Miasta poza sezonem. Brema / Bremen

Ewa Maria Slaska

Dla Harriet i Karen / Für Harriet und Karen

Oto zdjęcia zrobione w zeszłym tygodniu na słynnej Böttcherstraße w Bremie, obiekty raczej przyziemne, wystawy sklepowe i okna. Jest styczeń i jest wcześnie rano, nikogo nie ma, nie tylko turystów nie ma, po prostu nikogo, jeden bezdomny i ja, chodzimy, patrzymy.

boettcherstr (1)x Wejście na Böttcherstraße.  Lichtbringer / Nosiciel światła. Relief Bernharda Hoetgera.

Aus Wikipedia: Die Böttcherstraße ist eine etwa 100 m lange Straße in der Bremer Altstadt, die aufgrund ihrer Architektur zu den Kulturdenkmalen und Touristenattraktionen in Bremen zählt. Die meisten Gebäude sind in der Zeit von 1922 bis 1931 entstanden und hauptsächlich Ludwig Roselius, einem Bremer Kaffeekaufmann, zu verdanken, der Bernhard Hoetger damit beauftragte, die künstlerische Gestaltung zu übernehmen. Die Straße und ihre Gebäude sind ein seltenes Beispiel für die Architektur des Expressionismus. Von den Häusern können mehrere dem Stil des Backsteinexpressionismus zugeordnet werden. Die Böttcherstraße steht seit 1973 als Gesamtanlage unter Denkmalschutz.

boettcherstr (2)x1Böttcherstraße znajduje się na starym mieście w Bremie. Ta stumetrowa uliczka została przebudowana i zabudowana w latach 20 i 30 w stylu ekspresjonizmu niemieckiego (tzw. ekspresjonizm ceglany) na zlecenie zamożnego kupca handlującego kawą i mecenasa sztuki, Ludwiga Roseliusa. Autorem koncepcji urbanistyczno-artystycznej był Bernhard Hoetger. W roku 1973 Böttcherstraße została wpisana na listę zabytków.

Wystawy sklepowe na Böttcherstraße proponują nowatorskie rozwiązania jeśli chodzi o styl życia. A więc – jak się mamy ubierać w roku 2015?

boettcherstr (9)x4Prostota. Niewątpliwie.

Wystrój naszych mieszkań w Berlinie jest pełen kiczu typowego dla modnej dzielnicy Friedrichshain. Berlińskie rokoko jest pełne ozdóbek. Tymczasem w Bremie w witrynach sklepowych królują wyroby rękodzielnicze, których nie wyprodukowano dla nas w Chinach…

boettcherstr (4)x6Klasyczna elegancja z czasów fundatora. Tu sklep z herbatą fryzyjską.

boettcherstr (6)x9Prostota designu z lat 50.

boettcherstr (7)x5Pamięć o czasach świetności.

boettcherstr (13)x8I niespodzianki. Sklepy były zamknięte. Nie wiem, czy można te ryby kupić. Ale na ulicy na pewno robią wrażenie.

boettcherstr (19)x3Tyle od waszej korespondentki z chłodnych miast Północy. Prosta spódniczka, sweterek z golfikiem i, gdy pada deszcz – koniecznie lampa nad głową:

boettcherstr (3)x7

Droga do Santiago de Compostela. Cacabelos

Ewa Maria Slaska

Były święta. Od ponad miesiąca nie pojawiała się tu droga do Santiago de Compostela. Zakończyliśmy ją 27 września 2007 roku w pięknej wiosce El Acebo, gdzie wszystkie domy mają czarne dachy z łupku.

Wieczorem wspólnie gotujemy zupę. Z punktu widzenia wegetarianki ta zupa to jakiś potwór pełen mięsa, kiełbasy i tłuszczu, jednakże z punktu widzenia pielgrzymki to wspaniały cud wspólnoty w Drodze.

Hospitaleros grają na gitarze i śpiewają. Jeden maluje akwarele. Dostaję japonki i książkę do czytania. Rano nie wolno wstać przed 7, budzi nas muzyka, myjemy się i wspólnie zjadamy śniadanie.

28 września

Po drodze znaki: Uwaga jelenie! Uwaga pielgrzymi! Przede mną 31 kilometrów, ale gdy docieram
na miejsce, wszyscy pielgrzymi,
którzy wczoraj ze mną nocowali
w El Acebo, już tam są. Jak się tu dostali? No dobrze, ja po drodze zwiedzałam wystawę i zamek templariuszy w Ponferrada, ale zajęło mi to najwyżej godzinę, a oni są tu już od dawna, już się przebrali, zdrzemnęli, zjedli i uprali ubrania. Wszystkie sznurki zajęte.
ponferradaCodziennie są szybciej niż ja. Jeżdżą? Pewnie tak. Ale wszyscy?! Po drodze w jednej z wiosek bezdomny pies na drodze skłania mnie do zmiany trasy – dziś nie mam tej średniowiecznej pewności siebie i mijam Brysia z daleka. Wychodzę więc nie na ścieżkę pielgrzymów, lecz na szosę. Niby gorzej, bo daleko od natury, ale za to z szosy są dalekie zachwycające widoki, a ścieżka jest zarośnięta i niewiele z niej widać. Wielkie zielone góry, głębokie doliny zielonych rzek. W dole idzie dzwoniąc dzwonkami wielkie stado owiec.

W Ponferrada oglądam wystawę o Camino – ciekawa, nagromadzili mnóstwo rzeźb, obrazów, ksiąg i przedmiotów religijnych,
skupiając je wokół kilku tematów:

* ostatni okres życia Jezusa, ten, kiedy wędruje w towarzystwie apostołów i wszystkie stacje Męki Pańskiej
* okres od Zmartwychwstania do Zesłania Ducha Świętego
* wizerunki apostołów (w końcu święty Jakub był apostołem)
* inni święci na Camino jak np. święty Roch, ale również ci, z którymi się zetknęłam – Juan Ortega i Domingo Calzada
* Matki Boskie z Camino
* święty Jakub, ile go tylko zdołali znaleźć
* pielgrzymi

Jesteśmy jednym z tematów tej wystawy, ale nikt ze zwiedzających nie jest pielgrzymem. Poznać od razu. Jestem jedyna, która idzie przez namioty wystawowe ciężkim krokiem, w ciężkich buciorach i w ciężkim swetrze. Nawet bez plecaka, który zostawiłam w szatni, zdecydowanie odróżniam się od reszty kulturalnego świata.

Najbardziej podoba mi się chrzcielnica z Boadilla. Kto jednak dojdzie, dlaczego?

Potem jeszcze, i doprawdy też nie wiem dlaczego, zwiedzam ruiny zamku templariuszy, chociaż przecież na Rodos nie takie zamki rycerzy zakonnych widziałam, a i Malbork lepszy od Ponferrady. No, w każdym razie zwiedziłam. Piję kawę. Wychodzę kierując się strzałkami, które ewidentnie prowadzą w złym kierunku. Poznaję po tym, że jest po południu i słońce powinno mnie palić w lewy policzek, a tymczasem wyraźnie muszę nadstawiać prawy. I muszę iść przez jakieś paskudne przemysłowe odłogi. Gdy już zupełnie nie wiem, co teraz i gdzie dalej, bo już wiem, że błąkam się bez sensu, wsiadam do autobusu w przeciwnym kierunku, wracam do centrum i wyjeżdżam na trasę. Gdy wysiadam, słońce świeci z lewej strony czyli świat wrócił do normy. Przede mną wciąż jeszcze miasto, potem las, a potem nagle rozległe obwieszone owocami winnice, gdzie właśnie zaczyna się winobranie. Jakiś zbieracz podchodzi i podaje mi ciężką przejrzystą kiść owoców.

Cacabelos. Dziwne miasto, zupełnie inne niż wszystkie miasta, jakie dotychczas widziałam w Hiszpanii, zbudowane wzdłuż jednej niezwykle długiej ulicy. Jednakowe domy z rzeźbionymi ornamentami i oszklonymi werandami w ogóle nie są hiszpańskie, cokolwiek by to miało oznaczać, przypominają mi raczej Muszynę czy Krynicę Górską. Mam wrażenie, że była to od wieków biedna wioska, która nagle i na krótko na czymś się wzbogaciła, po czym, gdy prosperity minęła, znowu zapadła w prowincjonalny sen. Na czym zrobili pieniądze mieszkańcy Cacabelos? W Krynicy na wodzie, na leczniczych źródłach. A tu może na winie.

Dopiero teraz, gdy to piszę, sprawdzam, co się działo z tym miastem i kiedy (wzbogaciło się w drugiej połowie XIX wieku, rzeczywiście na winie), ale gdy tam realnie jestem, nie mam na to czasu. Przeszłam ponad 30 kilometrów i chcę odpocząć. Trafiam do najdziwniejszego schroniska na trasie – składa się z dwuosobowych kabin z płyty paździerzowej przyklejonych od wewnątrz do muru okalającego kościół. Małe kabiny, normalne łóżka, normalna pościel. Są nawet lampki nocne. Czuję się jak dydko w kościele. No bo kościół też trzeba zwiedzić. Ma stare kamienne mury z XII wieku, ale jego wystrój jest XVII-wieczny. W potwornie grubych murach kapiące od złota barokowe kaplice wyglądają jak nory lub jaskinie smoka, który nagromadził nieprzebrane skarby.

Herbata, internet, lampka wina z Cacabelos. Spać.

Rok 1944 (1)

Opowieść Mirki o roku 1944 jest kontynuacją opowieści, którą opublikowałam w Sylwestra ubiegłego roku.

Mirka

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę. Na pytanie, co znaleźli w domu, pokazali mu album ze zdjęciami Ojca z ćwiczeń wojskowych, torbę sanitarną z bandażami, nic więcej, nie pokazali tego, co ukradli, a była to walizka pełna narzędzi Ojca i innych cennych drobiazgów. W tym momencie kamień spadł nam z serca – nie znaleźli nic z tego, co było sprytnie poukrywane w domu i bardzo nas kompromitujące.

Sprowadzono nas do podziemi, gdzie były tzw. tramwaje, czyli trzy cele, których ścianę od korytarza tworzyła krata i wejście przez nią. W celi były krzesełka ustawione w kilku rzędach i odwrócone tyłem do kraty. Każde z nas zostało wepchnięte do innej celi.

W głowie kłębiły się różne myśli i zupełnie ich nie mogłam uporządkować. Wiedziałam jedno – to jest koniec mojego życia. Co jeszcze przyjdzie przeżyć, zanim to życie się skończy, trudno było przewidzieć, ale nie wyglądało to optymistycznie. Końca życia się nie bałam, bałam się tylko jednego, żebym się nie załamała psychicznie. Wiedziałam dużo, aż za dużo jak na moje lata, i wiedziałam, że każde moje nierozważne słowo może kosztować życie kilku ludzi i to mnie przytłaczało, nie byłam psychicznie przygotowana na taką odpowiedzialność.

Na tych krzesłach przesiedzieliśmy do rana, zresztą nie my jedni, ludzi było dużo i ciągle przywożono nowych. Pilnie słuchałam wymawianych nazwisk, czy nie ma dalszych aresztowań z naszego rejonu, ale na szczęście żadnych znanych ludzi nie przywieziono. Rano wpakowano nas do budy, ale już każde osobno i gdzieś nas wieźli, sądziłam jednak, że nie rozstrzelają nas od razu, że czegoś od nas będą się chcieli dowiedzieć.

Okazało się, że zawieziono nas na Pawiak (stare, jeszcze carskie, wielkie więzienie z oddzielnym więzieniem kobiecym, zwanym Serbią). Staliśmy, dobrze pilnowani, na podwórku więzienia, czekając na coś. Był słoneczny zimny poranek, wokół pustka, bo więzienie stało w centrum zburzonego Getta, cisza i dziwny spokój, który mnie ogarnął. To, czego bałam się przez cały czas pracy konspiracyjnej, wpadka i uwięzienie, właśnie się stało, więc mogę przestać się bać i stąd ten spokój, który był tylko moim udziałem, widziałam na twarzach Rodziców wielki niepokój i troskę w oczach, kiedy patrzyli na mnie. Oczami dawałam im znać, że jestem spokojna i na wszystko gotowa. Powiedzieć im nic nie mogłam, bo rozdzielali nas strażnicy. Nie wiem, jak długo staliśmy tam, po jakimś czasie zabrali Ojca. Pożegnałyśmy go łzami, a nas odprowadzono w drugą stronę, za furtkę, do Serbii.

Po załatwieniu krótkich formalności otwarto drzwi celi, w której siedziało kilka kobiet na siennikach, ułożonych pod ścianą. Weszłyśmy, zatrzasnęły się za nami drzwi, usiadłyśmy na podłodze pod ścianą, bo na siennikach nie było miejsca.

Ciąg dalszy za tydzień

PS od redakcji: scena aresztowania została dokładniej opisana TU.

Reblog: Olesin ciąg dalszy

Artur Czyżewski w Kurier Skruda (online)

Sylwana to obszar ziemi położony mniej więcej w dzisiejszych granicach firmy CHEMA OLESIN, nazwany tak (jak napisała na swoim blogu a wcześniej opowiedziała mi osobiście Pani Ewa Maria Slaska) przez Państwa Lublinerów (jej pradziadków), ówczesnych właścicieli tego terenu około roku 1910.

„…Według tradycji rodzinnej majątek Pradziadków w Olesinie został nazwany Sylwana, co na dokumentach złożonych w archiwum w Otwocku zostało zapisane jako Silvana…”

mapaolesinPan Stanisław Leopold Lubliner (warszawski lekarz) około roku 1910 (może wcześniej) wszedł w spółkę z księdzem Stanisławem Zarembą (budowniczym i pierwszym proboszczem kościoła w Dębem W.) Po zmianie statusu prawnego Królewszczyzny w Dębem Wielkim, kupili wspólnie majątek we wsi Olesin Duży. W 1913 roku spółkę rozwiązali i podzielili się nabytym 3 lata wcześniej majątkiem ustalając odrębne księgi hipoteczne. W wyniku tego podziału obecny obszar zakładów Chema Olesin przeszedł na własność Stanisława Leopolda Lublinera i jego żony Eugenii Lublinerowej. A teren w granicach obecnie istniejącego dworu w Olesinie (nieruchomość Pana mecenasa Puławskiego) na własność ks. Stanisława Zaremby. Ks. Zaremba w 1917 roku odsprzedaje swoją część majątku senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu.

