Troc w podróży i inne wierszyki o czasach Oświecenia

pracadoktorskakozlowskiI jeszcze raz mój kuzyn pięciocioteczny, tym razem jako ironizujący składacz rymów, który nawet w zabawkach piórem, krotochwilach i marginaliach nie zapomina o swej ulubionej epoce – Oświeceniu. Obok jego praca doktorska.

Jan Kozłowski

Troc* w podróży

Jadąc nocą
W swej karocy
Troc ustrzelił
Wilka z procy.

By dać odpór
Tej przemocy,
Wilki wparły
Do karocy.

Choć się bronił
Z całej mocy
Nie obronił
Troc karocy:

Chociaż dziarsko
Machał kocem,
Chociaż walił
Ksiąg swych klocem –
Sprostać wilkom
Nie był mocen…
*
Język polski
Traci Troca;
Troc – polszczyznę
Osieroca.
*
Morał z tego
Płynie taki:
Lepiej z procy
Strzelaj w ptaki.

* Michał Abraham Troc (ok. 1703-1769), tłumacz, wydawca, językoznawca, autor monumentalnego słownika francusko-niemiecko-polskiego.

trocwnochochocDykcyonarz Troca w zbiorach dr Jana Kozłowskiego

Przeżycia Jundziłła* w czasie publicznej prelekcji na Uniwersytecie Wileńskim, w obecności rektora i senatu

Opisując
Lot łabędzi
Poczuł Jundziłł
Kłucie lędźwi.

Omawiając
Puch łabędzi,
Poczuł, że Go
Ucho swędzi.

Biorąc temat
„dziób łabędzi”,
Poczuł, że coś
W nosie kręci.
*
Z powodu nasilających się, przejściowych dolegliwości oraz wskutek zaniku inwencji twórczej autora (brak nowych rymów i puenty!) Jundziłł, żegnany gwizdami zawiedzionej publiczności, opuścił audytorium i udał się do domu.

* Stanisław Bonifacy Jundziłł (1761-1847), botanik, profesor Uniwersytetu Wileńskiego, pijar.

obrazkioswiecenioweOświeceniowi panowie (i widoki) w pokoju Jana Kozłowskiego

Rozterki Poczobuta udającego się kolasą na zapusty

Kolor buta
Poczobuta
Nie pasował
Do surduta.

Znowuż surdut
– w ciemne pasy –
Nie pasował
Do kolasy.

A kolasa
Do mankietów,
Te zaś znowu
Do żakietu.
*
Z desperacji
I z rozpaczy
Nagi, dosiadł
Swojej klaczy.

* Marcin Poczobut-Odlanicki (1728-1810), działacz oświatowy okresu oświecenia, astronom. Od 1764 profesor Akademii Wileńskiej, którą po 1780 zreformował na zlecenie Komisji Edukacji Narodowej (KEN).

widokwarszawyutrocaWidok Warszawy w Dykcyonarzu Troca

Kniaźnin* w wannie

Drążąc w wannie
Miejskiej łaźni
Zakamarki
Swojej jaźni
Muchę połknął
Pisarz Kniaźnin.

Rozmyślając
Nad niebytem
Drugą muchę
Połknął przy tem.

Więc opuścił
Mury łaźni
Widząc, że się
Srodze zbłaźnił.

* Franciszek Borgiasz Dionizy Kniaźnin (ok. 1750-1807), poeta, dramatopisarz, tłumacz.

nasekretarzykuzattykaInny widok Warszawy, w manierze oświeceniowej, ale namalowany podczas II wojny światowej, nad sekretarzykiem z attyką w pokoju Jana Kozłowskiego

Uszy

Każdy z rodu
Linneuszy
Ponad rozum
Stawiał uszy.

Za nic dlań był
Rozwój duszy,
Nic nie znaczył
Rozwój tuszy,
Każdy tylko
Mył swe uszy.

Sodą, ługiem,
Piwem, winem,
Płukał każdą
Małżowinę.

Płukał każdą
Ślimacznicę
I jej bliskie
Okolice.

Miął, miętosił,
Międlił co sił,
Targał, turlał
I tarmosił,

Mył, pucował,
Tarł, masował,
Nad uszami
Wciąż pracował.

Tak traktując
Co dzień uszy
Przedzierzgnęli się
W geniuszy.

* Karol Linneusz (1707-1778), przyrodnik szwedzki, autor przyjętego w świecie systemu klasyfikacji organizmów.

