Liebe Freund*innen der Street-Art, ich lade euch herzlichst zur Finissage am So.,19.08.2018 um 18:00 Uhr ein
Es erwartet euch ein Vortrag mit vielen Fotos „Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“ erlebt, fotografiert und vorgetragen von Lupo
Fotoausstellung von Lupo Finto noch bis 23.08.2018 “Vielfältige Street-Art-Welt Berlin” RegenbogenCafé, Berlin-Kreuzberg Lausitzer Str. 22 So-Fr 9:00 – 17:00 Uhr, Eintritt frei
Liebe Grüße Lupo Finto
Lupo präsentiert in seinem Vortrag „Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“ unter anderem ungewöhnliche und einzigartige Street-Art der letzten 10 Jahre. Wer kennt z.B. die “Galerie Bürknerstraße”? Oder was ist “Street-Art-Fake”? Lasst euch überraschen, wie Street-Art-Künstler*innen das Stadtbild verändern bzw. kurzzeitig bereichert haben.
Ja. Alles, was Lupo in der Haupstadt findet, ist schön und interessant, meine Katze aber ist natürlich die Schönste :-). Ich habe mir dieses Bild von Lupo als Eigengeschenk schon vor ein paar Jahren zum Geburtstag gekauft…
Wielu z nas odjeżdża do Szczecina, a i dalej do Kołobrzegu, Gdańska, Olsztyna i Białegostoku z dworca Gesundbrunnen.
Z reguły nie mamy czasu na dworcu, wyskakujemy z metra i pędzimy na peron, może w biegu wskoczymy jeszcze po kawę to go, zwaną przez berlińczyków kawą Togo, i już, pach pach, jedziemy. Mało kto ma więc okazję, żeby w ogóle zauważyć, że na samym środku hali dworcowej stoi tablica informacyjna.
Ale jest lato 2o18 roku. W komunikacji miejskiej wciąż coś nawala. Kolejka miejska, która ostatnio nagminnie się spóźnia, spóźnia się i dziś, zanim dotrę na dworzec, pociąg o 8:05 dawno odjechał. Muszę czekać na następny. Tracę godzinę z pospiesznego życia mieszkańca metropolii, godzinę, która odbije się na napiętym harmonogramie całego dnia, godzinę, która okaże się jednak zyskiem. Na początku wcale to tak nie wygląda. Kawa wypita, pobliskie centrum handlowe jeszcze zamknięte, gazeta nudna, książki “się nie wzięło”, bo w pociągu “miało się” sprawdzić wymagający korekty tekst w komputerze. Nerd by w takiej sytuacji natychmiast otworzył laptopa, ale mnie się nie chce. Młodzi spędziliby taką godzinę z nosem w komórce, ale ja już jadąc tu sprawdziłam, co w poczcie i też mi się nie chce. Zarzucam torbę na ramię i wolnym krokiem obchodzę dworzec.
Widzę szereg mrówek niosących duże białe jajka. Idą przez halę dworcową, jakby to był ostęp leśny. Naprawdę, rację mają ci, którzy głoszą, że natura nas w ogóle nie zauważa i nic z nas sobie nie robi, że nie obchodzą jej nasze zniszczenia, bo nie zależy jej na poszczególnych gatunkach, lecz po prostu na życiu, a ono przetrwa wszystko.
Odrywam nos od ziemi i w ostatniej chwili udaje mi się nie wpaść na tablicę, która mi wyrosła dosłownie przed tymże nosem. Duża tablica informacyjna ze zdjęciami i tekstem. Dar z nieba, jest co czytać! Potem się dowiem, że tablicę odsłonięto niedawno, bo w czerwcu 2016 roku. Przedtem była tu przez lata jedna wielka budowa. Przy okazji nazwano plac przed dworcem imienniem Hanno Sobka: Hanne-Sobek-Platz.
To jemu poświęcono tablicę na dworcu. Piękna historia, piękny człowiek, nigdy o nim nie sałyszałam. Hanne Sobek był pierwszą prawdziwą gwiazdą niemieckiego futbolu, a może nawet europejskiego.
Tu na Weddingu, w pobliżu obecnego dworca, mieściła się główna siedziba berlińskiego klubu piłkarskiego Hertha i własny stadion klubu czyli Die Plumpe. Stadion, wciśniąty między budynek dworca a most, zwany Millionenbrücke, bo tyle kosztowała jego budowa.
Kapitanem drużyny był Hanne Sobek, jego żona prowadziła knajpę Lichtburg w pobliskim kinie i teatrze. Wedding był robotniczy i rewolucyjny, a Hertha była jego sercem. To były czasy! Nic z nich nie pozostało. Owszem, Hertha nadal istnieje, ale już dawno odcięła się od swych proletariackich korzeni. Sobek dostał plac przed dworcem i tablicę na dworcu…
Klub Hertha został założony 25 lipca 1892 roku nie tu, lecz troszkę dalej, na pewnej ławce na Placu Arkona. Pierwsza knajpa klubu mieściła się nieopodal na Oderberger Straße. Ławka (ale czy ta sama?) wciąż jeszcze jest, podobnie knajpa. Teraz to hipsterska dzielnica, nikt tu nie kopie w piłę, a w knajpie można zamówić bezglutenowe kluseczki z bezmięsnym gulaszem w bezlaktozowym sosie śmietanowym.
Sześć razy pod rząd Hertha prowadzona przez Sobka weszła stąd, ze stadionu Plumpe na Gesundbrunnen, do finałów mistrzostw Niemiec. Cztery razy przegrała, dwa razy wygrała. Zdobycie tytułu w roku 1931 wywołało prawdziwą euforię. Po rozegranym w Kolonii meczu, gdzie Hertha wygrała 3:2 z 1860 München, 15 czerwca 1931 roku na dworcu Friedrichstraße tysiące berlińczyków czekały na drużynę i odprowadziły ją w tryumfalnym pochodzie do Gesundbrunnen.
