Wehwaltland

Matylda Wikland

Wehwaltland, bądź na porzuconym cmentarzu jedynym stabilnym gruntem są kamienie z roztrzaskanych nagrobków, co jest niestety nie metaforą a obserwacją praktyczną, wraz z kilkoma spostrzeżeniami z okazji nadchodzącego zaćmienia słońca.

Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka.

Tadeusz Borowski, U nas, w Auschwitzu

1. Jak się nazywała ta powieść Tokarczuk, prowadź swój pług przez kości umarłych? Tak więc pewnego sierpniowego ranka prowadziłam pożyczony rower przez kości umarłych. Mokra od nocnych deszczy trawa kładła się pod jednośladowcem, którego momentami bardziej pchałam niż prowadziłam. Kości były schowane grzecznie pod glebą, pod porośniętymi ramami z kamienia całego w miękkim mchu. Opieram rower o tabliczkę informacyjną i staję przed celem mojej porannej wyprawy. Małym neoklasycystycznym budyneczkiem, kryptą rodziny Gralathów. Kremowobiała farba płatami ściera się z ścian, na gzymsiku coś łupnęło i odsłoniło rząd cegieł. Jak na pozostałość po ewangelickim pochówku jest w stanie wręcz znakomitym.

2. W wywiadzie biorący udział w finansowanych wspólnie przez gminę i miasto pracach porządkowych archeolog Krzysztof Dyrda wyzna, że gdy zabrano się do prac, wpierw wywieźć należało z wnętrza śmieci, które zajmowały bez mała dwanaście metrów sześciennych.

3. Najsłynniejszy z Gralathów, burmistrz Gdańska i pomysłodawca Alei Lip (dzisiejszej, oczywiście, Zwycięstwa) spoczywa w Bazylice Mariackiej. Krypta skrywała (wrócimy do tego) szczątki jego potomków, zaczynając od jednego z jego synów, Carla Friedricha, pochowanego w 1818 r. Może i pachniało na pogrzebie świeżą farbą, gdyż to z jego inicjatywy właśnie w pierwszych latach XIX wieku wybudowano kryptę na terenie dzierżawionej królewszczyzny, jaką stanowiła ówcześnie kaszubska wieś zwana dzisiaj Sulminem. Po nim pochowano jeszcze sześć osób, zamykając okres działalności krypty pogrzebem Marii Maquet, Gralathczanki po mężu, w 1907 r.

4. Obchodząc bryłkę wokół, napotykam kilka innych miejsc, gdzie kremowa farba zdarta jest do cegły. Cegły dziwnie świeżo wyglądającej, może specjalistą w żadnej mierze nie jestem, lecz jakaś świadomość niuansów w wyglądzie z biernego doświadczenia się może i zebrała. W zdjęciach sprzed prac gminnych widoczne są dość znaczne ubytki w ceglanej strukturze, może więc… A może i nie. W innym miejscu widzę cegiełkę naszłą mchem. Najwięcej jednak jest jakiejś przeobrzydliwej szarości, na którą nałożono farbę. Mdli mnie od niej i kibicuję idącej od posadzki zieloności leśnego osadu, choć wiem dobrze, że nie powinnam.


5. W dalszej części wywiadu Dyrda kreśli obraz, jaki ukazał się oczom specjalistów w 2014 roku. Kreśli go czarną kredką, węglem, popiołem spalonej trumny. Odsłoniliśmy siedem trumien. Trzy z nich przetrwały jedynie w szczątkowym stanie. Kawałki zbutwiałego bądź nadpalonego drewna rozsypywały się w dłoniach… Nie było dla nich ratunku. Dość powiedzieć, że dwie trumny nosiły ślady rozpalania w nich ognisk. W inne celowano cegłówkami. (…) Tylko jedna mumia zachowała się w całości. Szkielet kobiety, (…) podobnie jak inne pochówki nie umknął uwadze wandali nawiedzających grobowiec. Ciało i wyrwana wyściółka trumny zostały przeniesione na posadzkę, a następnie przykryte wiekiem. Z czasem pokryła je warstwa gruzu. I tylko dlatego – jak przypuszczam – zwłoki nie były bezczeszczone przez kolejnych amatorów cmentarnych łupów. Pozostającą na widoku spodnią część trumny w dużej mierze strawił ogień.

6. To odnowienie krypty, nic więcej jak spowolnienie procesu agonalnego. Choć ci wieśniacy (zakładam) pochowani w cieniu mauzoleum, nie mają nawet tego. Nawet w śmierci, kwestia klasowa. Nawet po śmierci, kości kościom nierówne.

Wracam po własnych śladach, dopiero co właściwie odciśniętych w zmoczonej rosą i deszczem glebie.

Na pierwszym planie, po obu bokach kadru, miejsca pochówku. Kamienne ramy grobów obrośnięte liśćmi.

7. Banałem byłoby stwierdzić, że zaćmienia słońca występowały od zarania dziejów, a nawet wcześniej, w czasach w których nie było jeszcze człowieka, który przejmowałby się ustalaniem klarownej chronologii rzeczy. Nawet, gdy zaćmienie samo pojawić się nie chciało, to mogło też zostać przywołane w ludzkiej samozwańczej kosmogonii, jak dzieje się to w Łk 23. 44-46, gdzie ponoć od szóstej ,,mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło (…). Wtedy Jezus (…) wyzionął ducha.” W swoim Pochodzeniu Chrześcijaństwa Kautsky przywoła to na dowód, przywoła na świadka Pliniusza Starszego, który choć cały rozdział swojej Naturalis historia poświęca problemowi zaćmienia, i kilka nawet wymienia, to o tym ewangelicznym milczy. Milczy o nim też mechanizm powstawania zaćmienia, które w jednym miejscu, zwłaszcza w lokalizacji geograficznej Golgoty, trzech godzin trwać zwyczajnie nie może. Głośny jest natomiast stary zwyczaj bajarzy, aby narodziny i śmierci proroków znaczyć anomaliami przyrodniczymi.

8. Zaćmienie, by przekazać odbiorcom wagę zdarzenia. Zaćmienie, by po wiekach wyłożyć, dlaczego zdarzenia miejsca jednak nie miało.

9. Chichot historii? Chichot natury? Chichot czegoś, zdecydowanie.

*

10. Nerwowo poprawiam koszulkę z promocyjnym nadrukiem, po czym wracam do tasowania ulotek. Ludzie poruszają się leniwie po Monciaku, słońce kładzie się cieniem po kościele garnizonowym, a ja przez moje nieszczęśliwe tendencje do angażowania się, zaczynam zmianę. Kościół garnizonowy był niegdyś Erlöserkirche, ale dziś mnie nic nie zbawi. Do Sopotu przywiódł mnie festiwal operowy, a dokładniej wystawiany nań Wagner. Mając na względzie stan mojego portfela, zgłosiłam się do poboru wolontariackiego. Stykając się z wrogimi spojrzeniami i lekceważącym machnięciem dziesiątek dłoni na sopockim bruku, zaciskam zęby i myślę o tym, że po wojnie Wagner był prawie że zakazany dla scen w miastach po-niemieckich, a dla sopockiej sceny, sceny po której kroczyły zwarte szeregi Hitlerjugend, tym bardziej, lecz już tak nie jest, już w miejscu ongiś przezywanym drugim Bayreuth znów rozbrzmiewa rajd walkirii i to ich faux-teutońskie Heja-ho, i przebrnę przez tylu niezainteresowanych tym ludzi, ilu mi przyjdzie; dzień kończę refleksją, że bycie w promocji kultury musi jednak jakoś nieprzyjemnie odbijać się na duszy.