Myślałam, że na żadnym wizerunku wielkiego szwedzkiego przyrodnika nie widać jego uszu, bo niemal zawsze pokazuje się go w peruce. A jednak – Linneusz z zimoziołem (Linnaea borealis) w ręku, portret namalowany przez Henryka Hollandera. Dla wyjaśnienia – zimoziół rośnie (i kwitnie) w Arktyce i jest reliktem glacjalnym. Więcej blogowych rozważań o Linneuszu i jego ulubionym kwiatku we wpisie Katarzyny Krenz na blogu “Kura…” TU. (Uwaga dopisek z roku 2021 – usunęłam linka, bo słynna “Kura” niestety zniknęła, kiedy Agora zlikwidowała platformę blogową blox.pl, a tym samym wywaliła na kosmiczny śmietnik tysiące blogów i miliony fantastycznych wpisów.)

Skąd się wziął narzeczony?

Ewa Maria Slaska

teodorEugenia i Stanisław

Ciąg dalszy wczorajszej opowieści o meblach.
Wszystkie zdjęcia we wpisie (oprócz fotografii Pradziadka) pochodzą z archiwum Jana Kozłowskiego.

Moja prababcia Eugenia była nadzwyczaj piękną panną, która zaraz po ukończeniu gimnazjum w roku 1887 wyszła za mąż za Stanisława Leopolda. Podoba mi się to małżeństwo, może dlatego, że małżonkowie są młodzi. Pradziadek jest starszy od Prababci zaledwie o sześć lat. To dokładnie te sześć lat, których potrzeba było, żeby ukończył studia medyczne. Był specjalistą chorób płucnych i laryngologiem. Pobierał nauki u Teodora Herynga (1847-1925), nestora polskiej laryngologii.

I tu nagle olśnienie. Bo skoro pobierał nauki u Teodora Herynga… A tu przecież już wiem to, czego przedtem nie wiedziałam, że brat Teodora, Zygmunt ożenił się z najstarszą siostrą Eugenii – Heleną.

Zygmunt-HelenaA zatem nasuwa się samo przez się przypuszczenie, że to Teodor przyprowadził kiedyś na jakiś podwieczorek rodzinny swojego najzdolniejszego studenta.

– Pani pozwoli, pani Paulino, Stanisław Leopold Lubliner, bardzo bardzo obiecujący młody człowiek.

Mama Paulina przyzwala, obiecujący młody człowiek odstawia cylinder na podłogę koło fotela, zdejmuje rękawiczki, kładzie je na kolanach i siada zakładając nogę na nogę. Wyciąga rękę, a Paulina, mama Eugenii, Heleny, Jadwigi i Feliksa, podaje mu filiżankę herbaty.

niciakHerbaty? Mam pewne wątpliwości. Ale sprawdzam, jednak może być herbata. W Lalce Rzecki wciąż pije herbatę, a też i pani Jasiowa ciągle zaprasza Wokulskiego na herbatę, na którą ten wcale zresztą nie zachodzi. Natomiast Stanisław Leopold z przyjemnością zaczyna zachodzić na herbatę do pani Pauliny, wdaje się w dyskusje z Jakubem, ojcem panien, ale co i raz zerka ku Jadwidze i Eugenii. Jadwiga sięga po jakąś książkę, która leży sekretarzyku, Eugenia siedzi na stołeczku przy “niciaku” – stoliku do szycia i spod oka przygląda się przystojnemu lekarzowi. Teodor opowiada o ostatnim swoim wyjeździe – a dużo podróżuje – do Algeru, pokazuje nawet zdjęcia, jedno niezwykłe, bo w stroju Beduina.

teodor-beduin

Panny zadumały się, Eugenia myśli, że Felkowi podobałyby się zdjęcia, które pokazuje stryj Teodor, w końcu studiował etnografię, ale biedny Felek na zsyłce i jeszcze nieprędko wróci. I tak szczęście, że Zygmunt i Helena już wrócili z Syberii. Nawet ich córeczka Stefcia się tam urodziła, na statku na Jeniseju. To wielka rzeka, jakiej ponoć nigdzie w Polsce nie zobaczysz.

