograniczu Ukrainy, Białorusi i Rosji, a chmura radioaktywna wyemitowana z uszkodzonego reaktora rozprzestrzeniła się po całej Europie. Z terenów, które najmocniej ucierpiały ewakuowano i przesiedlono ponad 350000 osób.

Budowę elektrowni rozpoczęto w latach 70 ubiegłego wieku. Za główną przyczynę katastrofy uznano błędy konstrukcyjne reaktora, który służył celom militarnym. Produkował pluton i miał konstrukcję modułową, która w razie awarii sprzyjała rozszczelnianiu, przy jednoczesnym samoczynnym wzroście mocy reaktora. Przyczyną wtórną były błędy proceduralne, na które podobnie, jak w przypadku wad konstrukcyjnych położono wówczas polityczną pieczęć milczenia. Po katastrofie władze Związku Radzieckiego obarczyły winą głównie operatorów reaktora.

25 kwietnia 1986 roku personel obsługujący czwarty blok energetyczny prowadził przygotowania do testu, które nieoczekiwanie zastopowała awaria w pobliskiej, smoleńskiej elektrowni. Aby sprostać potrzebom wieczornego szczytu, dyspozycja mocy w Kijowie wydała nakaz przesunięcia testu na wczesne godziny nocne następnego dnia. Do tego czasu reaktor miał wspomagać system zasilania. Według przepisów ów eksperyment powinni wykonać dwa lata wcześniej, przed oddaniem reaktora do eksploatacji, ale elektrownia pod naciskiem politbiura podjęła dzielne zobowiązanie, że szybciej uwinie się z reaktorem, więc test odłożono na później. W ogóle nie można go było uniknąć, bo do projektu w ostatniej chwili zostały wprowadzone zmiany i należało sprawdzić, czy zdadzą one egzamin. Może by i zdały, gdyby nocna zmiana wiedziała dokładnie, co powinna robić. Pierwotnie miała ona tylko czuwać nad systemem chłodzenia wyłączonego już reaktora, bo do samego testu przygotowana była dzienna zmiana, pod nadzorem grupy specjalistów. Może wtedy eksperyment, z Bożą pomocą, udałoby się jakoś pomyślnie przeprowadzić, ale przez feralny Smoleńsk tamtych już dawno nie było w pracy. O północy popołudniowa zmiana przekazała nocnej dokumenty z opisami procedur, pełne ręcznych poprawek i skreśleń, zespół ekspertów, zmęczony bezczynnym oczekiwaniem od rana chyba nie miał za bardzo ochoty na to, by tłumaczyć ludziom, o co generalnie i w szczegółach w tym teście chodzi, a na dodatek operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora był młody inżynier z trzymiesięcznym stażem pracy.

Nie podejmuję się opisu skomplikowanych, technicznych szczegółów, które bezpośrednio doprowadziły do katastrofy. Powiem tylko, że ten test w opisanych warunkach nie mógł się udać. Doszło do dwóch silnych eksplozji. Poziom promieniowania radioaktywnego w Czarnobylu był 500 razy silniejszy, niż po zrzuceniu bomby atomowej w Hiroszimie. Jego tragiczne, globalne skutki można będzie oszacować dopiero w przyszłości. Radioaktywny izotop Cezu 137 rozkłada się połowicznie dopiero po 30 latach a izotop Strontu po 29. Potrzeba 300 lat aby na skażonym terenie życie wróciło do stanu sprzed katastrofy.

Wkrótce po wybuchu pożaru – czytamy w relacjach z miejsca tragedii – na miejsce przybyła straż pożarna. Pierwsza stawiła się brygada pod komendą porucznika Władimira Prawika, który zmarł 11 maja 1986 w wyniku choroby popromiennej. Strażacy nie zostali poinformowani o niebezpieczeństwie kontaktu z radioaktywnym dymem i odpadami, a możliwe jest też, że w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że wypadek to coś więcej niż zwykły pożar instalacji elektrycznych. „Nie wiedzieliśmy, że to reaktor. Nikt nam tego nie powiedział”.

