Tod eines Friedensforschers

11-4-2014-Kunstforum-Belziger1eV-Viktoria_KorbDieser Beitrag ist zum teil auch auf Deutsch. Einfach runter scrollen.

Viktoria (Viki) Korb napisała kilka dni temu w mailu:

Halo Ewa, będę miala 11 kwietnia o godzinie 19.30 prezentację mojego kryminalu (wraz z filmem o nim z RBB) w tej instytucji podanej poniżej. Trzeba się zameldować. Najlepiej by bylo, abyś zamieściła informacje z ich strony internetowej w swym blogu (mam nadzieję, że zechcesz?) Ja niestety nie potrafię jej skopiować z google i wkleic w mojego maila, ale może Ty potrafisz.
Tu informacja z foto w google:
Kunstforum Belziger 1 eV
kfb1ev.de – 030 78001469

Otóż oczywiście potrafię i to zrobię,  i w ogóle zachęcam, bo kryminał ciekawy i śmieszny, ale zanim wejdę na stronę Kunstforum, patrzę sobie na tę informację i rozmyślam o tajemniczych różnicach pomiędzy umysłem niemieckim, a polskim (a tego też dotyczy kryminał Viki).  Kunstforum Belziger 1 eV. Potrzebuję czasu, żeby zrozumieć, że Kunstforum mieści się na ulicy Belziger numer 1 i ma prawną formę Stowarzyszenia Zarejestrowanego czyli e.V. A zatem to pod spodem – kfb1ev.de – to zapewne adres strony internetowej.  Wszystko skrócone do maksimum i zakończone dot de.

I zaiste! Strona internetowa i na dodatek kolorystyczny majstersztyk. Czuję się jak pszczoła w rurze odpływowej mojej zmywarki.

belziger
Also jetzt auf Deutsch. Viki Korb wird am 11. April um 19.30 Uhr im Kunstforum in Schöneberg aus ihrem witzigen deutsch-polnischen Kriminalroman lesen. Diejenige, die teilnehmen wollen, bitte auf die Internetseite gehen, um sich anzumelden:

www.kfb1ev.de

Und hier eine kleine dafür aber buchstäbliche Kostprobe aus dem Buch:

„Ja, machen wir mal zur Abwechslung ein Abendessen bei mir“, schlug Gloria vor.
Knut wollte wissen, was sie denn Schönes zu essen machen würden.
„Wieso?“ fragte ihn Gloria erstaunt. „Endlich das, was sie wirklich mögen – keine ´nouvelle cousine´, keinen modischen Schnickschnack, den sie mühsam in sich hineinzwängen und dann hungrig nach Hause gehen.“
„Also soll es tatsächlich Schweinebraten mit Bratkartoffeln sein?“ wunderte sich Knut. „Traust du dir zu, so gegen die Mode zu gehen? Und hast du keine Angst vor bösen Zungen?“
„Ich war schon immer eine Provokateurin. Wir machen auch einige Alibisalate, ich wette aber, dass sie uns fast vollständig erhalten bleiben, im Gegensatz zum Ferkel.“
„Sehen wir mal“, sagte Knut unsicher. „Du bist ganz schön mutig. Ich werde mich aber opportunistisch mit Salat anrichten beschäftigen.“
Gloria erwiderte, dass sie schließlich in Polen verfolgt worden war und so Zivilcourage gelernt hatte. Sie bestand auf ihrem Experiment.
(…) Alle Eingeladenen nahmen zuerst ein wenig Salat und lehnten Schweinebraten und Bratkartoffeln kategorisch ab, wobei sie heftige Protestgesten mit ihren Händen vollführten.
„Wir sind strikte Vegetarier“, verkündete stolz Erdmuthe von Kupke. „Als Arztfrau weiß ich, was Cholesterin bei einem Menschen anrichten kann. Und die BSE-Gefahr…“
„Und denkt an die armen Tiere, die gequält werden“, unterstützte sie Udo Knarsch. Claude Eckel verkündete auch, dass er gesund und umweltbewusst lebte, nicht zuletzt musste er auf seine Linie achten.
„Ihr solltet euch an denen ein Beispiel nehmen“, sagte Hasso Schuja und deutete auf Gloria und Knut, die genüsslich den Braten verzehrten.
„Wer weiß schon, was wirklich gesund ist?“ sinnierte Gloria mitleidig. „Bis vor kurzem waren die Kartoffeln verdammt, und jetzt sind sie voll rehabilitiert. Es gibt sogar eine Kartoffeldiät zum Abspecken.“
„Da ist was Wahres dran“, stimmte Balthasar von Kupke zu, „ich bin auch im Prinzip Vegetarier, aber könnte ich etwas von diesem Braten probieren?“
„Gern“, bot Gloria an, „du kannst in aller Ruhe probieren, denn wir haben die Vita des Ferkels von der Wiege an aufs genaueste geprüft. Es hat ausgezeichnete Referenzen. Aber vielleicht noch jemand?“ fragte sie.
Aus allen Ecken meldeten sich jetzt leicht verschämte Stimmen, die murmelten:
„Probieren, probieren, probieren…“
Mehrere Hände reckten sich gierig in Richtung Braten. Knut beruhigte sie:
„Es reicht für alle.“
Nach einer halben Stunde war von Schweinebraten und Bratkartoffeln keine Spur mehr zu sehen. Gloria war sogar immer noch etwas hungrig – sie hatte den Appetit ihrer Gäste aufs verhasste Fleisch unterschätzt, und Claude Eckel nahm ihr das letzte Stück vor der Nase weg.

Für die Polen hier ein Fragment des Buches auf Polnisch/ TU link do innego fragmentu (ale też o jedzeniu) po polsku.

 

3003

Dorota Cygan

Kto mówi po polsku i jest z mojej generacji lub starszy, pomyśli może odruchowo, że chodzić będzie o dywizjon 303 i lektury naszej młodości, i jest o jedno zero za dużo (a że pisałam już kiedyś o zerach i było ich jakoś sporo, można pomyśleć, że to z obfitości dodałam jedno za wiele). Nie, o zera nie chodzi, o zerowatość tłumu tym razem też nie, ale o historię owszem. Od kilku dni do okrągłej liczby 3000 dodano trójkę – przybyły w Berlinie 3 nowe kamienie pamięci (Stolpersteine), o które mają się potykać nasze nogi (a tym samym myśli), czyli nasza berlińska pamięć zbiorowa. Na wypadek (na co dzień dość prawdopodobny), gdybyśmy zapomnieli, że z domów, w których dzisiaj mieszkamy, wywożono w okresie nazistowskim mieszkańców pochodzenia żydowskiego, najczęściej na zawsze.

stolpersteine1Niektóre Stolpersteine są nie kamieniem, ale belka pamięci  – jak tutaj, gdzie w jednym mieszkaniu zakwaterowano Żydów w tzw. pomieszczeniu do spania.

Kiedy kilka lat temu moja jedna znajoma napomknęła przy kawie, że właśnie umyła wodą i płynem kamień pamięci przed wejściem do kamienicy, w której mieszka, pomyślałam, że mogłabym myśleć sto lat, a i tak bym nie wpadła na taki pomysł, i że różnice mentalnościowe muszą być o wiele większe niż mi się na co dzień w tym mieście wydaje. Bo że dajemy pieniądze na jakieś akcje lub składamy tu i ówdzie podpis pod jakąś słuszną petycją, nie angażuje specjalnie naszej refleksji, dzieje się raczej automatycznie, w ramach jakiegoś minimalnego konsensusu i kropka. Ale wyobrażenie kobiety w statecznym wieku z wiadrem i wodą na chodniku, jak szoruje mosiężną oprawę kamienia ku zdziwieniu przechodniów, trochę mnie jednak przerosło – i pewnie dzięki temu to jeszcze pamiętam.