„…Tak czy owak najpierw obaj panowie, mój Pradziadek – lekarz i ksiądz proboszcz, byli współwłaścicielami majątku i dopiero w roku 1913 rozwiązali spółkę i założyli osobne księgi hipoteczne. W roku 1917 ksiądz, już teraz nie wspólnik lecz sąsiad, odsprzedał swoją część senatorowi RP Janowi Zaglenicznemu. Mniej więcej w tym czasie, tuż po Wielkiej Wojnie, Prababcia założyła tu szkołę i zamieszkała na stałe w Olesinie….”

Pani Eugenia Lublinerowa w swojej części majątku w Olesinie (Silvanie) około roku 1915-1917 założyła szkołę z internatem.

„…Sylwana była szkołą z internatem, gdzie mieszkało kilkanaścioro dzieci małozdolnych i niezamożnych, żeby nie powiedzieć – po prostu biednych. Utrzymanie majątku, szkoły i dzieci finansował pradziadek, który był wziętym lekarzem laryngologiem i ftyzjatrą. Dzieci kształcono metodą wprowadzoną w Polsce przez Prababcię i panią Dorotę Zylberową, polegającą na połączeniu prostej nauki szkolnej z nauką czynności manualnych. W szkole byli więc zarówno nauczyciele jak rzemieślnicy, przygotowujący uczniów do wykonywania zawodu (kowal, ślusarz, cieśla)…”

Pani Eugenia Lublinerowa wspólnie z panią Dorotą Zylberową od 1908 roku prowadziły już podobną szkołę w Warszawie. Była to pierwsza w Polsce placówka dydaktyczna dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie.

obozna5-rok1885„…Szkoła powstała w roku 1908 i istniała tylko kilka lat, a mieściła się przy ulicy Oboźnej 5 w bardzo znanej warszawskiej kamienicy. Została ona zbudowana w 1882 roku przez architekta Karola Kozłowskiego na potrzeby Zakładu Wodoleczniczego doktora Wincentego Brodowskiego. Zakład istniał nota bene aż do II wojny światowej. W kamienicy znajdowały się też mieszkania do wynajęcia, a jednym z lokatorów był słynny artysta, rysownik, ilustrator i malarz, ale też bohater Powstania Styczniowego, więzień i katorżnik carski, Michał Elwiro Andriolli. Budynek rozebrano po wojnie, a stojący tu obecnie dom został zbudowany z wykorzystaniem części zachowanych murów. Szkoła, jako się rzekło, istniała zaledwie kilka lat, ale była ważnym kamieniem milowym w historii pedagogiki polskiej – była to bowiem pierwsza taka szkoła na ziemiach polskich. Dodajmy też, że była ona niemal w całości finansowana przez panią Zylberową i Prababcię, bo opłaty za naukę wnosiły tylko rodziny dzieci zamożniejszych, a było ich zaledwie kilkoro…”

Silvana istniała 10-12 lat. W 1929 roku majątek w Olesinie kupiło warszawskie gimnazjum im. Zamoyskiego. Bynajmniej nie jest to koniec historii Sylwany. Na fali zmian w szkolnictwie, wzorując się na pomysłach niemieckich pod koniec lat dwudziestych XX wieku powstają w Polsce OSIEDLA SZKOLNE.

Na zdjęciach – Osiedle Szkolne w Olesinie / zdjęcie 2 – stawy

Jak opisuje broszura wydana w 1933 roku przez Adolfa Rondthalera pod tytułem „Osiedla Szkole w Polsce”:

„…Najlepiej zorganizowana praca wychowawcza szkoły i współdziałanie z nią domu rodzicielskiego nie są w stanie odgrodzić młodzieży od wpływów czynników postronnych. A jest ich co niemiara. Ulica, wystawy sklepowe, krzykliwe afisze, widowiska, modne piosenki, literatura sensacyjna, prasa, brukowa, dezorganizacja w życiu rodziny. Ciasnota mieszkań, brutalne przejawy życia, niefortunnie dobrane towarzystwo, przykład starszych. W wielu wypadkach nawet wielostronna praca społeczna i. t. d. – oto są źródła różnych suggestyj, którym poddaje się młodzież. Wszystkie one oddziaływują na nią, lecz ich wpływ wychowawczy, niestety, jest w wielu wypadkach destrukcyjny. Ale nawet te przejawy kultury, dziedziny nauki, sztuki, techniki, życia społecznego i jego układu, których wartość jest bezwzględnie dodatnia, również nie dają pomyślnych wyników pod względem wychowawczym, jeśli młodzież spotyka się z niemi przedwcześnie, albo zbyt często, Cóż bowiem dobrego może wyniknąć stąd, że dla, młodzieży staną urok i spowszednieją rzeczy, które z istoty swej są przeznaczone na to, by stanowić ucztę duchową dla dojrzałych i należycie przygotowanych, dostarczyć im chwil podniesienia? Zresztą, niezależnie od ich oceny wartościowej, sama już mnogość wrażeń, jakie nasuwa młodzieży życie wielkomiejskie z kalejdoskopijną zmiennością, utrudnia jej skupienie się, popycha do płytkości, powierzchowności, do przesiewania na pozorach, z zaniedbaniem treści głębszej. Wszystko to razem osłabia lub wręcz udaremnia oddziaływanie wychowawcze szkoły na młodzież. Im większe miasto, im bardziej nerwowe i skomplikowane w niem życie, tem trudniejsza w niem praca wychowawcza w codziennych warunkach. A ktokolwiek to rozważy, Wczuje się z łatwością w motywy pedagoga, będącego entuzjastycznym zwolennikiem szkoły średniej na wsi. Jest niepodobieństwem, aby z dusznych murów wielkich miast przenieść na stale wszystkie szkoły w zacisze wsi. Lecz nie jest bynajmniej Fikcją myśl, aby w periodycznych odstępach czasu przenosić do wiejskiego ustronia, część szkoły chociaż na krótki pobyt. Niektóre szkoły powzięły taki pomysł, a dla urzeczywistnienia go stworzyły sobie osiedla na wsi, które niebawem stały się dla nich ważnemi placówkami pomocniczemi w pracy wychowawczej. Ale oderwanie młodzieży na czas krótki od wpływów wielkomiejskich – to tylko jeden szczegół, dotyczący osiedla, a przytem szczegół mniejszej wagi..

Kto się przypatrzy pracy na osiedlu bez uprzedzenia i rozważy nasuwające się tu możliwości, ten musi przyznać, że pod względem wychowawczym, jak i dydaktycznym, osiedle otwiera, rozległe horyzonty. Jeśli tedy słuszne jest żądanie, aby szkoła czemś narastała i wzbogacała swój dorobek pedagogiczny, to powołanie do życia każdego osiedla szkolnego na wsi uważać należy za fakt dodatniej wartości…”

Rozwój osiedli szkolnych nie przybrał w Polsce,takiego rozmachu, jak w Niemczech. Gdzie własne osiedla posiadały nie tylko szkoły średnie w liczbie 149, ale i 102 szkoły powszechne, zawodowe i specjalne.

„…Przyczyną powolnego tempa rozwoju osiedli szkolnych w Polsce jest ciężki kryzys ekonomiczny oraz brak dostatecznej w tym kierunku propagandy. Tą ostatnią okolicznością objaśnić należy niewątpliwe fakt, że ruch w kierunku zakładania osiedli u nas ogranicza się dotychczas prawie wyłącznie do szkolnictwa średniego ogólnokształcącego, w szkolnictwie powszechnem zaś – niestety – zupełnie jeszcze nie zapuścił’ korzeni…”

W styczniu 1933 r, zawiązał się „Zespół szkół posiadających własne osiedla”. Zespół istniał w ścisłej łączności z Pracownią wychowawczą w „Muzeum Oświaty i Wychowania Ministerstwa W. R. i O. P. W 1933 roku w Polsce, 14 szkół posiadało własne Osiedla szkole.

„….Pod względem ilościowym na, pierwsze miejsce wysunęły się szkoły warszawskie, jest ich bowiem 9, prowincjonalnych zaś 5. Z pośród nich jest 6 szkół państwowych, jedno gimnazjum miejskie i 3 prywatnych. W grupie szkół prywatnych są 3 szkoły społeczne, to znaczy będąca własnością zrzeszeń „społecznych. Według płci niewielką przewagę liczebną mają szkoły męskie, jest ich bowiem 7, żeńskich jest 6 i jedna koedukacyjna (Instytut Głuchoniemych i Ociemniałych)….”

W roku 1928 powstały pod Warszawą 4 pierwsze osiedla w Polsce, będące własnością szkół stołecznych:

– gimnazjum Haliny Gepnerówny w Brwinowie

– gimnazjum J. Popielewskiej i J. Roszkowskiej w Nowinkach gminy Jazgarzew, powiatu Grójeckiego [stacja Chojnów),

– gimnazjum T-wa im. Jana Zamoyskiego w Olesinie, gm. Dębe Wielkie, pow. Mińsk-Mazowiecki, (stacja Dębe Wielkie)

– gimnazjum im. M. Reya Zboru Ewangelicko – Augsburgskiego w Chojnowie, skąd po roku przeniesione zostało do wsi Banioszka, gmina i stacja Kąty pod Górą Kalwarią, gdzie otrzymało nazwę Rejówka.

W roku 1929 otwarte zostało osiedle I gimnazjum miejskiego im. jenerała Sowińskiego Magistratu m. st. Warszawy w Mieni, przy stacji kolejowej tejże nazwy, w powiecie Mińsko-Mazowieckim. W roku następnym powstało w Olsztynie, pow. Częstochowskiego, osiedle żeńskiego gimnazjum państwowego im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie, którego punkt ciężkości stanowi kolonia odpoczynkowa i półkolonie. W roku 1931 zostały uruchomione 3 osiedla: w Kasinie Wielkiej, pow. Limanowa. województwa Krakowskiego – osiedle Państwowe, Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Józefy Joteyko w Krakowie. W Pamiątce, gminy Konie, pow. Grójeckiego – męskiego gimnazjum pod wezwaniem św. Wojciecha, w Warszawie, oraz w Rząsce pod Krakowem – żeńskiego gimnazjum im. H. Kaplińskiej (Mari Trąmpczyńskiej) w Krakowie. W roku 1932 miało miejsce otwarcie dwóch Osiedli szkół państwowych warszawskich. W Świdrze – gimnazjum żeńskiego im. Marii Konopnickiej i Mogielnicy osiedla Belweder gimnazjum im. Króla Władysława IV.

Gimnazjum im Jana Zamoyskiego poprzez zakup Sylwany weszło do elitarnej grupy polskich szkół posiadających własne Osiedle szkolne.

„…Osiedle szkoły im. J. Zamoyskiego posiada najwięcej gruntu: teren jego wynosi 17 hektarów z okładem, w tem 7 ha

lasu, łąki 2 ha, 6 stawów o powierzchni łącznej 6800 m2, roli 4 ha, ogrodów 1 ha itd……Największy ogród jest w Olesinie, a drzew owocowych jest w nim ponad 400. ………w Olesinie, inwentarz żywy waha się od 1 do 4 koni, tyluż krów….”

Gimnazjum kupiło Sylwanę za 295 000 zł.

Koszty utrzymania i cele:
„…Najbardziej liczny personel administracyjny, składający się z 8 osób, mają osiedla w Olesinie, Mogielnicy i Mieni. W pierwszych 2 wypadkach pochodzi to stąd, że parę osób z tego personelu pracuje na roli, …..Własnych ogrodników mają 4 osiedla, Na czele 3 osiedli stoi mężczyzna, w innych – kobieta, w 4 osiedlach. Z własnych produktów rolnych korzystają osiedla w Kasinie i w Olesinie….. Opłaty, pobierane za pobyt młodzieży, wahają się przeważnie w granicach od 3 do 4 zł. dziennie….. Środki, jakiemi rozporządza opieka rodzicielska, wystarczają na pokrywanie niedoboru w 7 wypadkach. W gimnazjum im. Zamoyskiego w latach 1931/32 niedobór roczny wyniósł przeszło 30.000 zł… Do niektórych osiedli przyjeżdża jednego dnia dwóch nauczycieli, co pozwala na urządzenie dwugodzinnych lekcyj z 2 przedmiotów, poczem jeszcze 2 godzin przeznacza się na pracę dodatkową. W niektórych osiedlach młodzież ma od 2 do 5 godzin lekcyj z nauczycielem, zależnie od różnych okoliczności…. I tu zaczyna się rola historyka na osiedlu, Pola bitew 1830 r„ krzyże nad grobami powstańców 1863 r., cmentarze wojskowe nowszego pochodzenia, rowy strzeleckie z czasów wielkiej wojny, ….. obfitujące w pamiątki, nagrobki, zażydzone nędzne miasteczka, których nazwy zapisane zostały kiedyś na kartach dziejów, dają liczne sposobności do nawiązania lekcji i do aktualizacji,…… utrwali im się w pamięci stokroć głębiej niż przeciętnej innej lekcji w zwykłych warunkach szkolnych. A wyjaśnienia otrzymane w Magistracie o samorządzie miasteczka, lub w urzędzie gminnym – o samorządzie wiejskim ułatwiają zrozumienie teraźniejszości, nasuwania, myśl o przyszłości, do której nas rozwój samorządów prowadzi wraz z postępem kultury, rozwojem świadomości obywatelskiej oraz kultu poczucia obowiązków względem państwa……. Nauczyciele kilku szkół “powiadają się o pracy dydaktycznej na osiedlu z entuzjazmem, zaznaczając, że materiału bierze się na godzinę lekcyjną – dwa razy więcej niż w szkole, a treść lekcji jest bardziej pogłębiona, Uczniowie uczą się bowiem na osiedlu o wiele chętniej niż w Warszawie i biorą czynny udział w dyskusjach lekcyjnych z wielką łatwością, nie wykazując skrępowania, które jest tak pospolite w szkole. Słabi uczniowie mają sposobność uzupełnienia braków ze względu na łatwość uzyskania pomocy ze strony kolegów lub nauczyciela. Nauczyciel ma możność obserwowania sposobów opracowania lekcyj przez młodzież, …… Po powrocie z osiedla młodzież oddaje się pracy szkolnej z większem natężeniem sił, jest bowiem nieco wypoczęta i pozostaje pod wpływem dobroczynnego odprężenia nerwów!…”

Cele dydaktyczne:

„…..określonych obowiązków, posługiwanie przy stole, pomoc w kuchni lub gospodarstwie albo ogrodzie, utrzymanie porządku w poszczególnych pomieszczeniach, staranie o zachowanie czystości osobistej oraz dokoła siebie, nadzór nad tem, aby, łóżka były zasłane i ubrania ułożone „w kostkę”, aby wyczyszczone obuwie było ustawione w równe rzędy, a czapki ułożone w równe szeregi, opieka nad księgozbiorem, ekspedycja i odbiór poczty, pisanie kroniki, notowania meteorologiczne, utrzymanie w porządku sprzętu sportowego, narzędzi i przyborów, gier i czasopism, nut, opieka nad radioaparatem, czasem nawet układanie regulaminu dziennego, rozkładu pracy na cały dzień lub tydzień, a w jednem osiedlu prowadzenie rachunkowości osiedla przez seminarzystki, ….. Obok zasad samorządowych metody wychowawcze, stosowane na osiedlu, cechują również pierwiastki, zaczerpnięte z harcerstwa i życia obozowego młodzieży. Więc młodzież dzieli się na zastępy albo dziesiątki, odbywa się śpiewana modlitwa poranna i wieczorna, rano ma miejsce uroczyste podnoszenie, a wieczorem opuszczanie sztandaru i proporczyka klasowego oraz oddawanie im na komendę honorów przez ustawioną w dwuszeregu młodzież, …. „

Sport:

„….Olesinie jest boisko 4.800 metrów, kwadratowych, …..strzelnice 50 metrów długości dla broni małokalibrowej posiada Olesin,….Łucznictwo jest uprawiane w jednem osiedlu żeńskiem i paru męskich. Prawidłowy tor łuczny posiada jednak tylko Olesin. Sport pływacki umożliwiają w 3 osiedlach stawy, ….. Oszczepy, dyski, piłki, siatki, łuki, krokiet. różnorodny sprzęt sportowy i lekkoatletyczny znajdujemy na osiedlach w różnej ilości, Najbogaciej jest pod tym względem zaopatrzony Olesin…..”