Grigorij Chmiel, kierowca jednego z wozów pożarniczych, relacjonuje później:

Przyjechaliśmy za 10 czy 15 druga w nocy… Widzieliśmy porozrzucany wokoło grafit. „Czy to jest grafit?” – zapytał Misza. Kopnąłem leżący na drodze kawałek, ale jeden ze strażaków podniósł go. „Jest gorący” – powiedział. Kawałki grafitu były różnych rozmiarów. Jedne wielkie, inne tak małe, że dało się je podnieść…
O promieniowaniu nie wiedzieliśmy prawie nic. Nawet ci, co pracowali tu wcześniej, nie mieli pojęcia. W pojazdach nie było wody, więc Misza napełnił zbiorniki i wycelowaliśmy strumień w górę. Potem ci chłopcy, którzy niedługo potem umarli, poszli na dach – Waszczyk Kolia, Wołodia Prawik i inni… Wspięli się po drabinie… i nie widziałem ich więcej.

Ugaszenie płonącego grafitu było bardzo trudne. Potrzeba było do tego kilku tysięcy ton piasku, boru, dolomitu, gliny i ołowiu zrzucanych ze śmigłowców (głównie Mi-26, i mniejszych Mi-8 – ich załogi były tylko prowizorycznie zabezpieczone przed skutkami promieniowania). Zrzucane materiały pod wpływem żaru z reaktora stapiały się razem, tworząc zwartą masę. Jak się później okazało ołów, zastosowany w gaszeniu reaktora, pod postacią par wyrządził ogromne szkody osobom gaszącym ruiny reaktora.

Kiedy zakończono zrzucanie ładunków, nastąpił poważny kryzys. Reaktor był tak zbudowany, że pod jego podstawą, grubą na metr warstwą betonu, znajdowały się zbiorniki rozbryzgowe na wodę z ewentualnych wycieków. W razie przedostania się stopionej masy do tych zbiorników, mógł nastąpić kolejny wybuch, powodując jeszcze większe skażenie. Ponieważ prawdopodobieństwo takiego zdarzenia szacowano na 10-15%, przedsięwzięto akcję zapobiegawczą. Ściągnięto setki wozów strażackich i beczkowozów do wypompowania wody, lecz mimo tej akcji w zbiorniku wciąż pozostawało kilka hektolitrów wody. Trójka inżynierów zgłosiła się na ochotnika i dotarła do zbiornika, by otworzyć dwa zawory główne.

Po otwarciu zaworów przystąpiono do instalowania pod reaktorem agregatów chłodzących. Ponieważ w trakcie prac temperatura reaktora spadła (głównie w wyniku zasypywania go ołowiem), zamiast tego postanowiono wybudować w tym miejscu „poduszkę betonową”, aby w razie przepalenia się reaktora do wnętrza nie doszło do stopienia fundamentów i silnego skażenia terenu. Ponieważ grunt był miękki (Prypeć i Czarnobyl leżą w pobliżu mokradeł), użyto techniki stosowanej w podobnych sytuacjach do budowy metra – w ukośne odwierty wlewano ciekły azot (-196 °C) i doprowadzono do zamrożenia gruntu. 13 maja grupa 450 górników sprowadzonych specjalnie z Tuły (ze względu na podobne warunki gruntowe) rozpoczęła kopanie tunelu o długości 150 metrów. Ukończono go po 36 dniach pracy w trzygodzinnych szychtach (w celu ograniczenia napromieniowania). Górnicy w tym okresie otrzymali dawkę 40-80 rem, w ciągu kilku kolejnych lat 170 z nich zmarło.

Po 10 dniach pierwotna, betonowa podstawa reaktora przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zabezpieczonego „betonową poduszką” zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest na chwilę obecną technicznie niemożliwe.

Blok 4, stan z roku 2006

W grudniu 1986 roku, po 6 miesiącach dochodzenia, przeprowadzono badania wewnątrz betonowego sarkofagu, gdzie odkryto wysoce radioaktywną substancję w pomieszczeniach poniżej reaktora. Ważąca kilkaset ton bryła została nazwana „stopą słonia” z powodu swojej pomarszczonej powierzchni. Bryła ta jest spiekiem piasku, szkła i dużych ilości radioaktywnego paliwa, które wydostało się z reaktora. Przez betonowy sufit pomieszczeń pod reaktorem przedostała się lawa roztopionych szczątków oraz wcześniej nieznana substancja krystaliczna, która została nazwana czarnobylitem.