Co się działo od tej pory? Ludzkie zaangażowanie w zasadzie nigdy nie jest wielkością stałą, czyli albo rośnie albo maleje. Znajoma ta zainicjowała, oczywiście w ramach grupy roboczej w swojej dzielnicy, ileś kwerend archiwalnych dotyczących iluś osób deportowanych ze swoich mieszkań, zorganizowała ileś spacerów po mieście wiadomym szlakiem, napisała trzysta ileś stron doktoratu o ruchu społecznym, który wyniknął z pierwotnej idei artystycznej Guntera Demniga  – i usunęła ze swoich drzwi lub skrzynki na listy ileś kartek z pogróżkami lub obelgami pod swoim adresem. I właśnie tych kilka dni temu dała swoim czujnym oponentom, pragnącym zachować anonimowość, kolejny powód do interwencji, wygłaszając przemówienie przy okazji utworzenia (nie mogę wszak napisać „oddania do użytku”) trzech nowych kamieni pamięci. Mieszka bowiem bardzo w pobliżu.

stolpersteine2Takie listy znajduje aktywistka ruchu w swojej skrzynce na listy. Bywa gorzej, powiada.
Wczoraj naklejone – dziś już zerwane. W ciągu zaledwie 24 godzin, my, aktywiści Ruchu Przeciw Kamieniom pamięci, po raz kolejny uwolniliśmy ulice w dzielnicy Friedenau od waszej ohydnej propagandy, przygotowanej przez syjonistycznych “dobrych ludzików”. Będziemy czujni i w przyszłości i bądziemy rozszerzać nasze, skierowane przeciw wam, akcje. Dość kultu winy – uwolnić Friedenau od kamieni pamięci!

Nigdy dotąd nie byłam na takiej uroczystości, choć bywało, że przy różnych akcjach tzw. ‘Gutmenschen’(‚ludzi z definicji dobrych’) miałam z dystansu dość wyrazisty obraz, jak wyglądają, a nawet co mogą mówić. Zrobiłam więc tym razem kilka zdjęć dla siebie po to, żeby mi kiedyś własne stereotypy do końca nie przesłoniły rzeczywistości, a dla  czytelników blogu po to, żeby mieszkając w Polsce mieli jakiś kontekst obrazkowy, bo nasza kultura pamięci trochę ma inną dynamikę, inne grupy wsparcia i innymi się posługuje rekwizytami.

stolpersteine3Nowe kamienie pamięci umieszczone przed dawnym wejściem do nieistniejącego już domu. Dziś w tym miejscu stoi kościół. Uroczystości maja pełne poparcie kościoła, a nawet inicjatywa w wielu przypadkach pochodzi właśnie z kręgów kościelnych.

A dlaczego mi się wydaje warta opisania wiadomość z lokalnej gazety? (spokojnie, Czytelniku Berlińczyku, nie protestuj, tyle prawdy musisz znieść, Bundesrepublika oczywiście nie czyta publikatorów ze stolicy, bo generalnie wiadomo, że są prowincjonalne, więc powszechnie, nawet w Berlinie, kupuje się monachijską SZ lub frankfurcką FAZ). Czemu więc o tym? Bo zakładam prostą prawdę samozwańczego badacza historii życia społecznego, że jeśli u mnie samej co-kol-wiek po iluś latach życia w jednym mieście wywoła nieznaczne nawet „mhm”, to należy o tym napisać do Ewy polskiego odbiorcy. Powtórzę samokrytycznie „na-pi-sać”, nie tylko „pomyśleć do czytelnika“, bo jak tej uwagi nie zrobię, to administratorka blogu gotowa się okrutnie roześmiać. Ale nie schodźmy na cygańskie szlaki, tekst miał tym razem nie być „o niczym“, tylko o kamieniach pamięci.

Otóż mnie ten rodzaj pomnikowania wydarzeń minionych w ogóle bardzo przemawia do przekonania – przez rozproszenie, rezygnację z cokołu i nie tylko symboliczną oddolność inicjatywy. Ale zwłaszcza, że towarzyszy temu typowy element niemieckiej kultury dyskusji, czyli spieranie się o pryncypia, choćby o taką kwestię, na ile potykanie się o kamienie pamięci jest właściwą formą jej kultywowania, skoro chodzi jednak o deptanie po nich codziennie. I to jest dokładnie to, czego inicjatywy oddolne w tym kraju chcą zawsze i w każdej ilości, mianowicie dyskusji społecznej, która kanalizuje nastroje zbiorowe w bezpieczny sposób. Oraz tego, by wyjść z muzeów do ludzi, na ulicę.

Na pytanie, czego się można dowiedzieć śledząc kwerendę archiwalną, inicjatorzy odpowiadają, że można uświadomić sobie niby oczywiste rzeczy, np. że jeśli z jednego mieszkania deportowano 10 lub więcej osób, to były to po prostu tzw. Judenwohnungen, czyli mieszkania, w których masowo  zakwaterowywano osoby pochodzenia żydowskiego, wyłuskując potem jednostki do deportacji w różnych terminach; albo też np. informacje, z jakiego rzędu nakładem administracyjnym wiązała się wywózka, rozliczenie po fakcie rachunków za prąd, ponowne wynajęcie tych mieszkań, wycena pozostawionego majątku itp. A także, jakie trudności spotykały ofiary, jeśli jednak przeżyły wojnę i przyszło im akrybicznie dokumentować każdy najdrobniejszy etap tułaczki i stan posiadania przed wygnaniem. W kraju, gdzie dzięki skrupulatności aparatu urzędniczego zachowało się tak wiele danych, pozostało tez wiele śladów dokumentujących nader chłodny sposób obchodzenia się z ofiarami po wojnie. To właśnie ten element stosunkowo najbardziej porusza badających przeszłość, oswojonych przecież teoretycznie z okrucieństwami wojny, ale tym bardziej zszokowanych niespolegliwością powojennych instancji, zobowiązanych ustawowo do współpracy przy odkrywaniu prawdy.
Inicjatorzy mówią, że można wiele wyczytać z tych kamieni, jeśli się nad nimi pochylić. Stolpersteine – jak to kamienie – mówią do nas.

Wywiad z Petrą Fritsche:  http://youtu.be/tD4sLCpehRI

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 4

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcie Jacek Dominiczak, malarstwo Jacek Krenz

J_Krenz_acryl_Ausencias3x4.

Bruno: na zielonych pastwiskach

Położyłem się i zasnąłem, i obudziłem się,
albowiem Pan mnie wspomaga.

Psalm 3 (tłum. Roman Brandstaetter)

Dach w naszym domu przeciekał od czasu
wielkiej wody, która wiosną roku 1911 zeszła
z nieba, napełniając gliną i płynnym szkłem
ogrody i doliny. Moje oczy ujrzały jeszcze wodę,
lecz potem całkiem przestały widzieć, o infekcję
i uszczerbek na zdrowiu nie było wtedy trudno.

W roku ognia pierwsze spłonęły nasze księgi –
kruche, podatne na dar płomienia. Niewierne.
Wraz z nimi porzuciły nas dalekie horyzonty.
Patio pokryło się popiołem, a ziemia spalona
nie służyła wtenczas nawet dla podkowy konia –
po pożarze w stajni zapanowała martwa cisza.

W roku wielkiej suszy nie mówiliśmy wiele;
spragnione gardła nie łaknęły słów. Słońce
umierało samotnie. Był to czas, gdy jedynie psalm
sześćdziesiąty trzeci koił nasze dusze. Wołaliśmy:
„Boże, Tyś jest ten, którego szukamy jak garści ziarna
i łyżki strawy na tej ziemi wyschniętej i bezwodnej”.

Człowiek wiele może znieść, lecz w taką porę
niebezpiecznie jest popaść w tęsknotę za chlebem i winem.
Nadzieja tliła się jeno w pestce i korzeniu. Resztką sił
chwaliliśmy imię Pana, wznosząc ręce do nieba, póki
nasze dusze nie nasyciły się jak sadłem i oliwą. Dzięki
wstawiennictwu aniołów o śmierć we śnie nie było trudno.