Czas wolny:

„…..na osiedlu młodzież spędza na grach i zabawach sportowych, towarzyskich (warcaby, szachy itp.), na tańcach, słuchaniu radia lub patefonu, na grze fortepianowej lub innych produkcjach muzycznych, są też urządzane małe przedstawienia, improwizowane pokazy, wyświetlanie przezroczy, wspólne lub indywidualne czytanie, przeglądanie ilustracyj, roboty dla przyozdobienia osiedla. Na widowiska tego rodzaju i obchody zaprasza się tu i owdzie sąsiedztwo. młodzież wiejską. Służy do tego świetlica, ….o wycieczkach i spacerach nie potrzeba wspominać,….Dosyć ważnym czynnikiem wychowawczym jest organizacja wieczorów na osiedlu. Mamy na myśli część wieczoru po zakończeniu zajęć obowiązkowych, Świetlica z księgozbiorem, czasopismami, aparatem radiowym i kompletami do gier towarzyskich – nie zawsze wystarczy, aby się chłopcy nie nudzili. Pożyteczne okazały się umiejętnie i interesująco-dla młodzieży przeprowadzane pogadanki, dotyczące życia na osiedlu, z tendencją wychowawczą…. Resztę wieczoru przeznacza się na gawędę, tu i owdzie odbywającą się przy ognisku na wolnem powietrzu, albo przy kominku…”

Satysfakcja:

„…Młodzież lubi osiedle i ustosunkowuje się do niego życzliwie. Chłopcy i dziewczęta mówią 0 osiedlu – zwłaszcza w klasach młodszych-z zachwytem i entuzjazmem, oczekują z tęsknotą dnia wyjazdu, który jest dla nich dniem radości. U starszej młodzieży zapał dla osiedla ujawnia się w sposób bardziej spokojny, rozpieszczone jednostki starają się czasem pod różnemi pozorami wymówić od wyjazdu, aby się uchylić od rygoru, bądź od pracy fizycznej. Starsze dziewczynki mówią niekiedy, że osiedle powoduje ociężałość umysłową. Szkoła domyśla się w tem tęsknoty za rozrywkami miasta, Starsi uczniowie zdradzają niekiedy pewną skłonność do bagatelizowania zarządzeń charakteru obozowego….” Przed paru laty na zjeździe przedstawicieli szkół niemieckich, posiadających własne osiedla (z okazji wystawy higienicznej w Dreźnie), nauczyciele stwierdzali, że nie wyobrażają już sobie pracy wychowawczej bez pomocy osiedla. Istotnie, osiedle znakomicie pracę wychowawcy pogłębia i sublimuje zarazem, oraz czyni ją bardziej owocną. Parę lat działalności osiedla może spowodować, że w szkole umilkną pewne zgrzyty,…….nastawienie jej życia, nastrój uczniów i nauczycieli staną się inne, bardziej pogodne, Osiedle wpływa korzystnie na zmianę oblicza indywidualnego szkoły. Jedna z dyrektorek zaznacza, że zetknięcie się uczennic z ludnością wiejską dało również wyniki dodatnie, młodzież miejska poznała nędzę na wsi, przekonała się, że może ją łagodzić przy pewnym ze swej strony wysiłku, a stąd powstało poczucie siły własnej i otworzyło się źródło radości….”

Osiedle szkole gimnazjum im Jana Zamoyskiego, podobnie jak jej poprzedniczka – szkoła z internatem Pani Eugenii Lublinerowej – były na ówczesne czasy przedsięwzięciami nowoczesnymi, prekursorskimi. Patrząc dziś na wieś Olesin, aż nieprawdopodobne, że dwie tak niezwykłe inwestycje (a właściwie więcej niż dwie – o tym w następnych odsłonach naszej opowieści) zlokalizowane były w tej maleńkiej miejscowości. Dziwi również fakt, że żadna z tych nowoczesnych aktywności nie wpłynęła na dalszy dynamiczny rozwój Olesina. Osiedle Szkolne zakończyło swoją działalność na terenie Sylwany w 1937 roku. Prawdopodobnie z tych samych przyczyn co istniejąca wcześniej szkoła Pani Lublinerowej, osiedle zostało sprzedane. Przełom lat 1929-1939 to szalejący na świecie kryzys gospodarczy.

Świnka

Jednak to Dorota napisała ostatni tekst świąteczno-noworoczny.

Dorota Cygan

Tekst dedykowany koleżance spod znaku Panny na progu odkochania

Nie wiem ile razy, ale niemało, ktoś mi właśnie u progu nowego roku życzył szczęścia. Viel Schwein – tego też w repertuarze rzecz jasna zabraknąć nie mogło, a jakże. Kreatywny dom towarowy Karstadt nawet oferuje szeroką paletę świnek: Luxusschwein, Arme Sau, Notgroschenschwein, Kapitalistenschwein, Schwarzgeldschwein – chodzi, jak łatwo się domyślić, o świnki-skarbonki. Mogłabym podrzucić Karstadtowi prawdziwy hit kasowy, przydatny dla wszystkich, mianowicie Knüllchenschwein, czyli skarbonkę na mandaty. Ale obawiam się, że łatwy sukces zbyt nagle napełniłby moją skarbonkę, a to rozpieszcza. Swoją (dostaną na przełomie roku) symboliczną świnkę wolę więc podać dalej tej czy owej pannie chlipiącej po kątach, która jej wyraźnie potrzebuje (zakładam, że to margines, większość jest szczęśliwa). Może się okaże przydatna na cięższe czasy. Uczuciowo ciężkie – gdy kolejny TEN facet się nie sprawdził, poszedł sobie lub niech lepiej sobie pójdzie – i trzeba w emocjonalnej zimie, na przednówku nowych uczuć przetrwać co najgorsze, sięgając po zapasy emocji pozytywnych z minionego lata. Oto moja dla Was, babeczki, świnka-skarbonka-uczuć na takie chwile w wielce obiecującym roku 2015.

swinkanoworocznaOdautorska propozycja podpisu: “Schwein na czatach: Powstanie tekst przed północą czy nie? Powstanie, nie wiem tylko, czy to Ewy szczęście czy moje…” A ja (EMS) dodam, że to przede wszystkim piękny noworoczny prezent dla wielbicielek kunsztu Doroty w zakresie splatania słów. I uwaga nr 2: wpis był gotowy na 10 minut przed północą!

swinkanoworoczna2Bierzcie ją do ręki jak coś, co się Wam należy. Potrząsajcie z zadowoleniem – jednak coś w niej jest, sporo zdołało się uzbierać. Przemieszawszy starannie weźcie do reki nóż, ale nie szlachtujcie biednej świni jednym ruchem. Powolutku, precyzyjnie wyławiajcie z niej tylko pojedyncze uczucia, nigdy więcej niż jedno na raz. Nie gardźcie drobnymi – one też mają swój urok („ale pięknie wyglądałaś w tej letniej sukience”, „ten różowy szal takie Ci rzucał światło na twarz”, „jak wtedy na Ciebie czekałem na dworcu, zdawało mi się, że pociągi się do mnie uśmiechają” itp.), przyjmujcie drobne z równym szacunkiem co grubsze nominały („jesteś najczulszą kochanką na świecie”, „bez Ciebie życie byłoby blade i mdłe”, „żadna tak nie potrafi się kręcić na parkiecie”). Pamiętajcie: nie tłuczcie świnki pod wpływem nagłego impulsu – takie odruchy drogo kosztują, podobnie jak nieumiarkowanie w wyławianiu dawnych komplementów i głaskań. Bądźcie oszczędne, rok się dopiero zaczął, a mogą przyjść tęgie mrozy. Obracajcie w ręce każde wspomnienie kilka razy, zanim się go pozbędziecie. Musicie opanować ekonomię uczuć. Wyciągając sprytnie (choćby szydełkiem) banknot po banknocie, pamiętajcie, żeby cokolwiek jednak włożyć tam z powrotem, jakiś aktualniejszy bonus lub nawet słabo oprocentowany wkład („lubię się z Tobą śmiać”, „parzysz najlepszą herbatę na świecie”). Zbierajcie skrzętnie każdy okruch uznania, podziwu i sympatii, nawet te o pozornie niewielkim ciężarze symbolicznym. Wywołujcie je na glos, słuchajcie echa i czekajcie. Bądźcie pannami roztropnymi.

Unser Fest

Aśka & Renka

Auf der Flucht vor Weihnachten hat Aśka (to nie ja, Joasia, to TA KATASTROFA AŚKA!!!) das wichtigste vergessen…

…um doch noch zu erzählen, wie Aśka und Renka den 24. Dezember verbracht haben, schickt Joasia UNSER FEST, als email, als doc, als odt, als pdf, und mit Foto noch dazu… (aber erst am 26. Dezember, als alle Tage schon von anderen Autoren belegt sind – Anm. EMS)

…und im sinne dieser christianischen Vergebung, wo Jesus heute doch 2 Tage alt ist, vergeben wir auch dieser Aśka? (unter uns gesagt ist Jesus schon nicht nur 11 Tage alt, sondern auch schon beschnitten, was die Kirche am Neujahr gefeiert hatte. Aber die Geschichte ist auch mit Verspätung schön und amüsant. Mit ihr geht unser Christmas-Zyklus vorerst zu Ende, es sei denn auch Dorota noch etwas schreibt. – Anm. EMS)

UNSER FEST

RENKA:        Na weil das war so: Aśka kommt nach Hause und schreit:

AŚKA:           „Du, Renka, Rachela, meine alte Mutter, ist einfach abgehaun nach Israel, und hat uns n Hunderter dagelassen, und an der Klagemauer betet sie jetzt, und die denkt noch, dass du hier so n Weihnachten für alle machst, nicht nur für deine Familie, sondern für meine dazu, weil du doch immer alles machst.“

Und RENKA leuchten die Augen:

RENKA:        Jesus, ein ganzer Hunderter in einem Stück, das hab ich seit ich lebe in diesem deutschen Lande, auf Augen nicht gesehen. Das ist doch ein Wunder, das grösste Wunder der Welt. Guck, der Hunderter ist grün! Und das hab ich nicht gewusst.

AŚKA:            Auf einmal wird Renka weiss wie die Wand, weil jetzt muss sie doch machen diese 13 Gerichte, so wie normal man das in der Heimat macht, zu Weihnachten

RENKA:        das ist doch Gottes Geburt und nicht irgend ein Furz.

AŚKA:            Weil Renka, die ist vom Dorf, wo die noch haben heilige Bilder auf allen Wänden, sogar im Flur hinter der Tür

RENKA:        und nur weil wir hier leben entschuldigt nicht, dass es keine 13 Gerichte gibt. Das ist doch ein Muss, weil als ich 12 war, da hab ich den Papst getroffen, live, als er damals in Polen war, und er, normal, hat mich auf die Stirn geküsst. Und meine Mutter hat mir verboten, die ganze Woche, diese Stirn zu waschen und alle wollten mich anfassen.

AŚKA:            Ee, Renka, lass locker, wir sind doch hier in diesem deutschen Lande, hier glaubt doch niemand an Gott, und an diesen dein Papst, an den glaubt hier nicht mal der hinkende Hund.

RENKA:        Du Aśka, lieber lästerst du nicht, sonst wächst dir ein Herpes auf der Zunge, du weißt doch nicht mal, wie er hieß, unser Papst, der hieß nämlich doch Karol Wojtyła, und sogar Du Aśka, du bist doch Polin, und denkst, der hieß mit Vornamen Johannes und mit Nachnamen Paul.

AŚKA:            Und Renka denkt schwer nach:

RENKA:        Aber Aśka, irgendwie Recht hast du, hier glaubt doch niemand an Gott.

AŚKA:           Und Renka fällt ein, die hat sich mal verlaufen, auf eine deutsche Messe.

RENKA:        Und dort standen drei Leute, in dieser riesigen Kirche, und singen konnte keiner davon. Und wie die mich hier jeden Tag beschimpfen als Katholikin, ständig muss ich ihnen beglaubigen, dass ich normal bin. Und wenn ich mich hübsch anziehe, weil ich in die Kirche gehe, fragen sie mich, ob ich heute Geburtstag hab.

AŚKA:            Und Renka nervt sich maximal:

RENKA:        Die sollen mich doch küssen, du weißt schon wo, und wenn ich diese 13 Gerichte mache, lachen die mich noch aus. Und daraufhin trifft Aśka ein Blitz der Erleuchtung:

AŚKA:            Hör zu, machen wir doch einfach ein jüdisches Fest, weil meine jüdische Familie die kommt bestimmt, und wenn wir nicht befriedigen die koschere Fraktion, kommt noch so n Dibbuk in uns, oder schlimmer… nimmt uns Rachela diesen wunderschön grünen Hunderter zurück.

RENKA:        Du Aśka, das hau du dir mit einem Gummihammer aus deinem Kopf, das ist doch Jesus Geburt, und wer war für die Juden Jesus? Na, normal, ein Betrüger. Und ausserdem, Aśka, sieh die Sache rational: so n Hunderter, der reicht nur für n Aldi, und nicht für so n koscheres Geschäft. Und Aśka verschluckt sich fast:

AŚKA:            Die Rachela lässt uns hier mit diesem einsamen Hunderter zurück und selber fliegt sie nach Israel? Soll die sich doch selber machen ihr koscheres Fest! SIE hat doch den orthodoxen Menopausentick, dass ihr unbeschnitten kommt keiner ins Haus. Und sieht sie ein Doppel-s, und im Deutschen gibt’s viel davon, die ganze Zeit denkt sie an die SS.