Johannes Sobek, zawsze nazywany ‘Hanne’, urodził się 18 marca 1900 roku, w Mirow w Meklemburgii. Od dzieciństwa kochał piłkę nożną, w latach 1920 – 1925 grał w drużynie Alemannia 90. On sam 10 razy grał w mistrzostwach Niemiec, po raz pierwszy właśnie w Alemanii. W roku 1925 został napastnikiem w berlińskiej drużynie Hertha BSC i współtworzył jej legendę, legendę Biało-Niebieskich. W roku 1930 Hertha wygrała 5:4 z Holsztynem Kilonią, a w roku 1931 z Monachium. W obu meczach Sobek strzelił po dwie bramki. Po wojnie Sobek był trenerem piłkarskim.
Berliński autor Oliver Ohmann, który napisał książkę o Sobku, pisze: “Hanne Sobek był cudem, na który od dawna czekali początkujący piłkarze – charyzmatyczny, pełen pasji, genialny.” Jeden z kolegów piłkarzy ujął to prościej “Hanne Sobek był według mnie największym berlińskim piłkarzem.”
Sobek zmarł 17 lutego 1989 roku w Berlinie. W roku 1999 jego imieniem nazwano zespół sportowy przy placu Louise Schröder, w roku 2006 Sobek został patronem placu przed dworcem Gesundbrunnen.
Wer will, kann noch Einiges aus dem Programm miterleben…
Julia Kissina
Eine Rede zum URBAN DICTIONARY BERLIN_NEW YORK LITERATUR FESTIVAL 2018
Worüber sprechen wir, wenn wir über Literatur sprechen? Sprechen wir über Unterhaltung? Ist Literatur ein Rohstoff für Massenkultur oder eine Grauzone zwischen Philosophie, Politik und Emotionen?
Spielt die Literatur noch eine Rolle bei der Meinungsbildung?
Was ist für uns wichtiger: Politik oder Poesie?
Welche Art von Lesen wird uns von den Verlagen und der Presse aufgezwungen?
Wessen Urteil über Bücher kann man vertrauen?
Es gibt eine neue Ethik. Es gibt neue Spielregeln: politische Korrektheit, Diversity, Gleichheit der Geschlechter und so weiter. Kann politische Korrektheit die Literatur töten?
Was ist der literarische Underground heute?
Was ist eine unabhängige Presse?
Ob die “Creative Writing” die Seele frisst? Weder Cervantes noch Dostojewski noch Rimbaud haben jemals solche Creative Writing Kurse besucht.
Im Laufe unseres Lebens haben sich die Grenzen unserer Wahrnehmung verändert. Jetzt reden wir über den Mangel an Aufmerksamkeit, den Mangel von Zeit, wir reden über Blogs. Wird der “große Text” in der Ära der Blogs überleben?
Wozu braucht man Verlage im Internetzeitalter?
Brauchen wir veröffentlicht sein? Homer veröffentlichte keine Bücher.
Das Konzept des kulturellen Gedächtnisses hat sich verändert. Wo ist die Grenze zwischen Literatur und Journalismus? Gibt es wirklich einen Unterschied zwischen Fiktion und Dokument?
Wie wird Literatur zur Ware? Zur Zeit des Aristoteles gab es nur drei Hauptgenres der Literatur; Komödie, Tragödie und Drama. Heute habe ich in der deutschen Wikipedia 226 aufgezählt, darunter solche mysteriöse, wie Elf-Punk, Eco-Horror und andere – das ist pure Marktwirtschaft.
Was wollen wir lesen?
Warum New York und Berlin?
Man sagt, dass die Amerikaner nichts über uns wissen. Stimmt das?
Was wissen wir über New York? Ich glaube: gar nichts.
Diese und viele andere Themen werden wir im Rahmen von Urban Dictionary diskutieren.
Die Landkarte der Kultur und die Landkarte der Literatur haben sich verändert. Es wurde offensichtlich, dass es keine einzelne, allgemien-gültige Karte der Literatur gibt, da es keine universelle Geschichte und kein gemeinsames Gedächtnis gibt. Heute reden wir nicht über Literatur, sondern über Literaturen. Jedes Land hat seine eigene Vorstellung von Sprache, Wort und Mythos. Wir sprechen nicht über die Literatur der Nationen, wir sprechen über Literatur in tongues, im weitesten Sinne sprechen wir über Grammatik. Jedes Land hat seine eigenen hundert Romane, die jeder in dem jeweiligen Land lesen muss. Die hundert Romane eines Landes sind radikal anders als die hundert eines anderen.
So unterscheiden sie sich ebenfalls in zwei Epizentren der Kultur: Nordamerika und Europa, Berlin und New York.
Um sich zu definieren, um unseren Platz zu finden, um zu verstehen, was wir lesen, müssen wir eine neue Literatur-Karte zeichnen.
Mit dem Berlin New York Festival schaffen wir den Rahmen, die Bedingungen, eine Plattform, einen Arbeitstisch, um diese neue Karte zu zeichnen.
Nicht nur die Lesungen unserer Autoren, sondern auch Seminare zu folgenden Themen finden statt:
Metaphysik versus Politik ist eine Spannungszone zwischen Poesie und Prosa, zwischen Poesie und der Verteidigung nationaler und sozialer Interessen.
Die unabhängigen Verlage werden uns von ihren Überlebensstrategien erzählen.
Darüber hinaus werden wir diskutieren, was gewöhnlich und bequem ist, und über das Vertaute und das Fremde sprechen, und jedem, der das Wort “Exotic” verwendet, die Zunge abschneiden.
Tak się czuję, nie mam siły na więcej… Dorota Kot – dziękuję, że to znalazłaś!
Unbeholfene Übersetzung für deutsche Leser: Was tust du? Aussterben.
Ich bitte die Puristen, das, was oben steht, nicht zu korrigieren.
Es soll so sein: Was tust du? Aussterben (tue ich).
Ich hab’ fertig!
(Auf Polnisch ist es wirklich lustig :-))
Poza tym… / Ausserdem
ComicInvasionBerlin am 16./17. und 23./24. Juni 2018
Und wenn es kosten darf (Achtung: ab 60 Euro, aber Tickets für Rolling Stones, als ich sie last minute gestern kaufen wollte, begannen ab 105 euro… Es war Konzert Ü70, aber Jungs waren in Form und Olympiastadion voll. Als Zugabe gab es „Satisfaction“ mit Feuerwerk – ein passender Schlusspunkt, schreibt Meike Schulz in Berliner Zeitung)
Przybywajcie, facet dobrze śpiewa, a zarzeka się, że nigdy więcej! Jedyna taka okazja w życiu!