Nasza modlitwa o deszcz została wysłuchana i niebo
otworzyło śluzy na dni czterdzieści i tyleż nocy. Pleśń
pokryła ściany mojej celi, i wilgoć weszła w palce, aż
całkiem straciły czucie i przestały czytać. O śmierć przed
świtem z głodu i wychłodzenia było wtedy łatwiej niż o chleb
nasz powszedni. Tamtego roku ziarno zgniło w spichlerzach.

Dach przeciekał do końca. Martwa cisza w naszym domu
byłaby kompletna, gdyby nie to kapanie i jego echo –
wilgotne i uparte. Żwawe jak źrebak.
Prosiłem o łaskę snu wiecznego, i wyprosiłem, i zasnąłem,
bo wielkim królem jest Pan.
Zaświadczam, iż prawdę powiadał psalm dwudziesty trzeci:
tutaj na zielonych pastwiskach nie brak mi niczego.

RaportJD (16)

Koty i dzieci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

000Don Manuel Osorio de Zuniga - Francisco de GoyaFrancisco de Goya y Lucientes (1746–1828)
The Jules Bache Collection
Don Manuel Osorio Manrique de Zuñiga (1784–1792), possibly 1790s.

Zwróćmy uwagę, że ten namalowany przez Goyę chłopczyk, który tak młodo zmarł i nigdy naprawdę nie dorósł na tyle, żeby być panem, jest jednak panem, nie w sensie wieku lecz przynależności kastowej. Szlacheckie, arystokratyczne dziecko, bardzo ciche, bardzo spokojne, a obok niego ptaki i koty, też ciche i spokojne. Był synem księcia Altamiry. Współczesna krytyka sugeruje, że nic na tym obrazie nie jest prawdziwym portretem, są tu bowiem tylko symbole. Może dlatego wszystko jest tu takie ciche i spokojne. Don Manuel został być może namalowany już po śmierci, ptaszki w klatce są symbolem niewinności, a koty uosobieniem czyhającego na człowieka zła jakim jest nieokiełznana i dzika natura. A takie się wydają ciche i spokojne.
Sroka trzyma w dziobie wizytówkę artysty.

001Sarah Bushnell Perkins1790Również ten portret dziewczynki z kotem został namalowany w roku 1790. Stworzył go być może Beardsley Limner, który działał w latach 1785-1805, ale może być też inaczej i wtedy obraz ten namalowała kobieta, Sarah Bushnell Perkins (1771-1831). Nic nie jest tu pewne.  A ciocia Wikipedia, która zawsze i o wszystkim wszystko wie, w sprawie tego malarza i tej malarki milczy we wszystkich możliwych światowych językach. Barbara Wells Sarudy, autorka strony internetowej o sztuce “It is about a time”, którą już tu cytowałam, pisze: The Beardsley Limner (…) was an itinerant artist who executed several naive portraits along the old Boston Post Road, in Connecticut & Massachusetts, from about 1785 to 1805. This name is derived from portraits this artist made of Elizabeth & Hezekiah Beardsley. The Beardsley Limner may actually be a Connecticut pastelist Sarah Perkins. Some stylistic similarities exist between the two, but there are sufficient differences to raise questions about a definitive identification.

004Albert Anker Suisse 1831-1910-kotAlbert Anker (1831 – 1910), malarz szwajcarski, przywołał tym obrazem (Niedzielne popołudnie, 1861, Musée d’art et d’histoire, Neuchâtel) atmosferę niedzieli w rodzinie protestanckiej, choć po prawdzie nie wiem, co mi mówi, że to protestanci. Ale na pewno tak jest. Najstarsza córka (bądź młoda żona) czyta księgę, ojciec rodziny i córka przysłuchują się z uwagą, najmłodsze dziecko śpi, podobnie jak kot na piecu. Surowe, skromne życie, praca, powaga, wiara, szacunek dla Pisma. Piękne są tu te dzieci, ale też Anker był jednym z najważniejszych malarzy XIX-wiecznych, którzy ustalili kanon malowania dziecka jako dziecka, a nie – jak to przedtem miało miejsce – małego dorosłego. Anker namalował około 600 obrazów, z tego 250 to obrazy z dziećmi. Podobno, tak twierdzi Wikipedia, w jego przedstawianiu dzieci widoczne są wpływy pedagogów Jeana-Jacquesa Rousseau (1712–1778) i Johanna Heinricha Pestalozziego (1746–1827).

005Théophile-Alexandre_Steinlen_Chat_Noir1890 005atheophile-alexandre steinlen La Fillette au ChatTheophile Alexandre Steinlen (1859-1923) jest autorem wizerunku jednego z najsłynniejszych kotów europejskich, mianowicie secesyjnego, czarnego i paryskiego (1896), ale namalował też śliczną grubą dziewczynkę z czarnym kotem, który musiał być istotą niezwykłej wprost cierpliwości. W jego twórczości w ogóle jest dużo kotów, niemiecka Wikipedia nazywa go wręcz “niezmordowanym portrecistą kotów”, a w jego rzeźbie są właściwie tylko koty. Dziewczynka z kotkiem jest aktualnie wystawiona na sprzedaż i chyba nie wolno mi jej reprodukować. Ale w razie potrzeby będę się broniła tym, że zachęcam Was do kupna tego obrazu. Trzeba wejść na tę stronę i podać cenę. Napisałam, że zapłacę 100 euro, ale mail się nie wysłał.

003bRenoir Chlopiec z kotem 003aPierre-Auguste_Renoir_099Tych dwoje dzieci namalował Pierre Auguste Renoir (1841-1919). Niestety nie widziałam filmu Gillesa Bourdos z Michelem Bouquet i Christą Theret (2012) i w ogóle ze zdumieniem stwierdzam, że niewiele wiem o tym artyście, który jest chyba najsłynniejszym XIX-wiecznym malarzem europejskim, ale jeśli myślimy, że umiemy go z daleka rozpoznać, ostrzegam – Renoir w ciągu 60 lat czynnego życia namalował około sześciu tysięcy obrazów. Nie znamy ich, nie możemy ich znać i bardzo to przyjemne, bo zawsze nas coś nowego zaskoczy, tak jak mnie ostatnio ta dziewczynka w Musée d’Orsay.

002dziewczynkazkotkamiAndréeBosquet-1900LauraLaWasilewskaDresdenKatzen2012Andrée Bosquet (1900 – 1980) jest malarzem belgijskim, Laura La Wasilewska młodszą od niego o dwa pokolenia Polką. Czy mi się jednak zdaje, czy te dwie dziewczynki są do siebie podobne, mimo że jedna jest poważna, a druga się śmieje?
X
X
X
Poniżej dwóch chłopców z kotem, obaj zamyśleni, ale jak odmienni. Antoni Clavé (1913 – 2005), L’Enfant au Chat i Giuseppe Migneco. Jego chłopiec jest za duży i za dorosły, ale jednak artysta nazwał ten obraz Ragazzo con gatto (1970).

chlopcy-z-kotami

RomualdasPetrauskasX
Ten gruby żółty kot nadawałby się świetnie na partnera dla kota z podróbki obrazu Wodkina Wiosna, mógłby się więc znaleźć we wpisie sprzed tygodnia o żółtych kotach. Ale zasadniczo, oprócz ilustracji uzupełniających moje wywody, prezentuję tu obrazy nadesłane przez Marynę Over, a ten obraz Maryna przysłała dosłownie na ostatnią chwilę. To zresztą nadzwyczaj ciekawe, bo nie mogła wiedzieć, że tematem dzisiejszego wpisu są dzieci. Ale nie po raz pierwszy Maryna i ja myślimy o tym samym.
Romualdas Petrauskas, malarz kompletnie mi nieznany, podejrzewam oczywiście, że Litwin, ale żeby się czegoś dowiedzieć muszę sięgnąć do wiedzy Wujaszka Gugla. Informacji jest jednak niewiele, bo Petrauskas nie ma wpisu w Wikipedii. Jest jednak na Facebooku, skąd wiem, że to malarz współczesny, Litwin, mieszka w Panevėžys czyli Poniewieżu. Na Facebooku i w sieci jest dużo jego obrazów, czyli już wiem, że ten pucaty chłopiec z pucatym kotem to maniera artystyczna, a nie portret. Obraz zatytułowany jest Berniukas (a Google Translator podpowiada, że znaczy to Chłopak), a namalowany został w roku 2007.
I tak to, dzięki nowoczesnym metodom komunikacyjnym, w ciągu kilku minut dowiedziałam się czegoś o człowieku, o którym przedwczoraj w ogóle nie słyszałam.

