Mężczyzna. Der Mann.

zieloni2004. Plakat wyborczy Partii Zielonych / Wahlposter der Grünen (Liebe ist Liebe. In die EU, damit sich etwas ändert)

Lidia Głuchowska

Mężczyzna. Zmiany obrazu

„Nikt nie rodzi się jako kobieta”, to stwierdzenie Simone de Beauvoir analizuje się często w odniesieniu do polskiej sztuki współczesnej także w związku z opresyjnymi, konotowanymi kulturowo i politycznie konstrukcjami męskości. Działania i strategie społeczno-kulturalnej interakcji obnażają „niebezpieczne związki sztuki z ciałem”, by przywołać tytuł książki Izabeli Kowalczyk (…). Demaskacja ta dokonuje się poprzez przeniesienie w nowy, nietypowy kontekst określonych gestów, póz, sformułowań i reguł etykiety. Dekontekstualizacja wywołuje efekt obcości, choćby w takich pracach jak Archiwum gestów Zofii Kulik, Krzesło 2 (2000) Katarzyny Kozyry czy Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (2000) Artura Żmijewskiego, w którym artysta zestawia schematycznie upozowane umundurowane i nagie ciała.

Nagi człowiek jest bezbronny. Jak komentuje Artur Żmijewski w wywiadzie z Izabelą Kowalczyk, mężczyźni też są słabi: „(…) My słabi eksponujemy nasze różowe pupy i (…) zaświadczamy nimi o własnej miękkości, o własnej słabości. Nasze pośladki i nasze majtające się fiutki, są ambasadorami naszej delikatności”. Artyści wskazują więc na to, iż poza mówcy, mężczyzny w garniturze bądź w mundurze oddziałuje często jak konwencjonalna zbroja, oddzielająca sferę prywatną od intymnej.

Interesujące jest, iż to samo w odniesieniu do pozornie równouprawnionych społecznie kobiet udokumentowała w sztuce polskiej już przed laty choćby Ewa Partum w pracy Autoidentyfikacja (1980), w której na zdjęciu sceny ulicznej naprzeciw siebie pokazane zostały: kierująca ruchem policjantka w mundurze i naga kobieta w szpilkach.

Przemoc, którą instytucje totalitarne bądź działające na zasadzie surowego rygoru i hierarchii – takie jak armia, szkoła czy szpital – wywierają na sferę prywatną jednostki, ukazana tu zostaje jako oczywistość. Ponadto krytycznej analizie poddana zostaje także natura prywatnych związków heteroseksualnych. Ich charakter demaskuje np. Dorota Nieznalska w pracy Bez tytułu (1999), ukazując problem rodzinnej, nierzadko psychicznej przemocy mężczyzny nad partnerką, która w omawianym dziele utożsamiona i traktowana jest jak pies.

Cały tekst po polsku
z ilustracjami i przypisami w czasopiśmie Pro Libris 2009

Der Mann. Änderungen der Abbildung.

„Niemand wird als Frau geboren“. Diese Feststellung von Simone de Beauvoir wird in der polnischen gegenwärtigen Kunst auch in Bezug auf oppressive, kulturell und politisch bedingte Konstruktionen von Männlichkeit analysiert. Solche Verfahren und Strategien der interaktiven sozial-künstlerischen Koexistenz entblößen die „gefährlichen Beziehungen der Kunst und des Leibes“ (…). Dies geschieht, indem bestimmte Verhaltensmuster, Gesten, Posen und verbale Zeichen des traditionellen maskulinen Codes in neue Kontexte gesetzt werden. Häufig erzeugt dies einen Aufmerksamkeit erregenden Verfremdungseffekt, wie z. B. in den Werken Archiwum gestów von Zofia Kulik (Archiv der Geste, 1987-1991), Krzesło 2 (Der Stuhl 2, 2000) von Katarzyna Kozyra und Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (Die Repräsentationskompanie der Polnischen Armee, 2000) von Artur Żmijewski, in dem wirklich oder metaphorisch uniformierte und nackte Körper zusammengestellt sind.

Nackt ist der Mensch wehrlos: „Wir, die Schwachen, Männer, stellen unseren rosa Po zur Schau und verwenden ihn als unseren Stempel. Damit bezeugen wir unsere Weichheit und Schwäche. Unsere Hinterbacken und unsere schwingenden Schwänzchen sind Botschafter unserer Zartheit“, kommentiert der Künstler Artur Żmijewski selbst. Die Pose des Redners, der Anzug oder die Uniform erscheinen dadurch als eine Art konventionelle Rüstung, welche die Sphären des offiziellen und des privaten Männerbildes voneinander trennt.

Interessanterweise dokumentierte die polnische Kunst Offenbarungen solcher Art in Bezug auf die angeblich sozial gleichgesetzte Frau bereits von vielenJahren, so z. B. in der Autoidentyfikacja (Selbstidentifikation, 1980) von Ewa Partum, wo auf einem mitten auf der Straße aufgenommenen Foto einer uniformierten Polizistin eine nackte Frau in Pumps gegenübergestellt wird.

Die Gewalt, die besonders in den totalitären Institutionen – wie etwa Armee, Schule oder Krankenhaus – auf die Privatsphäre ausgeübt wird, erscheint somit als offensichtlich. Doch auch die Natur privater heterosexueller Beziehungen wird in der Kunst der kritischen Analyse unterzogen. So entblößt z. B. Dorota Nieznalska in ihrem Werk Bez tytułu (Ohne Titel, 1999) die familiäre, nicht selten auch psychische Gewalt des Mannes über seine Partnerin, die hier, wie auch in vielen anderen Werken, als Hündin bezeichnet und behandelt wird.

Der ganze Text auf Deutsch mit Fußnoten und Abbildungen: Endfassung_Gluchowska_autoris

Związki partnerskie

Aleksandra Puciłowska

Niekonstytucyjność miłości, co za murem siedzieć powinna

Głośno się o nas ostatnimi czasy w Polsce zrobiło. Nie, żeby od razu o nas – osobiście, ale jednak – w pewnym sensie – o nas właśnie. Wcale nie trzeba było się o to jakoś specjalnie starać nawet. Wystarczy być sobą, a pewnego ranka – z całą pewnością – przeczyta człowiek o sobie różne odkrywcze rzeczy w prasie. Tak było, przynajmniej, w naszym wypadku.

A i filmików w dobie współczesnej globalizacji można naoglądać się mnóstwo – a w roli, choć jedynie domyślnej, to jednak jednej z głównych – my same. Rzeczy działy się w Polsce, ale śledzić można je było z różnych zakątków świata. My śledziłyśmy z Berlina.

A zaczęło się od projektu, który zdezaktualizować miał mój fejsbukowy opis o tym, iż jestem wraz ze swoją dziewczyną niekonstytucyjna. Ot, zwykłe głosowanie w Sejmie nad ustawą, która – w swym zamyśle – ułatwi życie pewnej grupie osób: głosowanie nad przepuszczeniem do prac komisji sejmowych ustawy o związkach partnerskich.

Choć dotyczyć miała, jak podkreślają do dziś, z zamiłowaniem, przeciwnicy tegoż rozwiązania, jedynie mniejszości, to zainteresowaniem cieszyła się wręcz niebywałym. Czasem przyprawiało ono o nieodparte wrażenie, że losy tych ustaw bardziej emocjonują tych, których one w rzeczywistości wcale nie dotyczą. Tfu, nie dotyczyły. Czas przeszły jak najbardziej wskazany, bo koniec końców, okazało się, że – Polska to Polska, a nie żadna liberalna Europa zachodnia, a tak w ogóle, to jednak jesteśmy niekonstytucyjni, bo nie ma to jak mąż i żona.

Finał smutny, acz łatwy do przewidzenia. Choć przyznam szczerze – liczyłam na coś więcej. Tego, że wszystkie trzy projekty ustawy trafią do kosza przy pierwszym czytaniu, się nie spodziewałam. Bo chyba tylko w Polsce rządząca partia wyrzuca swój własny projekt ustawy do kosza. I tylko w takiej krainie absurdów, jaką jest Polska, zdarzyć się może sytuacja, w której podczas czytania ustawy, za którą oponuje sam premier rządu, o jej niekonstytucyjności przekonuje minister sprawiedliwości – gwoli ścisłości – tego samego rządu.

W każdym razie mój fejsbukowy status nadal pozostaje w pełni aktualny. Nie o tym chciałam, jednak pisać. Projekty ustaw o związkach partnerskich już dawno temu zostały zarchiwizowane w czeluściach Sejmu zapewne, ale dyskusja nad nimi nadal żywa. Na jej pierwszy plan niespodziewanie wysunęła się, między innymi, posłanka zajmująca się dotychczas publicznym prawem gospodarczym – posłanka PiS-u, pani Krystyna Pawłowicz. Powiedziała wiele rzeczy, których większość nie zasługiwałaby nawet na cytowanie, gdyby nie jeden znaczący fakt – iż wypowiadała je z mównicy Sejmu RP. Mównicy, która – zdawać by się mogło – do czegoś zobowiązuje. Nie siedziałam wtedy na balkonie sejmowym, tak jak siedziały tam inne lesbijki i geje. Ba, nie śledziłam nawet przemówienia pani Pawłowicz online. Ale – z opóźnieniem i za pośrednictwem mediów – uderzyło ono we mnie, z podobną zapewne, mocą.

Pani Pawłowicz mówiła o jałowości, o bezużyteczności i użytkowaniu drugiego człowieka jako przedmiotu. Słuchałam, a oczy samoczynnie wędrowały ku kalendarzowi na ścianie, by upewnić się, czy aby na pewno mamy rok 2013, a nie lata 40 ubiegłego wieku. Pani Pawłowicz nie kazała zresztą długo czekać, by podobne wątpliwości, co do czasoprzestrzeni, w której obecnie żyjemy, pojawiły się ponownie. Za swoje obraźliwe słowa na temat homoseksualistów pociągnięta miała zostać niedawno do odpowiedzialności przez Sejmową Komisję Etyki. Nie przyszła na jej posiedzenie, zasłaniając się wyrokiem sądu niemieckiego z lat 50 XX wieku, który podtrzymywał przepis o karalności czynów homoseksualnych – wydany nota bene w roku 1935. Kto był wówczas u władzy w Niemczech, przypominać raczej nie trzeba.

Krystyna Pawłowicz na mównicy sejmowej nie poprzestała. Swój wywód kontynuowała dalej w mediach. I kontynuuje dalej. Do dyskusji włączyła się cała masa znawców tematu: psychologów, psychiatrów, prawników, konstytucjonalistów, polityków, co ciekawe – księży, dziennikarzy i różnej maści innych ekspertów. Polemika toczy się na wielu płaszczyznach – od pseudonaukowego bełkotu, przez rzeczowe argumenty, po poziom zwykłej pyskówki.

Pani Pawłowicz mówi o tym, że związki homoseksualne to to samo co prostytucja, by chwilę potem chcieć otoczyć nas troską i wysłać na terapię, która zrobi z nas prawych ludzi. Może i nie staniemy się hetero, ale będziemy żyć w czystości – tak mówi posłanka PiSu. No tak, lepsza stara panna i wieczny kawaler samotnie i nieszczęśliwie, niż dwie lesby lub dwóch pedałów razem a radośnie. Ci pierwsi zajmą się  przynajmniej czymś pożytecznym, a nie będą dzieci bałamucić i mówić im, nie daj Boże, że życie w zgodzie ze sobą jest ok.

Poseł Żalek w kółko stawia to samo pytanie, czy my aby na pewno chcemy takiej sytuacji, by dwóch facetów mogło adoptować dziewczynkę? Z uporem maniaka pytanie stawia wiecznie w tej samej konstelacji. Nie wiem, czy to oznacza, iż sytuacja w której płeć dziecka adoptowanego jest zgodna z płcią rodziców byłaby czymś lepszym? Jeśli tak, to pod znakiem zapytania należałoby podstawić etyczne podstawy adopcji dzieci przez pary heteroseksualne. Bo w końcu w każdej parze hetero jest jeden facet. Skoro dwóch facetów to zło, to jeden facet pozostaje nadal połówką tego zła. Najlepiej niech każda samotna kobieta adoptuje jedną dziewczynkę, a każdy samotny mężczyzna jednego chłopca. Nie będzie jakichś podejrzanych, koedukacyjnych konstelacji, które to sprowadzą biedne dzieci z domu dziecka na złą drogę. Albo najlepiej zostawmy je w domu dziecka. Nie ma to jak solidna opieka państwa, które to najlepiej zadba o prawidłowe wzorce rodzinne.

Oliwy do ognia dolał ostatnio złotousty od zawsze i na zawsze, a prezydent już były – Lech Wałęsa. Zgodnie ze swoją miłością do demokracji, widziałby homoseksualistów najchętniej w ostatnich ławkach sejmu, a najlepiej – w ogóle za murem. Bo jest nas mało. To że kończyłam szkołę w innych czasach, niż Lech Wałęsa jest dla mnie raczej jasne. Całkiem możliwe więc, iż w jego czasach, w szkole wykładano dziwne idee na temat demokracji. Wydawało mi się jednak, że najpóźniej po odebraniu pokojowej Nagrody Nobla pan prezydent załapał już, o co w tej demokracji chodzi. Złudne me nadzieje: okazuje się, że jak jesteś w mniejszości, to i praw możesz mieć mniej. Ciekawa jestem, czy kiedy Wałęsa przeskakiwał niegdyś przez pewien pamiętny mur, o taką właśnie demokrację chciał walczyć? Strach się bać, kiedy człowiek zacznie zastanawiać się nad odpowiedzią.

Dyskusja toczy się nadal i pewnie nie zakończy się szybko. Ustawa o związkach partnerskich odleciała nam znowu o lata świetlne w przyszłość, chyba więc nie pozostaje mi nic innego, jak się pogodzić z tą moją niekonstytucyjnością. Kto to może zresztą wiedzieć, może taka niekonstytucyjna miłość prawdziwsza od tej ustawowej? W razie czego piszę oficjalnie – jak umrę, to wszelkie decyzje o pochówku i spadek dla Kingi. A jak umrze tylko mózg, to o sercu niech i ona zdecyduje, w końcu i tak jej je oddałam. Skoro żadna z trzech władz nam nie załatwiła prawa do zapięczetowania powyższego urzędowym papierkiem, to próbuję tu medialnie. Ponoć media to czwarta władza. Mam nadzieję, że skuteczniejsza.

