Pomniki na stacji Grunewald

Ewa Maria Slaska o pomnikach Zagłady i Karolu Broniatowskim

O jednym z tych pomników już przed rokiem pisałam. TU. Dziś jednak chciałabym napisać o całym kompleksie pomników skupionych koło stacji kolejki miejskiej Grunewald.

pomnikiGrunewaldPoziom (10)Słodki budyneczek, ale jak się wie, to, co powinno się wiedzieć, to ta słodycz wieje najprawdziwszą grozą. Bo to z bocznego toru na tej stacji odjeżdżały pociągi bydlęce do Theresienstadt, Birkenau, Auschwitz… 35 tysięcy kobiet, dzieci i mężczyzn odjechało stąd na śmierć i męczeństwo.

pomnikiGrunewaldPoziom (12)Na krawędzi peronu wypisane daty, nazwy obozów, liczby oznaczające ilość osób jednorazowo wywiezionych.

pomnikiGrunewaldPoziom (14)Pomnik został powściągliwie nazwany Gleis 17 – Tor 17. Nic więcej. Resztę trzeba wiedzieć, albo się doczytać. Na schodach równie powściągliwa tablica informacyjna, która nie może ukryć faktu, że i ten pomnik pamięci, tak jak wiele innych w Berlinie, powstał dopiero pod koniec lat 90. Przedtem było tylko to, co już naprawdę być musiało, bo nie dało się inaczej.

pomnikiGrunewaldPoziom Ku pamięci tych, których w latach 1941-1945 pociągi kolei niemieckiej deportowały do obozów śmierci. 27 stycznia 1998. Pomnik wzniesiony przez Spółkę Akcyjną Kolej Niemiecka.

Ciekawe, że słownictwo trzyma się tradycji i pomnik został wzniesiony, podczas gdy leży przecież na ziemi i trzeba się ku niemu pochylić.

pomnikiGrunewaldPoziom (13)Pomnik jest dziełem zespołu architektów Nicolaus Hirsch, Wolfgang Lorch i Andrea Wandel.

pomnikiGrunewaldPoziom (11)Przed budynkiem dworca, na okrągłym skwerze znajdują się dwa kolejne pomniki Zagłady. Łukasz Surowiec przywiózł tu i posadził brzozy z Brzezinki. Birken aus Birkenau. Wokół pionowo ustawione macewy, symboliczne bezimienne nagrobki z żydowskiego cmentarza. Obiekt powstał w latach 2011-2012 w ramach 7 Biennale Berlińskiego. Surowiec przywiózł w sumie 320 brzóz – jego projekt obejmuje swym zasięgiem cały Berlin.

pomnikiGrunewaldPoziom (5)Z drugiej strony skwerku jeszcze jeden pomnik, przypominający deportacje. Trzy masywne podkłady kolejowe. To pomnik z 1987 roku. Jak sądzę jeden z pierwszych w ramach nowej fali niemieckiej kultury pamięci. Bo przedtem funkcjonowała przede wszystkim polityka zapominania. Pomnik został wykonany przez Lindę Hübler i ufundowany przez Grupę Kobiet z Parafii Ewangelickiej na Grunewaldzie. Te dwa niewielkie pomniki zostały dobrze opisane, tymczasem, podobnie jak pomnik Gleis 17, tak i czwarty pomnik na dworcu Grunewald – Pomnik Zagłady i RIMG0019Deportacji, dzieło polskiego rzeźbiarza Karola Broniatowskiego, nie został nigdzie opisany. Między budynkiem dworca a pomnikiem przypominającym, tak mi się wydaje, jerozolimską ścianę płaczu, stoi jedynie tablica wyjaśniająca, dlaczego wzniesiono ten pomnik. Bez słowa informacji kiedy, jak, przez kogo? Oczywiście w dzisiejszych czasach wszystko można łatwo znaleźć. Być może istnieje nawet jakiś App, umożliwiający rozpoznanie oglądanego właśnie pomnika. Ten został ufundowany w roku 1991 przez dzielnicę Berlina Wilmersdorf.

pomnikiGrunewaldPoziom (4) pomnikiGrunewaldPoziom (3)W betonowej ścianie artysta umieścił kilka wklęsłych, pustych sylwetek ludzi, których nie ma. Marsz nieistniejących ludzi ku śmierci.

pomnikiGrunewaldPoziom (2)Myślę, że to właściwy wpis na dziś. To rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim i symboliczna rocznica śmierci Żyda Jezusa, który już został zabity, a zmartwychwstanie dopiero jutro.

Alleluja!

Była mniej więcej dziesiąta rano

Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że ta książka to Ewangelia.