Ralf guckt Fußball. Ich auch.

Brygida Helbig

Eine Erinnerung an die Fußballweltmeisterschaft von 2006

Sie werden doch sowieso verlieren. Und ich werde wohl den deutschen Kommentar dazu nicht ertragen. Dachte ich mir und wollte dieses Spiel eigentlich gar nicht sehen. Doch irgendetwas zog mich magisch zum Bildschirm, mich, die ich doch nie Fußball gucke, die ich kaum einen Namen eines Fußballers kenne, keine einzige Spielregel, außer der, dass man Tore schießen soll. Polen gegen Deutschland, dass musste ich doch miterleben, trotz aller Ängste und Bedenken. Das sind doch zwei Länder, mit denen mich ein starkes Band verbindet, manchmal denke ich, ein gleich starkes – lebe ich doch schon um einige Jahre länger in Deutschland als ich in Polen gelebt habe, fließt doch in meinen Adern teilweise deutsches Blut… Also kaufte ich Nachos mit zweierlei Dippsoßen, holte mir eine Flasche Kristallweizen und kein Glas dazu, knallte mich aufs Sofa und ließ mir die Fernbedienung von meiner Tochter erklären. Irgendwie möchte man doch nicht ganz abseits stehen, möchte man etwas von dieser Karnevalsstimmung und Ausgelassenheit haben, einmal mitten im Leben stehen, mitreden, mitsingen, mit ausflippen. Noch gar nicht 21 Uhr und schon geht es los, dabei musste ich schnell noch auf Toilette. Zu lange an der Fernbedienung rumgefummelt, beinahe zu spät angefangen. Sie singen schon die Nationalhymne, fast hätte ich das Wichtigste verpasst – wie sich mein Herz bei der polnischen Hymne weitet, wie es bei der Melodie der deutschen Hymne zusammenzuckt, ähnlich wie beim Wörtchen „Halt“, das bei mir, obwohl ich lange nach dem Krieg geboren bin, eine Krise hervorruft.

„Und schon ist Polen verloren“, hieß es nach dem unglückseligen Spiel Polens gegen Ecuador vor einigen Tagen in der Zeitung. Was für eine Schadenfreude. Was für ein Pech, dass sich der erste Satz der polnischen Nationalhymne, „noch ist Polen nicht verloren“, im Deutschen so schön reimt und damit so blöd klingt und für Späße sorgt. Warum weiß keiner, worum es sich bei dem Lied eigentlich handelt, und dass auch Preußen bei diesem drohenden Verloren-Sein eine weiß Gott nicht nebensächliche Rolle spielte?

Und dann ging das Spiel los. Wenn ich die polnischen Jungs sehe, geht mir das schon zu Herzen. Smolarek, Krzynówek und wie sie alle heißen. Manche spielen in deutschen Clubs und mussten gegen ihre Kumpels kämpfen. Sie sind nicht unbedingt schön, aber allesamt gute, liebe Jungs, das spüre ich, wohlwissend, dass ich idealisiere, dass sie in der Freizeit bestimmt ihre Frauen verprügeln und alles Mögliche entwenden. Und doch erscheinen sie mir sanfter, feinfühliger und vertrauter als die Deutschen. Vielleicht sind sie etwas zierlicher, vielleicht sind ihre Frisuren nicht ganz so auf der Höhe, aber gerade das macht sie in meinen Augen liebenswert. „Trotz des besseren Wissens“ weigerte sich der Kommentator, ihre Namen mit der richtigen, für das Polnische typischen Betonung auf der vorletzten Silbe auszusprechen. Und ich habe ihm sofort verziehen, obwohl man so etwas mit französischen Namen niemals anstellen würde.

Die Post ging ab, und ich wurde mächtig stolz auf unsere Jungs. Ich schrie bei jedem Beinahe-Tor vor Angst oder Euphorie und wurde ungehalten wie Angela Merkel, nur unter umgekehrtem Vorzeichen. Ich bewunderte den geschickten polnischen Torwart. Ich spekulierte darauf, dass der spanische Schiedsrichter mehr Sympathie den Polen entgegenbringen würde. Viel Aufmerksamkeit schenke ich nicht nur Elch (Łoś) und Hummel (Bąk) – sondern auch zwei Spielern aus der deutschen Mannschaft, Klose und Podolski, aus Gründen, die man sich denken kann. Auch wenn es mich ein wenig störte, wie Podolski beim Grinsen etwas schräg die Zähne zeigte – ich fand die beiden Jungs einfach klasse, und es fiel mir auf, dass vor allem sie für deutsche Torchancen sorgten. Fast hatten sie mit ihrem Charme mein Herz für die deutsche Mannschaft höher schlagen lassen. Ich fand es rührend, wie sich Klose (der doch so polnisch aussieht) und zwei polnische Fußballspieler herzlichst auf die Schulter klopften. Irgendwie sind die nationalen Kriterien bei diesen Spielen in ein erfrischendes Durcheinander geraten. Die Presse berichtete, Klose und Podolski würden manchmal untereinander Polnisch sprechen. Und sie hätten beide polnische Frauen, weil diese aus irgendwelchen Gründen besser für diese Rolle geeignet sein sollen. Was ja unter deutschen Männern eine weit verbreitete Illusion zu sein scheint.

Hin und wieder schaute ich mir die beiden Trainer an. Der polnische saß verkrampft da, guckte finster, seine Lippen und Hände zuckten. Der deutsche fuchtelte mit den Armen, sah viel sportlicher, attraktiver, eleganter aus – Mensch, so eine gute Figur, so dynamisch und emotional! Ich dachte, er wäre dreißig, meine Tochter aber äußerte den Verdacht, er könnte genauso gut fünfzig sein, Deutsche wären eben auch in hohem Alter noch so fit und blond. Nun gut, zugegeben, er sah ganz passabel und sympathisch aus, doch die düstere Nervosität des Polen ging mir auch nahe.