Der brennende Dornbusch / Krzew gorejący

Stanisław Kubicki 

Der brennende Dornbusch.
Die Berufung
Krzew gorejący.
Wezwanie
Wer rief?
Um mich die brennende Wüste
der gelbe sengende Sand
ein strahlendes Meer
ohne Küste
endlos gewelltes Land – –
Kto wzywał?
Wokół płonąca pustynia
piach spalony od słońca
oślepiające morze
bez wybrzeży
grzbiety wydm bez końca – –
Und doch ist als riefe wer
in diesen unendlichen Stillen!
als schrie’ es in meinem Herzen,
so daß ich wider willen
vergaß den Palmenhain
und das schattige kühle Zelt,
und eilte in diese Welt
und horchte hier
im öden Revier
weiß nicht, auf wessen Stimme. .
A przecież jakby ktoś wzywał
w tej bez kresu ciszy!
jakby w sercu mym wołał,
i choć nie chcę słyszę
zapomniałem o palmach,
o cienistym namiotów chłodzie,
tak w świat uchodzić mi pora
gdy słucham nikt nie odpowie
poprzez jałowe pustkowie
i nie wiem czyjżeż to głos. .
Tönen die Schmerzen
und dieses ferne Rufen
aus meinem eigenen Herzen?
Hat meine Seele solche Wüsten und Winde
und tödlichen Durst?
Ich hör in mir einen Widerhall
jetzt sehnend wie Schrei in Lebensnot
jetzt sanft und gelinde,
als weinte das All
um einen jungen allzufrühen Tod!
A może mój to ból
i moja rozterka
co z mego płynie serca?
W duszy padół pusty
wysączony suchymi usty?
A we mnie jakby echo grało
ongiś krzyk w ostatniej potrzebie
dziś łagodny bez grozy odwiecznej,
jest jakby wszechświat łkał
z powodu śmierci przedwczesnej!
Denn:
hier muß ich vergessen und lassen hinter mir
all meine jungen Tage
und meine Liebe
und Haus
und Tier . . .
Die stillen sanften Herden –
alles muß so vergessen werden,
daß nicht einmal die stillste Frage
– zaghaft und sacht –
“Wo” und “Warum”
in mir erwacht – – –
Bo:
zapomnieć mi trzeba zostawić
dni młodości
i miłość
i dom
i zwierzę . . .
i spokojne łagodne stada –
wszystko w niepamięć zapada,
nie obudzi
bo nie ma we mnie
nawet pytania
– nieśmiało wyjąkanego –
“gdzie” czy “dlaczego” – – –
O!
Meines Weibes stilles Weinen
seinen schmerzlichen Widerhall
darf ich nicht hören,
er könnt mich betören,
und reißt mir doch das Herz
entzwei – – –
O!
Cichy płacz mej kobiety
bolesnym powraca echem
już nie mnie go słuchać,
bo wszak może oszukać,
a rozdziera mi serce
na pół – – –
In meinen Ohren
ist nur noch dieser Schrei,
von dem ich nicht weiß:
kommt er von ferne
oder ist er in mir geboren?
W mych uszach daremnie
tylko ów krzyk,
i nawet nie wiem:
nadbiegł-że z daleka
czy zrodził się we mnie?
MojzeszOlej
O! ewige Qual!
denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und werde doch nicht verzehrt,
denn mein Herz es lodert und glüht
und bleibt doch unversehrt! – – –
O! Bólu odwieczny!
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
a nie tknięte trwa! – – –
Und
durch dieses schmerzliche Tal
durch der Zeiten Endlosigkeit
durch diese Wüste,
die so öd’ und breit
über allem liegt auf Erden,
muß ein Weg gefunden werden . . .
Patrz
poprzez dolinę łez
przez nieskończony czasów zew
przez pustynię,
szeroką, daleką
jak ziemia bezkresna,
droga mnie wiedzie bolesna . . .
Und meine Seele,
in der es weint,
in der es ruft und spricht . . .
ich kenne sie nicht:
sie ist vielleicht wie die Welt
und voller Widerhall,
darinnen Durst und Hunger bellt
wie nachts Hyäne und Schakal . .
I dusza moja,
w której łkanie tkwi,
w której coś woła i mówi . . .
nie znam jej:
lecz wiem, pełna jest ech
po dech ostatni, po brzeg,
pragnienie i głód tu szczekają
jak hieny wtórują szakalom. .
Es gibt wohl stille Oasen
irgendwo
mit Palmen und kühlendem Quell,
da schöne Herden grasen
beschützt von der Hunde Gebell – –
Wiem są tu oazy ciche
gdzieś tu są wśród drzew
chłodne źródła, gdzie
stada się piękne pasą
co psi ich strzeże zew – –
Doch die sind klein
und vergessen –
es ist, als dürft’ es nicht sein,
als wär’ es frech
und vermessen,
hier vor Gottes Zorn
vor giftigen Winden
und Tod
vor zehrendem Hunger
vor des Durstes Not
zu hüten einen Born,
da heimlich und stille
vor der Wüsten Zorn
eine schattige Fülle
mit grünenden Ernten
und sanften Tieren
und einfachem Glück
vor der Qual der Welt
und der Not der Menschen
sich zog zurück . . .
Małe są
zapomniane –
tak jakby być nie mogły,
jakby to chytre było
i na wyrost,
tu się chronić, gdy tam
Boży gniew, wichru jad
i zgon,
głód nienażarty
i pragnienia grad
tu się chronić przy źródle,
szyto kryto ukradkiem
przed gniewem pustyni
w cienistej obfitości
w plonów zieleni
gdzie zwierz łagodny
a szczęście proste
przed bólem świata
i ludzką nędzą
się schronić tak . . .
Herr!
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirre
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Herr!
ich fürchte mein Weg geht irre! . . .
Panie!
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu, płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Panie!
boję się, że się zbłąkam! . . .
Von meiner Brüder engen rauchigen Hütten
von ihrer Not und ihrem Weh’
bin ich so weit und fort geschritten
daß ich sie nicht mehr seh’ – – –
Daleko odszedłem precz
od biednych sadyb brata
mego w bólu daleko
jego biedy i męki nie moja już rzecz– – –
Herr!
und ich muß noch sagen
ein böses schmerzendes Wort:
nicht nur, von seinen Plagen
auch von meines Bruders Liebe
ging ich fort!
aus seinem ärmlichen Leben
aus seiner engen Welt
und seinem kleinen Streben,
in die du mich gestellt,
ging ich schon lange einen fernen Weg
einsam
weinend
ein verlachter Tor,
der stumm und dumm
das Beste verlor – – –
Panie!
pozwól, że jeszcze jedno
słowo powiem, tak złe,
bom nie tylko plagi jego porzucił
lecz i braterską miłość jego
i poszedłem, precz!
Obróciłem się od jego biedy
i ciasnego świata
małych potrzeb,
które i mnie przeznaczyłeś,
lecz ja dawno odszedłem daleko
sam
płacząc
wyśmiewany szaleniec,
błędny i zbędny
pogubiwszy to co najlepsze – – –
Denn:
ich liebe sie nicht,
die ich lieben wollte.
Bo wszak:
Nie kocham tych,
których kochać chciałem.
Und doch:
ich weiß um der Liebe Glanz
über allem irdischen Leben, –
ich weiß um den milden Strahlenkranz,
den sie um uns kann weben,
daß sie der helle Weg zum Paradies.
A jednak:
Wiem co miłości blask
na tym ziemskim padole, –
wiem jaki wieniec łask,
nam położy na czole,
i wiem, że drogą jest jasną do raju.
Ich weiß auch dies:
und hab’ es gefunden
in den stillsten Stunden,
wenn man die Arme um alles, was ist,
ausbreiten mag:
um Mensch und Tier und Pflanze und Stein,
um Jahr und Mond und Tag,
daß man nur dann kann glücklich sein,
wenn man sich selber verloren:
es zittert das Herz
und Lust ist wie Schmerz
und wir sind wie Kinder und Toren!
I to też wiem:
bo znalazłem ten jasny kwiat
w godzinie najgłębszej ciszy,
gdy człowiek wziąłby w ramiona,
cały swój świat:
człeka i zwierzę, roślinę i kamień,
na rok, na miesiąc lub dzień,
wiem, żem tylko szczęśliwy,
gdy się zapomnę:
gdy serce w radości i bólu
drży siebie niepomne,
a my jak dzieci i głupcy!
Und schau’ ich in solchen Stunden
meinem Bruder ins Angesicht,
dann ist mir der Glanz erloschen
und das Glück mit verschwunden – – –
A spojrzałbym w tę godzinę
w twarz brata mego,
na zawsze zniknął by blask
szczęścia słodkiego – – –
Und ich höre, wie mein Bruder spricht:
von seines armen Alltags Sorgen
von seiner tägliche Fron
von Weib
und Sohn
und daß er morgen
den Zins muß zahlen – und nicht kann.
I słyszę jak brat mój woła:
to troski mego powszedniego dnia
to znój mój w pocie czoła
to kobieta moja
i syn
a jutro
poradlne mi płacić – lecz jak.
Den Reichtum aber und himmlischen Glanz
den schaut er nicht an
und lacht
und spottet ob solcher inneren Pracht.
Nie spojrzy w oblicze niebios
w jego blask i obfitości zdrój
naigrywa się
i drwi ze mnie brat mój.
O! Herr!
ich weiß:
ich sollte lieben seine ganze Jämmerlichkeit
und seine Armut
und seinen Schmutz
sein armes tägliches Leid.
O! Panie!
wiem:
kochać mi trzeba jego biedną małość
jego mizerię
i brud
i znojny codzienny trud.
Doch schau ich ihn an
und seinen Tag
und sein Gebet,
kommt Mitleid mich an
und ich mag
ihn nicht sehn, wie er da steht
kurzsichtig eifrig
weinerlich und voller Klage
um seine kargen Tage . . .
Lecz gdy myślę
że to jego dzień
i to modlitwa jego,
choć litość mnie ogarnia
nie chcę widzieć wcale
tej pokory stania
ni krzątania ślepego
ani słyszeć jak jęczy
i skargi woła, i żale . . .
Dann ängstet mich die Frage:
warum ist die L I E B E so schwer –
so voller Qual?
Es geschiehet mir,
daß ich einem Tier
– einer garstigen Spinne –
eher meine Minne
meine volle Seele mag geben,
das Geschöpf an meinen Busen zu heben,
als diesem deinem Ebenbild – – –
Lecz pojawi się w tym pytaniu udręka:
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
Jakbym mą duszę oddał
nie tej, którą kocham
na podobieństwo Twe stworzoną
– lecz podłym zwierzom jakimś –
pająkom, pluskwom,
skorpionom – – –
Herr!
warum ist die L I E B E so schwer
und voller Qual?
woher die Not,
daß Mitleid wird der Liebe Tod? – – –
Panie!
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
skąd ta udręka,
i dlaczego litość śmierć miłości znaczy? – – –
Das Schlimmste aber ist mir mein Herz,
meine feige und gesunde Seele,
die alles schaut und um jeden Schmerz
zittert und schluchzt . . .
wie ich ihr befehle.
Bo serce me to najgorsza męka,
i moja zdrowa dusza tchórza,
co najmniejszego bólu się lęka
i płacze i jęczy . . .
tak jak jej każę.
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirr
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu i płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und wird doch nicht verzehrt,
mein Herz es schreit
und am End’
bleibt es doch unversehrt! . . .
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
lecz przecież
nie tknięte trwa! – – –
21.III.34 Tłumaczyła Ewa Maria Slaska, Berlin, marzec 2013

Mojżesz

Rok temu, po Wielkanocy spędzonej w Poznaniu, miałam kilka godzin do pociągu i poszłam własnymi śladami (studiowałam byłam w Poznaniu) – do Biblioteki Uniwersyteckiej i do Muzeum. Myślałam, że idę oglądać Malczewskich, ojca i syna, ale okazało się, że naprawdę zajął mnie “Mojżesz” Stanisława Kubickiego. Oczywiście, wiedziałam, kim był Kubicki, w końcu wydawałam kiedyś książki jego i o nim, znałam też ten obraz, podobnie jak wiszący obok Autoportret VII (1922). Wiedziałam również, że oba obrazy są w Poznaniu. Ale teraz je zobaczyłam. I o ile sposób ekspozycji autoportretu tylko mnie zdenerwował, o tyle widok sali awangardy polskiej zorganizowanej w całości wokół i w relacji do Mojżesza zrobił wrażenie.

Minął rok, nadeszła kolejna Wielkanoc, chrześcijańska wersja żydowskiej Paschy, ta zaś jest świętem Mojżesza.  Zwróciłam się zatem do Lidy Głuchowskiej z prośbą o przygotowanie na tegoroczne święta wpisu o Mojżeszu.

Dostałam…

1_mojzesz_dobryXLidia Głuchowska

Ostatni obraz
Mojżesz przed krzewem gorejącym Stanisława Kubickiego

Po licznych międzynarodowych wystawach, na których w ostatnich latach ‘prezentowano prace Stanisława Kubickiego, nastąpił swoisty renesans recepcji jego dorobku. Obrazem Mojżesz przed krzewem gorejącym zainteresowały się Muzea Watykańskie, ostatecznie jednak dzieło to, podejmujące tematycznie wątki z okresu współpracy Kubickiego z ekspresjonistyczną grupą Bunt, trafiło do Poznania, jednego z dwóch – obok Berlina – najważniejszych centrów jego działalności.

W tamtejszym Muzeum Narodowym obraz eksponowany jest na jednej z głównych osi w galerii malarstwa współczesnego, w bezpośrednim sąsiedztwie dzieł takich twórców jak Stażewski czy Heyden, a wyróżnia się dużym formatem, intensywnym kolorytem, konsekwentną geometryzacją kubo-konstruktywistycznej kompozycji i wreszcie – zaakcentowaną także w tytule – tematyką religijną. Staje się tym samym  przyczynkiem do rozważań o polifoniczności i wielonurtowości sztuki polskiej w okresie międzywojennym.

