Miesiąc temu pojawił się tu tekst Krzysztofa Miki o Elblągu. Autor zapowiedział kilka wpisów i teraz, równo po miesiącu, kolejny wpis o FrauLanganke, przypominam, że koniecznie pisanej razem.
Krzysztof Mika
FrauLanganke (cz.2)
Awantura w mediach: o pomnik gwałconej przez sowieckiego sołdata gdańszczanki… Polki, Niemki, brali jak popadło. Ciężarna kobieta po prostu w najgorszej, nieskończenie strasznej dla siebie sytuacji… nie do wyrażenia. I spór: czy Polacy mogą postawić taki pomnik, taki wprost, tak brutalnie dosłowny.

I właśnie sprawa się zakończyła: wyrokiem za nieobyczajność. Tak to prawda historyczna stała się nieobyczajna.
W tym momencie powraca wspomnienie… historii mojego rodzinnego miasta – Elbląga. Wiedzę o tych wydarzeniach przekazali Dziadkowie. Ale była ona całkowicie pozbawiona realnego kształtu. Chowałem się na ”Czterech Pancernych i psie”. Wiedziałem, że w trakcie i po zdobywaniu miasta działo się źle . Nie wywoływało to specjalnych emocji. Po prostu było. Wiadomo wojna. Może potrzeba było awantury o gdański pomnik i wcześniejszej lektury o zdobyciu Elbląga, żeby emocje, wspomnienia i skojarzenia osiągnęły masę krytyczną. Wtedy powrócił pierścionek FrauLanganke, który nie chciał „zejść” z palca i sowiecki sołdat za pomocą bagnetu rozwiązał problem, odcinając ów oporny palec, wraz z pierścionkiem oczywiście. FrauLanganke prowadziła na co dzień sklep z papeterią i książkami, na pewno sprzedawała „Mein Kampf”.
No cóż, powie ktoś, sami sobie winni, ci Niemcy. Obraz żołnierza obcinającego palec starszej kobiecie tkwił w mojej pamięci. Niezwykle plastyczny z chirurgiczno- anatomiczną dokładnością, z bagnetem zgrzytającym o kości. W medycznym podręczniku sprawdzałem, jak się amputuje palce. Sowiecki żołnierz pewnie po prostu położył rękę na stole i tępym bagnetem załatwił sprawę, nie dbając o higienę, tamowanie krwi. Można przyjąć, że wcześniej tym samym bagnetem otwierał amerykańską tuszonkę. FrauLanganke przeżyła. To może niewielka cena dziejowych rozliczeń – córka FrauLanganke zapłaciła cenę najwyższą – zgwałcona, popełniła samobójstwo. Czy FrauLanganke i jej córka były winne?
Wkrótce pozbawiona palca FrauLanganke wyjechała – nie było dla niej miejsca w nowej rzeczywistości, zresztą Elbląg kojarzył się z bólem i grozą. Gdzie pochowano jej córkę – po latach udało się ustalić, ale o tym za chwilę. Wyjazd Frau L. towarowym wagonem (opowieść Babci) to symboliczny w koniec niemieckiego Elbląga. Opowieść jeszcze tylko Babci, ponieważ Dziadek nie wracał ciągle z obozu i Babcia była sama z moją Mamą, wówczas gimnazjalistką. Oczywiście koniec ów miał charakter wyłącznie symboliczny – w rzeczywistości na co dzień nurzaliśmy się w niemczyźnie, elbląskiej niemczyźnie. Langankowa w pewnym sensie pozostała z nami. A ja w tej niemczyźnie nurzam się do dzisiaj: wspomniane obrazki, zegar, meble, jakieś naczynia, nóż, fajansowy pojemnik na herbatę, rzeczy, które mieszkają ze mną.
Jeszcze list wysłany do niemieckiego dziennikarza kontaktującego się ze stowarzyszeniem niemieckich elblążan, ale na razie przynajmniej, bez odpowiedzi. Moją ciekawość podsycała relacja żony elbląskiego lekarza, dotycząca wydarzeń w momencie wkroczenia sowietów. Można powiedzieć typowy w swoim dramatyzmie obraz zniszczenia, przemocy, zabijania. Dlaczego właśnie ta relacja? Ze względu na adres – państwo doktorostwo mieszkali o cztery kamienice od domu, w którym mieścił się sklep z papeterią i materiałami biurowymi Fraulanganke. Po sąsiedzku. Bardzo po sąsiedzku. Doktorostwo: Alter Markt 45, Langankowa – 63. Liczyłem na to, że doktorowa coś wie o mojej Fraulanganke. Podawała bowiem dziesiątki nazwisk, daty, wydarzenia. Przecież nie mogła nie znać kupcowej z niedalekiego sąsiedztwa. Niestety nic. Może w koszmarnej zawierusze ognia, przemocy, gwałtów doktorowej „umknęła” kupcowa z sąsiedztwa. Ze Starego Rynku, tak typowego dla miast hanzeatyckich, został bruk i Markttor. Po kamienicach 63 i 45 śladu…