Stanisław opowiada o swoich planach, zamierza tak jak przed 20 laty Teodor, pojechać na praktyki do słynnych laryngologów do Wiednia i do Berlina. A po powrocie oczywiście będzie praktykował, ale też chętnie podejmie pracę w szpitalu. Tak jak Teodor – u św. Rocha, a może powstanie już nowy szpital, o którym wszyscy mówią, właśnie kilka tygodni temu, w kwietniu 1887 roku, powołano Komitet Budowy Szpitala Starozakonnych, na czele którego stanął Ludwik Natanson.

pradziadek-sllTak się też stało. Szpital, znany już wówczas jako Szpital na Czystem, rozpoczął działalność w styczniu 1889 roku, a Stanisław w latach 1896-98 był tam lekarzem okulistą, a w roku 1898 został wybrany z konkursu ordynatorem nowo utworzonego oddziału chorób gardła, nosa i uszu w tymżeż Szpitalu, pierwszego samoistnego oddziału otolaryngologicznego w kraju. Później został kierownikiem oddziału płucnego. Wprowadził liczne innowacje, jak w r. 1901 leżalnie dla chorych, w 1904 inhalatorium wg systemu Heyera, a następnie, po pobycie w Davos, stosowanie sztucznej odmy. Był znakomitym lekarzem, sławnym i zamożnym.

eugeniaposlubieTo wszystko jednak jest na razie przyszłością. Na razie bywa się prawie co wieczór z wizytą u pani Pauliny i pana Jakuba. Już dawno wiadomo, że Jadwiga wprawdzie śliczna, ale już ma starającego się, a Stanisław niewątpliwie zainteresowany jest Eugenią. Latem przyszłego roku panna zakończy nauki na pensji i wtedy…

28 października 1888 roku Eugenia i Stanisław Leopold biorą ślub i jadą w podróż poślubną do Wiednia. Zaraz potem zaczynają się rodzić dzieci. A jak tylko się już wszystkie urodzą, prababcia rozpocznie studia i założy szkołę. Ale o tym już pisałam.

Szkoda, że nigdzie nie znalazłam zdjęcia Pradziadka Lublinera jako młodego człowieka. Był nadzwyczajnym mężczyzną, przystojny, elegancki, wykształcony, dowcipny, erudyta, znał sześć języków, wiele podróżował (podróżowali całą rodziną). Mama przez całe życie wyrażała się o nim tylko w superlatywach.

Dzieci było czworo. Troje z nich istniało jeszcze w naszym (powojennym) życiu, faktycznie albo jako jasne i klarowne pojęcie. Jednego, Stefana, w pamięci rodzinnej właściwie nie było, teraz jednak, gdy chodzę po śladach, i on się pojawia, coraz bardziej wyrazisty. Dzieci więc: Stefan (1887-1943), Aniela (1890-1943), Wiktor (1895-1977) i najmłodsza Karolina (1899-1963). Aniela była piękna i melancholijna, Karolina mądra i kochała kwiaty, Wiktor był nadzwyczaj dowcipnym gawędziarzem i walecznym patriotą, a Stefan parał się dziennikarstwem. Jeszcze będę o nich dużo pisać.

Piąta woda po kisielu

Ewa Maria Slaska

Dr Kozłowski i ja

heryng-mebleZ ogromnym podziękowaniem dla autorki książki przez którą się to wszystko zaczęło: Zygmunt Heryng (1854-1931). Biografia lewicowego intelektualisty, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego 2011. Byłam w bibliotece uniwersyteckiej w Warszawie, a ponieważ miałam trochę czasu, pomyślałam, że poczytam coś, co wiąże się z epoką Prababci. Zapytałam bibliotekarkę, gdzie szukać, podała mi numery półek, podeszłam, przejrzałam grzbiety, wyjęłam na chybił trafił jedną książkę. Zygmunt Heryng był szwagrem mojej Prababci, ale gdy zadecydowałam, że poczytam o nim, WCALE tego nie wiedziałam!

Zaczęłam miłą i dającą konkretne efekty korespondencję z autorką tej publikacji, aż wreszcie odważyłam się i zapytałam, czy mogłaby mi podać kontakt do doktora Jana Kozłowskiego, człowieka który udostępnił jej archiwum rodzinne, gdy pisała doktorat o Heryngu. Bo, napisałam, po pierwsze w archiwum tym może też być coś o mojej rodzinie, a po drugie, sądzę, że jest on synem Ciotki Heli, którą znałam jako dziewczynka. Oznaczałoby to, gdyby to było prawdą, że mamy wspólną praprababcię. Pani Marta podała mi kontakt, zadzwoniłam…

Jan (jesteśmy już na ty) jest oczywiście synem Cioci Heli (co oznacza, że naprawdę jesteśmy piątą wodą po kisielu), obiecał mi dostęp do archiwum, po czym powiedział:

– A w ogóle to mam w mieszkaniu sześć, a właściwie nawet siedem sztuk mebli, które nasza praprababcia Paulina zakupiła po ślubie i które stały w mieszkaniu, gdzie wychowywały się i wyrastały nasze prababcie.

