Ludzie z Facebooka 2 Didi Stone Veron

Poznałam go wprawdzie na żywo na dworcu głównym w Berlinie kilka tygodni temu, w pewną jesienną niedzielę o poranku. Zwrócił moją uwagę, bo był super ubrany, podeszłam więc i zapytałam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. W końcu okazało się, że zdjęcie zrobi nam wspólnie, jemu i mnie, jego kumpel. Zrobił ich chyba 40, wszystkie takie same i wszystkie nieostre. Wsiedliśmy razem do pociągu do Rathenow, oni wysiedli w trzy minuty później czyli na Spandau, my pojechałyśmy dalej. Teoretycznie na grzyby. Grzybów jednak nie było, za to spadł deszcz i w trzy dni później zaczął się wysyp.

Zamieniliśmy ze sobą co najwyżej pięć zdań, głównie się śmialiśmy. Była to ewidentnie tzw. znajomość nowojorska. Pamiętam, że gdzieś kiedyś taki termin przeczytałam u Vonneguta; jeśli zamieniłeś z kimś kilka słów i uścisnęliście sobie dłonie, to jesteście znajomymi nowojorskimi. I możecie się chwalić tą znajomością do końca życia.

No więc zostaliśmy znajomymi nowojorskimi, ale to dopiero twarzoksiążka mi uświadomiła, jaką niezwykłą osobę spotkałam i kto jest teraz moim “przyjacielem na Facebooku”.

Didi co weekend publikuje na FB różne komentarze na temat tego trzydniowego dnia, który jest w Berlinie dniem najlepszym pod słońcem, bo nie trzeba pracować i można się zajmować życiem (choć Bogiem a prawdą w Berlinie weekend jest przez cały tydzień). Teksty są bez znaczenia, chodzi raczej o podkreślenie radości:

All about the week End! Enjoy ur live And be in love with God. More blessings and happyness for all of US. Bonne fin de week End! Kaviar Diesel de Berlin

C moi veron kaviar Diesel de berlin! Bonne nuit à tous!

Juste une affaire à suivre.
Bon Week end à tous
Veron Diesel de berlin.

War sehr schön das Wochenende.
Ich wünsch euch allen einen guten rutsch ins neue.
Diesel de berlin!

Diesel – włoska firma designerska – ma w Berlinie 18 sklepów z modą. Didi przynosi zaszczyt wszystkim. Od czasu do czasu na FB pokazują się kolorowe jak rajskie ptaki zdjęcia mody dla mężczyzn, ale uważam, że Didi bije wszystkich…

Miłego adwentu, moi mili! Minęła Pierwsza Niedziela Adwentu nadchodzi Druga. Urządźcie przyjęcie, zaproście gości, otwórzcie kolejne drzwiczki w kalendarzu adwentowym, zapalcie pierwszą świeczkę, a potem drugą, a przy okazji pamiętajmy, że od 2 do 10 grudnia święcimy Hannukę. Albo jak to mówią Niemcy Weihnukka (Bożukka?) ugotujcie coś pysznego, ubierzcie się kolorowo, dajcie sobie jakiś drobiazg…

Ulice Berlina. Moja ulica.

Ewa Maria Slaska

Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.

Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.

Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.

7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej


Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:

Wiadomości ogólne
Kod pocztowy 12101
Dzielnica miasta Tempelhof
Komunikacja Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr
Przebieg ulicy od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz)
Historia
Dzielnica historyczna Tempelhof
Nazwa ulicy od roku 1913

Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę.

* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.

Janz Berlin is eene Wolke

Die Autorin kam erst 1969 nach Berlin, hat also nicht die ganze Mauer-Zeit miterlebt, den Abbau umso intensiver.

Anne Schmidt

Der Mauerfall in Berlin (in der Erinnerung einer Tempelhoferin ) 

Am 10. November 1989 standen in klirrender Kälte morgens um 7.30 mein Mann, einige Leute aus unserer Bürgerinitiative und ich am Reichstagsgebäude neben einem stinkenden Dieselaggregat und hielten Schilder in die Luft; auf den Schildern standen Losungen mit Ausrufezeichen, die sich an die Geschäftsführer von westdeutschen Flughafengesellschaften richteten, die sich um 8.00 im Reichstagsgebäude zu einer wichtigen Konferenz treffen sollten.

Wir, die Mitglieder der ” Bürgerinitiative Flughafen Tempelhof”,  beschallten den Eingangsbereich des östlichen Flügels des Gebäudes mit den aufgezeichneten Geräuschen eines startenden Flugzeuges.

Der Ü-Wagen des SFB, der unsere Aktion aufzeichnen wollte, traf nicht ein. Bei meinem Marsch vom Hotel Esplanade zum Reichstagsgebäude hatte ich ihn am Brandenburger Tor stehen sehen, wo verschlafene Reporter auf die Öffnung der Mauer warteten.

Mit dem Ausweis einer Abgeordneten der “Alternative(n) Liste” gelangte ich in den großen Sitzungssaal des Reichstagsgebäudes, wo schon die Akivisten der TegelerAnt-Fluglärm-Initiative Platz genommen hatten. Sie hatten Schilder mit in den Saal geschmuggelt und gaben ihrem Unmut während der Reden verhalten Ausdruck.

Als der bayrische CSU-Mann Erich Riedel mit rollendem R von Peenemünde zu schwafeln begann, hielt es mich nicht länger auf meinem Sitz.Ich stürmte in den Gang im 1. Stock am nördlichen Ende des Gebäudes und hatte den Todesstreifen genau unter mir.