Kontrowersje budzi szacowana liczba ofiar. Greenpeace podaje ogólną liczbę 100000 ofiar śmiertelnych Czarnobyla. 134 spośród ratowników, którzy przybyli do płonącego reaktora zachorowało na chorobę popromienną, z czego 28 zmarło w ciągu kilku dni lub tygodni. Organizacja WHO utrzymuje, że około 2200 pracowników elektrowni i członków ekip ratowniczych straciło życie na skutek katastrofy. Raport Lekarzy Przeciw Wojnie Nuklearnej szacuje liczbę wypadków raka tarczycy powstałych z powodu katastrofy na 10 000 i sądzi, że istnieje możliwość kolejnych 50 000 przypadków, do tego doszło do 10 000 deformacji płodów i śmierci 5000 niemowląt. Jednak do tej pory nie zaobserwowano jakichkolwiek negatywnych skutków wśród dzieci urodzonych po awarii. Związek Czarnobyla, organizacja zrzeszająca likwidatorów elektrowni, podaje, że 10% z 600 000 osób pracujących przy tym procesie już nie żyje (20 lat po tragedii), a kolejnych 165 000 jest niepełnosprawnych. Z kolei prof. Wade Allison z Uniwersytetu Oksfordzkiego oszacował ilość śmierci nowotworowych z powodu Czarnobyla na 81. Współcześnie status osoby poszkodowanej w wyniku katastrofy w Czarnobylu posiada 1 milion dzieci i 2 miliony dorosłych.

Trudno jest ustalić całkowity koszt ekonomiczny katastrofy. Według Michaiła Gorbaczowa, ZSRR wydał 18 mld rubli (w tym czasie równowartość 18 mld dolarów) na działania związane z zamknięciem i dekontaminację. Na Białorusi całkowity koszt przez 30 lat szacuje się na 235 miliardów dolarów (wartość dolara z 2005). Bieżące koszty są dobrze znane – z raportu Forum Czarnobyla 2003-2005 wynika, że 5-7% wydatków budżetowych na Ukrainie jest nadal związane z katastrofą w Czarnobylu. Politycznie miała ona wielkie znaczenie dla realizacji nowej polityki sowieckiej głasnosti i sprzyjała zacieśnieniu stosunków ZSRR-USA pod koniec zimnej wojny, ale była jednocześnie przysłowiowym gwoździem do trumny Kraju Rad. Pomogła Ukrainie wybić się na niepodległość.

Mezolit. Tekst odrzucony i uzupełniony.

Tekst wyrzuciłam sama osobiście z referatu przygotowywanego wspólnie z Tomaszem Fetzkim na interdyscyplinarną konferencję Biografistów Pedagogów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim:
Współczesne przestrzenie edukacyjne biografistyki
Obcy wśród swoich: wychowawczy wymiar biografii pogranicza

Mgr Ewa M. Slaska (Berlin), dr Tomasz Fetzki (ŁWSH, Żary)
Na początku był blog; od prób literackich do pogłębionych badań nad nietypowymi biografiami pogranicza.

To co poniżej wyrzuciłam, bo napisałam dużo za dużo. Tak to jest jak się zaprasza pisarkę do szacownego grona naukowców :-). Z tego za długiego wstępu do referatu pozostało tylko pierwsze zdanie: Interesowały mnie cmentarze i dlatego studiowałam archeologię.

I tak też było…

Konferencja się właśnie skończyła, a ja dedykuję ten wpis naszemu nieocenionemu Pharlapowi, który “dopominał się” niedawno o kolejne teksty o niczym na niedzielę. Tym razem niedzielna archeologiczna zupa nic.

Ewa Maria Slaska

…czyli dlaczego zostałam archeolożką?