Zanim w następnych odcinkach opowiem, co wszystko znalazło się w przepaścistych szafach, skrywających archiwum rodziny Jana, a co po części wiąże się i z moją rodziną, dziś, na świeżo po powrocie z Warszawy, wstawiam tu “do podziwienia” zdjęcia tych mebli!

Mieszkanie rodzinne na ulicy Misyjnej na Mokotowie w Warszawie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę. Zanim rodzina powróciła po wojnie do mieszkania, szabrownicy wynieśli już wszystko, co miało jakąś wartość i co dało się wynieść. Meble były za ciężkie, albumy fotograficzne nikogo nie interesowały. Wiele z nich było przestrzelonych na wylot odłamkami, podartych, brudnych, ze śladami zalania, a pojedyncze fotografie wymiecione wiatrem przez balkon znajdowało się dość daleko, bo aż na ulicy Racławickiej.

meble8-kuzynmeble6-namisyjnej

X

X

X

X

X

X

X

X

Po lewej Jan na tle szafy (szafy praprababci) i niektóre z mebli praprababci tak jak przed wojną używała ich rodzina (ciocia Hela i jej rodzice) w mieszkaniu na ulicy Misyjnej na Mokotowie. Mieszkanie przetrwało wojnę, przetrwały więc i meble, i pamiątki, choć oczywiście niektóre poharatane przez wojnę.

album-mebleJeden z albumów ze śladami po postrzale

meble-szafaotwarta-zamknSzafa praprababci Pauliny – tu Jan przechowuje archiwum Poniżej – lustro i sekretarzyk, a na nim najpiękniejszy album fotograficzny, jaki kiedykolwiek widziałam

lustro-meble1meble2-sekretarzyk

meble-attykaAttyka sekretarzyka (przepraszam za rym, ale jak to inaczej sformułować?), a poniżej – biureczko

biureczko-meble3 (8)meble4 (1)-stojak pod kwiaty meble3 (7)-szafanr2

X

X

X

X

X

X

X

Jeszcze jedna szafa, bardzo złe zdjęcie, ale nie dało się inaczej, koło niej, na metalowym kwietniku, hipopotam (nader współczesny, pluszowe zwierzęta są zresztą wszędzie) i obok kolumna pod doniczkę, używana obecnie jako podstawka pod lampę. I wreszcie, pod spodem, fragment owego ogromnego metalowego kwietnika.

meble4-kwietnikNa zakończenie trzy nasze prababcie i pradziadek, którzy wyrastali wśród tych mebli. Zdjęcie dwóch stron z owego pięknego albumu z fotografiami. Dobranoc. Za pięć minut będzie północ. Idę spać.

00-trzyprababcieipradziadek2

Szczecin – pływające ogrody

Ewa Maria Slaska

Michał Rembas jest przewodnikiem po Szczecinie i okolicach (czasem mu te okolice sięgają aż do Berlina!), autorem kilku znakomitych książek o Pomorzu Zachodnim, wojującym racjonalistą, a przy okazji kronikarzem życia swego miasta. Ostatnio dokumentuje na Facebooku, jak w rzeczywistości wygląda reklamowe hasło Szczecina:

Dla tych, co nie znają angielskiego (ani Szczecina) małe wyjaśnienie: tak promuje się miasto Szczecin. W roku 2050 ma to być miasto pływających ogrodów, co w niewypowiedzianych sugestiach oznacza, że każdy jego mieszkaniec będzie miał jacht i dom lub mieszkanie nad wodą, a na wodzie będą kwitły rajskie kwiaty. Jestem wiceprzewodniczącą stowarzyszenia Partnerstwa Miast ze Szczecinem. Od wielu lat podczas wszystkich oficjalnych uroczystości w Szczecinie oglądamy te promocyjne wizje na ekranach. Czasem próbujemy zadać pytanie. Na przykład, jakie będzie uczestnictwo obywatelskie w tym raju na wodzie? Albo: co normalny człowiek będzie z tego miał, że powstanie tu miasto dla bogaczy? Na razie odpowiedzi udziela nam Michał Rembas. Oto tytułowe Pływające Ogrody:

plywajaceogrody2 plywajaceogrodyTo zaś piękny Szczecin:

pieknyszczecin4 pieknyszczecin3 pieknyszczecin2 koloszczparkunaukowo-technologJest też dziwny Szczecin. Stół do ping-ponga w lapidarium, gdzie zbiera się kamienie nagrobne.