Michaił Bułhakow

W białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, posuwistym krokiem kawalerzysty, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat.
Procurator ponad wszystko nienawidził zapachu olejku różanego, a dziś wszystko zapowiadało niedobry dzień, ponieważ woń róż prześladowała procuratora od samego rana.
Miał wrażenie, że różany aromat sączy się z rosnących w ogrodzie palm i cyprysów, że z wydzielanym przez eskortę odorem potu i skórzanego rynsztunku miesza się zapach znienawidzonych kwiatów. Z zabudowań na tyłach pałacu, gdzie kwaterowała przybyła do Jeruszalaim wraz z procuratorem pierwsza kohorta dwunastego legionu Błyskawic, aż tu, pod kolumnadę, napływał poprzez górną kondygnację ogrodu gorzkawy dymek świadczący, że kucharze w centuriach zaczęli już gotować obiad, i w tym dymku także była domieszka oleistych różanych aromatów.
“Za cóż mnie tak karzecie, o bogowie?… Tak, to bez wątpienia znowu ta niezwyciężona, straszliwa choroba… hemicrania, przy której boli pół głowy… choroba, na którą nie ma lekarstwa, przed którą nie ma ratunku… Spróbuję nie poruszać głową…”
Na mozaikowej posadzce przy fontannie był już przygotowany tron i procurator nie spojrzawszy na nikogo zasiadł na nim i wyciągnął rękę w bok. Sekretarz z uszanowaniem złożył w jego dłoni kawałek pergaminu. Procurator, nie zdoławszy opanować bolesnego grymas u, kątem oka pobieżnie przejrzał tekst, zwrócił sekretarzowi pergamin, powiedział z trudem:
– Podsądny z Galilei? Przesłaliście sprawę tetrarsze?
– Tak, procuratorze – odparł sekretarz.
– A on?
– Odmówił rozstrzygnięcia tej sprawy i wydany przez Sanhedryn wyrok śmierci przesłał do twojej dyspozycji– wyjaśnił sekretarz.
Procuratorowi skurcz wykrzywił policzek. Powiedział cicho:
– Wprowadźcie oskarżonego.
Natychmiast dwóch legionistów wprowadziło między kolumny z ogrodowego placyku dwudziestosiedmioletniego człowieka i przywiodło go przed tron procuratora. Człowiek ów odziany był w stary, rozdarty, błękitny chiton. Na głowie miał biały zawój przewiązany wokół rzemykiem, ręce związano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, w kąciku ust miał zdartą skórę i zaschłą krew. Patrzył na procuratora z lękliwą ciekawością.
Tamten milczał przez chwilę, potem cicho zapytał po aramejsku:
– Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni?
Procurator siedział niczym wykuty z kamienia i tylko jego wargi poruszały się ledwie zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonącą z piekielnego bólu.
Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco ku przodowi i począł mówić:
– Człowieku dobry. Uwierz mi… Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
– Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. – Po czym równie beznamiętnie dodał:
– Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada mrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego żołnierza legionu i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie:
– Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go.
Wszyscy prócz nieruchomego procuratora odprowadzali spojrzeniami Marka Szczurzą Śmierć, który skinął na aresztanta, każąc mu iść za sobą. Szczurzą Śmierć w ogóle zawsze wszyscy odprowadzali spojrzeniami, gdziekolwiek się pojawiał, tak niecodziennego był wzrostu, a ci, którzy widzieli go po raz pierwszy, patrzyli nań z tego także powodu, że twarz centuriona była potwornie zeszpecona – nos jego strzaskało niegdyś uderzenie germańskiej maczugi. Ciężkie buciory Marka załomotały po mozaice, związany poszedł za nim bezgłośnie, pod kolumnadą zapanowało milczenie, słychać było gruchanie gołębi na ogrodowym placyku nie opodal balkonu, a także wodę śpiewającą w fontannie dziwaczną i miłą piosenkę.
Procurator nagle zapragnął wstać, podstawić skroń pod strugę wody i pozostać już w tej pozycji. Wiedział jednak, że i to nie przyniesie mu ulgi. Szczurza Śmierć spod kolumnady wyprowadził aresztowanego do ogrodu, wziął bicz z rąk legionisty, który stał u stóp brązowego posągu, zamachnął się od niechcenia i uderzył aresztowanego po ramionach. Ruch centuriona był lekki i niedbały, ale związany człowiek natychmiast zwalił się na ziemię, jakby mu ktoś podciął nogi, zachłysnął się powietrzem, krew uciekła mu z twarzy, a jego oczy stały się puste.
Marek lewą ręką lekko poderwał leżącego w powietrze, jakby to był pusty worek, postawił go na nogi, powiedział przez nos, kalecząc aramejskie słowa:
– Do procuratora rzymskiego zwracać się: hegemon. Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?
Aresztowany zachwiał się, ale przemógł słabość, krew znów krążyła, odetchnął głęboko i ochryple powiedział:
– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.
Po chwili znowu stał przed procuratorem.
Rozległ się matowy, zbolały głos:
– Imię?
– Moje? – pośpiesznie zapytał aresztowany, całym swoim jestestwem wyrażając gotowość do szybkich i rzeczowych odpowiedzi, postanowienie, że nie da więcej powodu do gniewu.
Procurator powiedział cicho:
– Moje znam. Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Twoje.
– Jeszua – spiesznie odpowiedział aresztowany.
– Masz przezwisko?
– Ha–Nocri.
– Skąd jesteś?
– Z miasta Gamala – odpowiedział aresztant, zarazem wskazując głową, że gdzieś tam daleko, na prawo od niego, na północy, jest miasto Gamala.
– Z jakiej krwi?
– Dokładnie tego nie wiem – z ożywieniem odpowiedział aresztowany. – Nie pamiętam moich rodziców. Powiadają, że ojciec był Syryjczykiem…
– Gdzie stale mieszkasz?
– Nigdzie nie mam domu– nieśmiało odpowiedział aresztant.– Wędruję od miasta do miasta.
– Można to nazwać krócej, jednym słowem. Włóczęgostwo – powiedział procurator i zapytał:
– Masz rodzinę?
– Nie mam nikogo. Sam jestem na świecie.
– Umiesz czytać, pisać?
– Umiem.
– Znasz jakiś język prócz aramejskiego?
– Znam. Grecki.
Uniosła się opuchnięta powieka, zasnute mgiełką cierpienia oko wpatrzyło się w aresztowanego. Drugie nadal było zamknięte.
Piłat odezwał się po grecku:
– Więc to ty zamierzałeś zburzyć świątynię nawoływałeś do tego lud?
Aresztowany znowu się ożywił, jego oczy nie wyrażały już strachu, zaczął mówić po grecku:
– Czło… – przerażenie błysnęło w jego oczach, zrozumiał, że omal się nie przejęzyczył. – Ja, hegemonie, nigdy w życiu nie miałem zamiaru burzyć świątyni i nikogo nie namawiałem do tak nonsensownego uczynku.
Zdziwienie odmalowało się na twarzy sekretarza, który pochylony nad niziutkim stołem spisywał zeznania. Uniósł głowę, ale natychmiast znów ją pochylił nad pergaminem.
– Wielka ilość rozmaitych ludzi schodzi się do tego miasta na święto. Są wśród nich magowie, astrologowie, wróżbici i mordercy – monotonnie mówił procurator – niekiedy zdarzają się także kłamcy. Ty, na przykład, jesteś kłamcą. Zapisano tu wyraźnie – podburzałeś do zniszczenia świątyni. Tak zaświadczyli ludzie.
– Ci dobrzy ludzie – zaczął mówić więzień i spiesznie dodawszy: – hegemonie – ciągnął: – niczego nie studiowali i wszystko, co mówiłem, poprzekręcali. W ogóle zaczynam się obawiać, że te nieporozumienia będą trwały jeszcze bardzo, bardzo długo. A wszystko dlatego, że on niedokładnie zapisuje to, co mówię.
Zapadło milczenie. Teraz już oboje zbolałych oczu patrzyło ociężale na aresztowanego.
– Powtarzam ci, ale już po raz ostatni, abyś przestał udawać wariata, zbrodniarzu – łagodnie, monotonnie powiedział Piłat. – Niewiele zapisano z tego, coś mówił, ale tego, co zapisano, jest w każdym razie dość, aby cię powiesić.
– O, nie, o, nie, hegemonie! – w żarliwym pragnieniu przekonania rozmówcy mówił aresztant – chodzi za mną taki jeden z kozim pergaminem i bez przerwy pisze. Ale kiedyś zajrzałem mu do tego pergaminu i strach mnie zdjął. Nie mówiłem dosłownie nic z tego, co tam zostało zapisane. Błagałem go: spal, proszę cię, ten pergamin! Ale on mi go wyrwał i uciekł.
– Któż to taki? – opryskliwie zapytał Piłat i dotknął dłonią skroni.
– Mateusz Lewita – skwapliwie powiedział więzień. – Był poborcą podatkowym i spotkałem go po raz pierwszy na drodze do Bettagium, w tym miejscu, gdzie do drogi przytyka ogród figowy, i rozmawiałem z nim. Na początku potraktował mnie nieprzyjaźnie, a nawet mnie obrażał, to znaczy wydawało mu się, że mnie obraża, ponieważ nazywał mnie psem. – Aresztowany uśmiechnął się. – Co do mnie, nie widzę w tym zwierzęciu nic złego, nic takiego, żeby się obrażać za to słowo…
Sekretarz przestał notować i ukradkiem spojrzał zdziwiony, nie na aresztowanego jednak, tylko na procuratora – …lecz wysłuchawszy mnie, złagodniał – ciągnął Jeszua – a w końcu cisnął pieniądze na drogę i oświadczył, że pójdzie ze mną na wędrówkę…
Piłat uśmiechnął się połową twarzy, wyszczerzając pożółkłe zęby i przemówił, całym ciałem zwracając się ku sekretarzowi:
– O, miasto Jeruszalaim! Czegóż tu nie można usłyszeć?! Poborca podatków, słyszycie, cisnął pieniądze na drogę!
Sekretarz, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, uznał za wskazane uśmiechnąć się tak jak Piłat.
– Powiedział, że od tej chwili nienawidzi pieniędzy – objaśnił Jeszua dziwne zachowanie Mateusza Lewity i dodał: – Odtąd wędrował wraz ze mną.
Procurator, ciągle jeszcze szczerząc zęby, przyjrzał się więźniowi, potem spojrzał na słońce, które nieubłaganie wznosiło się coraz wyżej i wyżej nad posągami jeźdźców na leżącym z prawej strony, w dali, w dolinie, hipodromie, i znienacka, w jakiejś męczącej udręce, pomyślał, że najprościej byłoby pozbyć się z balkonu tego dziwacznego rozbójnika, wyrzekłszy dwa tylko słowa: “powiesić go!” Pozbyć się także eskorty, przejść spod kolumnady do wnętrza pałacu, polecić, by zaciemniono okna komnaty, zwalić się na łoże, zażądać zimnej wody, umęczonym głosem przywołać psa Bangę, użalić się przed nim na tę hemicranię… W obolałej głowie procuratora błysnęła nagle kusząca myśl o truciźnie. Patrzył na więźnia zmętniałymi oczyma i przez czas jakiś milczał, z trudem usiłując sobie przypomnieć, czemu to na tym niemiłosiernym porannym skwarze stoi przed nim więzień o twarzy zniekształconej razami, uświadomić sobie, jakie jeszcze niepotrzebne nikomu pytania będzie tu musiał zadawać.
– Mateusz Lewita? – zapytał ochryple chory i zamknął oczy.
– Tak, Mateusz Lewita – dotarł doń wysoki, zadręczający go głos.
– W takim razie, co mówiłeś o świątyni tłumowi na targowisku?
Wydawało się Piłatowi, że głos odpowiadającego kłuje go w skroń, ten głos męczył go niewypowiedzianie, ten głos mówił:
– Mówiłem, hegemonie, o tym, że runie świątynia starej wiary i powstanie nowa świątynia prawdy. Powiedziałem tak, żeby mnie łatwiej zrozumieli.
– Czemuś, włóczęgo, wzburzał umysły ludu na targowisku opowieściami o prawdzie, o której ty sam nie masz pojęcia? Cóż więc jest prawdą?
I pomyślał sobie procurator: “Bogowie! Pytam go na sądzie o takie rzeczy, o które pytać nie powinienem… Mój umysł mnie zawodzi…” I znów zamajaczył mu przed oczyma puchar ciemnego płynu. “Trucizny mi dajcie, trucizny…”
I znów usłyszał głos:
– Prawdą jest to przede wszystkim, że boli cię głowa i to tak bardzo cię boli, że małodusznie rozmyślasz o śmierci. Nie dość, że nie starcza ci sił, by ze mną mówić, ale trudno ci nawet na mnie patrzeć. Mimo woli staję się teraz twoim katem, co zasmuca mnie ogromnie. Nie możesz nawet o niczym myśleć i tylko marzysz o tym, by nadszedł twój pies, jedyne zapewne stworzenie, do którego jesteś przywiązany. Ale twoje męczarnie zaraz się skończą, ból głowy ustąpi.
Sekretarz wytrzeszczył oczy na więźnia, nie dopisał słowa do końca. Piłat podniósł na aresztanta umęczone spojrzenie i zobaczył, że słońce stoi już dość wysoko nad hipodromem, że promień słoneczny przeniknął pod kolumnadę, podpełza ku znoszonym sandałom Jeszui, i że ten stara się usunąć od słońca. Wówczas procurator wstał z tronu, ścisnął dłońmi głowę, na jego wygolonej żółtawej twarzy pojawił się wyraz przerażenia. Ale Piłat natychmiast opanował go wysiłkiem woli i znowu opadł na tron. Więzień natomiast kontynuował tymczasem swoją przemowę, sekretarz niczego już jednak nie notował, tylko wyciągnął szyję jak gąsior i starał się nie uronić ani słowa.
– I oto wszystko się już skończyło – życzliwie spoglądając na Piłata mówił aresztowany – i niezmiernie się z tego cieszę. Radziłbym ci, hegemonie, abyś na czas jakiś opuścił pałac i odbył małą przechadzkę po okolicy, chociażby po ogrodach na stoku eleońskiej góry. Burza nadciągnie… – więzień odwrócił się i popatrzył zmrużonymi oczyma w słońce – …później, pod wieczór. Przechadzka dobrze ci zrobi, a ja ci chętnie będę towarzyszył. Przyszło mi do głowy kilka nowych myśli, które, jak sądzę, mogłyby ci się wydać interesującymi, i z przyjemnością bym się nimi z tobą podzielił, tym bardziej, że sprawiasz na mnie wrażenie bardzo mądrego człowieka. – Sekretarz zbladł śmiertelnie, pergamin spadł mu na posadzkę. – Szkoda tylko – ciągnął związany Ha–Nocri i nikt mu nie przerywał – że zbytnio jesteś zamknięty w sobie i zupełnie opuściła cię wiara w ludzi. Przyznasz przecież, że nie można wszystkich swoich uczuć przelewać na psa. Smutne jest twoje życie, hegemonie – w tym miejscu mówiący pozwolił sobie na uśmiech.
Sekretarz myślał teraz już tylko o jednym – wierzyć czy nie wierzyć własnym uszom. Musiał im wierzyć. Postarał się zatem wyobrazić sobie, jaką też wymyślną formę przybierze gniew zapalczywego procuratora wobec tej niesłychanej śmiałości aresztowanego. Ale nie mógł sobie tego wyobrazić, choć nieźle znał procuratora.
Wówczas dał się słyszeć zdarty, nieco zachrypnięty głos prokuratora mówiącego po łacinie:
– Rozwiążcie mu ręce.
Jeden z konwojujących legionistów stuknął kopią o posadzkę, podał ją sąsiadowi, zbliżył się i zdjął więźniowi pęta. Sekretarz podniósł z ziemi pergamin, postanowił, że niczego na razie nie będzie notował i że niczemu nie będzie się dziwił.
– Przyznaj się – spokojnie zapytał po grecku Piłat – jesteś wielkim lekarzem?
– Nie, procuratorze, nie jestem lekarzem – odpowiedział aresztowany, rozcierając z ulgą zniekształcone i opuchnięte, purpurowe przeguby dłoni.
Piłat surowo przyglądał się aresztowanemu spode łba, w jego oczach nie było już mgiełki, pojawiły się w nich dobrze wszystkim znane iskry.
– Nie pytałem cię o to – powiedział – ale czy znasz może również łacinę?
– Znam – odpowiedział aresztowany. Rumieniec wystąpił na zżółkłe policzki Piłata i procurator zapytał po łacinie:
