Rok 1917

Ten rok będzie do nas wracał i wracał. To rok rocznic.

Andrzej Rejman

Rewolucja

Czytam w artykule Wacława Radziwinowicza -“… Sto lat temu bolszewicy obalili cara. Teraz rosyjscy publicyści zapowiadają ‘nowy siedemnasty’ – rozpad i krach imperium Unii Europejskiej….”

Pomyślałem, że mam przecież oryginalne zapiski mojego pradziadka, Adama Hrebnickiego z tego okresu – zobaczę, co pisał o tej rewolucji w 1917 roku*.

3_adam_hrebnicki_w_swoim_mieszkaniu_w_instytucie_lesnym_Hrebnicki (1857-1941) mieszkał od czasu studiów czyli od ok 1880 roku w Petersburgu ze swoją córką Marią (ur. 1892) , która była studentką Akademii Sztuk Pięknych. (Obrazy Marii Hrebnickiej znajdują się obecnie w Muzeum w Raju, ob. Rojus, Litwa). Hrebnicki był już w 1917 r. profesorem i prowadził wykłady w Instytucie Leśnym.

Adam Hrebnicki w swoim mieszkaniu w Petersburgu

Dziennik pisał od przełomu wieków XIX i XX, opisując w nim głównie bieżące sprawy zawodowe, przy precyzyjnym odniesieniu do warunków przyrodniczych, pogody, uwzględniając także finanse. Jeśli chodzi o te ostatnie, trzeba przyznać, że mimo w miarę stałej, państwowej pracy, ciągle cierpiał na braki gotówki, o czym pisze często.

fot_2_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_edi fot_1_dziennik_a_hrebnickiego_petersburg_marzec_1917_rdi

W szczegółowych zapiskach z tych lat nie brakuje odniesień do ważnych wydarzeń bieżących, tym bardziej, że do “serca” rewolucji miał blisko, wystarczyło podjechać tramwajem na Plac Newski.

7_tramwaj_w_inst_lesnym_petersburgTramwaj w Petersburgu ok 1912

Adam Hrebnicki pisze w brulionie oznaczonym datą 1917:

(pisownia oryginalna, rękopis znajduje się w Instytucie Ogrodniczym w Kownie, fotokopia z archiwum rodzinnego)

24/II piątek, 07 godz. rano, -6ºR. (w skali Réaumura = -7,5 C przyp. mój AR), szaro, dość cicho,

Rano od męża Elżbiety, który teraz żyje u nas, bo jest bez roboty, doszła nas wieść że tramwaje nie chodzą… No. 20 ani 21 nie szły, ale konką (chodzi o tramwaj konny, przyp. mój AR) dojechaliśmy do Stroganowa… a dalej No. 2 do Newskiego… Tu juz z daleka było słychać tłumny śpiew : “Wstawaj, podymajsia, raboczyj narod…”** i Kozacy wyjeżdżali z dziedzińca miastowej dumy, czy z piereułka, trudno było pojąć, w wielkiej ilości – i bodaj poparli tłumy na Czernyszow. zaułek. Na Newskim stały masy tramwai bez rączek i bez ruchu puste. Poszliśmy na chwilę do kościoła św. Katarzyny, i kiedy wyszli stamtąd już było tylko dużo ludzi na trotuarach, ale zupełnie spokojnie na ulicy. Odprowadziłem Manię do rogu Morskiej, widząc spokój wróciłem na Sadową, i po niej do Banku Birży (Bank Giełdy, przyp. mój, AR). Tramwaje już zaczęły chodzić jakby nigdy nic. Spotkałem też Marę (Małgorzatę Hrebnicką, swoją synową, przyp. mój, AR) z jakąś panią szły z Ekonomicznego Magazynu z zakupami…

Powróciłem do domu (tramwajem) No 21, od Newskiego zupełnie spokojnie.

**Вставай, поднимайся, рабочий народ! (ros. “powstańcie ludzie pracy” – “Marsylianka robotnicza” – rosyjska rewolucyjna pieśń na melodię hymnu francuskiego – “Marsylianki” Śpiewana jako hymn w pierwszych miesiącach po rewolucji lutowej w Rosji (przyp. mój AR)

28/II. wtorek, 07 godzina rano – 8st R., jasno, słaby wichrzyk.

4_budynki_instytutu_lesnego_stoi_adam_hrebnickiPetersburg. Teren Instytutu Leśnego, stoi A. Hrebnicki

Rano Paweł przyszedł objawić, że już naklejone ……. (tu niezbyt czytelne, pewnie chodzi o odezwę w sprawie sytuacji w Petersburgu, przyp. mój, AR) , co wyjaśnia położenie z wezwaniem na dziś wieczór deputatów, wojska, narodu i robotników do narodowego przedstawicielstwa. Podpisano to zwrócenie się (odezwę, przyp. mój, AR) “Rodzianko i innymi….deputatami Dumy Państwowej”. Jest też o tem jakie pułki podjęły powstanie. Forteca w ich ręku….Poczta, telegraf i telefon nie działają…… młody Filipow widział, jak nie wiadomo kto i skąd zabił żołnierza, koło mostu niedaleko stąd…

O g. 9. rano na egzamin do mnie naturalnie nikt nie przyszedł.

Spotkałem Spiesiwcewa, on myśli, że warto byłoby nam zebrać się w Instytucie, żeby wspólnie coś obmyślić i uradzić, a przynajmniej choć trochę zorientować się w wytworzonej sytuacji.

Pociągi już nie chodzą – Finlandzką, Nikołajewską, a Warszawska ma dziś zabastować… (ros. забастовать, zastrajkować)

6_petersburg_twierdza_pietropawlowska

… Wyjaśniło się też ze słów studentów Ołowcewa i Putilina, który tylko co wrócił z jakiegoś zebrania, że w Państwowej Dumie, która funkcjonuje paralelnie z … (nieczytelne, prawdopod. Radą Delegatów Robotniczych, przyp. mój, AR) jako Rząd Narodowy, Dyktatorem Narodowym, tak chyba jego można nazwać wybrany został, czy sam się zgłosił, deputat Kiereńskij. (Aleksandr Fiodorowicz Kiereński, ros. Александр Фёдорович Керенский – rosyjski polityk, z wykształcenia prawnik. Premier Rządu Tymczasowego w Rosji po rewolucji lutowej, obalony przez przewrót bolszewicki. przyp.mój, AR)

U góry Twierdza Pietropawłowska ok 1910/ na dole: Giełda w Petersburgu ok 1910

5_gielda_petersburg***

Kronsztat (Kronsztad, Kronsztadt – do 1723 Kronszłot, ros: Кроншлот, silnie ufortyfikowany rosyjski port morski, położony na wyspie Kotlin w Zatoce Fińskiej, około 30 km na zachód od Petersburga, przyp. mój, AR ) już przeszedł do rąk rewolucjonierów (będę ich nazywać powstańcami)… Ministrowie pouciekali. Pitizin, Tiurmer, Szczegłowitow (prezes Senatu) – aresztowani, i siedzą w tiurmie. Protopopow zabity. Kilka nowych pułków przyłączyło się do powstańców.

Instytut ochraniają studenci z karabinami, stanowiący straż naodową.

Do miasta przejście pojedyńczym osobom – swobodne, mas i jadących – nie przepuszczają przez żaden most na Newie. Poczta nasza ochrania się strażą narodową – studentami z karabinami. Nastrój dość podniesiony, ale i dość spokojnie… Cesarz – jakoby – wywieziony do Stawki. (Stawka Naczelnego Dowódcy (ros. Ставка Верховного Главнокомандующего, – organ naczelnego kierownictwa polowego i kwatera główna Naczelnego Dowódcy armii rosyjskiej na teatrze działań wojennych w I wojnie światowej – rozformowania 16 marca 1918 r., przyp. mój. AR) więcej od tego, co rano był naklejony przy poczcie – nie ma. Będziemy czekać do jutra.

4/III, 1917, sobota, 5 godz. rano -15 st. R

… Mnie rewolucja taka już nadojadła, jak i wiele komu, zapewne, już w Piotrogrodzie chce się spokoju i porządku pod starość i żadnych ekscesów, funkcjonowania telefonów, tramwai, teatrów, kino, itd, i zawarcia pokoju z zewnętrznym wrogiem, a najwięcej – znów mieć swój Raj*** kochany i Staniszki … z poczciwem Mażalskiem, Żoną, ogród, owoce, naturę żywą i powietrze, słońce, trawa, kwiaty, wodę (kąpiel!) i to wszystko, co się tak kochało – co stanowiło rdzeń mego życia!
Ale bodaj, są to tylko mrzonki nieziszczone!

*** tu autor wspomina swój majątek w Raju (wydzielony ze wsi Staniszki), gdzie założył piękny sad hodowlany

__________________

* W “Wikipedii” czytam:

Od początku 1917 w Rosji miejsce miały liczne strajki, manifestacje i starcia zbrojne ludności, występującej przeciwko wojnie i katastrofalnej sytuacji żywnościowej w kraju. Działania te przybrały wkrótce formę rewolucji, której początek datuje się na 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego). Gdy car Mikołaj II Romanow rozwiązał Dumę, zebrała się ona nielegalnie wraz z Piotrogrodzką Radą Delegatów Robotniczych i Żołnierskich, żądając abdykacji cara, co nastąpiło 15 marca. Władzę w Rosji przejął Komitet Wykonawczy, wyłoniony przez Dumę. 28 marca 1917 Piotrogrodzka Rada Delegatów Robotniczych i Żołnierskich uznała, że Polska ma prawo do niepodległego bytu z punktu widzenia politycznego i międzynarodowego. 29 marca 1917 roku Rząd Tymczasowy Rosji przyjął rezolucję pióra Pawła Milukowa, która głosiła, że Rząd Tymczasowy uważa utworzenie niepodległego państwa polskiego, złożonego z ziem o większości polskiej za pewną gwarancję pokoju w odnowionej Europie. Połączone z Rosją wolnym wojskowym sojuszem, państwo polskie będzie pewną tarczą przeciwko naciskowi państw centralnych na słowiańszczyznę. Wolny i zjednoczony naród polski sam określi swój ustrój wewnętrzny, wypowiedziawszy swą wolę za pośrednictwem Konstytuanty, zebranej w stolicy kraju, a wybranej na podstawie powszechnego prawa wyborczego…

Bez komentarza. Jedyne czego można sobie życzyć, to spokojnego 2017 roku!!!