Ale te linijki poniżej i w tytule to nie nasz muzyk, to …
Cyprian Kamil Norwid
MOJA PIOSNKA
POL. – I’ll speak to him again. What do you read, my lord?… HAM. – Words, words, words! Shakespeare
Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie…
Nie rozerwę, bo silna,
Może święta, choć mylna,
Może nie chcę rozerwać tej wstążki;
Ale wszędzie – o! wszędzie,
Gdzie ja będę, ta będzie:
Tu w otwarte zakłada się książki,
Tam u kwiatów zawiązką,
Owdzie stoczy się wąsko
By jesienne na łąkach przędziwo:
I rozmdleje stopniowo,
By ujednić na nowo,
I na nowo się zrośnie w ogniwo.
Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie.
Niech mi puchar podadzą i wieniec!…
I włożyłem na czoło,
I wypiłem, a wkoło
Jeden mówi drugiemu: “Szaleniec!!”
Więc do serca, o radę,
Dłoń poniosłem i kładę,
Alić nagle zastygnie prawica:
Głośno śmieli się oni,
Jam pozostał bez dłoni,
Dłoń mi czarna obwiła pętlica.
Źle, źle zawsze i wszędzie
Ta nić czarna się przędzie:
Ona za mną, przede mną i przy mnie,
Ona w każdym oddechu,
Ona w każdym uśmiechu,
Ona we łzie, w modlitwie i w hymnie.
Lecz, nie kwiląc jak dziecię,
Raz wywalczę się przecie;
Złotostruna nie opuść mię lutni!
Czarnoleskiej ja rzeczy
Chcę – ta serce uleczy!
I zagrałem…
…i jeszcze mi smutniéj.
AfD wollte gegen Islamisierung Berlins und Deutschlands protestieren. Es sollten 12 Tausend kommen. Im Endefekt kamen nur zwei Tausend.
In 13 Gegendemonstrationen und einfachen Zulauf einfacher Leute nahmen teil zig Tausende Demonstranten, die gegen Hass und Rassismus und für Demokratie und Toleranz auf die Strassen gingen. Bei den Gegendemos und den bis abend andauernden Parties und spontanen Strassenfeste nahmen ca. 100 Tausend teil. Well done, Berlin. ❤️#StopptdenHass
Es ging um mehr als eine Demo. Die ganze Stadt war auf den Beinen. Sie feierten, tanzten, sangen, freuten sich und haben gesiegt!
Achtung: die Zahl 72. Tausend (an sich schon imponierend) war nur eine Zwischenbilanz. Soviele nahmen teil an der sechs größten Protestveranstaltungen in der Mitte; sie wurden um ca. 14 Uhr zusammengezählt.
Unten ein Bericht einer Demonstrantin unter Hunderttausend.
Anne Schmidt
Demonstration am 27.5.2018 in Berlin gegen die AfD
Die Gegendemonstration wurde so umfassend angekündigt, wie es früher immer vor Demonstrationen gegen Rechts der Fall war. Wahrscheinlich hat Ulrich Matthes mit seinem Interview in der Berliner Zeitung ein Glanzlicht für die “glänzende Demonstration” gesetzt, das die Medien zu einer breiten Publikation dieser Veranstaltung veranlasste. Sogar ein kleiner Routenplan war in der Berliner Zeitung abgedruckt, der mir zeigte, wie ich am einfachsten auf schattigen Wegen zu dem (Gegen)Zug stoßen könnte, der schon im Prenzlauer Berg beginnen sollte.
Ich, fußlahme alte Frau, stieg nichts ahnend in Tempelhof in die U6, freute mich über die frische Luft und viel Platz im Waggon, als drei Stationen weiter eine lärmende, sichtlich aufgekratzte Menge von Jugendlichen in die Wagen stürmte.
Aus den Fragen und suchenden Blicken auf handy-displays war zu schließen, dass sie nicht aus der Mitte Berlins kamen.
An der Friedrichstraße verließ ich die desorientierte Gruppe, die nicht meinen Ausgang zur Spree nahm, sondern sich offensichtlich lieber den Ravern an der Siegessäule als den Theaterleuten am Bertolt-Brecht-Platz anschließen wollte.
Noch herrschte Ruhe auf der Friedrichstraße und ich fragte mich, ob ich etwa zu spät gekommen war. Aber auf der kleinen Bühne neben dem Brecht-Denkmal klärte ein Organisator darüber auf, dass in der Lehrter Straße eine Bockade errichtet worden sei und kurze Parodien uns die Zeit bis zum Eintreffen des Zuges verkürzen sollten.
Meine Bank im Schatten musste ich nach kurzer Zeit aufgeben, weil auf der anderen Seite der Spree ein ohrenbetäubender Lärm einsetzte. Menschen mit goldenen oder silbernen Umhängen zogen am Tränenpalst vorbei und unter der S-Bahnbrücke durch in Richtung Luisenstraße, über die sich die AfDler vom Hauptbahnhof kommend nähern sollten.
In Sorge den glänzenden Zug zu verpassen, machte ich mich eilends auf den Weg an den vollbesetzten Restaurant-Terrassen vorbei zur S-Bahnbrücke an der Albrechtstraße. Es staute sich auf der Brücke und ich musste plötzlich an Duisberg denken. Aber bevor bei mir Panik einsetzen konnte, war ich schon am jenseitigen Ufer angekommen und suchte mir eine Lücke zur Aufstellung.
Eine zierliche ältere Dame (etwa in meinem Alter) machte mir bereitwillig Platz und tippte in ihrem Handy herum; sie hatte ihre Leute verloren, mit denen sie wegen der Demo mit der Bahn aus Hamburg gekommen war.
So gut die Lautstärke es zuließ, erzählte sie mir von ihrer Begegnung mit alten rechten Säcken im Hauptbahnhof, die mit ihrer angeblichen unteren Potenz geprahlt hätten. Wir ergötzten uns an dem Konter ihrer Freundin, das sie bei nächster Gelegenheit in einen Slogan verwandeln wollte.