Im Saal hatte niemand die Ereignisse der vergangenen Nacht erwähnt, die unglaublichen Worte des Genossen Schabowski wiederholt, einen Blick in die Zukunft gewagt.  Als hätten diese Scheuklappenbeamten in ihrem abgeschirmten Bereich die Außenwelt mit ihrem Tunnelblick beeinflusst, bot sich mir ein Bild langweiliger, unspektakulärer Tristesse: Ein Kübelwagen der Volksarmee rollte langsam über den Fahrstreifen entlang der Mauer, als wolle er die Posten auf ihren Wachtürmen mit Essen versorgen. Die Aufregung der Nacht schien in Gleichgültigkeit zu versinken. Ich war grenzenlos enttäuscht, aber dennnoch zu aufgeregt, um zu den Ignoranten im Saal zurückzukehren.

Als ich aus dem Gebäude stürmte, kamen die ersten Schulklassen mit Willkommensgrüßen die Scheidemannstraße hinaufgezogen. Da ich meine kleine Tochter aus der Kita abholen musste, konnte ich mich nicht dem Zug zum Brandenburger Tor anschließen, sondern eilte zu meinem Auto vor dem Hotel Esplanade. Meine Vorausschau war davon ausgegangen, dass sich am Reichstagsgebäude und vor dem Tor die Massen drängeln und meiner Abfahrt im Wege stehen würden. Dem war nicht so, aber ab Friedrichstraße ließ die endlose Parade von Trabants und Wartburgs kein Durchkommen zu. Verzweifelt versuchte ich der stinkenden Blechlawine zu entkommen, sie zu umfahren, aber plötzlich waren sie überall in Kreuzberg. Ich hatte keinen Blick für die Insassen, denn der Termin in der Kita saß mir im Nacken.

Als ich mit 11/2 Stunden Verspätung in Tempelhof ankam,  empfing mich ein weinendes Kind und eine verständnisvolle Erzieherin. Die Nachricht von der Invasion der Blechkisten aus dem Osten hatte sich bis nach Tempelhof verbreitet.

Ab diesem Tag war nichts mehr so wie vorher: unser langerwarteter Besucher aus Pankow, der überraschenderweise Ende Oktober ein Visum für einen Besuch im Westen bekommen hatte, traf mit den Massen, die sich durch die wenigen Öffnungen der Sperranlagen drängelten, total erschöpft bei uns ein. Jeden Tag gab es neue aufregende politische Meldungen in den Medien. Meine Freundin, die unter widrigsten Umständen drei Jahre zuvor hatte ausreisen dürfen und eine Wohnung direkt vor der Mauer gefunden hatte, fürchtete den Überfall ihrer Verwandten und den Besuch ihrer bisherigen “Blicknachbarn”, meine Kreuzberger Schüler beschwerten sich über lange Schlangen vor den Supermärkten und meine Freundin aus Ost-Friesland schleppte mich in das Willkommenskonzert von Barenboim in der Philharmonie.

Dort vergoss ich Tränen der Rührung zusammen mit Musikfreunden aus Leipzig, die nur wegen dieses Konzertes aus Leipzig angereist waren.

Die anschließende Wanderung an der Mauer entlang auf dem Potsdamer Platz fand in einem einzigen Freudentaumel statt, den auch die Wagenburgler, die damals noch an ihr Bleiberecht glaubten, nicht beeinträchtigen konnten.

Trotz der warnenden Megaphondurchsagen der Polizei drängelte auch ich mich auf einen Wachtturm, um unvergessliche Fotos zu machen. Unvergesslich blieb beim Öffnen der Kamera für mich der Song von Nina Hagen “Du hast den Farbfilm vergessen, mein Michael”. So bleiben die Bilder dieser Nacht nur auf meinem inneren Schirm, aber Bilder auf der Mauer und Löcher in der Mauer dokumentierte ich in den nächsten Wochen fast täglich.

Diese einzigartige  Ausnahmesituation konnte ich nicht begreifen, ohne immer wieder zu den Orten des Geschehens zu fahren, am Anfang noch unsicher mit dem Pass in der Hand. Freudiges Strahlen war in den Gesichtern, die ich wahrnahm, nicht Skepsis und auch nicht Missgunst. Fremde Menschen sprachen und lachten miteinander, staunten ungläubig und tauschten Neuigkeiten aus. Freunde nahmen Jugendliche, die extra aus Wismar angereist waren, zur Übernachtung mit zu sich nach Hause und feierten mit ihnen auf der Mauer Parties.

“Janz Berlin is eene Wolke” ist ein Spruch, der schon zu Kaisers Zeiten geprägt wurde, aber nie besser gepasst hat als in diesen kalten Novembertagen.

Wieder eine Buchseite auf der Strasse

…am Tag der Deutschen Einheit in Berlin gefunden. Eine Seite auf der Strasse direkt vor meinem Haus liegend. Ich kann nicht umhin, jetzt muss ich einfach all diese aus den Büchren rausgerissenen Seiten IMMER aufheben und entdecken, was für ein Buch es ist. Es ist inzwischen eine Sucht geworden…

Ich bin schon geübt, ich weiss schon, was ich aus dem sorgfältig gelesenem text als Keywords herauspicken muss, um das Buch im Google zu identifizieren. Diesmal schrieb ich die Reihe nach alle Namen, die auf den beiden Seiten auftauchen in die Suchspalte: Travis Amy Leiche David George Frankie Craig. Die Antwort kam prompt:

Craig Morgenstern is a total scaredy cat, even with his reputation as such being well known amongst everyone. But as of late, things are looking up for Craig! He has moved to a new town and even saved a baby from being hurt in a car accident. Everyone is then considering Craig to now be very brave for what he did. Despite him falling off of his bike and nearly getting hit by the careening car. Not to mention, accidentally getting inside of it and managing to stop it. The car slows to a stop in front of his new school on his first day of classes, branding him a hero to the entire student body, save a few skeptical students. The mother of the baby rushes over to thank him, having accidentally left the car for just a moment while the baby was still inside.