Cmentarze interesowały mnie „od zawsze“, i nie jest wykluczone, że to właśnie spowodowało, że wybrałam studia archeologiczne. Oczywiście osoba w wieku dobrze „zaawansowanym” nie do końca jest w stanie odtworzyć przyczyny młodzieńczych fascynacji, wiem jednak na pewno, że w archeologii nie interesowało mnie „szukanie skarbów”, co z reguły fascynuje dzieci i młodzież, lecz – odkrywanie życia innych, tych którzy żyli przed nami. Przedmiotem moich zainteresowań był przede wszystkim świat myśli ludzkiej, rozwój idei, a nawet wcześniej – ich rodzenie się, a więc wychodzenie człowieka ze stanu bytu zwierzęcego ku człowieczeństwu. Dlatego też jako archeolożka specjalizowałam się w badaniach epoki kamienia. Można by powiedzieć, że archeologia straszej epoki kamienia – paleolitu – dostarcza niewielu materiałów miłośnikowi cmentarzy. A już na pewno żadnych w Polsce. Przypominam tym, którzy mogą tego nie wiedzieć, że teren Polski poza niewielkimi skrawkami u podnóża gór, najczęściej po prostu w jaskiniach, był w całości pokryty lodowcem, a pierwsze gromady ludzkie dotarły na ziemie polskie dopiero w środkowej epoce kamienia czyli mezolicie. A więc, mówiąc w skrócie, nie 5 milionów lat temu, tylko 10 tysięcy. A to oczywiście kolosalna różnica.

Mezolit jest jednak dla archeologa i antropologa kultury fascynującym okresem Wielkiej Zmiany, prawdziwej Dobrej Zmiany. Kończyła się gospodarka łowiecko-zbieracka, powstawała gospodarka wytwarzająca. W miejsce jednolitej kultury starszej epoki kamienia pojawiło się wiele kultur różniących się pomiędzy sobą.

Przy okazji dodam, że nawet Wikipedia informuje, iż najważniejszym stanowiskiem archeologicznym badającym zagadnienia z tego okresu – kulturę komornicką – jest Smolno Wielkie (niedaleko Zielonej Góry) – a ja tam od początku pracowałam jako studentka, a potem pisałam o Smolnie pracę magisterską.

W Niemczech, gdzie mieszkam na stałe, pojawił się kilka lat temu plakat z lekko zmodyfikowanym biblijnym cytatem: Am Anfang gab es Himmel und Erde, den Rest haben wir gemacht. Na początku były niebo i ziemia, resztę zrobiliśmy my. Była to naprawdę inteligentna, acz  lekko samochwalcza, reklama… Izby Rzemieślniczej.


Ja na własny użytek sformułowałam to przesłanie tak: Ziemia była błotnistą kulą pełną komarów, to my, ludzie, zrobiliśmy z niej świat pełen cudów wytwórstwa, sztuki, architektury, myśli. To „moi” ludzie w środkowej epoce kamienia ten proces zapoczątkowali. Oczywiście zbieractwo, łowiectwo, rybołówstwo nadal stanowiły podstawę utrzymania człowieka mezolitycznego, zaczęło się już jednak proste rolnictwo, nastąpiło udomowienie owcy i świni. „Moi” wynaleźli siekierę, łuk, czółno, zaczęli budować „domy” – były to oczywiście dość prymitywne szałasy – wydobywali krzemień pasiasty w Krzemionkach i Orońsku, i handlowali nim.


Zamiast topornych narzędzi paleolitycznych, tzw. pięściaków, pojawiły się delikatne, filigranowe wręcz ostrza, rylce, noże, sierpy. Były one łatwiejsze w transporcie, nie trzeba ich było porzucać, lecz wyruszając na wędrówkę można je było zabrać ze sobą. Usprawniło to polowania, a przeto również zaopatrzenie w żywność. Zmniejszyła się śmiertelność noworodków – nastąpił pierwszy w historii ludzkości wyż demograficzny, który po kilku tysiącach lat spowodował, że ok. 4 tysiąclecia przed naszą erą człowiek wytępił doszczętnie mamuty. Był to pierwszy akt konstruowania życia ludzkiego kosztem dekonstrukcji natury, wyjście z naturalnego obiegu życia i śmierci, a zatem niejako jej pokonanie. Pokonanie poprzez odsunięcie. Jest to zatem również pierwszy udowodniony naukowo moment, kiedy technologia wymyślona przez człowieka zaczęła zmieniać świat. Na gorsze, no tak, oczywiście, ale przecież i na lepsze…

Pojawiły się kosze i tkaniny! Ludność mezolityczna wciąż jeszcze koczowała, ale nie była to już codzienna wędrówka, lecz przenosiny z letnich osad otwartych do jaskiń dających schronienie przed zimą.