In der Pause tätigte ich einen Anruf: „Für wen bist du?“ fing ich streng an. „Für die Deutschen“, gab Ralf schuldbewusst zu, „aber die Polen sind doch auch toll, Mäuschen.“ „Mensch, wie kannst du denn für die Deutschen sein?“ – fragte ich verzweifelt und spürte, wie plötzlich ein Graben zwischen uns aufgerissen wurde. „Das ist doch ein entscheidender Unterschied zwischen uns!“, stellte ich mit Entsetzen fest. „Ich hätte nie gedacht, dass du nach zehn Jahren, die du mit mir auf Deine ostdeutsche Art verbracht hast, für Deutschland sein würdest“, fügte ich wütend-resigniert hinzu und knallte mit dem Hörer. Mir selbst war allerdings noch bis vor einer Stunde gar nicht bewusst, wie sehr ich mich mit dem Land identifiziere, in dem ich groß geworden bin, auch wenn ich mich dort heute fremder fühle als hier…

Tja, so gespannt und lebendig wie bei diesem Spiel war ich schon lange nicht mehr. Vielleicht 1974, als die Polen den historischen dritten Platz gewonnen haben, mit Trainer Górski, der Legende meiner Kindheit. Eine dunkle Erinnerung steigt in mir auf – LATO? TOMASZEWSKI? Oder als sie bei der Moskau-Olympiade ihr Bestes gaben, da war ich noch ein junges Mädel, und ich kann mich an einen Namen und einen netten Mann dazu erinnern – BONIEK! Doch diesmal sollten die Polen mal wieder verlieren. „Die Polen haben immer Pech“, singt die polnische Band „Big-Cyc“, „niemals haben wir eine Weltmeisterschaft, niemals die Eurovision gewonnen“… Böses ahnte ich bereits, als der deutsche Trainer Stirn an Stirn mit einem schwarzen Spieler im Blickfeld erschien und diesen mit beschwörenden Worten in den Kampf schickte, die sich ungefähr so angehört haben müssen: „Odonkor, du bist die letzte Rettung der Nation!“

Und das war er offensichtlich auch – Mensch, wie kann man nur so schnell sein? Da kann kein Pole doch mithalten, vor allem sind sie jetzt nur noch zu zehnt… Und es kam, wie es kommen musste. Tränen und Zähneknirschen – musste das Tor gerade in den letzten Minuten fallen? Und auch nicht mal von Klose oder Podolski…? Wo man sich schon an den Gedanken an einen Gleichstand, der einen Sieg bedeuten würde, gewöhnte? Wo man sich schon gefreut hat, dass Deutsche in ihrem leichten Größenwahn gebremst werden? „Na endlich“, seufzte Ralf erleichtert am anderen Ende der Stadt. „Nein, nein, nein!“ – schrie ich zur gleichen Zeit an meinem Ende. Draußen knallte es schon. Dann wurde ich ruhig wie Kaczyński als ihm Angela nach dem Spiel die Hand reichte und ihren Arm mit einer Freundschafts-Überlegenheits-Geste jovial um seinen Arm legte. Podolski tröstete den tapferen polnischen Torwart. Der deutsche Trainer strahlte wie der liebe Gott. Den polnischen haben sie gar nicht mehr gezeigt.

Das Telefon klingelte: „Mäuschen, es tut mir leid.“ „Ich will dich nie wieder sehen…“- zischte ich erbost.

Autorin (links) nach dem Lesen ihres Fußball-Texts bei dem Projekt Female Kick 2012 während der Europa Fußballmeisterschaft (Berlin, ehemaliges Amerika Haus); im Hintergrund Ausstellung über schlesische Fußballer in den deutschen Mannschaften

Poza osadą Tczew

Kolejny tekst Romana Brodowskiego o zielonej miłości, a ode mnie – Redaktorki – postmodernistyczna zagadka – z nagrodą! Kogo i gdzie tu parafrazuję? Ja, nie Autor!
Rozwiązanie zagadki w komentarzach pod wpisem.

Roman Brodowski

Kiedy zimową nocą podróżny…

Nareszcie rozpoczęły się ferie. Długo oczekiwane, zimowe ferie. Spakowane walizki, od kilku dni stoją pod stołem, w oczekiwaniu na komendę wymarszu, na dzień naszego wyjazdu do rodzinnych domów, do naszych najbliższych, przyjaciół. Ja niecierpliwie liczę godziny dzielące mnie od spotkania z moją Marią, układając coraz to inny scenariusz tego wydarzenia.
Przed chwilą wrócił Mietek z dworca kolejowego z zakupionymi na wieczorne pociągi, biletami. Tak się złożyło, że obydwa wyjeżdżają, prawie równocześnie.
Pociąg do Gdańska o osiemnastej, a ten w kierunku na wschód, do Białegostoku dziesięć minut później. Jeszcze tylko wspólny, ostatni w tym roku obiad w stołówce, krótki odpoczynek przed podróżą, wkładamy mundury i… można powoli kierować kroki do dworca.

Pożegnaliśmy się kierownictwem internatu i z kolegami z klasy i wreszcie wyruszyliśmy. Na ulicach o tej porze mimo chłodnej, a ściślej mówiąc mroźnej pogody było jeszcze tłoczno i, wbrew naszym oczekiwaniom, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Obładowani bagażami, zmarznięci i zmęczeni, dotarliśmy na dworzec pół godziny przed odjazdem pociągu.
Usiedliśmy w barze mlecznym i, popijając ciepłą herbatę z plasterkami świeżej cytryny, z uwagą wsłuchiwaliśmy się w skrzeczące zapowiedzi, wydobywające się z głośników. Tak usłyszeliśmy, że „pociąg osobowy z Krakowa do Gdyni, z powodu złych warunków atmosferycznych, jest opóźniony około czterdziestu minut”. Spojrzałem rozżalony na Mietka, który właśnie starał się wyłowić ze szklanki żółty, bogaty w witaminę C kawałek owocu.
– Cholera! – powiedziałem prawie krzykiem, przerywając panującą w poczekalni ciszę.
– Nie ekscytuj się, bo to ci tak czy tak, w niczym nie pomoże. Twoja Marylka czekała na Ciebie tyle czasu, że jedna godzina niczego nie zmieni – starał się mnie uspokoić Mietek.

Poczekalnia która jeszcze przed kilkunastoma minutami świeciła pustkami, teraz wypełniła się podróżnymi aż po brzegi, a my w obawie przed brakiem miejsc siedzących w pociągu i perspektywą wielogodzinnej jazdy na stojąco, obmyślaliśmy strategię działania takiej. Postanowiliśmy, że w momencie zatrzymania się pociągu, ja błyskawicznie wskoczę do wagonu, zarezerwuję miejsce i otworzę okno, a Mietek poda mi nasze bagaże, po czym zamienimy się miejscami. Mietek z natury jest spokojny i nieco ślamazarny, więc nic w tym dziwnego, że martwiłem się o komfort jego podróży.
Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Natychmiast po zapowiedzi pociągu, pośpiesznie udaliśmy się na peron, na którym stała już kilkusetosobowa grupa podróżnych.
Mietek pilnując naszych tobołków stał nieco z boku peronu, ja natomiast w chwili, kiedy pociąg zatrzymał się, przecisnąłem się przez najpierający tłum, otworzyłem drzwi wagonu i pod naporem „ludzkiej masy” wciśnięty zostałem do środka. Nie obyło się oczywiście bez inwektyw ciskanych w moim kierunku, ale czego się nie robi dla prawdziwych przyjaciół. Najważniejsze, że udało mi się zapewnić mu miejsce i to przy oknie, i w kierunku jazdy. Dalej poszło jak z przysłowiowego płatka. Mietek podał mi bagaże, wszedł do pociągu, usadowił się wygodnie na wskazanym przeze mnie miejscu. Ja natomiast, pożegnawszy się z nim serdecznie, opuściłem wypełniony już wagon, by stojąc na opustoszałym peronie, pomachać mu na pożegnanie.

Do odjazdu mojego pociągu pozostało jeszcze trzydzieści minut, które spędziłem w towarzystwie nieco starszej, dopiero co zapoznanej dziewczyny, która jak się okazało, tak jak ja, jechała na święta, tym samym pociągiem, w tym samym kierunku, tylko nieco dalej, bo do Gdańska. Zosia była studentką pierwszego roku pedagogiki i uczyła się na uniwersytecie śląskim.
Aby i nam udało się spędzić w godnych warunkach podróż, zastosowaliśmy ten sam fortel, co z Mietkiem. I tym razem wszyskto poszło zgodnie z planem. Zajęliśmy wygodne miejsca w przedziale, obok okna, na przeciwko siebie.
Zosia opowiadała mi o studenckim życiu, o planach na przyszłość, a ja w milczeniu patrzyłem na nią szukając w niej podobieństw do mojej Marii, i im bardziej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie ma nikogo, kto mógłby chociaż w najmniejszym stopniu jej dorównać.
Maria jest jak Nefretete, jak Mona Liza, tajemnicza, piękna, emanująca niebywałym i niewytłumaczalnym ciepłem. Jest jedynym egzemplarzem, jaki stworzył Pan Bóg i żadna, choćby nie wiem jak piękna kopia nie jest w stanie jej zastąpić – myślałem z dumą. Zosia mówiła, mówiła, mówiła, a ja oparty o rozkładany stolik, słuchałem jej cierpliwie, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, usnąłem.