Craig’s good fortune continues to escalate even higher! He befriended the cutest girl in school, Amy. Who is very impressed with his bravery. Unfortunately, her best friends Travis and Brad happen to be Craig’s harshest critics. They refuse to be won by the boys charms, even after he saves a bird’s nest. Other random lucky streaks happen to strike Craig also. Such as screaming in horror during a scary movie, which Amy agrees that it is fun to scream along with characters in films.

But jealous of all the attention Craig receives, Travis becomes obsessed with trying to prove that Craig is a scaredy cat. He then talks with a cousin, who happens to know about Scaredy Cat Craig from his previous town/school. So Travis shows up with a jar full of spiders and dares Craig to stick his hand in the jar for five minutes. Craig is goaded on by Amy and does so, only to be bitten so many times that he can’t even remove his swollen hand after five minutes are up. So Amy talks Travis into going double-or-nothing and Craig has to keep his hand submerged twice as long.

Travis pledges to go double or nothing again the following day. The bravery challenge this time will be to kiss a poisonous snake on the lips, but really what one boy does it pluck out a single eyeball of his own and shove it into Craig’s mouth. Craig comes out of this one looking brave by spitting out the eyeball and nobody is really surprised when they find it is a fake gag eyeball. They do not think this is enough to prove how brave Craig is however and Travis reveals that his father works at a funeral parlor. So now the newest bravery test involves Craig sneaking into the funeral home and sitting in a coffin.

But unfortunately for him, the coffin he chooses is occupied. His “friends” egg him on anyways, as a truly brave person would sit in a corpse-filled coffin no problem. The corpse then comes to life and tries to choke Craig, but Craig allows himself to be choked by the “corpse”. This shocks Travis, who had been the corpse in hopes of outing him. But then Amy challenges Travis to let Craig repeat the challenge again the next day. At some point, Craig comes clean with Amy, but Amy just thinks he is not only brave but sweet to not want to take Travis’ money by pretending to be afraid.

Sometime after then, Craig accidentally beats up Brad’s older brother! Once again everyone is at the funeral home when all of the corpses rise and begin to attack! Everyone runs away, but Craig stays to bravely defend those who abandoned him. Proving to them all that he really was brave all along.

It turns out that the corpses were all set up by Craig, with some help from Brad. Who felt bad about how devoted Travis was to proving Craig’s bravery. The zombies were actually Brad’s older brother (the one Craig “beat up”) and his friends. Brad’s brother walks in and apologizes for his friends not being able to make it to the cemetery, which results in Brad racing away to vomit in horror.

It turns out Brad’s brother just said that to get back at Brad! Craig walks home and remarks to the reader on how it turns out he really is brave… even if he is still afraid of the dark.

Sela 5/3

For Iwona Schweizer
Remember? We visited the opening of their 2nd exhibition one year ago 🙂

Gruppenausstellung Sela5

Galerie Kungerkiez, 12435 Berlin-Treptow, Karl-Kunger-Straße 15

  1. Oktober – 25. November 2018

Eröffnung: 6. Oktober / 19 Uhr

KünstlerInnen-Gruppe „Sela5“

2018 mit:

Kermit Berg (San Francisco/Berlin)

Joachim Froese (Brisbane/Australien)

Karsten Hein (Berlin)

Hiroko Inoue (Nara/Japan)

Sonia Klausen (Berlin)

Rainer Komers (Mülheim/Ruhr)

Jörg Möller (Berlin)

Fyodor Moon (Ukraine)

Matthias Ring (Hamburg)

André Schmidt (Berlin)

Ingrid Völlmeke (Hamburg)

Micha Winkler (Berlin/Brandenburg)

Fotografen sind normalerweise Einzelkämpfer. Die Leute von Sela5 bevorzugen das Miteinander und den gegenseitigen Austausch und arbeiten projektweise und in wechselnden Konstellationen immer wieder zusammen.

Sela5 ist ein gemeinschaftlicher Fotoblog, in dem sich Fotograf/innen zusammengefunden haben, die alle eine leise, nicht spektakuläre Fotografie praktizieren, die den Betrachter nicht „anspringt“ und langsam ihre Wirkung entfaltet.

Dies ist unsere dritte Ausstellung.

Im Showroom der Galerie Kunkerkiez zeigen wir Porträts, inszenierte, Dokumentar- und Straßenfotografie, Stillleben und Landschaftsaufnahmen in wie gehabt sehr unterschiedlichen künstlerischen Sprachen in wilder „Petersburger Hängung“. Im Vordergrund steht das Ausloten unterschiedlicher fotografischer Möglichkeiten und Positionen. Die Bilder haben sehr unterschiedliche Formate und nutzen verschiedene Techniken, so wie sie auch in Sela5 zusammenkommen: Analog und digital, Farbe und Schwarzweiß, Plot und individuelle Drucktechniken. Die Bilder sind in unserer Hängung so in Bezug gesetzt, dass sich ein Gesamteindruck, eine Gesamt-Stimmung ergibt. Das Bild der Ausstellung ist die Gesamtheit aller Bilder an der Wand – eine mehrstimmige Erzählung.