Als sich die erste Freundin bei ihr meldete, fand ich endlich eine Lücke im nicht enden wollenden Zug der Glänzenden.
Der Schlagzeuger hatte unter der Brücke das Echo zu einem besonders langen Solo genutzt und die johlenden und pfeifenden Menschen übertönt. Ein kleines Stück weiter wurde der Zug am weiteren Geradeausgehen von der Polizei gehindert.
Alle versuchten einen Platz am Brückengeländer zu erhaschen, um die Boote, die unterhalb der Luisenstraße auf der Spree lagen, zu sehen und zu bewundern; sie sahen aus, wie Mark Twains Flöße vom Mississippi, hatten aber große Boxen an Bord, um die fahnenschwenkende Masse, die sich von der Charite her auf die Brücke zubewegte, zu übertönen.
Der Coup war gelungen, denn trotz Straßensperre konnten die Gegner der AfD deren Singsang und Rufe übertönen.
Vor dem Brandenburger Tor verhinderten Polizisten aus Dresden den Weitermarsch der ca. 10.000 Menschen, aber alle Demonstranten wussten, dass jenseits des Brandenburger Tores, auf der anderen Seite der AfD, die Raver auf der Straße des 17. Juni herantanzten und auf der Wiese vor dem Reichstag Parteien und Gewerkschaften den Ring um den kleinen braunen Haufen vervollständigten. Der braune Haufen war umzingelt und konnte nur sich selbst beweihräuchern. Ihre Hetzreden gingen unter in Slogans wie “Nazis raus”. Die Demonstranten, die lieber bunt, glänzend und hedonistisch sein wollten, hielten lange aus, trotz einiger Regentropfen. Es war die größte Demonstration Berlins seit langem und sie endete genauso friedlich wie sie begonnen hatte.
Der riesige Polizeieinsatz war völlig überpropotionalisiert. Am Bahnhof Friedrichstraße hätte ich beinahe rohe Gewalt angewendet, um in den U/S-Bahneingang zu kommen, aber da der bullige Typ, der mir den Durchgang verwehrte, sich nicht auskannte, mussten wir nur über die Straße gehen, um ungehindert unsere U-Bahn zu erreichen.
***
Die Strassen bebten, die Menschen jubelten die Freiheit. In jedweder Hinsicht. Eine fröhliche Mischung von alten Love Paraden, Christopher Street Day and Karneval der Kulturen.
Berlin zwischen Siegssäule und Brandenburger Tor
Ewa Maria Slaska
Am nächsten Tag gab es im Auswärtigen Amt eine Veranstaltung zum Thema Polen in Deutschland.
Eine ziemlich viel versprechende Veranstaltung – es kommen zwei Politiker, die für deutsch-polnische Beziehungen zuständig sind, sie reden ganz ganz kurz und danach dürfen wir, das Publikum, Fragen stellen oder uns zu Wort melden. Ich habe mich gemeldet, wurde nicht akzeptiert. Obwohl ich nicht glaube, dass man so eine “blaue Frau”, wie ich an dem Tag aussah, übersehen kann. Deshalb möchte ich hier schreiben, was ich am Montag nicht sagen konnte oder dürfte. Es war eine Antwort auf drei nacheinander gestellten agressiven Fragen, wieso Deutschen uns Polen belehren, wieso dürfe ein Volk, dass in letzten Hundert Jahren zwei Weltkriege entfacht hat, uns, polnischen Patrioten sagen, was wir tun sollen? Usw.
Die Fragenden, nur Männer, gaben sich als private Personen aus, waren aber, um Fragen zu stellen, abgeordnet.
Frau Szczęch und Herr Woidke antworteten mit ein paar beruhigenden Parolen, die um diese patriotische Brei sich ziemlich schüchtern herumschlichen. Daher wollte ich folgendes sagen:
Ja, Pytający Panowie Patrioci – tak, die fragenden Herren Patrioten! Ja, tak, Sie haben recht. Die Deutschen, die in letzten 104 Jahren zwei Weltkriege entfacht haben, dürfen uns nicht belehren. Die gibt es aber nicht mehr. Die Deutschen von heute haben wie kaum eine Nation der Welt ihre Verbrechen offen gestanden, sich für das getane Unrecht entschuldigt und ihre Schuld aufgearbeitet. Und dies können wir Polen wohl und gut lernen, um nicht als die Ewiggestrigen immer wieder gegen den Deutschen ins Feld zu ziehen.
Und sicher könnten wir am vergangenen Sonntag von den Deutschen lernen, wie man sich sowohl spontan als auch institutionell gegen Hass und Rassismus erhebt.Wie fröhlich die Offenheit und Toleranz und Liebe und Freiheit sind.
Ich finde es richtig schade, dass ich es nicht sagen dürfte. Daher werde ich einen Link zu diesem Beitrag an Herrn Woidke und Frau Szczęch schicken…
***
Übrigens war Frau Szczęch in ihrer Aussagen ziemlich mutig, wenn man bedenkt, was die PiS Regierung über deutsch-polnische Beziehungen denkt… Ich glaube, sie wird gehen… Viel Glück Frau Szczęch!
Der blaue Spuk im Auswärtigen Amt: Ich und Herr Woidke und unser Buch von Michał Rembas und mir; Foto Krystyna Koziewicz.
Siedzę w kolejce i jadę wokół miasta. 37 kilometrów torów oddziela Śródmieście od dzielnic wokół. Wokół miasto przemyka za oknami, ale jest też w środku. Dobre miejsce do czytania grubych książek, całowania się bez pamięci, prowadzenia nie przeznaczonych dla obcych rozmów w obcych językach, przezimowania, jeśli nie możesz spędzić zimy w domu. Mogę dokonać zdecydowanego cięcia w tym, co robię, nie przecinając jednak niczego, bo kolejka jedzie bez przerwy wokół i wokół, a po godzinie dociera dokładnie tam, gdzie się wsiadło. Ale nie. Nigdy przecież nie wraca się dokładnie do punktu wyjścia. Z każdym okrążeniem wokół Berlina miasto się zmienia, widzi się je zatem inaczej.