– Skąd wiedziałeś, że chciałem przywołać psa?
– To zupełnie proste – odpowiedział po łacinie aresztowany.– Wodziłeś w powietrzu dłonią– tu więzień powtórzył gest Piłata – tak, jakbyś chciał go pogłaskać, a twoje wargi…
– Tak… – powiedział Piłat.
Milczeli przez chwilę. A potem Piłat zapytał po grecku:
– A zatem jesteś lekarzem?
– Nie, nie – żywo odpowiedział więzień. – Wierz mi, nie jestem lekarzem.
– No cóż, jeśli chcesz to zachować w tajemnicy, zachowaj. Bezpośrednio ze sprawą to się nie wiąże. Utrzymujesz zatem, że nie nawoływałeś do zburzenia świątyni… czy też jej podpalenia, czy zniszczenia jej w jakiś inny sposób?
– Nikogo, hegemonie, nie nawoływałem do niczego takiego, powtarzam. Czy wyglądam na człowieka niespełna rozumu?
– O, nie, nie wyglądasz na człowieka niespełna rozumu – cicho odpowiedział procurator z jakimś strasznym uśmiechem.– Przysięgnij zatem, że nic takiego nie miało miejsca.
– Na co chcesz, abym przysiągł?– zapytał z ożywieniem uwolniony z więzów.
– Choćby na własne życie – odpowiedział procurator. – Najwyższy czas, abyś na nie przysiągł, bo wiedz o tym, że wisi ono na włosku.
– Czy sądzisz, hegemonie, że to tyś je zawiesił na włosku? – zapytał więzień. – Jeśli sądzisz tak, bardzo się mylisz.
Piłat drgnął i odparł przez zęby:
– Mogę przeciąć ten włosek.
– Co do tego także się mylisz – powiedział z powątpiewaniem aresztowany, uśmiechając się dobrodusznie i zasłaniając dłonią przed słońcem.– Przyznasz, że przeciąć ten włosek może chyba tylko ten, kto zawiesił na nim moje życie.
– Tak, tak – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Nie wątpię już teraz, że jeruszalaimscy próżniacy włóczyli się za tobą. Nie wiem, gdzieś się ćwiczył w wymowie, ale języka w gębie nie zapominasz. Nawiasem mówiąc, powiedz mi, czy to prawda, że przybyłeś do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, jadąc oklep na ośle, i że towarzyszyły ci tłumy motłochu wiwatującego na twoją cześć, jakbyś był jakim prorokiem? – i procurator wskazał zwój pergaminu.
Więzień popatrzył na procuratora z niedowierzaniem.
– Nie mam żadnego osła, hegemonie – powiedział. – Rzeczywiście wszedłem do Jeruszalaim przez Suzską Bramę, ale przyszedłem pieszo, a towarzyszył mi tylko Mateusz Lewita i nikt nie wiwatował ani niczego nie krzyczał, bo nikt mnie wtedy w Jeruszalaim nie znał.
– Czy znany ci jest – ciągnął Piłat nie spuszczając wzroku z więźnia – niejaki Dismos albo Gestas, albo może Bar Rawan?
– Nie znam tych dobrych ludzi– odpowiedział aresztowany.
– Czy to prawda?
– To prawda.
– Powiedz mi zatem, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
– Wszystkich – odpowiedział więzień. – Na świecie nie ma złych ludzi.
– Pierwszy raz spotykam się z takim poglądem – powiedział Piłat i uśmiechnął się. – Ale, być może, za mało znam życie!… Teraz możesz już nie notować – zwrócił się do sekretarza, chociaż sekretarz i tak niczego nie notował, a potem znowu zwrócił się do więźnia: – Czy wyczytałeś to w którejś z greckich ksiąg?
– Nie, sam do tego doszedłem.
– I tego nauczasz?
– Tak.
– A na przykład centurion Marek, którego nazywają Szczurzą Śmiercią, czy on także jest dobrym człowiekiem?
– Tak – odparł więzień. – Co prawda, jest to człowiek nieszczęśliwy. Od czasu, kiedy dobrzy ludzie go okaleczyli, stał się okrutny i nieczuły. Ciekawe, kto też tak go zeszpecił?
– Chętnie cię o tym poinformuję – powiedział Piłat – ponieważ byłem przy tym obecny. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak gończe na niedźwiedzia. Germanie wpili mu się w kark, w ręce, w nogi. Manipuł piechoty wpadł w zasadzkę i gdyby nie to, że turma jazdy, którą dowodziłem, przedarła się ze skrzydła, nie miałbyś, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurzą Śmiercią. To było w czasie bitwy pod Idistaviso, w Dolinie Dziewic.
– Jestem pewien – zamyśliwszy się powiedział więzień – że gdyby ktoś z nim porozmawiał, zmieniłby się z pewnością.
– Sądzę – powiedział Piłat – że legat legionu nie byłby rad, gdyby ci wpadło do głowy porozmawiać z którymś z jego oficerów czy żołnierzy. Zresztą nie dojdzie do tego, na szczęście, i już ja będę pierwszym, który się o to zatroszczy.
Wpadła pod kolumnadę jaskółka, zatoczyła krąg pod złotym jej pułapem, obniżyła lot, nieomal musnęła ostrym skrzydłem twarz stojącego we wnęce miedzianego posągu i zniknęła za kapitelem kolumny. Być może zamierzała uwić tam gniazdo.
Procurator śledził jej lot, myśl miał teraz jasną i lotną, sentencja wyroku dojrzała. Była taka: hegemon rozpatrzył sprawę wędrownego filozofa Jeszui, którego zwą także Ha–Nocri, i w jego działalności nie dopatrzył się cech przestępstwa. Nie dopatrzył się zwłaszcza żadnego związku między działalnością Jeszui a niepokojami, które niedawno miały miejsce w Jeruszalaim. Wędrowny filozof okazał się być obłąkany, w związku z czym procurator nie zatwierdza wyroku śmierci wydanego na Ha–Nocri przez Mały Sanhedryn. Biorąc jednak pod uwagę to, że utopijne mowy szaleńca Ha–Nocri mogą stać się przyczyną rozruchów, procurator poleca wydalić Jeszuę z Jeruszalaim i uwięzić go w Caesarea Stratonica nad Morzem Śródziemnym, tam gdzie znajduje się rezydencja procuratora.
Pozostawało podyktować tę sentencję sekretarzowi.
Skrzydła jaskółki zafurkotały tuż nad głową hegemona, ptak przemknął nad basenem fontanny, wyleciał spod kolumnady na otwartą przestrzeń. Procurator podniósł wzrok na więźnia i spostrzegł obok niego gorejący słup pyłu.
– To już wszystko?– zapytał sekretarza.
– Niestety, nie – nieoczekiwanie odpowiedział tamten i podał Piłatowi następny kawałek pergaminu.
– Cóż więc jeszcze?– zapytał Piłat i zasępił się.
Kiedy przeczytał pergamin, jego twarz zmieniła się jeszcze bardziej. Czy to ciemna krew napłynęła do szyi i twarzy, czy też stało się coś jeszcze innego, dość że skóra na twarzy procuratora z żółtej stała się ziemista, a oczy jak gdyby się zapadły w głąb czaszki. Powodem tego była z pewnością, jak zwykle, krew, która napłynęła do skroni i łomotała w nich teraz, ale coś jednocześnie stało się ze wzrokiem procuratora. Przywidziało mu się, że głowa więźnia odpłynęła kędyś w bok, a na jej miejscu pojawiła się inna. Ta druga głowa, łysiejąca, okolona była wieńcem z niewielu złotych listków. Na czole widniał okrągły wrzód, wyżartą skórę posmarowano maścią. Bezzębne usta były zapadnięte, dolna warga obwisła i kapryśna.
Wydawało się Piłatowi, że znikły gdzieś różowawe kolumny tarasu i dalekie dachy Jeruszalaim, widniejące zwykle w dole za ogrodami, że wszystko dokoła zatonęło w gęstej zieleni ogrodów Caprejów. Ze słuchem także stało się coś dziwnego – jakby gdzieś w dali cicho, ale groźnie zagrały trąby i dobiegł wyraźny nosowy głos znacząco podkreślający słowa: “Ustawa o obrazie majestatu…” Pobiegły urywane, chaotyczne, niezwykłe myśli: “Zginął!…”, a potem – “Zginęliśmy!…” I błysnęła wśród tych myśli jakaś zupełnie głupia, o jakiejś tam nieśmiertelności, przy czym ta nieśmiertelność, nie wiedzieć czemu, była przyczyną niezwykłego smutku.
Piłat skupił wolę, odpędził widziadła, spojrzeniem powrócił na taras i znowu zobaczył przed sobą oczy więźnia.
– Słuchaj, Ha–Nocri – powiedział dziwnie jakoś spoglądając na Jeszuę; twarz prokuratora była surowa, ale w oczach czaiła się trwoga. – Czy kiedykolwiek mówiłeś coś o wielkim Cezarze? Odpowiadaj! Mówiłeś?… Czy też… nie… mówiłeś. – Słowo “nie” Piłat podkreślił nieco bardziej, niżby to wypadało na sądzie, a jego spojrzenie przekazywało więźniowi jakąś myśl, jakby chciał coś aresztowanemu zasugerować.
– Łatwo i miło jest mówić prawdę – zauważył Jeszua.
– Nie muszę wiedzieć – powiedział Piłat głosem gniewnym i przytłumionym – czy miło ci, czy nie miło mówić prawdę. Będziesz musiał ją powiedzieć. Mów, rozważ każde słowo, jeśli nie pragniesz śmierci nie tylko niechybnej, ale i okrutnej.
Nikt nie wie, co się stało procuratorowi Judei, dość że pozwolił sobie na to, by podnieść rękę, jak gdyby osłaniajac się przed palącym słońcem, i spod osłony dłoni, jak zza tarczy, przesłał więźniowi porozumiewawcze spojrzenie.
– A więc – mówił – czy znasz niejakiego Judę z Kiriatu i co mianowicie mówiłeś temu człowiekowi o Cezarze, jeśliś mówił?
– To było tak – skwapliwie zaczął opowiadać aresztowany. – Przedwczoraj wieczorem w pobliżu świątyni poznałem pewnego młodego człowieka, który przedstawił mi się jako Juda z Kiriatu. Zaprosił mnie do swojego domu w Dolnym Mieście i podejmował mnie tam…
– Czy to dobry człowiek?– zapytał Piłat i w jego oczach zabłysnął diabelski płomień.
– Bardzo dobry i bardzo żądny wiedzy – przytaknął więzień. – Zainteresowały go bardzo moje przemyślenia, podjął mnie nader gościnnie…
– Zapalił świeczniki… – wtrącił przez zęby Piłat takim samym tonem, a jego oczy połyskiwały.
– Tak – ciągnął Jeszua, nieco zdziwiony, że procurator wiedział o tym. – Poprosił mnie, abym zapoznał go z mymi poglądami na władzę państwowa. Te sprawy ogromnie go ciekawiły.
– Cóż wiec mu powiedziałeś? – zapytał Piłat. – Odpowiesz mi może, że nie pamiętasz, co mówiłeś?– ale w głosie Piłata nie było już nadziei.
– Mówiłem o wielu sprawach – opowiadał więzień – także i o tym, że wszelka władza jest gwałtem, zadawanym ludziom, i że nadejdzie czas, kiedy nie będzie władzy ani cesarskiej, ani żadnej innej. Człowiek wejdzie do królestwa prawdy i sprawiedliwości, w którym niepotrzebna już będzie żadna władza.
– Mów dalej! Co było potem?
– Nic już potem nie było – powiedział aresztowany. – Nagle wbiegli ludzie, związali mnie i poprowadzili do wiezienia.
Sekretarz szybko kreślił, starając się nie uronić ani słowa.
– Nie było na świecie, nie ma i nie będzie żadnej władzy wspanialszej i lepszej dla ludzi niż władanie Cezara Tyberiusza! – zdarty i zbolały głos Piłata spotężniał. Procurator, nie wiedzieć czemu, patrzył z nienawiścią na sekretarza i na eskortę.
– I nie tobie o tym sądzić, szalony przestępco! – I Piłat nagle krzyknął: – Wyprowadzić żołnierzy z tarasu! – I dodał zwracając się do sekretarza: – Zostawcie mnie samego z oskarżonym, to sprawy wagi państwowej!
Eskorta wzniosła włócznie i miarowo łomocąc podkutymi skórzniami zeszła z tarasu do ogrodu, a za eskortą podążył sekretarz.
Przez chwilę ciszę panującą na tarasie zakłócał tylko śpiew wody w fontannie. Piłat patrzył, jak nad rzygaczem fontanny wydyma się miseczka uczyniona z wody, jak odłamują się jej krawędzie i strumykami spadają w dół.
Pierwszy zaczął mówić więzień:
– Widzę, że to, o czym mówiłem z tym młodzieńcem z Kiriatu, stało się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam takie przeczucie, hegemonie, że temu młodzieńcowi stanie się coś złego, i bardzo mi go żal.
– Myślę – odpowiedział procurator z dziwnym uśmiechem – że istnieje ktoś jeszcze, nad kim
mógłbyś się bardziej użalić niż nad Juda z Kiriatu, ktoś, czyj los będzie znacznie gorszy niż los Judy! … A więc Marek Szczurza Śmierć, zimny i pozbawiony skrupułów kat, i ci ludzie, którzy, jak widzę – tu procurator wskazał zmasakrowaną twarz Jeszui – bili cię za twoje proroctwa, i rozbójnicy Dismos i Gestas, którzy wraz ze swoimi kamratami zabili czterech moich żołnierzy, i ten brudny zdrajca Juda wreszcie – wszystko to są więc ludzie dobrzy?
– Tak – odpowiedział więzień.
– I nastanie królestwo prawdy?
– Nastanie, hegemonie – z przekonaniem odparł Jeszua.
– Ono nigdy nie nastanie – nieoczekiwanie zaczął krzyczeć Piłat, a krzyczał głosem tak strasznym, że Jeszua aż się cofnął. Takim głosem przed wieloma laty w Dolinie Dziewic wołał Piłat do swoich jezdnych: “Rąb ich! Rąb ich! Olbrzym Szczurza Śmierć jest otoczony!” Jeszcze podniósł zdarty od wywrzaskiwania komend głos, wykrzykiwał słowa tak, aby usłyszano je w ogrodzie: – Łotrze! Łotrze! Łotrze! – A potem ściszył głos i zapytał: – Jeszua Ha–Nocri, czy wierzysz w jakichkolwiek bogów?
– Jest jeden Bóg – odpowiedział Jeszua – i w niego wierzę.
– Więc się do niego pomódl! Módl się najgoręcej, jak umiesz! A zresztą… – głos Piłata pękł nagle – nic ci to nie pomoże. Masz żonę? – zapytał ze smutkiem, sam nie rozumiał, co się z nim dzieje.
– Nie, jestem samotny.
– Przeklęte miasto… – nie wiadomo dlaczego mruknął nagle procurator i wstrząsnął się, jakby go przeszedł ziąb, potarł dłonie, jakby je umywał. – Zaprawdę, byłoby to znacznie dla ciebie lepiej, gdyby ci ktoś poderżnął gardło, zanim spotkałeś Judę z Kiriatu.
– A może byś mnie wypuścił, hegemonie – poprosił nagle więzień i w jego głosie zabrzmiał strach. – Widzę, że chcą mnie zabić.
Przez twarz Piłata przebiegł skurcz, zwrócił na Jeszuę przekrwione białka oczu i powiedział:
– Czy doprawdy sadzisz, nieszczęsny, że procurator rzymski puści wolno człowieka, który powiedział to, co ty mówiłeś? O, bogowie! Przypuszczasz może, że mam ochotę zająć twoje miejsce? Ja twoich poglądów nie podzielam! I zapamiętaj sobie, że jeśli powiesz od tej chwili choćby jedno słowo, jeśli będziesz z kimkolwiek rozmawiał – to strzeż się mnie! Powtarzam – Strzeż się!
– Hegemonie…
– Zamilcz! – krzyknął Piłat i powiódł wściekłym spojrzeniem za jaskółką, która znowu wpadła pod kolumnadę.– Do mnie! – zawołał.
Kiedy sekretarz i żołnierze eskorty powrócili na swoje miejsca, Piłat oznajmił, że zatwierdza wyrok śmierci wydany na przestępcę Jeszuę Ha–Nocri przez zgromadzenie Małego Sanhedrynu, a sekretarz zapisał to, co Piłat powiedział.
W chwilę później stanął przed procuratorem Marek Szczurza Śmierć. Procurator polecił mu przekazać więźnia komendantowi tajnej służby, a zarazem powtórzyć komendantowi polecenie procuratora, by Jeszua Ha–Nocri nie kontaktował się z innymi skazanymi, a także, by ludziom z tajnej służby wydać obwarowany surowymi karami zakaz rozmawiania o czymkolwiek z Jeszuą i udzielania odpowiedzi na jakiekolwiek jego pytania.
Marek dał znak, eskorta otoczyła Jeszuę i wyprowadziła go z tarasu.
Po czym stanął przed procuratorem urodziwy jasnobrody młodzieniec. W grzebieniu hełmu miał orle pióra, na jego piersiach połyskiwały złote pyski lwów, pochwa jego miecza okuta była złotymi blaszkami, miał sznurowane aż po kolana buty na potrójnej podeszwie, na lewe ramię narzucił purpurowy płaszcz. Był to legat, dowódca legionu.
Procurator zapytał go, gdzie się obecnie znajduje kohorta z Sebaste. Legat oznajmił, że sebastyjczycy tworzą kordon na placu przed hipodromem, tam gdzie zostanie zakomunikowany ludowi wyrok na oskarżonych.