11. Kartkowałam kilka dni wcześniej angielską wersję festiwalowego programu, gdzie napotkałam anegdotę przywoływaną przez polskiego aktora operowego, wielokrotnie odgrywającego role wagnerowskie w produkcjach niemieckich. Rzecz odbywa się w roku 1989, po próbie kostiumowej Walkirii bądź Zygrfryda, nie ma to większego znaczenia. Do aktora podchodzi Wolfgang Wagner, ówczesny dyrektor Festiwalu Wagnera, i zadaje pozornie niewinne pytanie, skąd w Polsce aktor pochodzi. “I was born in Lublin, in eastern Poland, I replied, taken aback by the question. Coś już go uprzedziło, instynkt pokrętny, że coś jest na rzeczy, odruchowe podniesienie gardy. Czy to blisko Radomia, dopytuje się Wagner. Ze 100 kilometrów od Lublina. Na co szanowany dyrektor słynnego festiwalu operowego mówi: At the end of August 1939, I was conscripted into the Wehrmacht as a soldier. During the September campaign, advancing from the direction of Jasna Góra, we reached as far as Radom. Tak więc zwiedził kraj swego aktora Herr Wagner, zwiedził. Pod Radomiem gdy wojsko przejeło a manor house on a Polish aristocratic estate, zwiedził i to, zatrzymując się na dłuższą chwilę w przestronnej biblioteczce, zaczął przeglądać zgromadzone w domowej kolekcji tomy. Tomy, jak i albumy; w jednym odnajduje zdjęcie właściciela posiadłości w odświętnym stroju, wraz z żoną i rodziną, przed głównym wejściem do Bayreuthckiego Teatru Festiwalowego. Teraz to Wagner was completely taken aback. (…) This must be the count who, together with his family, was a guest at my grandfather’s festival in Bayreuth! (…) A question came to my mind: What are you doing here?! What are you really doing here, in this foreign land?! You have no business being here! Niedługo potem, jeszcze w tym samym roku Wagner wrócił do kraju z poważnymi obrażeniami, nie miał więc szansy odnaleźć szelaków z operami dziadka w jakimś radzieckim domu, czy doznać epifanii o człowieczństwie innych nacji. W 1989 pokazuje aktorowi blizny po rzeczonych obrażeniach, życzy aktorowi wypoczynku przed premierą, i odchodzi. My wife and I stood there frozen, like pillars of salt. (…) What was that? This is Bayreuth 1989. Where is Radom, and where is 1939, and where does the Wagner familiy stand in all this?

12. Jak teraz o tym myślę, to chyba był to cytowany fragment wspomnień, bądź innego tekstu. Nie pamiętam, a dostępu do programu niestety nie mam, jedynie rozmazanego zdjęcia połowy strony. Przejrzałam nawet obsady spektakli festiwalu wagnerowskiego z 1989, ale żadne nazwisko nie przywołało czegoś konkretniejszego z otchłani niepamięci.

13. Ale doprawdy. Pojednawcza moc kultury.

14. To jest Bayreuth 1989. Gdzie jest Radom, i gdzie jest 1939, pyta aktor, zapominając prawdopodobnie, że jest Polakiem. Gdziekolwiek Polak jest, zaraz może być 1939, czy 1945, czy nawet 1918. Polaku, nie pytaj się, gdzie jest zagruzowana Warszawa po powstaniach, gdzie jest ostrzeliwane rozpaczliwe Westerplatte, gdzie jest opustoszała ulica grudniowej nocy roku 1981. One są w tobie, potencjalnie. W każdym gramie powietrza jest potencjalna krzywda historyczna. Oddychasz, to wystarczy. Wehwaltland. Wehwaltmänner. Oddychaj, człeku z wehwaltowszczyzny. Gdzie jest 1939, gdzie jest 2026. Gdzie jesteś ty.

15. Nie można nigdzie uciec przed sobą. Oglądając wyśmienitą zresztą Walkirię w tym letnim sopockim lesie, całą sagę z Notungiem, mieczem wpierw obiecanym a następnie złamanym, pomyślałam w tyle głowy, że to całkiem pasowałoby jako analogia z obietnicami Ententy danymi w międzywojniu. Odpędzam myśl jak kolejnego komara i staram się złapać ciągłość z niemiecką sagą rozgrywaną przed otchłanną ścianą ciemnego lasu.

*

16. Autobus mknie ulicą wytyczoną wzdłuż biegu Raduni. Jadę na obrzeża miasta, do jednej z tych dzielnic, co jeszcze wiek, dwa temu, lokalizowała się poza mapowym obrysem metropolii.

17. Droga do tzw. ,jednobudynkowego getta’ rozpoczyna się gdzieś w wieku XV. Są to wzmianki o kupcach, pierwsze konkretne, gdyż domyślać się możemy, że powiązani z handlem wiślanym Żydzi wizytowali w grodzie już wcześniej. Na prawo stałego zamieszkania i prowadzenia działalności (za wyjątkami wokół terminu jarmarku Dominikańskiego) w obrębie murów miejskich Śródmieścia społeczność musiała czekać dość długo, bo aż do roku 1793.

18. Pies pogrzebany w tym, że Gdańsk jako miasto, powstawało jako właściwie już kupieckie, które kupieckim już było, gdy aszkenazyjskie żydostwo formułowało jeszcze w miasteczkach doliny Renu podstawy języka mającego stać się jidysz. Gdy wraz ze świętymi krucjatami przez te części Europy przeszła fala pogromów i rozpoczął się wielki żydowski Drang nach Osten, Gdańsk miastem kupieckim już był. Więcej kupców nie chciał. Być może nawet mniejsza, że ,innowierców’ — ważne, że stanowiących konkurencję. Napływowi Żydzi osiedlali się więc w miejscowościach ościennych do gdańskiego grodu. Były pośród nich nich Stare Szkoty, które stały się z czasem domem gminy ortodoksyjnej.

19. I to tam właśnie, na pobliskim Stolzenbergu, Żydzi z wokół-gdańskich kahałów poczęli chować swoich zmarłych, co też z periodycznymi przerwami na okresy wysiedlenia-wypędzenia, czynili do XIX, może i XX wieku. Poczęli na przełomie wieków XVI i XVII, czyniąc z chełmińskiej nekropolii jedną z najstarszych (żydowskich) w kraju. Przez pewien czas cmentarz mieścił się na Żydowskiej Górce, na Stolzenbergu, na wzniesieniu przy ulicy Cmentarnej. Dzisiaj mieści się w czyśćcu między dzielnicami Chełm i Orunia.


20. W Bżeżin Yisker-Bukh, księdze pamięci żydowskiej społeczności Brzezin (którą cytuje za tłumaczeniem Włodzimierza Staszczyka) przedstawiony jest fragment listu wysłanego do organizacji Brzezinian przez Arona Fogela, który “przekazał pierwszy wstrząsający raport ze zniszczonego Brzezina”. Jest w nim krótki fragment, z którego kipi wręcz gorzka rozpacz.

21. “I wyobraź sobie – nic, jak w Genesis – toje-woje [pustka]! Ani jednego Żyda, dosłownie żadnego. Ja sam, który widziałem wielkie piekło, gdzie w ciągu kilku dni tysiące naszych braci zostało zabranych i nigdy nie wróciło, nie byłem w stanie zrozumieć, jak to było możliwe. (…) I tak bardzo mnie to wzruszyło, że z samego rana postanowiłam (sic) iść na besojlem [cmentarz]. Rozkopię (sic) groby i zażądam odpowiedzi od zmarłych. Ci z nas, którzy leżą i spoczywają w grobach od pokoleń, czy wiedzą, że ich Yishev zostało wytępione, ich męczennicy spaleni i unicestwieni, że już nigdy nikt nie odmówi Jisker [modlitwy żałobnej] przy ich grobach ani Ejl Mole Rachmim [Boże Miłosierny – wstępna linia modlitwy odmówiona za dusze zmarłe], aby ich upamiętnić?”


22. Informacje, które znalazłam w internecie, mówią mi, że cmentarz przetrwał lata gdańskich rządów Bawarczyka Forstera, przetrwał nazistów, w dość nienaruszonym stanie, pomijając zwyczajowe skutki zaniedbania wynikające ze zniknięcia jego kustoszy. Zadanie dokonania zagłady starego żydowskiego cmentarza na Stolzenbergu przejęte zostało przez Polaków. Na stronie cmentarze-zydowskie.pl redaktor hasła cytuje długi fragment z “listu, przysłanego w 1991 r. przez jedną mieszkanek Gdańska do Żydowskiego Instytutu Historycznego.”

23. Nienazwana z imienia gdańszczanka relacjonuje: “W 1968 r., kiedy komuniści zrobili nagonkę na Żydów, zaczęła się grabież cmentarza. Przyjeżdżali po granit i marmur. Kradli wszystko co było i co się dało. Wykopywali nawet zwłoki szukając złota. Cmentarz był piękny. Była tam tak zwana mykwa do mycia zmarłych, która ‘poszła’ pierwsza. Później pomniki i płyty.”