Wszystkie zdjęcia Stanisław Hrebnicki

Listy z Mazur

Zofia Wojciechowska

Witam Ewo,

Przesyłam Ci krótką opowieść o Mazurach na Syberii, o którą mnie poprosiłaś, gdy ci kiedyś powiedziałam, że ich spotkałam.

krajobraz-chakasja7

Pojawili się na Syberii pod koniec XIX wieku, a ich potomkowie żyją do dziś w dwóch mazurskich wsiach położonych bardzo malowniczo na skraju stepu, w nieco mitycznej Chakasji i Kraju Krasnojarskim należącym do Federacji Rosyjskiej. Historia zaczęła się od listów zachęcających do podjęcia wyzwania i osiedlenia się na nowej ziemi. Pierwszym etapem podróży był Wołyń, tam kilkadziesiąt mazurskich rodzin zetknęło się z tzw. ukazami carskimi, nadającymi gospodarstwa na terenach kolonizowanych, tj. zaludnianych dobrowolnie obszarach Syberii.

krajobraz-chakasjaUkazy carskie stwarzały bardzo korzystne warunki do życia. Wystarczyło zgłosić się do komisji kolonizacyjnej, by otrzymać w transporcie kolei transsyberyjskiej bezpłatne bilety dla całej rodziny oraz dogodne miejsce w wagonie towarowym dla dobytku gospodarczego. Właściciele średnich gospodarstw na Wołyniu, które zasiedlili mazurscy przybysze z pogranicza Prus i Królestwa Polskiego, skuszeni obietnicą nadania ziemi wysyłali tzw. zasadźcę, by ten ocenił możliwość założenia wsi. Zasadźca przesyłał opisy i listy, które ponad 100 – 150 lat temu docierały do Mazurów z Wołynia, a za ich pośrednictwem do członków rodzin z okolic dzisiejszego Ełku. Listy mobilizowały mazurskich kolonizatorów do podjęcia wyzwania. Pierwszą wsią mazurską była Aleksandrowka. Mazurscy osadnicy zabrali swój dobytek z ziemi wołyńskiej i przenieśli się na teren odległej Syberii. Można się dziś zastanawiać, dlaczego podjęli się dobrowolnie wyjazdu w nieznane i bardzo odległe regiony Rosji. W ówczesnym czasie istotną kwestią dla dzisiejszych syberyjskich Mazurów była wolność wiary. Mazurzy na Syberii są najczęściej wyznania ewangelickiego i tworzą wspólnotę anabaptystów. Pamięć dziejowa przetrwała w opowieściach o krajobrazie ziemi ojców, dlatego też Mazurzy założyli wieś na brzegiem rzeki, której krajobraz jest podobny do tego, jaki zapamiętali u dzieciństwa. Malowniczo położona Aleksndrowka zamieszkana jest do dziś przez kilkaset osób. Mieszkańcy trudnią się hodowlą trzody chlewnej, uprawą roli i produkcją mleka. Żyją dostatnio z płodów rolnych własnej produkcji.

krajobraz-chakasja6

Mimo upływu czasu zachowali kulturę języka mówionego i obyczajów świątecznych. Co roku obchodzą na Boże Narodzenie Gody.

krajobraz-chakasja2

Dziś w drugim dniu świąt, gdy w Mrągowie zapada zmierzch, przypominam sobie o złożonym przyrzeczeniu, by napisać do Ciebie Ewo o żyjących Mazurach na Syberii. Odwiedziłam wieś Aleksandrowkę i tę drugą nazwaną Znamienka. Zaprzyjaźniłam się z rodzinami mazurskich osadników i Polakami także tam mieszkającymi. Przesyłam zdjęcie otrzymane od red. Larisy Kornetes, może kiedyś tam pojedziesz i łatwiej będzie odszukać to miejsce. W tym roku udało się nam spełnić prośbę i marzenie Mazurów z Syberii. Oni chcą uczyć się polskich pieśni i psalmów, a my chcemy poznać treść zapamiętaną przez nich z mazurskich kancjonałów.

laris-i-co-aleksandrowka

Larisa Kornetes i Aleksander Sidlik z Aleksandrowki

Oto „List z Mazur na Godne Święta”

Kochani Rodacy, Polacy i Mazurzy na Syberii,

Dziś cały świat chrześcijański cieszy się radością Narodzin Dzieciątka Jezus. Szczególny czas dla nas wszystkich. W ten wieczór wracam myślą do Rodaków mieszkających w odległej Chakasji. Zauroczyła mnie ta kraina, a moje serce od lat przylgnęło do Was. Minione lata pokazały, jak ważne jest wspólne trwanie. Dzieliliśmy się trudnościami, sukcesami i gdy szukać trzeba było rady, powierzaliśmy sobie nasze sprawy. Wykonywaliśmy programy i wyznaczaliśmy zadania. Razem tworzymy program „pomost” łączący Polaków w kraju i na Syberii w Abakanie, Minusińsku i mazurskich wioskach. Cieszę się, gdy czytam o planach red. Larisy Kornetes dotyczących utrwalania wspólnej historii. Z radością przyjmuję Wasze starania nauki języka polskiego w piśmie. Chcemy uczyć się od Was dawnej mowy mazurskiej. Łączymy pokolenia poznając wzajemnie jeszcze nam nieznane dziedzictwo naszej kultury. Przed nami ważny rok w Polsce na Warmii i Mazurach oraz na całym świecie obchodzić będziemy 500 lecie Reformacji. Przesyłam Wam wieść – mamy dla Was nagranie pieśni w języku polskim, będziecie mogli uczyć się śpiewać nasze pieśni. Zgromadzone śpiewniki ewangelickie czekają na dopełnienie żywym słowem. Dzięki staraniom podjętym przez pastora Piotra Mendrocha i parafian tutejszej parafii Ewangelicko Augsburskiej w Mrągowie rzecz cała była możliwa do wykonania. Dzieląc się opłatkiem z Wami przesyłam serdeczne zapewnienie o naszej przyjaźni. Jesteśmy pod wrażeniem dźwiękowych listów od mieszkańców mazurskich wsi na Syberii, zachwyceni ich ciepłym przyjęciem i wolą oraz determinacją, by uczyć się pisać i czytać po polsku.

krajobraz-chakasja3 krajobraz-chakasja4

Mieszkanki Aleksandrowki z autorką (na górnym zdjęciu ma na sobie czerwoną spódniczkę, na dolnym – szary sweter)

Pro Patria 3

Andrzej Rejman

Profesor Makowski

Znalazłem w zbiorach rodzinnych kartkę pocztową wysłaną przez opiekunkę mojej mamy (ukochaną w rodzinie i nazywaną “Nianią”) – Jadwigę Łomską (zm. 1954). Kartka wysłana została tuż przed wybuchem wojny do moich dziadków przebywających z dziećmi na wakacjach na Wileńszczyźnie. Widoczny stempel z datą 4 sierpnia 1939 roku –

1_jadwiga_lomska_do_hrebnickich

odczytuję napis na stemplu:

“LUDZIE SĄ I PRACE LUDZKIE TAK SILNE I TAK POTĘŻNE, ŻE ŚMIERĆ PRZEZWYCIĘŻAJĄ I OBCUJĄ MIĘDZY NAMI” – Józef Piłsudski

Zwróciła moją uwagę siła tej myśli i zawarta w niej mądrość. Ludzie z pasją, ich niezłomność i konsekwencja tworzą w dużym stopniu wielkość i autorytet każdego kraju, przyczyniając się do jego przetrwania w trudnych momentach.

Warto wciąż mówić o autorytetach oraz o szacunku dla ludzi mozolnie realizujących swe pasje. W trudnych czasach bowiem wartości takie często cichną – przygniecione błyskawicami rewolucyjnych wydarzeń, walk i sporów.

Ostatnio znów częściej cytuje się Marszałka – autorytetu akceptowanego przez ludzi o różnych poglądach.

A więc niech ten przytoczony na wstępie cytat zainspiruje innych i pomoże zapanować nad kompleksami, nad niewiarą i głupotą, które w każdym społeczeństwie są przeszkodami, jednak do pokonania.

Przytaczam krótkie wspomnienie o profesorze Arnoldzie Makowskim, geologu, który był takim właśnie silnym człowiekiem z pasją. Uczonym, którego praca jest przykładem dla następnych pokoleń i wskazaniem, aby stale poszukiwać w sobie napędu i siły, starając się wbrew przeszkodom realizować swe marzenia.

2_arnold_makowski_i_st-_hrebnicki_lata_okupacji

(od prawej) Arnold Makowski i Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki podczas pracy w Instytucie Geologicznym w Warszawie. (prawdopodobnie wczesny okres okupacji, ze zbiorów rodzinnych)

ARNOLD MAKOWSKI 1876-1943

(autor: Stanisław Hrebnicki, na podstawie tekstu z początku lat 50)

Trudno jest pogodzić fakt śmierci z postacią profesora Arnolda
Sarjusz-Makowskiego, tak zawsze żywotnego, tak pełnego entuzjazmu
we wszystkich swoich poczynaniach.
Jego niezmierna pogoda ducha w ciężkich chwilach okupacji
i krzepiący optymizm zjednywały Mu serca tych, z którymi się bliżej
stykał.

Urodzony 11. XII. 1876 w Petersburgu, zmarł w Warszawie
10. IX. 1943.

Umierał w okresie pierwszych klęsk niemieckich i pierwszych
konkretnych oznak przedświtu wyzwolenia, którego był pewny
i o którym bezustannie myślał. Już obezwładniony przez ciężką chorobę
z największą niecierpliwością czekał na codzienny komunikat prasy
podziemnej, aby móc samemu prześledzić rozwój wojennych wydarzeń.

Odszedł w przededniu ziszczenia się swych najśmielszych marzeń:
granic polskich na Odrze i Nysie. I tu brak wśród nas prof. Arnolda
Sarjusz-Makowskiego daje się odczuć szczególnie dotkliwie.
Przesunięcie bowiem granicy na zachód włączyło w obszar Polski
niezmiernie bogate złoża węgla brunatnego, a tym samym wysunęło
nasz kraj na jedno z czołowych miejsc w Europie pod względem
wielkości zasobów tegoż węgla. W historii zaś badań geologicznych
kwestia węgla brunatnego związana jest niepodzielnie z nazwiskiem
Arnolda Sarjusz-Makowskiego.

Od początku swej działalności naukowej na terenie Polski,
A. Sarjusz-Makowski przejawiał szczególne zamiłowanie do tej dziedziny
wiedzy geologicznej. Z podziwu godnym pietyzmem i wytrwałością
gromadził najdrobniejsze wzmianki o charakterze i rozmieszczeniu
węgla brunatnego oraz o nowych odkryciach tej kopaliny.
Zwiedził i przebadał osobiście wszystkie dostępne złoża na terenie
Polski i był czynnym inicjatorem poszukiwań węgla brunatnego
prowadzonych wówczas przez Państwowy Instytut Geologiczny.

Nakładem wieloletniej uporczywej pracy zgromadził olbrzymi
materiał dotyczący tych złóż. W oparciu o powyższe dane rozpoczął
opracowywanie obszernej monografii poświęconej zagadnieniu węgli
brunatnych, która miała obrazować charakter, zasięg i rozprzestrzenienie
złóż, a wreszcie ich wartość przemysłową i zapasy. Dwa zeszyty
Atlasu «Węgle brunatne w Polsce» ukazały się w druku; paru następ­nych
prof. Sarjusz-Makowski już nie zdążył wydać, pozostawiając je
w stadium daleko posuniętego przygotowania. (—)

Drugim zagadnieniem, któremu prof. Arnlod Sarjusz-Makowski
poświęcił się z równym zapałem była geologia Polskiego Zagłębia
Węglowego. Zajął się nią już w pierwszych latach swego powrotu
ze Szwajcarii (1920) jako pracownik Państwowego Instytutu
Geologicznego.

Działalność naukowa prof. Arnolda Sarjusz-Makowskiego wiąże się ściśle z Państwowym Instytutem Geologicznym. Po ukończeniu bowiem studiów uniwersyteckich na wydziale matematyczno-przyrodniczym oraz w Instytucie Górniczym w Petersburgu (1908) i po pobycie na Uniwersytecie w Tybindze (1912-1914) a następnie w Zurychu (1914-1920) przyjeżdża do Polski.

Rozpoczął od ogólnego opisu budowy geologicznej Polskiego
Zagłębia Węglowego i obliczenia jego zasobów. W dalszym toku swej
pracy wykonuje szczegółowe zdjęcia geologiczne w skali 1:25.000
obszaru pszczyńskiego (Stary Bieruń i Lędziny) oraz obszaru rybnickiego
(Wodzisław i Gorzyczki). Na podstawie danych uzyskanych
z szeregu wierceń zarówno płytkich jak i głębokich analizuje szczegóły
tektoniki i stratygrafii karbonu produktywnego. (—)

Proponuje również nową nomenklaturę dla pokładów węgla.