„Every time I get back into the editing room, I feel the wonder of it. One image is joined with another image, and a third phantom event happens in the mind’s eye – perhaps an image, perhaps a thought, perhaps a sensation. Something occurs, something absolutely unique to this particular combination or collision of moving images.” (Martin Scorsese)

Was Scorsese beschreibt, bzw. was daran die Überschneidung zu dieser Ausstellung darstellt ist, wie er es im Schneideraum immer wieder als Wunder empfindet, wie zwischen den einzelnen, konkreten Filmbildern, die Vorstellungsbilder (phantom events) entstehen, der eigentliche Film, der im Kopf stattfindet. Und sogar noch größeres Wunder, nicht nur in seinem Kopf, dem des Machers, sondern auch in den Köpfen der Zuschauer. Diese Zwischenbilder, diese Plätze zwischen den Rahmen, will die Ausstellung erforschen.

 

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Geschichter Berlins

Polnische Gräber in Berlin
historische Stadtführung

16. September 2018, 15-19 Uhr
Treffpunkt Cafe Strauss um 15 Uhr
am Eingang des Friedrichswerderschen Friedhofs
Bergmannstr. 42
10961 Berlin–Kreuzberg

In Berlin gibt es 270 Friedhöfe, darunter ca. 30 sog. historische, die man also als Kulturdenkmal betrachtet und wiederum auch ca. 30, die, wie der Friedhof wo Prof. Brückner begraben liegt, aufgelöst werden. Wie man auf diesen Friedhöfen die polnische Gräber sucht, wie man sie identifiziert, obwohl die dort begrabenen manchmal deutschen Namen tragen und Polen sind, manchmal aber polnische Namen haben und die Familien ihre polnische Abstammung abstreiten. Welche Schicksale erzählen uns die Gräber, über die Menschen, aber auch über die Deutsch-Polnischen Beziehungen. Dies und mehr erzählt uns Ewa Maria Slaska bei unserem Spaziergang in den historischen Friedhöfen auf der Bergamnnstrasse iun Kreuzberg.

Abschliessend gehen wir Kaffee trinken und leckere Kuchen Essen im Café Strauss auf dem Friedrichwerderschen Friedhof.

Ewa Maria Slaska organisierte vor ein paar Jahren eine erfolgreiche Aktion zur Rettung des Grabes von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Tempelhofer Parkfriedhof in Berlin und seit 2011 organisiert sie immer am Tag der Allerheiligen die Treffen der Polonia und Sympathisanten bei dem Grab diesen berühmten Wissenschaftlers, Sprachhistorikers und Linguist, der an der Berliner Universität das Slawistik Institut gegründet und 44 Jahre geleitet hat.

Professor Brückner ist in einer deutschen Familie in Ukraina geboren, die im 18. Jahrhundert nach Polen ausgewandert ist. Obwohl die Familie den deutschen Namen beibehielt, hat sie sich gänzlich polonisiert und der junge Wissenschaftler der aus Russischpolen nach Breslau und danach na Berlin ausgewandert ist verstand sich als Pole in Deutschland. Man hat ihn in diesem Blog schon zig Mal getroffen.

Heiraten wie ein Kirgise

Über Zeitler schrieb ich vor einer Woche. Inzwischen finde ich Freude daran, seine Erinnerungen zu lesen.

Carl Ludwig Zeitler

Wie ich meine Ehefrau kennengelernt und geheiratet habe?

In der ruhigen Winterszeit 1863/64 besuchte ich zufällig ein Musik- und Ballfest, welches mir befreundete Familien veranstaltet hatten. Ich fand drei gleichmassig in weiss gekleidete, junge Damen mit grünen Besatz und Schärpen an ihren Kleidern. Zweien derselben, Kinder der Eos, war ich schon früher vorgestellt worden, der Dritten mit rundlichen Armen, kleinen blendend weissen Zähnen, wohlgeformten Kopfe, Ohren und Kinn wurde ich vorgestellt. Sie war die Schwestei einer Offiziersfrau, deren Mann, wie ich später hörte, ein Patenkind Kaiser Nicolaus wegen def überaus schlechten Karriere, zu langsamen Aufrüekens in Preussen, nach Petersburg gegangen war. Ich sah die Dame zum ersten Male. Sie wurde später meine Frau. Ich sah sie dann noch einige Male im Konzertsaal, verzichtete aber aus Furcht, meine Freiheit zu verlieren, auf ein Wiedersehen, die beginnennde Arbeit an den Neubauten vorschützend. Erst nach mehr als Jahresfrist sah ich sie wieder.