Kolejka okrężna wiąże wokół Wschód z Zachodem, krzyżuje wokół Północ z Południem. Gdy w roku 1961 miasto otoczył Mur, przerwał okrąg w dwóch miejscach, między Sonnenallee i parkiem Treptow i między Gesundbrunnen a Schönhauser Allee. Dziś miasto dzielą tylko brukowe wydania gazet. Pomiędzy Schönhauser Allee a Parkiem Treptow czyta się Kurier Berliński, po drugiej stronie – BZ czyli Gazetę Berlińską. Dopiero w czerwcu 2002 roku zamknął się okrąg kolei wokół miasta, dopiero wtedy Berlin się naprawdę zjednoczył. Tak uważam.
Czytam moją ulubioną książkę
o moim ulubionym mieście
Berlin und die Berliner. Berlin i berlińczycy.
Z roku 1905.
Na końcu pytanie:
Dlaczego kochamy Berlin? Można to dokładnie przebadać. A, B, C. Jak zadanie arytmetyczne i co było do okazania. Pomyślmy jednak,
do czego może się przyczepić każdy globtrotter taki jak ty, wtedy wiesz, że Berlin powinien się wykazać z nawiązką, aby cię powstrzymać. Postaraj się określić tę nawiązkę.
Tu pierwsza próba jej sformułowania.
Czego by mi brakowało, gdyby trzeba było mieszkać gdzie indziej (ohydna myśl): xxxBerlina jako takiego, w ogóle i w szczegółach; xxxstarych pijaków u Breescha i Latschenpaula i we wszystkich innych starych knajpach berlińskich; xxxgracji na Kastanienallee i dziwek na Oranienburger, xxxwysztafirowanych panienek w kolejce do Berghainu; xxxdomu ze spiczastym dziobem przy dworcu Ostkreuz; xxxpoetki Elke Erb jeżdżącej na rowerze po Weddingu; xxxdziesiątków tysięcy ludzi dopingujących swoją drużynę czyli Union; xxxpunków na Aleksie, nie licząc psów; xxxjeziora Müggelsee po sezonie i widoku na jezioro Wannsee z poddasza Literarisches Colloquium pod koniec kwietnia, gdy jachty po raz pierwszy po zimie wciągają żagle; xxxCentrum Studiów Berlińskich i wszystkich innych archiwów; xxxkrzaków czarnego bzu nad kanałem Friedrichsgracht i dziedzińca zamkowego bez zamku; xxxskaterów przy pomniku Polaków; xxxkina na Friedrichshainie po ostatnim seansie filmowym; xxxlotniska Tegel o bladym świcie widzianego z porannego samolotu z Nowego Jorku; xxxporannego pociągu z Królewca, kończącego bieg na dworc Lichtenberg; xxxrozgwieżdżonego nieba latem nad jeziorem Weissen See i miękkiej ciepłej wody w jeziorze; xxxsamolotów kłębiących się jak ryby na niebie; xxxzapachu lasu koło więzienia Tegel; xxxmrukliwego kierowcy w nocnym autobusie numer 22; xxxGerda i Elisabeth na ulicy Kurta Tucholskiego, Robinsona w tramwaju, który krzyczy głódgłódgłód i Feixa zblazowanego artysty na cmentarzu, który nawet leżąc już w grobie, jeszcze obrzucał turystów obelgami; xxxwieczoru 26 grudnia na Ku’dammie; xxxmostu górnokładowego czyli Oberbaumbrücke dniem i nocą; xxxzaspanego pasażera w niebieskim kombinezonie o czwartej nad ranem w poniedziałek w kolejce wokół miasta; xxxchłopców arabskich dyskutujących o jebaniu w dupę o czwartej nad ranem w niedzielę w kolejce wokół miasta; xxxkolejki okrążającej miasto wokół w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; xxxi wokół, zgodnie z ruchem wskazówek zegara; xxxpizzy w Brot and Rosen, falafla w Maroush, Chicken Curry w Asia Tiger i Palak Panir w Hufeland; xxxtajemniczej parceli Immanuelkirchstraße 14, gdzie pochowano cztery trupy i po bombardowaniu miasta nigdy ich nie znaleziono; xxxdzielnicy bud zwanej Scheunenviertel, kiedy wyglądała, jakby wojna się dopiero skończyła, i gdzie na fasadach kamienic wciąż widać było ślady jej dawnych mieszkańców; xxxgruzów Bunkerbergu w parku Friedrichshain; xxxciszy między fasadami starych domów tuż przed Bożym Narodzeniem, kiedy nowi berlińczycy pojechali do siebie, żeby odwiedzić mamę; xxxzapachu ostatnich pieców węglowych; xxxstoiska z przyprawami na targu nad kanałem Landwehry; xxxknajpy Babel o czwartej nad ranem, kiedy porządni ludzie śpią i popiół wysypuje się z przepełnionych popielniczek; xxxrestauracji Walden podczas koncertu Bolszewickiej Orkiestry Dętej; xxxknajp takich jak Koepi, Knaack, Franz i nie zapomnijmy też o SO36; xxxkina na świeżym powietrzu przed Galeriami Narodowymi, tą starą, i tą nową; xxxmostu Fryderyka w piątek o 9 zanim zacznie się najazd turystów, i mostu Admirała, gdzie gra muzyka; xxxzmęczonych ludzi czekających przed Urzędem Pracy na Westendzie; xxxświatła na berlińskich obrazach Konrada Knebla; xxxbzów na cmentarzu komunalnym na Gotlindestrasse; xxxtarasu na dachu w Teatrze an der Parkaue czyli na parkowej polanie; xxxkolorowych liści na podwórkach jesienią; xxxkasztanów, wiązów i innych zagrożonych roślin; xxxplacu Savigny‘ego o szóstej rano, kiedy spacerują tam lisy; xxxoddechu kolejki miejskiej i metra, wydech, wdech; xxxOranienstrasse na całej długości i z całym inwentarzem; xxxrosyjskiego supermarketu na Landsberger Allee, gdzie na zakupy przychodzą kobiety ubrane w futra z norek; xxxdzielnicy Prenzlauer Berg bez snobów i straszydeł; xxxtramwaju M10 niezależnie od pory dnia i nocy i wszystko jedno gdzie; xxxstoiska z lukrecją na targu na placu Käthe Kollwitz i tylko tego; xxxgazomierza na