RENKA:        Und wir werden ganz trübsinnig und unsere Köpfe lassen sich hängen, weil gleich kommen diese unsere Gäste,

AŚKA            und was, sollen sie diesen grünen Hunderter essen?

RENKA:        Und aufeinmal springt Aśka fast unter die Decke:

AŚKA:            Du, Renka, ich hab, normal, eine Idee, aber welche: machen wir es so wie in diesem deutschen Land, im Sinne dieser ihrer Integration!

RENKA:        Was? Kaufen, kaufen, sich vollfressen und sich verstreiten, und dann noch so tun, als wäre alles Wunderglück – oh nein, mit mir nicht.

AŚKA:            Du Renka, Recht hast du, aber leise, unsere Wände haben doch Löcher, und wenn die hier dich hören, geben die mir nie Hartz IV.

RENKA:        Und in der Damaschkestrasse 24, verliert das Leben seinen Sinn,

AŚKA:            und beide wollen wir sterben,

RENKA:        und zwar sofort.

AŚKA:           Komm Renka, wir machen kein Fest, wir gehen schlafen, und wenn sie an die Tür klingeln, machen wir nicht auf, als wären wir in Polen oder tot.

Und Renka wird noch untröstlicher:

RENKA:        Und was? Sollen wir Rachela geben diesen wunder-grünen Hunderter zurück?

AŚKA:            Oh nein, nur über unsere Leichen. Weil wann sehen wir wieder so n grünen Hunderter in einem Stück?

RENKA:        Und plötzlich klingelt es an der Tür und schon kommen die Gäste:

AŚKA:            unser Moslem aus Bosnien, aufgebrezelt wie zum Impfen,

RENKA:        im Anzügchen a la Broz Tito, diesem Parteibonzen von den Jugos.

AŚKA:            Und dann, zum Ausgleich, der israelische Soldat,

RENKA:        voll und so schwankend, als geben die in dieser israelischen Armee zu enge Schuhe aus.

AŚKA:            Gleich danach, die langweiligeren Gäste, fünf nicht praktizierende Katholiken,

RENKA:        fett eingeflogen, total high, direkt aus Amsterdam.

AŚKA:            Und zum Ausgleich, dank Rachela, der angenähte Onkel Abraham,

RENKA:        wo Aśka den nie auf Augen gesehen hat.

AŚKA:            Und in dieser unserer Bude in der Damaschke 24, wurden plötzlich fünf Sprachen gesprochen,

RENKA:        normal, der Babelturm,

AŚKA:            nur ist nichts schlimmes daraus erwachsen.

RENKA:        Weil  wir habens noch mit dem Hunderter ins Aldi geschafft, und Renka hat schnell noch 200 Pieroggis geklebt

AŚKA:         und niemand hatte so tolle Weihnachten,

RENKA:     die besten in der Welt 

weihnachten bei renka und askaUnd sogar hat sich herausgestellt, was koscher ist: die Giraffe, ja, aber das Zebra schon nicht mehr, weil es Hufen hat.

Heilige Drei Könige

Ewa Maria Slaska

Dreikönigstagsnachtsgeschichte frei nach Shakespeare

– Schönes Kleid, sagt ein Mann und setzt sich zu ihr. Es ist 2 Uhr nachts, sie sitzt in der Roten Rose und hat ein langes rotes Kleid an. Sie trinkt Tee aus einem Glas.
– Ach, sagt sie.
– Bist du vom Theater, oder was? Wer bist du eigentlich? bohrt der Mann. Ich habe dich noch nie hier gesehen. Und hier kommen immer dieselben Menschen.
– Ich kann nicht schlafen, dann wandere ich.
– Nachts? Allein?
– Weißt du, es stört meistens nachts, dass man nicht schlafen kann. Am Tag gilt es als OK. Und meistens ist man dann alleine, weil sonst es nicht so tragisch wäre.
– Und wieso bist du so angezogen?
– Weil… Ach, es ist zu viel, um ihm das alles zu erzählen. Weil ich auf dem Jakobsweg war. Und weil heute der Dreikönigstag ist.
– Ich sehe keinen Zusammenhang.
– Macht nichts. Kein Mensch hätte ihn gesehen.

helgairudaEs sind so viele Sachen in diesem einem Satz. Der Jakobsweg, Shakespeare, drei Könige, rotes Kleid für Hochzeit, weißes für Tod, eine Gewittertochter, eine Prinzessin, ein Mönch, eine Fantasy-Erzählung und eine griechische Tragödie, sieben Selbstmorde, alle für Katz, ein Sohn, eine Nichte, eine geheimnisvolle Mutter, Rotkäppchen, Verkleidung. Verkleidung als Lebensentwurf… Masken tragen, sich verstecken…

– Alles ist nur deshalb, dass wenn ich an Jakobsweg denke, bin ich eine mittelalterliche Prinzessin aus Schlesien, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht.

Der Mann schaut sie schweigend an.

– Sorry, sagt er, geht zur Bar und bestellt sich einen großen Wodka auf Eis. Er trinkt ihn in einem Schluck auf Ex und sagt: – Na dann, jetzt erzähle…
– Viel zu erzählen, schon alleine die Auflistung macht müde, aber im Endeffekt nur Karneval, weil letztlich folgenlos, sagt sie. Das Leben ist so wie es ist, voll von Tragik, die sich als Komödie gibt. Langweilig und macht müde.

Sie sitzt in ihrem roten Kleid und zupft an den langen Ärmeln ihres Kleids, die bis zum Boden reichen.

– Erzähl trotzdem. Was zum Trinken, bevor du beginnst?
– Tee, bitte. Schwarzen.

okoJetzt erzählt sie.

– Ich bin eine Schriftstellerin. Das ist wichtig zu wissen, weil vielleicht du keinen meiner Worte glauben sollst. Die Geschichte habe ich vor 25 Jahren gelesen. Die Geschichte von einer mittelalterlichen Prinzessin, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht. Sie ist nicht wahr, es ist eine historische Fantasy, von einer alten polnischen Schriftstellerin geschrieben. Trotzdem ist sie der Grund, weshalb auch ich nach Santiago gegangen bin. Sie ist nicht wahr, aber möglich, auch aus Polen gingen im Mittelalter Leute nach Santiago. In Allenstein stand im Regionalmuseum eine kleine hölzerne Figur eines Mönches mit der Jakobsmuschel. Stand, jetzt steht sie nicht mehr. Die Gestalt war grob geschnitten, sehr einfach, plump. Ein Werk eines einfachen Dorfschnitzers, das bezeugt, dass im 11. Jahrhundert Jemand aus dieser Wildnis bis nach Ende Spaniens gegangen ist. Und zurück.
Ich habe es mir immer vorgestellt, ich sei eine Prinzessin, so wie die Mädchen es halt tun. Als ich die Erzählung gelesen habe, war ich schon erwachsen, die Prinzessin habe ich vergessen, aber in diesem Buch kam sie zurück. Diese Autorin, sie heißt übrigens Jadwiga Żylińska, hat mich und meine Fantasien beschrieben. Ich bin diese Prinzessin, die in Begleitung eines Mönches aus Schlesien ausbricht und nach Santiago und Finisterre gelangt. Zuerst im roten Kleid, so wie es sich für eine Prinzessin ziemt, später als Junge verkleidet. Wie die Viola in der Shakespeares Komödie, Dreikönigstag oder Was ihr wollt. Dreikönigstag ist die zwölfte Nacht nach Weihnachten. Eine bizarre Nacht, wann alles passieren kann, denn im elisabethanischen England wurde die Welt am Tag zwölf nach Weihnachten auf den Kopf gestellt: Parodistische Prozessionen, Saufgelage und krudes Treiben ließen das Volk an Symbolen der Macht spielerisch teilhaben. Der Karneval als soziales Ventil und als uraltes, heidnisches Ritual. In Griechenland wirft man am Tag der Drei Könige Gold ins Meer. Die Männer springen dann ins Wasser und suchen das Gold.
– Kalt.
– Freilich, aber nicht so kalt, wie wir es um diese Zeit gewöhnt sind. Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten auf der Insel Rhodos. Am Tag der Drei Könige ist auf der Insel schon Frühling. Also, die Männer springen ins Wasser und versuchen, das Gold zu holen. Das bringt Glück. Dieses Jahr, als ich dort war, sind im Meer drei Männer ertrunken. Alle drei waren Ärzte. Stell dir vor!
– Bedeutet es was?
– Im Allgemeinen oder für mich?
– Oje, so ernst… Für dich.
– Für mich ging es um einen Mann. Am Dreikönigstag flog ich zurück nach Berlin, um seinen Geburtstag zu feiern. Dies über drei Ärzte habe ich von der jungen Pastorin erfahren, Julia. Sie war sehr aufgeregt, weil es ihr sehr symbolisch zu sein schien.
– War es?
– Sicher. Die drei Könige aus der Bibel waren keine Könige, sondern Magier. In den archaischen Kulturen waren Magier sowohl Vermittler zwischen Gott und den Menschen, als auch Heilmänner. Also Ärzte. So wie die Hexen auch Hebammen waren. Es scheint, als ob die Drei Könige an diesem Tag vor zehn Jahren gestorben sind. Erst jetzt? Vielleicht lebten sie und schlugen sich durch die Jahrhunderte, irgendwie, irgendwo und jetzt sind sie gestorben. Oder ganz umgekehrt. Vielleicht müssen jedes Jahr drei Könige sterben, damit die Welt weiter existiert.
– Mister Aufziehvogel?
– Wieder umgekehrt. Murakami nahm die Idee vom Aufziehvogel aus dem heidnischen Glauben. Fast überall auf der Welt muss einmal jährlich oder einmal zu jedem Vollmond, oder einmal zu Sonnenwenden oder einmal zu der Tag-und-Nacht-Gleiche etwas getan werden, damit die Welt richtig funktioniert. Bist du religiös?
– Nee, nicht richtig.
– Das heißt also, du lässt jetzt die Religion links liegen, aber wurdest katholisch oder evangelisch erzogen, oder?
– Katholisch. Ich bin aus Bayern.
– Na dann, kennst du es auch. Einmal im Jahr zum Frühlingsanfang beichten. Ein neuer Mensch werden. Blütenweiß, sauber. Frühlingsputz. Zur Pessah reinigen die Juden die ganze Wohnung. Früher war das einmalige Tun sehr oft blutig. Oder sexuell. Oder beides. Es wurden Menschen oder Tiere geopfert. Drei Ärzte, die im Meer ertrunken sind. So was war vorher durchaus gang und gäbe. In unseren Zeiten wurde das de-ritualisiert und dadurch unwichtig. Das kann sich rächen. Das sind objektive Tatsachen und es kann immer eine Strafe für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen geben.
– Komm, bitte, zurück. Also am Tag der Drei Könige 2004 sind auf der griechischen Insel Rhodos drei Ärzte im Meer ertrunken, als sie dabei waren, bewusst oder unbewusst, den alten heidnischen Ritual durchzuziehen, nämlich das Gold aus dem Wasser zu holen, um der Welt noch ein Jahr Existenz zu bewahren. Habe ich es richtig zusammengefasst?
– Klug klug klug, Mister Aufziehvogel. Weißt du, mit dem Aufziehvogel passierte mir Mal so eine Geschichte. Fast am Ende des Romans gibt es so einen Kapitel – Töri Okada also Mister Aufziehvogel sitzt in seinem Brunnen und zugleich ist er in einem Hotel, wo sich vielleicht seine verschwundene Ehefrau befindet. Im Brunnen ist es sowieso stockdunkel, im Hotel erlischt plötzlich das Licht. Ich las gerade diese Stelle als das Licht in meiner Wohnung erlosch. Es war aber keine gewöhnliche Sicherungspanne, sondern eine Elektro-Havarie. Im ganzen Bergmann-Kiez und Umgebung ist plötzlich stockdunkel geworden. Erst nach zwei Stunden wurde die Havarie bewartet.
– Es ist nicht dein Ernst.
– Wieso soll ich eine gelogene Geschichte erzählen? Natürlich ist es so passiert.
– Das glaube ich dir. Aber es war ein Zufall, er hatte mit deiner Lektüre vom Murakamis Buch nicht zu tun.
– So so, nichts zu tun… Ja, sicher… Es war nur so. Genauso wie du.

sukienka
– Was habe ich damit zu tun? Ich höre dir nur zu. Wir kennen uns überhaupt nicht. Übrigens, wir heißt du eigentlich?
– Halka.
– Jakob, sagt der Mann. Daher wollte ich deine Geschichte hören. Du sagtest, du warst auf dem Jakobsweg. Bist du in deinem roten Kleid gegangen?
– Nein, wie ein Junge gekleidet.
– Griechenland, sagt er. Wieso erzählst du Stories über Berlin, Polen, Griechenland und Japan, wenn du eigentlich über Spanien berichten wolltest.
– Die Drei Könige sind sehr wichtig in dieser Geschichte. Er ist nämlich am Tag der Drei Könige geboren.
– Wer er?
– Er, der Mann, um den es ging. Er ist in einem polnischen Bergdorf geboren, von dem man her eine Bergkette sehen kann. Die Berge sind weit entfernt, den höchsten Gipfel sieht man nur, wenn man irgendwo nach oben klettert. Aber aus dem kleinen Fensterchen in seinem Kinderzimmer sieht man ihn sehr gut. Der Gipfel heißt Drei Kronen. Drei Kronen für Drei Könige. Ein Steinbock wie Jesus. Der dreifältige König, dazu noch im keltischen Jahre des weißen Hirsches geboren, was ein königliches Zeichen ist. König über die Könige.
– Ej, sagt Jakob. Du übertreibst wohl ein bisschen.
– Klar, schon, nimm alles nicht so ernst. Aber alles ist zugleich wahr, der Tag, der Gipfel, der Sternzeichen, der weiße Hirsch, der chinesische Drachen, alles ist da. Ich habe all diese Stückchen zusammen geklebt, habe ihn zu König gemacht. Und zum Dämon zugleich. Als wir uns kennen gelernt haben, hat mir jemand zum Geburtstag den Pilger, das Buch von Coelho geschenkt, der wahrlich von Dämonen durchdrängt ist. Schon damals wussten alle, dass ich nach Santiago zu Fuß will…
– Weshalb eigentlich? Nur wegen einer Erzählung?
– Nein, nicht nur, es sind viele Gründe gewesen. Wollte eigentlich immer. Eine andere Geschichte. Die hängt mit meiner Kindheit zusammen, mit dem griechischen Schicksal.