Był jeszcze jeden dział pracy, dla którego prof. Sarjusz-Makowski
czuł głęboki sentyment, jako że była to praca związana
z zaraniem Jego działalności naukowej, kiedy to w 1915 r. jako młody
asystent Uniwersytetu w Zurychu zainteresował się rozwojem linii
zatokowych u amonitów. Zainteresowanie to przerodziło się w prawdziwą
pasję naukową i stało się bodźcem do rozpoczęcia metodycznych
badań, ze szczególnym uwzględnieniem rodzaju Macrocephalites:
badań mających posłużyć podstawą nowej klasyfikacji i nomenklatury
amonitów. Badania te traktował prof. Sarjusz-Makowski ze specjalnym
zamiłowaniem, zbierając podczas swych licznych wycieczek zagranicznych
obfity materiał naukowy.

Ponieważ jednak zajęcia w P. I. G. nie pozostawiały mu na nie
dość wolnego czasu, prof. Sarjusz-Makowski zaplanował, że z chwilą
pójścia na emeryturę zajmie się niepodzielnie zagadnieniem amonitów,
rozbuduje i pogłębi i tak już bardzo obszerne i wyczerpujące dzieło.

Zawierucha wojenna nie oszczędziła dorobku naukowego prof. Arnolda
Sariusz-Makowskiego, podobnie jak i dorobku tylu innych uczonych polskich.

W pierwszych dniach wojny 1939 r. prof. Sarjusz-Makowski
wysłał do Warszawy obszerny materiał dotyczący Polskiego Zagłębia
Węglowego. W zamieszaniu jakie wówczas panowało, bagaż zaginął.
Rozpaczliwie i uparcie szukał go prof. Sarjusz-Makowski przez parę
dni po rozmaitych dworcach kolejowych, narażając się na bombardowanie
i obstrzały, aż wreszcie udało Mu się natrafić na swoje skrzynie
ze zbiorami, wśród tysięcy innych porozrzucanych w nieładzie bagaży.
Przewiózł je do swego mieszkania i zabezpieczył, lecz w czasie oblężenia
miasta, dom Jego został zbombardowany, a materiały spłonęły łącznie
z rękopisem o makrocefalitach. Ten sam los spotkał materiały prof.
Sarjusz-Makowskiego przechowywane w gmachu Wolnej Wszechnicy.

Polskiej geologii stała się krzywda, że ubył przedwcześnie, na
skutek ciężkich przejść wojennych*, naukowiec tak głęboko rzetelny,
tak sumienny i tak bez reszty oddany swemu zawodowi, jakim był
prof. Arnold Sarjusz-Makowski.

(źródło: https://geojournals.pgi.gov.pl/asgp/article/view/11014/9505)

__________

Krótka wzmianka Małgorzaty Hrebnickiej o Arnoldzie Makowskim z dzienników okupacyjnych:

1943 wrzesień

Wieczorem byliśmy z Pciólkiem (mąż, St. Doktorowicz-Hrebnicki, przyp. mój, AR) u p.p. Makowskich. Pan Makowski zmieniony okropnie, dni jego są policzone. Smutne to! Może nie doczeka końca wojny.

10/IX

Przed chwilą otrzymaliśmy wiadomość o śmierci p. Makowskiego. Umarł dziś w nocy w czasie alarmu. Biedny Mak skoszony przed końcem wojny. Nie doczekał się! A jednak Maksio wyzwolił się już od wszystkich mąk cielesnych i duchowych.

13/IX

Byłam na pogrzebie Maksia. Cudowny dzień jesienny, grób zasypany kwiatami – jeden olbrzymi wieniec od kolegów-górników z różowych gladiolusów, drugi biały, reszta – drobne wiązanki. Przemawiał serdecznie pastor.

(Małgorzata Hrebnicka, Dzienniki Czasu Wojny 1939-1944, rękopis, w zbiorach rodzinnych)

_________

* “Wikipedia” uzupełnia – …podczas okupacji prof. Makowski był nadal zatrudniony jako geolog w przejętym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. (…) Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu (zarządcy okupacyjnemu P.I.G.-u, przyp. mój, AR) prof. R. Brinkmanna doprowadziły do jego ciężkiej choroby serca i śmierci…

3_grob_niani_jadwigi_lomskiej_w_warszawieGrób Jadwigi Łomskiej-“Niani”, Powązki, Warszawa; bez “Niani” nie byłoby pewnie tego wspomnienia…

PS EMS: Dla tych, co mogliby nie wiedzieć – tak wygląda amonit:

Ta pierwsza brygada

W dzień szczególnych sensacji księżycowych posklecał to sobie:

Zbigniew Milewicz

I natychmiast mi nadesłał. Ale cóż ja, adminka biedna, dziś dopiero wolny dzień znalazłam na wstawienie tego wpisu z 14 listopada…

Bardzo przepraszam i Autora, i Czytelników

My pierwsza brygada

Tak, jak na parafialny chór Polskiej Misji Katolickiej w Monachium przystało, najpierw odśpiewaliśmy w starym kościele św. Barbary po łacinie i po polsku okolicznościowe pieśni z okazji dorocznego Święta Niepodległości, a później poszliśmy się bratać z ludem bożym. W parafialnej sali, gdzie ugoszczono wszystkich winem i ciastkami, chór musiał najpierw trochę pośpiewać, rozgrzać polskich parafian narodową nutą…

Na pierwszy plan poszło Wojenko, wojenko… Później Przybyli ułani pod okienko… Wreszcie utwór główny wieczoru, od 14.08.2007 r. oficjalna pieśń Wojska Polskiego, My Pierwsza Brygada, zrodzona w I Brygadzie Legionów Polskich, dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego. Poszła wersja aktualnie oficjalna, ale ludzie różnie śpiewali.

Oto znana wersja Brygady:

My pierwsza brygada

Legjony to żałobna nuta,
Legjony to skazańców głos.
Legjony to żołnierska buta
Legjony to ofiarny stos!
xxxxxMy pierwsza brygada,
xxxxxStrzelecka gromada
xxxxxNa stos rzuciliśmy nasz życia los
xxxxxna stos na stos! x2

Nie trzeba nam od was uznania,
Ni waszych skarg ni waszych łez
Przeminął już czas kołatania
Do waszych serc, próśb nadszedł kres!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to módz
Leliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc, do waszych kies!
xxxxxMy pierwsza brygada… etc.

Żeby się jednak nie nazywało, że zakłamujemy historię, w zależności od potrzeby i aktualnego politycznego kursu, przytoczę trochę mniej przykładne zakończenie zwrotki ostatniej. Jak podaje Mieczysław Pruszyński („Tajemnica Piłsudskiego” Polska Oficyna Wydawnicza „BGW” Warszawa 1997 wyd. II str. 25):

Nie chcemy już od Was uznania
Ni Waszych mów, ni waszych łez!
Skończyły się dni kołatania
Do waszych serc, jebał was pies!

Pieśń wytrzyma wszystko.

Pro Patria 2

Andrzej Rejman

Motto: “Wy tej Polski nie utrzymacie. Ta burza, która nadciąga, jest zbyt wielka. Obecna Polska zdolna jest do życia tylko w jakimś wyjątkowym, złotym okresie dziejów (…) ja przegrałem swoje życie. Nie udało mi się powołać do życia dużego związku federacyjnego, z którym świat musiałby się liczyć. “

(Józef Piłsudski w 1925 r. w rozmowie z płk. Januszem Głuchowskim)

pilsudski_z_corkami_i_zona_w_druskiennikach_okfot. Marszałek Piłsudski, z żoną i córkami w Druskiennikach, fot Leon Baranowski, Druskienniki, 1924 (ze zbiorów rodzinnych)

***

Cytat na wstępie pozornie luźno związany jest z dzisiejszym tematem, jednak niepokojąco pasuje mi do czasów obecnych. Chociaż – rodzajem “dużego związku federacyjnego” o którym marzył Piłsudski mogłaby w jakimś sensie być unia państw europejskich. Mamy teraz taką… Ale co z nią będzie?

***

Dzisiejszy wpis jest wspomnieniem kolejnego (po dr Marcinie Woyczyńskim) lekarza z otoczenia Marszałka Piłsudskiego –
dr Mieczysława Michałowicza, który leczył m.in. jego córki.

Impulsem do pogłębienia wiedzy o dr Michałowiczu jest fakt, iż moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, wymienia Michałowicza w swoich dziennikach z lat 1923-39 aż kilkadziesiąt razy!

Powodem tego było wątłe zdrowie jej syna Kazimierza, mojego wuja (1922-1944). Wizyty u dr Michałowicza były tak częste, przypadłości na które cierpiał mały Kazik – liczne, a pochwały jego skutecznego leczenia tak entuzjastyczne, że postanowiłem bliżej przyjrzeć się postaci Doktora.

W materiałach biograficznych, które znajduję, dr Michałowicz jawi się jako człowiek wielkiego charakteru, społecznik, demokrata, wolnomyśliciel, który łączył swe obowiązki na rzecz chorych z działalnością społeczną na rzecz kraju.

michalowicz_zdjecieProfesor Michałowicz (przy dziecku) na obchodzie (prawdopodobnie w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie) źródło: http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

Mieczysław Michałowicz urodził się w Petersburgu w 1876 roku.

Był synem urzędnika państwowego Tytusa Edwarda Michałowicza i Zofii z domu Hryckiewicz. Od początku bardzo aktywny politycznie – w 1896 przystąpił do PPS, brał udział w rewolucji 1905. W PPS działał do 1906.

Ukończył rosyjską Akademię Wojskowo-Lekarską, a następnie podjął pracę w zawodzie lekarza. Po kilku latach postanowił wyspecjalizować się w dziedzinie pediatrii, studiował w Paryżu, Wiedniu, Berlinie, Strasburgu i u prof. Jana Raczyńskiego we Lwowie.

We Lwowie otrzymał pracę w Gimnazjum Żeńskim im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie prowadził lekcje z higieny i ratownictwa. Był także wolontariuszem w Klinice Dziecięcej na Uniwersytecie Lwowskim. Idąc w ślady Boya-Żeleńskiego w Krakowie oraz doktorów Serkowskiego w Łodzi i Starkiewicza w Busku-Zdroju, stał się współzałożycielem Towarzystwa „Kropla Mleka”, systematycznie dożywiającego dzieci pochodzące z niezamożnych rodzin robotniczych.

W założonym przez siebie później towarzystwie „Trzeźwość” prowadził aktywną walkę z alkoholizmem.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku został zmobilizowany do służby sanitarnej w armii austriackiej i jako lekarz wojskowy pełnił funkcję ordynatora szpitali garnizonowych kolejno w Krakowie i Ołomuńcu na Morawach, gdzie zżył się z miejscową ludnością.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wraz z rodziną przeprowadził się do Warszawy, gdzie w czasie wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, będąc oficerem WP w stopniu pułkownika, był starszym ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych wojskowego Szpitala Ujazdowskiego.

W dwudziestoleciu międzywojennym prowadził prace badawcze dotyczące opieki nad dzieckiem. Od 1920 był profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, a od 1927 profesorem zwyczajnym, potem kolejno rektorem i prorektorem. Wykładał również na warszawskiej Akademii Medycznej, był członkiem Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk.