(…)
W ogrodzie panowała cisza. Ale kiedy procurator wyszedł spod kolumnady na zalany słońcem górny placyk ogrodu, pomiędzy cudaczne słoniowe nogi palm, na placyk, z którego otwierał się widok na znienawidzone przez procuratora Jeruszalaim, na wiszące mosty miasta, na jego mury obronne, na, co najważniejsze, nie dającą się opisać bryłę marmuru zwieńczona zamiast dachu złotą smoczą łuską, na jeruszalaimską świątynię – wtedy wyostrzony słuch Piłata uchwycił dobiegający z dala, z dołu, stamtąd gdzie mur odgradzał najniższe tarasy pałacowego ogrodu od placu miejskiego, głuchy pomruk, ponad który od czasu do czasu wybijały się ledwie dosłyszalne, cienkie ni to krzyki, ni to jęki. Procurator zrozumiał, że tam, na placu, zgromadziły się już nieprzeliczone tłumy mieszkańców Jeruszalaim wzburzonych niedawnymi zamieszkami w mieście, i wiedział, że te tłumy oczekują z niecierpliwością na ogłoszenie wyroku, wiedział, że krzyczą w ciżbie ruchliwi sprzedawcy wody.

(…) Ha–Nocri odchodził na zawsze i nikt nie wyleczy procuratora z tych straszliwych, nieznośnych bólów głowy, oprócz śmierci nie ma na nie lekarstwa. Ale nie ta myśl niepokoiła teraz Piłata. Przenikał go te n sam niepojęty smutek, który ogarnął go już wcześniej, na tarasie. Procurator usiłował zrozumieć powód tego smutku. Powód był dziwny – procurator miał niejasne wrażenie, że nie dokończył rozmowy ze skazanym, a może nie dosłuchał czegoś do końca. Piłat odpędził tę myśl, odleciała natychmiast, tak jak przyszła. Odleciała, pozostał niepojęty smutek, niepojęty, bo przecież niczego nie mogła tu wyjaśnić inna myśl, która przebiegła jak błyskawica i natychmiast zagasła, krótka myśl: “Nieśmiertelność… nadeszła nieśmiertelność…” Kto ma zostać nieśmiertelnym? Tego procurator nie zrozumiał, ale myśl o owej zagadkowej nieśmiertelności sprawiła, że mimo upału zrobiło mu się zimno.
(…)
Piłat wrócił na taras. Sekretarzowi, który tam nań czekał, polecił sprowadzić do ogrodu legata legionu, trybuna kohorty oraz dwu członków Sanhedrynu i przełożonego świątynnej służby. Oczekiwali już na dolnym tarasie w krągłej altance, w której biła fontanna. Piłat dodał jeszcze, że sam przyjdzie do ogrodu za chwilę i wszedł do pałacu.
(…)
Tam, w obecności wszystkich, których kazał zaprosić, powtórzył oschle, lecz uroczyście, że zatwierdza wydany na Jeszuę Ha–Nocri wyrok śmierci i oficjalnie zapytał członków Sanhedrynu, którego ze skazanych chcieliby oszczędzić. Usłyszawszy, że Bar Rawana, powiedział:
– Bardzo dobrze – polecił sekretarzowi wprowadzić to natychmiast do protokołu, zacisnął w dłoni zapinkę, którą sekretarz podjął z piasku, i powiedział uroczyście: – Już czas!
I wszyscy obecni poszli w dół szerokimi marmurowymi schodami, między dwiema ścianami róż, które wydzielały odurzający zapach, i zeszli aż pod mur pałacowy, ku bramie prowadzącej na wielki, starannie wybrukowany plac, po drugiej stronie którego widać było kolumny i posągi jeruszalaimskiego gimnazjonu. Skoro tylko cała grupa, wyszedłszy z ogrodów na plac, weszła na rozległy, górujący nad placem kamienny pomost, Piłat zmrużył oczy i rozejrzał się badając sytuację.
Przestrzeń, którą przed chwilą przemierzył, przestrzeń dzieląca pomost od pałacowego muru, była pusta, ale za to przed sobą Piłat nie zobaczył już placu – plac pokrywały tłumy. Tłum zalałby także pomost i ową pustą przestrzeń, gdyby nie powstrzymywał go potrójny kordon sebastyjskich żołnierzy na lewo od Piłata i potrójny kordon żołnierzy i turejskiej kohorty sojuszniczej na prawo odeń.
A zatem Piłat wstąpił na pomost, zaciskając odruchowo w dłoni niepotrzebną mu teraz zapinkę i mrużąc oczy. Procurator mrużył je bynajmniej nie dlatego, że raziło go słońce, nie, nie dlatego. Po prostu, nie wiadomo dlaczego, nie chciał widzieć skazanych, a wiedział, że w ślad za nim wprowadzają ich już na pomost. Skoro tylko wysoko nad blokami kamienia, nad brzegiem ludzkiego morza pojawił się biały, podszyty purpurą płaszcz, o uszy nie patrzącego Piłata uderzyła fala krzyku: “Ha–a –a…”
Zrodzona gdzieś daleko, aż koło hipodromu, słaba z początku, nabrała siły grzmotu, trwała tak przez kilka sekund, a potem zaczęła zacichać. “Dostrzegli mnie” – pomyślał procurator. Krzyk nie ucichł całkiem, ale nieoczekiwanie zaczął znowu narastać, rozhuśtał się, stał się jeszcze głośniejszy niż przedtem i na tej drugiej jego fali, jak piana na fali morskiej, zawrzały gwizdy i pojedyncze, dające się rozróżnić wśród tego grzmotu jęki kobiet. “To już ich wprowadzono – pomyślał Piłat – a te jęki, to jęki kilku kobiet, które tłum stratował, kiedy runął naprzód”.
Odczekał chwilę wiedząc, że nie ma takiej siły, która kazałaby tłumowi zamilknąć, zanim nie wyrzuci z siebie wszystkiego, co ma na sercu, i nie zamilknie sam. A kiedy nadszedł ów moment, procurator wzniósł prawą dłoń i w tłumie urwały się ostatnie pomruki. Wtedy Piłat nabrał w piersi, ile tylko mógł, rozpalonego powietrza i jego schrypły od komend głos podniósł się ponad tysiącami głów:
– W imieniu Caesara Imperatora!…
Procurator usłyszał powtórzony po kilkakroć, skandowany żelazny krzyk – to żołnierze obu kohort wznosząc w górę włócznie i orły zawrzasnęli straszliwie:
– Niech żyje Caesar!!!
Piłat uniósł głowę ku słońcu. Zapłonął pod jego powiekami zielony ogień, mózg zajął się od tego płomienną falą i poszybowały ponad tłumem ochrypłe aramejskie słowa:
– Czterech przestępców zatrzymanych w Jeruszalaim za morderstwa, podburzanie do buntu, obrazę praw i religii skazanych zostało na hańbiącą śmierć przez rozpięcie na słupach. Wyrok zostanie niebawem wykonany ma Nagiej Górze. Imiona tych przestępców – Dismos, Gestas, Bar Rawan i Ha–Nocri. Oto stoją przed wami.
Piłat wskazał dłonią na prawo. Nie widział skazanych, ale wiedział, że są tam, gdzie być powinni.
Tłum odpowiedział przeciągłym pomrukiem, jakby zdumienia, a może ulgi. Kiedy pomruk ten umilkł, Piłat wołał dalej:
– Ale straceni zostaną tylko trzej spośród nich, albowiem zgodnie z prawem i obyczajem na cześć święta Paschy wspaniałomyślny Caesar Imperator jednemu z nich, wybranemu za zgodą władz rzymskich przez Mały Sanhedryn, darowuje jego godne pogardy życie.
Piłat wykrzykiwał te słowa, a zarazem słuchał, jak zamierają ostatnie pomruki tłumu, jak zapada wielka cisza. Żaden szept ani westchnienie nie dobiegały teraz do jego uszu, była nawet taka chwila, w której Piłatowi zaczęło się wydawać, że wszystko dokoła niego zniknęło. Znienawidzone miasto umarło i tylko on jeden stoi w palących promieniach wysokiego słońca z twarzą zanurzoną w niebie. Piłat jeszcze przez chwilę przedłużał tę ciszę, a potem znowu zaczął krzyczeć:
– Imię tego, który za chwilę w waszej przytomności odzyska wolność…
Zrobił jeszcze jedną pauzę, zanim wypowie to imię, zastanowił się, czy powiedział wszystko, co należało, wiedział bowiem, że martwe miasto zmartwychwstanie, skoro tylko padnie imię wybrańca, a wtedy nic z tego, co powie, nie będzie już usłyszane.
“Czy to wszystko?– bezgłośnie szepnął do siebie Piłat.– Tak, to wszystko. – Zatem – imię!”
I rozpościerając nad milczącym miastem głoskę “r” zawołał:
– Bar Rawan!
I wydało mu się nagle, że słońce dźwięcznie pękło nad jego głową i zalało mu uszy ogniem.
Hasało w tym ogniu wycie, piski, jęki, śmiechy i gwizdy. Piłat odwrócił się i przeszedł przez pomost w stronę schodów, nie patrzył na nic, śledził tylko, by się nie potknąć, różnobarwną szachownicę kamyków pod nogami. Wiedział, że jak grad lecą teraz na pomost za jego plecami brązowe monety i orzeszki palmowe, że w wyjącej ciżbie ludzie tratują się i włażą sobie wzajem na ramiona, byle tylko zobaczyć na własne oczy ów cud – człowieka, który był już we władaniu śmierci i który wyrwał się z jej rąk. Byle tylko zobaczyć, jak legioniści zdejmują zeń więzy, sprawiając mu tym mimo woli dokuczliwy ból w wywichniętych w czasie śledztwa rękach, jak człowiek ten, krzywiąc się i pojękując, uśmiecha się zarazem nieprzytomnym, bezmyślnym uśmiechem.
Wiedział, że jednocześnie eskorta prowadzi ku bocznym schodkom trzech związanych więźniów, że wyprowadzi ich za chwilę na drogę wiodącą ku zachodowi, za miasto, na Nagą Górę. Podniósł oczy dopiero wtedy, kiedy znalazł się poza pomostem i wiedział, że nic mu już nie grozi, że nie może już zobaczyć skazańców. Do pomruków tłumu, który już się zaczął uciszać, dołączyły się przenikliwe krzyki heroldów, powtarzających po aramejsku i po grecku to wszystko, co wykrzyczał z pomostu procurator. Piłat usłyszał również przybliżający się rozdygotany tupot końskich kopyt i wesoły, urywany głos trąbki. A potem usłyszał jeszcze przenikliwe gwizdy chłopców, którzy obsiedli dachy domów przy ulicy, prowadzącej od targowiska do placu przy hipodromie, i okrzyki “Uwaga…”
Samotny żołnierz, który stał pośrodku pustej części placu, ostrzegawczo pomachał trzymanym w ręku znakiem. Procurator, legat legionu, sekretarz i żołnierze eskorty przystanęli. Ala jezdnych wypadła cwałem na plac, przecięła go na ukos, omijając bokiem zgromadzone tłumy, by przez zaułek obok obrośniętych winem murów obronnych najkrótszą drogą popędzić na Nagą Górę. Cwałujący na czele mały jak wyrostek i ciemny jak Mulat Syryjczyk, dowódca ali, zrównawszy się z Piłatem krzyknął coś przenikliwie i wyszarpnął miecz z pochwy. Jego dziki, spieniony kary koń uskoczył i stanął dęba. Dowódca wcisnął miecz do pochwy, krótkim biczem smagnął konia po karku, wyrównał do szeregu, dopadł zaułka, przeszedł w galop. Za nim trójkami przemknęli w chmurach kurzu jeźdźcy, podskakiwały groty lekkich bambusowych dzid, przelatywały obok procuratora twarze o białych, połyskliwych, wesoło wyszczerzonych zębach, twarze, które pod białymi zawojami wydawały się być jeszcze smaglejsze. Wzbijając kurz aż pod niebo, ala wpadła w zaułek, koło Piłata przemknął ostatni żołnierz, jarzyła się w słońcu trąbka, którą miał przewieszoną przez ramię.
Piłat dłonią osłonił twarz od kurzu i krzywiąc się z niezadowoleniem ruszył dalej, kierując się ku bramie ogrodów pałacowych, a legat, sekretarz i żołnierze eskorty szli za nim.