24. Muszę skręcić w prawo w Bitwy pod Lenino, następnie w kolejne prawo w Browicza (tego od, jak poinformowała mnie później M., wątrobowych komórek Browicza-Kupffera), prawo, prawo, w jakiejś perwersji anty-majakowskiej.

25. Dochodzę do besojlem (wg mojej najlepszej wiedzy przeniesionej do jidysz wersji hebrajskiego określenia cmentarza jako domu pokoju, bejt szalom), i wkraczam w podręcznikowe wręcz chaszcze, które płowiejąca tabliczka na ogrodzeniu z naciskiem dwóch języków nazywa cmentarzem, a tuż poniżej, mniejszym drukiem, przechodniu, uszanuj pamięć i prochy zmarłych. Obok gęściej zapisana tabliczka, oferująca tekst angielskim bądź co bądź alefbejem, więc wierna polskości ignoruje ją, nie dla tubylców to (poza tym zawarte w niej informacje o okoliczności restoracji przeprowadzonej na początku obecnego wieku już znałam, poznałam w trakcie poszukiwania dokładnego adresu cmentarza).

26. Skupiona na robieniu uników przed pokrzywami, w ostatniej chwili unikam potknięcia się. Jednak mój unikający krok w prawo sprawił, że zeszłam z wydeptanej ścieżunki, i gdy zamiast na znajome podłoże trafiam podeszwą na coś twardego, nie muszę nawet patrzeć, by zrozumieć, na czym właśnie stoję. Szybki krok w tył, wybacz mi ludzie Izraela, i prosto na dolny poziom. Po drodze jedna z gałązek smaga mnie po twarzy, i następnego dnia nie będę wiedzieć czy swędzi mnie od poparzenia słońcem, czy pokrzywą.

27. Spotkam się z tym wielokrotnie na tym cmentarzu. Wystające circa 15 centymetrów ponad poziomem ziemi, o ostrej wysokiej linii poszarpanej w sposób nawet w kamieniu wyrażającym przemoc, pozostałości macew. Skryte w wysokiej trawie, w spętanych pnączach kwiatów tam, gdzie trawy brak. Nic, tylko się potknąć, gdy człowiek skupiony jest na wydzieraniu sobie drogi spomiędzy chaszczy.

Stolperstein doprowadzony do perfekcji.


28. Nareszcie coś znajomego — podszyty szagrynem mchu, otoczony przez niekontrolowane zielsko kamień nagrobkowy z wyrytym gotykiem hier ruhet. To znam, to już widziałam. Niedaleko nawet, w kilku miejscach tego miasta. Mieszkam na Pomorzu, oczywiście, że znam. Ze znajomości wybija mnie niższa linijka gotyki, bo hier ruhet Moses-Magnus Cohn, bądź ktoś nazwany bardzo podobnie, jest kilka literek których w szwabasze nigdy się chyba nie nauczę rozpoznawać.

29. Schodzę dalej krętą ścieżką w dół górki.

30. Taką górką, bez tych wszystkich plątadeł, można by kapitalnie się stoczyć z tego wzgórza, myślę, myśląc o słonecznych dniach dzieciństwa, gdzie ku utrapieniu mamy wielbiłam się w układaniu się na szczytach pagórków ,na mumię’, z dłońmi skrzyżowanymi na piersi i stoczeniu się siłami grawitacji ku płaszczyźnie polany. ‘Na mumię’ nazywałam to, ale może i bliżej byłoby — na zmarłego w dniu Apokalipsy.

31. Choć nie, pomyślała i o tym tradycja talmudystyczna, i jak informuje nas Kettubot 111a (korzystam z dostępnego online tłumaczenia Lazarusa Goldschmidta z 1929), die Frommem außerhalb des Landes również dostąpią rezurekcji, mimo swojej absencji z ziemi świętej w momencie pochowania — będzie to od nich jedynie wymagało, by się tam przemieścili na nowo. R[abbi — M.W.]. Ila erwiderte: Durch Wanderung. R[abbi]. Abba Sala der Große wandte ein: Die Wanderung ist ja für die Frommen eine Qual!? Abajje erwiderte: Es werden ihnen in der Erde Höhlen errichtet. Rzecz w tradycji nazywa się gilgul mehilot. Przetłumaczyć to można jako wędrówka przez tunele. Humorystyczny tytuł artykułu, w którym znalazłam dokładne cytowanie Kettubotu brzmi First we die. Then we roll. Po śmierci nie pozostało zmarłym nic, jak czekać na moment stania się kretem.


32. Uświadamiam sobie, że do Ohelu podchodzę z dłońmi uniesionymi w uniwersalnym znaku poddania się. Ścieżkę, którą idę trudno tak nawet nazwać, obrośnięta tak ciasno jest przez wysokie krzewy z kolczastymi łodygami wyginającymi się pod własnym ciężarem soczystozielonych liści.

33. Zakładam, że pochówek pomyślany był tak, że wchodzący konfrontowany był wprost z wejścia, zatrzymuję się więc tam, zwracając się do obrośniętych ścian. Wyławiam z przegrzanej czarnej torby telefon, gdzie mam zdjęcie tekstu modlitwy za zmarłych El Male Rachamim. Odmawiam szeptem. Wyrzucam zardzewiałą tablice rejestracyjną w otaczające krzaki. Rzucam ostatnie spojrzenie na rozbełtany dach, na rozpiętą płachtę podręcznikowo niebieskiego nieba; wychodzę. Bramka majaczy mi w oddali niczym miejska fatamorgana.

34. Nie będzie Niemiec(ki Żyd) pluł nam w twarz, siadam okrakiem na rozłupanym w połowie wysokości kamiennym płocie, przerzucam nogę na ulicy stronę, odpycham się, i ląduję na Cmentarnej. Spokojnie, nie upamiętniającej wielowiekowy kirkut, niech się scyzoryk w patriotycznej kieszeni nie otwiera. Po drugiej stronie ulicy biegnie ściana komunalnego Salvator Nowy. Być może jest to nieco ironiczne, ale ten jest z kategorii po-, ale nie pożydowski, tylko poniemiecki. Dokładniej po-ewangelicki; nietypowy dla polskich nazw pierwszy człon cmentarnej jest upamiętnieniem od 1945 roku nieistniejącego Salvatorkirche.

35. Miejsce na małą dygresję. Kirkut jako słowo używane właściwie zamiennie z bardziej opisowym cmentarzem żydowskim, przywędrowało do języka polskiego z niemieckiego z pośrednictwem galicyjskim. Powstało poprzez zniekształcenie wypartego przez Friedhof, Kirchhofu, bądź oznaczającego po prostu dobra przykościelne Kirchgut, podmieniono drugi człon na kot, tzn. błoto. Tak powstała pejoratywka przemigrowała do polskiego i w wielu miejsca stała się nazwą własną cmentarzy żydowskich.


*

36. Od wyjścia z pociągu na spieczony w za-ciepłym, pre-apokaliptycznym słońcu peron, czuję, że Gniezno jest miastem w którym czas wisi jak mgła, by pożyczyć sformułowanie od Stasiuka. Czas, który mam na myśli, nie ma nic wspólnego z marketingiem miasta. Czas spowijający to miasteczko to na moje oko późny wiek XIX i wczesny XX, z lekką bryzą idącą od komunizmu. Schodząc główną ulicą, zwieńczoną katedrą, a obramowaną tymi niskimi kamieniczkami małych miasteczek XIX-wiecznych, nie mogę się opędzić od lepkości czasu, jakbym po każdym mrugnięciu spodziewała się, że po kocich łbach będę kroczyć nie w zdezelowanych trampkach a eleganckich trzewikach. Z tego mrzonkowania wyławia mnie krewna, którą przyjechałam do Gniezna odwiedzić. “A, tutaj na rogu to by było,” mówi, wskazując na rozdzierająco nowoczesnych blok na skrzyżowaniu, “ta synagoga co wspominałaś, to by było gdzie ten blok stoi.”

37. Są dwie daty proponowanego pierwszego przybycia Żydów do Grodu Piastowskiego. Jeżeli chodzi o ślady materialne, bite denary z napisami hebrajskimi i uiszczone podatki koronacyjne, to datujemy je od XIII wieku. Jeżeli chodzi natomiast o przekaz legendarny, to datujemy go od 893 roku, kiedy to niby na dwór księcia polańskiego miało przybyć poselstwo żydowskie zza niemieckiej miedzy z prośbą o pozwolenie na osiedlenie się na księcia Leszka ziemi. Tak przynajmniej twierdzi tekst na oficjalnej stronie archidiecezji gnieźnieńskiej.