Ich hatte die Gewohnheit, meine Mitmenschen, wenn ich mit ihnen sprach, mehr noch wenn ich sie stillsitzend betrachten konnte, darauf hin anzusehen, ob und wie ihre Kopfform, der scheinbare Inhalt, das Fassungsvermögen des Schädels, ob die Ohren oval, die innere Rundung derselben mit dem Aussenrand gleichlaufend; ob die Zipfel angewachsen, freihängend oder schippenartig nach vorn oder nach hinten gerichtet, fleichig oder durchsichtig seien. Ob »und wieviel an der Nase und an den Augen symmetrisch oder mongoloid oder mandelförmig; ob die Nase grade oder adler- oder henkelartig sei, und wie das Verhältnis der geraden oder zurückfliehenden Stirnhöhe zur Nasen- und Oberlippenlänge und zum Kinn sei.
Menschen, die für einander bestimmt sind, haben ebenso wie die, welche lange bei und miteinander leben und gleiche Nahrung, gleiche Sorgen haben, eine Anzahl gleicher Gesichtszüge. Jeder hat, sei es beim Lachen oder Weinen, Sprechen oder Schweigen einen Gesichtszug, der den Gegenübersitzenden sympatisch oder abstossend erscheint. Menschen mit gleichem sympathischen Zug scheinen für einander vorher bestimmt zu sein.
Die Eltern der jungen Dame waren durch den 1857 von Amerika ausgehenden, in Deutschland an dem Uebermass der auf schwachen Füssen stehenden Neugründungen nach dem beendeten Krimkriege, reichliche Nahrung findenden Börsenkrach, verarmt. Die Mutter, schon einmal Witwe und ein zweites Mal geschieden, hatte in Magdeburg ein blühendes Bettfedern-Geschäft gehabt, welches zu der Beschãftigung ihres dritten Mannes, eines zwar begabten, aber nur seiner Musik lebenden, unpraktischen Musikers und Organisten durchaus nicht passte. Auch scheint die Verbindung ihrer Tochter aus zweiter Ehe mit einem armen Offizier der Familie zu viel gekostet zu haben, genug, das Geschäft wurde aufgelöst, das Haus verkauft, die Familie ging auseinander. Die jüngste Tochter musste die oberste Kiasse der höheren Tochterschule verlassen, ging mit Hilfe einer befreundeten Lehrerin auf das Lans, um auf einem Gute bei Brandenbburg die Wirtschaft zu erlernen und für sich selber zu sorgen. Sie hat für alle, welche ihr damals Hilfe leisteten, immer Anhänghchkeit und 0ffene Hand bewahrt. Sie hatte eine ausgezeichnete Altstimme, welche die Kirche und grösstenn Konzertsaal füllte, dabei feinstes musikalisches Gehör, Klavierfingerfertigkeit und war auch in Küche und Hausarbeit nicht bloss bewandert, sondern auch gern tätig. Ihre und später meine Wasche war nur von ihrer Hand genaht. Dasjenige, was der Mensch mit seiner Hand und mit Muhe selbst macht und erwirbt, wird vielmehr in acht genommen, als dasjenige, was er fertig gekauft oder gar als Geschenk erhalten hat.
Ich wünschte, dass meine Braut nichts von ihren Eltern erhielte. Wenn ein junger Kirgise heiraten will, verabredet er, wie man sagt, mit seinem Mädchen, dass es sich an der Türe des Zeltes ihres Vaters aufstelle, damit er sie von da rauben könne. Er darf sich natürlich nicht erwischen lassen. Nach einiger Zeit geht er zum Vater seiner Frau und fragt, wieviel er für das geraubte Eigentum zu zahlen habe; ich wollte nicht weniger als ein solcher Kirgise sein.
Es hat mich immer unheimlich berührt, dass Eltern ihre Töchter grossziehen und mit allen guten Eigenschaften des Geistes und des Gemütes ausstatten, bis sie 100 oder 120 Pfund und mehr schwer werden und nur zu dem Zwecke, dass ein fremder, junger Fant kommt, sich daran zu erfreuen. Er erhält dann noch mehr oder weniger Gold oder Werte dazu, je nach dem Vermögen der Eltern.

***

Die Zustimmung meines Vaters zu erlangen, den ich nicht fragen wollte, machte ich mir schwer. Ich hatte zu viel junge und schöne Damen, auch reiche und wirtschaftliche feingebildete Damen, auch unvermutet in der Häuslichkeit mit der Küchenschürze vor kennen gelernt. Mein Vater konnte nicht begreifen, warum ich ein so so leichtes Geschaft bei dem hunderflausend Taler spielend zu gewìnnen waren, nicht machen wolle. Er warnte mich, in eine Familie zu heiraten, deren Mitglieder ich nicht kenne; sie könnten mir später, wie auch  geschehen und noch geschieht, zur Last fallen. Solche Erwägungen nutzen bekanntlich selten. Nach der Militärzeit (…) hatte ich als meines Vaters Generalbevollmächtiger, ihm meinen gesamten Grundbesitz grundbuchlich übertragen, um ihn die Befürchtung zu überheben, mich möglicherweise beerben zu müssen und mit Dritten zu tun zu haben. Um jede Anfrage, jede Einwilligung zu vermeiden, schob ich die Verbbindung lange hinaus, auf die baldige Einführung der Zivil-Ehe hoffend. Erst durch das, zwei Stunden vor der Trauung meinem Vater gegeben Versprechen, dass ich das nächste, dritte Haus noch für Rechnung der Gesamtfamilie errichten wolle und nach dessen Vermietung erst zwischen ihm und mir geteilt werden solle, erhielt ich die Zusischerung, dass er mich zum Traualtar begleiten würde.

Der biblische Jakob habe nicht schwerer um seine Rahel arbeiten müssen. Nachher war mein Vater, wie schon vorher meine Mutter mit ihrere neuen Schwiegertochter sehr zufrieden. Er half mir noch bei dem Umzuge aus dem alten ins neue Haus.

Ein Mann, ein Werk, ein Grab (und die Frauen)

Ich gehe, o, Herr, in deine Hand zurück, schrieb man auf der Gruft-Mosaik über Eheleute Zeitler.

Carl Ludwig Zeitler und Agnes

Hand aufs Herz – nie gehört, oder?

Natürlich nicht, dabei bewirkten sie beiden so viel, das ich als Chronikarin gar nicht weiß, wo beginnen?

Auf dem Foto rechts ist es vielleicht nicht genug deutlich. Schauen wir genauer:

Stiftung für Weber und Wirker. Stiftung für Mathematiker und Naturkundestudierende. Stiftung für Theologen und Philologen. Aber auch: Stiftung für  Witwen und Weisen. Stiftung für Handwerker und Kunstschüler.

Zeitler war im Vorstand der heute so berühmten Urania. Für seine Studenten errichtete auf dem Studienhaus Friedenstraße/Büschingstraße eine Sternwarte mit Drehkuppel (im 2. Weltkrieg zerstört), im ersten Stockwerk einen Konzertsaal und im Untergeschoss eine Kochschule für Mädchen.