Schönebergu; xxxDworca Głównego czyli Hauptbahnhof z daleka; xxxbulwaru nad Szprewą w dzielnicy rządowej latem; xxxplacu Magdeburskiego w niedzielne popołudnie; xxxReichstagu, który wciąż jeszcze jest zapakowany; xxxprawdziwych wschodnich bułek na placu Arnswaldskim; xxxwróbli w Tierparku i lemurów trójpalczastych w Zoo; xxxcypla na końcu półwyspu Stralau z widokiem na Wyspę Miłości i elektrownię; xxxcałkowicie zarośniętego diabelskiego młyna i dinozaurów w nieczynnym parku rozrywki Plänterwald; xxxelektrowni Klingenberg w jasne zimowe popołudnie; xxxzamarzniętej zatoki Rummelsburg z łyżwiarzami, xxxBerlina, który nie chce być Nowym Jorkiem, Paryżem i Monachium; xxxplanu miasta, planu metra i planu kanalizacji; xxxOgrodu Wypędzonych w Muzeum Żydowskim, gdzie wydaje się, że człowiek traci grunt pod nogami; xxxbasenu Oderberg wypełnionego wodą; xxxwielkiego zbiornika wodnego bez wody; xxxśladów po Murze, bez muru, bez zabudowy; xxxBerlina, który nie chce być hipsterski i ma dupie locations; xxxBerlina, który jest kreatywny i nie meczy o tym jak koza na każdym rogu; xxxBerlina, który całkiem dobrze sobie radzi bez złotego łańcuszka i bez kasy; xxxwidoku Wieży Telewizyjnej z północnego odcinka kolejki; xxxzachodu słońca w biotopie, jakim były dworce Anhalt i Gleisdreieck; xxxPlacu Poczdamskiego przed tym, zanim go zabudowano; xxxprywatnego klubu na Kreuzbergu w piątek; xxxdoniczki amarylisa w zniszczonych pracą rękach małej Wietnamki na Greifswaldskiej; xxxRixdorfu w Boże Narodzenie i starego miasta w Kopanicy wczesną jesienią; xxxwsi Lübars w stojącym letnim powietrzu; xxxulicy Owocowej, gdy nazywała się jeszcze Owocowa a nie Komuny Paryskiej; xxxśladów po pociskach na tynku narożnego domu nad Kanałem Miedzianym; xxxwspomnień emigrantów o Berlinie mieście świateł i długich nagich nóg; xxxstawu na osiedlu Podkowy czyli Hufeisensiedlung w Britzu; xxxwidoku na północ z góry Kreuzberg; xxxnabrzeży Szprewy, jeszcze nie zabudowanych; xxxcmentarza miejskiego Dorotheenstädtische Friedhof wieczorem po zamknięciu; xxxBerlina widzianego ze statku; xxxwietnamskiego targu Dong Xuan na Lichtenbergu czyli Jasnej Górze; xxxruin ambasady greckiej w Tiergarten; xxxbliźniąt syjamskich w formalinie w Muzeum Medycyny; xxxschodów w Nowym Muzeum; xxxwidoku na Oberbaumbrücke ze statku kąpielowego na Szprewie rano o ósmej; xxxwidoku ośnieżonej kolonii ogródków działkowych Raj; xxxi wszystkiego, o czym zapomniałam.
Annett Gröschner czyta wiersz Abgesang in der Ringbahn podczas spotkania autorskiego Wahlverwandschaften zorganizowanego w Kesselhaus przez Berlińską Akcję Literacką w dniu 17 kwietnia 2018 roku
To nie jest dokładna rocznica, bo ta wypadnie w najbliższą środę, wtedy minie 55 lat od dnia, gdy wielki pisarz na zaproszenie Fundacji Forda przyjedzie do Berlina. Ale po pierwsze nie bądźmy drobiazgowi, po drugie najbliższa środa przypada Stuartowi, a trudno, żeby niepozbierany angielski pechowiec w ogóle coś o tym wiedział, aczkolwiek przynajmniej Berlin nie jest mu obcy, bo tam od lat mieszka jego siostra. Dziś zresztą też jest rocznica, 73 rocznica zakończenia wojny, dzień, który był w naszych szerokościach politycznych Dniem Zwycięstwa nad faszyzmem. W Niemczech (dawniej RFN) z kolei obchodzi się nie dziś, lecz dopiero jutro – rocznicę Pierwszego Dnia Pokoju. W pięć lat później tego dnia w 1950 roku Robert Schuhmann, francuski minister spraw zagranicznych, proklamuje powstanie Unii Stali i Węgla, która z biegiem czasu przekształciła się w Unię Europejską. Była to więc data urodzin nowoczesnej Europy, a od roku 1985 – Dzień Europy. Również 10 maja to rocznica – tym razem Wniebowstąpienia Pana Naszego Jezusa Chrystusa, święto ruchome, więc po prawdzie żadna rocznica, obchodzone w Niemczech jako Dzień Ojca, amen…
Wędrowiec wchłaniany przez górskie perspektywy
We wpisie wykorzystałam fragmenty artykułu Magdaleny Kowalskiej, Gombrowicz w Berlinie, czyli Gombrowicz uwikłany w historię, opublikowanego w Pamiętniku Literackim w roku 2004. Zdjęcia pochodzą ze strony witoldgombrowicz.com.
W roku 1963 amerykańska Fundacja Forda zaprosiła pisarza na roczne stypendium do Berlina Zachodniego. 8 kwietnia na pokładzie transatlantyka Federico Costa Gombrowicz wyrusza do Europy. Do Paryża przybywa 24 kwietnia, 16 maja – do Berlina Zachodniego.
Po ponad 23 latach w Argentynie Gombrowicz znalazł się z powrotem w Europie. W Berlinie spędził 12 miesięcy, od 16 maja 1963 do 17 maja 1964. Oprócz polskiego pisarza do Berlina przyjechało wówczas dziewięciu innych artystów i pisarzy z całego świata. Projekt Fundacji Forda miał ożywić życie kulturalne miasta, które po wzniesieniu Muru wyludniało się i izolowało. Mur został wzniesiony 13 sierpnia 1961 roku (i, przypomnijmy, stał formalnie do 9 listopada 1989 roku. Nieformalnie stał trochę dłużej, ale rzeczywiście niewiele, bo i władze miasta, obu jego części, strasznie pospiesznie usuwały jego resztki, czego po dziś dzień, z różnych powodów, wszyscy żałują!).