38. W różnych ilościach trwała ta społeczność żydowska Gniezna, aż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku większość jej wyemigrowała do Niemiec. Pozostałych zebrano w 1939 i zgładzono w większości najprawdopodobniej w Kulmhofie nad Nerem.

39. Jakkolwiek bez mała idiotyczna taka migracja na Berlin by nie wydawała się nam, biegłym w annałach wieku kominów, jest w niej zawarta pewna nieodparta prawda. Liczebność potencjalnych jak i doświadczonych pogromczyków (rusycyzm, użyty np. przez Guldena w jego studium pogromu lwowskiego) była nieporównywalnie mniejsza po drugiej stronie granicy państwowej. Jak groteskowe by takie rachowanie nie było, pogromy nie były bronią wyboru niemieckich antysemitów. Ich bronią było pióro, był bojkot, była legislacja, były fabryki śmierci. Zresztą, można w tych rozważaniach obyć się bez racjonalnych kalkulacji. Lokalny historyk Rafał Wichniewicz przywołuje następujący epizod z okresu inauguracji rzeczonej synagogi: “Inauguracyjną mowę wygłosił wrzesiński rabin Julius Gebhardt. Fakt, że synagoga powstała w nurcie reformowanym, wywołał rozgoryczenie ortodoksyjnej grupy żydów (sic). (…) Gnieźnieński rabin Moses Waldstein był zrozpaczony, gdyż słabo władał językiem niemieckim [w którym prowadzono liturgię w nurcie reformowanym na terenie Prus — przyp. M.W.] i wkrótce też został pozbawiony swojej funkcji – głosami 127 do 46 odwołano go, a powołano wspomnianego Gebhardta.’’ W Synagodze gnieźnieńskiej reformowanej rozbrzmiewał niemiecki, czemu więc dziwnym miałoby być, że gdy po Wersalu z miasta wynieśli się w znacznej ilości Niemcy, ich część była wyznania mojżeszowego. Czuli się Niemcami, niemieckimi Żydami, ot. Ówczesna nauka się jeszcze nie dobrała do falsyfikowania tego konceptu. (Hiperbola w służbie dialektyki, mam świadomość.)

40. W przededniu Zagłady gnieźnieńska Gmina była właścicielką trzypiętrowej synagogi wybudowanej dla społeczności blisko dwutysięcznej (ilość szacowana dla połowy XIX wieku), licząc dusz circa sto-pięćdziesiąt. Podobno fragmenty elewacji spadały, stanowiąc niebezpieczeństwo dla przechodniów. Gmina naglona przez miasto naprawiała oczywiście szkody, ale lata grube to nie były dla nikogo. Wysiłkiem kraju postawiono przed katedrą Chrobrego, którego będzie trzeba później wysiłkiem społeczeństwa stawiać na nowo. Przyjdzie hitlerowiec i stwierdzi, że potrzeba mu kostki na plac pod musztrę, potrzeba mu kostki pod żołnierską podeszwę (a następnie, gdy w budynku zagnieździ się seminarium, nowicjacką). Ejże, heja-ho, dawaj Hans tu maszyny ciężkie. I zaproś Polaków, sobie coś na opał wezmą, jak relacjonuje proces rozbiórki Wichniewicz.

Zdjęcie z epoki, prezentowane jako część ekspozycji stałej o historii miasta w salce Muzeum Początków Państwa Polskiego.

41. Okupujący Niemcy w miejscu po Bożnicy urządzili skwerek, a po wojnie Polacy wybudowali blok mieszkalny, na którego dolnym piętrze była przez wiele lat restauracja, a obecnie filia miejskiej biblioteki. Jak to podsumował anonimowy internauta komentujący artykuł gniezno24 na ten temat: “Zaborcy pozwolili na budowę, to prawie 100 lat później zaborcy rozebrali !!” (interpunkcja oryginalna).

42. Wszystko wraca. Pantha Rei, lecz płynie nie woda, nie elektryczność, a lata i wieki, płyną w zamkniętym obwodzie. Czy ma to większy sens? Nie jest to idealne koło, lecz patrząc na historię trudno nie myśleć o tych przysłowiowych Gottes Mühlen, tych co mahlen langsam. Z jedną zmianą — Pan nierychliwy, ale jak najbardziej nie sprawiedliwy.

43. Rozglądam się wokół, lecz jakiegokolwiek upamiętnienia brak. Na skrajni wzroko-kręgu dostrzegam charakterystyczny czarny prostokąt. Oddzielają nas płot i jakiś dziedziniec, szkolny, jak się później dowiem, to budynek szkoły muzycznej, ale w chwili wiem jedynie, że za nic nie mogę się rozczytać o co chodzi, a choć wiem, że to budynek wybudowany przez Gminę, widziałam go na archiwalnych zdjęciach, to nigdy nie wiadomo, może była tam katownia UB bądź krył się ktoś za Stanu Wojennego. Wyciągam telefon i staram się uchwycić ostrość na przybliżeniu, gdy jakiś chłopak po drugiej stronie płotu zakrzykuje w moim kierunku. Z towarzyszącymi mi krewną i jej mężem odwracamy się ku niemu zdziwieni. “Co tutaj robicie?” pyta, “Zdjęcia tabliczki?” Kiwam potwierdzająco, próbując sobie przypomnieć, czy szkoły muzyczne wpisano na jakąś listę obiektów wojskowych, których nie można fotografować dla dobra ojczyzny. Chłopak kiwa głową, najwidoczniej usatysfakcjonowany, i odchodzi ponownie w głąb terenu szkoły.

44. Upamiętniają, że była tam siedziba Gminy, mówię, gdy już rozszyfrowałam przybliżone masakrycznie zdjęcie. Ale o synagodze ani mru-mru nigdzie. Toje-woje.

Pewnie nie chcą pamiętać, podsumowuje mąż mojej krewnej.

45. Ale skoro nie chcą pamiętać, to skąd ta tabliczka na ścianie szkoły, nawet jeżeli za płotami i kuriozalnymi chłopcami? Paradoksalnie, nie widzę tu większej sprzeczności.

46. Badaczka Joanna Michalic wprowadziła klasyfikację polskiej pamięci o Żydach i jej przejawów na “pamiętanie dla upamiętnienia”, “pamiętanie dla korzyści”, “pamiętanie, aby zapomnieć.” Tabliczka na ścianie szkoły muzycznej wydaje się być pamięcią ku zapomnieniu. Studenckie porzekadło zakuć-zdać-zapomnieć przepoczwarzone w umiejscowić-upamiętnić-utracić. Utracić z swojego pola pamięci, swojego pola interpretacji.

Turysta w habicie, katedra gnieźnieńska.

47. Nim wyjadę, krewna zapyta mnie, czy mam żydowskie korzenie, czy dlatego przyjeżdżając do nowego miasta z góry wiedziałam, że chcę odnaleźć pozostałości synagogalne. Prawda jest taka, że fascynuje mnie, że w większości polskich miast, miasteczek, znajduje się taka pustka. Złe to raczej pojęcie, myślę bardziej o plombie, nie miejsce pustki, a miejsce plomby. Takie miejskie miejsce zaplombowane, tak powszechne w polskich miastach, jak ulice/aleje im. Jana Pawła drugiego, czy tabliczki martyrologiczne.

48. I miasta polskie różnie sobie radzą z tym zaplombowaniem, ale w swojej przeważającej większości musiały sobie jakoś z tym poradzić. Jest to jakiś wspólny element kodu miast, rozciągnięty od pierwszej stolicy do obecnej, przez miejsca nie posiadające nawet praw miejskich do europejskich wręcz prawie że metropolii. Taka zaplombowana rana. Ale zaplombowana nieumiejętnie, często w pośpiechu czy bezmyślnie, i sączy się krew, sączy, i toczy gangrena ciało narodu.

49. Podobne miejsce w mojej głowie zajmują pozostałości poniemieckie. Uściślając, to po-ewaneglickie, po-luterańskie. Mieszkają w sąsiednich szufladkach w umyśle. Jan Tomasz Gross, jeżeli się nie mylę, przywołując fragment z pamięci, zwrócił uwagę, że takie wątpliwe rusycyzmy mamy w polszczyźnie jedynie dwa. Jedynie ,,pożydowskie” i ,,poniemieckie”. Wobec niczego innego język tak się nie splótł, lecz żadne to dziwy. Nie było potrzeby.