Dopiero w latach 70 zaczęto odkopywać fundamenty elbląskich kamienic – potem wybudowano na nich „pseudostarówkę”, nawiązującą do historycznej architektury. Może i dobrze, że niczego ta nowa starówka nie udaje, ale z drugiej strony trochę szkoda, bo elbląskie Stare Miasto to była perełka. Można dość dokładnie określić, gdzie stał dom nr 63, bo, co ciekawe, w archiwum Elbląga zachowały się księgi wieczyste i przedwojenne plany. A na pierwszym planie powojennego Elbląga z 1946 roku nie znajdzie się Starego Rynku, jest jedynie zaznaczony plac „Przy Bramie”. No właśnie Markttor… obrazek, który nie bardzo lubiłem, choć prawdopodobnie najcenniejszy spośród pamiątek po FrauLanganke. Grafika, podpisana, kupiona, pewnie wiele lat przed wojną, w firmie „Kunsthandel Fritz Wolter”- na odwrocie niewielka metka, która przetrwała ponad 75 lat. Kunsthandel Herr Woltera mieścił się przy ulicy Mostowej 20. Ulica Mostowa, czyli przedwojenna Brückstrasse figuruje na planie z 1946 roku, ale w moich czasach był już tylko ciąg komunikacyjny na skraju największego chyba trawnika w Europie, koło kościoła św. Mikołaja.