Klar. XIX Jahrhundert. Jahrhundert der Vereine und Stiftungen, der Philantropie, der sozialen Verantwortung. Aber auch ein Jahrhundert, in dem es noch keine Gesetze gab, die für Wohlergehen der Arbeiter, der Handwerker, der Bürger sorgten. Es herrschte wilder Kapitalismus, die Zeit der unglaublicher Armut und unvorstelbarer Ausbeutung. Zeit, dass manche halfen und die anderen für soziale Gerechtigkeit kämpften. Und die Reichen wurden immer reicher und die Armen immer ärmer.

Es war Zeit für Gutmenschen und Bösmenschen. Die Zeitler waren gut. Auf dem Mosaik trug sie ein Diadem, er einen Einstecker mit Edelweiß. Bevor ich im Google die Symbolik von Edelweiß finde, weiß ich schon, dass wenn etwas mit den Worten “edel” und “weiß” zu bezeichnen ist, muss es edelweiß sein, das edelste, was es gibt.

Ach, na ja, bevor ich in der Wikipedia zu der Pflanze komme, zeigt sie mir die militarische Edelweiß-Operation während des 2. Weltkrieges:
Es war der Deckname für den ab 23. Juli 1942 durchgeführten zweiten Teil der deutschen Sommeroffensive in Russland. Ziel der Operation war es, die Ölvorkommen in und um Baku zu sichern.

So ist es im Leben – nichts kann sich von dem Bösen retten, kein Symbol, kein Wort, keine Farbe. Denken wir nur an das Wort “Sicherheit”.

Die Blume aber, das Alpen-Edelweiß, ist eine der bekanntesten und symbolträchtigsten Blumen überhaupt.

Eine Polin in mir fragt sich, wie es sein kann, dass diesselbe Blume auf Polnisch – szarotka – etwas kleines, graues und belanglosen bedeuten kann?

Bekannt wurde die Pflanze zuerst als Symbol der österreichischen Kaiserin Elisabeth (Sissi). Ein 1865 gemaltes Porträt des Malers Franz Xaver Winterhalter zeigt die Kaiserin Elisabeth mit neun in ihr Haar geflochtenen künstlichen Edelweiß-Sternen. Der Schmuck aus Edelmetall und Diamanten wurde in den Jahren nach 1850 vom damaligen Hof- und Kammerjuwelier Alexander Emanuel Köchert entworfen und gestaltet. Um die alpine Pflanze ranken sich in der k. u. k Monarchie mit der zunehmenden Verehrung der Kaiserin Sissi immer mehr romantische Mythen. Nur verwegenen Kletterern gelänge es, ein Edelweiß zu pflücken. Es verkörpere Werte wie Mut, Treue und Gemeinschaft. Das Edelweiß solle gemäß solchen Mythen aus Tränen entstanden sein, welche die Eisjungfrau über die Untreue ihres geliebten Jägers vergoss. Vor ihrem Todessprung zauberte sie darauf Tränen in Form von Edelweißsternen an den dortigen Felsen. Jeder, der nach dem Edelweiß in den Felsen greife, solle fortan zu Tode kommen. Um ein Aussterben der symbolträchtigen Art zu verhindern, wurde sie schon früh unter Naturschutz gestellt. Bald wurde das Edelweiß als Symbol von zahlreichen alpinen Vereinen und Verbänden übernommen.

Und tatsächlich, auf Polnisch bedeutet die Blume gar nicht so viel, ausser, dass sie, wie in jedem Alpinen Gebiet, ein Motiv in Auszeichnungen und Souvenirs der Region ist. Aber immerhin schreibt man in Polnischer Wikipedia, dass die Blume in der Schweiz eine Nationalblume und Symbol der Unberürtheit und Reinheit ist.

Über Bedeutung des Grabesschmuck Zeitlers habe ich nirgendwo Antwort gefunden. Ich vermute, es ging um Mut, Treue und Gemeinschaft und nicht um Reinheit und Unberürtheit.

Der Baumeister und Architekt Carl Ludwig Zeitler (1835-1910), Sprössling einer zu großem Reichtum gekommenen Weberfamilie, betätigte sich gemeinsam mit seinen Brüdern Zeit seines Lebens als Förderer der Wissenschaften und Begründer verschiedener wohltätiger Stiftungen. Hierzu gehörten etwa eine Weberstiftung (1889), das Wilhelm-Zeitler-Frauenheim (1894) und ein Studienhaus mit Sternwarte und Konzertsaal (Ludwig-Zeitler-Studienhaus, 1901). Nach dem Tod ihres Vaters Johann Jakob Zeitler (1807-1871) ließen die Söhne nach eigenem Entwurf Carl Ludwig Zeitlers ein neugotisches, äußerlich in hohem Maße auch antiken Vorbildern folgendes Mausoleum errichten. Der granitverkleidete, hohe Gruftbau mit seitlichen, durch gotisierende Gusseisengitter abgegrenzten Gärtchen fällt besonders durch seine Fassadeninschriften auf, die die Familiengeschichte erhellen und an der linken Seitenwand – als kulturgeschichtliche Besonderheit – eine Art Bauurkunde enthalten. Diese berichtet in dreizehn Zeilen von den Veränderungen, die sich nach dem Deutsch-Französischen Krieg 1870/71 und während der Bauzeit der Grabanlage (1871-75) ereigneten: Detailliert wird auf Arbeitslöhne und Materialkosten hingewiesen sowie auf die einschneidende Umstellung der bislang üblichen Maßnormen (Länge, Volumen und Gewicht), beispielsweise wurden Ruthe, Fuß und Zoll vom Meter verdrängt. Ebenso wird die Einführung der neuen Gold(mark)-Währung erwähnt, die den Taler ablöste, sowie die Entstehung neuer Gesetze. Das Innere des Bauwerkes ist mit einem farbenprächtigen Mosaik geschmückt, das die Bildnisse des Erbauers und seiner Ehefrau zeigt, sowie mit einem gusseisernen Relief mit der Darstellung der drei Frauen am Grabe.