W latach 1935–1938 był senatorem wybranym przez sanację, pod koniec II RP uniezależnił się od obozu piłsudczykowskiego i został współzałożycielem Stronnictwa Demokratycznego. (na podstawie Wikipedii)

w innym miejscu czytam:

Michałowicz był zdecydowanym przeciwnikiem stosowania fizycznej przemocy wobec posłów uwięzionych w Berezie Kartuskiej. W 1930 roku wraz z trzynastoma wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego podpisał oświadczenie w sprawie wszczęcia śledztwa przez właściwe organa państwowe dotyczącego „sprawy brzeskiej” i stosowanych środków wobec tam osadzonych. Będąc zwolennikiem tolerancji, protestował po wprowadzeniu w 1937 roku getta ławkowego. Gdy w audytorium Kliniki Chorób Dziecięcych prezes Koła Medyków zwrócił się do prof. Michałowicza w sprawie oddzielnych miejsc dla Żydów, ten w czasie swojego wykładu wygłosił następujące oświadczenie: „Od pewnego czasu spodziewałem się zainterpelowania (do) mnie w tej sprawie. Wolno Jego Magnificencji Panu Rektorowi, jako wybranemu przez nas, profesorów, gospodarzowi, mieć w tej sprawie swoje zdanie. Ale wolno też senatorowi Rzeczypospolitej Polskiej, który przysięgał na Konstytucję, przestrzegać przepisów. Skoro Pan Bóg nie wahał się włożyć duszy Swego Syna w ciało Semity, to nie jest ludzką rzeczą rozstrzygać, kto jest lepszy, a kto gorszy. Wiem, że Semici są nieszczęśliwi jak roślina pozbawiona swego naturalnego podłoża, rzucona przy drodze. Wierzę, że w Palestynie, gdzie teraz pali się ziemia pod nogami i krwią trzeba ją okupywać, nastąpi ich odrodzenie. Póki Konstytucja nie jest obalona, to ja nie będę jej obalał. Mówię to jako wierny obywatel Państwa i w sumieniu swym chcę zostać wiernym chrześcijaninem”

Podczas wojny profesor Michałowicz był więziony przez hitlerowców. Po półrocznym areszcie na Pawiaku przewieziono go do obozu koncentracyjnego w Majdanku a w kwietniu 1944 roku do Gross-Rosen. W lutym 1945 roku wraz z dużą grupą współwięźniów został ewakuowany do obozu koncentracyjnego w Litomierzycach. Relacje pamiętnikarskie współwięźniów, z którymi prof. Michałowicz przebywał w obozach koncentracyjnych, jednoznacznie mówią o jego pogodnym usposobieniu i nieustannym niesieniu pomocy, gdzie w bardzo trudnych, a niekiedy beznadziejnych warunkach bytowych zawsze starał się wspierać tych, którzy załamali się psychicznie, pomagając tym samym przetrwać im najgorsze chwile.

Po wojnie powrócił do zniszczonej Warszawy i zamieszkał wraz z żoną w nie zniszczonej części budynku kliniki przy ul. Litewskiej. Zaangażował się w reaktywację Stronnictwa Demokratycznego, był prezesem Rady Naczelnej SD w latach 1945–1949, posłem do KRN i do Sejmu Ustawodawczego.

Ze Stanisławą Jaczynowską miał syna Jerzego Władysława (1903-1936) − piłkarza i lekkoatletę, autora prac zakresu wychowania, lekarza pediatrę – ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Podobnie jak ojciec wspierał i rozwijał sport wśród klasy robotniczej. Niestety Jerzy Władysław zmarł przedwcześnie, mając zaledwie trzydzieści trzy lata, kiedy to w trakcie zaznajamiania się z pracą oddziału zakaźnego w szpitalu dziecięcym zaraził się szkarlatyną.

Profesor Mieczysław Michałowicz zmarł w wieku dziewięćdziesięciu lat, 22 listopada 1965 roku w Warszawie.

(na podstawie: http://www.medrodzinna.pl/wp-content/uploads/2014/10/mr_2014_152-155.pdf)

***

Małgorzata Hrebnicka pisze w swoim dzienniku przedwojennym:

1928 rok

“…Zachowajcie poezję, opanujcie prozę” – zwrócił się w swym przemówieniu do matek – Profesor Michałowicz (w Filharmonii) w pierwszym dniu “Tygodnia Dziecka”. Odczyt zrobił na mnie głęboko estetyczne wrażenie. Promieniowało serce człowieka wielkiego uczucia i wielkiej duszy! Piękny odczyt!…

…Byłam na odczycie profesora Michałowicza pt. “Higiena dziecka nerwowego”. Ciekawy. Monotonia życia, otaczająca przyroda, najlepiej wpływają na nerwy. Kojąco wpływa – zielony kolor…

…Posłałam prof. Michałowiczowi kosz kwiatów – białych lewkonii, wodnych lilii i amarantowych róż…

***

Szukając materiałów o dr Michałowiczu natrafiłem również na dyskusję nad dekomunizacją ulic – przyczynkiem do dyskusji był pomysł zmiany nazwy ulicy profesora Michałowicza w Dąbrowie k. Warszawy …. tu można poczytać – http://dabrowazachodnia.pl/1049_profesor-michalowicz

No i tu refleksja – że wszystko się pięknie łączy i przeplata – losy ludzi, Piłsudski, Michałowicz, mądrość i głupota…

A na koniec jeszcze inny, ciekawy cytat Marszałka:

“Gdy myślę o dziejach tak oryginalnych naszego państwa, naszego narodu, gdy myślą się przenoszę do dawnych czasów, gdy Polska z map świata, jako państwo polityczne, wymazana była, widzę historię wielką mistrzynię życia, jak cicho stąpa, zbiera swoje prawdy, zbiera wszystkie grozy świata, wszystkie jego radości. Myślę, że gdy przechodzi ona tak, jak ongi przed upadkiem Rzeczypospolitej, tak i teraz, i po naszej ziemi, po naszych osadach, tak samo cicho, patrząc na ludzi, zbierając wszystkie mądrości i wszystką głupotę, to sądzę, że nieraz wiele musi prawd przepuszczać, i tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka….”

***

i jeszcze jedno wspomnienie o Michałowiczu, jego byłej studentki, dr Ireny Ćwiertni

“…Z pediatrią, dziedziną interesującą mnie w szczególny sposób, zetknęłam się w Klinice Pediatrycznej przy ul. Litewskiej, prowadzonej przez prof. Mieczysława Michałowicza (1876-1965), przedwojennego rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W listopadzie 1942 r. został aresztowany jako przedstawiciel środowiska inteligenckiego i umieszczony na Pawiaku. W 1943 r. trafił na Majdanek. Nawet w tragicznych warunkach obozowych pełen energii, prowadził wykłady z zakresu medycyny. Z konieczności posługiwał się językiem niemieckim, aby pilnujący zebranych więźniów Niemiec mógł rozumieć, co im przekazuje.

W marcu 1944 r. był pędzony boso do obozu Gross-Rosen – zgubił drewniaki. Nigdy nie tracił nadziei, zgodnie z dewizą św. Łukasza: Contra spem, spero. (wierzę, wbrew nadziei, przyp mój, AR)

Profesor Michałowicz rzadko wygłaszał wykłady. Funkcję tę spełniał doc. Edward Wilkoszewski (1895-1993)*, który był świetnym wykładowcą. Opisywał ciekawe przypadki występujące u dzieci i podawał ich objawy.

Egzamin zdawałam u prof. Michałowicza. Uprzedzono mnie, że profesor zadaje zaskakujące pytania, nie mające nic wspólnego z pediatrią. I rzeczywiście, zapytał, czy metalowy przycisk stojący na biurku się porusza. Pomyślałam chwilę i odpowiedziałam, że oczywiście porusza się, z całą kulą ziemską. Był zadowolony z odpowiedzi, ale chodziło mu jeszcze o coś: że wewnątrz przycisku poruszają się elektrony. Następne pytanie było też nietypowe: jaka jest choroba królów perskich? O tym byłam poinformowana od uprzednio zdających i odpowiedziałam, że to szkarlatyna – płonica. Ostatnie, już związane z pediatrią, było pytanie o etiologię zapalenia dróg moczowych u dzieci. Odpowiedziałam prawidłowo. Uśmiechnięty profesor oznajmił, że zdałam celująco. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni…”

dr Irena Ćwertnia (źródło: http://www.oil.org.pl/xml/oil/oil68/gazeta/numery/n2011/n201111/n20111128)

____________

* dr Edward Wilkoszewski, wychowanek, współpracownik prof. Michałowicza, mój lekarz z lat dziecinnych, który wg mojej matki przyczynił się istotnie do mojego wyzdrowienia z nękających mnie chorób w wieku niemowlęcym. Myślę, że profesor Michałowicz polecił wtedy dr Wilkoszewskiego moim rodzicom…

Subiektywny bardak na skos III

Tomasz Fetzki

Na czym skończyliśmy? Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Dolina Wisły, panorama fantastyczne rozległa. Faktycznie, są na tej trasie (na skos Ojczyzny) takie miejsca, skąd widać zarówno kominy Zakładów Azotowych w Puławach, jak i Elektrowni Kozienice. Ech, przestrzenie bezkresne, ech, obietnica wolności, ech, chech, he he he he…

Poruszaliśmy się dotąd wzdłuż Wieprza, teraz jedziemy równolegle do Wisły. Z czym się Viatorowi, poza Puszczą, kojarzą Kozienice? Kompozytor, ten no…, jak mu tam było? Sprawdź Viatorko w internecie na smartfonie, proszę. Takie charakterystyczne nazwisko, tylko z głowy mi wyleciało. No, ten od jabłuszka pełnego snu. Klimczuk! Jasne, Bogusław Klimczuk. Tu się urodził. A co poza Jabłuszkiem skomponował? Różne różności, między innymi twist o Ali Babie. Dla Heleny Majdaniec był go skomponował. Wykonanie niczego sobie, ale Wędrowiec osobiście woli wersję Andrzeja Zauchy. Skąd to skojarzenie? Ano, to już post-asocjacja, postsynchron. W czasie podróżowania tak się to nie układało w zabałaganionej łepetynie Pielgrzyma. Ale gdy zasiadł Viator do pisania tego tekstu, przypomniał sobie, iż kilka tygodni temu głęboko przeżywał dwudziestą piątą rocznicę tragicznej śmierci piosenkarza. Dlaczegóż głęboko przeżywał? Nie tylko dlatego, iż zawsze cenił sobie jego kunszt wokalny. Jest jeszcze jeden powód. Coś tam niedawno kombatancił Wędrowiec o bytności osobistej na prapremierze Harf Papuszy (TUTAJ). Tymczasem, gdy pociski przerwały życie Andrzeja Zauchy na parkingu przy ulicy Włóczków, Viator też znajdował się zaledwie 300, może 400 metrów obok. Ot, taki krakowski wątek życiorysu – dawno i radykalnie zakończony. Co robił w tej chwili Pielgrzym? Szukał ostatnich włoskich orzechów w wielkim ogrodzie ukrytym za wysokim murem (tylko stary Kraków posiada takie niezwykłe tajne ogrody, ulokowane w samym centrum miasta)? Ślęczał nad mądrymi księgami, czytając, co na temat transcendentnej świętości miał do powiedzenia Mircea Eliade? Trudno to odtworzyć po tylu latach. Ale nieświęta, przeklęta śmierć wrażenie zrobiła wielkie, zaiste. Nastawmy odbiornik radiowy w samochodzie na tę piosenkę. Słuchajmy i wspominajmy, a za chwilę będziemy w Kozienicach.

Jeszcze tylko Viatorka zdążyła doczytać ze smartfona kilka faktów z historii miasta (najciekawsze dla Wędrowca były informacje o manufakturze produkującej broń palną dla wojska, założonej przez Stanisława Augusta Poniatowskiego; za późno, jak zwykle!), a już auto mknie po kozienickich ulicach. Czasu, jak wiadomo, dramatycznie mało, bośmy w Dęblinie nad miarę zabarłożyli. Więc tylko krótki postój przed pałacem Króla Stasia i maleńka przechadzka po parku. Pomnik, wystawiony ku pamięci narodzin Zygmunta Starego, któren to akt doniosły w Kozienicach się właśnie dokonał. Mówią, że to pierwszy polski pomnik o świeckim charakterze. Skoro mówią – pewnie wią. Może tak być.