50. Ostatnimi czasy zdarza mi śnić o ewangelickich cmentarzach. Śnię, że przechadzam się wśród roztrzaskanych nagrobków, że wzdragam się na widok rozrzuconych kości na leśnym runie. Wtedy wiem, że to sen. Trzy razy zaprowadziły mnie wyładowania neuronów nazywanych podświadomością na jakiś majak zbudowany na rusztowaniu wspomnień bydgoskiego parku im. Witosa primo domo cmentarza ewangelickiego; raz na cmentarz wzdłuż alei grunwaldzkiej w Gdańsku, choć ten akurat jako tako był ekshumowany, podobno. Najczęściej jest to jednak kalejdoskopowa układanka ex-cmentarzy widzianych, dotkniętych, przeczytanych, poznanych.

51. Budzę się zawsze po takim śnie z zaschniętym potem na ramionach, z wybijającymi plamkami chronicznego zapalenia skóry, toczącego mnie od nieszczęsnego dnia mych urodzin. Serce mi ciąży w klatce piersiowej i zbiera mi się na płacz tak, jak nigdy nie zdarzyło mi się zbierać, gdy byłam na którymś z tych cmentarzy naprawdę.

*

52. Gdy byłam w Sopocie wykonywać wspomniane uprzednio Działalności Kulturalne, być siewcą Hochkultur i zbieraczem gestów pośpiesznej odmowy, specjalnie wykoncypowałam, żeby być tam wcześniej, mieć czas szwendać się po mieszkalnej części Zoppotów. Szukałam czegoś, a raczej jego powidoku. Przeciętej linii Norny uchwyconej w lepki bursztyn pamięci. Tablicy, ufundowanej nawet nie przez Fundację jakąś, bo tę, jak informuje Wikipedia, skradziono w 1993 r., a przez pogorzelca, pogorzelniczkę, dawną mieszkankę Ryczke-Kimmelmann Mirę.


53. Kilka godzin po drugiej wizycie na chełmskim cmentarzu żydowskim, kroję orzechy w kuchni, słuchając dokumentu o synach znanych nazistów. Na cmentarz poszłam z M., która wydała się go opuścić, niczym niczym pokryta swędzącym całunem żałobnym, równocześnie głęboko przygnębiona i ostro nerwowa. Strasznie dotknęło ją, w jakim zaniedbaniu znajduje się beszoljem. Powiedziałam, że lepiej w chaszczach niż w graffiti, na co ostro skontastowała, że to nie są jedyne dwie opcje. Sprawdzam jeszcze raz proporcje w przepisie na Rugelach — tradycyjnie wykonywane były ponoć na Chanukę, lecz jako niedoszła ateistka czuję się pewna w moim ignorowaniu tego szczegółu. Gdy stoczyłyśmy się z chaszczów w dolną, nowszą część cmentarza, w gąszcz krzaków dzikiej róży o kolczastych łodygach tak poplątanych, że potrzeba dwóch dłoni do usunięcia ich z ścieżki. W pewnym momencie M. potyka się o wystający korzeń i, nim zdążę zapytać, czy wszystko dobrze, sama potykam się o dokładnie ten sam parszywy korzeń.

54. Dygresja językowa. Słowa parszywy, jako pejoratywny jednoznacznie synonim, i słowo parch, jako pejoratywne określenie na osobę narodowości żydowskiej, nie są powiązane etymologicznie, jak się spodziewałam, poza tym, że pochodzą od tego samego słowa wywodzonego od choroby grzybiczej. Obelga wielofunkcyjna, obelga Schroedingera, zawsze można się bronić, że to nie od Żydów się wyzywa, a trędowatych. Choć i sam fakt, że jest to obelgą, mówi o społeczeństwie. Nie ma tu tak prosto jak z cholerą, gdzie jest to całkowicie oderwane, w bezpiecznym od konotacji wykrzykniku. Obdarty, z podmiotu, z czasownika, właściwie już również z kontekstu. Ale trędowaty, to już był człowiek. Parchowata to bywała żaba zwana ropuchą; parchem to bywa sąsiad.

55. Na Stolzbergu są dwa nowożytne nagrobki, bliźniacze tafle czarnej emalii, postawione w 2009 dla znamienitych talmudystów, rabinów Ashkenazego i Posnera. Gdy przystanęłyśmy przed nimi, nie rzuciło mi się w oczy nic nadzwyczajnego. Trochę kwiatów, wypalony znicz czy dwa, i kamienie. Pamiętam, gdy na berlińskim cmentarzu Dorotheenstädtischer Pani Ewa wyjaśniała mi ten zwyczaj — rzecz leży w tym, aby dla zmarłych nie pozostawiać niczego, czego na terenie cmentarza wcześniej już nie było. Wpatrując się w mementa położone dwóm Rabinom, widzę ten koncept doprowadzony do swojej logicznej konkluzji. Odłupane fragmenty macew, z ukruszonymi zdobieniami, z zatartymi napisami, ułożone pomiędzy kamieniami.


56. Wychodząc zatrzymałyśmy się z M. obok ufundowanej przez miasto tablicy informacyjnej. W pewnym momencie nie mogę powstrzymać się od śmiechu, skrywając go w dłoni pod mocą dezaprobaty cieknącej ze spojrzenia mojej towarzyszki. Właśnie przeczytałam, że “Podczas II wojny światowej cmentarz nie został zniszczony… W okresie PRL rozpoczęła się grabież nekropolii.”

*

57. Jednym z białych kruków archeologii i historii w ogóle od wieków jest wszystko związane z Troją. Ta wieczna obsesja Iliadą zainfekowała i fizyków. Każdy chce za ptaszkiem przekazu ludowego, oralnego, mitycznego zatrzasnąć drzwiczki klatki chronologii. Jest to trochę jak praca z ruchomymi piaskami, wydarzenia odwołujące się do wydarzeń odwołujące się do wydarzeń, i każde tak samo niepewne w przestrzeni. Zbawienne są fenomeny przyrodnicze. Takie same dla bajarzy i proto-naukowców, dla zainteresowanego przekazem mitycznym Homera i zainteresowanego przekazem faktualnym Pliniusza.

58. Weźmy taką Odyseję. Wg Plutarcha opis wokół powrotu Odyseusza do Itaki, w tzw. Mowie Theoklymeusa, zakłada wystąpienie wraz z powrotem króla zaćmienia, powrotu w czarnym świetle. Dokładniej, w księdze dwudziestej Odysei the seer Theoclymenus makes a most remarkable speech foreseeing the death of the suitors and their entrance into Hades, ending in the phrase (xx.356) έλιος δὲ ουρανου̃ ξαπόλωλε, κακὴ δ′ πιδέδρομεν χλύς’: ‘The Sun has been obliterated from the sky, and an unlucky darkness invades the world.’ The word that we have translated as ‘invades’, “πιδέδρομεν,” had a connotation of ‘attacking suddenly or by surprise’, the modus operandi of an eclipse; κακὴ, often translated as ‘evil’ in this passage, also meant unlucky’ when referring specifically to omens. (Baikouzis & Magnasco, 2008)

59. Choć badacze starali się wyłuskać z tego detal chronologiczny, zaproponować konkretne historycznie zaćmienie, z najpowszechniejszą interpretacją będącym zaćmienie z kwietnia 1178 przed naszą erą zaproponowane przez Schocha i Neugebauera na początku XX wieku, to współcześni badacze literatury raczej niż ruchu niebios zgadzają się, że cel mowy Theoklymeusa jest symboliczny. Nadaje powrotowi Odyseusza gravitas. Wielcy ludzie powracają z odyseji w świetle zaćmienia, tak jak w świetle zaćmienia wielcy ludzie umierają. Jaki większy omen można sformułować w tym świecie żyjącym w świetle dnia, jak odebranie go.