Mojżesz przed krzewem gorejącym to ostatni obraz Kubickiego, interesujący w kontekście dyskusji o fenomenie późnych dzieł, ale również dlatego, że różni się wyraźnie od znanych dotychczas w Polsce, najczęściej wczesnych – graficznych dzieł tego artysty (…). Mojżesz jest również zjawiskiem szczególnym na tle dojrzałej twórczości Kubickiego z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, dla której charakterystyczne są kompozycje konstruktywistyczne (…). Większość z nich jest plastyczną analizą elementów natury i rządzących nią procesów, wpisującą się w nurt teozoficzno-geometrycznych poszukiwań awangardy.

Mojżesz, jeden z największych pod względem rozmiarów i najistotniejszych ideowo obrazów Kubickiego, nietypowy jest również na tle dzieł innych artystów jego pokolenia. Jego forma – z pogranicza geometrycznej abstrakcji i figuracji –  różni się zarówno od twórczości awangardowej tego czasu (…), jak i od dzieł powstałych w obrębie niemieckiej Neue Sachlichkeit, ale też nurtów klasycyzujących bądź dekoracyjnych.

Nietypowa jest też jego treść, zasugerowana tytułem i aluzyjnym wyobrażeniem realnych obiektów. Biblijne odwołania obce są milczącej metafizyce czystej mondrianowsko-malewiczowskiej geometrii (…). Mojżesz przed krzewem gorejącym to rzadki na tle dokonań awangardy przypadek aktualizacji treści starotestamentowych. (…)

Narratywny charakter ostatniego obrazu Kubickiego, jeszcze silniej niż jego tytuł, ewokuje rozbudowany, powszechnie znany kontekst biblijnej opowieści o proroku, prawodawcy i przywódcy narodu żydowskiego. Uniesione ramiona Mojżesza są być może nie tylko aluzją do modlitwy na górze Nebo, lecz również do historii zwycięskiej walki Izraelitów z Amalekitami, w której gest ten miał mieć znaczenie magiczne. Wskazywać na to mógłby swoisty apokryf na temat roli Mojżesza – obszerny poemat Krzew gorejący, ideowo korespondujący z obrazem, powstały niemal w tym samym czasie, w 1934 roku. Składa się on z trzech części: Powołanie, Synaj i Skarga Mojżesza na górze Nebo. Tu z kolei artysta analizuje wątki złotego cielca, buntu, hedonizmu gawiedzi, dylematu przywódcy i wreszcie wyprowadzenia narodu żydowskiego do Ziemi Obiecanej. W obu dziełach Mojżesz pojawia się jako figura silnego przywódcy, który zamienił naród niewolników w naród wolnych ludzi, przeprowadzając go przez pustynię na znak zerwania z przeszłością oraz początku nowej kultury i cywilizacji.

W twórczości Kubickiego postacie ze Starego Testamentu – Noe i Mojżesz – były wprawdzie rzadkie, ale, jeśli się pojawiły – ważne jako wypowiedzi o idealnym modelu społeczeństwa. Noe – bohater dwujęzycznych Psalmów z lat 20 – symbolizował awangardową utopię „nowego człowieka” i „nowej wspólnoty”, społeczność anarchistyczną, wolną od hierarchii i represji (…). W 10 lat później pojawi się prawodawca – Mojżesz, a wraz z nim następuje zmiana paradygmatu. Czym była ona podyktowana? Co wydarzyło się w ciągu minionych lat?

Amorficzny anarchizm nie sprawdził się w konfrontacji z rzeczywistością, a w Europie zapanował kult autorytarnej władzy. W Niemczech doszedł do władzy Hitler, co oznaczało śmierć bądź emigrację przyjaciół Kubickiego, a w efekcie również jego własną. (…)

Mojżesz przed krzewem gorejącym  to praca nieukończona, choć  (…) niewiele na to wskazuje. Jednak porównanie tego monumentalnego dzieła (201 x 145)  ze studiami wstępnymi – akwarelą i pastelem – pozwala dostrzec, iż płomień, który przesłania tam złotą łuną horyzont, na obrazie ledwie zarysowuje się na tle nocnego nieba. Niedawna konserwacja płótna wrażenie to jeszcze spotęgowała – wydobywając niuanse barwne i finezję krystalicznej struktury kompozycji w centralnej partii obrazu, przytłumiła zarazem jaskrawsze pierwotnie żółcienie. Przy wnikliwszym oglądzie dostrzec można także zalążki trójfiguralnej sceny. Po lewej i prawej stronie Mojżesza pojawić się miały najwyraźniej jeszcze dwie tańczące postacie. Ten niezrealizowany zamysł zdradzają nieregularne, symetrycznie rozmieszczone czarne plamy po obu stronach centralnej postaci. Kubicki w czasie II wojny światowej, podczas swych pobytów w Berlinie, dokąd wyjeżdżał jako kurier polskiego ruchu oporu, próbował dokończyć obraz. Śmierć z rąk gestapo przyszła jednak wcześniej.

Jednak nawet wówczas, gdy malarz pierwotnie zarzucił pracę nad Mojżeszem, w 1934 roku, obraz ten był w zaawansowanym stadium realizacji. Jego precyzyjna kompozycja świadczy o wyciągnięciu konsekwencji formalnych z kubistyczno-konstruktywistycznych eksperymentów awangardy. Zarys tytułowej postaci wpisany jest w mozaikowo-krystaliczny układ plam intensywnego fioletu, szmaragdowej zieleni, oranżu, czerni i żółcieni. (…) Margarete Kubicka, żona artysty, interpretowała wybór takiej kolorystyki, zwłaszcza akcentowanie fioletów, jako deklarację skrywanego, może nawet nieuświadomionego, głębokiego katolicyzmu Kubickiego, mimo iż wyobrażenie ma przecież charakter starotestamentowy, a więc niekoniecznie katolicki. (…).  Kubicki zawarł tu wyraźne odniesienia do sztuki początków chrześcijaństwa, gdy jeszcze przesycone było ono duchem asymilacji dokonań starszych od niego religii. (…)

Te ideowo-formalne odniesienia pozwalają sytuować obraz z jednej strony w kontekście nurtu bizantynizującego, który w sztuce polskiej pierwszej połowy XX wieku miał rozmaite oblicza, z drugiej – w obrębie awangardowego dyskursu o fragmentaryzacji i nieobecności ciała – symbolu braku spójnej wizji świata.

Mojżesz przed krzewem gorejącym nawiązuje ideowo do zainspirowanych tematyką religijną wczesnych prac artysty (…). Powstał na krótko przed tym, jak artysta, po sukcesach w kręgu międzynarodowej awangardy artystycznej Berlina, w obliczu kryzysu politycznego i artystycznego powrócił do Poznania. Wobec umacniania się faszyzmu zamilkł jako malarz. Czy gest ten oznaczał świadomość bezsilności artystycznego protestu? A może raczej deklarację twórczego wypalenia, kres malarskich poszukiwań, uzasadniony przecież w obliczu gasnącego impetu awangardy i rozproszenia środowisk twórczych w Niemczech? W 1939 roku Kubicki opublikował jeszcze tom Poezje, którego niemal cały nakład spłonął w drukarni w Poznaniu wraz z wybuchem wojny. On sam – romantyczny rewolucjonista – zginął w 1942 roku z rąk gestapo jako działacz polskiego ruchu oporu.

Ostatni obraz Kubickiego – Mojżesz przed krzewem gorejącym (…) to artystyczna (…) koncepcja Boga karzącego, odsyłająca do aktualnej wówczas dyskusji na temat związku władzy, religii i sztuki. (…)

***
Obraz: Stanisław Kubicki Mojżesz przed krzewem gorejącym III, 1933/1934, olej na płótnie, 201 x 145 cm. Poznań, Wojewódzka Biblioteka Publiczna (depozyt w Muzeum Narodowym w Poznaniu)

FILM We, the Berliners – the avant-garde section – the history of the Polish-German neighborhood, Obieg.TV, 25.06.2009 (film ma tematykę szerszą niż ten wpis, ale ukazuje kontekst)

Publikacja (pełna wersja z przypisami): Lidia Głuchowska, Ostatni obraz. Mojżesz przed krzewem gorejącym Stanisława Kubickiego/ In: Poprzęcka, Maria (ed.): Wielkie dzieła – wielkie interpretacje. Warszawa/Stowarzyszenie Historyków Sztuki, 2007, pp. 215-228
Informacje po niemiecku: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Gebr. Mann Verlag, Berlin 2007, s. 73, 155, 156, 197, 198, 243, 260, 263, 361, 425, 499

Jutro: wiersz Kubickiego z cyklu “Moses” Krzew gorejący / Der brennende Dornbusch. Die Berufung

No ruz

Drogie Czytelniczki & drodzy Czytelnicy. Wiosna nie przyszła, i za Koszałkiem Opałkiem stwierdzamy, że w ogóle nie przyjdzie, ale mimo to składamy Wam życzenia ciepłych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia! No oczywiście – Wielkiej Nocy. Ah, whatever…

Liebe LeserInnen – Alles Gute zu Weihnachten, o, pardon, zum Ostern!

Persische Gattin

NO RUZ – persisches Neues Jahr

Wie bei uns Ostern

No Ruz ist das wichtigste persische Fest. Es  hat mit unserem Silvester und Neujahr-Feierlichkeiten nicht viel gemeinsam, vielmehr erinnert es an Ostern. Vielleicht aus dem Grund, dass es auch in Frühling gefeiert wird.

Schon Wochen vor No Ruz, an dem Tag, an welchen der Schnee geschmolzen ist, wird Korsi abgebaut. Korsi ist eine Art Feuerstelle. In einem eisernem Behälter brennen Holzkohlen, drüber stellt man einen niedrigen Tisch. Auf den Tisch legt man einen riesigen Teppich, etwa 4 Meter mal vier Meter groß. Früher war das die einzige Wärmequelle in dem ganzen Haus. Mein Mann erzählt, dass er sich auf Korsi immer sehr gefreut hat. Nach der Schule rannte er, so schnell, wie er nur konnte, und das erste, was er, zu Hause angekommen, gemacht hat, war unter das Teppich zu schlüpfen. Im Haus betrug die Temperatur etwa 10 Grad, unter dem Teppich, dank Korsi, war es mollig warm. Aber vor No Ruz muss Korsi abgebaut werden, egal wie das Wetter spielt. Gleich im Anschluss wird Hune Tekuni gemacht. Hune Tekuni bedeutet – das Haus durchschütteln. Die Frau trägt alle Möbel nach draußen, die werden im Hof gründlich gewaschen, im Haus werden Fenster geputzt, Fußboden geschrubbt, wie in Polen vor Ostern, erst dann dürfen die sauberen Möbel wieder rein. Meine Schwiegermutter hat sich auf diese Weise Rheuma geholt, weil sie die Möbel und Hausgegenstände draußen bei den Temperaturen um den Gefrierpunkt, mit kaltem Wasser gewaschen und geputzt hat. Aber es ist eine der wichtigsten Traditionen in Iran und, unbeachtet der Verluste, muss sie durchgeführt werden.

Am meisten freuen sich die Kinder 1

Immer am Mittwoch vor dem Tag an welchem No Ruz gefeiert wird, werden Feuerwerks veranstaltet  und Feuer angezündet. Anders als in Deutschland, wo meistens ein großes Osterfeuer brennt, zünden die Iraner kleinere Feuer an, um drüber springen zu können –  diese Tradition ist auch in Polen bekannt (obwohl zu anderen Zeitpunkt). Auf diese Weise wollen die jungen Männer ihren Mut beweisen, und sich Gesundheit und das Wohl erkaufen, denn bei jedem Sprung wiederholt man eine magische Formel: Sardije man az to, Sorhije tora be Mane. Das Gelbe soll mit Dir (mit dem Feuer) verschwinden, das Rote zu mir kommen. Das  Gelb  symbolisiert in diesem Fall, das, was verwelkt, ungesund oder alt ist, und das Rote – das Neue, Vitale, Gesunde.

Festliches Essen

Zum No Ruz gehört auch Adschile Moszkel bosza – ein Teller mit Kernen und Nüssen –  man soll die mit Bedacht kauen und bei dieser ruhigen Tätigkeit, über die eigenen Probleme nachdenken bis man eine Lösung findet. Zu den bekanntesten persischen No Ruz Traditionen gehört auch Sabsi – Grünzeug – man tut auf flache Teller Wasser, schüttelt die Samen von Sabsi darauf und bedeckt sie mit einem Küchentuch. In zwei Tagen nimmt man das Tuch ab. Nun wächst Sabsi. Die Teller stellt man auf den Festtisch, sie sollen das neue Leben und den Neuanfang symbolisieren. Auch das kennen wir aus Polen – bei uns wächst die Kresse. Früher hat man große Wasserkannen mit Jute umwickelt, und da die Samen eingepflanzt, im Effekt sind grüne Wasserkannen entstanden, die wie lebende, wachsende und sich ständig ändernde Kunstwerke ausgesehen haben.

Sofre - Tischdecke auf dem Teppich ausgebreitetAm Tag des No Ruz Festes legt man eine festliche Decke auf den Tisch, oder breitet man sie auf dem Teppich aus. Darauf müssen  die Haft Sin – die sieben Sachen, die mit S anfangen, stehen (ähnlich wie bei Weihnachten in Polen- auf den Tisch müssen die vorgeschriebenen 12 Speisen). Es sind: Sabsi -Grünzeug, Sir – Knoblauch, Seke – Goldstück, Samanu – gemahlenes Getreide, Serkhe – Essig,  Sendschet – eine Art Maulbeeren, Sib – Äpfel. Ansonsten werden Lammfleisch, Reis und Tomaten gegessen. Viele Iraner glauben an Vorhersagen – auf die festliche Decke legt man einen Spiegel und auf den Spiegel ein Ei. Aus den Bewegungen des Eis kann man die Zukunft deuten.

No Ruz kommt um den 20 März, die Uhrzeit ist aber jedes Jahr unterschiedlich und wird durch die Position der Sonne und des Mondes zueinander bestimmt. Manchmal kommt der No Ruz tagsüber, manchmal nachts. Falls es nachts passiert, weckt man die Kinder und entweder schenkt man ihnen nagelneue Scheine, oder sie finden sie unter dem Kopfkissen. Vor dem No Ruz erleben die persischen Banken einen wahren Sturm, da die Erwachsenen die neuen, nicht geknickten und nicht abgenutzten Geldscheine massenweise holen.