7-lub

Skądinąd – to jedyne zdjęcie z podróży, wykonane osobiście przez Viatora. Wszystkie pozostałe ściągnął z Wielkiej Sieci. No co? Nie było czasu, żeby się w fotografowanie bawić. Korzystając z okazji dziękuje Wędrowiec autorom tych zdjęć, z których skorzystał bez szczegółowych odnośników. Czas… czas goni!

Ten pomnik natalny Zygmunta Starego przypomniał Viatorowi inną statuę, tantalną, można by rzec – posąg wyniszczonego, umierającego syna Starego, czyli Zygmunta Augusta, na rynku w Knyszynie. Nigdzie nie widział Wędrowiec drugiego tak smutnego pomnika. Napisałby o nim więcej, gdyby nie to, że nie napisze…

Przemknęła przez Kozienice Trójka Podróżników, minęła po prawej kompleks zabudowań elektrowni. Szybkie tankowanie gdzieś na trasie. I wjeżdżamy do Magnuszewa, gdzie wykonujemy ostry zwrot w lewo, czyli znów na zachód.

8-lub

Cóż Magnuszew? Wioska mała, senna i zapuszczona. Ale te wichry historii! Wszak przyczółek warecko-magnuszewski to właśnie tu! Oczywiście, są tacy „patrioci”, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, którzy by chętnie na śmietnik niepamięci wyrzucili ofiarę krwi kościuszkowców, berlingowców, czy jak ich tam zwać. Akowcy – tak. Chłopcy od Andersa – oczywiście. Wyklęci – jak najbardziej! Ale I Armia WP? Polegli pod Studziankami? Och, niekoniecznie. A Viator, trawestując wierszyk mistrza Tuwima, twardo mówi: wierzcie mi, jedna to jest jucha! Krew Polaków, która wsiąknęła w ziemię pod Monte Cassino, ma tę samą wartość, co magnuszewska. Koniec, kropka.

A tak w ogóle to nie może się Pielgrzym powstrzymać od głupawego uśmieszku. No bo, panie dziejaszku, tutaj Magnuszew, Studzianki Pancerne, Warka. A tymczasem, gdy wróci Viator do domu – kilkaset kilometrów stąd – i wsiądzie na rower, po dwudziestu kilku minutach przejażdżki lasem, dojedzie do miejsca, gdzie bronił się w studziankowskiej bitwie okrążony batalion Baranowa, ocalony przez dzielnych czołgistów… Plenery Czterech Pancernych, rzecz jasna. Bardak! Bardak we łbie!

Wzdłuż i równolegle, tym razem do Pilicy. Kilkadziesiąt kilometrów, most, i wjeżdżamy do Warki. Bez hipokryzji: Pielgrzym jest gorącym zwolennikiem złocistego trunku, ale akurat piwo Warka to nie jego faworyt. Dlatego tym razem pominie w opowieści tę asocjację.

9-lubA co mu się kojarzy? Hoffman, Potop, Bitwa pod Warką. I Gołas-Czarniecki, wykrzykujący po genialnym manewrze taktycznym Kmicica: Tegom chciał! Za każdym razem, gdy Viator film ogląda, ciary go w tym momencie przechodzą.

Rynek warecki. Pomnik Hetmana. Ciekawy i wysokiej klasy artystycznej. Bo Czarniecki, wiadomo, wielkim Polakiem i bohaterem był, ale też, co figura dyskretnie, acz wyraźnie sugeruje, watażką i okrutnikiem… jak zresztą większość wodzów tej epoki (tak jakby kiedy indziej działo się inaczej).

Dalej, dalej w drogę! Tylko po co właściwie Pielgrzym o tych peregrynacjach z tak wielką determinacją pisze? Ano, wszystko wyjaśni się z tydzień, bo wtedy planuje Viator wysilić się na refleksję historiozoficzną. A tymczasem drogie dzieci…
cmoknijcie Wędrowca w czółko!

ciąg dalszy (zakończenie być może) za tydzień

Subiektywny bardak na skos II

Tomasz Fetzki

Ruszamy w drogę, czas nagli w uniwersum opowieści, a w realu też Szefowa Blogu przynagla do wysłania drugiego odcinka, sugeruje, że będzie za późno i takie tam – a przecież ludziom trzeba ufać!

Kierujemy się na zachód, ku Dęblinowi, do którego generał Kleeberg nie dotarł i w którego magazynach nie zdobył amunicji. Jedziemy dokładnie wzdłuż biegu Wieprza. Może nie tak dokładnie: Wieprz (przynajmniej według mapy) meandruje szaleńczo, my poruszamy się prosto. Od rzeki dzieli nas zaledwie kilkaset metrów, ale niczego z szosy nie widać, żadnych meandrów, tylko łąki i drzewa. A szkoda!

Viator nie byłby sobą, gdyby się trochę nie pomądrował. A wiecie, a macie świadomość – mówi do Viatorki i Szefowej Blogu – że to właśnie stąd ruszała kontrofensywa Piłsudskiego w sierpniu 1920? Tak, tak, cud nad Wisłą zaczął się nad Wieprzem! Okazało się, że wiedziały, ale tylko w ogólnych zarysach, szczegółowo nie identyfikowały roli tego konkretnie miejsca. Próżność Viatora została więc nakarmiona. A tak swoją drogą, myśli sobie Wędrowiec, nieszczęsny to kraj, gdzie co kilkanaście kilometrów musi się natknąć człowiek na kolejne pole krwawej bitwy. Tym bardziej, że to nie ostatnie takie miejsce w naszej podróży.

Dęblin. Znów się Viator zaczyna popisywać, a jakże. Irytujący facet! A wiecie, że takie miejsce, gdzie łączy się bieg dwóch rzek, miejsce ważne z punktu widzenia militarnego, gdyż świetne do obrony, nazywało się kiedyś sątokiem? Do dziś istnieje dawny gród obronny Santok koło Gorzowa Wielkopolskiego, ale takim sątokiem było też Krosno Odrzańskie, Kostrzyn, nawet Modlin. Po co nam o tym opowiadasz? Bo Dęblin to też sątok. Tutaj Wieprz wpada do Wisły. Stąd twierdza i w ogóle wojskowy charakter miasta, choć tradycje lotnicze akurat niekoniecznie wiążą się z rzekami. Viator wychował się w mieście poniekąd garnizonowym, więc mu nie pierwszyzna, ale taka ilość wydzielonego wojskowego areału w granicach Dęblina nawet na nim robi wrażenie. Jeszcze większe wrażenie wywiera niestety kościół, który Trójka Podróżnych mija zaraz po wjeździe do miasta. Architektura nowoczesna – jasne. Ale żeby wybudować taką Wieżę Saurona? Mordor! O, szlachetny baroku toskański, gdzieżeś jest?

4-lub

Chcieliby Podróżni zobaczyć, choćby z okien samochodu, jakieś fragmenty twierdzy, niestety oznakowanie jest, by użyć eufemizmu, do… niczego. Błądzą wiec po uliczkach i wreszcie trafiają na mały wojenny cmentarzyk. Zwie się on Balonna, a rozciąga tuż pod dawnymi murami jednego z fortów – reduty Zajączka –  i linia tych murów wyznacza kształt cmentarzyka: lekko złamany prostokąt.

5-lub

Groby żołnierzy armii austro-węgierskiej, legionistów, poległych w wojnie polsko-radzieckiej. Są też mogiły z okresu międzywojennego, wszak nekropolia pełniła wtedy rolę cmentarza garnizonowego. I one chyba budzą w Pielgrzymie największe wzruszenie. Wojna to wojna, śmierć jest rzeczą nieuniknioną. Ale jak zginęli ci chłopcy? Nieuwaga podczas czyszczenia broni? Wypadek w czasie ćwiczeń? A może jednak tego i owego zaszczuła fala, obecna przecież w każdej armii świata i w każdym czasie? Nie jesteśmy lepsi tylko dlatego, żeśmy Polacy.

Szefowa Blogu z fascynacją fotografuje wyrzucone na śmietnik wieńce zdobione biało-czerwonymi wstęgami. Zamieszcza je Viator wraz z Szefową – ku ilustracji oraz ku przestrodze.

pamiatkowesmieci

Dalej, czas nagli. Z determinacją szukamy śladów wielkiej twierdzy. Tabliczka, źle ustawiona, kieruje nas kilka kilometrów za miasto. Zatrzymujemy się na moście – nad Wieprzem, rzecz jasna. Stąd widać, jak wpada on do Wisły. Widok iście monumentalny, ale czasu brak. Wracamy, ignorujemy złośliwą tabliczkę i w końcu udaje nam się jednak odnaleźć Bramę Lubelską, jeden z najbardziej znanych elementów dęblińskiej fortecy. Jest satysfakcja, ale też irytacja, żeśmy tyle czasu zmitrężyli.

Forsujemy Wisłę. Przelatujemy pędem przez wioskę o nazwie Sieciechów – nawet się Viatorowi coś skojarzyło z palatynem Sieciechem, który omotał i podporządkował był sobie księcia Władysława Hermana, rządząc krajem jak własnym folwarkiem, zanim go bracia Bolesław Krzywoustym zwany i Zbigniew nie przepędzili… by się potem wziąć za łby, które to wzięcie Zbigniew wyłupionymi oczyma przypłacił. Lecz odrzucił Viator tę asocjację: gdzie Sieciechów, a gdzie Płock? Kilka kilometrów dalej jeszcze jedna wioska. Maleńka, ale o intrygującej nazwie: Opactwo. I zabudowania, które faktycznie wyglądają na jakiś niegdysiejszy klasztor.

Dopiero później, po powrocie do domu, Wędrowiec zasięgnął wiedzy w różnych źródłach i okazało się, że jego skojarzenia są całkowicie prawidłowe: Sieciechów był siedzibą rodową TEGO Sieciecha, a i klasztor w Opactwie to fundacja związana z jego, bogatym przecież i potężnym, rodem.

Tuż za Opactwem skręcamy w prawo, znaczy się – na północ. Za plecami dymią na horyzoncie kominy puławskich Azotów, na wprost na horyzoncie też kominy dymiące. Kozienice.

Reblog: Pocałunek Judasza

giotto_-_scrovegni_-_-31-_-_kiss_of_judasKrzysztof Ruchniewicz

Historyczna hipokryzja czy schizofrenia?

Z zainteresowaniem wysłuchałem wywiadu z Martinem Sanderem, niemieckim dziennikarzem, specjalizującym się w sprawach polskich. Często odwiedza on nasze księgarnie, można powiedzieć, że śledzi rynek książki historycznej. Wszak historia to nasza narodowa pasja, nieprawdaż? To, co Polacy czytają (a czyta ich mniejszość…), jest ważne. Sander zauważył, że na półkach polskich księgarni prezentowana jest spora liczba (ponadprzeciętna?) publikacji autorstwa nazistów lub autorów sprzyjających nazizmowi. Ponieważ dysponuję teraz pewną ilością wolnego czasu, rozejrzałem się po ofercie księgarń i wydawnictw, które można zaliczyć do prawicowych lub skrajnie prawicowych. Nie będę wymieniać ich nazw, by nie mieć dylematu robienia reklamy. Ich oferta jest niemała. Znaleźć tam można pozycje bardzo różne: od literatury religijnej po – tak ją określę – antysemicką, ksenofobiczną, antyeuropejską, i – tak, trzeba to powiedzieć – nazistowską. Autorzy stron nie kryją się z tym specjalnie. Mają się nawet za obrońców wolnego słowa i instytucje wspierające swobodne wyrabianie sobie przez czytelników własnego zdania. Brak zdecydowanych działań ze strony państwa, które w końcu powinno przestrzegać zasad konstytucyjnych, powoduje, że istnieje milczące przyzwolenie na tego rodzaju literaturę i jej popularyzację. Stoi to w rażącej opozycji do działań tegoż państwa, które wytrwale tropi używanie tzw. wadliwych kodów pamięci w mediach zagranicznych.