*

60. Jedna rzecz mnie wciąż frapuje. Jeżeli powrócimy do tego cmentarzyka sulmińskiego, założonego w cieniu neoklasycystycznego mauzoleum, jeżeli powrócimy do tego skrawka lasu w cieniu szkielestego słupa energetycznego, jeżeli powrócimy przed tabliczkę informacyjną, dowiemy się, że cmentarzyk założony był w międzywojniu, że ,,w okresie międzywojennym w pobliżu grobowca usytuowano cmentarz dla wsi”. Jakiemu kościołowi służył? Tak, kilkanaście kroków dalej jest skromny kościółek, obecnie galeria sztuki, ale w międzywojniu był on już zamknięty, jego parafianie przepisani do pobliskiego kościoła ewangelickiego w Przyjaźni vel Rheinfeldzie. Als Teil des Polnischen Korridors, wyjaśnia niemieckojęzyczna Wikipedia. Założyli go w międzywojniu katolicy? Niemieckich katolików na tych ziemiach z świeczką szukać… Polacy? Kaszubi? Lecz wtedy skąd zaniedbanie, skąd zarośnięte szczątki zbezczeszczonych grobów, skąd wspomnienia internautki na forum dawnygdansk.pl piszącej Mój wujek pamięta jak na drodze przynależącej tam walały się resztki trumien?

61. Nie, on musiał być ewangelicki. Czuję to podskórnie, głęboko, z tej części mnie, której racjonalnie nie szanuję, ale która lubuje się w kolekcjonowaniu genius loci. To było ewangelików, to było luteran, to było tych Niemców, co ich na ziemiach polskich przezywano Lutrami, nie każdy ewangelik to luteranin, ale czy znaczenie to ma większe, nie ma, po co miałoby mieć, dokonaliśmy regresu, regresu do pra-pustyni, pra-stepu, gdzie plemiona brały swe nazwy od wyznawanych bóstw, tyle że z głupia frant bóstwo jest to samo, obrządki tylko inne, ale i o to można zabijać, a jak masz problem z rozpoznaniem, to i tak zabijaj, już od trzynastego przeszło wieku wiemy, wiedzą katolicy, z ust nuncjusza papieskiego spłynęło, że novit enim Dominus qui sunt eius.

Nieznanego pochodzenia cegły rozsypane w kaszubskim polu. Wśród drzewostanu fragment krypty Gralathów.

62. Już wiem, już do mnie dotarło — zapędziłam się. Teil des Polnischen Korridors, czyli lata dwudzieste, czyli gdy wynalazek Młodych Turków (czy też armii carskiej na Kaukazie Północnym, do znawcy mi daleko), gdy idea masowej deportacji ludności dopiero wsiąkała w głodną europejską glebę. Ponownie niemieckojęzyczna Wikipedia, gdyż na Polskiej okres ten okryty jest całunem milczenia, czy niewiedzy, czy braku zainteresowania edytorów strony: “Ende des Zweiten Weltkriegs besetzte im Frühjahr 1945 die Rote Armee das Kreisgebiet (…). Die deutsche Minderheit wurde ausgewiesen.” Ich Ausweisung (wydalenie) jest ausgewiesen (poświadczone).

63. Pytaj o auswajs, pytaj, aż staną przed tobą i oświadczą, że czas przyszedł, abyś się ausgewiesen. Czy ta gra słów ma większy sens? Pytasz Polaka na ulicy o auswajs, a on ci na to, że za kilka lat to ty będziesz się ausgewajzował. Nie mam pewności co do tego kierunku. To nie wisielczy humor. To humor rozgrabionych i nie zagrabionych grobów. Mój grób zagrabiony, lecz nie grabiony. Dwulicowość słówka ,,grabić”. Gdy mnie wypędzali do rajchu prosiłam polskich sąsiadów, by regularnie grabili groby mojej rodziny, ale chyba mnie źle zrozumieli. Czy ma to sens? Kto ma tutaj pierwszeństwo etymologicznie? Grabimy zawsze ku sobie… Już sobie tymi żartami nagrabiłam. Powrócimy do meritum.

64. Najbardziej prawdopodobnym wydaje się, że cmentarzyk zorganizowała lokalna ludność niemiecko-ewangelicka, być może po odcięciu przez po-wersalskie granice od swojego poprzedniego? Deportowano ten ludek po wojnie na Zachód, i cmentarzyk zakończył swój krótki żywot ziemi poświęconej. Rozpoczął natomiast swój żywot magazynu materiałów budowlanych, nielegalnego antykwariatu, i czego tam jeszcze dusza okolicznej ludności zapragnęła.

*

65. ,,Czy słyszałaś rano syreny alarmowe,” pytam Mamę, gdy spotykamy się w aneksie kuchennym. Chwilę wcześniej dostałam na telefon sms-a od-rządowego, że zostały zakończone dzisiejsze próbne alarmy. “Nie, słyszałam jak deszcz padał. Jeżeli można nazwać to padaniem.” Nie można, cały poranek osiedle było poddane nieustannemu bombardowaniu deszczem, z gorliwym wsparciem artylerii wiatrowo-szturmowej. Zagłuszyła nawałnica od morza nawałnicę historii. Tfu, jakiż patos. Precz, a-kysz.

*

66. W trakcie nadchodzącego wydarzenia astronomicznego, spodziewamy się, że na terenie Polski słońce zajdzie zaćmione. Ruksak wypełniony metaforami i wydarzeniami przez przodków uznawanych za omeny napiera na szwy. Czy to już, czy to już. Choć dzieją się dziwny od dziesiątków lat nieznane na niebie, choć huraganami dmą archangielskie trąby, trzmiel nie nawiedza róży, trzmiel zmarł. Nikt nie wierzy, że staje się już.

67. Innego końca świata nie będzie. Ile to już ich było? Końców? Światów? Jednego i drugiego?

68. W prastarym Ugarit, informują nas babilońskie tabliczki wyryte pismem klinowym, obserwowano całkowite zaćmienie słońca. W prastarym dla mnie, dla nas Ugarit, dla nich w ich mieście, w ich teraźniejszości która dla nas jest jedynie piachem i ruiną.

69. Umysł nasz będzie postrzegał to wielce odmiennie, prawda, lecz nasze ciała, one będą tożsame w przeżyciu z ciałami Asyryjczyków w 1223 roku przed narodzinami Chrystusa, od których to datujemy naszą erę. Babiloński skryba w pustynnym Ugarit, i ja, w nadmorskim Gdańsku — wpatrzeni w wytyczony nieubłaganymi prawami fizyki taniec nieboskłonu.

Jakiś morał czyha w tym, niczym przyczajone zwierzę.

70. Nie dam mu się, nie dam się bestii historii.

71. Wiersz Inger Christensen zatytułowany On Albrecht Duerer’s Engraving Saint Eustace — z duńskiego tłumaczyła Denise Newman, z angielskiego autorka:

I przyjdzie nam zobaczyć splatanie się tychże stanów, które dla oka formuje przejście
i w przestrzeni tejże przejścia będącego zwróconym ku niczemu
bądź będącym zwróconym ku krajobrazowi, którego nakreślanie nie jest jeszcze ukończone
przyjdzie nam zobaczyć jelenia brnącego z Historią wprzód,
Historią jako ludzi testowanie dobra i zła,
jako znaczenia, które w warunkach codzienności nadajemy temuż testowaniu.


2 thoughts on “Wehwaltland

  1. Matyldo, tu komentarz od Eli Kargol.

    Matyldo, poruszasz tematy, które są mi bardzo bliskie. W twoich tekstach   znajduję to, o czym sama nie umiałabym napisać, tak jak ty. Z takim rozmachem, oczytaniem, a przede wszystkim kojarzeniem / niekojarzeniem. Zawsze jestem pod wrażeniem!!!
    Punkt 13 Gdzie  jesteś ty? Nie stawiasz znaku zapytania, ale odpowiem, gdzie jestem. Jestem na południu Polski, między Suchą Beskidzką a Żywcem. Był rok 1945, luty? A jakże. Prowadzono ich od Kurowa, tak opowiadał mój wówczas 15-letni ojciec. Zatrzymali się u nich w chacie. Wyzwoliciele – oprawcy. Wiedeńczyka rozstrzelano przed świtem, dwóch innych poprowadzono dalej. Grób kopał mój dziadek, ojciec i jego starszy brat. Potem posadzono tam lipę, ale tej lipy już nie ma, jest inna. Babcia jakiś czas zapalała świeczki w święto zmarłych. W noc przed śmiercią, o której przecież nic nie wiedzial, (przeczuwał, nie przeczuwal) opowiadał ojcu (nie wiem w jakim języku, ale na pewno zrozumialym, pełnym strachu, niepewności i nadziei), skąd jest, pokazywał zdjęcie rodzinne, a na nim on, żona i syn. Wojna prawie skończona. Do Wiednia niedaleko. Ale on pozostał na wieki w ziemi, było nie było, Habsburgów. Babcia zawsze miała sentyment do Franciszka Józefa, może stąd ta pamięć i znicze. Choć jakieś kości odkopano, to jednak część Wiedeńczyka została na dziadkowym polu. Gdy pisałam do Czerwonego Krzyża, wysyłając im zdjęcie połowy nieśmiertelnika, myślałam o synu Wiedeńczyka – że może chciałby wiedzieć, nie o rozgrzebywaniu grobu. Niestety grób rozgrzebano. Część kości przewieziono do Krakowa, część zostala u nas. Po numerze z nieśmiertelnika nie ustalono nazwiska. Część kości spoczęła gdzieś tam, wrzucona jako  “unbekannt”. Tuż za cmentarzem Rakowickim. Dla mnie pozostanie Wiedeńczykiem. Na wieki.