Am meisten freuen sich die KinderAm ersten Tag des Neujahrs besuchen die jungen Familienmitglieder die Älteren. Es ähnelt einem Marathon, durchschnittlich statten an diesem Tag die jungen Iraner bis zu zehn Besuche ab. Obligatorisch werden Nüsse, Süßigkeiten und Tee serviert. Derjenige, der als Erstes eine Familie besucht, bringt mit sich Glück oder Unglück ins Haus. Falls jemand in der Familie stirbt, oder die Familie Geldprobleme bekommt, wird dessen, im Stillen natürlich, derjenige beschuldigt, der am No Ruz, als Erster zum Besuch war.

261px-HajjiFiruzDie Iraner haben auch eine Figur, die für No Ruz charakteristisch ist, wie wir den Hasen zum Ostern, oder den Weihnachtsmann zu Weihnachten. Die Figur heißt Hadsch Firuz und es ist ein Mann mit schwarzer Haut und rotem Gewand, wie früher die persischen Könige. Hadsch Firuz geht am No Ruz durch die Straßen und singt. Wenn die Iraner ihn kommen sehen, rennen sie nach draußen, und beschenken den Hadsch Firuz mit Geld. Interessant ist, dass den Titel “Hadsch” nur die Menschen tragen dürfen, die eine Pilgerreise nach Mekka absolviert haben. Für Firuz ist es jedoch nur ein Höflichkeitstitel.

An dem 13 Tag nach No Ruz darf man nicht zu Hause bleiben. Die Iraner glauben, dass es Unglück bringt und gehen picknicken. Die einzigen, die an diesem Tag arbeiten, sind die Diebe, denn sie genau wissen, dass an diesem Tag die Häuser leer stehen. Im Grünen kochen die Frauen Tee und bereiten Essen zu, die Männer spielen Karten. Es sieht etwa so aus, wie im Sommer in Berlin in dem Tiergarten, wenn die türkischen Familien, auf den Decken sitzend, die freien Nachmittage verbringen. Mit einem Unterschied – in Iran muss der Picknickplatz sich in der Nähe eines Baches mit fließendem Wasser befinden. Ein alter, persischer Brauch besagt, dass die jungen, unverheirateten Mädchen an diesem Tag Sabsi – grüne Pflanzen, miteinander zu einem Knoten gebunden, ins Bach werfen sollen, und sagen siszde bedar, soale digar, huneje schohar –  lass mich am dreizehnten Januar, nächstes Jahres, im Haus meines Ehemannes sein. Sie glauben der Wunsch nach einer Ehe wird auf diese Weise in Erfüllung gehen.

Nächste Woche ein Text über die iranische Ehe und Familienleben.

Reblog: Der Lippenstift meiner Mutter

Artur_BeckerArtur Becker

Der Lippenstift meiner Mutter

Verlag Weissbooks, Frankfurt/Main 2010

lippenstift

Masuren, Winter, polnische Provinz  in den 70ern.

Die Bloggerin bedankt sich bei Artur Becker, der ihr erlaubt hatte, hier ein Fragment seines Romans
zu präsentieren.


Kapitel I
Der Stepptanz und »Die Geliebte des französischen Leutnants«

Die sichelförmigen Absatzeisen, deren unermüdliches und unüberhörbares Klappern auf den Straßen von Dolina Róż erst in den langen und schneereichen Wintern fast gänzlich zum Verstummen kam, waren bei Herrn Lupicki, dem einzigen Schuster des Städtchens, der Verkaufsschlager. Damit würde Herr Lupicki zwar nie reich werden, und das wusste er, der seinen Beruf seit mehr als vierzig Jahren ausübte, wohl am besten, doch was sollte er machen. Alle Männer und Halbwüchsigen ließen bei ihm ihre Schuhe regelmäßig mit diesen hauchdünnen Absatzeisen veredeln. Sechs Nägel reichten, um die halbmondartigen und etwa sieben Zentimeter langen Eisen aufzuschlagen, und schon war selbst der letzte Armleuchter ein gemachter Mann. Keiner der Männer und heranwachsenden Jungen mochte auf das metallische Klappern auf den Bürgersteigen und Straßen – den hörbaren Beweis für die Männlichkeit oder Gerissenheit eines Kerls – verzichten. Ja, selbst die Pfarrer, die Milizionäre und Barteks Lehrer griffen zu diesem altbewährten Köder, der alte Weiber, widerspenstige Töchter und begehrenswerte Schülerinnen vom Gymnasium oder von der Nähschule davon überzeugen sollte, dass sie es nicht mit irgendwelchen Angsthasen und dahergelaufenen Hunden zu tun hätten, sondern vielmehr mit echten Helden, die zu jedem Schritt bereit seien − buchstäblich. Und den zahlreichen Mitbewerbern wurde signalisiert, sich warm anzuziehen, denn je lauter das metallische Klappern, dieser tägliche chaotische Stepptanz von Dolina Róż, war, desto wichtiger kamen sich die Träger der durch Herrn Lupicki persönlich aufgerüsteten Schuhe vor.
An diesem Stepptanz im Städtchen fand auch Bartek großen Gefallen, obwohl er erst fünfzehn Jahre alt war. Sein wichtigster Feind Schtschurek − die Ratte − ging sogar so weit, dass er sich selbst seine Turnschuhe mit Eisen, die er im Übrigen ständig verlor, beschlagen ließ. Doch jeder wusste, dass Schtschurek ein Idiot war und nur eines im Sinn hatte: solchen Muttersöhnchen, wie seiner Meinung nach Bartek eines war, bei passender Gelegenheit die Nase zu polieren. Schtschurek hasste Kinder, deren Mütter beliebte, hübsche und schwarzhaarige Lehrerinnen waren, da seine eigene Mutter, die an der Flasche hing, nicht einmal für knauserige Freier vom Lande ein Objekt der Begierde darstellte. Schtschureks Vater war zudem Totengräber, und man erzählte sich in der Werkstatt von Herrn Lupicki, dass der Totengräber Biurkowski ein mieser betrügerischer Grabhändler sei. Er würde nämlich die besten Liegeplätze des alten Friedhofs an der Luna für teures Geld an die Reichen verhökern, und die Armen hätten wieder einmal das Nachsehen und müssten ihre Angehörigen an den Randzonen bestatten, wo man noch hier und da alte Gräber mit Skelettresten und Schädeln aus deutschen Zeiten vermutete oder gar zu erkennen glaubte. Die von Efeu, Sträuchern und Gräsern überwucherten Gräber ähnelten riesigen Ameisenhaufen. Herr Lupicki sagte bloß: »Was ärgert ihr euch über dieses Stinktier Biurkowski! Ihr würdet an seiner Stelle genauso handeln! Der Gute will mit seiner Familie doch auch nur überleben!«
Jedenfalls versuchte Bartek, seinem größten Feind aus dem Weg zu gehen, nicht deshalb etwa, weil er dessen Arschtritte fürchtete. Nein, Schtschurek tat ihm sogar leid, zumal das Gesicht seines Erzfeinds tatsächlich der spitzen Schnauze einer ausgehungerten Ratte ähnelte. Diese Schnauze war der wahre Grund für Barteks Fluchten vor Schtschureks Verfolgungsjagden. Barteks Opa Monte Cassino väterlicherseits, der mit zwei Beinstümpfen im Rollstuhl saß, weil ihm im Krieg die Beine amputiert worden waren, und der in der Werkstatt von Herrn Lupicki als Aushilfe arbeitete, hatte nämlich seinen Enkel schon mehrmals gewarnt, Schtschurek nicht ins Gesicht zu sehen, vor allem nicht in seine Augen, denn das Böse sei eine Krankheit, die sich durch direkten Blickkontakt automatisch vermehren würde. Er wisse, wovon er spreche, so Opa Monte Cassino, er habe schließlich den Krieg an allen denkbaren Fronten mitgemacht – von Monte Cassino bis nach Afrika. Böse Augen seien stärker als die eines Normalsterblichen, mahnte er seinen Enkel, wenn dieser wieder einmal in die Fänge Schtschureks geraten war, und selbst Heilige zögen den Kürzeren, wenn sie von Angesicht zu Angesicht vor einem Bösewicht stünden.
Da Bartek nach der Schule so gut wie nie direkt nach Hause ging, wo ihn ohnehin niemand erwartete − außer seinem jüngeren Bruder Quecksilber vielleicht, der weinerlich und kränklich war, regelmäßig gläserne Fieberthermometer zerbiss und nach dem täglichen Schulunterricht meistens von Oma Olcia umsorgt wurde −, trieb er sich bis zum Abend auf den Straßen von Dolina Róż herum. Immer wieder suchte er die Werkstatt von Herrn Lupicki auf, um sich vor dem Regen oder einem Schneesturm zu verstecken oder, ganz einfach, um den neuesten Klatsch zu erfahren. Dann saß er stundenlang am Tresen, machte dort seine Hausaufgaben, hörte den Schustergesprächen und der eintönigen Musik zu, welche die Schuster mit ihren Hämmern und Feilen und Schleif- und Nähmaschinen erzeugten, oder er unterhielt sich mit der jungen Meryl Streep, von der er glaubte, sie wäre sein Mädchen, seine erste große Liebe! Er hatte im Kino Zryw den Film »Die Geliebte des französischen Leutnants« mit der Streep in einer Doppelhauptrolle gesehen, und seitdem war er wie ausgewechselt. Er begriff, dass er sich verliebt hatte, und obwohl seine Geliebte nur auf der Leinwand zu sehen war, beschloss er, der rothaarigen Meryl treu zu sein – bis er eines Tages eine echte Meryl treffen würde: eine aus Fleisch und Blut. Bartek machte sich da zwar keine allzu großen Hoffnungen, aber das Wichtigste war für ihn, dass er ein hübsches Mädchen liebte, das begehrenswerter war als die Schülerinnen vom Gymnasium oder von der Nähschule.
Zu Hause zu sitzen bedeutete für Bartek, dass er keine einzige ruhige Minute hatte, denn seine Eltern ließen ihn gern kleine Botengänge erledigen: »Bartek, renn schnell los und kauf bitte für den Papa eine Schachtel Zigaretten!« Oder: »Hol bitte für die Mama den neuen Schminkstift ab! Ich hab ihn bei Frau Żuławska unter dem Ladentisch gekauft!«, sagte Stasia gelegentlich, Barteks schwarzhaarige Mutter. Sie ist eine Hexe, eine ganz ausgebuffte Hexe, dachte er oft, mit ihren schwarzen Haaren fängt sie die Männer wie mit einem Kescher und stopft ihnen ihren schwarzen Schopf in den Mund, damit sie an ihrer Hexenschönheit ersticken.
Am schlimmsten war es jedoch am frühen Morgen oder am frühen Abend, wenn etwas Wichtiges fehlte, und es fehlte immer etwas Wichtiges: Zigaretten zum Beispiel. Warum kauft sich der Vater nie selbst Zigaretten?, fragte sich Bartek jedes Mal, wenn er wieder zum Kiosk gehen musste, um Popularne, Sporty oder Klubowe zu besorgen. Warum muss ich ständig seine Zigaretten kaufen? Und das Brot – entweder war es verschimmelt oder vertrocknet, und Bartek musste wieder los und einen Laib Brot, einen Liter Milch und ein Kilo Zucker und kostkę masła, ein Stück Butter, kaufen. Manchmal dachte er, seine Eltern hätten ihn lediglich deshalb gezeugt, um einen guten und gehorsamen Diener zu haben, den fleißigen Hermes. Sie saßen im Wohnzimmer auf dem Kanapee, sahen fern und erteilten ihm Befehle, während der Fernseher Neptun − eine alte polnische Schabracke, wie sich sein Vater Krzysiek auszudrücken pflegte − laut aufgedreht war, aber nur dann, wenn keine Konzerte mit klassischer Musik übertragen wurden. Chopin, Debussy und der Pianist Krystian Zimerman machten den Vater wahnsinnig, er fasste sich an den Kopf und schrie: »Bartek! Stell diesen fürchterlichen Krach aus! Diese Musik ist krank!«
Zum Glück stand der Fernseher auf vier dünnen Beinen, und zu Barteks Freude – Schadenfreude − war es ganz leicht, ihn im Vorbeigehen umzustoßen. Er landete immer auf dem Rücken, sodass der Bildschirm nie zu Bruch ging. Aber Stasia verteidigte ihren Sohn nicht, weil sie Angst vor ihrem Mann hatte, Angst vor seinen cholerischen Wutattacken, wenn sein Adamsapfel wieder einmal zu zittern begann, die Augäpfel sich mit roten Äderchen bedeckten, weshalb er von Sekunde zu Sekunde geistesabwesender und wutentbrannter wirkte. Diese Väter waren keine Freunde der Menschheit. Im ganzen Haus, auf jeder Etage des orange gestrichenen Wohnblocks im Plattenbauquartier, in dem Bartek mit seinen Eltern und seinem Bruder Quecksilber wohnte, waren sie anzutreffen, und einmal in der Woche zogen diese unberechenbaren Väter ihre von Herrn Lupicki gelochten Ledergürtel genüsslich aus der Hose, um ihre Söhne zu verprügeln. Ja, solche Weltmeister der cholerischen und alkoholgesteuerten Wutattacken bewohnten ganze Plattenbausiedlungen, und Bartek sorgte sich, eines Tages auch so ein unberechenbarer Weltmeister der Wut zu werden. Daher beschloss er für sich schon früh, nie Kinder zu zeugen. Manchmal fragte er seine Geliebte, der er fast jeden Tag einen neuen Namen gab: »Und, willst du mit mir Kinder haben?« − »Nein, mein Liebster! Du weißt doch, was sie ihren Kindern antun! Sie bilden sie zu Butlern aus und schicken sie jeden Sonntag in die Kirche zur Heiligen Messe, um ein reines Gewissen zu haben, oder sie lassen sie bei ihren alkoholischen Sexorgien in Ungewissheit taumeln, ob es da im benachbarten Wohnzimmer, aus dem seltsame Geräusche und Stimmen kommen, wirklich mit rechten Dingen zugeht…« − »Ach meine Liebe! Du musst jetzt schlafen gehen, ich habe noch etwas Wichtiges zu erledigen.« Und dann verschwand seine Meryl Streep, die so gut wie jeden Tag anders hieß und die noch nie jemand gesehen hatte, weshalb man Bartek für einen Angeber, Lügner und Träumer hielt, der steif und fest behauptete, Meryl Streep sei in ihn verliebt. Doch seine Eltern und auch der Schuster Lupicki und selbst Opa Monte Cassino sagten ihm: »Bartek! Du hast keine Freundin! Du sprichst mit Gespenstern! Und mit dir selbst!« Die Mutter Stasia machte sich Sorgen, und sie überlegte ernsthaft, ob sie ihren Sohn nun nicht doch einem Facharzt vorstellen sollte, einem Psychiater oder einem Psychologen aus Gdańsk oder Olsztyn; oder auch dem Mörder Baruch, der, nachdem er seine Strafe abgesessen hatte, ein Heiliger geworden war – nach seiner Entlassung aus dem Gefängnis war er zum besten Kurpfuscher des Landkreises Dolina Róż avanciert: Mit flauschigen Pfoten von Kaninchen, die er züchtete und mit großem Appetit verspeiste, versuchte er, die Menschen zu heilen und die bösen Geister zu vertreiben, indem er die Stirn seines Patienten mit einer Kaninchenpfote massierte.
Der einzige, der Bartek glaubte und auch seine Meryl mehrmals gesehen hatte, war Norbert, der dreißigjährige Sohn von Herrn Lupicki.
Norbert hatte einen Buckel − und an der rechten Hand sechs Finger. Für diese Laune der Natur und auch dafür, dass er nicht imstande war, seinen erbsengroßen Wortschatz zu erweitern, stellte man ihm gelbe Papiere aus: »Gelbe Dokumente für die Ewigkeit des Universums…«, sagten kichernd die älteren Jungen, die nach der Heiligen Messe vor der St.-Johann-Kirche Zigaretten rauchten. Der geistig behinderte Sohn von Herrn Lupicki spielte in Dolina Róż den Narren, und er spielte diese Rolle gern, zumal er von den Bewohnern des Städtchens für seine Nummern immer wieder mit Beifall oder gar Geschenken (Pfannkuchen mit Heidelbeeren, einer Flasche Bier oder einer Zigarette) belohnt wurde.
Man kann nicht gerade sagen, dass Norbert, der anhänglich war wie ein herrenloser Hund, Barteks bester Freund war. Und da Bartek − wenn er nicht gerade in der Schusterwerkstatt die Zeit totschlug − die Abende am liebsten mit Marcin und seiner Musik, seinen Büchern und Geschichten über exotische Auslandsreisen teilte, musste er Norbert oft den Laufpass geben. Er konnte ihn zu Marcin nicht mitnehmen, den verlorenen Narren, da Marcin, der bald achtzehn werden sollte, als Aristokrat des Denkens und Handelns – diese Bezeichnung war seine eigene Erfindung − keine Launen der Natur tolerierte. Er zitierte pausenlos große Namen, so auch den Philosophen Nietzsche, den er übrigens ins Polnische übersetzte − in Nietzsches eigentliche Muttersprache, so Barteks Kumpel und Lehrmeister −, und manchmal sagte er in belehrendem Ton: »Bartek! Du weißt gar nicht, wozu der Mensch fähig ist! Der Bucklige beleidigt nicht das Antlitz Gottes, sondern vielmehr das unserer menschlichen Spezies. Ich würde ihn in einem Käfig halten wie ein wildes Tier!«
Im Grunde genommen war Marcin in Dolina Róż nur ein Gast, ein Astronaut, der seit Jahren seine baldige Rückkehr ins Paradies, in das Gelobte Land plante. Er sagte, er wandere nach dem Abitur sofort in die USA aus und er bereitete sich auf diese große Ausreise jeden Tag vor, nicht nur, indem er intensiv Englisch lernte, nein, er versuchte auch, ein vorbildlicher Antikommunist zu sein. In der Tat war er in seiner politisch konsequenten Haltung eines Unangepassten und Aufwieglers nicht zu übertreffen, doch Bartek hatte dafür eine Erklärung: Nur der Sohn eines hohen Parteibonzen durfte ungestraft in seinem eigenen Rhythmus trommeln und protestieren und die Kommunisten für alle Misserfolge und die bitteren Niederlagen der Meinungsfreiheit in den Tageszeitungen aus Olsztyn oder Warschau verantwortlich machen; sein Papa würde ihn so und so immer in Schutz nehmen, und Marcin konnte damit nicht von der Schule verwiesen werden, obwohl er schon so oft die Lehrer und die Partei beleidigt hatte, meist im Gemeinschaftskunde- oder Polnischunterricht, wenn die Lehrer Gedichte über die Revolution von 1905 und 1917 vortrugen.
Marcin wohnte im einzigen von Reklamen und grellen Farben erleuchteten Wolkenkratzer des Städtchens – einem Wolkenkratzeraspirant, wie diese Mietskaserne im Jargon der Bewohner von Dolina Róż hieß. Dabei handelte es sich bei dem buntscheckigen Gebäude um einen ganz gewöhnlichen Wohnblock aus Betonplatten, der vier Eingänge und Stockwerke hatte. Da aber der Wolkenkratzeraspirant auf einem gewaltigen Sockel thronte, ragte er hoch in den Himmel wie der Turm der St.-Johann-Kirche. Im Sockel befand sich ein Restaurant mit der berüchtigten Dancing-Bar Piracka, in dem Barteks Tanten Hania und Agata, die zwei schwarzhaarigen Schwestern seiner Mutter Stasia, von Zeit zu Zeit für ungeheure Skandale sorgten: klassische Liebesszenen auf dem Billardtisch oder unangekündigte Verlobungs- und Hochzeitsfeiern. Einmal machte Barteks Oma Olcia, die in der Kopernikusstraße wohnte, vor dem Eingang des Piracka eine Verschnaufpause, weil sie unter mörderischem Bluthochdruck litt und ihr die Einkäufe vom Wochenmarkt zu schwer geworden waren – vor allem die Gans, die noch lebte und in einem Korb aus Todesangst ununterbrochen schnatterte. Und da das Piracka wegen einer Feier wirklich aus allen Nähten platzte, fragte Oma Olcia den nächstbesten Passanten, wer denn in diesem vom Teufel besessenen Schuppen feierte: »Das wissen Sie nicht, Pani Olcia?«, antwortete der junge Mensch. »Ihre Tochter Agata hat den Versicherungsbetrüger geheiratet, diesen Russischpolen! Jetzt saufen sie und tanzen sie!«
Mit anderen Worten: Marcin, der Aristokrat des Denkens und Handelns, lebte im Zentrum von Dolina Róż wie mitten im verruchten Warschau. Und wenn man zum Beispiel in der Silvesternacht auf dem Dach des Wolkenkratzeraspiranten stand − was eigentlich verboten war −, blickte man als Erstes auf die alten Wallanlagen, die einst die Altstadt vor den Angriffen der Pruzzen und anderer heidnischer Barbaren beschützten. Dann wanderte der Blick unweigerlich zum mittelalterlichen Kreuzrittertor mit der schwarzen, im Winter meist verschneiten und vereisten Uhr, auf der weiße Ziffern leuchteten. Im nächsten Moment schaute man auch noch auf den gigantischen Defilierplatz und das Kino Zryw, und vor allem flog man zu der Hanka-Sawicka-Straße und ruhte wieder eine Weile auf dem mittelalterlichen Tor mit der schwarz-weißen Turmuhr, von Bartek auch liebevoll Big Ben genannt, um schließlich bei den kleinen Läden und Arztpraxen und Ämtern der Hanka-Sawicka-Gasse zu verweilen: Dort auch lag die Werkstatt von Herrn Lupicki.