Jak bumerang powraca w dyskusjach na tematy polsko-niemieckie, zwłaszcza po prawej stronie naszego spektrum politycznego, sprawa pokazywanego przed laty niemieckiego miniserialu „Nasze matki, nasi ojcowie“ czy używania (nie jest ważne czy celowo, czy z głupoty) tzw. błędnych kodów pamięci, jakim jest zwrot „polskie obozy koncentracyjne“. I powiedzmy od razu. W obu przypadkach krytyka jest uzasadniona, aczkolwiek rzadko odnosi się do proporcji i kontekstu tych przypadków. Mam nawet wrażenie, że je wyolbrzymia. Ile razy można w końcu przywoływać jeden, nie najlepszy serial? Ile razy można zarzucać Niemcom ów fatalny zwrot, którego o wiele częściej używają np. Amerykanie?

Jednocześnie nie znalazłem – choć może źle szukałem – żadnego słowa oburzenia z powodu druku po polsku wielu publikacji nazistów lub też osób z nimi sympatyzujących. Bez problemu można zakupić opracowania pseudohistoryczne poświęcone dziejom Europy, poszczególnych postaci historycznych, jednostek niemieckiego Wehrmachtu czy SS, publikacje o wydźwięku antysemickim czy ksenofobicznym. Przed kilkoma tygodniami jedna z gazet codziennych podniosła alarm z powodu umieszczenia w czołowych sieciach księgarskich w kraju publikacji jednego z belgijskich nazistów. Publikację wycofano wprawdzie z księgarnianego obiegu, ale bez problemu można ją kupić w internecie. Jej wydawca stwierdził m.in.:

(…) Chęć poznania poglądów ludzi, którzy byli blisko Hitlera. Większość z nich po wojnie Niemców mówi: to nie my, to Hitler. A tak naprawdę może myślą jak Degrell, tylko ze względów osobistych, koniunkturalnych nie mówią o tym głośno? Otóż Degrell ma odwagę mówić. Mało tego, nie uważał, że zrobił coś złego stojąc u boku Hitlera i chciał swojego procesu w Belgii, w której zaocznie skazano go na karę śmierci. Postrzegam go jako głos całego pokolenia Niemców, którzy poparli Hitlera w wyborach i w całej tej wojnie. Otóż nigdy nie zrozumiemy dlaczego nazizm uwiódł całe pokolenie nie tylko Niemców, jak się okazuje, bez wydawania tego typu książek.

Naprawdę bez wynurzeń Degrella wydanych po polsku nie zobaczymy istoty nazizmu?

Po lekturze tego listu zacząłem się zastanawiać, skąd u autora wzięło się to przeświadczenie, że Hitler wszystkich uwiódł i że Degrell może być – jak pisze ów wydawca – „głosem całego pokolenia Niemców“. Warto przypomnieć autorowi, że od końca lat 50. przewaliła się przez Republikę Federalną Niemiec dyskusja o odpowiedzialności Niemców za zbrodnie, nikt dzisiaj przy zdrowych zmysłach nie podważa istnienia tych zbrodni ani Holokaustu, nie wspominając o komorach gazowych w obozach koncentracyjnych. W publikacjach wspomnianego autora, którego tak broni wydawca, śladów tej dyskusji nie ma, do końca swego życia pozostał przy swoich poglądach. Na jakiej podstawie uważa się go za osobę reprezentatywną? Bo stereotyp i osobista niechęć podpowiadają komuś, że każdy Niemiec to tak naprawdę nazista?

I tu warto poruszyć na koniec wątek, który przywołano w obszernej recenzji ostatniej książki Degrella, jaka ukazała się po polsku. Pod koniec jej autor, Michał Gadziński, stwierdził:

Tak rozbudowana prezentacja autora wydaje mi się konieczna. Leon Degrelle nie jest bowiem postacią powszechnie w Polsce znaną, a musimy mieć świadomość, z czyją książką mamy do czynienia. Ktoś mógłby się obruszyć – czy godzi się w Polsce wydawać dzieła nazisty (w rodzinnej Belgii pisma Degrelle’a znalazły się po wojnie na cenzurowanym)? Moim zdaniem jak najbardziej tak. Trudno bowiem poznawać historię uznając z góry część źródeł za niesłuszne. Zresztą skoro w Niemczech publikuje się już opatrzone komentarzem historycznym „Mein Kampf” (i moim zdaniem słusznie), to dlaczego nie wydawać książek Degrelle’a?

Myślę, że autor nie wie o czym mówi. W przypadku „Mein Kampf“, na które się powołuje, chodzi o naukowe wydanie, dzieło szanowanej placówki naukowej, opatrzone licznymi przypisami, objaśnieniami i dodatkowymi tekstami, które pokazują, co się kryje pod podszewką wynurzeń przyszłego wodza III Rzeszy. W publikacji polskiego wydawnictwa nie ma ani wstępu zawodowego historyka, ani naukowych przypisów. Trudno więc mówić w tym przypadku o krytycznym wydaniu książki. Raczej o rzuceniu ekscytującego w opinii wydawcy materiału czytelnikom niekoniecznie przygotowanym do takiej lektury. W innym miejscu ten sam recenzent zdradza swe zafascynowanie Degrellem:

Atrakcyjności książce dodaje fakt tego, że pisana jest w sposób subiektywny z konkretnego punktu widzenia. Mam wrażenie, że większość prac o Wielkiej Wojnie pisana jest z perspektywy państw alianckich. Warto czasem poznać nieco inny punkt widzenia. – i szybciutko zastrzega się – Muszę jednak poczynić zastrzeżenie, że lekturę polecam jedynie osobom obeznanym z faktografią historyczną oraz warsztatem pracy historyka. Nie wszystkie opinie i interpretacje Degrelle’a można brać za dobrą monetę, a niewyrobiony czytelnik łatwo może ulec urokowi jego pasjonującego stylu.

Niemożliwe, naprawdę? A może by tak, idąc podobnym tokiem rozumowania, zacząć przybliżać czytelnikom teksty piewców proletariackiej rewolucji, a nie tylko refleksje miłośników płowowłosych Aryjczyków? Wszak kawał XX w. ukształtowany został przez reżym bolszewików.

Do czego potrzebni są więc historycy, ich prace, cała ta dłubanina po archiwach i bibliotekach? Wystarczy rzucić coś na maszynę drukarską, w pseudowstępie wpisać zdanie na temat możliwego fałszywego odczytania źródła, ale generalnie uznać, że to nie sprawa wydawcy, co i w jakiej formie dostarcza czytelnikowi. I co z tego później wyniknie. Ważne, że jakiś fascynat wyłoży nieco gotówki, by poznać wielkie, przemilczane (przez paskudną poprawność polityczną) źródło. Główkę ma otwartą i często wiedzą nie skażoną (oj, szkolna edukacjo historyczna!) Skoro wszystko można relatywizować (są dwa równorzędne stanowiska, wybierajcie proszę!), to nasza praca staje się bezprzedmiotowa.

A co z tą historyczną hipokryzją w podejściu do używania tzw. błędnych kodów pamięci poza granicami naszego kraju? Czy tolerując w przestrzeni publicznej takie teksty, ale też symbole, wypowiedzi i, niestety, także czyny, nie podkopujemy sami swojego statusu tych, co to „first to fight”, synów (i córek) „kraju bez Quislinga”? A co, jeśli choć kilku czytelników w pryszczatym wieku pomyśli sobie, no tak, nazista, ale w sumie miał chłop trochę racji… A może przykrycie się patriotyczną kołderką (w sprzedaży w różnych wzorach) zapewni nam spokój sumienia i sen bez koszmarów?

Tekst zilustrowałem fragmentem fresku Giotta z Kaplicy Scrovegnich w Padwie pt. pocałunek Judasza.

Reblog z komentarzem

Zbigniew Milewicz

Od historii nie uciekniesz…

Przy całej swojej sympatii dla sąsiedzkiej, ukraińskiej społeczności, oczekiwałem od polskich władz zajęcia jednoznacznego stanowiska w sprawie Rzezi Wołyńskiej, o której w zależności od opcji politycznej raz się publicznie mówiło, a kiedy indziej znowu nie, a nazwać po imieniu nikt jej jakoś nie chciał. Z zadowoleniem przyjąłem więc niedawną, lipcową uchwałę Sejmu i Senatu RP, uchwaloną nota bene jednogłośnie,  o uznaniu zamordowania ponad stu tysięcy Polaków przez ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej za ludobójstwo. Wyrażono w niej jednocześnie szacunek dla Ukraińców, którzy ratowali Polaków. W odpowiedzi ukraiński Parlament ostro potępił tę uchwałę, a w tamtejszych mediach rozpętała się histeria. Przytaczam fragmenty interesującego wywiadu na ten temat, który ukazał się 27.08.2016 r., na łamach Gazety Wyborczej.

Igor T. Miecik rozmawia z Jurijem Szuchewyczem.

Jurij Szuchewycz: Wołyń ludobójstwem? Ile wam Kreml zapłacił?

Fot. zbiory Osrodka KARTA, udostepnił Mariusz Hermanowicz

Kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często mi opowiadali, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała, żeby zadać im cios od tyłu.

W lipcu Polska wypowiedziała Ukrainie wojnę. Wojnę hybrydową. Czego się spodziewaliście? Macie teraz naszą odpowiedź na swój zdradziecki atak. Wojna to wojna. Ale to nie my ją rozpoczęliśmy – usłyszałem w słuchawce telefonu, zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej niż “dzień dobry” i zapytać o projekt uchwały ukraińskiego parlamentu o “historii ludobójstwa narodu ukraińskiego dokonywanej systematycznie i konsekwentnie przez państwo polskie”.

To nie była nasza pierwsza rozmowa. Jurija Szuchewycza, syna komendanta Ukraińskiej Powstańczej Armii, poznałem dwa lata temu. Spotkaliśmy się kilka razy we Lwowie i przegadaliśmy długie godziny. Ich owocem były wywiady w “Gazecie Wyborczej” i w mojej książce o Ukrainie. Tyle że mówiliśmy wtedy o obaleniu Janukowycza, ukraińskiej rewolucji oraz o samym Szuchewyczu i jego niezwykłym życiu.

Pojechałem też do Lwowa kilka dni po przyjęciu przez polski Sejm uchwały o tym, że “ofiary zbrodni popełnionych w latach 40 przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w należyty sposób upamiętnione, a masowe mordy nie zostały określone – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”.

Wiedziałem, że nie będzie łatwo – do tej pory omijaliśmy temat Wołynia – ale nie spodziewałem się, że aż tak…

Atmosfera od początku była zła. Szuchewycz wyznaczył spotkanie w centrum miasta w modnej, drogiej wiedeńskiej kawiarni. Przyszedł w towarzystwie żony Lesi i poselskiego asystenta.

Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

– Ile wam zapłaciła Moskwa? – zaczął, nie czekając na moje pytanie.

Zatkało mnie: – Jaka Moskwa? Komu? Za co?

– Moskwa Putina, Kreml. Ile zapłacili waszym posłom, za nazwanie wydarzeń na Wołyniu ludobójstwem? Ile?

Jurij Szuchewycz jest na Ukrainie, zwłaszcza zachodniej, pomnikiem. Niekwestionowanym tam autorytetem moralnym, kimś w rodzaju świeckiego przywódcy duchowego.
Ma 83 lata i życiorys męczennika. Jako syn zamordowanego w 1950 r. przez NKWD legendarnego komendanta UPA Romana Szuchewycza, sam nie mając nic na sumieniu, został aresztowany przez Sowietów jako 15-letni chłopiec i z krótkimi przerwami przesiedział w łagrach ponad 30 lat. W celi stracił wzrok. Wyszedł w 1989 r., w przededniu odzyskania przez Ukrainę niepodległości.