Kształtowanie się cywilizacji mezolitycznej odbyło się poza ziemiami Polski. Do nas dotarła już gotowa kultura.

Wyglądało to tak jak na tym filmiku, przygotowanym przez Muzeum Archeologiczne w Warszawie.

Na ziemiach polskich znanych jest kilka pochówków mezolitycznych. Najbardziej znany jest grób z miejscowości Janisławice w województwie łódzkim, osady, która dała nazwę jednej z głównych kultur mezolitycznych na naszych ziemiach – kulturze janisławickiej. Jest to odkryty w roku 1937 grób mężczyzny w wieku między 30 a 40 rokiem życia bogato wyposażony, zawierający ponad 50 wyrobów kościanych i tyleż wyrobów krzemiennych. Ciało posypano hematytem (ochrą). Prawdopodobnie czerwona barwa miała symbolizować krew – życie. Zmarły został ułożony w pozycji siedzącej z wyprostowanymi nogami i plecami opartymi o ścianę jamy grobowej. W rękach trzymał łuk i kołczan ze strzałami, z których zachowały się jedynie groty. Pochowano go z narzędziami z krzemienia czekoladowego, naszyjnikiem z zębów jelenia i wisiorkami z kłów dzika.

Dodam na marginesie, że do niedawna grób z Janisławic był uważany za najstarszy pochówek w Polsce. Dopiero kilka lat temu, a dokładniej w roku 2011, odsłonięto w Jaskini Borsuk w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej grób dziecka sprzed 27 tysięcy lat, a więc zdecydowanie grób paleolityczny i jak dotąd najstarszy w Polsce. Dziecko miało 1,5 roku, z jego ciała zachowało się tylko 6 zębów mlecznych, ale wyposażono je na drogą pośmiertną we wspaniały naszyjnik ze 150 zębów zwierzęcych. Rodzice przybyli z dzieckiem z południa, byli typowymi przedstawicielami ludu wędrownego i… jaskiniowego.

Na zakończenie dwie już nie mezolityczne, ale jednak archeologiczne opowiastki o grobach.

Wśród studentów archeologii istniał w czasach, kiedy studiowałam, obowiązek, aby pierwszy znaleziony przez młodego naukowca grób nazywać imieniem swojej… dziewczyny. Oczywiście świadczyłoby to o tym, że zwyczaj był stosunkowo dawny i wywodził się z czasów, kiedy kobiety jeszcze nie studiowały archeologii. Albo w ogóle nie studiowały… Mój kolega ze studiów nazwał swoje pierwsze znalezisko “grobem Ewy”. Było to nieco zagadkowe, gdyż na roku liczącym dziesięciu studentów (i studentek) były cztery Ewy – Ewa to było imię pokoleniowe a nie indywidualne. Na dodatek żadna z nas nie była jego dziewczyną. Musiałyśmy odkrywcę trochę “przydusić”, żeby wyznał, o którą z nas chodzi, i czy w ogóle o którąś z nas, czy może o jakąś zupełnie inną Ewę. Przyparty do ściany delikwent powiedział, że to ja. Teraz mi przychodzi do głowy, że mógł to być wykręt, ale trudno, stało się… W wieku 19 lat “dostałam” grób i może dlatego przez całe życie twierdzę, że nie chcę mieć grobu, o czym już TU zresztą pisałam…