Der ehrenvollste und den Schustern immer willkommene Gast − zugegeben, ein seltener Gast − war Mariola, Herrn Lupickis Tochter, die junge, fünfundzwanzigjährige Krankenschwester, in die selbst der Aristokrat des Denkens und Handelns verliebt war. Jedes Mal wenn sie, stets leichtfüßig wie aus dem Nichts, die Schusterwerkstatt betrat, brachte ihr Halbbruder Norbert seine Ministrantenglocken zum Läuten, die er immer bei sich trug und die meist in einer ledernen Umhängetasche steckten. Mariolas Halbbruder kramte die Ministrantenglocken nur in Momenten hervor, wenn er seine Freude bekunden wollte. Allerdings verursachte er dann einen riesigen Lärm, und da er vor allem von seinem Vater für das debile Läuten, wie sich Herr Lupicki auszudrücken pflegte, ordentlich Schelte bekam, verwandelte sich die unbändige Freude in Sekundenschnelle in Wut und Trauer. Norbert zerrte im nächsten Augenblick hastig aus seiner Soldatenumhängetasche die aus sechs fetten Lederriemen geflochtene Geißel hervor, schlug sich damit auf den Rücken und wiederholte den einzigen Satz, den er in grammatikalisch korrektem Polnisch sagen konnte: »Norbert hat eine böse Strafe verdient! Norbert hat eine böse Strafe verdient! Norbert zasłużył na tę straszną karę!«

http://de.wikipedia.org/wiki/Artur_Becker_%28Schriftsteller%29
http://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Becker

Praska Wiosna

Zbigniew Milewicz

Pechowy marzec

Niby nie jestem przesądny, ale… Kiedy wstaję rano z łóżka, na tzw. wszelki wypadek staram się najpierw prawą nogą dotykać  podłogi (co łatwe nie jest, bo akurat lewa strona wyrka jest u mnie manewrowa), przed wyjazdem w podróż przysiadam „na dorożku”, nigdy torby z kluczami nie stawiam na podłodze, nazbierałoby się trochę tych wyjątków. Za to lubię datę 13, zwłaszcza, kiedy przypada w piątek. Wtedy staram się załatwiać wszystkie zaległe, trudne sprawy i na ogół dopinam swego. Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę natomiast marca. W marcu 1968 roku za politykę wsadzono mnie za kratki. Kilka lat później, w tym samym miesiącu zaczęło się sypać moje pierwsze małżeństwo, następnie również w marcu połamałem się paskudnie na nartach. Doszło do tego, że każdego roku pod koniec lutego oczekiwałem już tylko najgorszego i oczywiście dostawałem to z nawiązką. Książek na temat pozytywnego myślenia nie było wtedy jeszcze na półkach polskich księgarń, nikt nie twierdził, że życie człowieka jest takie, jak jego myśli.

W „Babalu”  vel „Prager Frühling” życie toczyło się według swoich prawideł, jak w każdej dyskotece. Były to proste zasady dżungli, gdzie rządził ten, kto miał kasę, silniejsze mięśnie, lepsze ciuchy i bajer. W każdym dniu tygodnia balowało inne towarzystwo, przy swojej muzyce, Polacy mieli niedziele. W pozostałe schodzili się miłośnicy rocka, clubbingu, hip hopu i czego tylko dusza zapragnie, bez względu na nację. Tylko Polacy mieli zaszczyt bawić się we własnym, narodowym sosie, do którego trafiały wszak i obce dodatki, rzadziej z kuchni niemieckiej, częściej tureckiej, kurdyjskiej, rosyjskiej, ormiańskiej i innych egzotycznych nacji.  Magnesem były polskie dziewczęta i kobiety, znane w świecie z urody tudzież temperamentu – głównie z sektora „ w tygodniu sprzątam, w niedzielę wymagam”, pielęgniarki, studentki i „turystki”, które jeszcze nie zakotwiczyły na dobre w Monachium i szukały pracy, mieszkania, kontaktów. Męską populację stanowili przeważnie słynni polscy rzemieślnicy, od młokosów po mężczyzn w sile wieku, choć czasem pojawiała się również tak zwana inteligencja.

Jednych i drugich  można było rozpoznać wstępnie po dłoniach, te były spracowane, tamte wydelikacone. Jedni wyrażali się bardziej, drudzy mniej wykwintnie, ubierali się różnie, ale jak sobie popili, to często prosty budowlaniec zachowywał się kulturalniej od naukowca z Max Planck Institut. Miękkie łapki mogły także należeć do złodzieja; po północy, w naszym piekiełku, za sprawą DJ-a Waldiego i wypitych trunków, robiło się gorąco, goście zajęci już byli przede wszystkim zabawą na parkiecie, albo oblegali bar i wtedy bywało, że ze stolików ginęły beztrosko pozostawione komórki i torebki damskie, wraz z zawartością. Sprawcy pozostawali niestety nieznani, co innego, kiedy goście brali się za łby. Wtedy zwykle wiadomo było, kto komu i za co nabił guza, choć też nie zawsze. W takich wypadkach szczególnie krewkich klientów ochraniarze wyprowadzali z lokalu, a recydywiści dostawali  tzw. Hausverbot czyli zakaz wstępu. O tym decydowała jednak przeważnie Hadassa, która dzierżawiła „Babalu”, okazała, elegancka kobieta w zaawansowanym już wieku, o rasowych, semickich rysach twarzy. Mądra  negocjatorka, krótko trzymająca swój personel i łaskawa fundatorka kolejek wódki dla bawiącego się towarzystwa. Lubiła siadywać przy barze nad szklanką ginu z tonikiem, gawędziła miło z ludźmi i kontrolowała, jak kręci się impreza. Nie należałem do jej teamu, organizowałem niedzielną publikę, kasowałem za wstęp, z tego opłacałem reklamę, DJ-a i ochroniarzy, za gastronomię i lokal odpowiadała Hadassa.

Niespiesznie ferowała swe wyroki i jeżeli delikwent okazywał skruchę oraz rokował poprawę, za parę tygodni znów pojawiał się w „Babalu”, ale wtedy już wszyscy mieliśmy na niego oko. Każdy klient był dla niej na wagę złota. Zanim ruszyły tutaj polskie imprezy, lokal był zamknięty w niedziele, a czynsze w branży rozrywkowej na kultowym Schwabingu należały do najwyższych w mieście. Poza tym Polak przy barze nie oszczędzał. Co drugi kombinował, jak wejść na krzywy ryj do lokalu, ale wlewał w siebie dużo więcej od przeciętnego Niemca. Tradycyjnie próbowano przemycać „na dyskotekę” tańsze trunki z Aldika, ochrona je wyłapywała, ale przecież nie wszystkie i czasami dochodziło po pijanemu do grubszych awantur.