Im Jahr 2004 ließ die Arbeitsgemeinschaft für die historischen Friedhöfe und Kirchhöfe e.V. Erhaltungsmassnahmen und die Erneuerung der Inschriften an den Wänden des Mausoleums durchführen.
Der Innenraum des Mausoleums wurde in ihrem Auftrag 2018 restauriert. Die Arbeitsgemeinschaft veröffentlichte ausserdem im Oktober 2012 anlässlich ihres 30-jährigen Bestehens die Memoiren von Carl Ludwig Zeitler. Und dies ist eine ausserordentlich interessante Lektüre. In einer Woche veröffentliche ich hier ein Fragment dieses Buches. Über Agnes…

Und die Frauen.

Zuerst natürlich Agnes, die Ehefrau von Carl Ludwig, die Frau im Edelweiß-Diadem.
Dann die Hanna Wilhelmine Zeitler mit Ihren drei Söhnen am Sarg des Johann Jakob Zeitler, der 1871 verstorben war und für den das Mausoleum errichtet wurde.


Aber  auch im 21. Jahrhundert sind es die Frauen, die sich um das Mausoleum kümmern. Man muss hier unbedingt Doris Tüsselmann erwähnen, die langjährige Vorsitzende der Arbeitsgemeinschaft für die historischen Friedhöfe und Kirchhöfe Berlins e.V. (auf dem Foto unten steht sie rechts).

Die Renovierungsarbeiten im Innenraum des Mausoleums übernahm mit ihren Mitarbeiterinnen die schöne Restauratorin, Joana Pomm.


Mausoleums Zeitler
Georgen-Parochial-Friedhof I, Greifswalder Straße 229 – 234
10405 Berlin-Prenzlauer Berg

Im Mausoleum sind beerdigt worden: Johann Jakob Zeitler (†1871) und seine Ehefrau Wilhelmine (1809–1893) – die Eltern von Carl Ludwig, sein Bruder Emil (1845–1891), sein Halbbruder Carl Ferdinand Gläser (1829–1883), Zeitlers Frau Agnes (1843–1901) und er selbst.

Der Friedhof – von einer der ältsten evangelischen Gemeinde Berlins auf einem früheren Weinberg angelegt – wurde 1814 eingeweiht, war bald belegt und wurde 1832 und 1842 erweitert.

Er wurde in klassischer Kreuzform mit Alleen entlang der Hauptwege auf einem Hang – früher ein Weinberg – angelegt. 1970 wurde er auf Beschluss des Magistrats geschlossen und erst nach der Wende 1991 wieder eröffnet. In der Zwischenzeit war der etwa 40 Hektar große Friedhof stark verwildert und verfallen, weshalb seit der Wiedereröffnung umfangreiche Instandsetzungsmaßnahmen vorgenommen wurden. Auf dem Friedhof ruhen einige Berliner Größen und schöpferische Persönlichkeiten: darunter der Komponist und Kapellmeister August Eduard Moritz Conrady (†1873), der Baumeister Carl Ludwig Zeitler (†1910), der Theaterintendant Franz Wallner (†1876) und der Gründer der ersten Blindenschule Deutschlands, Johann August Zeune (†1853).