Po zwycięstwie Majdanu w 2014 r. zdobył mandat deputowanego Wierchownej Rady, gdzie w sprawach dotyczących historii jego głos jest wpływowy, zawsze słuchany z uwagą i szacunkiem.

W lipcu jako jedyny deputowany towarzyszył przewodniczącemu Wierchownej Rady Andriejowi Parubijowi w zakończonych fiaskiem negocjacjach z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim dotyczących wspólnego stanowiska w sprawie rzezi wołyńskiej. A po przyjęciu polskiej uchwały służył radą deputowanemu Ołehowi Musijowi, autorowi projektu “odwetowej” uchwały ukraińskiego parlamentu o polskim ludobójstwie.

Panie Juriju, pan mówi poważnie o pieniądzach z Moskwy?

– To nie moja opinia, tylko pogląd powszechny na Ukrainie. Putin wykorzystuje w wojnie hybrydowej różne siły polityczne, a także je finansuje, by wykonywały jego wolę. Tak jest z mniejszością rosyjską i partią komunistyczną w Estonii, skrajną prawicą Marine Le Pen we Francji, węgierskim Jobbikiem, nie widzę przyczyn, dla których nie miałby finansować posłów polskiego Sejmu.

Po co Putinowi taka uchwała polskiego Sejmu?

– Kreml zrobi wszystko, żeby skompromitować postać Stepana Bandery, ukraiński nacjonalizm, myśl polityczną OUN i działalność UPA. Zrobi wszystko, żeby opluć naszych bohaterów i podzielić naród.

Nie potrzeba Putina, by Bandera i jego koncepcje dzieliły Ukraińców. Nie tylko w Polsce nie jest on darzony sympatią. Spotkałem wielu Ukraińców bardzo sceptycznych wobec ideologii banderowskiej.

– To efekt pół wieku sowieckiej propagandy. Ale to się zmienia. Po raz pierwszy od lat możemy sami decydować, kto jest naszym bohaterem, i sami wychowywać naszą młodzież. Bandera jest niezaprzeczalnym symbolem ukraińskiego patriotyzmu. Czy się to komuś podoba, czy nie.

Nie uważa pan, że to nie jest uczciwe postawienie sprawy, zwłaszcza wobec ukraińskiej młodzieży: albo Bandera, albo Putin. Szantaż moralny: jeśli nie jesteś wyznawcą Bandery, znaczy, żeś nie jest patriotą, gorzej – jesteś separatystą, zdrajcą. Jakby nie można było być liberałem czy socjalistą i jednocześnie patriotą.

– Nie można być prawdziwym ukraińskim patriotą, odrzucając Banderę. OUN była jedynym prawdziwie niepodległościowym niezależnym nurtem politycznym, dla którego wolność Ukrainy była wartością najwyższą, i jest to rzecz nie podlegająca dyskusji. W rzeczywistości wojny hybrydowej, z którą mamy do czynienia, postawiliśmy niedawno w ukraińskim parlamencie kropkę nad i.

To pan był autorem ustawy, która podważanie zasług OUN i UPA dla ukraińskiej niepodległości uważa za przestępstwo. Szacunek można wymóc ustawą i groźbą kary?

– Można i trzeba. Trwa wojna.

Co jest takiego w uchwale polskiego Sejmu dotyczącej Wołynia, że wywołała na Ukrainie tak skrajne emocje, a u pana, jak widzę, wywołuje wręcz gniew?

– To z gruntu, od pierwszego do ostatniego zdania, zakłamany, prowokacyjny i szowinistyczny tekst.

Czy ktoś tam wspomniał, jakie były przyczyny konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu? Czy mówi się tam o brutalnej okupacji ukraińskich ziem etnicznych przez II Rzeczpospolitą, o paleniu naszych cerkwi albo odbieraniu ich nam przez katolików, o policyjnych pacyfikacjach wiosek, wysiedleniach, wypędzeniach, o tym, że samo słowo “Ukrainiec” było zakazane, a Polacy wprowadzili do obiegu upokarzające nas określenie “Rusin”?

Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla “chama” Ukraińca czy określenie “bydło”, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny. Wie pan, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane z ojcem? To widzenie w Berezie Kartuskiej – polskim obozie koncentracyjnym dla Ukraińców. Miałem cztery lata, ale pamiętam.

Nie wspomina się też w waszej uchwale o planowym mordowaniu Ukraińców na Chełmszczyźnie, Podlasiu i Zasaniu, które Armia Krajowa rozpoczęła jeszcze w 1941 r. Przez niemal całą okupację w stosunku do ukraińskiej ludności polskie podziemie szło ręka w rękę z sowiecką partyzantką, wszystko, byle tylko przywrócić okupacyjne granice sprzed 1939 r. i oczyścić z Ukraińców ziemie aż po Zbrucz.

A wasza akcja “Burza”? O niej też cisza, a była to ostatnia desperacka próba współpracy z Sowietami, znów w imię utrzymania polskich imperialnych zdobyczy na etnicznych ziemiach Ukraińców.

Rzezi wołyńskiej zaprzeczyć jednak nie można. Nie można zaprzeczyć planowemu mordowaniu cywilnej ludności polskiej, starców, kobiet i dzieci. Jak rozumiem, sprzeciw na Ukrainie budzi określenie “ludobójstwo”.

– Określenie “ludobójstwo” to oczywiste zakłamanie historii. Wam zależy jednak jeszcze na powiązaniu, choćby na siłę, ofiar partyzanckiej wojny domowej z Banderą, OUN, ruchem ukraińskich nacjonalistów i obciążeniu ich całą odpowiedzialnością.

A nie ponoszą tej odpowiedzialności? Co się w takim razie według pana stało w 1943 r. na Wołyniu?

– Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum.

I podczas tej samoobrony wybito 80 tysięcy ludzi?

– To kolejne kłamstwo. Przypominam, że polska uchwała sejmowa mówi o 100 tysiącach! Ćwierć wieku temu naliczono 20 tysięcy ofiar, potem 40, jeszcze później 60, 80, a teraz 100 tysięcy. Polacy na siłę wrzucają wszystkich, którzy zginęli podczas wojny i okupacji na Wołyniu i Galicji, do jednego worka z podpisem “rzeź wołyńska”. Wszystko jedno, czy zginęli z ręki Niemców, Sowietów, zwykłych band albo nawet wyjechali na roboty do Niemiec. Niedługo naliczycie tych ofiar więcej, niż było przed wojną wszystkich Polaków na zachodniej Ukrainie.

Zastanawiam się, czy gdybym był Ukraińcem, to wolałbym, by historia zapamiętała rzeź wołyńską jako spontaniczne powstanie ludowe, gdzie znający się od lat ludzie mordują swoich sąsiadów, czy też raczej jako akcję wywołaną z inspiracji i na rozkaz nacjonalistów. I chyba wołałbym wierzyć, że moi dziadowie zostali zaczadzeni zbrodniczą ideologią i działali na rozkaz, niż że pewnego dnia sami z siebie wzięli siekierę, piłę i poszli do chaty sąsiada wymordować całą jego rodzinę.

– To perfidna, przemyślana i prowadzona konsekwentnie od wielu lat polska operacja propagandowa. Obciążając odpowiedzialnością ukraiński ruch niepodległościowy, chcecie zohydzić i uczynić zbrodniarzami naszych bohaterów, ludzi, którzy położyli fundament pod ukraińską tożsamość i państwowość, odzyskali dla Ukraińców godność.

To postkolonialna manipulacja. Pomysł zmierzający do ponownej dekapitacji narodu ukraińskiego. Pozbawienia go przywództwa i wartości, tak by znów stał się bezwolną niewolniczą masą, której można będzie narzucić obce wartości i przywództwo. W tym sensie postępujecie wobec Ukrainy dokładnie tak jak Moskwa. Prezentujecie podobne moskiewskiemu postkolonialne i postimperialne myślenie, co pokazał otwarcie wasz Sejm 22 lipca. Sądzi pan, że nie wiem, co Polacy kryją w głębi serca? Sentymenty o Polsce od morza do morza! Ot co! Wilno nasze, Lwów nasz.

Nigdy nie słyszałem w Polsce ani jednego poważnego głosu, czy to polityka, czy to działacza społecznego, który by kwestionował granice ustalone w Europie po 1945 r. W przeciwieństwie do pana, który nieraz mówił, że jeszcze nie wszystkie ukraińskie etniczne ziemie wróciły do macierzy, i wymieniał jako takie rosyjski Kubań i ziemie nad Donem, na zachodzie zaś Podlasie, Chełmszczyznę, Zasanie i Łemkowszczyznę. Już sam termin “ziemie etniczne” jest dziś niedopuszczalny.

– Bo co? Niewygodny dla krajów postkolonialnych, które odbierały ziemie innym narodom? A Polacy w jakich kategoriach myślą? Proszę się rozejrzeć po Lwowie latem, wszędzie wycieczki waszych kresowiaków. Bardzo proszę, niech przyjeżdżają, ale jak się ich posłucha, otwierają się oczy: to polski uniwersytet, to cmentarz polskich bohaterów, tu polskie to, tam polskie tamto.

Przez lata nie mogliście o tym głośno mówić, czekaliście na moment słabości Ukrainy. Teraz, kiedy my toczymy wojnę z Moskwą, wy jak zwykle wbijacie nam nóż w plecy. Towarzysze mojego ojca z UPA często opowiadali mi, że gdy oni walczyli z Sowietami albo Niemcami, to AK tylko czekała na okazję, żeby zadać im cios od tyłu.

Pan wybaczy, ale skala ukraińskiej kolaboracji z hitlerowcami nie miała precedensu na terenach byłej II RP. Ukraińska policja pomocnicza…

– Policja była wszędzie. Na okupowanej brytyjskiej wyspie Jersey służyli lojalni wobec Niemców angielscy boje, nawet czapek nie zmienili.

Oni nie pilnowali gett żydowskich ani obozów jenieckich…

– A polska policja granatowa, a policja żydowska to gett nie pilnowała? Dla mnie kolaboracja z Niemcami znaczy tyle samo co kolaboracja z Sowietami, a tu Polacy byli liderami. Zaczęliście już w 1939 r., kiedy nie zdecydowaliście się walczyć ze Stalinem tak jak z Hitlerem, i mimo że zapłaciliście za to krwawą cenę w Katyniu,kontynuowaliście  tę współpracę przez całą wojnę. Kiedy zaś była skierowana przeciw Ukraińcom, była nadzwyczaj harmonijna i skuteczna, a jej ukoronowaniem była akcja “Wisła”.

Widać to nawet dziś, bo o Katyniu grzecznie milczycie, a za Wołyń domagacie się od Ukraińców nieustających aktów pokajania. Gdy do Lwowa albo do Równego przyjeżdżają na przepustki chłopcy z frontu z Donbasu, to co oni czują, kiedy dowiadują się, że ktoś, kto wydawał się sojusznikiem, mówi o ich bohaterach i ideałach tym samym głosem co rebelianci? Otóż czują, że znów dostali cios w plecy. Wie pan, że w Ługańsku rebelianci urządzili oficjalną uroczystość upamiętniającą “ofiary rzezi wołyńskiej”?

Pana teza o antyukraińskiej współpracy polsko-moskiewskiej jest krzywdząca i nieprawdziwa. Między Polską a Rosją nie było w ostatnich latach gorszych stosunków niż dziś. I jest to spowodowane między innymi, jeśli nie przede wszystkim, polskim wsparciem dla ukraińskich dążeń niepodległościowych.