Zapamiętałem dwie. Jedną, w Wielkanoc chyba 2001 roku, kiedy do „Babalu” przyszła rekordowa liczba ponad 300 gości, a lokal mieścił z biedą ledwo połowę. Wtedy Piotrek-Ukrainiec dostał amoku i kiedy rzucili się na niego ochroniarze, okazało się, że ma przy sobie nóż. Poskutkował dopiero kubeł z lodem do szampana, który mu Hadassa własnoręcznie wsadziła na głowę. Ktoś w międzyczasie zdążył jednak zadzwonić po policję, Piotrka schowano w kanciapie na śmieci na zapleczu, bo na trzeźwo był to dusza człowiek i powstał problem: gdzie jest nożownik? Poszkodowanych było kilku, na szczęście niegroźnie, jednak sprawca miał broń i trzeba było spisać protokół. Hadassa wylegitymowała się swoim izraelskim paszportem, funkcjonariusz bez zapału zerknął do środka, skrobnął coś w  notesie i powiedział, że gdyby znowu coś się działo, to mamy policji dać znać. Instytucja ta nie była tutaj mile widziana; dyskoteka jest miejscem, w którym ludzie nie tylko się bawią, ale i załatwiają różne interesy, nie zawsze  do końca przejrzyste. Nie interesowało mnie, jakie. Sylwia, moja ówczesna przyjaciółka, która stała w drzwiach wejściowych przy kasie, wiedziała dużo więcej, kobiety są ciekawskie.

Bywają także często skuteczniejsze w negocjacjach od mężczyzn. Tam gdzie ochraniarze ani ja nie mogliśmy sobie poradzić, Hadassa z Sylwią potrafiły załagodzić spór o wypite na sępa czyjeś piwo, obraźliwy epitet, klepniętą w pupę narzeczoną, albo niezapłacony przy barze rachunek. Wybuchowi wojny polsko-kurdyjskiej nikt jednak nie potrafił zapobiec. Tamtego wieczoru mieliśmy wśród gości kilku południowców, którzy czasami przychodzili na drinka i podryw. Zawsze grzeczni, markowo ubrani, wypachnieni, z obowiązkowymi złotymi łańcuszkami na szyi, bez ociągania płacili swoje 5 Euro za wstęp, wiedzieli jak się zakręcić wokół płci pięknej, więc rzadko sami wychodzili z imprezy. Pech chciał, że wtedy bawiła  się również w „Babalu” spora grupa górali z podrabczańskiej Sieniawki, ze swoimi dziewczynami. To znaczy chłopy głównie piły gorzałę na zmianę z piwem (wodka bez piwa, eto kak diengi na wietier – mawiają poetycznie nasi bracia Rosjanie), a dziewczyny same tańczyły na parkiecie. Doszlusował do nich najpierw jeden, potem drugi elegancik, postawili dziewczynom po drinku, na jedną i drugą nogę, no i zapomniały, z kim przyszły. A tu raptem chłopy się obudziły i armia dżinsowo-adidasowa runęła na dwóch pohańców. DJ Waldi, który w Polsce w swoim czasie pracował w milicji, wyłączył muzykę i rzucił się na pomoc naszym dwóm ochraniarzom, w jego ślady pospieszył barman Teddy i Piotrek-Ukrainiec, który spłacał dług za Wielkanoc, a prywatnie nie lubił sieniawczan. Z największą trudnością zakapiorów wypchnięto z lokalu, Kurdowie zostali, póki co żywi.

Po chwili jeden z górali wrócił pod drzwi i grzecznie poprosił, żeby wpuścić go na chwilę do środka, bo zapomniał w lokalu kurtki. Wiedziałem, czym to grozi, ale gdzieś tak po godzinie nieustannego marudzenia zmiękłem. Delikwent miał może metr sześćdziesiąt wzrostu, był mikrej postury, nieustannie przepraszał, że narozrabiał, dałem się przechytrzyć. Dostał obstawę Lucka-ochraniarza, zeszli po schodach do sali i w sekundę później znowu się zakotłowało, jeden z Kurdów miał rozkwaszony nos, drugi podbite oko. Dali się wyciągnąć na dwór, a tam cała grupa sprawiedliwych chrześcijan z Podhala już na nich czekała. To, że uszli z życiem, zawdzięczają młodej, chyba  siedemnastoletniej siostrzenicy Danii, naszej barmanki, która czasami do nas wpadała. Pół Greczynka, pół Niemka, uprawiała taek-wan-do i nie bała się stanąć w obronie ofiar. Pięknie chłopów rozkładała na ulicy, ale dali nogi za pas dopiero wtedy, gdy w pobliżu zawyła policyjna syrena.

Szowinizm często wyłaził z narodu. Raz ciemnoskóry, profesjonalny ochroniarz stanął na bramce, ileż ja się później nasłuchałem o asfalcie… Dziwne, że Etiopczyka Tadka tolerowano w barze, ale miał kiedyś przyjaciółkę z Łodzi i dobrze mówił po polsku. Rosjanie i Ukraińcy nie byli pod tym względem gorsi od nas, do tego czasem żarli się między sobą. Niełatwo było także dogodzić publiczności pod względem repertuaru muzycznego. Jak już wspomniałem, przychodził głównie – jak to się kiedyś ładnie mówiło – lud pracujący  miast i wsi, ale wiekowo zróżnicowany i z różnych stron Polski. Powszechnej zgody na disco polo w związku tym jednak nie było, goście domagali się kawałków z wyższych półek, polskich i międzynarodowych hitów i DJ Waldi dobrze sobie z tymi różnymi zamówieniami radził. Kiedy zaś przychodziła pełnia księżyca i nikomu nic się nie podobało, puszczał w odpowiednim momencie:  „Bania u cygana”, „Rudy się żeni” albo najulubieńsze „Sokoły”, Hadassa stawiała następną, darmową kolejkę i znowu wszyscy byli szczęśliwi.

praska-wiosna„Babalu” przy Ainmillerstrasse było w latach 50 nocnym lokalem ze strip teasem. Później – klubem muzycznym, w którym występowali światowej sławy jazzmani, a w latach 80. jednym z najpiękniejszych barów w Monachium. Tej urody już nie uświadczyłem. Na początku nowego wieku kolejny dzierżawca zmienił szyld lokalu na „Prager Frühling”, tak go przejęła Hadassa, ale nadal używało się starej nazwy. Zapytałem ją, czy wie, dlaczego wybrał Praską Wiosnę, może był Czechem i chciał upamiętnić rewolucję 68 roku? Nie miała pojęcia, albo nie chciała mi powiedzieć, a mnie pytanie korciło, bo z tamtym okresem byłem emocjonalnie związany i pewnego dnia, przez Praską Wiosnę znowu mnie pokarało.

Ulotki reklamowe o organizowanych imprezach rozdawałem osobiście co niedzielę pod polskim kościołem na Josephsplatz, który był i nadal jest największą giełdą informacyjną naszych rodaków w Monachium. Czasami pomagali mi znajomi albo młodzież z dyskoteki, a feralnego dnia były to dwie studentki, Magda i Ania. Nie zauważyłem, kiedy zniknęły z placu. W domu odezwał się telefon – dzwoniła policja, że obydwie zatrzymano w związku z podejrzeniem o pracę na czarno u mnie, więc powinienem się zgłosić na komisariat. Pojechałem. Obejrzeli dowód i zezwolenie na prowadzenie działalności, spisali dane, po czym padło pytanie:
– Ile pan płacił swoim pracownicom?
– Po pierwsze, nie były u mnie zatrudnione, po drugie nic im nie płaciłem, wchodziły za darmo, czasami dostawały po szklance coli.

Dla przesłuchującego funkcjonariusza było to ewidentne przyznanie się do winy. Otrzymywały ode mnie wynagrodzenie w ekwiwalencie. Polska nie była jeszcze w Unii, na Josephsplatzu roiło się od kripowców w cywilu, a w osławionym Stadelheim oraz kobiecym zakładzie karnym na Neudeck – od aresztantów i więźniów z Polski, którzy mieli na sumieniu pracę na czarno. Teraz  może jednych i drugich jest mniej, ale kto to wie… Magdę i Anię po złożeniu zeznań, bez konfrontacji ze mną, puszczono z komisariatu do domu. Mnie przewieziono natomiast do prezydium policji na Ettstrasse, sfotografowano, zmierzono, zważono, wzięto odciski palców i próbki pisma, a później też zwolniono. Wcześniej dowiedziałem się jednak, że jestem kropka w kropkę podobny do pewnego sutenera i za bardzo nie wiedziałem, czy powinienem się z tego powodu obrazić czy też cieszyć. O dalszym ciągu postępowania miałem zostać poinformowany pisemnie, ale wolałem nie czekać i nazajutrz rano poszedłem najpierw do adwokata, a dopiero później po bułeczki do piekarni. Uprzednio jednak odbyły się coniedzielne tańce w „Babalu” vel „Prager Frühling”, które rozpoczynały się zwykle około godziny 18, a kończyły nad ranem.

Opisana historia nie miała prawnie dalszego ciągu, natomiast wpisała się w zakończenie naszych tanecznych niedziel. Po trudnych początkach i frekwencyjnie  przyzwoitym półmetku, po okresie dużej popularności lokalu wśród monachijskiej Polonii, interes zaczął podupadać. Ainmillerstrasse przestała być jedynym adresem w Monachium, gdzie regularnie odbywały się polskie dyskoteki, a konkurencja w środkach nie przebierała. Jakoś tak po śmierci Jana Pawła II nasza frekwencja w lokalu spadła do zera, nie miałem ochoty dalej o nią walczyć  i wycofałem się z branży. Wziąłem się za czytanie książek o pozytywnym myśleniu i dziś wiem, że opłaca się dobrze myśleć o swoim życiu, ale… na wyjazd do Pragi w marcu nikt mnie nie namówi.

Bajka o rybach

Sigil of Scream

Ostatnio natknąłem się w moim wszechświecie na bajkę o Rybach. I w sumie chciałem ją zachować jedynie dla siebie, ewentualnie tego kogoś, komu opowiedziałem ją po raz pierwszy. Ale z czasem historia ta stała się dla mnie w jakiś sposób ważna i dziwnie przejmująca. Zastanowiło mnie to na tyle, iż zdecydowałem się przedstawić ją większej liczbie czytelników. Uważam, że ryby też ucieszyłyby się z tego, gdyby o tym wiedziały…

BAJKA O RYBACH

Gdzieś na bezkresnej, spalonej słońcem pustyni, znajduje się Rybia Wioska. Pustynia nie jest piaszczysta i płowa, jak większość pustyń w takich opowieściach – lecz pomarańczowa, prawie ruda. Spalona słońcem, płaska, spękana glina ciągnie się aż po lekko falisty horyzont, tworząc mozaikę sześciokątnych rys. Twardą powierzchnię porastają tu i ówdzie kolczaste kaktusy w kolorze bezczelnej, jasnej zieleni. Rybia Wioska znajduje się w zagajniku takich kaktusów. I mieszkają w niej oczywiście ryby. Wielkie, kolorowe ryby o psychodelicznych wzorach na łuskach, pasach, gwiazdach, strukturach fraktalnych i rozlanych barwach, z których wielu mistyków świata mogłoby odczytać imiona boga, albo klucz do tajemnicy Świętego Graala. Ale na pustyni nie ma żadnych mistyków, są tylko ryby… Niebo ponad nimi jest obłędnie błękitne. Intensywne błękitem i soczyste obłędem. Widzisz to?

Ryby jeżdżą w wózeczkach, odpychając się płetwami, bo trudno jest pływać po wysuszonej glinie. Jak dotąd zdarza się to tylko tym nielicznym rybom, które najedzą się za dużo sfermentowanych kaktusów. I tylko przez kilka chwil. Więc ryby mają wózeczki, które malują w różne wzorki i czasami wieszają na nich dzwonki albo coś, co akurat mają ochotę powiesić. Kółka tych wózeczków wydają piskliwy i przeciągły dźwięk, jeśli nie są naoliwione. Zawsze z daleka można po tym rozpoznać zbliżającą się karawanę ryb. Jakieś kółko zawsze będzie nienaoliwione.

Gdyby wziąć w rękę odrobinę tej rudej gleby i rozkruszyć ją w dłoni, ujrzałoby się pomarańczowy pył i miniaturowe, zwapniałe muszelki mięczaków… Spiralnych mięczaków… One też kiedyś zamieszkiwały tę pustynię, trzy tysiące lat przed rybią wioską ich cywilizacja stworzyła wysoką kulturę, pełną teorii naukowych, cudów architektury, skomplikowanych potraw, melodii i innych tego typu rzeczy. Niestety, po kilkunastu stuleciach zniknęła całkowicie, zniszczona przez nalot Opiekaczy Do Grzanek z kosmosu. Pozostały po niej tylko muszelki i małe tabliczki klinowe z napisem „przepraszamy, winda nieczynna”. Opiekacze nie pojawiły się od tego czasu ponownie, dowodząc, iż był to jedyny taki przypadek w historii…

Ryby mieszkają w szałasach. Te szałasy są dość zróżnicowane – od całkiem niewielkich, po duże i wielokątne. Właściwie, nikt nigdy nie zastanawiał się, skąd ryby biorą na pustyni chrust, aby je zbudować. Gdyby się jednak zastanowił, chyba niewiele by mu z tego przyszło, nie istnieje bowiem żadna racjonalna odpowiedź na to pytanie. Faktem jest jednak, iż ryby wznoszą szałasy.

Ryby odżywiają się naleśnikami. Te naleśniki są czasami bardzo dziwne, a czasami niekoniecznie. Potrafią zakwitnąć na patelni na wiele różnych sposobów i niekiedy śpiewają. Niedobrze jest pochylać się nad nimi w czasie smażenia, gdyż zdarza się, że naleśniki wykształcają plazmatyczne i ciastopodobne macki wciągając tych, którzy nie mieli się na baczności. Właściwie nikt nie wie, gdzie trafiają wciągnięci, ale jest to z pewnością jedno z takich miejsc, o których lepiej jest nie wiedzieć. No i oczywiście nie zdarza się to dość często. Właściwie dwa-trzy wciągnięcia w skali roku. Jednak lepiej zachować ostrożność, czyż nie?

Kaktusy kwitną raz do roku, w porze deszczowej, na którą przypada wielkie święto ryb. I jest to dla nich jedyne święto w roku, ale za to trwa aż 8 dni. W jego trakcie pustynia zamienia się w ogromne jezioro, a ryby nie potrzebują już wózeczków, i mogą pływać swobodnie. Później kwiaty kaktusów opadają na ziemię deszczem fioletowych płatków, a jezioro wysycha, pozostawiając suchą, spękaną glebę. Pokryta tu i ówdzie resztkami miniaturowych pozostałości po metropoliach spiralnych mięczaków. Ale nikt nie zwraca na nie uwagi.