Była mniej więcej dziesiąta rano.

Wykłady profesora Dąbrowskiego. II. Szlachta. Herby.

Ryszard Dąbrowski

Historia herbów polskiej szlachty

jastrzebiecWyraz „herb” pochodzi od niemieckego słowa „erbe” (dziedzictwo, spadek) i napłynął do Polski poprzez Czechy i Śląsk w formach „erb” i „herb”.

Symbolem i hasłem rodów rycerskich powstających na terenach polskich w XI i XII wieku było zawołanie. Zawołanie czyli proklamacja było sygnałem zwoływania się w potrzebie i stawiania się z bronią w określonym miejscu. W boju, w nocy, w rozproszeniu czy zamieszaniu było ono hasłem rozpoznawczym, a także bojowym okrzykiem zagrzewającym do męstwa.
Od XII wieku rycerze zaczęli nosić zbroję a głowę okrywał im hełm z przłybicą zakrywającą twarz. Walczący stawali się do siebie podobni i niemożliwym stało się rozpoznawanie i identyfikowanie pojedynczych rycerzy i oddziałów. Aby temu zapobiec zaczęto stosować znaki rozpoznawcze i identyfikujące takie jak proporce, chorągwie oraz symole malowane na tarczach i mocowane na hełmach.

Pod koniec XIII wieku wśród rycerstwa w Polsce zaczynają rozpowszechniać sie herby. Pochodzą one od znaków własnościowych lub znaków runicznych na tarczach bojowych z XI wieku, ewoluujących na wzór zachodni, a ich nazwą własną stają się zawołania.
korabBył to ewenement w całej Europie. Zjawiskiem typowym dla Polski był fakt, że jeden i ten sam herb posiadało wiele nie spokrewnionych ze sobą rodzin. Wynikało to ze wspólnego zawołania i związanego z nim herbu. Kto w XIII – XV wieku był rycerzem i stawał w konkretnej chorągwi, przybierał jej herb. Na zachodzie natomiast każda rodzina posiadała odrębny herb.

Herby rozpowszechniły się w Polsce na początku XIV wieku. Najstarsze z nich to Nowina (1293), Korab (1299), Zaręba (1301), Mądrostki (1302) a także Jastrzębiec (po raz pierwszy występuje na pieczęci w 1319 r., w źródłach pisanych w 1335 r. a w aktach sądowych w 1386 r.)
Herbem Jastrzębiec posługiwało się 360 rodzin. Towarzyszyły mu także takie zawołania jak: Bolesta, Boleściw, Jastrząbek, Kanona, Lubrza, Łazęka, Nagórę i Zarasy.

krzywda-niesSzlachcic polski był z zawodu rycerzem i tym się szczycił i chlubił. Łączył z tym także inne zawody. Bywał także ziemianinem, myśliwym oraz kowalem. Jako człowiek wojennego rzemiosła wszystko co czynił zaczynał znakiem krzyża, więc także i krzyż jest elementem większości polskich herbów. Herb był symbolem zawołania, zawodu, powołania, skłonności lub zamiłowań. Krzyż, podkowa oraz strzała były najczęstrzym elementem pierwszych herbów.
Podkowa w herbie Jastrzębiec jest symbolem kowali a także surogatem konia. Wszak dzielny rumak decydował często o losie rycerza.

Walczący rycerze, w celu dodania sobie grozy i wspaniałości, ozdabiali sobie hełmy piórami, skrzydłami, rogami, czaszkami oraz kwiatami, gałęziami lub krzyżem. Przedmioty te, nazywane „klejnotem”, stawały sie często elementem herbu i były umieszczane nad hełmem. Słowo „klejnot” jest także pochodzenia niemieckiego i oznaczało drobnostkę.
W herbie Jastrzębiec klejnotem jest jastrząb z podkową trzymaną w szponach lub także i bez niej.

W Polsce istniało około 530 herbów, z czego tylko 70 ozdobionych było klejnotami.

niesiecki_grzymalaHerby malowane były różnymi kolorami. W heraldyce ilość ich jest ograniczona a poszczególnym barwom przypisane są określone cechy. I tak kolor biały oznacza – chwałę, czystość, radość i niewinność; srebrny – radość, czystość, szlachetność i rozsądek; żółty – słońce i splendor; złoty – cnotę, wzniosłość, szlachetność, wybitność i mądrość; czerwony – miłość, waleczność, panowanie i ogień; purpurowy – panowanie, dostojeństwo i umiarkowanie; zielony – nadzieję, piękno i radość; niebieski – skromność, oddanie i wierność oraz czarny – surowość, żałobę, smutek i skromność.

Herb na tarczy, pieczęci i sygnecie symbolizował przynależność do danego rodu oraz jego dziedzictwa moralnego i materialnego. Jakże tego pierwszego i drugiego obecnie nam brakuje.

Ilustracje w tekście – herby szlachty polskiej – a ściślej rzecz biorąc mojej rodziny i rodziny mojego byłego męża. Jastrzębiec (który jest, jak się domyślam herbem Autora, jest też herbem mojej Teściowej), Korab (Kryniccy, moi tatarscy dziadkowie ze strony matki ojca), Krzywda (herb Boguckich), Grzymała (herb Slaskich).

To jeszcze nie koniec

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.


magdaparysśpiąca królewna

mój brat jest artystą
zadzwoniłam do brata
powiedziałam, że mam dość wszystkiego
dzieci i czekania na deszcz
gotowałam zupę
mówiłam długo
pod koniec zagroziłam, że się powieszę
brat słuchał
wreszcie spytał, która godzina
było już po trzeciej.

o 19.07
– godzinie w której mogłam już nie żyć
wysłał sms’a
pisał, że go nie zainspirowałam
śmierć jest zbyt powszechna
a na dzieciach jeszcze nikt się nie dorobił.

wobec czego
nakarmiłam córkę i nakrzyczałam na syna
i zadzwoniłam do ojca
powiedział, że sam już nie raz o tym myślał,
ale się nie zdecydował i kiedy oddam mu
tych 120 złotych co to je od niego pożyczyłam
w 2006 roku, czy pamiętam?

mama przyszła do mnie,
usłyszała od brata, że się nudzę,
wykopała mi z ogródka róże
u niej w ogródku będą lepiej rosły.

zadzwoniłam do babci
chciałam zapytać, co dalej
powiedziała, że czas umierać
i że remontują kościół.

o 23.15
rozważyłam za i przeciw
wyciągnęłam pranie

i poszłam nas rozwiesić.

+
śp.

29.06
urodziny
w gazecie wydrukowali datę mojego urodzenia
nie wiem po co bo kogo może interesować kiedy
urodził się dziennikarz.

tym razem miałam 32 lata.

 

– to jeszcze nie koniec –

przeprowadzałam się jakieś trzydzieści osiem razy

ojciec: no i co z tego?
niektórzy w ogóle nie mają dachu nad głową
i rozbujał się w szynach
które wyżłobił poniemiecki fotel.

na słonecznym

kiedy uchylam okno patrzę jak umyka bo lubi przestrzeń
nie wybiera na opak zna swoje miejsce
roztapia łańcuch
lubię ten moment kiedy osiada na twoim ramieniu
robisz krok i kładzie się na progu
nie jestem przesądna
kiedy usiądziemy blisko przy sobie
zniknie za szafą.

o.

ojciec napisał wiersz jak Rej po męsku i po polsku
co o nim myślę
o tobie?
nie, o życiu, o nim, o wierszu

bo ojciec kocha nie moją matkę i nie macochę
tylko młódkę spod klatki dwadzieścia osiem

ja też nie wiem co dalej.

babcia

fartuchem startym jak jej książeczka do nabożeństwa
wytarła ławkę pod sosną, co się jej normalnie
nie wyciera
kwiaty pachną jeszcze w sieni, chociaż to już jesień
czy przyjadą, ona będzie czekać
a potem już będę tylko żałować
że nie posadziłam z nią malwy tam pod płotem
że nie poszłam po jajka i do kościoła

zawsze ta sama śpiewka
chociaż ona jeszcze żyje tej jesieni.