Nagle poczułem delikatne szturchnięcie, oraz dobiegający z oddali głos.
– Obudź się! Zbliżamy się do Tczewa.
– Do jakiego Tczewa? – zapytałem zdziwiony – W Tczewie mamy być o czwartej rano, a my dopiero co wyjechaliśmy z Bytomia. Zosia roześmiała się dobrodusznie, podstawiając mi pod nos zegarek.
– O piątej rano? Dochodzi już piąta. Pociąg z powodu śnieżycy jest opóźniony o ponad pół godziny – powiedziała. – Całą noc spałeś, chrapiąc tak głośno, że zagłuszałeś ciągnącą nas lokomotywę – dodała, śmiejąc się jeszcze bardziej, a wraz z nią pozostali pasażerowie.
Czułem się bardzo głupio, i to nie z powodu chrapania, ale dlatego, że zasnąłem wówczas, gdy Zosia opowiadała mi o sobie. Bałem się, że mogła poczuć się z tego powodu urażona…, do czego miała pełne i słuszne prawo. Oczywiście, zacząłem przepraszać, prosić o wybaczenie, tłumaczyć się, a ona słuchając tego wszystkiego była wyraźnie zdziwiona i zażenowana moim szarmanckim zachowaniem. Pożegnaliśmy się ciepło, życząc sobie wzajemnie pięknych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

Na zaśnieżonym peronie, pośród wielu ludzi udających się do pracy, stała niewysoka, w szczelnie zapiętym, grubym płaszczu, czekająca na mnie, dobrze znana mi postać – moja dobra, kochana mateńka.

Uczę się Ciebie

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Codziennie czytam twoje wyznania
I jest mi jakoś dziwnie przyjemnie
I coraz bardziej pragnę, kochania

Budze się ze snu wczesnym rankiem
Zły, że już muszę wstawać do szkoły.
We śnie byłem twoim kochankiem
To był czas dla nas bardzo wesoły

Gdy w siedzę w szkolnej, pustej ławce
Myślami pływam w marzeń świecie…,
Tam widzę Ciebie na huśtawce
I tam Cię obsypuję kwieciem.

Ty jesteś w moim sercu, we mnie
I będziesz po czas niezmierzony
Walczyć z tym faktem jest daremnie.
Kiedyś zagrają dla nas dzwony.

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Noszę przy sobie fotografię.
I wiem, że pragnę Cię niezmiennie
Lecz tego wyznać nie potrafię

Bytom, 10.03.1977

A niech sobie mówi!

Ktoś powiedział, że jesień jest szara
Komuś smutno widocznie na świecie.
Dla mnie jesień jest porą poezji,
Którą tworzę kochanej kobiecie.

Ktoś powiedział, że nie lubi zimy,
Bo jest mroźna, bez koloru, biała,
Dla mnie zima to pora nadziei.
A nadzieja zawsze jest wspaniała.

Ktoś powiedział, że nie lubi lata
W lecie dużo słonecznych udarów
Dla mnie lato to pora szczególna
Czas miłości i miłosnych czarów.

Ktoś powiedział…, a niech sobie mówi,
Ja szczęśliwy jestem każdą, miła, porą
Zakochani przecież widzą tylko siebie,
Życie bardziej romantycznie biorą

Więc nie słuchaj moje Ty kochanie
Tych, co ciągle tylko narzekają
Widać, brak im tej mojej radości.
Oni Ciebie po prostu nie znają

Bytom, 23.11.1976

Po raz drugi

Katarzyna Kulikowska

Wiersze i rysunki z cyklu “Świat zawieszony na drzewie”

ilustracja do moich wierszy 5
Stary kalendarz

Otwieram stary kalendarz
Tam wyobraźnia śpi w obrazkach
Sny biegają po kartkach
Krajobrazy wierszy przenoszą mnie
Poza zasięg rzeczywistości
Dziecinna gra wije się niczym wąż
Marzec jest dziennikiem
Głos opowiadań mówi o codzienności
Staruszek kalendarz odczuwa
Każdym miesiącem moją obecność

Kwiaty z kalendarza

Kwiaty z kalendarza wyszły na ławeczkę
ukwieciły drewnianą deskę
mrużąc senne płatki
zamknęły się w szklanej pułapce

ilustracja do moich wierszy 1
Wenecja

W moim wnętrzu padał deszcz
Z ulewy wyłoniła się Wenecja
Spacerowałam weneckimi uliczkami
Poszukiwałam w kamieniczkach
horyzontów słońca
Znalazłam tylko mokre
ściany pokoju

Anioł

Pojawiam się w obłoku światła
Moje skrzydła falują
Mój uśmiech jaśnieje w ciemnościach
Moje oczy są pełne miłosierdzia
Gdy mówię gołębica nadlatuje
Rozpływam się w świetle
Gołębica odlatuje
Zostaje tylko słowo

ilustracja do moich wierszy 2
Wigilia

Śnieżne płatki niczym gwiazdki
rozświetlają noc
Jabłoń stroi się w białą sukienkę
Dom stoi zanurzony w śniegu
Za oknem lampka oświetla pokój
promieniując złotem
W kącie stoi choinka w bombkach,
dzwonkach, orzechach i piernikach
Rodzina siedzi przy świątecznym stole
Zapach choinki daje wrażenie
przebywania w lesie
Powietrze pachnie miłością
Dom śpiewa kolędę
Nagle rodzinie wyrastają skrzydła
Aureole świecą nad głowami
Bóg patrzy przez okno i uśmiecha się.

Niebo w szafce

Mężczyzna wymyśla sobie niebo
w szafce
Mieszka tam
Płaszcze są aniołami o skrzydłach
pachnących lawendą
Anioły w kieszeniach noszą małe
planety i papierowe ptaki
Mężczyzna słyszy nagle głos
kobiety
„Wyjdź, kochanie, z szafki”
Ziemia czeka na Ciebie

* cytat z Sylwii Plath

ilustracja do moich wierszy 3
Safona

Dziewczyna w turkusowym westchnieniu lata
całuje usta zachodzącego słońca
Wie że kocha swoje marzenia
lecz nie może odejść od siebie
Przechadza się promenadą i
rozpływa w morzu

Obłąkana słuchała
swoich głosów
jak skarg dzieci krzyczących jedno
przez drugie
Chciała je uspokoić jak morze w czasie
sztormu
ale tylko Bóg ma prawo rozkazywać
morzu a ono rozstąpi się
Walcząc ze sztormem umarła
przeszyta krzykiem dzieci
niczym włócznią

Mikroskop marzeń

Na strunach traw
jak na gitarze spokój gra
wachlarzem gałęzi chłodzi wiatr
Oryginalny patchwork
przysłania niebo
Zielone powietrze oddycha
Pozłacane nici na kontrabasie
kurza łapka prowadzi
do mikroskopu marzeń

Sen błyska i znika
Niczym świetlik
Tylko ciemność rozumie
Jego wieczną tułaczkę
Po ornamencie nocy.

ilustracja do moich wierszy 4


Skazany na ciszę

Głuchoniemy usiłuje przejść
przez próg własnej głuchoty
Otworzyć uszy zamknięte na kłódkę
Schwytać uciekające dźwięki
Nie może, więc poszukuje klucza
do jestem
i uczy się być

Introwertyk

Mam w sobie świat, który boli
Odczuwam każde słowo jak atak szpilek
Milczenie jak grad kamieni
Oddycham z bólem jakbym rodził krew
Zjadany przez węże myśli zmniejszam się
o istnienie

Kiedyś nastąpi ciąg dalszy

Der Fisch und ich

Była wystawa / Es gab eine Ausstellung

| Galerie

Kulturhaus Spandau | Mauerstr 6 | 13597 Berlin

Der goldene Fisch & das Fahrrad
Das Stückchen der Seele

Fotografie

Ausstellung: Fr. 04.04. – So. 27.04.2014
Vernissage am Donnerstag 3. April um 19 Uhr
Öffnungszeiten: Mo. – Fr., 14 – 18 Uhr | Sa. – So., 14 – 20 Uhr

Eintritt frei

DabrowskiRichard Stanislaw Dabrowski, geboren 1950 in Stettin/ Polen, ist von Beruf Diplom Maschinenbauingenieur – jedoch von Berufung Fotograf.