    Na parafialnym cmentarzu, tu gdzie teraz jestem (między  Suchą Beskidzką  a Żywcem) jest krzyż z wytłoczonym napisem “Wien”. Co roku sprawdzam, czy jeszcze jest, czy świadczy o historii tych ziem. Był tam z pewnością, kiedy rozstrzeliwano Wiedeńczyka. Jest do dzisiaj. Tak jak  kości. Wyobrażam sobie, że on był z tych dobrych “Niemców”, do nikogo nie strzelał, nikomu nie zrobił krzywdy. Pamiętał Franciszka Józefa i tak jak moja babcia śpiewał o nim pochwalne pieśni.
    Przypomniałam sobie, ojciec mówił, że Wiedeńczyk był z  grenzschutzu, a więc nie Wehrmacht. Gorzej, lepiej? Nie wiem. W miejscowości, w której jestem, w lasach przebiegała granica między Generalną Gubernią, a rzeszą. Tu, gdzie jestem, była rzesza. Murowane fundamenty budynku  grenzschutzu do dziś powoli znikają wśród chaszczy na Przelęczy Cichej. Czy mój Wiedeńczyk był stamtąd? Czy tam z rękami podniesionymi do góry poddał się “wyzwolicielom – oprawcom”? I licząc na prawa jeńca, o których wiedział, nie wiedział, liczył może na niewolę, a nie na złą wolę wyzwolicieli – oprawców.
    Na parafialnym cmentarzu, tu gdzie teraz jestem i gdzie jest krzyż z Wiednia, rozrzucone są kości moich cioć, dwóch małych dziewczynek, Emilki i Kamilki, bliźniaczek, sióstr mojego taty. Była sroga zima, gdy się urodziły. Z powodu mrozu babcia zwlekała ze chrztem. Ale proboszcz nie odpuścił i wręcz nakazał, przyjść do kościoła i ochrzcić. Opatuliła babcia dzieciątka, tym co miała i niosła daleko, by wypełnić nakazany obrządek. Dziewczynki chrztu dostąpiły. Niestety dostąpiły też mrozu w drodze powrotnej. Z mrozu i biedy pojawiło się zapalenie płuc. I nie mają grobów. Pochowane z kimś dorosłym, bo ten dorosły żył długo i na grób zasłużył. A one ledwo ochrzczone, zapomniane wśród innych kości. Wiedeńczyk ma aż dwa groby, w połowie Wiedeńczyk, a drugiej Unbekannt. Zebrałam trochę ziemi z półgrobu Wiedeńczyka. Gdy pojadę do Wiednia, zabiorę ze sobą. I gdzieś rozsypię.
    Byłam ostatnio w nowym Warpnie. Malutkie miasteczko na krańcu zachodniej Polski. Taka perełka z odrestaurowanym ratuszem i prawie morzem po obu stronach cypla, ciszą wokół I jest pięć cmentarzy, chyba też wokół. Poprosiłyśmy pana busiarza, żeby zatrzymał się przy krzyżu. To on nam zaproponował, że tam się zatrzyma. Bo myśmy tylko znalazły na mapie stary cmentarz. Ale to właśnie krzyże wyznaczają, zaznaczają cmentarze. Wysiadłyśmy przy krzyżu, adres był błędny. Bo wejść trzeba było od wzgórza i przejść wśród chaszczy pod górkę. Pięć macew leży po prawej stronie przy wejściu/wyjściu. Ale to nie tam był kirkut. On był dalej. Zniszczony i rozkopany po wojnie. Te kilka macew ocalało i prawdopodobnie je przeniesiono w jedno miejsce. Leżą sobie wśród krzyży.
    A w Gdańsku nie znalazłam macew przy Świętej Studzience, na Królewskim Wzgórzu. Choć podobno gdzieś się kryją. Przetrwały te, które posłużyły za stopnie schodów, prowadzących na wzgórze.
    W moim mieście Poznaniu przetrwała synagoga, bo Niemcy urządzili sobie w niej pływalnię, która służyła nam wszystkim długie lata po wojnie. Tam nauczyłam się pływać. W synagodze. Ach te chichoty historii!
    W Suchej Beskidzkiej było getto. Mówi się o tym od niedawna. Bo kiedyś mówiono, że tych kilkuset Żydów, którzy zostali w mieście, wywieziono od razu do Auschwitz. Nie. Przetrzymywano ich w budynkach browaru ostatniego właściciela Zamku w Suchej Beskidzkiej. Zmuszano do ciężkiej pracy, do porządkowania miasta, rzeki, rozbiórki swoich domostw, bożnicy, a potem i tak wywieziono.
    Czy byli wśród nich koledzy Billy’ego Wildera? Nie wiem. On już dawno był w Wiedniu. Potem w  Berlinie, Paryżu, Hollywood. Od bardzo niedawna pojawiła się w Suchej Beskidzkiej tablica upamiętniająca. Miejsce i Żydów. Odsłonięta bez rozgłosu, na parkingu między Lidlem a Pepco, za budką z lodami, kolorystycznie nie wyróżniająca się niczym od płyt parkingowych. Znajomy z Suchej nie przewiduje jej długiego życia w zgodzie i pokoju.
    Tam, gdzie jestem, nie było zaćmienia. Pewnie było, ale za górą, za lasem, albo kiedyś, albo będzie innym razem.
    Ćmy za to wlatują przez okno. Dużo tych ciem. A za – ćmami noc.

    1. Nie domyśla się nawet Pani, jaką wielką radość mi Pani sprawiła swoim komentarzem. Nachodzi mnie chęć zapisania go gdzieś, aby był pod ręką w ciemnych chwilach autorskiego zwątpienia. Jest wcale mało radości głębszych w twórczości, wydaje mi się, gdy ktoś zauważa dokładnie to, co ma się nadzieję kiedyś osiągnąć w swojej pisaninie.

      Sprawy te uznajemy obie za bliskie, i jest pewna otucha w tej wiedzy, że nie są to jakieś jedynie moje fanaberie, a faktyczne sprawy i innych poruszające (oczywiście w zakresie tych połączeń/niepołączeń, nie samego materiału sensu stricto). Nie trzeba chyba dodawać, że z wielką chęcią bym kiedyś z Panią na te tematy porozmawiała, gdyby się nasze ścieżki zdarzyły przeciąć w jakimś mieście czy miasteczku…

      Rozumie się, że jestem dozgonnie wdzięczna. Za tak piękne słowa o mojej pisaninie, jak i przekazane w dalszej części historie.

      Pisząc ten punkt trzynasty, nie śmiałam nawet myśleć, że mógłby odnaleźć swoją odpowiedź, swoje odbicie, w takiej historii. Tak emblematycznej wobec przedstawianej w tekście myśli, ale i opowiedzianej tak płynnie i melancholijnie zarazem, na myśl przychodzi mi spokojny lot opadającego jesiennego liścia. Ale może zbyt się staczam w złe nawyki ,,kwiecistego stylu”.