Kiedy słońce zachodzi, na wschodzie pojawia się jasna i duża grupa gwiazd. To konstelacja „Wielkiej Ryby”, która powoli i majestatycznie przepływa przez całe niebo, aby zniknąć nad ranem na zachodzie, rozmywając się w blasku nowego dnia. Rybom jest bardzo smutno, kiedy patrzą na tę konstelację, choć wiele z nich lubi na nią patrzyć. Ten smutek jest przejmujący i dziwny, zwłaszcza gdy obserwuje się ją zupełnie samotnie. „Wielka Ryba” nie potrzebuje wózeczka, żeby przepłynąć przez noc. I żadne filozoficzne refleksje nie łagodzą tego faktu.

Ryby nie znają filozofii. Jednym z największych osiągnięć ich kultury jest całkowita ignorancja w dziedzinie filozofii. Co prawda był kiedyś pewien filozof, ale wpadł do studni, zanim jeszcze nauczył się wykładać swoje doktryny. Odtąd słuch po nim zaginął, niektórzy podejrzewają, że został pożarty przez prymitywne plemiona czarno-zielonych glonów zamieszkujących podziemne czeluście.

Gdyby ryby wysyłały do siebie kartki, wizerunek konstelacji „Wielkiej Ryby”, pojawiałby się na nich częściej, niż cokolwiek innego. Jednak one nie wysyłają kartek, bo nie miałyby do kogo ich wysyłać. Nie ma innych Rybich Wiosek, oprócz tej jednej. Jednak to Rybom zupełnie nie przeszkadza. Nie muszą jeździć daleko wózeczkami i to jest całkowicie w porządku. A nawet gdyby gdzieś pojechały i tak nie poznałyby nic, czego nie znają. Pustynia była tu zawsze. Ciągnie się dookoła w bardzo wielu kierunkach i nikt nie sugerował nawet, iż gdziekolwiek się kończy…

Wielki Czwartek. Gründonnerstag. Holy Thursday. Passover. Last Supper for Jesus and his pupils. What they ate? Bread and wine for sure. But Passover lamb? Some biblical scholars believe that the “lamb” is actually a symbol for Jesus, who the next day would become the sacrificial “Lamb of God.” Therefore they think, it could be fish and suggest that in Last Supper of Leonardo DiVinci you can see plates of grilled eel with orange slices. Of course fish is also Jesus. Ichthys.
ΙΗΣΟΥΣ (Iēsoûs) – Jesus
ΧΡΙΣΤΟΣ (Christós) – Christ
ΘΕΟΥ (Theoû) – of God
ΥΙΟΣ (Hyiós) – Son
ΣΩΤΗΡ (Sōtér) – Saviour
XXX
But whatever! It is so good, that today we have a story about fishes.

Pani Irenka

Karolina Kuszyk

Więcej grzechów nie pamiętam

Jeśli by ktoś chciał znać moje zdanie, to u nas w bloku od dawna nie dzieje się najlepiej. Ludzie już w Boga nie wierzą. Do kościoła chodzić chodzą. Ale w głowach im tylko supermarkety, samochody, reklamy, kosmetyki jakieś, kupony. Ja tu już mieszkam ponad dwadzieścia lat, proszę pani, i różnie bywało, nie mogę powiedzieć, że zawsze wszystko cudnie pięknie. Jak ten blok pobudowali, to najrozmaitszego się tu nasprowadzało. I komuna do tego, a komuna, proszę pani, ludzi psuła że psuła. Jak raz wczoraj w telewizji taki program nadawali, taki jeden młody mówił, że to niby w Polsce komunizmu nie było. Nie było komunizmu, mówi, tylko jakieś coś innego jakby, ale teraz już nie pamiętam co. Ja tam nie wiem, czego ich teraz w tej szkole uczą, ale jak mi taki młody, dopiero co toto szkoły pokończyło, a już w krawacie, wielki pan prezes czy inny dyrektor, tak proszę pani, kłamie, i to w żywe oczy, że w Polsce niby nie komuna panowała, to ja się pytam, to co było, proszę pani, za komuny, jak nie komuna. Tylko ten telewizor wyłączyć, jak już takie bzdury w nim wygadują. Ja proszę pani to się tak zaraz denerwuję, że kropelki na uspokojenie duszkiem po prostu bym mogła pić. Teraz ostatnio to patrzę już tylko na dziennik i na papieża, ale to już nie to samo, odkąd naszego zabrakło. Nie powiem, ten nowy też ładny. Taki uśmiechnięty, chociaż Niemiec, i bardzo podobnież uczony… Ale za to nasz ile języków umiał? Chyba ze dwadzieścia! A ten nowy widać, że gdzie nie pojedzie, zawsze z kartki czyta. A jak po polsku śmiesznie mówi… No nie to samo. Zresztą, papież papieżem, przecież to nie do papieża człowiek się modli ani do księdza, tylko do Pana Boga, Matki Boskiej i wszystkich świętych. Ale kto się dzisiaj jeszcze modli? Same stare tylko, o, jak ja. I po mojemu to wszystko złe, te nieszczęścia na osiedlu, i że u nas na klatce to już prawie nikt z nikim dobrze nie żyje, to przez to, że nie modlą się ludzie. Boga zapomnieli. Krzyże w domach ze ścian pozdejmowali i obrazów jakichś, plakatów ponawieszali. I kupować by tylko bez przerwy kupowali. Do supermarketów w niedzielę chodzą zamiast w domu siedzieć i kupują że kupują. Zastawy, wypoczynki, rzeczy jakieś, diamenty. Anteny, te, satelitarne. Satelity znaczy. Tyle wszystkiego! Konta otwierają, lokaty. I w tym wszystkim niespokojni tacy, jakby bali się, że zaraz komuna wróci i im pozabiera. To się przedtem wolą nachapać, najeść. Na zapas. Ja tam nikogo nie namawiam, żeby o chlebie i wodzie żył, wiadomo, każdy swoje potrzeby ma. Sama na truskawki do Niemiec jeździłam, zawsze to człowiek trochę uskładał. Ale, proszę pani, ludzie miary nie znają. W niczym, tak pani powiem. Jak wczoraj w piwnicy tego Kwiatkowskiego z piątego piętra znaleźli nieżywego, to zaraz dziennikarze z telewizji przyjechali. Rozgadał ktoś, zadzwonił, a oni przyjechali, film kręcić zaczęli, mieszkańców wypytywać. Wstydu za grosz nie mają, wszystko by w gazecie, telewizji chcieli opisać. Nawet śmierci nie uszanują. Do czego to podobne? Mnie też nawet pytali, bo zeszłam na dół, pewno, że zeszłam, hałas taki był, to myślę, pójdę zobaczę, i taka jakaś młoda nerwowa zaraz mi pod nos mikrofon podtyka: Czy pani jest lokatorką? A na kogo wyglądam, pytam się. W pantoflach domowych byłam i w fartuchu, bo akurat syn z synową mieli przyjść, obiad szykowałam. To ona się zaraz pyta: nazwisko pani proszę? Irena, mówię, Irena Swat, pod ósmym mieszkam. Czy znała pani denata? Kogo, pytam się, bo z początku jakoś niezbyt zrozumiałam. Pana Kwiatkowskiego, ona na to, czy pani znała. No jak miałam nie znać, przecie to sąsiad mój był!!! wrzasłam, bo co się tak głupio pyta. Ale zaraz syn z synową do klatki weszli i syn zaraz mikrofon ręką przykrył, odsunął tą dziennikarkę, ale uprzejmie, manier to jest nauczony mój syn, i pyta się mnie, co się stało i czego chce ta pani. Kwiatkowskiego znaleźli, nieżywego, w piwnicy, mówię, a to pani z telewizji jest. Synowa aż podskoczyła, a syn się głośno spytał: Czy ktoś wezwał policję? Zaraz tu będą, powiedziała Danka, ta z pierwszego piętra, co zawsze taka mocno umalowana, a syn na to: To dobrze i do mnie: Mamusiu, zaraz przyjedzie policja i się tym zajmie. Nic tu po nas. Kto go właściwie znalazł w tej piwinicy? Pan Stanisław, jak schodził po kompot. O mało co zawału nie dostał, mówię. Pan Stanisław siedział na schodach, słoik kompotu obejmował i tylko postękiwał, chłopina. Jego żona zaraz z tabletkami na serce przyleciała i wsadziła mu pod język. A syn do mnie: Niech mamusia się do tego nie miesza i z żadnymi dziennikarzami nie rozmawia. Kwiatkowski pewnie zawał miał albo gdzieś się potknął i upadł. Najmłodszy nie jest. Taki znowu stary też nie, pomyślałam sobie, ale nicem nie powiedziała. Na obiad schabowe im zrobiłam, ale jakoś takie nie bardzo były. I tak przełknąć nic nie mogłam. Oni zjedli, syn jeszcze dokładki wołał. Młodzi są, to i apetyt mają.