Początkowo pisarz mieszkał w Akademie der Künste w dzielnicy Hanzy (Hansaviertel). Dwukrotnie zmienia mieszkania, w listopadzie zamieszkał ostatecznie nieopodal, w jednopokojowej pracowni przy Bartningallee 11/13 na 15 piętrze nowoczesnego bloku. Pisze Dzienniki, notatki raczej, bo prawdziwy Dziennik powstanie dopiero po powrocie pisarza do Francji.
Klinika Hygiea, gdzie Gombrowicz z uwagi na powikłania po ciężkiej grypie spędził ostatnie dwa miesiące pobytu w Berlinie; obok: pisarz po powrocie ze szpitala
Po przyjeździe zapisze w Dziennikach słynne zdanie:
Ja, osoba z Argentyny, ahistoryczna raczej i nie przyzwyczajona, wciąż miałem wrażenie, że Berlin, jak Lady Macbeth, bez wytchnienia myje sobie ręce…
Właściwie każdy Polak mieszkający w Berlinie, a po prawdzie to też niemal każdy Niemiec z naszego pokolenia, zna opinie pisarza o Berlinie, i nawet jeśli nic więcej nie pamięta, to zapamiętał przynajmniej to jedno słowo: Geglitzer, błyskotka… Berlin Zachodni ostatnia błyskotka zachodniej Europy, a dalej ciemność aż po Chiny. Gdzie indziej nazwie pisarz to miasto wyspą na szeroko rozlanym Morzu Czerwonym. Patrząc z perspektywy Argentyny Gombrowicz jest już właściwie na granicy z Polską, której od przedwojny nie widział i nie zobaczy.
Ale wtedy zaleciały mnie (gdym spacerował po parku Tiergarten) pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, z kory, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie, jak w Małoszycach, Bodzechowie, dzieciństwo, tak, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć.
Umrze w kilka lat później 24 lipca 1969 roku w Vence we Francji. Do Polski nigdy nie pojedzie.
17 maja 1964 roku, Gombrowicz opuszcza Berlin; foto Zuzanna Fels
Ujęła go grzeczność i uprzejmość młodych berlińczyków, ale Historia go nie opuści.
Ręce niemieckie w Berlinie […] gdyż nigdy nie oglądałem młodzieży bardziej humanitarnej i uniwersalnej, demokratycznej i uczciwie a niekłamanie niewinnej […] spokojnej […]. Ale […] z rękami!
Bo te ręce, „ręce Niemców”, przypominają mu ręce sprawców z nazistowskiej przeszłości.
Gomro, który krytycznie ogląda rzeczywistość na Wschód od muru berlińskiego, czyli naszą, Gombro, który tęskni, i Gombro, którego nie opuszcza poczucie, że ci ludzie wokół niego, tak uprzejmi, tak z siebie zadowoleni, są przecież sprawcami czegoś tak niewiarygodnego jak II wojna. Te postawy są nam, Polakom, wciąż jeszcze bliskie, choć w międzyczasie upadła “komuna”, polski mieszkaniec Berlina bez przeszkód żyje okrakiem ponad umowną już dziś granicą, a Niemcy w niestrudzonym wysiłku filozoficznym i wychowawczym “przepracowali” swą historię i swą winę, czego w latach 60 nikt się przecież nie spodziewał.
Gombrowicz na balkonie mieszkania na 15 piętrze domu przy Bartningalee 11/13; foto Zuzanna Fels
Na razie jednak Niemcy nie przepracowali jeszcze swojej historii, winy i odpowiedzialności. Pracują i budują swój kraj, jakby przedmioty mogły i miały zastąpić pamięć, jakby miały zasypać przepaści i wypełnić pustkę. Pisarz nie rozumie, kiepsko zna niemiecki: „Nie miałem złudzeń co do mojej niemczyzny – ale żeby to miało być aż tak zjadliwe!” pisze. Bariera językowa urasta w Dzienniku do rangi symbolu. Mowa rozbrzmiewająca dookoła, trochę zrozumiała, a trochę niezrozumiała, wzmaga narzucające się poczucie obcości i egzotyki. Gombrowicz kilkakrotnie powraca do tego problemu, widać, że był on dla niego bolesny. „Poznałem w tym czasie wszystkich prawie czołowych pisarzy i redaktorów […], z którymi, niestety, nie zawsze mogłem się porozumieć. […] moi koledzy po piórze kiepsko władali językiem francuskim”. Na jednym ze spotkań z owymi kolega mi po piórze ktoś z obecnych czyta Ferdydurke po niemiecku: „Ale… słyszę, że nie rozumiem. Wtedy poczułem, że moje istnienie tutaj musi być niepełne, fizyczne raczej.”
W Berlinie ciąży pisarzowi Historia, Historia czyli Wojna. Historia, która odrywa go od głównego tematu jego twórczości, jakim jest on sam, on, osoba, pisarz, Witold Gombrowicz. Upomina sam siebie: “Nie, nie piszę o Berlinie, piszę o sobie – tym razem w Berlinie – nie mam prawa pisać o niczym innym. Nie gub swojego tematu”. Berlin jest właściwie pewnym kresem, końcem i kulminacją podróży do Europy. W Berlinie ze szczególną siłą narzuca się Gombrowiczowi wszystko, co go spotyka w Europie, nabiera tam niezwykłego natężenia. Powrót do Europy był po wrotem do historii i czasu – ogólnego i prywatnego – i powrót ten najmocniej dał się odczuć w Berlinie. „Byłem u kresu… może nie tyle sił, co rzeczywistości… Od czasu gdym opuścił Argentynę, Europa wsysała mnie jak wsysa próżnia. Zagubiony w krajach, miastach, tłumach, byłem jak wędrowiec, wchłaniany przez górskie perspektywy”.
“Frau Kapital trifft Dr. Marx”
vom Weber-Herzog-Musiktheater
Es war der Donnerstag vor genau einem Monat, 5.4.18 um 20 Uhr im RegenbogenKino.