Seine Lebensauffassungen und Herangehensweisen wurden durch seine bisherigen (Lebens-) Erfahrungen geprägt: ab dem elften Lebensjahr wurde er zum Nonkonformisten; in den 60. Jahren war er Hippie und seit 1977 Oppositioneller und Bürgerrechtler. Bald begann er für Underground Zeitschriften als Fotograf sowie Grafiker tätig zu sein und schrieb darüber hinaus politkritische Texte und war Mitglied des Komitee für die Verteidigung politischer Gefangener.

Es war eine Frage der Zeit, bis SB (Staatssicherheitsdienst) auf ihn IM (Informelle Mitarbeiter) angesetzt hat, um ihn auszuspionieren und zu überwachen, wenn auch nicht immer erfolgreich.

Der Kriegszustand wurde in Polen ausgerufen und das Gericht stempelte ihn scharf als Antikommunisten ab und entzog ihm die berufliche Existenz indem das Berufsverbot als Ingenieur ausgesprochen wurde. Aus dem Ingenieur wurde gezwungenermaßen ein Schlosser, wenn auch nur für 8 Monate.

Den einzig sinnvollen Ausweg stellte die Ausreise aus Polen dar. Im Dezember 1982 saß Richard Dabrowski schließlich mit Frau und zwei Kindern mit einem One-Way Pass im Zug nach West-Berlin, wo er bis heute mit seiner Frau weiterhin lebt. Dieser aufregende Werdegang mit vielseitigen als auch überraschenden Grenz-erfahrungen spiegelt sich in der Arbeit von Richard Dabrowski wieder.

Bis heute wurden seine Fotografien und Serien auf 34 Einzelausstellungen in Polen, Deutschland, England, Dänemark und Österreich präsentiert und durch zahlreiche Publikationen und Preise honoriert.
Heute, nach fast 64 Jahren, ist sein Blick durch die Linse weiterhin humorvoll kritisch, noch geschärfter, aber auch herzlich weicher.

Richards Tochter Anna
(Designerin und auch Fotografin)

***
Richard Dabrowski

Der goldene Fisch & das Fahrrad –
ein Stückchen der Seele

Mit dem Fotografieren beschäftige ich mich aktiv schon 36 Jahre. Diese Portraitreihe fällt jedoch aus dem Rahmen meiner bisherigen Arbeiten. Das hat sicherlich damit zu tun, dass die Idee zu dieser (vielleicht schon meiner letzten) Einzelausstellung, durch einen plötzlichen und ungewöhnlichen Schicksalsschlag ausgelöst wurde.

Im Juni 2006 war ich nach einem Fahrradunfall – mit dem Verdacht auf eine Wirbelsäulenverletzung – mehrere Stunden gelähmt und wünschte mir in diesem Moment nichts sehnlicher als den glimpflichen Ausgang des Geschehenen. Durch den Kopf gingen mir banale, stereotypische Gedanken wie flüchtig unsere Existenz sei. Glücklicherweise stellte sich heraus, dass eine gebrochene Rippe auf die Nerven drückte und so die beängstige Lähmung verursachte.

Nachdem ich wieder zu mir gekommen war, beschloss ich alle meine Freunde und Kollegen sowie Verwandten fotografisch zu verewigen – denn der plötzliche Verlust der Gesundheit oder des Lebens kann jedem widerfahren.

Zur Umsetzung dieser Idee hatte ich mehrere Anforderungen getroffen:
– die Person und ich duzen uns;
– auf allen Fotos werde ich schwarz gekleidet sein, wie die Animatoren im japanischen Puppentheater;
– beim “ersten” Foto – von zwei – soll sich die fotografierende Person selbst ausdenken, so wie sie sich fotografieren möchte, setzt dies erst mit mir als Modell um;
– dann werden die „Rollen“ für das „zweiten“ Foto getauscht, d.h. die Person nimmt nun selbst die Position vor der Kamera ein und ich hinter der Kamera;
– zusätzlich wird allen fotografierten Personen gleiche Frage gestellt:

„Du füllst Deinen Wasserkocher mit Wasser und plötzlich plumpst ein goldener Fisch hinein. Für die Freilassung verspricht er Dir einen Wunsch zu erfüllen. Was würdest Du Dir wünschen?“

Diese zwei inszenierten Fotos zusammen mit der Antwort auf die gestellte Frage bilden diese vielschichtige Fotoserie der Portraitierten. So entstanden im Zeitraum von 2006 bis 2009, die Momentaufnahmen von subjektiv ausgewählten 138 Personen verschie-denen Alters sowie Nationalität und stellen ein soziologisches Mosaik dar.

Verblüffend war festzustellen, dass die Meisten sich und ihren Liebsten „Glück und Gesundheit“ wünschten. Niemand wollte ewigen Frieden auf der Erde, Beseitigung von Krankheiten und Hungersnot, Stopp dem Klimawandel sowie Aussterben von Arten oder, dass, im Gegensatz zu dem zweiten Hauptsatz der Thermodynamik (Prinzip der Entropie), das Universum und Sonnensystem ewig existieren. Niemand wollte unendlich leben und nur fünf Personen einen Wunsch hatten, der die ganze Menschheit betrifft.

An dieser Stelle möchte ich allen „Autoren“ der Ausstellung großen Dank aussprechen. Sie haben einen intimen Teil ihrer Persönlichkeit und Ihre Seele dafür preisgegeben. Zum Glück waren sie keine Mitglieder von Naturvölkern, denn diese lassen sich nicht fotografieren. Sie sind überzeugt, dass sie um ein Teil ihrer Seele beraubt werden. Wenn ich nun hundert Jahre alte Fotos meiner Vorfahren betrachte, glaube ich auch daran.

Leider war es mir nicht gegeben fünfzehn Freunde und Verwandte zu fotografieren, die verstorben sind, bevor ich diese Idee hatte. Inzwischen sind von den Fotografierten vier meiner guten Freunde von uns gegangen.

Zu guter letzt:

Mein Wunsch wurde erfüllt – ich habe eine gesunde Wirbelsäule.

Wenn ich mir noch was wünschen dürfte, würde ich zu gerne meinen Vorfahren begegnen. Am liebsten bis zur Amöbe oder den Affen. Oder, wenn das nicht möglich ist, wenigstens bis zu sieben Generationen, wie das bei Menschen, die Schamanismus praktizieren, üblich ist.

Noch ein paar Sätze zum Selbstportrait, das ich mir ausgedacht habe. Seit 1991, besuche ich jedes Jahr das fünftausend zwei hundert Jahre alte Megalithengrab „Vasagaard“ auf Bornholm. In einem abgedecktenden Stein befindet sich eine Vertiefung für das rituelle Blut, in das ich aus Tradition opfernd Rotwein gieße und zusätzlich einige Schlücke trinke. Nach diesem slawischen Gebrauch versuche ich die Gunst der Götter, die diese heilige Stelle besiedeln, für ein nächstes Jahr zu erbetten. In dem Selbstporträt legte ich bewusst meine Kleidung ab und fotografierte mich nackt, so wie ich geboren wurde. Ebenso wünsche ich mir nackt zu sterben und verbrannt zu werden.