I druga opowieść o czasach studenckich (najwyraźniej starzeję się i chętnie wpominam czasy, gdy byłam młoda) – niezwykła opowieść o grobach psów. Miałam na studiach starszego kolegę, już asystenta, Tadzia Makiewicza, który postawił sobie za cel udowodnienie, że w Polsce byli Celtowie. Ten niezwykły lud, dziś znany przede wszystkim z Francji, Anglii i Irlandii, zasiedlał pierwotnie tereny południowych Niemiec i Czech, a Tadzio był zdania, że żyli oni również w Polsce. Zrobił dla tych Celtów polskich bardzo wiele, ale chyba nie udało mu się zmienić zadawnionych przekonań, bo dziś nadal twierdzi się powszechnie, że były to tylko wpływy kulturowe (zobaczcie choćby TU). W roku 1970 pojechaliśmy z Tadziem na wykopaliska do Janikowa, kopać osadę z okresu rzymskiego, gdzie Tadzio spodziewał się właśnie Celtów. On był kierownikiem wykopalisk, my jak to my – do pomocy. Już chyba w pierwszym tygodniu prac w narożniku jednej z chat odkryliśmy szkielet psa. I kawałek miski! Radości nie było końca. Grób psa! I to z darami. Dowód na celtyckość naszej osady, bo Celtowie nagminnie praktykowali składanie ofiar zakładzinowych. Tadzio cieszył się oczywiście jak dziecko, ale, świadomy powagi swej kierowniczej funkcji, próbował nas pouczyć, że to nie grób i że trzeba rozróżnić grób i ofiarę, ale nic to nie pomogło, grób to grób. W kilka dni później znaleźliśmy drugi “grób”. Atmosfera robiła się coraz gorętsza, a wtedy ktoś z nas wpadł na prześmiewczy pomysł, że podejmiemy zobowiązanie na 22 lipca. Pamiętacie, jak to było? Zakłady pracy zobowiązywały się przekroczyć normę. No to my też! Usiedliśmy któregoś popołudnia przy stole i z namaszczeniem wykonaliśmy na arkuszu brystolu plakat – zobowiązanie. Z okazji Narodowego Święta Odrodzenia Polski zobowiązywaliśmy się, że wykopiemy jeszcze pięć grobów psów!

I wykopaliśmy! W sumie odsłoniliśmy osiem pochówków psów, z czego sześć zakopano w jednym rzędzie nieopodal budynku słupowego, uznanego potem przez Tadzia za obiekt kultowy.

Tadzio odwołał się tu do Owidiusza, który w poemaci „Fasti” pyta:

Dlaczego to pies z Larami?
Jeden i drugi chroni dom
I jeden i drugi byli wierni swemu panu…
Czujne są psy i czujni są Larowie.

Bo, moi mili Czytelnicy, archeolog dzieli znaleziska na należące do kultury materialnej i duchowej, po czym uściśla i zawęża te kategorie, a co mu się nie zmieści w żadnej konkretnej szufladce – zapisuje pod hasłem: obiekt kultowy!

Tytuł pracy doktorskiej Tadzia, ukończonej w roku 1976 brzmiał Osadnictwo kultury przeworskiej w rejonie Jeziora Pakoskiego. E tam, osadnictwo. Nasze groby psów!

Nie mam i nie znalazłam w sieci zdjęcia grobu psa z Janikowa. Tu inny obiekt tego typu, odkryty w roku 2012 na stanowisku kultury rzymskiej koło Grudziądza. Są miski!

Straszne rocznice

Zbigniew Milewicz

San Francisco rok 1906

Równo 110 lat temu, 18 kwietnia 1906 roku, o godzinie 5:12, w 130 roku od chwili założenia miasta, przez San Francisco i północną Kalifornię przetoczyła się Apokalipsa. Najbardziej ucierpiało miasto, któremu patronował Biedaczyna z Asyżu, od czasu kalifornijskiej gorączki złota pyszniące się mianem największego na amerykańskim Zachodnim Wybrzeżu, bogate Frisco. Epicentrum trzęsienia Ziemi znajdowało się niedaleko brzegu Pacyfiku, około trzech kilometrów od miasta; obszar epicentralny biegł wąskim pasem, wzdłuż uskoku San Andreas na północ i na południe, na długości 296 mil. Trzęsienie trwało 65 sekund, miało charakter pulsacyjny i było odczuwalne od Oregonu do Los Angeles, a więc na długości 1170 km, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku, a także w głębi kraju, do miejscowości Winnemucca w centralnej Nevadzie. Tak zwane wstrząsy wtórne notowano w tym rejonie jeszcze przez półtora roku. Kataklizm i spowodowane nim pożary, zapamiętano, jako jedną z najgorszych naturalnych katastrof w historii Stanów Zjednoczonych.