Ein schwarzer Vorhang vor der Kinoleinwand, ein altes Klavier, ein Sofa und ein Lehnstuhl, viel mehr brauchen sie nicht, die Leute vom Weber-Herzog-Musiktheater, um die Thesen von Karl Marx aus dem ersten Band des Kapital in 100 Minuten auf die Bühne zu bringen. Wichtiger war ihre Geduld in unzähligen Diskussionen, die wichtigen Worte und Sätze herauszuschälen, auf die es ihnen ankommt. Hinwenden, herwenden, alles im Licht der Ereignisse der seitdem vergangenen Jahre betrachten, das hat das Distillat dann hervorgebracht.
Ein studierter Marx mit Hang zum Dozieren trifft auf eine feine, etwas exhaltierte Dame mit Lust am Rausch der Macht. Wer besucht hier wen auf wessen Geburtstagsparty?
Ausbeutung, Mehrwert, Öl als Droge und die Betrachtung, wie eigentlich alles anfing mit der Akkumulation, wir können mit Frau Kapital gemeinsam auf Reisen gehen und die Rolle des Kapitalismus als ökonomische Entwicklungsstufe wiedererkennen.
Wie wir das alles wieder loswerden können, das skizzieren sie notwendigerweise nur, denn die Aufgabe, die da vor uns liegt, ist natürlich ans Publikum zurückgegeben.
Wenn wir aber unsere Gesundheit und das Leben auf dem Planeten bewahren wollen, dann muss sich grundlegend was ändern.
Das würde ohne die tolle Musik dann doch an der einen oder anderen Stelle wie ein Seminar daherkommen. Nachdenken ist halt auch anstrengend. Mit Lust an der Zuspitzung und mit ganz verschiedenen Stilmitteln unterstützt die Musik den Erkenntnisprozess mit einem Couplet aus den zwanziger Jahren ebenso wie mit einem Choral.
Und immer wieder schaut auch Kurt Weil erfreut um die Ecke.
So kommen alle auf ihre Kosten, ganz sicher die, die sich ihren Marx selber erarbeitet haben, aber auch die, die keinen einzigen Kapitalkurs durchstehen wollten.
Es wirken mit:
Raiko Hannemann, Christof Herzog, Martin Orth und Christa Weber.
Produktionsleitung / Regieassistenz: Dennis Kupfer
Nochmal Gelegenheit, das selber zu sehen: Di., 15.5.18 um 20 Uhr, wieder im RegenbogenKino Lausitzer Straße 22 10999 Berlin
We wtorek 17 kwietnia będziemy z Annett Gröschner czytały w Kesselhaus w Kulturbrauerei w ramach projektu Berlińskiej Akcji Literackiej (Berliner Literaturaktion) Wahlverwandschaften. O 20, każdy zdąży… (więcej TU)
Format spotkań stawia przed czytającymi pewne wymagania, a organizator, niestrudzony Martin Jankowski, stawia ich jeszcze więcej. O poprzednim spotkaniu z serii napisał nam, że odbyło się między innymi czytanie sceniczne z podziałem na role, w co wciągnięta została również publiczność. Może dlatego berliński TIP poświęca nam specjalną zapowiedź ze zdjęciem…
A my?
Annett się spóźnia, gapię się w displaya komórki. Zabawny wierszyk w sam raz na dziś:
Die Blumen werden billiger die Mädchen werden williger es riecht von den Aborten kurz – Frühling allerorten!
(kwiaty coraz w cenie przystępniejsze
dziewczyny zdecydowanie chętniejsze,
sławojki wonieją ostro!
przyszłaś, Pani Wiosno!)
Erich Kästner (tłumaczenie bardzo dowolne – ja)
Spotykamy się z Annett w kawiarni Zimt und Zucker (Cynamon i cukier) nad Szprewą. Jest piękny letni dzień. Przedwczoraj skończyła się zima, wczoraj była wiosna, dziś jest lato. Nikt nie wie, jak się ubrać. Dziewczyny w wydekoltowanych sukniach idą z chłopakami w swetrach i australijskich botach. Wszędzie pełno ludzi. Kobiety w obszernych długich sukniach w kwiaty, faceci z gołymi nogami. Bo czasy się zmieniły. Latem kobiety mniej pokazują skóry niż mężczyźni.
Panowie tak, a kobiety – tak
No dobrze, a my? Mamy się przygotować do wieczoru, która jak ma przedstawić tę drugą? Co nas łączy? Co dzieli?
Na pewno łączą nas kobiety z rodziny. Nasze poprzedniczki. Napisałyśmy o nich książki, które się jeszcze nie ukazały – to też nas łączy. Opowiadam Annett o stu latach silnych kobiet w mojej rodzinie, poczynając od Praprababci, która produkowała proch i wspierała powstańców w 1863 roku. Moja opowieść o rodzinie to wyraźna linia. Annett mówi, że w jej książce kobiety z rodziny układają się w bukiet jak na obrazie flamandzkiego malarza Ambrosiusa Bosschaerta.
Ten właśnie obraz Bosschaerta, Wazon z kwiatami w oknie, stał się punktem wyjścia dla opowieści Annett o kobietach z jej rodziny. To w ogóle ciekawy obraz. W momencie, gdy powstał, w roku 1620, wywołał gorączkę tulipanową, o czym kiedyś pisał Zbigniew Herbert. O tak, mówi Annett, to ciekawy obraz, są na nim kwiaty z różnych pór roku. Naprawdę nie mogło być takiego bukietu.
Ostatnia kobieta z jej opowieści, współczesna berlinianka dostaje pracę w kwiaciarni u Wietnamki (w Berlinie wszystkie kwiaciarnie zostały przejęte przez Wietnamczyków, podobnie jak zakłady fryzjerskie przez Turków, a restauracje włoskie przez Arabów). Jest XXI wiek. Każdy kwiat można skądś sprowadzić, jesienny z kraju, w którym akurat kwitną ziemowity, wiosenny z miejsca, gdzie kwitną krokusy. Bohaterka książki Annett i jej wietnamska szefowa układają taki bukiet, jakiego nigdy przedtem nie było.
Przyjdźcie we wtorek do Kesselhaus, opowiemy Wam więcej ciekawych historii.