 

Żeżeżeże żesz

że nie zdążyłam nosić spódniczek mini
i różowych tenisówek
że w Krakowie nie pojechałam dorożką
i w Salzburgu też nie, ech
i że boję się koni
że nie chodziłam z J. po mieście
i po plaży, a jak już poszliśmy
to szkoda gadać
że ją- jąk- kka -am się z nerwów
i że teraz chwytam za mocno
że nie oszaleję z nadmiaru talentu
że przemijam, że piję, że palę
że kocham banalnie zbyt mocno
i takie tam inne jeszcze uwieszone
szale

Mo Ma …

ona źle się czuje i mówi, że nie chce ze mną rozmawiać
teraz coś krzyczy czegoś znów chce ode mnie mówi
stoi na drugim brzegu, jej głos woda dobrze niesie
ale nie rozumiem
śmieci? śmierdzi? źle na świecie? świeci? cowieci?
endecy?
nie wiem co mówi więc idę wynieść śmieci
ona źle śpi i nie ma szczęścia do mężczyzn
musi pracować i nie ma pieniędzy
coś znów krzyczy coś znów zrzędzi
jej głos skowyczy
dzieci? poeci? kalecy?
nie wiem coś chce może pożyczyć pieniędzy
sowa huczy
ona ma złą rodzinę i nikogo nie lubi
wszystko ją nudzi szybko się obraża
nie łatwo nerwy jej studzić
stoi na drugim brzegu, jej głos dobrze woda niesie
jest sama? niekochana? spracowana?
nie wiem co mówi pewnie że sama na świecie
ence pence w mojej głowie dwa przysłowia są
naprędce
co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie
niedaleko pada jabłko od jabłoni
stoi na drugim brzegu, głos jej woda niesie

Piękna poetka, piękne wiersze, piękne zdjęcie.
Zdjęcie – Marian Stefanowski
Wiersze ukazały się w roku 2007 w szczecińskich “Pograniczach”

Berlinerblau

Kilka dni temu opublikowałam tu wspomnienia Tomasza Prota. W uzupełnieniu chciałam więc zaproponować przeczytanie artykułu o jego przodkach, chemikach z rodziny Berlinerblau. Artykuł, skąd inąnd znakomity i nader interesujący, ukazał się w renomowanym czaspiśmie “Przegląd Chemiczny” (9/2013). Niestety, okazało się, że, póki co, Redakcja nie udzieliła mi pozwolenia na przedruk. Postanowiłam pertraktować, ale zanim zmiękczę serce Redaktora Naczelnego, przedrukowuję tu mały fragment (taki jak na stronie internetowej czasopisma plus maleńki fragment z końca tekstu) i, oczywiście, moje własne PS, bo te są w końcu moje.  Jeśli nie uda mi się uzyskać zgody, proponuję, żebyście poszukali po jakichś bibliotekach, może uda się Wam dotrzeć do zeszłorocznego numeru “Przeglądu Chemicznego”. Możecie też kupić sobie od redakcji prawo jego jednorazowego przeczytania: TU. Mnie na to nie stać. Prowadzę blog niekomercyjny i raczej czasami do niego dopłacam, niż cokolwiek zarabiam. Was, jednorazowo, poczytanie tego tekstu będzie kosztowało brutto 6 złotych i 15 groszy.

Tomasz twierdzi, że: nazwisko Berlinerblau zostało przypuszczalnie nadane po 1797 roku, kiedy w zaborze pruskim urzędowo wprowadzono nadawanie Żydom nazwisk, często związanych z wykonywanym zawodem. Stąd też można przypuszczać, że członkowie tej rodziny zajmowali się farbiarstwem lub garbarstwem i używali pigmentu o nazwie Berlinerblau. Błękit berliński zwany też błękitem pruskim został po raz pierwszy uzyskany w 1704 r. w Berlinie przez alchemika Johanna Konrada Dippela przy próbach otrzymania eliksiru nieśmiertelności, według innych przez malarza lub barwierza Johannesa Jakoba Diesbacha, i był pierwszym barwnikiem osiągniętym na drodze syntezy chemicznej. Nazwa jest związana z barwą mundurów wojska pruskiego ówczesnych lat. Berlinerblau (heksacyjanożelazian(II) potasu żelaza(III), żelazocyjanek potasowo-żelazowy), FeK[Fe(CN)6] to nieorganiczny związek chemiczny, mieszana sól kompleksowa, zawierająca anion heksacyjanożelazianowy(II) oraz kationy potasu i żelaza. Wykazuje silne niebieskie zabarwienie, spowodowane absorpcją światła powodującą przeniesienie elektronu pomiędzy atomami żelaza na różnych stopniach utlenienia.

Wszystko jasne, prawda?

Wpis ten dedykuję mojej siostrze, która kiedyś intensywnie zajmowała się farbami, w tym również owym nowoczesnym barwnikiem, zwanym Berliner Blau. Kasia dużo o nim rozmyślała, może więc zachęcę ją tym wpisem, żeby  nam przekazała na blog ów swój tekst o barwach, barwnikach i farbach.

Kasi Krenz

historiaBerlinerblauWiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.
O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau (…)

Berlinerblau interesował się również muzyką, o czym można się dowiedzieć ze wspomnień rodzinnych. Aniela Steinsberg, urodzona w 1896 r. córka Józefa Berlinerblaua, powiedziała, że ojciec jej ukończył studia pianistyczne w Konserwatorium Warszawskim.
Aniela, pierwsza w Galicji kobieta-adwokat, stała się znanym obrońcą robotników i działaczy politycznych przed wojną, a po wojnie broniła żołnierzy AK, protestujących robotników i walczących opozycjonistów. Była współzałożycielką Komitetu Obrony Robotników (KOR) w 1976 r.
Natomiast Adolf, syn Józefa Berlinerblaua, poszedł w ślady ojca i studiował chemię, a jako inżynier chemik został dyrektorem technicznym w Spółce „Stradom” i na tym stanowisku pozostał do wybuchu wojny. Był autorem kilku patentów na technologie wyrobów produkowanych w „Stradomiu”. Udało mu się w 1939 r. wyjechać z kraju i od 1940 r. zamieszkał w USA, gdzie zmarł w 1975 r. Niestety młodszej córce Józefa, Dorocie Seydenmann, ur. w 1898 r., która była malarką, po Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie i Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i w Paryżu, oraz najmłodszemu synowi Tadeuszowi, ur. w 1905 r., również absolwentowi Akademii Sztuk Pięknych, architektowi, nie powiodło się ukrycie przed zagładą i zostali zamordowani, Dorota przez Niemców w 1942/1943 r. w Nowym Sączu, a Tadeusz przez Ukraińców w 1941/1942 r. we Lwowie.

***
PS 1: Oczywiście jeśli ktoś działał w opozycji w PRL albo przynajmniej się koło niej kręcił, musiał słyszeć o córce Józefa Berlinerblau – Anieli Steinsbergowej, która była wspaniałą i odważną kobietą i postacią dla nas absolutnie symboliczną. Jest o niej wielki artykuł w Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Aniela_Steinsbergowa

PS 3: W tymżeż artykule Wikipedii podana została wiadomość, że ojciec Anieli Józef Berlinerblau, studiował muzykę i, zanim rozpoczął studia chemiczne, ukończył Konserwatorium Muzyczne w Warszawie, a jego żona, Helena, była absolwentką warszawskiej Szkoły Rysunku.

PS 2: Siostrą Anieli była Dorota Seydenmann, o której (bardzo krótko) też pisze Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorota_Seydenmann i zamieszcza reprodukcję jednego jej obrazu:

Dorota-seydenmann-zabudowania-wiejskie-1932 Zabudowania wiejskie, 1932

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 5

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (5)

5.

Anselmo: 4’ 33’’ czyli niestała płynność wody

Po długiej zimie kamienna posadzka jest chłodna
i sprzęty, napęczniałe wilgocią, jeszcze milczą.
Dopiero, gdy słońce je osuszy, wtedy zaczną skrzypieć
same z siebie, w dzień i w nocy, zwłaszcza w nocy.

Od rana z kranu skapnęły 433 krople; to więcej
o dwadzieścia siedem niż wczoraj. Na szczęście,
kapanie szybko zlewa się w jednolity szum –
przypomina rzekę, zanim wyschła. Rwący nurt.

W kuchni na dole słychać brzęk miedzianych
garnków. Brat Anselmo nie musi patrzeć na zegar,
i bez tego wie, że do obiadu pozostały już tylko
cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy.

Mówi o tym zapach mięsa albo ryby – woda
w glinianych dzbankach jest całkiem bezwonna,
podobnie jak kryształki morskiej soli nie pachną,
przynajmniej nie w tym domu. Woda i sól.

Gdy do obiadu pozostaną cztery minuty
bez trzydziestu trzech sekund, na piętro dotrze
zapach dyni i kapusty, nieco mdły, ale słodki i ciepły.
Bez masła i oliwy, które zwykle oddajemy biedakom.

Cztery minuty. Trzy. Dwie. Już czas. Wstając z klęcznika,
nasz brat strącił rękawem brewiarz, potem zachwiał się i
zakaszlał aż sześć razy, o trzy więcej niż wczoraj.
Ale to dlatego, że jest już o dzień starszy. Jak my wszyscy.

Kot i małpka

Ewa Maria Slaska o kotach i rewolucji

Wpis dedykuję Joli i Jurkowi

To oczywiście Maryna Over wstawiła mi na Facebooku ten portret.

frieda-kahlo-malpka-kotFrieda Kahlo,  Self-portrait with Thorn Necklace and Hummingbird, Nickolas Muray Collection, Harry Ransom Center, University of Texas at Austin.

Zawsze, jak przygotowuję te wpisy, dowiaduję się czegoś nowego i zastanawiającego. Tak było też w przypadku tego autoportretu Friedy Kahlo z kotem i małpką. Szukałam o nim jakichś informacji i Google bez zastanowienia wysłał mnie do angielskojęzycznej Wikipedii.  A tam…

Kahlo’s life began and ended in Mexico City, in her home known as the Blue House. She gave her birth date as July 7, 1910, but her birth certificate shows July 6, 1907. Kahlo had allegedly wanted the year of her birth to coincide with the year of the beginning of the Mexican Revolution, so that her life would begin with the birth of modern Mexico. Her work has been celebrated in Mexico as emblematic of national and indigenous tradition, and by feminists for its uncompromising depiction of the female experience and form.

W mojej pracy, a zajmuję się ostatnio cmentarzami, I wojną światową i żydowskimi biografiami, często stykam się z tym, że ludzie, i to wcale nie tylko kobiety, zmienili sobie datę urodzenia. W rodzinach żydowskich jest to chyba nawet regułą, że żadne dane się nie zgadzają, bo wszystko zostało sfałszowane w czasie wojny. Bez tego nikt by nie przeżył. A po wojnie tak pozostało. Ale nawet bez tak oczywistych przyczyn, ludzie ukrywają swój wiek. Najczęściej z kokieterii. W społeczeństwie młodych, pięknych i bogatych nie chce się być starym. Frieda jednak wykracza zdecydowanie poza stereotypy. Oczywiście jest tu przekonanie, że w nowoczesnym społeczeństwie trzeba być nowoczesnym, ale jest też wielkość artystki, która swobodnie wybiera dla siebie role. Być może każdy artysta chciałby być symbolem swojego czasu, a przynajmniej ikoną lub memem, ale Frieda chce więcej. Symbol to za mało. To ona JEST rewolucją.

frida-z-obrazem-z-malpka-kotemNie mam wyjścia, muszę przypomnieć sobie, co wiem o rewolucji meksykańskiej. Trwała od roku 1910 do 1920. Z jednej strony był dyktator Porfirio Diaz, z drugiej Zapata. Rewolucjoniści wygrali. Tyle wiem Ale czy na pewno? Trzeba sprawdzić. Jak to mawia Dorota Cygan – każdy wie, że Mickiewicz napisał Kordiana, ale jednak lepiej sprawdzić.

 

Czytam więc i oczom nie wierzę.

rewolucjameksykanskaRewolucja meksykańska zaczyna się jeszcze przed początkiem I wojny światowej, kończy dopiero w roku 1920. Dyktatora, określanego tu mianem dowódcy kontrrewolucji, wspierają Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a Niemcy cesarskie, już przecież w agonalnych konwulsjach, wspierają rewolucję! Tę samą rewolucję, która na domowym polu bitwy, w Berlinie, wbija im właśnie sztylet w plecy.  Przypominam sobie, że to Niemcy cesarskie wyciągnęły Lenina z więzienia, opłaciły jego pobyt w Szwajcarii, żeby nabrał sił i pozyskał agentów, po czym w zaplombowanym wagonie kolejowym odesłały go do Rosji, żeby tam bruździł i rewoluździł. Miało to ponoć przyczyny ekonomiczne, tak przemysł niemiecki bronił się przed konkurencją. Mniejsza o to, to zupełnia inna historia. Ważne jest co innego. Rewolucja meksykańska wcale nie zwycięża! Ta rewolucja to wojna, walka, zamaganie, przekonanie o słuszności, ale nie zwycięstwo.