Das ist jedoch bereits mein dritter Wunsch. Der reale goldene Fisch erfüllt angeblich drei Wünsche auf einmal.

***
Ich bin eine von dieser 138 Personen, die von Richard fotografiert wurden. Ich wollte im weißen Kleid fotografiert werden. Mein Wunsch betraf Sterben. Mein Sterben. Aber mehr weiss ich nicht. Kommet und sehet.

Eure Ewa Maria

***

A tu po polsku i koniecznie kliknijcie na hasełko “Zobacz więcej”: http://zpaf.pl/aktualnosci/rd-zlota-rybka/

Prima Aprilis

Krystyna Koziewicz

Klub pod psem

Co tu dużo ukrywać – pani Janka spod 115 urodą na kolana nie rzuca. Jej pies tym bardziej. Spotykam ich często, czy to rano skoro świt, czy późnym wieczorem. Pani Janka już z daleka macha ręką, biegnie truchcikiem uśmiechnięta od ucha do ucha. Zawsze w wybornym humorze, zawsze tryskająca energią. Gdybym nawet z pogrzebu wracała – trudno – też się muszę mimo woli uśmiechnąć. Tym swoim radosnym humorem wlewa w człowieka pozytywniejsze nastawienie do świata, dystans do problemów. Ta twarz pełna zmarszczek od śmiechu, te błyszczące oczy, to dla nas sąsiadów z jednego podwórka, antidotum na troski.

Zupełnie inaczej rzecz się ma z przystojniaczkiem spod 116. O! – on i jego dog zawsze mają ponure miny. Obaj na grzecznościowe dzień dobry tylko odwarkują. Omijamy ich zgodnie dużym łukiem.

Ostatnio pan Marek od pinczerka zwierzył mi się, że zakochał się na zabój w pani Jance za tę jej pogodę ducha, za wesołość. Z pana Marka niezły filozof, wdaliśmy się więc w dyskusję.

– Bo to z nami Polakami już jest – perorował pan Marek – że w ogóle nie mamy humoru.

– Co pan powiada?! – zareagowałam ostro – a nasze polskie komedie filmowe? Te stare i te najnowsze? A czterdziestolatek, Alternatywy 4, czy Kargul?  A Fredro i Joanna Chmielewska? A kabarety? A Dziewoński, a Olga Lipińska?

Pan Marek pokiwał głową z dezaprobatą.

– Tak nie można wszystkiego na raz do jednego worka wrzucać. Tak, my mamy poczucie humoru, gdy śmiejemy się z innych. Aż łzy nam lecą, taki mamy ubaw. Ale gdy tylko dowcip nas dotyka, zaraz obrażamy się na amen. Jak ten z drugiego pietra, co to ma buldoga. Jak mu powiedziałem, że coś w tym jest, iż właściciel upodabnia się do psa, do dzisiaj mi się nie kłania.

– Bo tak to już jest – tłumaczy cierpliwie – nie można mylić humoru z nastrojem. Nastrój można mieć pod psem, niczym nie umniejszając tym naszym, bo na przykład samochód się zepsuje, rura pęknie i zalewa cały parkiet, a do tego zgubiliśmy portfel. Ale humor to coś więcej. Poczucie humoru albo się ma, albo nie. A my Polacy mamy za dużo bolących odcisków. Tu nastąpisz i aajji, tak zaraz boli.

Wychodzę często na podwórko, bo lubię popatrzeć na radośnie biegające  psy. Kątem oka jednak mimo woli przyglądam się i zastanawiam: podobna jestem do jakiejś rasy?

Z tym humorem to faktycznie dziwna sprawa. Przecież też umiemy się śmiać ze swoich wad narodowych. Cała seria zaczynająca się Polak, Rusek i Niemiec – kogo nie ubawiły te dowcipy. Albo karykaturalny Kiepski z serialu. Czy tak na pewno uraził czyjąś godność? Jak się komuś nie podoba to czy owo, to nie ogląda, nie słucha i już. Kabarety natrząsają się ze naszych przywar rodzimych, ile wlezie i daleko nam do obrażania się i wychodzenia w połowie spektaklu.

Ale pan Marek nie myli się do końca: już angielskie dowcipy smagające hydraulika, albo niemieckie o naszych złodziejach mercedesów wydają nam się niesmaczne, poniżej pasa. Nasza godność narodowa staje w obronie chociażby i złodzieja. Wszak on też nasz i wara innym od natrząsania sie.

Czyli humor mamy taki swojski, wewnętrzny. I sądząc po oglądalności w kółko powtarzanych komedii filmowych, po rozchwytywanych książkach Chmielewskiej – humor w narodzie nie przygasa. I chyba tylko dzięki niemu daliśmy radę przetrzymać czas octu na półkach sklepowych, komitetów kolejkowych, rajstop na kartki… A że na co dzień nastrój miewamy podły, to już taka polska specjalność.

– C0 tam słychać nowego? Ach, wiesz pan same kłopoty na głowie. – Słyszał pan ten dowcip? – Nie, a słyszał pan ten? I Kowalski z Nowakiem rechocą zdrowo i pogodnie.

I humor warto mieć. Te wszystkie aspekty zdrowotne wynikające z dobrego przewietrzenia płuc, z trenowania niezliczonych mięśni podczas dobrego wybuchu śmiechu, to jedno. A drugie, nie mniej ważne, to fakt, że śmiechem zjednujemy ludzi. Trzeba mieć specyficzne doprawdy poczucie humoru, aby przepadać za gburami, no chyba, że czarne. Oglądam niemieckie kabarety, w dodatku w gwarze bawarskiej, nie rozumiem ani słowa, a mimo to pękam ze śmiechu.

Zresztą – konia z rzędem temu, kto choćby bez uśmiechu pod nosem ogląda filmy z Louisem de Funès, Gang Olsena, Monty Pythona czy wreszcie Flipa i Flapa. Może tak ponuracy całego świata powinni obowiązkowo dostawać karnety na komedie?

Humorem świat się zdobywa i po to właśnie już w XIII wieku ktoś bardzo mądry wymyślił Prima Aprilis.

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 3

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (1)

3.

Abílio: Złamana łyżeczka

Tutaj wysoko w chmurach

żyją drzewa i ludzie, jak wszędzie.
Zegary jasnych dni i klepsydry nocy
kruszą się pod wahadłem czasu tak samo
jak u was na nizinach, a metalowe serca
dzwonów na wieży biją w rytmie
naszej i waszej wiary. Gdy nadchodzi

pora słońca,

gaje eukaliptusów, oliwek i pinii
zaczynają płonąć. Wtedy
nawet dno rzeki usycha z pragnienia
i domy rozpływają się, zemdlone,
w drżących smugach dymu.
Co rano słychać, jak bose stopy

biegną w popłochu, na oślep. Wody!

Lecz gdy wody zabraknie, pozostaje
już tylko słońce. I ogień. Poparzone ręce
przywierają do pustej konwi; odtąd
nawet cyna i kamień, i noc bez księżyca
będą się żarzyć, gotowe w każdej chwili
wzniecić płomień nienawiści.

W porze suszy

nasze noce są krótkie. Nikt w klasztorze
nie śpi. Czas odmierzamy oddechami,
które są szybkie i pełne niepokoju. Gorące
jak krew. Wczoraj, wychodząc z refektarza,
zauważyłem na podłodze złamaną łyżeczkę.
Jakby spała. Albo, mała i pokorna,

czekała na akt miłosierdzia.

W porze ognia nie ma u nas nic pewnego
ani trwałego – któż uwierzy,
że kiedyś kwitły tu róże? Bóg milczy,
a może to syk płomieni głuszy
jego głos. Bicie dzwonów na trwogę
niesie się tu wyżej i dalej niż tam u was

na nizinach, pośród łąk i mokrych łęgów.

RaportJD (11)