Sie schweigen. Sie hat ihren Tee schon längst getrunken. Vor ihm stehen drei leere Wodkagläser.

– Du erzählst viel von Magie. Gehörst du einer Sekte? Oder, was weiß ich, einer New-Age-Gruppe?
– Ach was. Ich mach mir selber meine Ängste und meine Magie, sagt sie. Auf dem Jakobsweg habe ich regelrecht Magie getrieben. Ich wollte ihn zurück gewinnen.
– Wen? Den König?
– Ja. Er ist aber kein König. Das ist dir klar, oder? Mir leider auch. Ein gewöhnlicher Kerl, mit einem starken Hang zu schattigen Seiten des Lebens.

Sie denkt an eine kantige Figur, die sie für ihn während einer Mondnacht auf dem Berg Cruz de Ferro aufgebaut hat. Gerade an dieser magischen Nacht, als sie den heiligen Berg bestieg, hat er sich in einem Klub eine Junkie-Frau geholt, die seitdem bei ihm wohnte.

– Damals wusste ich es nicht. Jetzt weiß ich es. Ich habe gestern mit ihm Schluss gemacht.
– Gestern? Deshalb schlaffst du heute nicht. Warum eigentlich? Du wusstest doch, wie er ist. Und wie lange hast du es ausgehalten?
– Fünf Jahre. Ich habe viel dafür bezahlt, schon als ich auf den Jakobsweg ging, wusste ich, dass es schon unerträglich ist, so viel zu bezahlen. Es war aber Klacks im Vergleich dazu, was ich danach zu zahlen hatte.
Er bestellt sich noch einen Wodka.
– Hast du das Buch von Hape Kerkeling gelesen?
– Ja, sagt sie. Ein arroganter Schnösel.
– Wieso?
– Benimmt sich so und beschreibt es auch. Und jetzt hat er es bewirkt, dass so viele aus Deutschland den Weg gehen.
– Vielleicht ist es auch so, sagt Jakob. Ich wäre auch beinah hingegangen.
– Wegen eines Buches? fragt Halka. Eigentlich ist ja OK, jemand muss uns sagen, was wir tun wollen.
– Du bist letztendlich auch wegen eines Buches hingegangen.
– In einem gewissen Sinne schon. Aber im Grunde waren es meine Selbstzweifel und Verzweiflung.
– Selbstzweifel und Verzweiflung, wiederholt Jakob. Du hast aber einen schweren Wortschatz. Wir leben aber in den Zeiten, in denen man nicht so schwermutig denkt. Schuld. Was ist Schuld? Gar Ethiker und Juristen wissen nicht mehr, was wirklich Schuld ist. Alles lässt sich rationalisieren und erklären. Durch Gene oder Erziehung und Sozialisierung.
– Es ist unwichtig, sagt sie. Du musst gar nicht wirklich Schuld tragen. Für manche deine Taten wirst du trotzdem zahlen müssen. So war es in einer griechischen Tragödie. In jeder griechischen Tragödie. Du hast keine andere Wahl, außer das zu tun, was du tun musst. Du tust es und zahlst dafür.

Ihre Stimme ist ruhig. Ohne Gefühl, ohne Emotion.

– Das heißt, im Endeffekt ist es doch deine Schuld, sagt sie nach einer Weile. Wenn du nur tiefer geschaut hättest als das, was du getan hast, weil du dachtest, du kannst nicht anders.
– O du heiliger Jakob, sagt er, da machst du aber alles verdammt kompliziert. Verstehe ich es richtig, du hast nicht gesündigt und du wolltest gar nicht Böses, du hast getan, was du getan hast und dafür hast du die Strafe bezahlt. Und da es niemandem gab, der dir deine Strafe auferlegt hat, hast du sie dir selber auferlegt.
– Ja. Mehr oder weniger.
– Was hast du eigentlich getan?
– An die Liebe geglaubt. An Blicke, Küsse, Beteuerungen…
– O nee, Liebe… Wie eine sechzehnjährige…
– Allerdings. Ich sah es nicht als die Schuld, für die ich zahlen werde. Aber trotzdem… Ich habe die objektiven Tatsachen nicht beachtet. Dafür zahle ich. Für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen.
– Ungerecht, sagt Jakob. Du bist nicht schuldig, das hast du selbst gesagt. Du hast ein Problem, sicher. Aber Schuld, nee, Schuld in diesem hohen Sinne, das ist zu hoch für einen normalen Menschen.
– Ich machte meine Sühne.
– Altmodischer Begriff und wie! Und woher soll man wissen, dass man am Ende wie ein blöder Sündiger barfuss und mit dem mit Asche bedeckten Haupt stehen würde?
– Es gibt Orakel. Und es gibt Klugheit. Intelligenz. Wissen. Intuition. Man hat schon davon gehört. Ich habe davon gehört. Man kennt doch all die Antigonas, Elektras, Ifigenias. Man ist weder unvoreingenommen noch unvorbereitet. So ist es doch seine Schuld, weil er dem Los nicht genügend Achtung geschenkt hat.
– Ach, das Los.
– Ach, das Los, faxt sie. Ja. Ich weiß, ihr Deutsche mag es nicht, das Los, das Schicksal, die Fortuna.

(…)
– Na, sagt er, was war dann mit diesem Mann?
– Objektive Tatsachen, sagte sie. Er war alles, was ich in einem Mann immer suchte. Nur dies alles war nicht für mich. Ich sollte es wissen. Eigentlich musste ich es wissen. Er war zu jung. Das war bis dem Zeitpunkt kein Problem, fast alle meine Männer waren jünger als ich. Wesentlich jünger sogar. Es war nie ein Hindernis. Diesmal aber schon.
– Und?
– Man wird für alles bestraft, für die Liebe muss man besonders viel bezahlen.
– Liebe ist nicht Schuld.
– Ach nein? Natürlich ist sie Die Schuld. In diesem griechischen Sinne ist sie die Schuld. Ich habe es nicht gewollt, ihn zu lieben. Die Liebe kam aus dem Nix. Ungebeten, uneingeladen. Sie kam und traf mich wie ein Blitz. Bis zu diesem Moment war es immer anders, immer waren es die Männer, die sich darum bemühten, mich zu erobern. Sie mussten mir beibringen, sie zu lieben. Diesmal war ich diejenige, die liebte. Ich könnte nicht anders, nur das zu tun, was ich tun musste: Lieben. Und Liebe… sie trägt ihre eigene Strafe inne. Ablehnung, Ausbeutung, Betrug, Bitterkeit, Einsamkeit, Entbehrung, Gleichgültigkeit, Lächerlichkeit, Lüge, Minderwertigkeit, Ungläubigkeit, Unglücklichsein, Unsicherheit, Selbstzweifel, Verachtung, Verlegenheit, Verzweiflung, Verrat, Verwirrtheit, Verständnislosigkeit, Zurückweisung… Alles ungewollt, uneingeladen, schmerzhaft.
– Alle Achtung, sagt er, alphabetisch geordnet.
– Ich habe noch nicht alle Buchstaben abgearbeitet, sorry. Beim nächsten Mann wird alles anders.
Aus allen möglichen Sorten der griechischen Schuld ist gerade die Liebe die Schrecklichste, weil sie eben auf das Beste, Gütigste, Selbstlose und Hingebungswilligste zielt.
– Oh, du heiliger Jakob, was für eine Katastrophe die Liebe ist, sagt er.
Sie lächelt.
– O ja, sagt sie, wie wahr.
Jakob geht wieder zur Bar und bestellt das Essen.
– So, Scheherezade, sagt er, ich zahle für das Abendbrot und Wein, auch wenn es der Zeit nach eh Frühstück und Tee ist, du erzählst weiter.
– Es gab einmal, sagt Halka, einen griechischen König. Ödipus. Er ist der Sohn des Laios gewesen, des Königs von Theben, dem das Orakel prophezeite: „Dein Sohn wird dich, seinen Vater, erschlagen und deine Frau, seine Mutter heiraten.“ Als er geboren wurde, ließen seine Eltern, um den Fluch umzugehen, seine Füße durchstechen, zusammenbinden und ihn von einem Hirten Gebirge aussetzen. Der Mann übergab ihn einem anderen vorbeiziehenden Hirten. So gelangte Ödipus zum König Polybos von Korinth und wurde von ihm adoptiert. Dann erfährt auch er von dem Orakel: Er werde seinen Vater töten und seine Mutter heiraten. Somit brach er sofort in die Ferne auf, damit sich die Prophezeiung an seinen vermeintlichen Eltern in Korinth nicht bewahrheite. Unterwegs tötet er in einem Handgemenge zwei Männer. Einer davon ist der Laios, sein leiblicher Vater. Er geht weiter, kommt nach Theben, das von grausamer Sphinx heimgesucht ist, antwortet die Rätsel des Monsters, befreit die Stadt und darf als Belohnung die Witwe des gerade gestorbenen Königs, Iokaste, und damit seine eigene Mutter, zur Ehefrau nehmen. Erst später erfährt Ödipus, dass Iokaste und Laios seine leiblichen Eltern sind. Wie es vom Orakel vorausgesagt wurde, beging Ödipus also sowohl Vatermord als auch Inzest.
– Ej, sagt Jakob, deine Erzählkunst lässt nach, diese Geschichte kennt doch jeder.
Halka nickt.
– Die Frage ist, sagt sie, ob sich die Orakel bewahrheitet hätte, wenn Laios und Iokaste gesagt hätten, ihr könnt uns mal, liebe Götter, wir wollten immer einen Sohn haben, er bleibt bei uns. Das Sich-Erfüllen der Prophezeiung passierte nur, weil man versuchte seine Wirkung auszumerzen. Für mich wurde auch ein Orakel aufgehängt, sagt sie. Es musste so sein, ich bin mir sicher. Dieser sagte vor, dass ich niemand werde, nie wer werde, nie zur Ruhm und Ehre gelange. Zum Glück, Wohlstand und Sicherheit nebenbei gesagt auch nicht. Ich sollte nie etwas erreichen, ich war als ein Niemand geboren und werde als ein Niemand sterben.
– Wer hat es getan?
– Mama? Sie waren alle Künstler, meine Mutter, mein Vater, meine Schwester. Nur ich nicht. Ich wollte. Ich wollte malen, Gitarre spielen. Mir wurde sofort gesagt, nein, du nicht, du bist keine Künstlerin. Hast kein Talent, keine Gabe, keinen Daimonion. Deshalb konnte man mir die Aufgaben aufbürden, die den Künstler nicht würdig waren. Die sie ganz einfach keine Lust hatten, zu erledigen. Einkaufen, kochen, saubermachen, waschen, abwaschen, bügeln. Ich ackerte. Ich wusste, dass es so ewig sein wird. Sie werden immer größere Künstler sein, ich werde sie bekochen. Ich bin geflohen. Mit 18 machte ich mich vom Sand und ging. Ich wollte auch wer werden, und dies konnte ich zuhause nie im Leben erreichen. Zuerst bin ich in die andere Stadt geflohen, sie holten mich nach zehn Jahren zurück. Ein paar Jahre später flüchtete ich das zweite Mal, diesmal in einen anderen Staat. Ich versuchte mit meiner ganzen Kraft, wer werden. Umsonst. Jetzt ist mein Leben um. Ich bin Niemand und ich werde als Niemand sterben. Kein Geld, keine Arbeit, keine Sicherheit, kein Ruhm und Ehre. Allein, ohne Ehemann, ohne Partner. Einziges was ich erreicht habe, ist meine verbissene Unabhängigkeit, für die ich wie eine Wahnsinnige bezahle. Kein Mensch musste mich je aushalten, ich hielt mich immer selber aus. Nur, es ist nicht zu aushalten.
– Du bist doch eine Schriftstellerin.
– Ohne jeglichen Erfolg.
– Du kannst gut erzählen.
– Und du hast gut reden. Ich bin Ödipus. Ich versuchte meinem Schicksal zu entgehen, um am Ende genau das zu erreichen, was für mich vorgeplant wurde. Ich habe dafür 40 Jahre hart gearbeitet.

Er versucht ihre Hand in die seine zu nehmen, sie zu trösten. Barsch zieht sie ihre Hand zurück.

– Lass das, sagt sie. Wage nicht, mich zu trösten. Es ist schwierig genug, selber hart zu bleiben, um damit fertig zu werden. Mit dem Mitleid wird es unerträglich. Man kann der Bestimmung nicht entgehen. Das ist das Fazit meines Lebens.

Fotos Krzysztof Pukański

 

Schutzengel – Teil 2

Sieglinde Hocheisel

Fortsetzung vom gestern

Völlig verschwitzt erreichten wir unser Haus und sehnten uns nach einem Glas Wasser in der kühlen verdunkelten Küche. Doch schon beim Öffnen der Haustür hörte ich wieder das vertraute Gebrumm. Jetzt hatten wir noch nicht mit ihnen gerechnet. „Verdammt, sie sind schon wieder da. Wann kommt wohl die Feuerwehr?“ Entfiel es mir vor Schreck. Jetzt gingen mir die Viecher auf die Nerven.
Sie hatten unser Haus in Besitz genommen und ließen keine Ruhe. Das ging gar nicht.
„Ich setz mich nicht in die Küche. Ich hol mir das Wasser und setz mich draußen hin“,
entschied ich. „Wenn sie nicht bald kommen, brenne ich das Nest aus“, hörte ich Emanuel aus der Küche rufen. Von Entspannt- und Gelassenheit konnte plötzlich keine Rede mehr sein.
Und der Gedanke an die Feuerwehr gewann an Zustimmung. Plötzlich klingelte mein Handy, das auf dem Berg fast nie ein Signal hatte. Wer konnte hier zu uns durchdringen? Vielleicht ein Außerirdischer? Ich schoss zum Telefon und erwischte gerade noch die Stimme eines Feuerwehrmannes, der mir versicherte, dass sie heute noch kommen würden, aber erst sehr spät. So um Mitternacht. „Die werden überhaupt nicht kommen. Und wenn, dann erst morgen“, war Emanuels Kommentar dazu. „Was soll denn das? Glaubst du etwas, die arbeiten hier noch um Mitternacht“, legte er nach. Auch wenn mich diese Skepsis und dieser Pessimismus schon wieder nervten, schien er mir damit nicht ganz falsch zu liegen.
„Weißt du was? Ich mach das alleine.“ „Was machst du alleine?“ fragte ich ein wenig heuchlerisch nach. „Na was wohl. Die Hornissen ausräuchern.“ „Das tust du nicht. Das ist zu gefährlich,“ beschwor ich ihn. Doch wie ich ihn kannte, würde er keine Ruhe geben.
Inzwischen hatte die Mittagshitze mörderische Temperaturen entwickelt, die jeglichen Antrieb zunichte machten.
Ich mied es ins Haus zu gehen und hatte es mir in einem Liegestuhl im Schatten eines Baumes bequem gemacht. Da schaute ich in die weite Landschaft und versuchte von dem Geschehen Abstand zu gewinnen. Die Luft stand still, die Zikaden schrieen und ewiges Hintergrundgeräusch war ein Gebrumm. Wenn ich mich umsah, schossen kreuz und quer die Hornissen ums Haus. Emanuel war verschwunden. Sein Liegestuhl stand verwaist auf der Terrasse. Ich hatte ihn gewarnt und mochte ihm nun nicht hinterherlaufen, mal nachschauen, ob er hartnäckig weiter seinen Plan verfolgt. Eine Weile wartete ich noch, aber dann war ich zu neugierig und ging ihn doch suchen. Zuerst in den Keller, wenn es zutraf, dass er das vorhatte, was er nicht tun sollte. Und wie erwartet, fand ich ihn da, völlig vertieft in das Basteln seiner Waffen und Rüstung zum Angriff auf das Hornissennest. In einen alten Plastikeimer hatte er zwei Löcher geschnitten und diese mit einer durchsichtigen Folie verklebt. Den wollte er sich als Schutz über den Kopf stülpen. Die Angriffswaffe war auch schon fertig. Ein verrosteter Blecheimer mit vertrockneten Sonnenblumenresten, die er anzünden wollte.
„Lass das lieber. Die Feuerwehr kommt bestimmt. Sonst hätten sie nicht angerufen.“ Versuchte ich ihn noch einmal zu überreden, war aber nicht überzeugungsfähig, da auch in mir wieder die Stimme Oberhand gewonnen hatte, dass wir es allein hinkriegen.
So schaute ich zu, wie sich mein Mann seinen Eimer über den Kopf stülpte und zum Kamin schritt, in dessen Schornstein sich das Nest befand.
Der Kamin in einem umbrischen Bauernhaus ist eine dunkle archaische Höhle, in der ein Feuer brannte um das sich die Familie auf Bänken hinein hockte. Im Winter fegte der eisige Wind durch die Räume und nur um das lodernde Feuer war es erträglich.
Aus diesem rußigen Schacht kamen nun die Hornissen geflogen. Weit oben zum Schornstein hin, war ihr Nest. Emanuel mit dem Eimer auf dem Kopf mutete an wie in einem Kindertheater über Kreuzritter. Aber er meinte es ernst. Vorsichtig schaute er durch die beiden Augenlöcher in seiner Schutzrüstung, wie hoch das Nest lag, dann hatte er alle Vorbereitungen abgeschlossen, und marschierte entschlossen zum Stall um seine Waffe zu holen. Der Eimer mit einem dichten Büschel trockener Sonnenblumen stand schon bereit.
„Pass bloß auf“, fiel mir noch ein wenig lieblos als letzter Segen ein, dann nahm er wieder Kurs auf den Kamin mit Eimer und Feuerzeug bewaffnet, hängte den Eimer an eine lange Stange, zündete die trocknen Strünke an und steckte die lodernde Waffe hoch in den Kamin in das Hornissennest. Es zischte und aus dem Schornstein sah ich schwarzen Rauch und Schwärme von Hornissen aufsteigen.
Emanuel stürmte so schnell er nur konnte nach draußen, stand aufatmend und unversehrt wieder vor dem Haus und schleuderte seinen Kreuzrittereimer von sich. Sein unerbittlicher Kampfesausdruck wich großer Erleichterung.
Ab und zu drang uns ein beißend süßlicher Gestank in die Nase, der sich in der Hitze unerträglich ausbreitete. Aus dem Schornstein schossen immer noch vereinzelte Hornissen, die dann verzweifelt in der heißen Luft herumtaumelten.
„Ich habe sie nicht erledigt. Das Nest war viel zu groß, jetzt werden sie uns stechen und uns erledigen, wenn nicht bald die Feuerwehr kommt“, stellte Emanuel erbittert fest.
Vorsichtshalber gingen wir noch ein bisschen weiter, vom Haus entfernt, wo keine Hornissen herumschwirrten. „Die Feuerwehr kommt bestimmt. Ich glaube nicht, dass sie sonst angerufen hätten“, versuchte ich wieder zu beschwichtigen, um die Stimmung aufzubessern, denn mein Vertrauen an das nächtliche Erscheinen der Retter wankte ebenfalls.
Mindestens war unser Aktivismus vollständig zum Stillstand gekommen und damit sogar ein Moment der Ruhe eingekehrt. Grund, um eine zu rauchen, dachte sich Emanuel und zündete sich eine Zigarette an.
Doch diesmal hatten wir die Hornissen unterschätzt, vor denen wir uns in dieser Entfernung vom Haus unbehelligt fühlten. Kaum blitzte das Feuerzeug auf, schossen sie wie aus dem Nichts lautlos auf die Zigarette und das Feuerzeug zu. Das war ihr Killer und den wollten sie in Todesnot wütend angreifen. “ Wirf die Zigarette weg“, schrie ich verzweifelt. Dabei sah ich doch, dass Emanuel sie schon längst austrat. Mir war klar, jetzt wurden sie gefährlich. Mein Blick fiel auf den hingeschmissenen Plastikeimer, dessen Augenlöcher verwaist aufs Haus starrten. Um ihn herum eine kleine summende Wolke.
Auch ihn hatten sie gleich als Angreifer ausgemacht. „ Bald werden sie herausfinden, wer der Hintermann ist und mich angreifen. Komm wir hauen ab“ entschied Emanuel. „Aber vielleicht kommt gleich die Feuerwehr. Wir müssen sie jetzt abwarten und hier bleiben“, entgegnete ich, immer bemüht im guten Einklang mit aller Nachbarschaft zu bleiben. Wenn schon nicht mehr mit den Hornissen, dann wenigsten mit der Feuerwehr.
Sie hatte sich zwar für spät abends angemeldet. Aber genaue Termine waren in Italien nicht an der Tagesordnung. Da war es doch angeraten, am Haus zu bleiben.
Nur nicht so nah.

Plötzlich klingelte wieder das Handy. Ein Wunder bei dem katastrophalen Empfang auf unserem Hügel. Es war Giovanni. „Die Feuerwehr kommt erst spät abends. Sie haben mich angerufen, weil sie euch nicht erreichen konnten. Ich komme dann auch. Passt gut auf. Ciao.“ Ganz offensichtlich ließ man uns nicht allein mit den Hornissen, wie wir beide es im Stillen befürchteten. Das Gegenteil war der Fall. Sogar die Feuerwehr rief ein zweites Mal bei unserem Nachbarn an. „Wie Schutzengel“, kam mir der Gedanke und ich fühlte mich wieder sicher.
Dagegen konnten auch die Gluthitze und das Gebrumme nichts mehr ausrichten.
Gelassen gingen wir in die Küche, wo zu der Tageszeit nur ein paar Außenseiter dieser angeblich so gefährlichen Calabrone im Zickzack herum schossen und holten uns ein bisschen Verpflegung. Dann suchten wir uns ein schattiges Plätzchen und warteten auf den Abend.

Es war schon neun Uhr als es langsam dunkel wurde. Wie in der gestrigen Nacht war unser Haus wieder zu einem elektrischen Umspannwerk geworden, denn nachts kehrten die Hornissen in ihren Bau zurück. Die heiße Nachtluft vibrierte in einem monotonen Gebrumme.
Doch wir hielten uns diesmal in sicherem Abstand zu den vermeintlich so friedlichen Insekten.
Vom Hügel aus konnten wir aus erhobener Position das Anrücken der Feuerwehr schon aus weiter Entfernung frühzeitig erspähen. Denn schon die Vorstellung von der Feuerwehr löste eine ganz eigene Angst wieder aus. Behelmte Männer, die den Kampf gegen das Feuer aufnehmen, kämen auf unser Haus zumarschiert, um diese lächerlich harmlosen Hornissen auszuräuchern. Da war es angeraten, sich innerlich vorzubereiten.
Wir starrten gebannt auf die Straße, aber es tat sich nichts. Weit und breit keine Feuerwehr.
Und inzwischen wurde es dunkel. Es war Neumond, die Sterne funkelten und über den umliegenden Hügeln lag tiefes Schwarz. Ab und zu blitze der Scheinwerfer eines Kleinwagens auf, sonst hörten wir nur das Gebrumme der Hornissen.
„Ich glaube nicht, dass sie noch kommen“, verkündete Emanuel und ich wollte das lieber nicht hören, denn es schürte auch meine Zweifel und ging mir jetzt auf die Nerven. „Wenn sie zwei mal angerufen haben, werden sie wohl kommen“, begann ich wieder zu beschwichtigen. Dabei glaubte ich auch nicht mehr, dass sie mitten in der Nacht kommen würden.
Um mich zu beruhigen lief ich im Dunkeln den Weg auf und ab, doch alles was ich tat, machte mich nur nervöser.
Plötzlich schrie Emanuel: „Sie kommen. Mit Blaulicht. Ja, da kommt Blaulicht auf unser Haus zu.“ Ich wollte es nicht glauben, aber tatsächlich sah ich wie ein bedrohlich blinkendes Blaulicht sich in der Schwärze der Nacht sehr langsam auf unser Haus zu bewegte. „Warum denn dieses Blaulicht. Hier brennt doch nichts.“ Bemerkte ich, und fragte mich dann doch, wenn sie Blaulicht anhaben, ob das für uns sein konnte? Aber das war so gut wie sicher und das machte mir Angst. Ein schlimmes Unglück, eine Katastrophe, wenn sie so kommen.
Mir war so, als würden sie jetzt unser ganzes Haus zu einem Ort des Unglücks machen. Aber das war er doch gar nicht.
Wie eine fremde Macht nähert sich das gespenstische Blaulicht und war plötzlich hinter unserem kleinen Hügel verschwunden. Wieder starrte ich auf unseren Weg, aber kein Blaulicht, Nichts. Völliges Schweigen. Nur das Gebrumme. Ohne das blaue Geblinke war die Nacht wie ausgelöschtes Licht. Ein tiefes verlorenes Schwarz und keine Schutzengel mehr in Sicht.
„Sie kommen! Sie kommen zu Fuß hoch“, schrie plötzlich Emanuel. Und da sah ich sie.
Fünf Männer in weißen Schutzanzügen, die mich an die Bekleidung der Helfer aus Tschernobyl erinnerten, klommen den Weg zu unserem Haus hoch. Sie in diesen Schutzanzügen und wir beide in normaler Kleidung. Als hätten wir die Verseuchung aus dem Atomkraftwerk nicht bemerkt und sind jetzt verloren, kam es mir. Fernsehbilder vom Mond und fremden Unglücksorten tauchten vor mir auf irritierten mich. Wo war ich? Das konnte doch nicht wahr sein.
Aber da tauchte Giovanni auf und stellte uns die fünf Mondmänner vor. „Buona sera“, „Buona sera“, und wir schüttelten uns die Hände, wozu sie ihre riesigen Handschuhe ausnahmsweise auszogen. Sie hatten freundliche Stimmen, so dass sich meine Furcht ein wenig legte.
„Dove sono i calabroni“, hörte ich einen von ihnen, den Giovanni Antonio nannte, zur Sache kommen. Sie waren ja nicht zum Spaß hier, sondern um uns vor der Hornissengefahr zu retten.
Dazu brauchten sie nicht viele Worte. Sie schienen ein eingespieltes Team und machten sich fast schweigsam ans Werk. Ihre Arbeitswerkzeuge, die sie mühsam in der Hitze den Berg hoch geschleppt hatten, kamen sofort zum Einsatz. Schweigsam aber konzentriert und wie in einem Stummfilm. Eh wir uns versahen, hatten sie schon die Leiter an die Hauswand gelehnt und kletterten mit einer riesigen Taschenlampe und einer Sprühdose aufs Dach. Verzweifelt schaute Emanuel nach oben und klagte schon wieder, dass sie seine Dachziegeln kaputt treten würden. Und auch mich durchfuhr wieder ein Schrecken beim Anblick ihres gebieterischen Arbeitseinsatzes. Da hatten wir ruhig zu sein. Soviel war klar.
Diese fünf Männer in ihren weißen Schutzanzügen machten jetzt ihren Job mit unserem Haus.
Ohne wenn und aber. Und in einem Moment schien sogar Emanuel eingeschüchtert.
„Vedi, tutti calabroni qui“ kommentierte Giovanni, als wir über dem Kamin im Lichtkegel der Taschenlampe einen riesigen Schwarm Hornissen aufsteigen sahen. Sie flohen vor dem Gift, das der Feuerwehmann hineingesprüht hatte. Sie taumelten und schossen richtungslos durcheinander. Mir war klar; diesmal wurde ganze Arbeit getan. Ohne Federlesen schmissen die weißen Helfer die riesige Wabe in Fetzen nach draußen und stießen mit einer Schaufel auch die letzten Reste nach unten.
Ich hörte ein seltsames Aufplatschen und nahm einen widerlich süßlichen Gestank wahr. Das waren die Hornisseneier, die nun eine Matsche auf dem Fiesenboden unseres Wohnzimmers bildeten.
„Siamo pronti“, rief dann der Einsatzleiter und alle fünf Männer fanden sich wieder vor unserem Haus zusammen. Sie befreiten sich ein wenig von Maske und Handschuhen, tranken Wasser und atmeten auf. “Mille grazie, mille grazie“ kam es wie ein Chor aus unseren Mündern und wir hätten es gern noch hundertmal gerufen, doch war schnell klar, dass für allzu große Emotionen der Dankbarkeit keine Zeit war. Also mussten wir schnell zum Wesentlichen kommen. „Was kostet es?“ fragte Emanuel und zückte sein Portemonnaie.
„Niente. Siete ospiti“, sagte der Einsatzleiter und wies mit seiner Hand jegliche
Geldangebote von sich. „Steck es ihnen zu. Das ist hier so“, ratschlage ich und war insgeheim sehr froh, dass Emanuel es machen sollte. Der war auch ohne meine Ratschläge geistesgegenwärtig genug und versuchte unauffällig jedem der fünf Männer Geld zuzustecken. Doch niemand nahm sein Geld an. Das war Ehrensache.
Stattdessen gaben sie uns freundlich die Hand, verabschiedeten sich, nahmen ihre Werkzeuge und traten den Rückzug an. Nacheinander stapften sie mit ihren schweren Schuhen den Weg hinunter zu ihrem Auto. Wir schauten ihnen nach bis sie in der Dunkelheit verschwanden.

Auch Giovanni hatte sich ihnen angeschlossen und so standen wir jetzt wieder allein vor unserem Haus. Das Brummen war einer fast beängstigenden Stille gewichen, denn alle Hornissen waren tot. In der Luft lag der süßlich faulige Gestank ihrer zermatschten Eier und des ätzenden Gifts.
„Hast du gehört, was sie gesagt haben, als ich bezahlen wollte? Siete ospiti. Stell dir so etwas mal bei uns in Deutschland vor. Die Feuerwehr würde doch nach einem Einsatz bei Ausländern nicht die Bezahlung zurückweisen und sagen, Sie sind unsere Gäste“, sagte Emanuel berührt. Ja, es schien mir auch so. Wenn ich die Situation nach Deutschland verlagerte, konnte ich mir diese Art von Gastfreundlichkeit nicht vorstellen.
„Das waren echte Schutzengel“, erwiderte ich, während mir weiterhin ein Ekel erregender Gestank in die Nase stieg. Mir graute es, diese Verwüstung näher anzusehen.Überall lagen die Fetzen der Wabe und oben im Zimmer auf dem Boden die zermatschten Eier.
Das mussten wir jetzt erst einmal beseitigen.
Mit Schaufel und Schrubber machten wir uns an die Arbeit und putzen unser Haus bis in die letzte Fuge, bis wir tot müde waren.
Aber die wohl verdienste Nachruhe war noch immer nicht problemlos gesichert.
Während ich mich sofort in unserem Schlafzimmer ins Bett legen wollte, fürchtete Emanuel, dass das Gift gegen die Hornissen nun im ganzen Haus sei und richtete sich ein Nachtlager in unserem VW-Kombi.

Mir schien das Gift nichts anzuhaben, denn ich erwachte am nächsten Morgen frisch und gut gelaunt in meinem Bett. Erst als ich die verlassene Seite neben mir erblickte, fiel mir wieder alles ein. Neugierig sprang ich auf, um mir das Ergebnis der gespenstischen Nacht bei
Tageslicht anzusehen. Alle Türen standen weit offen und die frische Morgenluft hatte die üblen Gerüche vertrieben. Unser Kaminzimmer war blitzblank geputzt. Es gab keine einzige Hornisse mehr. Was würden der Berliner Verfasser der Naturschutzbroschüre zu diesem Schluss sagen? Vermutlich, dass wir das Haus für die Hornissen räumen müssten.
Aber das ließ mich jetzt kalt. Ich wollte Emanuel in seinem Auto einen guten Morgen wünschen und ging nach draußen. Doch wieder einmal traute ich meinen Augen nicht.
Wir hatten Besuch. Vor dem Auto lag ein großer kastanienfarbiger Hund, der bei meinem Erscheinen sofort aufstand und leise winselte. Wo kam er her? Vielleicht einer von Giovannis Jagdhunden, der ihm abgehauen war? „Der war die ganze Nacht bei mir am Auto“, rief mir Emanuel zu, der mein Erstaunen sah. Sein übermüdetes Gesicht ließ darauf deuten, dass er im Auto nicht die beste Nachtruhe hatte. „Ich wurde nachts wach, weil irgendjemand an meinem Autoblech kratzte und immer ums Auto herumlief. Ich wusste nicht, was das sein konnte. Vielleicht auch ein Stachelschwein?“ Vorsichtig schaute er dann aus dem Fenster und erkannte einen großen Hund. Er erschrak, denn ein Hund war noch nie an unserem Haus gewesen. In der Hoffnung, dass er wieder verschwinde, legte er sich wieder aufs Ohr. Doch dann drückte ihn seine Blase und er musste aus dem Auto. Kaum öffnete er die Autotür, war die Hundeschnauze im Spalt. Schnell schlug er die Tür wieder zu und überlegte, wie er das dringende Problem lösen könnte. “Vorsichtig öffnete ich den oberen Spalt des Fensters, doch wieder überkamen mich Zweifel, ob ich auf dem Rücken liegend, durch den schmalen Fensterspalt die Sache bewältigen könnte. Auf diese Weise würde die Hälfte des Inhalts im Auto verbleiben. Verzweifelt öffnete ich schließlich doch die Tür ohne Rücksicht auf die hartnäckig wartende Hundeschnauze und verschaffte mir Erleichterung,“ beschrieb er dann detaillierter sein nächtliches Abenteuer. Als es hell wurde, sah er den Hund neben dem Auto in einem Nest aus trockenen Blättern eingerollt liegen.

Während seiner Erzählung hatte sich der Hund wieder in seine Kuhle gelegt, und wirkte so ruhig, als ob er schon ewig mit uns zusammenlebte.
Überhaupt war dieser Morgen friedlich und paradiesisch schön. Nach überstandener Prüfung belohnte uns die Sonne mit einem Zauberwerk glitzernder Tautropfen und lud dazu ein, auf der Terrasse zu frühstücken. Auch der Hund sollte etwas zu Essen bekommen.
Immer noch lag er vor dem Auto. “Mal sehen, ob er ein Wurstbrot mag“, befand Emanuel, ging zu ihm hin und brachte ihm eine belegte Brotscheibe. Erfahrungsgemäß sind die Hunde aus dieser Gegend keine Feinschmecker. Sie fressen gierig alles, sogar Salat. Wurstbrot müsste doch eine schöne Leckerei für ihn sei. Dachten wir und beobachteten unseren Gast erwartungsvoll. Doch wider Erwarten rührte er die vermeintliche Delikatesse nicht einmal an. Im Gegenteil.
Er schaute uns tief enttäuscht an, drehte sich um, ging einfach weg und ließ uns mit dem Wurstbrot stehen. Traurig hofften wir er würde zurückkommen, doch wir sahen ihn nie wieder.
Am nächsten Tag erzählten wir Giovanni von dem Hund, weil wir davon ausgingen, dass er ihm gehörte. Doch Giovanni kannte ihn nicht und erwiderte selbstverständlich: „Ha fatto la guardia.“

Schutzengel – Teil 1

Sieglinde Hocheisel

Dieses Jahr war es schon bald Herbst, als wir uns auf den Weg zu unserem umbrischen Ferienhaus aufmachten.
Der Morgen verhieß eine endlose Sicht auf die Alpen und eine freie Autobahn. Voller Glücksgefühl trat ich das Gaspedal noch ein bisschen herunter und den mißbilligenden Blicken des Ehemanns widerstehend, raste ich Richtung Garmisch.

Mein Herz war an diesem Morgen weit offen. Ich fühlte mich wie in der Camelreklame, Freiheit und Abenteuer. Doch da schon leuchteten die ersten Rücklichter vor mir auf Stau. „Gerade war eine Abfahrt. Die hättest du nehmen können“, kam der Vorwurf von der Beifahrerseite. „Aber die war doch schon weit vor dem Stau. Das hätte ich doch nicht wissen können.“ „Die Straße um den See ist sowieso schöner. Du weißt genau, dass ich die gerne fahre, aber du fragst ja nicht, Hauptsache du kannst rasen. So, da siehst du. Stau.“
Fest entschlossen, mich von der Nervosität meines Mannes nicht beeinflussen zu lassen, stellte ich meine Ohren auf Durchzug und versuchte bei Stop and Go meinen nächtlichen Traum ins Gedächtnis zu fischen. Solange man sich gedanklich mit etwas beschäftigt, dachte ich, ist auch im Stau stehen keine herausgeschmissene Zeit.
Nach zwei Stunden hatten wir dann die fünf Kilometer bis nach Garmisch geschafft.
Es war bereits Mittag. Ich überschlug die noch vor uns liegende Fahrzeit bis Umbrien und kam auf acht Uhr bis zur Ankunft. „Das wird heute Mitternacht“, ertönte der nicht abstellbare Kommentator neben mir. „Wenn du nicht überholen kannst, laß mich fahren.“
Also gut, damit die liebe Seele Ruhe hat, fuhr ich rechts ran und wurde dabei von fünf Lastwagen, die ich schon bewältigt hatte, wieder überholt.

Als wir schließlich ankamen, hatte mein pessimistischer Ehemann leider recht gehabt.
Es war Mitternacht und im Stockdunklen näherten wir uns dem Haus auf dem umbrischen Hügel. Im Licht der Scheinwerfer schwirrten Insektenschwärme. Hier im Süden war es noch warm. Die letzte Strecke Berg- und Talfahrt durch die abgelegene Finsternis ließ uns wieder munterer werden. Die Müdigkeit wich der Spannung, was wir wohl vorfinden würden.
Man musste auf schlechte Überraschungen gefasst sein. Obwohl ich wußte, dass Gott über solche Angelegenheiten nur ärgerlich würde, betete ich still in mich hinein, dass der Strom nicht abgeschaltet sein möge und bitte auch die Wasserpumpe funktioniere.
„Sicher ist die Pumpe wieder kaputt. Dann gib’s kein Wasser“, kam ungefragt die Überlegung zu diesem Thema, während der Wagen die schmale Schotterstrasse zum Haus emporklomm.
Wucherndes trockenes Gestrunke scheuerte und kratze das neue Auto auf.

Dann waren wir da.
Der Wagen stand im hohen Gras, das mir beim Öffnen der Tür dornig entgegenschlug.
Im ersten Moment fühlte ich mich, als ob die Zeit plötzlich still stünde. Endlose Stunden anstrengenster Konzentriertheit auf dicht befahrenen Straßen wichen, wie beim Filmschnitt,diesem einsamen Ort mit seinen ureigenen Gesetzen. Das alte Natursteinhaus schien all die Monate unserer Abwesenheit sein Eigenleben zu führen. So wirkte es, während ich unter dem mondlosen Himmel im trockenen Gras stehend, von geheimnisvollen Lichtern angestrahlt wurde.
Waren es die Sterne, die sich mit bläulichem Schimmer verständigen? Hüter der fremden Nacht. Wie auch die Hunde, deren erregtes Geheul auf- und abschwoll.
Erleichterung und Lust mischen sich in mir. Wir waren wieder einmal gut angekommen und hatten nun zwei Wochen vor uns. Auf diesem wilden Berg können wir uns gehen lassen. „Jetzt nimm doch auch eine Tasche und lass mich nicht alles alleine tragen“, kam schon wieder die störende Stimme und brachte mich zurück in den Reisestress. „Erstmal ausladen. Hoffentlich ist Strom da. Herumstehen kannst du später.“
Also zerrte ich wütend an einer Tasche, die sich auf dem Rücksitz verklemmt hatte und hörte schon Emanuels schwere Schritte die Treppe hochstapfen und dann das Suchen des Schlüssellochs ohne Taschenlampe.
„Was ist denn jetzt los? Hör dir das mal an.“
Wie erstarrt standen wir vor der offenen Tür. Aus der Finsternis im Inneren summte es wie im Umspannwerk. Das ganze Haus vibrierte. Aus der offenen Tür aus dem Dunklen heraus stürzten große schwarze Insekten auf uns zu. Ich erschauderte und wich zurück. Was waren das für schreckliche Ungeziefer? Dieses ohrenbetäubende Gebrumme. Aus der Ferne heulten wieder die Hunde in die endlose Nacht. Und wieder direkt auf mich zu, floh panisch ein riesiges Insekt aus dem schwarzen Raum in das blässliche Sternenlicht.
Angsterfüllt standen wir da und es verschlug uns die Sprache. Was machen? Tür zu und zurück ins Auto? Nein, dazu würde es nicht kommen. Nicht mit Emanuel. Das war mir klar.
Dann wurde Emanuel wieder aktiv und drückte den berüchtigten Stromschalter nach unten. „Also Licht ist da. Guck mal, das sind Hornissen, Tausende.“ Ich glaubte meinen Augen nicht zu trauen. Aber ja, das sah ich auch. Es schien wie ein Tierfilm im Fernsehen, aber leider in unserem Haus und wir beide plötzlich zwei Insektenforscher. Selbst die hatte ich noch nie ohne Spezialanzüge inmitten eines Hornissenschwarms gesehen. Wir beide jedoch standen fassungslos in unserer Küche umsummt von Tausenden großer roter Hornissen.
Wie bei allen Erlebnissen, wo Gefahr im Verzug war, schaltete mein Gehirn auf die Funktion jetzt ruhig bleiben. Sofort fiel mir ein Bericht über Hornissen ein, den ich unlängst meinem Neffen aus den Broschüren eines Naturschutzvereins vorgelesen hatte. Da stand, dass alle Menschen so große Angst vor Hornissen haben, weil sie im Irrglauben seien, dass drei Stiche dieser Tierchen schon ein Pferd töten können. Dabei sei das ein Ammenmärchen. Und im beflissenen Lehrton pädagogischer Aufklärung zeigte uns die Broschüre eine überraschend neue Wahrheit. Hornissen seien viel ungefährlicher als Bienen und wenn man sie nicht angreift auch völlig friedlich. Während mich normaler Weise solche Aufklärungswerke ziemlich kalt lassen, war ich bei dieser Darstellung hellwach geworden. Denn schließlich hatten wir in Italien schon öfter unfreiwilligen Kontakt mit diesen Tierchen gehabt. Schon das Summen einer, sich in einem Spinnennetz verfangenen einzelnen Hornisse versetzte uns in Todesangst. Zum ersten Mal glaubte ich sofort der neuen Wahrheit. Denn im Gegensatz zum menschlichen Verhalten, musste das Verhalten von Insekten doch eindeutig erforschbar sein. Ich hatte diese Tierchen also völlig falsch eingeschätzt. Voller Vorurteile und nur negativ.
Es war mir wichtig damals diese Broschüre mit nach Hause zu nehmen, um sie auch meinem Mann vorzulesen. Denn schließlich sollte auch er wissen, wie unbegründet unserer Hornissenangst war.
„Erinnerst du dich noch an diese Tierschutzbroschüre? Da stand doch, dass Hornissen ungefährlich sind. Sie stechen nur, wenn man sie angreift, “ erklärte ich in beschwichtigendem Tonfall. „Aber hier sind Tausende“, kam wieder der negative Kommentar, während um uns herum mit ohrenbetäubendem Gebrumme der gesamte Hornissenstock zur Begrüßung erschienen war. Ich für meinen Teil beschloss, trotzdem keine Vorurteile zu haben und stellte gelassen die Tasche in unser Schlafzimmer. Das Licht lockte mehr und mehr dieser bedrohlich aussehenden Rieseninsekten herbei. Sie knallten an die Fensterscheiben und kreisten in spiralförmigen Trauben um die Lampe. Das Licht flackerte und Schatten von Hornissenschwärmen huschten über die weiß getünchten Wände. Schon ziemlich absurd das Ganze, dachte ich. Doch, was kann man jetzt machen? Sie sind da. Falls es so etwas wie einen gesunden Menschenverstand gibt, müssten wir schnellstens das Weite suchen. Aber nein, ich hatte im Grunde keine Panik. In mir war eine seltsame Gewissheit, dass dieser Bericht aus der Tierschutzbroschüre der Wahrheit entsprach, denn ich stellte fest, dass die Hornissen uns nichts antaten.
Ja, es schien zu stimmen, keine stach uns. Sie waren uns gegenüber friedlich. So, wie es aussah, war ich hier zu Gast in einem Hornissennest.
Auch Emanuel schien der Erklärung aus der Broschüre zu vertrauen und schleppte gelassen eine Tasche nach der anderen ins Hornissenhaus. Überall, auf dem Boden auf Tischen und Regalen lagen ihre toten Artgenossen, die einen schmutzigen Anblick boten.

So konnte man allerdings nicht zu Bett gehen. Ein wenig fegen müsste man mindestens, dachte ich, holte Feger und Schaufel und fing an zu putzen, während um meine Ohren monotones Gesumm toste.
Ab und zu verfing sich eine in meinen Haaren. Ich schnippte sie weg. Auch Emanuel hatte sich entschlossen noch ein wenig zu putzen, und hantierte mit dem Besen umher. Vielleicht mochten sie seine schnellen Bewegungen oder seine Locken oder einen Mann, jedenfalls stießen sie an ihn mehr als an mich. „Das ist der Horror. Gerade habe ich mir eine aus dem Kragen geholt. Ein Wunder, dass sie mich nicht gestochen hat.“ Dabei strich er sich hastig durch die Haare. Um seinen Kopf schwirrte es kreiselförmig. Die Lampe war inzwischen nahezu verdunkelt, weil sich mehr und mehr ansammeln. „Ich halte das nicht mehr aus. Gerade war wieder eine in meinem Kragen. Selbst wenn ein Stich nicht tödlich ist, reicht es doch schon, wenn sie dich in den Hals oder ins Gesicht stechen.“ „Nein, da stand doch, dass die Stiche nicht mal so schlimm wie ein Wespenstich seien. Und außerdem stechen sie dich doch nicht“, entgegnete ich, denn ich hatte den Eindruck, er geriet in Panik und das wiederum machte die Hornissen nervös und würde unser ganzes Konzept zerstören.
„Je länger wir das Licht anhaben desto mehr werden es. Guck mal sie kommen alle aus dem dunklen Kaminzimmer unter der Tür durchgekrabbelt“, schrie Emanuel verzweifelt. „Das hat keinen Sinn. Wir müssen hier abhauen.“ „Jetzt verlier mal nicht gleich die Nerven“, wandte ich ein, obwohl mir das Ganze auch nicht mehr geheuer war. Doch allem Gesumme zum Trotz hatte ich keine richtige Angst und noch dazu war ich müde und hatte keine Lust mitten in der Nacht loszufahren und ein Hotel zu suchen. „Wir gehen jetzt ins Bett“, beschloss ich und hoffte er würde sich beruhigen, wenn ich nur auf ruhig machte. „Willst du dich hier etwa mitten in das Hornissennest legen und sie auf dir herumkrabbeln lassen?“ Emanuel begann wild vor der Tür herumzutrampeln. „Hier kommen sie weiter alle durch“, er zeigte fuchtelnd auf den Spalt zwischen Tür und Fußboden. „Die hier kann ich erlegen“, schrie er, einen wilden Trappeltanz aufführend, der eine Matschspur auf dem Boden hinterließ. „Wenn du willst, dass sie uns angreifen, mach schön so weiter“, befand ich verärgert. Sie lassen uns nur in Ruhe, wenn sie sich nicht bedroht fühlen.“ „Ich hole jetzt das Moskitonetz raus. Wenn wir das über unser Bett hängen, kann eigentlich nichts passieren.“ Ein dumpfer Aufprall auf meinem Kopf ließ mich erschaudern. In meinem Haar brummte ein monotoner Motor. Ich bückte mich, schüttelte kräftig, doch es brummte weiter und hatte sich offenbar verfangen. „Mach mir das raus“, schrie ich, „siehst du nicht, da hängt eine in meinen Haaren.“ Wütend schüttelte ich weiter meinen Kopf, bis Emanuel mit der Fliegenklatsche kam und das brummende Insekt herausstrich. Eine Mumie in einem Kokon aus Spinnennetz eingewickelt, lag vor meinen Füssen. Lustvoll trat auch ich zu, und genoss das leise Knacken. Um meinen Kopf herum schwirrten besessen dunkle Trauben. Ein monotoner Bass vibrierte die schwüle Luft, begleitet von einem manischen Schattenspiel an den Wänden.
Und gleich wieder brummte es in meinen Haaren.
„Mach das raus aus. Sie sind schon wieder in meinen Haaren“. Empört schüttelte ich wieder meinen Kopf und schnippte mit meinem Finger herum, bis eine zu Boden fiel. Doch schon prallte die Nächste an meine Stirn und auch aus meinen Haaren drang wieder bedrohliches Brummen. „Jetzt sind sie sauer, weil Du welche zertreten hast“, schrie ich gespielt wütend, denn im Grunde waren wir immer noch völlig unversehrt. Nicht einmal die, die wir aus den Haaren holten, stachen uns. Der Glaube an den Wahrheitsgehalt unserer Hornissenlektüre wirkte und in diesem Fall schien es mir kein Wunder, sondern einfach das Ergebnis unseres Verhaltens zu sein.
„Das ist doch der helle Wahnsinn. Das glaubt uns niemand. Und fast glaube ich es selbst nicht. Wie wir hier inmitten tausender Hornissen unser Haus putzen und keine sticht uns,“ stellte ich noch einmal mit einer gewissen Genugtuung fest.
Wenn ich mich nicht bewegte und das ganze für Außenstehende surreale Schauspiel einfach nur betrachtete, konnte mir nichts passieren. Soviel war ich mir schon längst gewiss und empfand inzwischen eine Sicherheit. Wären sie gefährlich, hätten sie uns doch schon gestochen, als wir uns bewegten. Falls es nicht doch eine Außenseiterin gibt, die sich daneben benimmt und uns angreift, waren wir in einem Zustand der Harmonie mit den tausend Hornissen um uns herum. Vermutlich glauben mir das nicht einmal die Insektenforscher, die diesen Aufklärungsartikel geschrieben haben. Diese Art der Begegnung mit den Hornissen, in die wir hier hineingeraten waren, war einfach unglaublich.
Auch Emanuel fingerte plötzlich seelenruhig das Moskitonetz aus seiner Hülle und ließ sich von nichts mehr beeindrucken. „Ich geh jetzt mit deinen netten Hornissen schlafen.“ „Na sieh mal einer an, wenn ich in Panik gerate, wirst du wohl ruhig“, kommentierte meine innere Stimme diesen Anblick von Ruhe und Gelassenheit.
Emanuel stand inmitten eines schwarzen surrenden Schwarms in unserem Schlafzimmer, hängte das Netz über unser Bett und fing an das Bettzeug aus dem Schrank zu holen.
Wie von seiner seltsamen Ignoranz angesteckt, überfiel auch mich wie auf Knopfdruck eine innere Gelassenheit, die auch vor der Hölle nicht zurückzuschrecken schien.
Als könnte uns keine Macht der Welt mehr daran hindern die Nacht mit den Hornissen zu verbringen, zogen wir uns aus und legten uns unter das Moskitonetz schlafen.
Ab und zu ein weicher Schlag an die gespannte Netzwand im Dunkeln dann umfing mich ein tiefer Schlaf, weit weg der Hornissenwelt.

Beim Aufwachen drangen ferne Traktorengeräusche in mein Ohr. Ich lag in einem lichtdurchfluteten Zimmer unter einem weißen Vorhang, wie eine Prinzessin auf dem Zauberberg. Neben mir die dunklen Locken eines männlichen Kopfes, der in süße Träume versunken schien. Das orangene Morgenlicht erfüllte den Raum mit göttlicher Ruhe.
Ich sah mich um, doch ein Alptraum überschattete meine freudigen Gefühle.
Ich war eingeschlossen in einen Turm mit riesigen bösartigen Insekten. Sie hatten sich in Schwärmen um mich herumgruppiert, Fenster und Türen verriegelt und summten ohrenbetäubend einen elektrisierenden Schall.
Mit Erschrecken dämmerte mir, dass dieser wunderbare Morgenfriede trügerisch und der Alptraum hingegen nächtliche Realität war.
Ängstlich schaute ich mich im Raum um, aber die Hornissen waren spurlos verschwunden. Nur auf dem Boden lagen noch ein paar ihrer toten Artgenossen, die Emanuel nachts wütend zertreten hatte. Jetzt im klaren Licht des Morgens schienen mir die nächtlichen Szenen absurd, wie in einem Roman Franz Kafkas. Am absurdesten waren wir. Was war denn da in uns gefahren. Diese Naivität, mit der wir dieser Broschüre glaubten. Das war doch sonst nicht unsere Sache. Aber wohl gerade deshalb war uns nichts passiert. Die Hornissen hatten unsere guten Absichten gespürt und irgendwie dadurch hatte sich ein geheimnisvoller Vorgang abgespielt.
Ich hob den weißen Schleier des Moskitonetzes, schlüpfte in meine Sandalen und unternahm einen ersten vorsichtigen Erkundungsgang durch unser Haus. Es war still. Kein Gesumme.
Das kühle Morgenlicht hatte den nächtlichen Spuk verscheucht. Wie war das möglich? Wohin waren sie alle verschwunden? Schliefen sie tagsüber?
Diese Fragen konnte auch Emanuel nicht beantworten. Denn schließlich war er auch kein Hornissenkenner.
Erleichtert atmeten wir die aromatisch duftende Sommerluft, und genossen mit jeder Pore die Befreiung von den Hornissen. Klar war uns aber, dass sie nachts wiederkehren würden.
Und so schön es im Nachhinein war, die Genugtuung und sogar den Stolz eine solche Situation auf diese Art gemeistert zu haben, zu genießen, so Furcht erregend ja geradezu Horror auslösend wirkte schon ein einziger Gedanke an eine Wiederholung. Nein, welche Geister sich in der letzten Nacht auch immer uns schützend zusammengetan hatten, sie würden es sich beim zweiten Mal schwer überlegen. Wir hatten jetzt den ganzen Tag zur Verfügung, um uns von dem Hornissennest zu befreien.
Aber was sollten wir tun? Emanuel, der in handwerkliche Hinsicht gern ein Allroundmacher war, hatte sofort eine Idee. Obwohl er im Reich der Tiere noch keine einschlägigen Erfahrungen gesammelt hatte, fühlte er sich nach dem guten Ausgang unseres nächtlichen Abenteuers inspiriert auch diese Angelegenheit selbst in die Hand zu nehmen.
„Ich werde sie heute Abend ausräuchern. Ich frage Giovanni, ob er mir dabei hilft“.
Der Bauer Giovanni war unser Nachbar, der schon einmal mit einem Besucher unseres Hauses ein Hornissennest ausgeräuchert hatte, als wir nicht da waren. Giovanni galt jetzt als Experte und war immer hilfsbereit. Mit ihm zusammen würden wir das hinkriegen.
Das schien auch mir plausibel. Der einzige Haken war, dass Giovanni kaum Zeit hatte.
Das Nest musste jedoch noch heute beseitigt werden, sonst wären wir gezwungen in ein Hotel umziehen.
Da wir sowieso unseren Nachbarn begrüßen wollten, beschlossen wir, uns gleich auf den Weg zu machen und ihn bei der Gelegenheit vorsichtig darauf anzusprechen.
Giovanni stand vor seinem Traktor, war gut gelaunt und freute sich, uns wiederzusehen.
Um nicht gleich mit der Tür ins Haus zu fallen, stimmten wir erst einmal einen kleinen Small Talk über die Ernte und über das Jagen an und kamen unserem Thema schon näher, bis auch Giovanni fragte, wie wir denn unser Haus vorgefunden haben. „Tutto a posto?“
„Ja im Großen und Ganzen schon. Nur leider haben wir wieder ein Hornissennest im Kamin“, rückte ich mit der Sprache heraus, ohne auch nur mit einem Wort unsere Wahnsinnsnacht zu erwähnen, denn er sollte nicht denken wir seien verrückt.
Und unser Hilfegesuch sollte auch möglichst harmlos klingen. „Du hast doch vor ein paar Jahren mal mit dem Peter so ein Nest abgefackelt. Wie macht man das denn?“ Wie ich Giovanni einschätzte, könnte sein leidenschaftliches Jagdfieber auch beim Ausräuchern der Hornissen Funken schlagen. Doch da hatte ich mich diesmal restlos getäuscht.
„Calabrone? Questi grandi rossi?“ „Si questi rossi” bestätigte ich mit möglichst
harmlosem Tonfall und merkte schon seine Angst. „Abbiamo cinque morti.“
„Was für Tote?“ Wollte ich erst einmal nüchtern nachfragen, denn diese angeblichen Toten gehören ja zur Hornissenhysterie. Darauf wollte ich nicht gleich hereinfallen.
Aber Giovanni gehörte nicht zu diesen Hysterikern. Eher zum Gegenteil. Wenn er sagte, dass fünf Leute an den Stichen von Calabrone gestorben seien, war es glaubhaft. Wir waren schockiert, ließen uns jedoch nichts anmerken. Er sollte ruhig glauben, wir seien nur ein paar dieser Tierchen begegnet. Von dem absurden Geschehen kein Wort. Bloß nicht.
Wer unter diesen Unständen eigenständig ein Hornissennest abfackeln wollte, galt jetzt in Giovannis Augen als lebensmüde oder dumm und beides war er nicht. Damals hatte er nicht gewusst, wie gefährlich diese Insekten waren und hatte einfach Glück gehabt, dass er mit heiler Haut davongekommen war.
„Jetzt müsst ihr sofort die Feuerwehr alarmieren, denn sie sind für die Entfernung von Hornissennestern zuständig.“ Das schien uns nun doch mehrere Nummern zu dramatisch, aber Giovanni rannte kurz entschlossen sofort zum Telefon, um diese Lebensgefahr schnell aus der Welt zu schaffen.
Ein riesiger Feuerwehrwagen zu unserem kleinen Haus auf dem Hügel? Trotz Giovannis Schreckensszenario mit den Toten war ich im Grunde immer noch ziemlich entspannt und eine Stimme in mir sagte; das ist ja wie mit Kanonen auf Spatzen schießen.
Aber es war schon abgemacht. Giovannis gradlinige Denkweise hatte kurzerhand die Feuerwehr alarmiert. Nun gab es keine andere Alternative mehr.
Auf dem Nachhauseweg in der brütenden Hitze, schien mir die Vorstellung von der Feuerwehr bedrohlicher als unser Hornissennest.

Fortsetzung morgen