W 1946 roku zapewne stały jeszcze wypalone ruiny budynków, więc pojęcie „ulicy” miało jeszcze jakiś sens. Fritz Walter sprzedał podpisaną grafikę FrauLanganke, a ona wymieniła Wieżę Targową, pewnie na chleb, może jeszcze babcia dała jej trochę cukru i margaryny. Zresztą z tym Fritzem to śmieszna sprawa: na rewersie grafiki nalepka Fritz Wolter Kunsthandel, ale w książce telefonicznej mowa jest o warsztacie szklarskim. Szklarz handlujący sztuką? A może wyraz wygórowanych ambicji? Zakład Fritza mieścił się w ładnej, dużej manierystycznej kamienicy, tak typowej dla Gdańska i Elbląga, a zapewne i Królewca. Po tym budynku oczywiście śladu nie zostało. Sklep z papeterią i materiałami biurowymi FrauLanganke zajmował parter typowej XIX-wiecznej kamienicy, pozbawionej wdzięku i sznytu typowego dla bogatych miast hanzeatyckich. Przeciętność, jak gorsze kamienice Dolnego Miasta czy na Oruni w Gdańsku Po niej również ani śladu, poza zachowanymi księgami wieczystymi. Sama wieża stoi, resztka gotyckiego Elbląga, a na ścianie wieży pamiątka po wojnie 13-letniej z Zakonem Krzyżackim – reliefowy odcisk łopaty, symbol buntu mieszczan i rzemieślników Elbląga. Bunt był skuteczny – zamek Krzyżacki został praktycznie całkowicie zniszczony, ale wieża pozostała. Propaganda polska buntowi miast pruskich nadawała patriotyczny, polski wymiar. W rzeczywistości chodziło o handel zbożem i opiekę króla polskiego, a co za tym idzie większe swobody i dochody. W większości miast mieszczaństwo było w swojej masie niemieckie i dzisiejsze pojęcie patriotyzmu nie da się zastosować do tamtych czasów. Mieszczanie mieli dość Krzyżaków, monopolizujących handel zbożem – tak naprawdę była to wojna wewnątrz Hanzy, której członkami byli i Krzyżacy, i Elbląg, i większość miast pruskich. A zatem mniej „polskości”, a więcej interesu i handlu. Wojna 13-letnia miała również swój wymiar europejski: była początkiem upadku Hanzy. Europa otwierała się na handel atlantycki… Dla Elbląga to były dobre czasy, które trwały do pierwszego najazdu szwedzkiego – miasto popełniło błąd, który zaważył na całej przyszłości miasta: Elbląg poddał się Szwedom. Z miasta wyprowadziła się faktoria kupców angielskich, skończyła się przychylność Korony… dostęp do morza stawał się coraz trudniejszy: rzeka Elbląg i Zalew Świeży czyli Wiślany coraz płytszy. Gdańska dominacja narastała, Elbląg stawał się coraz bardziej prowincjonalnym miastem, stolica Prus książęcych była w Królewcu, a „stolica” gospodarcza – w Gdańsku. Zboże w przeważającej ilości płynęło tamtędy.
Wracamy do 1945 roku. Próbuję osadzić FrauLanganke w jakiejś społecznej rzeczywistości. Trochę to śmieszne – zbieranie jakichś malutkich fragmentów owej rzeczywistości: są sąsiedzi z Alter Markt – jedyni „stwierdzeni”: doktorostwo, a raczej żona doktora. Jakiś człowiek który sprzedał obrazek… Mało tego, prawie nic. Zupełnie przypadkiem, w jednym z portali dotyczących najnowszej drugowojennej historii Prus Wschodnich, znajduję przejmującą historię rodziny Langanków spod Barczewa i ich dramatyczną, i w pewnym sensie heroiczną ucieczkę przed nacierającą Armią Czerwoną. Czy tamci Langankowie to rodzina „mojej” FrauLanganke”? Zimowy koszmar, podróży-ucieczki z piątką dzieci… Szukam dalej: pod Kętrzynem kilka wsi z „langanke” w nazwie, co oznacza miejsce bagienne, wilgotne. Źródłosłów niemiecki czy pruski? Jak stary? Rodzina o korzeniach niemieckich, czy pruskich? Ciągle czekam na odpowiedź wspomnianego już dziennikarza, zajmującego się przedwojennymi elblążanami. I zupełnie internetowym przypadkiem znajduje się jeszcze jeden Langanke, który zmarł w roku 2012. Na dodatek jest to „historyczny” Langanke, bo był ostatnim, najdłużej żyjącym Niemcem, posiadaczem rycerskiego krzyża żelaznego. Za Ardeny. Walczył w formacjach pancernych SS. Czy to też rodzina? Ten Langanke był z Dortmundu. Strasznie dużo tych niewiadomych. Dziwna fascynacja, ale w końcu w jakiś sposób, całkowicie przypadkowy stałem się spadkobiercą FrauLanganke. Przecież żyję z jej rzeczami. Przez dziesiątki lat towarzyszą mi jej przedmioty, przedmioty, które z jakichś powodów nabyła, posiadała, pewnie lubiła. W przedmiotach, które posiadamy jest cząstka nas, bo zawsze wybieramy rzeczy, przedmioty z jakiegoś powodu. Tak jak wybieramy imiona naszych dzieci… Niektóre z tych przedmiotów wybiera się z powodów oczywistych, praktycznych, prostych. Inne, bo odpowiadają naszym potrzebom emocjonalnym, estetycznym, może filozoficznym, może systemowi wartości. Grafika Markttor – to zrozumiałe, bo to jej, FrauLanganke, najbliższe sąsiedztwo i w pewnym sensie symbol Elbląga. Podobnie kuchenne drobiazgi – są praktyczne, po niemiecku praktyczne. Ale niezły zupełnie obraz wmarzniętych w lód tolkmickich lomm ( lokalny typ stateczku żaglowego).

A widok z wzgórz nad Kadynami? A panorama kawałka zakładów Schichaua, z jakimiś stateczkami… Po co one kupcowej z Altermarktu? Po co mojej Babci? Nauczycielce z Warszawy? W 1946 to były bezwartościowe śmieci… Jakie potrzeby spowodowały, że FrauLanganke kupiła te obrazki, a jakie, że moja Babcia wymieniła je na jedzenie. Przecież takich gratów wtedy w Elblągu walało się mnóstwo. A może po prostu taka babcina przyzwoitość panienki z dobrego domu, która zdawała sobie sprawę, że okaleczona dosłownie i psychicznie Niemka nie ma nic innego. Więc te nabyte w akcie dobrej woli obrazki, w magiczny sposób zaprogramowały moje życie. Tajemnicze statki, tajemniczy widok z Wysoczyzny Elbląskiej nad Kadynami. Były obecne od moich najmłodszych lat, ale dopiero w latach 70, 80 i 90 dowiedziałem się, a raczej doświadczyłem, co przedstawiają. Co prawda tolkmickich lomm już nie było, natomiast przedstawiony na innym kawałek zakładów Schichaua zobaczyłem w naturze dopiero w roku 1973, podobnie jak wspomniany kawałek Wysoczyzny Elbląskiej. Dlaczego?
O tym w kolejnej części opowieści.

Komentarz redakcyjny: awantura o pomnik w Gdańsku miała miejsce rok temu.