      Pociągającego coś jest w tej opowieści o tożsamości habsurgskiej, tego bodajże ostatniego projektu, który tworzył kraj na spoiwie nie tyle etnicznym, narodowym, a dynastycznym, skansenie przeżytków w XX wieku. Niezaznajomia jestem dość z tymi tematami, zmuszona jestem przyznać, rejony byłego zaboru austriackiego są mi dogłębnie obcymi. Kusi jednak, a kusi…

      Zwraca jakoś uwagę ten wątek nieśmiertelnika — no bo czy spełnił on swoją rolę, czy nie? W pełni nie, to oczywiste; w tym sensie Wiedeńczyk nie dostąpił pełnej śmierci, odkruszył się jakiś fragment tego wiecznego spoczywania. Nieśmiertelnik miał uchować go od zapomnienia, lecz już w jakiej formie to zapomnienie zostanie odpędzonym, kontrakt nie wspomniał chyba w tekście głównym.

      Teraz i ja będę nosić tą historię Wiedeńczyka. Jeżeli człowiek umiera dwa razy, jak to niektóre tradycje utrzymują, ten drugi gdy zapomną o nim wszyscy, to mimo że tak bezimienny, bezhistoryczny, jakoś jednak przesunęła się wskazówka na tym zegarze od północy. Nie wiem do końca.

      Grenzenschutz jest faktycznie ,,bezpieczniejszą” formacją, nawet już w sferze lingwistycznej przecież. Istniał i on przed nazistami, jak i po nich. Może i granice, zwłaszcza te wersalskie, miały swój udział w stworzeniu tej kreatury nie ideologii (gdyż naprawdę, momentami to aż śmieszne tak nazwać ten twór pełen kontradykcji i bajzlu teoretycznego pełnoprawną ideologią), może i granice miały swój udział, lecz chęć ochrony granic, zwłaszcza w tych ostatnich latach, ostatnich miesiącach, z nazizmem wspólnego wiele nie miała raczej. No i sam fakt, że statystyka udziału GS w zbrodniach ludobójczych, przeciwko ludzkości, itd stoi po stronie Wiedeńczyka. Wyobrażam sobie, że bronił nie Ostmarku, a Austrii, Austrii habsburgskiej, tej samej, której jak wspomina Pani kilka pokoleń niecałych temu i sławiono na tych ziemiach co przechodziły właśnie z okupacji pod okupację.

      I ci wyzwalający-oprawcy, ta czerwona zaraza, czekana dokładnie do momentu przybycia, a potem już tylko przeklinana. Są zdjęcia z świeżo zajętego Konigesbergu, z grobem Kanta całym w radzieckim graffiti, tych napisach zdobywczych co zdobiły później i Reichstag. Wspominam, bo jeden z nich głosi ,,Czy teraz rozumiesz, że świat jest materialny/rzeczywisty/cielesny?”. Myślę o Wiedeńczyku, człowieku z stolicy kraju niegdyś wielkiego, miasta kultury, ojca i męża, żołnierza w służbie, którego nie ocaliło nic od wyprodukowanej masowo gdzieś za Uralem czy gdzie amunicji rozochoczonej sołdateski. Którego następnie nie uratowało przed wyrwaniem z ziemi, w pewnym sensie ,,jego” już, i przeniesienia do masowego upamiętnienia, do czyśccowych szeregów Unbekanntów. Kiedyś wierzono (wywodząc to, a jakże, z tradycji hebraistycznej), że jest w ludzkim ciele taka jedna kostka, zwana Luzem, z której to odtworzone będzie ciało w momencie Rezurekcji. Czytając, od razu przypomniało mi się to, i zastanawiam się, w którym z Wiedeńczyka pół-grobów ostała się jego kostka luz, gdzież to leży luzem w tej rozchodzącej się w szwach cierpienia ziemi…

      Jakże akuratnie — gdzie jesteś, w basenie czy bożnicy, w miejscu rozrywki, w miejscu modlitwy, w przestrzeni publicznej, przestrzeni zagrabionej, zbeszczeszczonej, wybebeszonej… W Bydgoszczy, powiedzmy ,,mojej”, Synagoga Fordońska ostała się, jako że Niemcy zrobili z niej kino, które później dumnie przemianowane na Kino Robotnik, następnie Wisła, funkcjonowało do późnych lat osiemdziesiątych.

      Czy jak już żona Lota stoi solnym słupem, czy lepiej spalić, zniszczyć ją, czy uszknąć z niej aby coś posolić, niech się nie zmarnuje kobiecina, jak już… Może jakaś hibernacja to tych budynków, możnaby mieć nadzieję, ale nie, jak wspomina zresztą przy okazji tabliczki Pani, małe szansę są na przywrócenie tych bożnic do ich form sacrum, nawet sacrum pamięci a nie życia, bo przecież nie ma dla kogo, nie ma już tych co by się modlić tam mogli, więc gdyby chociaż zorganizować, byśmy już inni, już ,,Polacy” tam pamiętać i przyswajać jakąś naukę nie pływania, nie fabuł filmowych, a jakiejś empatii i człowieczeństwa. Ach so…

      Ale jak gęsto, w tych Pani stronach… Jest taka scena w Łaskawych Littella, które aktualnie czytam na boku, gdzie oddział ss-mannów zaczyna kopać w rowie gdzieś na Ukrainie, aby pochować spędzonych z okolicznych miast Żydów. Kopiąc tak, wszędzie napotykają na rozkładające się zwłoki, na pozostałości dokonanych już tam zbrodni, NKWD, zgadują. I muszą znaleźć inny, mniej dogody dla zbrodni fragment lasu, ale za to jeszcze nie zapełniony straceńcami.

      Gdzie nie wbijesz łopaty — to Wiedeńczyk, to Getto.

      I jakże ciekawie a trafnie ujęła to Pani –że Żydów ,,[z]muszano do ciężkiej pracy, do porządkowania miasta, rzeki, rozbiórki swoich domostw, bożnicy, a potem i tak wywieziono.” Ten hermetyczny rys projektu ludobójczego w swoim aspekcie utopijnym. Przyjechali na te ziemie, ci naziści co sztetle wydzieli jak już to jedynie zabezpieczając fronty pierwszej światowej, zobaczyli ten ogrom ludzki i stwierdzili, tak, my to wybijemy, a wcześniej jeszcze niech sami zatrą po sobie wszystkie ślady — jakiż tupet! Jakaż wizja! Jakież szaleństwo.

      Staram się mieć nadzieję dla tablicy w Suchej. Może asymilacja do okolicznych płyt ocali to Upamiętnienie, jak asymilacja do społeczeństwa narodowego nie ocaliła (niektórych z) Upamiętnianych. W zasadzie jednak uważam, że rację ma pewnie Pani znajomy.

      Nie zdarzyło mi się zawędrować na Królewskie Wzgórze w celu odnalezienia wsród zielska i knieji tych pozostałości płyt cmentarnych — zdaje się to teraz pewnym niedopatrzeniem. We wrześniu mamy w Gdańsku rokrocznie festiwal kultury żydowskiej, może się uda mi na jakieś oprowadzanie zapisać, bo wzroku do wyszukiwania takich rzeczy nie mam, zwłaszcza jeżeli dość schowane są, że Pani się nie udało doń dotrzeć…

      Kończy Pani ćmami — kilka dni temu widziałam ćmę zamkniętą w sklepie, obijającą się o okno wystawy. Musiała wieczorem wlecieć, gdy sklep jeszcze otwarty, do światła, jak to ćmy, a nad ranem wybudziła się w zamknięciu. Co ćmy myślą o oknach, o przezroczystej tafli, której jednak pokonać się nie da? Widziałam tą ćmę, co zwiastowała swym pojawieniem się w sklepie noc, a następnie tam już utknęła, zbiegając od ciemności utknęła w świetlistym pudle, widziałam i myślałam, trochę głupawo, jak to często robię, że jest tu metafora człowieka i historii. Uciekamy do jakiegoś światła jasnej (ha!) narracji, i gdy już ta się wyczerpuje, gdy zbyt dużo dziur w niej się dopatrzymy, już wyjść nie można, już się drzwi zamknęły, i słońce nie dość że za drzwiami, to praży a praży (choć to licencia poetica, tego dnia aż tak ciepło nie było).

      Sama również zaćmienia nie widziałam; zaczytałam się i ot, przegapiłam jakoś. Natomiast tamtej nocy obserwowałam jak spadały, błyskały na firnamencie, plejady…

      (Nie jestem do końca zadowolona z tego komentarza, lecz wiem, że jeżeli zacznę go dalej obrabiać, to nigdy nie ujrzy on światła blogowego. Niech więc idzie w świat taki, bez tuszu na konturach, lekką kreską pisany!)

Leave a comment