Jednak coś musiało być inaczej, skoro artystka chce być rewolucją, przejmuje ją jako wyraz artystycznego ja, wolności, emancypacji kobiety, zwycięstwa jeśli nie nad wrogiem, to nad konwenansem, chorobą i śmiercią. Rewolucja to Frieda to JA. Nie darmo Frieda zasłynie przede wszystkim jako portrecistka samej siebie. Namalowała 143 obrazy, z tego 55 przedstawia ją samą.

friedaoncemore

Sami mężczyźni i Frieda z małpką. Kota nie widać. Ale oczywiście jest.

Kot i małpa. Hultajów dobrana para. Czy się mylę, czy jest tak, że ta poważna młoda kobieta na portrecie, portretując się z kotkiem i małpką, pokazuje nam język? Młoda kobieta. O tym też trzeba pomyśleć, bo Frieda nigdy nie była, w naszym dzisiejszym pojęciu, stara. Zmarła w roku 1954 i czy miała lat 44 czy 47, to po prostu była młoda.

Kot i małpa. Co Frieda miała na myśli, portretując się z tymi dwoma czarnymi zwierzakami? Wolność, niezależność i samodzielność. Może nawet czarownica. Na pewno kobieta poza konwenasem towarzystkim czy majątkowym. Wyzywające spojrzenie, kot i małpa na ramionach zamiast etoli z soboli.  Odwalcie się wszyscy ode mnie. Ja to ja.

Tak to interpretuję.

***
Wędrując po internecie po tropie tej hultajskiej pary – kota i małpy – trafiłam na informacje, które nie mają żadnego związku z Friedą i jej autoportretem, ale szkoda by o nich nie wspomnieć.

Po pierwsze ta bardzo klasyczna para pojawiła się już u Ezopa, a i La Fontaine o niej napisał. To od nich mamy powiedzenie o tym, że ktoś wyciągnął kasztany z ognia cudzymi rękoma. Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale te kasztany były częścią ulubionej retoryki partyjnej w okresie Marca 68. Ale, przyznaję, nie pamiętam kto był małpą. Izrael? Syjoniści? Może ktoś pamięta?

Jean de La Fontaine

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! “Słuchaj no, kolego –
Ozwie się małpa – przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,
Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki – i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

malpaczyli kotHultajska para. A ja tymczasem dowiaduję się, że istniała (istnieje? jak istnieje, skoro nie ma jej w Wikipedii!) małpka zwana kotem morskim (Cattus Marinus) albo kotawcem, przywożona w średniowieczu przez marynarzy, tak lubiane stworzenie, że weszło nawet do heraldyki. Ci którzy takiej istoty nigdy przedtem nie widzieli, myśleli, że to rodzaj kota. Stąd nazwa i bardziej koci niż małpi wizerunek. A zatem kot czyli małpa.

Herb Kot Morski w Heraldyce polskiej wieków średnich Piekosińskiego.

No to na zakończenie jeszcze kot morski z bestiariusza współczesnych gier fantasy. Czytam sobie, że:  Typowy morski kot mierzy 3,6 metra długości i waży 400 kilogramów. No! Ale też wygląda niczego sobie na te 400 kilo.

kotmorski400kiloI tak to jest z tym wpisami. Idą sobie po świecie, jak same chcą. Zaczęłam od Friedy Kahlo, skoczyłam do rewolucji meksykańskiej, Lenina i niemieckich zakusów gospodarczych, przeleciałam pędem od Ezopa przez heraldykę do współczesnej zabawy w fantasy i nagle okazuje się, że wpis się kończy (sam się kończy, uwierzcie mi) potworem morskim.

Do następnego razu! Idę święcić palmy.

 

Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Reblog: Drobnostka

Magdalena Parys o Marianie Stefanowskim
na blogu tygodnika “Zwierciadło”; kiedyś

Historia I. Człowiek z historią

BILLY_WILDER_-13Poznałam go kilka lat temu temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera.
Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z Catherine_Deneuvemłodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią: co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespał się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie.
Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
DANNY_DE_VITO_-6– Jaka wojna, czyja? – pyta.
– Wojna!
Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
– I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.

Historia II. Człowiek ze zdjęciem

Daniel_OlbrychskiNie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stanowisku starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego przyjaciel i zawieźć ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał nasz wspólny przyjaciel i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Przyjaciel wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
– On tak zawsze!
Gregory_Peck_I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu przyjacielowi, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogeniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
– No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
Isabelle_Rossellini.1748– Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana. Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w Jodie_Foster_31982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o naprawienie i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy. Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach, czyli na filmie pozytywowym. Film bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce KRZYSZTOF_KIESLOWSKI_-6zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji.
– W tym MUZEUM na Potsdamer Platz?
– W tym.
Liv_Ulmann_-Norwegen_1994Aha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a w roku 1988 zaczął wystawiać prace z tak zwanej „GUMY”. Dowiaduję się też zupełnie przypadkiem, że to jeden z najbardziej ulubionych fotografów Catherine Deneuve. No pewnie, cóż w tym dziwnego. Marian dalej mówi o tych swoich archiwach, o zdjęciach jakiegoś tam Billy Wildera czy Alana Delona ani słowa.
Marian ciekawi mnie coraz bardziej jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że Sophia_Loren_7kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu, reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i… to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób Daniel_Olbrychskiwywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….

***
Fotografie Marian Stefanowski. Z góry na dół: Billy Wilder, Catherine Denevue, Danny de Vito, Daniel Olbrychski, Gregory Peck, Isabelle Rossellini, Jodie Foster, Krzysztof Kieślowski, Liv Ullmann, Sophie Loren, Tom Hank. Zdjęcia wykonane techniką odbitek na gumie. Na swojej stronie internetowej Marian pisze:
Gum printing is an old photographic process which experienced its heyday at the turn of the century. The term ‘art photography’ is inseparable from the technique of gum printing. It was used because, unlike pure photographic printing, it opened up a number of creative possibilities. It allowed one to alter, deliberately emphasise or subdue shades of colour and creates pictures according to one’s own specifications.

Więcej o MarianieXXXXX Więcej o Magdzie

Wykłady profesora Dąbrowskiego. I. Szlachta. Prolegomena.

profdabrowskiKiedy przygotowywałam wpis o wystawie Ryszarda “Złota rybka i rower”, znalazłam w sieci informację, że pochodzi on z rodziny tatarskiej i że jeszcze jego babka była tatarską szamanką. Z tej krótkiej notatki prasowej wynikało, że Ryszard sporo wie o swych tatarskich korzeniach.  Zaciekawiło mnie to, bo my też jesteśmy potomkami polskiej rodziny tatarskiej, po stronie babki ojca nosimy nazwisko Kryniccy, a to są spolonizowani i uszlachceni Tatarzy, pieczętujący się herbem Korab. Ale prawdę mówiąc nikt z nas chyba nie wie nic więcej na ten temat, ja może odrobinkę więcej niż reszta rodziny, bo podczas zajęć z antropologii (archeolodzy i tego się uczą) dowiedziałam się o istnieniu plamy mongolskiej i za pomocą badań wizualnych, przeprowadzanych głównie na plażach i basenach, ustaliłam naocznie, że wszyscy ją mamy. Poza tym niektórzy faceci w naszej rodzinie mają “dzikie wejrzenie”, takie spode łba, które wydaje mi się nader tatarskie,

I to by było na tyle.

Tymczasem Ryszard Dąbrowski, zapytany, czy dałby mi na blog jakiś tekst o jego rodzinnych Tatarach, przysłał mi serię wykładów o szlachcie i Tatarach. Te tematy się łączą, a jak, to zobaczycie za kilka tygodni. Postanowiłam bowiem ponowić polskie zabawy z tytułem profesora i mianować Ryszarda profesorem mianowanym (przeze mnie). Byli już Profesor Mmaa, termit, z “Wykładu profesora Mmaa” Stefana Themersona, był Jan Tadeusz Stanisławski, profesor mniemanologii stosowanej,  Profesorek Nerwosolek z  Antresolki Tadeusza Baranowskiego czy profesor Gąbka, prowadzący ekspedycję do Krainy Deszczowców w powieściach Stanisława Pagaczewskiego. Był wreszcie Profesor Tutka Jerzego Szaniawskiego. Wydaje mi się jednak, że Ryszard Dąbrowski ze znanych polskich profesorów najbardziej przypomina…

filutek-kotOtóż, Proszę Państwa, Ryszard Dąbrowski będzie od dziś prowadził Czwartkowe Wykłady o różnych sprawach, w tym o szlachcie i Tatarach, a może, jak się rozpędzimy, i na inne tematy. I mimo mojego dowcipkującego wstępu, wykłady będą poważne.

Geneza polskiej szlachty, jej rozkwit i upadek

Na przełomie VI i VII wieku dokonuje się na terenach polskich eliminacja rodów jako czynnika ustrojowo-politycznego na rzecz organizacji państwowej. Zaczynają kształtować się struktury feudalne oraz monarchistyczne, które umacniają się w X i XI wieku. W XI i XII wieku indywidualizuje się własność ziemska oraz powstają nowe rody zawiązywane przez rycerstwo – posiadaczy ziemskich, zobowiązanych do służby wojskowej. W niektórych przypadkach rody te powstają na pniu starych, najczęściej są one jednak „świeże” i przywłaszczają sobie część „starej rodowej ziemi”. W celu powiększenia drużyn do obrony państwa, książęta masowo nadawali rycerstwu ziemię w zamian za obowiązek służby wojskowej. Początkowo, aby zostać przyjętym do rycerstwa, należało umieć władać bronią i być ochrzczonym. Rycerz powinien wykazywać się honorem, dumą, odwagą i męstwem, wiernością danemu słowu oraz hojnością. W miarę upływu czasu przyjęcie do rycerstwa ograniczono tylko dla potomków rodzin rycerskich mających majątek i posiadłości ziemskie. Zaczęło kształtować się pojęcie szlachty – ludzi pochodzących z rodzin rycerskich. Rycerstwo biedne nie weszło do rodów heraldycznych, praw do herbu nie otrzymało i znalazło się poza szlachtą.
W XII wieku posiadanie ziemi nabrało charakteru pełnej własności wraz z prawem jej dziedziczenia.

Szlachta otrzymała szereg praw i przywilejów: prawo do dziedziczenia ziemi, imunitet ekonomiczny i sądowy, zwolnienie od ciężarów prawa królewskigo, np. z cła od soli oraz na przywożone artykuły i wywożone płody rolne, prawo zapewniające szlachcie wyłączność kupna ziemi czy zobowiązanie króla do wykupywania szlachty z niewoli.
Szlachectwo można było także utracić poprzez otrzymanie wyroku śmierci, ciężkiego więzienia lub banicji, zamieszkanie w mieście lub zajęcie się handlem oraz oddaniu się szynkarstwu. Definicja szlachectwa i przynależność do tego stanu ewoluowały na przestrzeni wieków. Niekiedy, aby być szlachcicem należało mieć oboje rodziców stanu szlacheckiego, kiedy indziej tylko ojca.
Szlachta umacniała nieustająco swoje prawa i przywileje oraz pozycję, godząc się na przekazywanie monarsze środków finansowych lub na przyszłego następcę tronu tylko i wyłącznie w zamian za kolejne przywileje. Ważnym elementem rozwoju stanu szlacheckiego było powstanie w końcu XV wieku, wyłonionego z prowincjonalnych sejmików, szlacheckiego parlamentu. Teraz nie król nadawał szlachcie przywileje aby ją zjednać, lecz ona je sama sobie w kolejnych konstytucjach sejmowych nadawała. Jedną z pierwszych w 1505 roku była „nihil novi”, która ustanowiła, iż król bez zgody szlachty nie będzie mógł stanowić rozporządzeń naruszających jej praw i wolności.