O jej ofiarach i szczegółach, opowiada w przejmujący sposób, ustami świadków, książka zatytułowana: „ Największe katastrofy w dziejach świata”, której autorem jest Rodney Castleden. Oto dwa opisy:

Byłem świadkiem scen, których nigdy nie chciałbym więcej oglądać. Świtało. Spojrzałem w górę. Spadające kamienie wypełniały przestrzeń, a wszędzie dookoła ginęli pod nimi ludzie. Wielkie budynki trzęsły się i falowały. Co chwila słychać było grzmoty, podobne w brzmieniu do stu dział odpalanych w jednym momencie. Potem wystrzeliły strumienie ognia, a po nich znów wybuchy.
Zapytałem stojącego obok mężczyznę, co się dzieje. Zanim zdążył mi odpowiedzieć, spadło na niego z tysiąc cegieł, pod którymi zginął. Jakaś kobieta rzuciła mi się na szyję. Odepchnąłem ją i uciekłem. Dokoła mnie budynki trzęsły się w posadach, a naokoło strzelały płomienie. Gdy tak biegłem, mijałem ludzi płaczących, modlących się i wzywających pomocy. Myślałem, że oto nadszedł koniec świata. Wtedy napotkałem katolickiego księdza, który powiedział: „Musimy się dostać do promu”. Znał drogę, więc popędziliśmy w dół Market Street. Mężczyźni, kobiety i dzieci wypełzali spod gruzu. Setki ludzi pędziło w dół ulicy, a w każdej chwili spadał na nich gruz. W niektórych miejscach ulice popękały, a szczeliny biegły we wszystkich kierunkach. Widziałem jak w dół Market Street gnało oszalałe ze strachu bydło. Przykucnąłem w pobliżu chwiejącego się budynku i zauważyłem, że nadbiegające zwierzęta zaczęły znikać, jakby zapadały się pod ziemię. Kiedy wszystkie już przepadły, podszedłem bliżej i odkryłem, że faktycznie runęły w głąb szerokiej szczeliny w powierzchni ulicy. Strach i przerażające sceny odbierały mi zmysły.

…piętrowy budynek zawalił się z hukiem. Płomienie omiotły Market Street i dopadły stojący tam, nowo wybudowany, ognioodporny budynek, Miejscami ulice obniżyły się o trzy, cztery stopy. Gdzie indziej pojawiły się wysokie na cztery, pięć stóp wybrzuszenia. Wagony tramwajowe powyginały się na wszelkie możliwe sposoby. Wszędzie poniewierały się kable elektryczne. Budynki zawalały się w całości lub odpadały ich frontowe części, a ulice wkrótce wypełniły się cegłami i ogniem. Powozy z zaprzęgniętymi do nich końmi (o tej porze były to głównie wozy sprzedawców dowożących towar), kierowcy i zawartości wozów – wszystko leżało na ulicach, martwe, przygniecione przez cegły i kamienie. Warsztaty i duże domy handlowe zostały albo zupełnie zniszczone, albo ściany ich były wybrzuszone, wykręcone i przesunięte o dwie lub trzy stopy od swego dotychczasowego położenia, ciągle jeszcze stojące, lecz całe popękane.

Frisco wróciło do życia w szybkim, amerykańskim stylu. Dziewięć lat po trzęsieniu ziemi zorganizowano tam już imponującą rozmiarami wystawę p.t. „Panama – Pacific International Exposition”, poświęconą budowie Kanału Panamskiego. Podczas II wojny światowej miasto było bazą ekspedycyjną dla tysięcy żołnierzy walczących na Pacyfiku, stąd odpływały do boju alianckie okręty. Po wojnie do San Francisco dotarły tysiące emigrantów i byłych żołnierzy, zaczął się kolejny boom budowlany. W 1967 r. zorganizowano tam po raz pierwszy tzw. Lato Miłości, które z czasem wyrobiło aglomeracji opinię miasta liberalnego. Dziś miasto to duży, ponad 850 tysięczny ośrodek, znany m.in. z licznych atrakcji turystycznych, takich, jak most Golden Gate, słynne tramwaje linowe, pokonujące strome wzgórza i ulice, czy ciężkie więzienie Alcatraz, zresztą od kilkudziesięciu lat już nieczynne. Miasto, bardzo zróżnicowane kulturowo i etnicznie, z przewagą społeczności azjatyckich i latynoskich, posiadające wiele także wiele uniwersytetów.