Następnego dnia idę do Biedronki, i spieszę się, proszę pani, bo o dwunastej mają przyjść gaz czytać, i spotykam na ulicy Samborską, ona do mnie jak zdrowie pani, tyle my się nie widziały, a ja: Pomalutku, jakoś idzie, dziekuję. A ona do mnie tak bliżej podchodzi i szeptem: – Pani, a to prawda, że Kwiatkowski nie żyje? – Prawda, mówię i wzdycham, niech mu ziemia… A ona mi w słowo: – Podobnież pan Stanisław w piwnicy go znalazł. – Ano znalazł. – A co się stało? – Podobnież serce nie wytrzymało. – Ale przecież to młody mężczyzna był! Jeszcze sześćdziesiątki nie miał! – No nie miał, ja na to, ale czy to wiadomo co komu pisane, kochana? – Niby tak, ona na to, ale patrz pani, jak to tak, z dnia na dzień, żeby śmierć? Serce miał chore czy co? – A nie wiem, ja na to, tak dobrze tośmy się z Kwiatkowskim nie znali. Tyle co do kościoła i z powrotem. Czasem w pierwsze piątki na spowiedzi go widziałam. Mruk straszny, ale porządny człowiek był. Dziwny się zrobił, odkąd mu żona umarła, ile to, 5 lat temu już będzie… milczek taki. Ale sąsiad dobry był. Pani, idę, bo jeszcze muszę w Biedronce zakupy zrobić, a o dwunastej za gaz przychodzą… i tak żeśmy se ździebko porozmawiały, ale jakoś to mi spokoju nie dawało, że Kwiatkowski niestary wcale był, zdrowy, a na serce niby umarł. Ale od dozorczyni wiedziałam, że mu tam wszystko posprawdzali i nic, nawet ranki jednej nie miał ani stłuczenia, wszystko na swoim miejscu… Bo jakby go jakiś rabuś dopadł tam na dole, toby go musiał przecież czymś rąbnąć, nie? Łomem jakim czy coś. Przecież wiem, telewizję oglądam, a czasem do biblioteki na osiedlu pójdę i kryminał sobie pożyczę. Syn też mnie uspokajał, mamusiu, no co mamusia, już tam policja swoje metody ma, lekarz też go przepatrzył, mówi, nic nie stwierdził, musi zawał był i koniec. Niech się mamusia już tak nie przejmuje. Niby wiem, że zawał to czasem i zdrowego chłopa dopadnie, ale tydzień minął i dalej mi to spokoju nie dawało. Krewnych to on tam żadnych na miejscu nie miał, tyle, co córka z mężem ze Stanów na pogrzeb przyjechali i zaraz za dwa dni wracać musieli. Bo w tej Ameryce nawet na pogrzeb ojca urlopu ci nie dadzą. Samolotem przylecieli i zaraz na drugi dzień odlecieli. Córka widać, że w szoku, ojciec zdrowy przecie człowiek był, ale i obdukcji żadnej robić nie kazała, bo gdzie to, i kosztuje, i czekać by trza było kilka dni, a ojcu przecie życia nie wróci, nie? Na pogrzeb pójść poszłam. Dużo sąsiadów było, kochana, i dobrze, bo z rodziny to tylko ta jego córka z mężem go żegnali, reszta wszystko albo pomarli albo gdzie daleko po zagranicach. Jak ta córka płakała, mówię pani, jak płakała, aż się serce kroiło… Tak mi jej szkoda było, że Jezus… To jak mnie na stypę poprosili, to pomyślałam, a pójdę, dobry sąsiad był, a co one będą tam same tak przy tym stole siedzieć jak te kołki. A też i ciekawa bylam, tak szczerze pani powiem. I mówię pani, dużo nas przyszło. Danka, ta, co taka zawsze umalowana chodzi, nawet do kościoła, pana Stanisława żona, Kujawa z trzeciego, Kotkowscy, no, całe mieszkanie pełne. Tośmy posiedzieli, kobiety pochlipały, jak to przy stypie. Wszyscyśmy w stołowym byli, jedzenia tyle ta córka naszykowała, to trochę i pojedli, i pół litra otworzyli. Ja do ubikacji poszłam i przy okazji się temu Kwiatkowskiego mieszkaniu przyjrzałam, z raz może tu byłam, to myślę sobie, rozglądnę się. Do kuchni zajrzałam, do sypialki. Za czysto tam nie było, ale wiadomo, chłop sam mieszkający kurzu nie widzi. Trzy pokoje miał, stołowy, sypialkę i jeszcze jeden taki pokoik mały, dzieci tam mieszkały jak małe były, a teraz widać, że to puste nieużywane. Puste i niepuste. Wejdę, myślę sobie, bo już mi się i trochę przy tym stole przykrzyło, tylkośmy jedli, pili i nieboszczyka wspominali. A w tym małym pokoiku zdjęcia, zabawki jakieś, gitara nawet była, bo ich najstarszy, Mariuszek, jak taki odrostek był, to ciągle gitara i gitara. Świętej pamięci Kwiatkowska to się czasem i skarżyła, raz ją spotykam na klatce, a ona do mnie: pani, toż to wytrzymać nie można, uszy puchną. Chora już wtedy była i na skwerek wychodziła, bo Mariuszek ciągle tylko grał a grał. Teraz to chyba gitarę nową ma albo mu całkiem przeszło, nie wiem, przecie już z siedem lat będzie, co się do Warszawy przeprowadził. Na urzędnika się wykierował, od Europy. A takie ziółko był! I tak oglądam te zdjęcia, zabawki, ale patrzę, że biurko po Mariuszku widać w użyciu jest, bo rachunki na nim całkiem świeże leżą, za wodę, za gaz, recepty jakieś, pocztówki. Te recepty to sobie dokładnie przepatrzyłam, myślę, może znajdę, że stary Kwiatkowski na serce chory był, tabletki brał czy coś, to się uspokoję. Dla spokoju, proszę pani, sumienia to zrobiłam. Ale nic tam nie było: tylko tabletki na spanie miał przepisane i takie lekarstwa na przeziębienie, co sama je też kiedyś musiałam brać. Na serce nic a nic. I tych recept to może wszystko z pięć za ostatnie trzy lata. Kwiatkowski zdrowy był jak koń! Na tym biurku leżała jeszcze książeczka do nabożeństwa z jakimiś papierami w środku powtykanymi – a to z banku listy jakieś, a to z ubezpieczalni, obrazek święty, takie o. I też kartki papieru tam były pozapisywane, notatki jakieś, musi sam Kwiatkowski pisał. Bo i kto. To sobie myślę, poczytam. Tak mnie korciło że korciło, a poza tym przecie to teraz to Kwiatkowskiemu już i tak żadna krzywda. Nic tam ciekawego nie było. Ot takie tam zapiski, co załatwić, co kupić i podkreślone grubo przypomnienie, żeby do spowiedzi piątego kwietnia, to pierwszy piątek był, na trzecią pójść nie zapomniał. To sobie jeszcze pomyślałam, proszę pani, Bogu dzięki, że jeszcze przed śmiercią u spowiedzi był, chłopina. Grzechem się chyba żadnym większym przed śmiercią nie skalał, bo przecież w ten sam dzień się wyspowiadać poszedł. Jakby wiedział. A może on zabił się? Jak to pomyślałam, to aż, proszę pani, podskoczyłam. Ale zaraz córka nieboszczyka weszła i mi o tych fotografiach na ścianach opowiada, to Mariuszek, mówi, a to ja, na koloniach. No, ale co zobaczyłam, to zapamiętałam. Kwiatkowski na żadne serce nie chorował, musi coś go innego zabiło. Albo sam zabił się, chociaż w to to ja akurat nie bardzo wierzę.
Z początku to nawet myślałam o panu Stanisławie. Przecie zawsze ten, co nieboszczyka znajdzie, to pierwszy podejrzany, tak? Procedura taka. Ale jaki by pan Stanisław mógł interes mieć, żeby sąsiada swojego ukatrupić? Ani oni się nie gniewali ani nic, o pieniądze też przecież chodzić nie mogło, bo Kwiatkowski rentę to może ładną i miał, ale pan Stanisław w kopalni całe życie pracował, to oni teraz z żoną jak pączki w maśle, trójkę dzieci na studia wykierowali, magistry, a jeden syn nawet inżynier. Mówię pani, dzieci wykierowali i dalej sobie dobrze żyją. W zeszłym roku nawet w tej, Grecji byli czy w Hiszpanii. Poza tym pan Stanisław sam słabuje, gdzie on by Kwiatkowskiego, zdrowego chłopa? Wzięłam kartkę, napisałam „Podejrzany” i „pan Stanisław”, i zaraz pana Stanisława przekreśliłam. Przez całą noc oka nie zmrużyłam, ale wymyślić nic więcej nie wymyśliłam.
Dwa tygodnie minęły, u lekarza byłam, bo nadciśnienie mam i cholesterol, chociaż jajek prawie wcale nie jem i mrowi mnie, proszę pani, w prawej ręce. Na to mrowienie lekarz maść mi zapisał i mówi, niech pani tym smaruje rano i wieczorem i zawsze trochę bandażem owinie, powinno minąć. Do ty pory mi od ty maści, proszę pani, nie minęło. Co robić. Ale za to na gimnastykę mnie taką specjalną zapisał, teraz dwa razy w tygodniu chodzę, i ręką zawsze trochę poruszam, to i nawet trochę przechodzi. Ale, ale… wracam ja kiedyś z tej fizyterapii, z tej gimnastyki znaczy, i jak raz spotykam znajomą taką, z Kwiatowej. Widzę, że oczy czerwone ma, musi płakała, to mówię, dzień dobry, a co to kochana, stało się? A nic, pani, ona na to, pogrzeb u nas jak raz był. To ja dopiero wtedy patrzę, że ona cała na czarno ubrana. Ale co, jak, pytam się, kto umarł? Pani, Nowakową pani znała, co kiedyś krawcową była? – Tą elegancką? – pytam się. – Co podobnież kochanków sobie sprowadza? – Pani, ja tam złego słowa na nią nie powiem, dobra sąsiadka była, a że mąż jej tak młodo umarł, to co miała robić kobieta? Ona na to – Za mąż znowu wyjść, jak wdowa, tyle to i kościół dopuszcza, już miałam powiedzieć, a nie młodych takich trzydziestoletnich sobie brać… przecie ona już zdrowo po pięćdziesiątce ma, ta Nowakowa, ale myślę sobie, a po co, na co, nie będę tu gadać na ulicy i pytam się dalej: – Krewny jakiś jej zmarł czy co? – Gdzie, pani, to Nowakowa sama umarła! – Cooo? – ażem się za głowę złapała. – Ale co to się stało? – Pani, co to tu było dwa dni temu. Przychodził do niej jeden taki. Ochroniarz. Młody, przystojny. Podobnież to on ją znalazł, pani, w mieszkaniu, nieprzytomną. Myślał, że może wypiła sobie, bo Nowakowa czasami lubiła sobie popić, ale jak pulsu nie mógł wyczuć, to zaraz na pogotowie zadzwonił. Przyjechali na miejsce, popatrzyli i od razu powiedzieli: zgon. I teraz podejrzenie na tego młodego jest, że niby on zabił, z zazdrości. Bo ona jeszcze takiego innego na boku miała, policjanta. – Całe życie przydupasów miała, niech jej ziemia lekką będzie, ja na to. I wiadomo już, że to ten ochroniarz ją zabił? – Pani, w tym właśnie sęk, nic nie wiadomo, krwi żadnej nigdzie nie było, broni też nie, śladów żadnych na skórze nie miała, no nic, nic. I tabletek też chyba żadnych nie wzięła, żeby zabić się, bo gdzie jej tam było do samobójstwa. Życie kobita lubiła jak rzadko. – A z tym ochroniarzem to co? – Do aresztu go wzięli na razie na obserwację. – Ale słychać co było, kłócili się, bił ją czy jak? – Pani, nic a nic, słychać to tam co innego było… Ale żeby się kłócili – nic a nic. On taki miły mężczyzna, przyjemny. Zawsze dzień dobry pani mi na schodach powiedział. Często my się widywali, przecież ja zaraz pod Nowakową mieszkanie mam. Mnie tam, pani, to nie wydaje się, żeby on zabił. Przychodził, jak potrzebę miał, wiedział, że inni też przychodzą, ale dyskretny człowiek był. I jak on rozpaczał, pani, jak ją karetka odwoziła. Jak na sygnale przyjechali, to jeszcze jakąś nadzieję chłopak miał, a jak jechali z powrotem, Nowakowa w takim czarnym zasuwanym worku, to już bez sygnału, spokojniutko, bez spieszenia. Bo co się z trupem spieszyć mają, nie? – I tak mi ta z Kwiatowej opowiada i łzy ociera, widać, że naprawdę lubiła tamtą, nieboszczkę, i już nawet i mnie się tej Nowakowej szkoda zrobiło, latawica była bo była, ale sympatyczna kobieta i taka zawsze szykowna, chociaż jakby mnie się kto pytał, wstydu to ona nie miała za grosz. Ale, co będę gadać, bo to wiadomo, co w drugim człowieku siedzi? Może potrzeby miała takie same jak chłop, czy ja wiem? Ale prawda też taka, że krzywdy to nigdy nikomu nie zrobiła i sama zrobić nie dała. Jak jej raz dzieciaki piłką okno stłukli, to tylko się śmiała i zaraz po szklarza zadzwoniła. I jeszcze dzieciaków przed rodzicami broniła. Szklarz przyszedł, okno wstawił, ani grosza od niej nie wziął, powiedział, że od firmy dla miłej pani. Już ona go tam po swojemu ugościła. Tak mówili. Potem ten szklarz trochę jeszcze do niej przychodził. I w kościele na sumie ją widziałam, co niedziela. Do spowiedzi też chodziła. Ciekawość, co jej tam ksiądz na pokutę dawał. Bo że grzech był, to był. Wiadomo. Ale może to już nie taki grzech jak to kiedyś było, przecież teraz młodzi ze sobą mieszkają i już przed ślubem uprawiają. Bo wiadomo że uprawiają, święci nie są. Czy grzech zmienia się? Raz większy jest a raz mniejszy? Waży mniej jak kiedyś? Jakby jeszcze trzydzieści lat temu taka u nas na wiosce żyła, proszę pani, to by ją z ambony ksiądz przeklął i z kościoła wyrzucił. A jeszcze gorzej baby by jej dały, że im chłopów bałamuci. No, ale Nowakowa taka nie była, nieżonate do niej tylko przychodziły, kawalery. To może i grzech mniejszy.
A potem to już ona do domu poszła, bo mówi, pani, tak mnie głowa od tego pogrzebu rozbolała, że się położyć muszę. A ja do siebie i dumam. Takie, myślę sobie, nieszczęście, najpierw Kwiatkowski, potem Nowakowa. Co to się wyrabia? Nie chorujące, zdrowe. Do kościoła chodzące. W Boga wierzące. Dlaczego tych tam terrorystów z brodami, co domy, samoloty w powietrze wysadzają, dlaczego tych terrorystów pan Bóg nie pokara, tylko w normalnych ludzi mierzy, z normalnymi grzechami? I tak mi to spokoju nie dawało, że aż do syna zadzwoniłam, i mówię co i jak, że Nowakowa nie żyje i podobnież podejrzenie jest przez policję, że ten młody ją zabił, ale też i nie jest, bo ponoć całkiem dobrze ze sobą żyli. I mówię, że mnie to jakoś spokoju nie daje i że chyba nie zasnę i znowu tabletkę na spanie będę musiała wziąć. Syn tylko westchnął i powiedział: Niech się mamusia przestanie mieszać. Mamusi sprawa czy policji? Mamusiu, ja teraz czasu nie mam, jak się mamusia w detektywa chce bawić, to proszę bardzo, ale niech mamusia nie zapomina, że ja teraz w wyborach kandyduję i że mnie nie bardzo pomoże jak mamusia będzie wsadzała nos w nie swoje sprawy. Tu chodzi o mój wizerunek medialny, rozumie mamusia? No to ja mówię tak synku, dobrze synku, więcej nie będę, a na obiad w niedzielę przyjdziecie?

Staub. Die Erbse. Alles blüht.

Agnieszka Dębska

Staub

Ich lag halb auf dem Sofa und las ein Buch. Hin und wieder nippte ich an meinem Weißwein. Es war ein schöner Tag, aber das Buch stimme mich traurig. Vielleicht als Resultat davon, fing mein Inneres an zu knurren. Es machte schon immer laute Geräusche, ganze Welten lebten darin. Singende Sägen, ein klappernder Storch, knarrende Dielen, so etwas eben.

Diesmal war es anders. In mir explodierten Bomben. Ich hörte, wie sie einschlugen. Nicht das Pfeifen, bevor sie den Boden berührten, es war die Explosion, die Wucht der umher fliegenden Partikel. Ich hatte nie Bomben fallen gehört, außer in Fernsehen, doch das Geräusch war eindeutig. Langsam verhallte es. Dann kamen die Maschinengewehre; sie schossen kurze Salven ab, abgehackt und unerbittlich. Eine weitere Bombe fiel, Gebäude stürzten zusammen. Ich sah, wie jemand gebückt über den Platz lief, schemenhaft zu erkennen inmitten der Wolken aufgewirbelten Staubs. An der Oberfläche, wo die Sonne auf die feinen Partikel traf, leuchtete er kupferfarben, fast golden, wie ein Heiligenschein für diese unheilige Stätte. Irgendwann kamen die Schüsse nur noch vereinzelt. Nach einiger Zeit schließlich legte sich der Staub und ich erhob mich vom Sofa. Es war der 15. Mai 2012 und der Krieg verlangte nach Nahrung.

Die Erbse

Ich saß in der Bahn und schaute allen Menschen ins Gesicht. Es waren nicht viele, es war Dienstag Nachmittag, die Luft drückend heiß. Ich war an diesem Tag wie auf Wolken gewandert, wie in Watte gepackt. Die Sitze waren aus Stoff, man blieb nicht an ihnen kleben. Ich fragte mich, wie viel fremden Schweiß sie aufgesogen haben, das nun in meine Poren drang; meine Beine waren nackt. Ich wollte mich anfassen, dort in der Bahn, mit den Menschen drin. Meinen Körper ertasten, mir selbst genug sein. Eine Königin, von Geburt Gnaden.

Ich wollte, dass jemand meine Gedanken fühlt. Ein einziger Mensch auf der Welt, meinetwegen. Ich müsste nicht sprechen, nicht schreiben, nicht malen. In meinem Kopf würde alles entstehen, und so auch im Kopf dieses Menschen. Welten ohne Anfang und ohne Ende, Blitze am Tag und erotische Spiele.
Ich schaute die anderen Fahrgäste an. Ich sendete jedem: Kannst Du Mich Fühlen?
Dem Mann, der trotz Hitze Krawatte trug, dem kleinen Mädchen, das an der Haltestange leckte. Die Frau in Blau ignorierte mich völlig, das junge Paar fühlte nur einander.
Wenn ich mal groß bin, sagte das kleine Mädchen, werde ich Prinzessin.
Unter all der Watte spürte ich etwas hartes. Nicht jedes Mädchen wird Prinzessin, dachte ich. Nicht jede Prinzessin Königin.

Alles blüht

Es war einer dieser Vorsommertage, die Sonne schien, die Luft roch risch.
Sie war auf dem Balkon, als das Telefon klingelte; sie ging hinein. Unter ihren Fingernägeln war Erde.
“Hallo?”
Stille.
Sie trat wieder hinaus. Wenn es keinen Frost gibt, dachte sie, kommen bald die Tomaten.
“Hallo”, sagte sie zum letzten Mal.
Alles blühte. Die Leitung war tot.
Wenn es keinen Frost gibt, denke ich, wird man sie bald riechen.