nacmentarzuA tu na zakończenie i pociechę naprawdę piękny Szczecin, gdyby tylko usunąć reklamy! To zresztą westchnienie, które ciśnie się na usta w każdym polskim mieście i miasteczku – gdyby tylko usunąć reklamy, budy i śmieci! Jaka piękna by była nasza Polska cała.

gdybyniereklamy

Droga do Santiago de Compostela. Ruitelán

Ewa Maria Slaska

29 września 2007 roku

dubistaltPojawił się kilka dni temu. Mały, gruby, stary, śmieszny. Mówi po niemiecku i angielsku, jak na Hiszpana to rzadkie. Od przedwczoraj już nie tylko ze mną rozmawia, ale się ewidentnie zaleca. Jakiś czas udawało mi się trzymać go na odległość, ale wczoraj, jak powiedziałam, że nie pójdę z nim na wino, rozgniewał się. Przyniósł mi butelkę zimnej wody i powiedział, że to jedyne, co można ze mną zrobić – można wypić ze mną zimną wodę. Zezłościł mnie, ale oczywiście potrafię docenić symboliczne myślenie mojego adoratora. Jestem człowiekiem symbolicznym, symboliczne myślenie może mnie uwieść. Tu jednak nawet to nie pomaga. Mówię, że nie będę z nim piła zimnej wody, bo jest mi zimno. Rozzłościł się jeszcze bardziej, powiedział: Du bist kalt! Du bist kalte Frau! Du bist alt! Kalt-alt, zimna-stara, też mu nieźle wyszło, ale oczywiście przede wszystkim osiągnął swój cel – zranił mnie. Wszyscy twierdzą, że na Camino dowiesz się prawdy o sobie.  Dowiedziałam się od starego grubaska. No tak, bo kto powiedział, że demon, którego spotkasz na Camino, będzie piękny? Mój okazał się karłem.

Jest rześki chłodny poranek. Idę szybkim krokiem i nawet nie zauważam, kiedy mam za sobą 18 kilometrów. To pewnie wciąż jeszcze adrenalina od wczoraj. Czuję się jednak znakomicie i nawet, co mi się nigdy nie zdarza, zjadłam po drodze dwa śniadania. Pierwsze w zwariowanym hippisowskim schronisku w Villafranca – super miasto, kościoły, klasztor, zamek – a drugie w Trabadelo, po przejściu dziwacznej drogi wzdłuż szosy i cudownej górskiej rzeki – jest szeroka, bystra, spieniona, spływają do niej małe wodospady i sama jest pełna wodospadów. Po drodze wioska Pereje – maleńkie kamienne domki, niektóre super zadbane, niektóre w kompletnej ruinie – tak pół na pół, te zadbane należą pewnie do jakichś ludzi z miasta. Za Pereje wielki ciemny las, potężne dęby, topole, orzechy włoskie i kasztany jadalne. Mnóstwo ściętych pni. To dla nich w Trabadelo powstał tartak. Krzaki jeżyn wielkie jak domy, dzika róża jak małe drzewo. Dziwni ludzie. Dwie dziewczyny, rude, farbowane, w spódniczkach, chusteczkach i kolorowych rajstopach. Wędrują z plastikowzmi siatkami. Stary mnich w kapeluszu i habicie za kolana. Spod habitu wystają blade owłosione nogi, na bosych stopach rozczłapane sandały.

Wychodzimy na rozległe zielone łąki.

Po drodze wjeżdża na mnie pomarańczowy samochód dostawczy. Zrobił to jakoś zręcznie, bo walnął mnie lusterkiem w prawy łokieć i nic się nie stało, ani jemu, ani mnie, ale może być różnie, przy drodze spotykamy od czasu do czasu miejsca pamięci dla tych, którzy zostali przejechani.

I już Ruitelán. