Ich habe sie vor einem Monat in Lund kennengelernt. Sie war so schön und so jung, dass man dachte, man braucht sie nicht ernst zu nehmen. Dabei hielt sie einen von den besten Vorträgen während der Menschenrechte-Konferenz. Sie promoviert über Kafka, sie schreibt und sie malt.
Zimy naszego dzieciństwa (1)
Roman Brodowski
Nasza górka
Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych . W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.
To nie jest zdjęcie Romana, i nie są to Pszczółki, ale jest to zima w latach 60 – zdjęcie z Unisławia znalezione w sieci
– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg !
– Śnieg, jaki śnieg? – zapytała, otwierając oczy Jola.
– Nie pytaj tylko wstawaj z łóżka. Marysia na nas czeka – powiedziałem. Jola z niedowierzaniem zbliżyła się do okna. – Nareszcie – wyszeptała machając na powitanie wciąż stojącej za oknem Marysi – tak długo czekałam.
Po chwili, umyci, w ciepłej odzieży, kierowaliśmy swoje kroki do wyjścia.
– A wy dokąd, maluchy – zapytał opiekujący się nami podczas nieobecności rodziców, starszy brat, tarasując przejście.
– My na sanki! – odpowiedziałem. – W nocy napadało śniegu!
– Wiem braciszku, wiem. Ale wiem też, że śnieg nie jest z czekolady i nikt go wam nie zje. Natomiast wy musicie najpierw zjeść śniadanie, a dopiero potem możecie wyjść na dwór – odpowiedział z powagą Zbyszek.
– Ale na nas czeka… – nie dokończyłem, bo ktoś zapukał do drzwi, a następnie bez zaproszenia wszedł do sieni. Była to oczywiście nieco zmarznięta i zmęczona czekaniem Marysia.
– Czy mogę się troszeczkę ogrzać? – zapytała.
– Oczywiście, zdejm buty, załóż kapcie i chodź do kuchni – zaprosiła naszą koleżankę Krysia, ostatnia z naszego rodzeństwa, która właśnie przygotowywała nam śniadanie. Zanim wyjdziemy, napijmy się wszyscy ciepłej herbaty z miodem i zjedzmy ciepłe rogaliki z dżemem.
– Jak to wyjdziemy? To ty też idziesz z nami? – skierowałem wzrok na siostrę.
– Co to znaczy, ty idziesz? Idziemy wszyscy. Obiecałem rodzicom, że po śniadanu zabiorę was spacer – zaśmiał się Zbyszek.
Po sytym posiłku, ciepło odziani, wyruszyliśmy w drogę. Tuż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego.
Lata 60, zima w mieście, też zdjęcie z sieci
Z biegiem czasu na górce pojawiało się coraz więcej amatorów zimowej rozrywki.
Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam “na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.
Berlin 21.12. 2014
(na podstawie opowiadania pod takim samym tytułem z 1986 roku)
Zima
Otulony śnieżnym puchem
Bezkres pól chlebowych
Śpi jak niewiasta brzemienna
Przed kolejnym czasem rodzenia.
W zwisających kryształkach lodu
Pośród nagich gałęzi drzew
Przegląda się słońce zimowe,
Układając mozaikę tysiąca barw.
Ptaki cierpliwie siedzą na opłotkach
W oczekiwaniu na dar ludzkich serc,
Na odrobinę pszenicznego ziarna,
Na skórkę pachnącej słoniny.
A wiatr tańczący wokół domu
Pieści mrozem stare okiennice
Maluje misterny świat na szybach
I gra z dymem z komina w berka
Zaś w kuchni, z pieca bucha żar.
Ciepło rozchodzi się po ścianach,
Gorąca herbata paruje z czajnika
I matczyna dobroć, gotująca strawę
Otulone, gotowe do wyjścia, dzieci
Dźwigają stare, drewniane sanki
Złożone letnią porą pod strzechą.
Dziecięcy uśmiech zimowego chłodu.
Grodno 19.12. 2014
Zimowa kołysanka
Białe śnieżynki
Niby gwiezdny puch
Cicho spadają na ziemie
A ziemia pod kołderką z nich
Spokojnym snem już drzemie
Polarny wiatr
Jak młody ptak
Szybuje ponad światem
Niosąc na grzbiecie nieba dar,
Mroźną, srebrzystą szatę.
Półnagie drzewa
W wiekowej puszczy
I bobry w swych żeremiach.
Czekają na słoneczne dni
Na porę przebudzenia.
I tylko ludzie
W chłodny czas
Ukryci w wiejskich hatach
Bojąc się zimy, proszą o…
Powrót do pory lata.
Żory, 17.02. 1985
Neujahr / Nowy rok
Ewa Maria Slaska
Eine Neujahrsgeschichte
Po polsku TU.
Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten und Silvester auf einer griechischen Insel. Fast allein. Das heißt, natürlich, die Griechen waren da, aber ich wohne in einem Haus für Schriftsteller und kannte Niemanden.
Bei einem Spaziergang gelang ich rein zufällig in ein Haus und in dem Haus in einen Saal aus dem ich die Leute gehört habe, die auf Deutsch sangen. Es war eine evangelische Gemeinde. Die Mitglieder waren meistens deutsche, englische oder holländische Ehefrauen. Die Ehemänner waren Griechen, griechisch-orthodox, die Ehefrauen evangelisch. Es gab einen Pastor, eine Frau Pastor und eine Aushilfepastorin. Gottesdienst zum Sonntag, Predigt zum Gottesdienst, Gott zum Predigt.
Sie haben mich zum Silvester eingeladen, ich habe es dankend angenommen.
Silvester in Griechenland ist kein grenzenloses Vergnügen, wie man es sich so leicht vorstellen möchte, wenn man bedenkt, dass die Griechen so gern tanzen. Sie tanzen zum Silvester gar nicht, sie spielen, um die Wette, um Geld zu gewinnen. Von kleinen Kindern bis zu senilen Omas im Schwarzkleid, alle spielen um das merkantile Glück für nächstes Jahr. Und sie essen Vasilopita, Kaiserkuchen.
Bei dem Pastor haben wir Mahjong gespielt und Vasilopita gab es auch. Es ist so ein Hefekuchen in dem ein Geldstück eingebacken wurde. Floris. Blümchen. Man teilt den Kuchen in so viel Teilen, wie viele Leute zum Party kommen, plus drei. Die drei Extras sind für Gott, für Jesus und für Maria. Wir waren dreizehn, ja, ja, dreizehn, der Kuchen wurde also in 16 Stücke aufgeteilt.
Der Pastor war der Kuchengeber. Er nahm die Teller nacheinander und legte ein Stück Vassilopita drauf. Den ersten Teller gab er mir. Nein, wehrte ich mich, der ist für Gott. Aber nein, der ist für dich. Wir sind doch keine Griechen. Ich nahm den Teller. Als schon alle ihre Teller bekommen haben, da blieben die drei Stück Kuchen auf der Kuchenplatte liegen. Die nehm´ ich für morgen für den Gottesdienst, sagte der Pastor und schob die Platte beiseite.

Wir prosteten uns zu mit einem Glas Wein und machten uns an die Vasilopita. Die Münze war in meinem Stück Kuchen, im ersten Biss. Alle waren neidisch. Ich war stolz. Es ist so selten, dass mir etwas Derartiges passiert. Vielleicht gar nie. Ich gewinne nie, ich bekomme keine unerwarteten Geschenke. Und diesmal bekam ich den Floris, den Glücksbringer, gleich in ersten Biss, in einem Stück Kuchen, das mir gar nicht zukommen sollte, sondern Gott.
Alle waren neidisch, alle dachten aber, dass es für mich so schön war, den Floris zu bekommen.
Es war gar nicht schön, aber ich brauchte Monate, um es zu verstehen. Materiell gesehen mit diesem Silvester begann das schlechteste Jahr meines Lebens. Mein Geld schwand und verschwand. Egal was ich tat, das Geld ging weg. Ich wurde betrogen und bestohlen, mir wurde das Geld nicht ausgezahlt, das ich verdient habe, mein Lohn wurde gekürzt, die Kürzung mit Prämie ersetzt, die Prämie eingestellt…
Ich nahm den Kuchen, der für Gott war, ich eignete mir dadurch die Münze, die Gott gehörte, und ich zahlte dafür sehr sehr bitter.
Der Pastor irrte sich. Wir sind Griechen. Wir sind alle Griechen. Es war nicht meine Schuld, der Gottesdiener hat mir den Gotteskuchen mit der Gottesmünze gegeben, und trotzdem musste ich dafür bezahlen. Ich brauchte weitere paar Jahre, um zu erkennen, dass ich daran doch die Schuld zu tragen habe. Ich wollte Gott seinen Kuchen nicht wegnehmen, aber ich nahm ihn. Ich weiß nicht, was ich anderes tun sollte, aber ich sollte mir etwas ausdenken. Ich nahm den Kuchen, den mir der Pastor anbot und die Gottesmünze brannte mir ein Riesenloch in meinem Geldbeutel. Objektive Tatsache, Und dies war meine Schuld.
Ich fuhr also nach Griechenland zum Ende des Jahres und zum Silvester klaute ich Gott die Glücksmünze. Ich dachte, der Klau ist die Krönung eines sehr guten Jahres. Es war ein gutes Jahr in meinem Leben. Ich habe eine neue Wohnung gefunden, eine schöne Wohnung. Eigentlich war es sogar besser, die schöne Wohnung hat mich gefunden. Ich habe einen wichtigen Preis bekommen, bei der Preisverleihung habe ich einen Mann kennen gelernt. So kam er in mein Leben, in meine neue, schöne Wohnung, ein Mann der das alles war, was ich in einem Mann immer suchte…
Der das alles war, nur nicht für mich. So einfach war es mit dem Glück. Die Liebe war nicht für mich und ich klaute Gott seine Glücksmünze.
Sylwester 1943
Mirka
1944
Był sylwester 1943 roku, mijał czwarty rok wojny, nikt w tym okresie nie umiał przewidzieć, jak długo ta wojna jeszcze potrwa. Nie będę tu opisywała sytuacji strategiczno-politycznej, bo nie o tym chcę pisać.
W listopadzie skończyłam czternaście lat, ale były to inne lata niż dziś, byłam po prostu dorosłą dziewczyną. Sytuacja, w jakiej żyłam, praca konspiracyjna, czyhające nieustannie niebezpieczeństwo, stale towarzystwo osób dorosłych (byłam jedynaczką) zaprzepaściły gdzieś mój okres „podlotkostwa”, byłam po prostu dorosła. A wyglądałam… byłam wyrośnięta chuda gidia, za którą trochę już się oglądali chłopcy, co mi nieco imponowało.
Ten dzień był dla mnie WIELKI – byłam zaproszona na pierwszego swoim życiu Sylwestra. Miałam bawić się całą noc (inaczej nie można było, bo godziny zabawy wyznaczała… godzina policyjna).
Zabawa była doskonała, dobre płyty, dobra muzyka, tańczyłam do upadłego, a tańczyć umiałam doskonale, przed wojna chodziłam na rytmikę i uczyłam się tańczyć.
Sylwester odbywał się w leśniczówce, której właściciele byli mocno zaangażowani w pracę konspiracyjną. Towarzystwo, które bawiło się na tym Sylwestrze, to podchorążowie konspiracyjnej szkoły podchorążych i inni konspiratorzy. Dziewczęta, wszystkie to łączniczki, sanitariuszki i dziewczęta z patrolu gospodarczego, więc kwiat polskiej młodzieży.
Zima była dość tęga. Z leśniczówki wyszliśmy, kiedy było już widno i przez śnieg przedzieraliśmy się do drogi do wsi. W uszach brzmiała mi ostatnia piosenka: Hanko … bo kiedy usta twe mówią nie, to oczy mówią tak… Tę piosenkę pamiętałam długo i w zmiennych kolejach losu tego roku 1944, wielokrotnie ją w myślach nuciłam.
PS. Tego, że panowie, którzy uczestniczyli w Sylwestrze to byli absolwenci kursu Konspiracyjnej Szkoły Podchorążych, którzy tego dnia zdali końcowe egzaminy, dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku (2013). Nie wiedziałam o tym, mimo że egzaminował ich między innymi mój Ojciec, który tę szkołę prowadził. Jak konspiracja to konspiracja.
Ciąg dalszy nastąpi
Izložbe Bruno Šulc – ciąg dalszy
Wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu, Belgrad
Izložbe Bruno Šulc – Marjuš Kubielas – In Transitu, Beograd
Wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w Belgradzie (12.12.-31.12.2014) różni się zdecydowanie od swych poprzednich odsłon w innych miejscach. Jej wernisaż, nawet w porównaniu z otwarciem w ramach Europejskiego Miesiąca Fotografii w Berlinie (2.10.-14.11.2014) miał nie tylko znacznie bardziej uroczysty, lecz i bardziej oficjalny charakter. Tym razem bowiem organizatorem był nie tylko Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – przygotowaniami całego przedsięwzięcia zajęła się w znaczym stopniu także Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Belgradzie, we współpracy z Serbską Biblioteką Narodową. Znalazło to swój wyraz już w uroczystym powitaniu artysty i przybyłej z Polski delegacji przez menadżerkę biblioteki oraz kierowniczkę Departamentu ds. Projektów i Współpracy Międzynarodowej, Tamarę Butigan-Vučaj.
Także charakter samej ekspozycji był tak w metaforycznym, jak i dosłownym znaczeniu znacznie bardziej niż dotąd interaktywny, między innymi dlatego, że zlokalizowana została w otwartej przestrzeni biblioteki, pomiędzy wejściem głównym a częścią kawiarniano-rekreacyjną. Przestrzeń wystawienniczą oddzielała od kawiarni jedynie ażurowa konstrukcja ze stalowych słupów wznoszących się od wysokości parteru aż do ostatniej kondygnacji budynku. Aranżacja wystawy w tej przestrzeni okazała się nie lada wyzwaniem.
Artysta zadecydował, że pięć wielkoformatowych prac (150 x 100 cm) zostanie przymocowanych do tych słupów, podczas gdy większość z pozostałych 33 fotografii, w ramach o wymiarach 60 x 80 cm, ustawiono na sztalugach bezpośrednio graniczących bądź to ze ścianą czołową głównego holu-galerii, w całości pokrytą zapisanymi zmodyfikowaną, serbską wersją cyrylicy inskrypcjami, podkreślającymi rangę i przesłanie instytucji goszczącej pokaz, bądź to z klubo-kawiarnią po przeciwnej stronie.
Instalację tej dynamicznie rozwijającej się, otwartej ekspozycji, już podczas montażu obserwowali liczni goście, głównie studenci i czytelnicy biblioteki, którzy jeszcze na kilka godzin przed ukończeniem prac aranżacyjnych, na tle gotowych juz fragmentów wystawy w iście ludycznym nastroju imitowali sceny przedstawione na fotografiach Mariusza Kubielasa.

W tym czasie menedżerka Biblioteki i autorka tego tekstu czyli kuratorka wystawy wspólnie wybierały fragmenty prozy Brunona Schulza w języku serbskim, które zostały odczytane podczas wernisażu.
Na otwarcie, oprócz studentów i przedstawicieli międzynarodowych środowisk intelektualnych, przybyło także wielu akredytowanych w Belgradzie dyplomatów.
Pani dyrektor Serbskiej Biblioteki Narodowej, Svetlana Jančić, urzekła zebranych erudycją. W swym wystąpieniu podkreśliła znaczenie włączenia tej interdyscyplinarnej wystawy, inspirowanej tak plastyczną, jak i prozatorską twórczością Schulza w przestrzeń Serbskiej Biblioteki Narodowej. Jakby w odpowiedzi na jej emanującą przedwojenną elegancją i wyjatkową kulturą słowa wypowiedzią, dyrektor Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego, Bronisław Kowalewski, ofiarował Bibliotece wybrane publikacje przygotowane w ostatnim czasie przez Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, towarzyszące organizowanym wystawom. Podkreślić tu należy, iż na potrzeby aktualnej wystawy jako podpisy-komentarze do prezentowanych fotografii, wykorzystano cytaty z prozy Schulza w serbskim tłumaczeniu Stojana Subotina, a także ze specjalnie w tym celu przygotowanego przekładu Milicy Markić.
Wernisaż stał się nie tylko okazją do wymiany myśli i dyskusji, m.in. z przedstawicielami interdyscyplinarnego środowiska akademickiego, także w trakcie kolejnych dwóch dni goszczącego na Małym Festiwalu Brunona Schulza, lecz również wywiadów udzielanych przez artystę, kuratorkę i organizatorów wystawy serbskiej telewizji.
Tymczasem przedstawiciele Telewizji Wrocław w belgradzkiej scenerii miejskiej i w trakie wernisażu realizowali trzeci już film o fotografiach szulcowskich Kubielasa. Najpierw powstały drohobyckie realizacje Jurija Gaszczaka (Kobieta i koń = Zaczarowane dźwięki światła i cieni. Awers i Rewers, 2012), a potem Matthias Frickel nakręcił In Search of a Lost Childhood – The Cruel Fate of Bruno Schulz dla Deutsche Welle (Festiwal Bruno4ever 2012). Tym razem w filmie wystąpiła jedna z modelek Mariusza Kubielasa, Magdalena Mytych-Lipińskia.
Pochwalmy się jeszcze, że Amabsador RP w Belgradzie, Aleksander Chećko, zaproponował artyście i kuratorce organizację tournee, w ramach którego wystawa Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w roku 2015 pokazana zostanie w innych miastach Serbii.
Zrodził się nawet pomysł zrealizowania w Belgradzie nowych fotografii do serii Schulzowskiej, w serbskiej scenerii i z udzialem serbskich modeli-aktorów. Sztuka i literatura mogłaby w ten sposób przyczynić się do budowy wyjątkowego pomostu kulturalnego między Polską a Serbią.
***
Uprzejmie dziekujemy za udostępnienie wykorzystanych w tekście fotografii:
Foto 1, 2, 4, 10, 11 © Viesia Hołyńska
Foto 3, 5-9, 12-15 © Mariola Nehrebecka
W górę rzeki (12)
Zbigniew Milewicz (i Marta)
Tereska i Jurek
Koniec roku skłania do obrachunków z czasem. Zacząłem w tym roku spisywać historię swojej rodziny, co wolno robić każdemu śmiertelnikowi, moi krewni to zaakceptowali, ale już wytknęli kilka faktograficznych nieścisłości i dzisiaj chciałem je sprostować. Zrobię to jednak w kolejnym wpisie, bo z rodziny odeszło całkiem niedawno dwoje wartościowych ludzi i im chciałbym tutaj poświęcić kilka słów.
W listopadzie zmarł w Katowicach, na Brzozowej, Jurek Nowak, mąż mojej ostatniej, żyjącej ciotki z rodziny Hamplów, Tereski. Ponieważ była najmłodszą z sióstr, całe życie wszyscy w rodzinie mówili na nią zdrobniale. Jurek trzy dni temu skończyłby 80 lat. Krótko chorował. Kilka dni przed śmiercią rozmawialiśmy jeszcze telefonicznie. Miał pogodny, młody głos, ja oczywiście starałem się go przekonać, że doczeka kolenych urodzin, ale on wiedział, że odchodzi. Niestety na pogrzebie nie mogłem być, dwa tygodnie później odwiedziłem jego grób na cmentarzu w Wełnowcu. Wieńce i kwiaty wyglądały, jakby dopiero je położono. Halina i Andrzej, dzieci zmarłego, czyli moi kuzynostwo mieszkają razem ze swoimi rodzinami niedaleko, koło wieży telewizyjnej w Bytkowie. Mieszkali przez płot, w dwóch sąsiadujących ze sobą domach. Żona Jurka, z którą od lat byliśmy na ty, często gościła u swoich dzieci. Po śmierci ojca Halina wolała, żeby mama u niej zamieszkała, zamiast sama na Brzozowej, miejsca w domu było dostatecznie dużo, także wnuczki nie chciały rozstawać się z babcią. Dawno się z Tereską i kuzynostwem nie widziałem, ostatnio, jak Halina z mężem Piotrkiem i córką Agatą mieszkali w Murckach, ile to lat temu… dziesięć, dwanaście? Ich córki Justyny chyba jeszcze nie było na świecie.
Kuzyn Andrzej, najstarszy z rodzeństwa, pracował w biznessie, zajmował się pompami górniczymi, Halina z Piotrkiem, który pochodził z Podhala, byli radcami prawnymi. Najmłodszy Boguś kierował natomiast jednym z technicznych działów w fabryce Audi w Ingolstadt. Z nim, mieszkając w Monachium, miałem najczęściej kontakt. Halina i Piotrek Jurczakowie zaprosili mnie do siebie, poznałem ich urocze córeczki, 11-letnią Justynę i 6-letnią Emilkę, która nosiła imię po prababci. Prawie już pełnoletnia Agata bawiła na jakimś szkolnym wyjeździe zagranicznym. Nie mogliśmy z Tereską się nagadać. Sporo mi naopowiadała o zdarzeniach w rodzinie, których po części nie znałem. Wspominaliśmy nasze wędrówki po Tatrach z ciocią Irką, nocleg w bacówce na Polanie Waksmundzkiej, gdzie najpierw trzeba było wejść krowie na zadek, żeby wywindować się na strych wysłany słomą, a przez dziurawe poszycie dachu widać było pięknie rozgwieżdżone niebo. Poprzez ciocię Irkę, która pracowała jako inżynier w zakładach mleczarskich i załatwiła tam pracę Teresce, poznała swojego przyszłego męża i przeżyła z nim całe życie. Zmarła niewiele ponad miesiąc po nim. W szpitalu, do którego przewieziono ją z ostrym atakiem kamicy żółciowej, operacja się udała, ale padła trzustka. Powiadomił mnie o tym telefonicznie Boguś.
Córka Andrzeja, Marta, która mieszka w Warszawie napisała wspomnienie, najpierw o dziadku, później o babci. Zrobiła to pięknie i pozwolę sobie je tutaj przytoczyć:
Pożegnanie dziadka i babci
Dziadek Jurek. Jeden z najbardziej pracowitych i obowiązkowych ludzi, jakich kiedykolwiek znałam. Indywidualista o wielkiej inteligencji i równie wielkim poczuciu humoru. Człowiek twardy i konsekwentny, a jednocześnie ciepły i serdeczny, zawsze gotowy do pomocy, o cokolwiek by się go nie poprosiło.
Jakim był dziadkiem? Najlepszym, jakiego można sobie wymarzyć. Odbierał nas ze szkoły, zawoził na lekcje angielskiego, naprawiał szkolne plecaki, odprowadzał do pociągu, kiedy wyjeżdżałyśmy na wakacje. Z czasem zajęć przy wszystkich wnuczkach było tyle, że aby utrzymać ład i porządek zostałyśmy ponumerowane według wieku. I tak zostałam numerem 1, Dorota numerem 2, Agata – 3, Justyna – 4 i wreszcie Emilka – numerem 5. Dziadek był bardzo dumny ze swojej klasyfikacji, a my z niego, że wpada na takie genialne pomysły.
Genialnych pomysłów było więcej – zimą jeździł z nami na łyżwach po zamarzniętej Pogorii i na nartach po wiślańskich stokach, latem odkrywaliśmy wspólnie szlaki Beskidu Śląskiego. Nauczył nas grać w remika i grywaliśmy z pasją do późnej nocy. Uczył nas znaków drogowych, alfabetu Morse’a i jak porządnie strzelać z procy. Na wszystkich weselach uczył nas tańczyć.
Dziadek bardzo lubił jeździć samochodem i lubił samochody w ogóle, więc na pewno zapamiętamy go, jako dziadka za kierownicą. Każdą z wnuczek gdzieś podwoził – na pociąg, do lekarza, do przedszkola czy szkoły, niejednokrotnie czekając, aż będziemy gotowe do odbioru. Zawsze miał w aucie miętówki, którymi nas częstował. Uwielbiał spacery po lesie – był świetnym grzybiarzem, często mówił, że „wyczuwa” gdzieś grzyba, żebyśmy same mogły znaleźć upragnionego podgrzybka. Zapamiętamy też malowane przez Dziadka znaczki pocztowe. Zawsze ze słonikiem, datą i pieczątką. Rysowane na kopertach kartek okolicznościowych na nasze urodziny. I zapamiętamy scyzoryk, który przy sobie nosił.
Liczyć na Dziadka można było zawsze – bardzo o nas wszystkich dbał. Nawet, kiedy był już bardzo słaby, każdą naszą wizytę u niego kończył swoim tradycyjnym „w razie czego dzwońcie”. Pomagał rodzinie, pomagał sąsiadom. A rodzinę stworzył jedyną w swoim rodzaju. Ciepłą, wesołą, wspierającą się, okazującą szczere zainteresowanie drugim człowiekiem. Dziadek był bardzo z tej rodziny dumny – widać było błysk w jego oczach, gdy opowiadał w swoich bliskich.
Więc chyba nie powinniśmy pytać Pana Boga, dlaczego nam Dziadka zabrał, tylko dziękować mu, że nam Go dał. Że mogliśmy odbyć z nim te wszystkie rozmowy, które odbyliśmy, że było tyle wspólnych wyjazdów, imprez rodzinnych, spotkań, że razem kolędowaliśmy, żartowaliśmy, oglądaliśmy z nim mecze piłki nożnej, którą tak lubił. Że poznał swoje dwie prawnuczki.
I choć tak strasznie boli świadomość, że Dziadek już nie założy charakterystycznego czarnego beretu, nie podjedzie na naszą uliczkę niebieską Pandą, a na niedzielne śniadanie nie przygotuje swoich ulubionych parówek z serem, to głęboko wierzę, że tam gdzie teraz jest, jest mu dobrze. Bo wierzę, że Pan Bóg zabiera człowieka do siebie wtedy, gdy widzi, że zasłużył on sobie na niebo.
Marta czyli wnuczka nr 1
***
Pożegnanie Babci Teresy
Kiedy miesiąc temu towarzyszyliśmy w ostatniej drodze Dziadkowi Jurkowi, chyba nikt nie spodziewał się, że tak szybko przyjdzie nam żegnać i Babcię Teresę. Widok Babci bez Dziadka u boku był dziwny i trudny do zaakceptowania, myśl o rodzinie bez nich obojga zupełnie nie mieściła się w głowie. A jednak Babcia odeszła w zeszłą sobotę.
W Tatrach z Ciocią Tereską
Czy bała się śmierci? Raczej nie. Takiej wiary w Boga, jaką miała Babcia Teresa, można było tylko pozazdrościć. Była bardzo religijna i z całej rodziny to ona najbardziej dbała o nasz duchowy rozwój. Pilnowała, żeby msza święta była najważniejszym wydarzeniem każdej niedzieli, żebyśmy nie zapominali o modlitwie i regularnej spowiedzi. Przed każdą dalszą podróżą błogosławiła nam, robiąc nam znak krzyża na czołach. Jej modlitwa towarzyszyła nam cały czas. Kiedy zdawaliśmy ważne egzaminy, pobieraliśmy się, zaczynaliśmy życie na własną rękę. Kiedy rodziły się kolejne wnuczki i prawnuczki. Kiedy było dobrze i kiedy było trochę gorzej. Każdego dnia Babcia prosiła Boga o błogosławieństwo dla nas, jego opiekę i potrzebne nam łaski.
Ale Babcia Teresa kojarzy się nie tylko z wiarą i duchowością. Babcia to także poczucie humoru, ciekawość świata, otwartość i towarzyskość. Bardzo łatwo nawiązywała kontakty, lubiła ludzi – po prostu zaczynała z kimś rozmawiać i od razu zyskiwała nowego znajomego. Przyjaźniła się z sąsiadami, była w stałym kontakcie z bliższą i dalszą rodziną, pamiętała o swoich koleżankach z dawnych lat. Na urodziny pierwszy telefon z życzeniami był zawsze od Babci.
Babcia lubiła wiedzieć, co u kogo słychać i co się dzieje w rodzinie. Była duszą towarzystwa, więc wszelkie większe uroczystości i spotkania rodzinne były jej prawdziwym żywiołem. Często opowiadała wtedy niesamowite historie o swojej rodzinie, licznych ciotkach, wujkach i kuzynostwie. O powojennym Chorzowie i Bytomiu. Za każdym razem, kiedy wychodziło się z takiego spotkania, dziadkowie stali w drzwiach mieszkania na Brzozowej i machali gościom na pożegnanie, dopóki ci nie zniknęli za zakrętem schodów.
Na zdjęciu: Emilka z Babcią Tereską
Babcia była doskonałą panią domu – kiedykolwiek nie wpadłoby się do dziadków, mieszkanie zawsze lśniło, a oni sami czekali z kawą, herbatą, ciasteczkami i obranymi owocami. Babcia była w rodzinie wytwórczynią najlepszych makówek, modrej kapusty ze smażonym boczkiem i pleśniaka. Dodam od siebie – i ciasteczek odziedziczonych po Babci Stasi – subtelnie i smakowicie nazywanych czołgami. Przepis na pleśniaka dyktowała nam z pamięci jeszcze tego lata. Również jej kompot truskawkowy nie miał sobie równych. Dzieci dostawały go zawsze w szklankach z grubego szkła, żeby przypadkiem nie zrobiły sobie krzywdy.
Bo Babcia troszczyła się o nas nieustannie. W zimie dbała, żebyśmy zakładali ciepłe kurtki, czapki i szaliki. W lecie denerwowała się, że biegamy boso po trawie i pijemy zbyt zimne napoje. Kupowała ciepłe kołdry, żebyśmy w nocy nie marzli. Dla najmłodszych zawsze miała w torebce coś słodkiego.
O co by nas prosiła? Na pewno o modlitwę. Tak jak ona pamiętała o nas, tak i my pamiętajmy teraz o niej. Byłaby nam wdzięczna za – jak to ona mówiła – „dziesiątek” różańca albo koronkę zmówioną w jej intencji. Prosiłaby nas też pewnie, żebyśmy szanowali rodzinne tradycje – dalej spotykali się z okazji urodzin czy świąt, często dzwonili do siebie, odwiedzali się i interesowali sobą nawzajem. Żebyśmy, tak jak dotąd, mogli na siebie zawsze liczyć.
Ciężko na sercu. Ciężko, bo rozstania z kochanymi, bliskimi i dobrymi ludźmi są zawsze trudne. Pozostaje nadzieja, że Babcia Teresa jest już razem z Dziadkiem Jurkiem, swoimi rodzicami – Emilką i Wilusiem, których tak wcześnie straciła i swoimi teściami – Stasią i Stasiem, których większość z nas miała jeszcze szczęście poznać, ciocią Jutą, wujkiem Józkiem i wszystkimi innymi ludźmi, których kochała, a którzy odeszli przed nią. I że kiedyś spotkamy się z nimi ponownie.
Marta
„W drodze do Republiki Marzeń“
Dr Lidia Głuchowska
Mały Festiwal Brunona Schulza, Belgrad, grudzień 2014/ „Na putu do Republike Snova“ – Mali Festival Bruna Šulca, Beograd, Decembar 2014
Paradoksalnie, choć prozę Brunona Schulza filologowie polscy uznają za nieprzetłumaczalną, dotychczas przekładano ją blisko 160 razy(!), i to m.in. na tak egzotyczne języki jak islandzki, japoński, chiński, tajski, koreański, arabski, estoński, ormiański czy esperanto.
Wspomnieć tu należy także o niedawno nagrodzonych przekładach twórczości pisarza z Drohobycza – w niemieckim obszarze językowym nagrodzona została Doreen Daume, w Finlandii – Tapani Kärkkäinen, tłumacz Sklepów cynamonowych.
Popularyzacja dokonań Schulza dokonuje się zarówno w rodzimej kulturze jak i w innych krajach jednak nie tyko za pomocą translacji literackiej, lecz też za pośrednictwem przekładu intersemiotycznego, odwołującego się do innych mediów artystycznej ekspresji.
W tym kontekście szczególną rolę zyskuje kolejny, po drohobyckim i wrocławskim, festiwal Brunona Schulza, zainicjowany przez Ambasadę Rzeczypospolitej Polskiej w Belgradzie (12-14.12.2014), w ogromnym stopniu dzięki osobistemu zaangażowaniu i energii Dagmary Luković, pełniącej aktualnie funkcję ataché kulturalnego przy ambasadzie.
Na Mały Festiwal Brunona Schulza „W drodze do Republiki Marzeń” złożył się szereg interdyscyplinarnych imprez kulturalnych, uświadamiających mieszkańcom Belgradu swoiste analogie między aurą ojczyzny Brunona Schulza – galicyjskim tyglem kultur a multinarodową i mulikonfesjonalną mozaiką bałkańską.
Program otwierał 11 grudnia pokaz filmów inspirowanych plastyczną i literacką twórczością Schulza. Były to Ulica Krokodyli w reżyserii braci Stevena i Timothy`ego Quay (1987) oraz Sanatorium pod klepsydrą Wojciecha Hasa (1973) w serbskim stołecznym Domu Młodzieży.
Kolejnego wieczora miało miejsce otwarcie wystawy Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu w Serbskiej Bibliotece Narodowej, o której poprzednich odsłonach już pisaliśmy, i której poświęcimy jeszcze szczególną uwagę.
W kolejne popołudnie dużym zainteresowaniem cieszył się zorganizowany głównie z myślą o studentach polonistyki i miłośnikach literatury, w przestrzeni wspomnianej wystawy w gmachu bibliotecznym, okrągły stół pt. Inspiracje, adoracje, egzaltacje i frustracje – Schulz jako inspiracja i wyzwanie (Inspiracije, adoracije i frustracije – Šulc kao inspiracija i izazov), z dyskusją moderowaną przez Tamarę Krstić – krytyka literackiego i dziennikarkę Radia Belgrad, z udziałem Mirko Demića – autora powieści Ćilibar, med, oskoruša (Bursztyn, miód i jarzębina) z Brunonem Schulzem w roli głównej, Branislavy Stojanović – schulzologa, adiunkta w Katedrze Języka Polskiego Uniwersytetu w Belgradzie, a także artysty- fotografa – Mariusza Kubielasa i kuratorki międzynarodowego tournee jego wystaw, dr Lidii Głuchowskiej.


Spotkanie, w którym uczestniczyła także jedna z tłumaczek prozy Schulza, Milica Markić, dotyczyło głównie międzynarodowych interpretacji jego prozy. W centrum uwagi dyskutantów znalazły się także przekłady na język serbski, we fragmentach zrealizowane dotychczas przez… 11 (!) autorów, a także kwestie transmedialnych nawiązań do jego dorobku, obejmujących m.in. fotografię.

Fotografii poświęcono szczególną uwagę podczas wydarzenia łączącego dwie paralelne belgradzkie imprezy kulturalne – Mały Festiwal Brunona Schulza i festiwal Vizualizator (Festival fotografije VIZUALIZATOR), zatytułowanego Współczesne tendencje w fotografii i praktyce kuratorskiej (Dom omladine Beograda). Złożyły się na nie pokazy multimedialne i dyskusja studentów fotografii i historii sztuki z udziałem Mariusza Kubielasa i Lidii Głuchowskiej, w całości transmitowane na żywo w internecie.
Delegacja organizatorów wystawy z Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu oraz przedstawicieli wrocławskich władz miejskich i wrocławskiej telewizji została też zaproszona na Wigilię pod patronatem ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej, Aleksandra Chećki. Było to uroczyste, uświetnione koncertem spotkanie, skupiające przybyłych z różnych stron Serbii przedstawicieli Polonii. Może warto tu dodać, że jej korzenie sięgają XIX w. i polskich powstań narodowych. W Wigilii wziął też udział dyplomata watykański, ksiądz Janusz, a autor wystawy, artysta-fotograf, Mariusz Kubielas, przeistoczył się tym razem nie w mitycznego Ojca rodem z prozy Schulza, lecz w Św. Mikołaja.
***
Uprzejmie dziękujemy za udostępnienie wykorzystanych w tekście fotografii:
Foto 1, 2, 4, 7-9 © Viesia Hołyńska
Foto 3, 5, 6 © Mariola Nehrebecka.
Wiecej: http://www.okis.pl/site/home/1500/n.html
Lidia Głuchowska, Transmedialne translacje, re-wizje Schulzowskiego „autentyku” i archeologia fotografii: „Bruno Schulz – Mariusz Kubielas – In Transitu”, W: Quart (Wrocław) 2014/ 4, 101-130
Australia – odcinek 3
Lech Milewski
Wyprawa
Skoro National Geographic został sponsorem wyprawy, trzeba było ustalić z grubsza przebieg trasy, punkty spotkań i punkt docelowy. Ostatnie nasuwało się samo – Ocean Indyjski. Jeśli chodzi o przebieg trasy, to National Geographic miało tylko jedno stanowcze wymaganie – sesja zdjęciowa w okolicach Ayers Rock.
Długość trasy – około 2,700 km.
Był początek marca, doskonały czas na start, żeby zakończyć wędrówkę w połowie grudnia, przed nadejściem najgorszych upałów.
Wielbłądy zostały przetransportowane z Utopii do Alice Springs, gdzie Robyn kompletowała w pośpiechu potrzebny jej sprzęt.
Przyjechal tam również Rick Smolan pełen entuzjazmu i najlepszych chęci. Przywiózł wiele niepotrzebnych sprzętów – radio krótkofalowe, ogromny mechanizm do ładowania baterii, gumową łódkę.
Widział już siebie w wielkiej romantycznej przygodzie. Nie zdawał sobie sprawy, że on sam jest częścią problemu.
Sallay Mahomet zaoferował się podwieźć wielbłądy do miejsca, gdzie kończyła się szosa, a zaczynała pustynia. Osobiście załadował na nie cały ekwipunek…
Pożegnanie z ojcem i siostrą, i w drogę…
Po kilku krokach rozwiał się nerwowy ucisk w żołądku. Wokół było światło, siła, przestrzeń i słońce. Chciała krzyczeć: kocham was, kocham was niebo, ptaki, wiatr, urwiska, słońce, pustynię, pustynię, pustynię! PSTRYK – sponsor czuwa
– Hej, jak Ci idzie, przywiozłem kilka zdjęć, które zrobiłem, jak wyruszałaś na trasę – Rick siedzial uśmiechnięty w samochodzie, kołysząc się w rytm muzyki z radia.
Twardy powrót do rzeczywistości. Ładunek na grzbiecie Dookie był niebezpiecznie przechylony, Zeleika ciągnęła linę do tyłu, chcąc zobaczyć, co się dzieje z jej synkiem, Goliath wyrywał się do matki, szarpiąc siodło na grzbiecie Buba. I do tego ten intruz z wszechobecnym aparatem fotograficznym. Na szczęście następne spotkanie dopiero pod Ayers Rock.
Pierwszy samodzielny ranek. Załadowanie wielbładów zajęło dwie i pół godziny. Prawie 400 kg – 8 pojemników na wodę (łącznie 100 litrów), narzędzia, żywność, medykamenty, sprzęt kempingowy. Teraz można usiąść na grzbiecie Buba i dać się nieść. Ciszę pustyni przerywa tylko dźwięczenie dzwonków na szyjach wielbłądów.
Marzec – pustynia pulsuje życiem. Wiele rodzajów ptaków i bogactwo rośłin.
Robyn poznala trochę tajników aborygeńskiej kuchni. Na australijskiej pustyni można znaleźć odpowiedniki ziemniaka, papryki, pomidora, bakłażana. Kłopot w tym, że bardzo trudno je odróżnić od mocno toksycznych odmian. Z upływem czasu Robyn korzystała coraz częściej z darów natury, uzupełniając je okazjonalną puszką sardynek i dużą ilością słodkiej herbaty.
Nocleg na pustyni – cisza, ciemność, miliony gwiazd nad głową. Robyn miała już na tyle doświadczenia, żeby po przebudzeniu nie nastąpić na skorpiona lub nie wpaść w uściski grzejącego się przy niej jadowitego węża. Najgorszą zmorą było ciągłe nasłuchiwanie wielbłądzich dzwonków. Dzwonią – może wielbłady oddalają się? Nie dzwonią – może uciekły? Jeśli cisza trwała zbyt długo, Robyn wołała wielbłady. Jeśli cisza trwała nadal trzeba było wstać i zobaczyc gdzie poszły. Na ogół nie dalej niż 100 metrów od obozu. I tak dwa, trzy razy każdej nocy.
Po trzech dniach dotarła do osiedla Ayeronga, zamieszkałego przez aborygeńskie plemię Pitjantjara. Już kilometr przed osadą została przywitana przez tłumek dzieci. Skąd wiedziały o jej przybyciu? Bush telegraph?
Aborygeńskie dzieci, najbardziej radosne i przyjazne dzieci na świecie. Po minucie obsiadły plecy Robyn i grzbiety wielbładów. Robyn wypróbowywała swoją znajomość języka Pitjantjara, co było kwitowane wybuchami śmiechu. Jedyne co sama mogła zrozumieć to kunga rama-rama – szalona kobieta.
Następne dwa tygodnie to wędrówka do Ayers Rock. Im bliżej, tym częściej spotyka turystów – przedobrzone samochody terenowe, krótkofalówki, kapelusze z korkami na sznurkach (ochrona przed muchami), nieodłączna butelka piwa w dłoni i aparat fotograficzny. Traktowała ich bardzo gburowato, ale to niewiele pomagało.
Te dwa tygodnie były niemiłe – stały niepokój o wielbłądy, zmęczenie, zniechęcenie – po co ja właściwie to robię?
Wreszcie Uluru – wielka skała, która wtedy nosiła jeszcze nazwę Ayers Rock. Widok tego monolitu złagodził wszelkie niepokoje…
Niestety zaraz, za kilka godzin pojawił się Rick i zaczęły się niekończące się sesje zdjęciowe. Robyn z wielbłądami pod skałą, przy skale, na tle skały.
Hej Rick, gdzie się podziało uczciwe dziennikarstwo? – wołała Robyn, stroiła fochy, robiła ponure miny lub patrzyła gdzieś w bok.
Bardzo denerwowal ją fakt, że Rick w ogóle nie czuł pustyni, nie czuł się jej cząstką. Gdy nie robił zdjęć, słuchał muzyki i czytał. Sprawę pogarszało to, że Robyn zdawała sobie sprawę, że jest o bardzo inteligentny i wrażliwy człowiek, że wkłada wiele entuzjazmu, w to co robi, że chciałby jej pomóc. Czuła wyrzuty sumienia, że traktuje go tak źle, ale inaczej nie mogła.
Po dwóch dniach miała dosyć – albo się dzisiaj dogadamy albo wynosisz się stąd, a ja zwrócę National Geographic otrzymane od nich pieniądze. Trwało to wiele godzin, ale osiągnęłi jakieś porozumienie.
Pogoda pogorszyła się, zaczęły się deszcze, na domiar złego Dookie doznał kontuzji nogi. Postój trwał sześć tygodni. Robyn obozowała na skraju aborygeńskiego osiedla i miała częste kontakty z miejscowymi kobietami. Były bardzo życzliwe i pomocne, zaprosiły ją nawet na niektóre, wyłącznie kobiece, ceremonie, ale nie było mowy o pełnym zrozumieniu i bliższym kontakcie.
Następne 160 km trasy przebiegało przez tereny, na których znajdowało się wiele aborygeńskich świętych miejsc. Do niektórych z nich kobieta mogła zbliżyć się tylko w towarzystwie mężczyzny. Robyn poprosiła kobiety o wybadanie, czy znalazłby się ktoś chętny, żeby jej towarzyszyć. Brak odpowiedzi oznaczał odmowę.
Stan nogi Dookie polepszył się. Ruszyła w dalszą drogę w nadal w złym nastroju.
Po kilku dniach doszło do spotkania z dzikimi wielbłądami, samcami. Pomna wskazówek Sallaya sięgnęła po karabin. Myślała, że wystarczy odstraszający strzał w nogę. Niestety trzeba było oddać kilka strzałów i wreszce zabić. Jednego, drugiego, trzeciego.
Pogoda zmieniła się na słoneczną. Pustynna sawanna zmieniła się w piaszczyste wydmy. Wędrówka stała się powolna i uciążliwa. Dlaczego te wielbłady wypijają tyle wody? Po kilku dniach sytuacja stała się krytyczna. W nocy gnębiły ją halucynacje i makabryczne sny. Wreszcie na horyzoncie jakaś zieleń, za parę chwil świergot ptaków – źródło.
W nocy obudził ją warkot samochodu. Turyści – pomyślała z niechęcią – natrętne pytania, fotografie. W głowie czuła zupełną pustkę, żadnych myśli, nie chce rozmawiać, nie może znaleźć żadnych słów.
Okazalo się, że to Aborygeni powracający z plemiennego spotkania. Przyjacielscy, weseli, zmęczeni. Nie ma obaw, przy nich nie trzeba niczego udawać, wystarczy siedzieć przy ogniu, popijać herbatę ze wspólnego garnka, nie trzeba niczego mówić.
Następnego ranka Aborygeni zakomunikowali jej, że jeden z nich będzie jej towarzyszył przez następne dwa dni, aż dojdzie do pobliskiej osady.
Z grupy wystąpił starszy mężczyzna, na jednej stopie miał zbyt dużego adidasa, na drugiej damski trzewik. Wskazał na siebie palcem i przedstawił się – Mr Eddie.
Przedstawiła się również Robyn i zdała sobie sprawę, że jej imię zostało zrozumiane jako królik. Oboje wybuchnęli śmiechem.
W towarzystwie Mr Eddie wiele problemów przestało istnieć. Niepotrzebna była mapa i kompas, Mr Eddie był wszędzie i zawsze u siebie. Przy nim zrozumiała lepiej stosunek Aborygenów do Ziemi.
Ziemia w obecnym jej kształcie została stworzona w okresie Dreamtime przez przodków o nadludzkiej mocy i energii. Podczas ich wędrówek powstała obecna topografia, a ich energia pozostała na trasach, zaklęta w formacjach skalnych, w miejscach wyjątkowych wydarzeń. Obecni ludzie mogą czerpać tę energię poprzez związek duchowy i wypełnianie religijnych obowiązków wobec świętych miejsc. W aborygeńskim świecie żadna rzecz ani istota nie istnieje sama w sobie. Wszystko jest częścią nieskończenie skomplikowanej sieci powiązań.
W tym świetle prawo własności ziemi jest absurdem. Człowiek nie może posiadać ziemi, to Ziemia posiada człowieka.
Oczywiście we współczesnym świecie Aborygeni muszą działać zgodnie z obowiązującymi zasadami prawa, a zatem sprawa prawa do ziemi przodków jest bardzo istotna. Więcej na ten temat pisałem tutaj – KLIK.
Po dwóch dniach dotarli do osiedla Aborygenów. Po krótkich pertraktacjach Mr Eddie zgodził się towarzyszyć Robyn przez dalsze 300 km.
Na początek Robyn pozbyła się dużej części bagaży, które okazały się niepotrzebne.
Następnie przyszedł czas na zawarcie ugody z czasem. Robyn zdała sobie sprawę, że budzik wyznaczający termin wykonania przeróżnych czynności jest tylko obciążeniem psychicznym. Na pustyni czas niesie ze sobą właściwą porę na wszystko, trzeba się tylko w to wsłuchać i włączać się w przyjazny nurt. Po kilku dniach nakręciła dobrze swój budzik i zostawiła go na pustyni.
Poznała też aborygeńskie określenia dystansu – mały kawałek, kawałek, trochę długi kawałek, długi-długi kawałek, za daleko. Oczywiście cel jej wyprawy zaliczał się do tej ostatniej kategorii.
Ulubioną potrawą Mr Eddie był pieczony kangur. Robyn zastrzeliła kangura i wyjęła nóż aby go oprawić. My Eddie gwałtownie zaprotestował – tego nie wolno robić. Należy opalić sierść kangura nad ogniem i zetrzeć zwęglone włosie a następnie zakopać tuszę w piasku pomieszanym z rozżarzonym węglami. Po godzinie mięso jest niezwykle soczyste i smaczne. Oczywiście było tego zbyt wiele jak na dwie osoby i psa i taką ucztę wyprawili sobie chyba tylko raz.
Spotkanie z turystami uprzytomniło jej, że osiągnęli swój cel – osiedle aborygeńskie Warburton. Radosne okrzyki, aparaty fotograficzne, pogardliwe traktowanie Mr Eddie. Robyn po raz pierwszy zrozumiała, jak Aborygen czuje się w takiej sytuacji. Ogarnął ja wstyd, poczucie winy i wściekłość. Ale co można zrobić? Mr Eddie był na to lepiej przygotowany – zaczął biegać w kółko wymachując rękami i wrzeszcząc – money, money. Przestraszeni turyści odbiegli uprzednio opróżniając swe portmonetki z drobnych. Gdy turyści zniknęli oboje dostali histerycznego ataku śmiechu.
W Warburton oczekiwał ich Rick Smolan z aparatem i karabinem – prezentem dla Mr Eddie.
Odpoczynek w Warburton trwał tydzień i dopiero wtedy Robyn zorientowała się, jak bardzo się zmieniła podczas ostatnich tygodni. Zapomniała o trasie i o czasie, w jej pamięci pozostała magia cudownych wizji i wspomnień. Tak, taką właśnie wyprawę chciała przeżyć, ale aż do tej chwili o tym nie wiedziała.
Przed Robyn był najdłuższy odcinek wędrówki – Gibson Desert – 650 km pustkowia, zarośniętego ostrą, niejadalną trawą spinifex. Minimum miesiąc bez szansy spotkania człowieka.
Robyn ruszyła w pogodnym nastroju, pełna wiary we własne siły. Jej obuwiem były luźne sandały, nie chroniły przed żwirem, kamieniami, ostrą trawą, ale podeszwy stóp Robyn były trwarde jak skała. Osiągnęła niewyobrażalny poziom zdrowia, sprawności i odporności na upał, zimno i ból. Niekończące się szeregi piaszczystych wydm nie przerażały jej. Wszystko mialo sens. Choćby ślady małego żuka. Kiedyś byłby to tylko abstrakcyjny wzór na piasku. Teraz była to cała historia – skąd przyszedł, dokąd idzie, czego szuka, kto na niego poluje.
Wielbłądy dostroiły sie do niej. Szły jak demony w głębokim osypującym się piachu Ranne pakowanie bagażu trwało tylko pół godziny. Wkrótce zorientowała sie, że wcale nie trzeba jej tyle płynów, ile zalecają doświadczeni pustynni wędrownicy.
Samotność zabijała długimi rozmowami z psem i pisaniem listów do dalekich przyjaciół. Prawdopodobnie spotka się z nimi wcześniej niż dotrą do nich te listy, ale stały się one regularną wieczorną ceremonią.
Punkt docelowy – stacja hodowlana Carnegie – okazał się wielkim rozczarowaniem. Walące się płoty, wysuszone szkielety zwierząt, ani żywej duszy, ani źdźbła trawy. Stacja padła ofiarą suszy i rabunkowej gospodarki (nadmiar inwentarza) hodowców bydła.
Musiała zmienić kurs, skierowała się w stronę starych terenów hodowlanych, w nadziei, że znajdą trochę trawy i funkcjonujące studnie.
Wielbłądy trzymały się dobrze na niewielkiej ilości paszy. Problemem była Zeleika a właściwie jej rozpuszczony synek, Goliath, który wysysał z matki wszelkie soki. Rozdzielenie ich było bardzo trudne.
Po kilku dniach dotarli do stacji Glenyale zamieszkałej przez starsze małżeństwo. hodowców z krwi i kości. Zaoferowali jej gościnę na tydzień, traktowali jak własną córkę.
Jeśli chodzi o ich stację to nie mieli złudzeń. Bydło padało z głodu, praktycznie żadnych dochodów, żadnej pomocy, jeśli jutro nie spadnie deszcz to koniec. I tak trwali do następnego jutra.
Wielbłądy nabrały trochę ciała, czas w drogę. Państwo Ward, poza zaopatrzeniem w żywność, dali Robyn kaganiec dla Diggity. To tereny hodowlane, uważaj na strychninę jaką tu zrzucają z samolotów, żeby wytruć drapieżne psy dingo.
Diggity nie chciał nosić kagańca, jego instynkt zawiódł. Którejś nocy obudził Robyn z pianą na ustach, musiała go zastrzelić.
Dygresja – w pierwszym odcinku napisałem, że Robyn z czwórką wielbładów i psem dotarła do celu. Gdy zobaczyłem opublikowany wpis, zdałem sobie sprawę, że coś nie jest w porządku. Przecież nie pamiętam scen, w których Diggity skacze do oceanu. Mam film na dvd więc zajrzałem – oczywiście wszystko jest, dokładnie jak w książce, to moja pamięć skasowała najbardziej tragiczne wydarzenie.
Przy okazji zauważyłem wiele bardzo drobnych szczegółów, których, bez przeczytania książki, niesposób spostrzec czy zrozumieć. Zdałem też sobie sprawę jak szczera i naturalna jest relacja autorki. Podobnie jak przy spotkaniach z fotografem Robyn w swojej książce unika wszelkiego kreowania nastroju i budowania napięcia. To może zmniejszać atrakcyjność książki i filmu, ale jak napisałem na wstępie pierwszego odcinka – żeby polubić australijską przestrzeń, trzeba ją pokochać.
Robyn kompensowała szok po śmierci psa zwiększonym wysiłkiem – czasem do 40 km dziennie. Po 10 dniach dotarła do stacji hodowlanej Wiluna, gdzie czekało na nią wielu mniej lub bardziej profesjonalnych łowców sensacji.
Po śmierci Diggity uznała, że dalsza wędrówka nie ma sensu. Przecież nigdy nie było jej zamiarem gdziekolwiek dotrzeć, przygoda na pustyni była już kompletna. Teraz uznała, że musi iść dalej, tylko po to, żeby uciec od ludzkiej natarczywości.
Rick okazał się bardzo pomocny. Pomagał jej ukrywać się przed obiektywami aparatów. Od tego miejsca wędrowali już razem. Razem postanowili spłatać mediom wielkiego figla. Oficjalnym celem wyprawy była miejscowość Carnavon i tam mogli oczekiwać dużej ilości reporterów. Robyn udało się znaleźć farmera mieszkającego nad brzegiem oceanu, który zgodził się przyjąć jej wielbłądy na zasłużoną emeryturę. A zatem zakończyli wędrówkę na tej farmie i potem wykąpani, odświeżeni, przyzwoicie ubrani przyjechali do Carnavon.
Dwa lata po zakończeniu wędrówki ukazała się relacja z wędrówki – książka Tracks – która natychmiast zdobyła dużą popularność i po dzień dzisiejszy jest regularnie wznawiana.
Łatwo się domyślić, że Robyn nie spoczęła na laurach i że nie zmieniła trybu życia na osiadły. O jej fascynacji życiem nomadów postaram się napisać w przyszłym roku.
Korzystając z okazji życzę czytelnikom blogu miłej końcówki Świąt i żeby Wasza wędrówka przez kolejny rok była szczęśliwa, ciekawa i satysfakcjonująca.
PS. Ponad 30 lat po wspólnej przygodzie Robyn i Rick Smolan pozostają nadal przyjaciółmi.
źródła:
1. Robyn Davidson – Tracks – wydawnictwo Bloomsbury – 2012.
2. Film Tracks – KLIK.
3. Robyn Davidson, Rick Smolan – Inside Tracks – album fotograficzny.
4. Wywiad z Robyn w programie Talking Heads – KLIK.
5. Wywiad Robyn dla Phoebe Smolan (córki Ricka) – KLIK.
Dzień świętego Szczepana
Joanna Trümner
Pożegnanie choinki
Gasimy po raz ostatni świeczki na choince i patrząc na śnieg za oknem
Krótko jeszcze myślimy o tych mijających świątecznych dniach, dzieleniu się opłatkiem i
Dziecku leżącym w żłobie w kościele po to, abyśmy mogli mieć znowu nadzieję
Dla siebie i innych – walczących o życie, samotnych, rozczarowanych, nie mających już siły.
I o tym, jak bardzo potrzebujemy tych tygodni oczekiwania i radości –
Co roku takich samych, a jednak sprawiających, że uśmiechamy się nawet do wścibskiej sąsiadki.
Tak bardzo chcielibyśmy spędzić je z tymi, których już nie ma…
Może oni właśnie teraz w nieznanym nam miejscu też gaszą świeczki na choinkach
I zdejmując z nich lametę patrzą na nas, mówiąc:
Znajdziecie swoją drogę do szczęścia.
***
Wyjaśnienie dla Czytelników spoza Berlina, a może w ogóle spoza Niemiec. W Polsce choinki stoją w mieszkaniach co najmniej do Trzech Króli, a często do Matki Boskiej Gromnicznej, w Berlinie rozbiera się je i wyrzuca na ulicę ostatniego dnia świąt lub, najpóźniej, zaraz po Nowym Roku. Są wtedy jeszcze bardzo świeże.

Reblog: Wielka Wojna / Der Große Krieg
Ten wpis już tu był rok temu. Wracam do niego, bo taki mi się wydaje ważny i piękny zarazem. / Den Beitrag gab es hier schon – genau vor einem Jahr. Ich kehre zu ihm zurück. Er war sehr wichtig und sehr sehr schön.
Inge da Silva
Weihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”
“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”
Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.
Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.
Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.
Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.
Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”
Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden
Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?
Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.
Sie riefen Segenswünsche
In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.
Ein Jahr danach passierte schon kein Wunder mehr.