– To proszę przestać mówić po rosyjsku i przejść na ukraiński. W tej chwili! – wtrąciła się nagle pani Lesia, żona Szuchewycza.

Zatkało mnie. Mówię po ukraińsku płynnie, ale zdecydowanie lepiej po rosyjsku. W tym dwujęzycznym kraju używam raz jednego, raz drugiego języka. Czasem automatycznie, nawet nie zastanawiając się nad tym, zaczynam po rosyjsku i po kilku zdaniach się przestawiam. Ale nigdy nikt na Ukrainie nie robił najmniejszego problemu z powodu języka, którym się mówi. Także sam Szuchewycz.

Wcześniej spotykałem się z panem Jurijem w cztery oczy. Siadaliśmy w skromnej kawiarence obok jego domu, gdzie Szuchewycz miał swój stolik, albo spacerowaliśmy po Lwowie. Niewidomy starzec, wspierając się na moim ramieniu, wyraźnie zrelaksowany, przerywał “służbowe” wątki naszej rozmowy dygresjami na temat miasta i starymi galicyjskimi anegdotami, wydawało mi się, że zadzierzgnęła się między nami nić szczerej sympatii. Mówiliśmy raz po ukraińsku, raz po rosyjsku. Zdarzały się Szuchewyczowi wstawki po polsku. Cytował z pamięci Słowackiego i Norwida.

Co się nagle popsuło między nami? Przed spotkaniem z Lesią Szuchewycz, urodzoną w Niemczech córką ukraińskiego emigranta, żołnierza UPA, ostrzegali mnie dawni towarzysze pana Jurija. Twierdzili: “To fanatyczka”.

A mówili to członkowie założonej przez Szuchewycza w latach 90 partii UNA i jej bojówki UNSO. Ludzie, którzy na ochotnika walczyli w Naddniestrzu, obu wojnach czeczeńskich, Gruzji i wszędzie tam, gdzie można było “bić Moskala”. Jeszcze niedawno wydawało się, że na prawo od nich jest już tylko brunatna mgła.

W ciągu dwóch lat wojny w Donbasie Ukraina i Jurij Szuchewycz osobiście dokonali jednak ostrego zwrotu. Na scenie politycznej pojawiły się nowe agresywne ugrupowania i zradykalizowały się istniejące. Dawni koledzy mówią, że to Lesia namówiła Szuchewycza, by porzucił UNA-UNSO i dołączył do Ołeha Laszki, szefa Partii Radykalnej, który narodowo-socjalnym populizmem przelicytował wszystkich.

– Jest pan na Ukrainie, więc ma pan mówić po ukraińsku – powtórzyła tonem nieznoszącym sprzeciwu Lesia Szuchewycz. – Wiem, że pan umie. Przy mnie po rosyjsku mówić pan nie będzie! Ani słowa więcej po kacapsku!

Zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Rozmowa przestawała przypominać wywiad, nasz dialog zaczął się zamieniać w konfrontację. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała, żeby w jednej chwili zniknęła cała polityczna poprawność i zwyczajne przejawy sympatii czy przynajmniej szacunku i zrozumienia, które towarzyszyły naszym wcześniejszym spotkaniom.

– Dobrze by było, żeby Polacy przestali pisać Ukraińcom historię i pozwolili nam samym ją napisać – podjął po chwili pan Jurij.

Problem w tym, że to wspólna historia. Czy ma ona wyglądać tak jak w projekcie ukraińskiej uchwały? Znam pana poglądy, jest pan nacjonalistą, ale pochodzi pan z inteligenckiej lwowskiej rodziny. Pradziadek etnograf, badacz huculszczyzny, dziadek sędzia, ojciec i stryj inżynierowie. Pan to widzi wyłącznie w czerni i bieli? Czy historia Ukraińców w II RP to rzeczywiście opowieść o ludobójstwie? A co z ukraińskimi legalnymi partiami politycznymi? Posłami mniejszości z wicemarszałkiem Sejmu II RP Wasylem Mudrym na czele?

– To nie Ukraińcy zaczęli tę wojnę na uchwały. Projekt naszej może być dla Polaków bolesny, ale czas najwyższy, by spojrzeli historycznej prawdzie w oczy.

Nie wszyscy Ukraińcy widzą stosunki polsko-ukraińskie tak, jak je opisuje uchwała. Podobnie jest z rzezią wołyńską. Temat jest wykorzystywany jako oręż do walki politycznej przez propagandę promoskiewską, ale interesują się nim też zwykli ludzie, którzy chcą poznać niezideologizowaną prawdę historyczną. W Odessie na przykład miejscowa młodzież, koło fascynatów historii, przy wsparciu diaspory żydowskiej zorganizowała wystawę o Wołyniu ’43. Urządzili ją w murach rosyjskiego teatru, ale ani z rebeliantami, ani z Putinem nie mają nic wspólnego, wcześniej robili seminarium o obronie Sewastopola, bezwzględnie krytyczne wobec dowództwa Armii Czerwonej.

– Skąd pan wie o tej wystawie na temat Wołynia? – wtrącił się asystent Szuchewycza.

Od znajomej dziennikarki z Odessy.

– Nazwiska tych ludzi pan zna? Nazwę ich organizacji? Co to za teatr? – asystent wyciągnął pióro i otworzył notes.

A co to ma do rzeczy?

– Trzeba powiadomić o tej wystawie odpowiednie służby.

Jakie służby?

– Organy ścigania, prokuraturę, Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy.

PS Tekst jest relacją z trzech rozmów z Jurijem Szuchewyczem z lipca i sierpnia 2016 r. Bezpośredniej we Lwowie i dwóch późniejszych telefonicznych.

*Jurij Szuchewycz – ur. w 1933 r., deputowany do ukraińskiego parlamentu. Sowieci aresztowali go w 1948 r., tuż po 15 urodzinach. W więzieniach i łagrach spędził 31 lat i stracił tam wzrok. Jego ojciec Roman był komendantem UPA współodpowiedzialnym za czystkę etniczną Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Flucht – Ucieczka 2

Po polsku

Flucht-Ucieczka

Dokumentartheater im Güterzug

„Flucht – Ucieczka“ heißt die Inszenierung, mit der die niedersächsische Theatergruppe Das Letzte Kleinod (Schiffdorf) zurzeit in Polen gastiert. Die Kooperation mit dem Teatr Gdynia Główna wird von vielen Partnern gefördert, zu sehen ist das Stück an Bahnhöfen in Gdynia, Piła und Poznań, in Frankfurt/Oder, Berlin-Spandau, Lüneburg, Hannover-Linden, Bremerhaven, Bad Bederkesa und Geestenseth.

„Spektakl documentalny w wagonach towarowych“ steht auf den Werbebannern: „Dokumentartheater in Güterwaggons“. Überraschungen gehören bei diesem Projekt dazu, der Ozeanblaue Zug des Letzten Kleinods spielt eine Hauptrolle. Die sieben Waggons transportieren die Akteure von Ort zu Ort, dienen als Unterkunft und Kantine, Materiallager und Theaterbüro. Vier angehängte Wagen der slowakischen Eisenbahn sind Kulisse und Bühne – mal müssen vor den Vorstellungen Steine beseitigt werden, mal kämpfen die Schauspieler mit staubigem Schotter. Was sie am nächsten Bahnhof erwartet, wissen sie nicht.

Ucieczka fot. m.chojnowska (11)

Aufführungen im schwarzen Saal sind für Kleinod-Gründer Jens-Erwin Siemssen kein Anreiz, er braucht Wind und Wetter, den direkten Kontakt zum Publikum. „Wir bringen Geschichten an die Orte zurück, an denen sie sich ereignet haben“, erläutert er den Ansatz des Theaters, das im vergangenen Jahr mit dem Theaterpreis des Bundes ausgezeichnet wurde. „Dabei geben wir Erinnerungen an die nächsten Generationen weiter“, sagt Siemssen, der im Gespräch immer wieder den Bogen von „Flucht – Ucieczka“ zur aktuellen Flüchtlingssituation schlägt. Der Theatermacher führt Regie und hat den Text geschrieben, als Autor sieht er sich dennoch nicht. „Eher als Arrangeur. Wir haben den Texten der Zeitzeugen nichts hinzugefügt.“

Die Zeitzeugen wurden in Deutschland, Russland und Polen interviewt, das Stück stellt sie nun vor. Margarita Wiesner und Katja Tannert spielen Mädchen aus Ostpreußen, Wlada Vladislava ein Mädchen aus Russland und Matylda Magdalena Rozniakowska ein Mädchen aus Polen. Iwo Bochat ist ein junger russischer Soldat, Radoslaw Smuzny ein litauischer Junge, Szymon Jablonski (Akkordeon) und Marcin Koziol (Gitarre) sorgen für die musikalische Begleitung. Kabeltrommeln sind die einzigen Requisiten, elf Szenen führen vom Blaubeersammeln zur Flucht über das Haff und Fliegerangriffen, zum Ende des II. Weltkriegs. Geschichte in starken Bildern, beeindruckendes Theater, das unter die Haut geht: Nicht nur bei der Premiere in Gdynia gab es stehenden Applaus.

Ucieczka fot. m.chojnowska (7)

Von Gdynia (Gdingen) mit dem Ozeanblauen Zug weiter nach Pila (Schneidemühl), es ist für alle wie eine Reise in vergangene Zeiten. Zuerst das lange Warten neben einer Industriebrache bei Gdansk, schließlich rumpeln die Waggons sanft schaukelnd auf einspurigem Gleis durch Wälder, Wiesen und Felder, ziehen kleine Ortschaften der Woiwodschaften Pommern und Großpolen vorbei. Die untergehende Sonne auf der einen, der aufgehende Mond auf der anderen Seite, das Rattern der Gleisschwellen sorgt für den Rhythmus der Fahrt. Weil der Elektrizitätsanschluss nicht funktioniert, muss nach der nächtlichen Ankunft erstmal hart gearbeitet werden. Aber zwei Stunden später haben die beiden mitreisenden Techniker und ihr polnischer Kollege das Problem behoben, geht in Pila das Licht an.

Ucieczka fot. m.chojnowska (10)

Pressegespräche und Proben, der nächste Großeinkauf wird geplant. Das Projekt ist nicht zuletzt eine logistische Herausforderung: Produktionsleiterin Ida Bocian (Teatr Gdynia Glówna) telefoniert einmal mehr mit der Bahn in Poznan, der syrische Koch Ali Ali Deeb tischt noch ein spätes Abendessen auf. Für die erste Doppelvorstellung in Pila gab es zweimal stehenden Schlussapplaus – bis zum 29. Juli spielt das Ensemble das Stück noch auf Polnisch, ab dem 3. August dann auf Deutsch. Egal, in welcher Sprache: „Flucht – Ucieczka“ ist auf jeden Fall ein Theatererlebnis.

Text: U. Müller, Fotos: M. Chojnowska

Spieltermine „Flucht – Ucieczka“

Frankfurt/Oder

Lokwerkstatt der DB Netz, Briesener Str. 4, 15230 Frankfurt/Oder

3.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr (Premiere Deutschland)
4.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr
5.8.2016                     19:00 Uhr, 20:30 Uhr

Berlin

Bahnhof Havelländische Eisenbahn, Schönwalder Allee 51a, 13587 Berlin-Spandau

6.8.2016                     19:00 Uhr
7.8.2016                     20:30 Uhr

Regie: Jens-Erwin Siemssen / Dramaturgie: Zindi Hausmann / Ensemble: Matylda Magdalena Rożniakowska, Katja Tannert, Margarita Wiesner, Wlada Vladislava, Iwo Bochat, Radosław Smużny, Szymon Jabłoński, Marcin Kozioł