Reblog: Marysia Kwaśniewska

Znalezione na Facebooku, u Anity Kucharskiej-Dziedzic

Zdjęcie z Hitlerem

Jest sierpień 1936 roku. Igrzyska olimpijskie w Berlinie. Na stadionie trwa właśnie konkurs oszczepniczek. Do rzutu przygotowuje się dwudziestotrzyletnia Polka, Marysia Kwaśniewska. Ciemnooka, zgrabna i śliczna. Staje na starcie, dmucha w grot oszczepu, jakby chcąc dodać mu lekkości, potem rozbieg, rzut i… świetnie! Oszczep wbija się w trawę ponad czterdzieści metrów dalej. Wynik jest znakomity, ale dwie Niemki rzucają jeszcze lepiej. Polka zdobywa brązowy medal.
W czasie dekoracji stoi na podium wyprostowana, w dresie z orłem na piersi, jak wycięta z innego świata, bo wszyscy wokół niej unoszą rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Na trybunach siedzi Adolf Hitler. Nikt z organizatorów nie miałby nic przeciwko temu, by to on dekorował najlepszych, na szczęście regulamin olimpijski tego zabrania. Natomiast Führer chce osobiście pogratulować medalistkom. Prowadzą je do loży honorowej. Wokół wodza cała nazistowska wierchuszka, jest Göring i Goebbels. Uśmiechnięty Hitler ściska dłonie dziewcząt, a do Marysi mówi:
– Gratuluję małej Polce.
Na to ona, niewiele myśląc: – Pan też niezbyt wysoki.
Wszyscy wybuchają śmiechem, ale potem Goebbels nieźle się namęczy, żeby do niemieckich gazet nie przedostała się błyskotliwa i odrobinę bezczelna riposta “małej Polki”. Usłużni pismacy będą donosić, że Führer gratulował małej Polsce, a nie Polce. Tak czy inaczej niewysoki wąsaty (165 cm) najwyraźniej bardzo chce mieć zdjęcie ze śliczną Polką (166 cm), którą wybrano Miss Olimpiady. Mocno zażenowany wąsacz, wyginający wargi w coś, co ma przypominać uśmiech, niezgrabnie pozuje do zdjęć z ładnymi medalistkami… Dziewczyny z 1936 roku pewno wybuchały śmiechem, patrząc na jego miny. Wtedy nikt nie przypuszczał, że już wkrótce za sprawą tego groteskowego Niemca cały świat stanie na głowie. Że od jednego jego słowa będzie zależało być albo nie być pojedynczych ludzi i całych narodów.
Kiedy Marysia wrzuca do walizki “zdjęcie z Hitlerem”, jako zabawną pamiątkę berlińskich igrzysk, nie ma pojęcia, że kiedyś ta fotografia pomoże jej ocalić życie setkom ludzi. Na razie to zwykła fotka, wspomnienie startu na berlińskiej olimpiadzie, który okazał się bardzo udany. Wiecie, że możemy go obejrzeć? Występ Polki zarejestrowała kamera Leni Riefenstahl, reżyserki hołubionej przez Führera, która nakręciła film pokazujący zmagania sportowców na igrzyskach.Dziwnie jest myśleć, że już za trzy lata ci młodzi ludzie ścigający się na stadionach będą do siebie strzelać. Jeszcze żyją tak, jakby mieli przed sobą całą dobrą przyszłość. Marysia myśli o następnej olimpiadzie. Za cztery lata, w 1940 r. mają spotkać się w Tokio. Kwaśniewska jest jedną z naszych największych sportowych nadziei, więc Polski Związek Lekkiej Atletyki daje jej stypendium i wysyła na południe Europy. Mieszka nad ciepłym morzem Lazurowego Wybrzeża, trenuje i cieszy się życiem, w którym wszystko co najlepsze dopiero przed nią.Gdy wybucha wojna, Maria jest wciąż na południu Europy. Ale w jednej chwili jest gotowa wracać do Polski. Namawiają ją, by została. Nie mogą zrozumieć, dlaczego rwie się tam, skąd wszyscy uciekają. No jak to dlaczego! Patriotyzm – a ona nie boi się tego słowa – to nie tylko olimpijskie podium. Pakuje się i 2 września rusza do domu. Wiele lat później w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” powie, że jechała pod prąd: “Na granicy w Zebrzydowicach patrzyli na mnie trochę jak na wariata. Tabuny ludzi wyjeżdżały z kraju, a ja wracałam do Warszawy, chociaż nie bardzo miałam czym i jak. Podróżowałam różnymi środkami lokomocji, wozami, pociągami. W końcu trafiłam”.
Jest młoda, silna, sprawna i sporo umie – przed wojną skończyła kurs sanitarny i samochodowy. W bombardowanej, płonącej Warszawie tacy ludzie są na wagę złota. Trafia do sanitarki przeciwlotniczej na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Na ramionach wynosi żołnierzy z okopów znad Wisły, siada za kierownicą sanitarki (“kierowcę zabili, nie było komu jeździć, jeździłam ja”). Od prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego dostanie za to Krzyż Walecznych. Druga ważna próba przyjdzie pięć lat później, gdy w Warszawie wybuchnie powstanie.
Gdy zaczyna się powstanie, Maria mieszka w podwarszawskiej Podkowie Leśnej. W sąsiedniej gminie Niemcy już 5 sierpnia zakładają niesławnej pamięci Dulag 121 Pruszków, obóz przejściowy dla wypędzanej ludności Warszawy. Przez całe powstanie i później będą szły tam transporty. Ponad pół miliona warszawiaków. Po brutalnej segregacji i rozdzielaniu rodzin, młodszych i silnych wyślą na roboty do Rzeszy, starszych i słabszych – czesto do Auschwitz. W tym strasznym miejscu umrą tysiące ludzi, ale też blisko trzydzieści tysięcy uda się ocalić. Dla wielu przepustką do życia będzie marysine zdjęcie z Hitlerem.
Kiedy czytam, jak Maria Kwaśniewska opowiada o wyciąganiu ludzi z obozu, brzmi to tak, jakby wszystko było nieziemsko proste. “Był w tym obozie tzw. barak chorych. Z tego baraku wyprowadzało się ludzi po stu, stu pięćdziesięciu… Pokazywałam przy bramie tę moją fotografię z Hitlerem. Żandarmi traktowali ją jak ausweis. Bili w czapę i przepuszczali mi transport”. Jakoś nie dodaje, jak ryzykowne były to akcje. Wiele kończyło się aresztem, wysyłką do obozu, a nawet kulką w łeb, a nie żadnym “biciem w czapę”!
Ale jej się udaje. Teraz we własnym domu zakłada obóz przejściowy. Przez jej mieszkanie przewijają się całe tłumy ludzi, znanych i nieznanych, jednakowo ważnych – Ewa Szelburg-Zarembina, Stanisław Dygat i chłopiec z przestrzelonym płucem, który, jak Maria będzie wspominać później, “dziś ma 70 lat i nadal pisze do mnie kartki”. No, czy to nie piękne, że “małej Polce” znów udało się dać Hitlerowi przytyczka w nos?
Już niedługo wojna się skończy. Warszawiacy wrócą do swoich ruin i zaczną zmieniać je w dom. Pochowają zmarłych, przywitają ocalałych, posprzątają ulice, a zdjęcia Hitlera wyrzucą na śmietnik.
Maria Kwaśniewska dożyła sędziwego wieku 94 lat. Zmarła całkiem niedawno, w 2007 roku. Po wojnie pracowała w Polskim Komitecie Olimpijskim, objeżdżała kraj, aktywna do ostatnich dni, wspierając zwłaszcza małych sportowców. Tym, którzy mieli szczęście ją znać, zostawiła po sobie mnóstwo jasnych wspomnień, ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej ciekawe życie zamknąć w książce. Zła jestem, że tak długo nie miałam pojęcia, że istniała.