Szlachta polska była jedyna w całej Europie równa i bez utytułowanej arystokracji, bez tytułów książęcych (poza kilkoma litewskimi) i bez orderów, które czyniłyby wyłom w demokracji i solidarno-ści szlacheckiej. Miało to i złe strony jak elekcja, lberum veto, próżność i anarchia, które potęgował fakt, iż w Polsce w stosunku do populacji ludności, szlachty było w porównaniu do innych krajach europejskich około 10 razy więcej. Czasy saskie były apogeum i karykaturą tej sytuacji.
Ekonomicznie różnice były ogromne; z jednej strony Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy i Sapiechowie, a z drugiej chmary szlachty zaściankowj żyjącej na poziomie chłopstwa lub nawet poniżej. Pomału szlachta bezrolna przemieniała się w bandy rabujące mieszczan. Margines społeczny powiększała grupa „szlacheckich” próżniaków, żebraków i pijaków.
Rozwarstwienie ekonomiczne szlachty powiększał duży przyrost naturalny i wynikające z niego dzielenie majątków. Z drugiej strony następowała kumulacja majątków ziemskich (latyfundiów) w rękach zamożnej szlachty (Zamojscy).
W XVII – XVIII wieku demokratyczna władza szlachty zaczęła przechodzić w ręce magnaterii, uzależniającej od siebie szlachtę średnią oraz drobniejszą. Do tej ostatniej grupy zaliczała sie szlachta cząstkowa – posiadająca ziemię i kilku chłopów pańszczyźnianych, szlachta zagonowa lub inaczej zagrodowa – posiadająca kawałek ziemi własnoręcznie uprawianej, szlachta czynszowa – uprawiająca ziemię cudzą, szlachta domowa – służebna u bogatych szlachciców oraz szlachta brukowa czyli gołota – nic nie posiadająca i żyjąca z żebraniny lub złodziejstwa oraz sprzedająca się każdemu, kto tylko jej usługi chciał kupić. Z czasem magnateria staje się potęgą polityczną, podporządkowując sobie miasta oraz ubezwłasnowalniając chłopstwo, które nie może już zmieniać pracodawcy.

Na mocy kolejnych konstytucji (1505, 1550, 1633 i 1677) szlachta nie mogąc osiedlać się w miastach i uprawiać rzemiosła lub handlu izolowała się i dystansowała od pozostałych grup społecznych. Od XVI wieku posiadała ona także wyłączność na piastowanie funkcji i godności kościelnych. Rozwój kapitalizmu następujący z opóźnieniem w Polsce, chronił szlachtę jako stan.
Możliwości awansu w jej szeregi i związanej z tym nobilizacji nie były jednak całkowicie zamknięte. Poprzez nadanie przez króla, rady rycerskie oraz sejm a także poprzez przekupstwo, pieniądze, adoptowanie lub samozwaństwo stawało się szlachcicem. Ułatwiał to fakt, iż w Polsce nie istniał urząd prowadzący rejestry szlachty rodowej. Od XVIII wieku, szlachectwo można było otrzymać także za pełnienie odpowiednich funkcji w administracji cywilnej lub wojskowej. Najprościej jednak było szlachectwo kupić, co wykorzystywały często bogate rodziny żydowskie.
Obalona została doktrtyna „błękitnej krwi” i szlacheckiego urodzenia. O szlachectwie zaczął decydować kapitał.

Dnia 3 maja 1791 r. sejm szlachecki uchwalił kolejną konstytucję. Była ona zaczątkiem rewolucji ideologicznej, zmierzającej do demokratyzacji Polski. Pierwszym krokiem w tym kierunku było zniesienie „liberum veto” i wprowadzenie decydowania większością głosów oraz ograniczenie praw publicznych drobnej nic nie posiadającej szlachty, kupowanej i sterowanej przez magnaterię. Konstytucja ta nie spowodowała niestety uwłaszczenia chłopstwa oraz uznawała katolicyzm za religię panującą, a odejście od niej za przestępstwo. Wzmacniała ona jednak procesy społeczno-polityczne, przyczyniające się do powstawania układu kapitalistycznego i różnicowała rozwarstwienie klasowe poprzez relegowanie drobnej szlachty ze stanu.
W okresie rozbiorów, zapoczątkowanych konfederacją targowicką (zawiązaną przez hetmanów F. K. Branickiego i S. Rzewuskiego oraz generała S. Sz. Potockiego) a także krótko po nich, drobna szlachta ulega dalszej deklasacji, a szlachta średnia tzw. sarmacka, ulegając tendencjom kapitalistycznym, osiąga awans ekonomiczny i intelektualny.

Polityka państw zaborczych, nie likwidując stanu szlacheckiego, dążyła do jego ograniczenia i osłabienia. Dotknięta tym została szlachta drobna i uboga. Magnateria i szlachta wielka zaraz po rozbiorach znalazła się w orszakach monarchów-zaborców.
Państwa zaborcze nie były tak jak Polska demokracjami szlacheckimi lecz monarchiami absolutnymi. W żadnym z tych państw nie było takiej ilości szlachty przyzwyczajonej przeciwstawiać się administracji państwowej. Opanowanie przyzwyczajonej do samopaństwa szlachty stało się dla zaborców koniecznością, a jedyną możliwością zrealizowania tego stanowiło zniszczenie jedności stanu szlacheckiego i jego rozwarstwienie.

W Cesarstwie Rosyjskim dawne bojarstwo, wyodrębnione w procesie historycznym i będące odpowiednikiem rycerstwa i europejskiej szlachty, zostało przez carów wytępione. Powołany został nowy stan urzędniczo-wojskowy, usłużny i posłuszny, nagradzany łatwymi do zniesienia „ukazami”. W zaborze rosyjskim, w systemie między chłopem-niewolnikiem a szlachcicem-ziemianinem nie było miejsca dla drobnej szlachty. W 1800 r. zażądano od polskiej szlachty wylegitymowania się ze szlachectwa i jego udowodnienia. Dla większości biednej szlachty było to niemożliwe do spełnienia. Stare patenty zaginęły lub zostały zniszczone podczas licznych pożarów spowodowanych wojnami i buntami chłopskimi. Powoływanie się na tradycję rodzinną nie wystarczało.
Ukazem carskim z 24.05.1818 r. z ksiąg szlachecko-genealogicznych zawiązanej Heroldii Królewstwa Polskiego wykreślona została cała szlachta, która nie wylegitymowała swego pochodzenia stanowego.
Po powstaniu listopadowym, będącym ruchem szlacheckim, „ukazem” carskim z 19.10.1831 r. z całej szlachty polskiej wyodrębniono „dworian” – nie skompromitowanych udziałem w powstaniu.
Z pozostałej jej części utworzono: „odnodworców” – niewylegitymowaną szlachtę wiejską i „grażdan” – niewylegitymowaną szlachtę miejską. Przy tej okazji w celu ograniczenia liczby szlachty wielu jej przedstawicieli zaliczono do stanu chłopskiego. W 1863 r. zniesiono stan odnodworców i grażdan, a szlachtę tę wcielono do gmin wiejskich i miejskich na zwykłych prawach.
Takie usunięcie ze stanu drobnej szlachty, która prawie w całości znalazła się w granicach zaboru rosyjskiego, przyspieszyło proces rozkładu szlachty polskiej.

Szlachta czynszowa i zagonowa o ile, za udział w powstaniach listopadowym i styczniowym, nie została karnie wywieziona w głąb Rosji, „schłopiała”. Szlachta brukowa – wtopiła się w środowisko miejskie a szlachta domowa, wobec likwidacji świt, zasiliła szeregi proletariatu wiejskiego i miejskiego, często cierpiąc biedę.
W szlachecko-demokratycznej Rzeczypospolitej wszelkiego rodzaju tytuły, poza kilkoma litewskimi wyjątkami, były prawnie zakazane. Zamożne rody szlacheckie, wzorem zachodnim, żądne były wszelkiego rodzaju tytułów arystokratycznych. Zaborca austriacki wypełnił te pożądania nadając za ogromne pieniądze tytuły hrabiowskie (2.400 dukatów) i baronów („tylko” 1.200 dukatów), zyskując przychylność i służebność możnych polskich rodów. Noworyszowska arystokracja zwabiona tytułami i możliwościami kariery dworskiej, odcięła się od pozostałej masy szlacheckiej, która, słabsza ekonomicznie i bez stosunków, stała się łatwiejsza do opanowania.
„Zwykłe” szlachectwo, zaliczające daną osobę do stanu rycerskiego, należało udowodnić przed specjalnymi komisjami. Stopień szlachecki otrzymywali także oficerowie, po trzydziestu latach służby wojskowej i udziału w co najmniej jednej wojnie oraz oficerowie, urzędnicy i ziemianie odznaczeni wysokimi odznaczeniami państwowymi. Tytuły barona nadawano komandorom wysokich orderów oraz szlachcicom odznaczonym orderem Marii Teresy za czyny bohaterskie.
W zaborze pruskim szlachta drobna była nieliczną grupą, a szlachta ziemiańska szybko i służalczo odnalazła się w strukturach zaborczych. Uznanie tytułów szlacheckich zależało od łaski monarchy. Członkowie polskich rodów szlacheckich będących na służbie u króla polskiego, po złożeniu lenna oraz hołdu królowi Prus, zaliczani byli do stanu szlacheckiego, co było równoznaczne z ochroną posiadłości. Również ci, którzy udowodnili, iż ich przodkowie od przynajmniej stu lat są szlachtą lub za taką ich uważano, otrzymywali w berlińskim „Heroldsamt” (urząd ten istniał do 1918 roku) certyfikat szlachectwa i prawo do używania przy nazwisku tytularnego członu „von”.
Do godności szlacheckiej wynoszone były także osoby pełniące przez długi czas wyższe funkcje państwowe lub wojskowe.

Można postawić tezę iż osoby, które podczas zaborów utraciły szlachectwo lub się o jego odnowienie nie starały, wykazały się starymi rycerskimi cechami: honorem, dumą, męstwem i wiernością. Jakże pogodzić udział w powstaniach listopadowym i styczniowym z usłużnym proszeniem okupanta o odnowienie i uznanie szlachectwa.

Uwłaszczenie chłopów (w Prusach zniesiono poddaństwo w 1807 roku, w Austrii w 1848, a w Rosji w 1861 roku) spowodowało ruinę wielu gospodarstw folwarcznych. Pozwoliło to szlachcie, bez szkody dla ich szlachectwa, na oddanie się zajęciom miejskim, handlowi i rzemiosłu, co kiedyś było zabronione. Szlachta zaczyna tracić swój dawny wymiar i charakter jednolitej kulturowo społeczności. Przyspiesza to rozkład tego stanu na klasy i jego upadek. Zaczyna się okres kultury poszlacheckiej. Szlachta istnieje już tylko formalnie, a w kapitalistycznym systemie społecznym wyznacznikiem staje się układ klasowy a nie stanowy.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na mocy nowej konstytucji z 17.03.1921 r., w art. 96 zniesiono wszystkie szlacheckie przywileje stanowe, tytuły arystokratyczne i herby. Ani konstytucja Piłsudskiego z 25.04.1935 ani tym bardziej konstytucje powojenne nie przywróciły w Polsce stanu szlacheckiego i arystokracji.

Obecnie istnieje w Polsce kilka skłóconych ze sobą organizacji „monarchistycznych”, nadających (bezwartościowe) szlachectwo oraz przyznających swoim poplecznikom tytuły hrabiowskie. Działania te należy traktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka i politowaniem. Dziwić należy się próżności osób gotowych za te „tytuły” płacić pieniądze.

Szlachta polska to zamknięty obszar historii polskiej, który już nigdy nie powróci.
Badając obecnie historię własnej rodziny możemy mówić jedynie o jej szlacheckim pochodzeniu. Analizując etymologię swego nazwiska można mówić o jego mniejszym lub większym historycznym znaczeniu i wywodzeniu go ze szlachty. Poznawanie tej historii i tradycji będącej jednym z elementów kultury narodowej jest naszym obowiązkiem, pozwalającym zgłębić dzieje naszych przodków, przybliżyć ich charaktery, a przez to także zrozumieć nam samych siebie, w znacznej części sterowanych otrzymanymi w spadku genami.

 Zdjęcie profesora – Krystyna Koziewicz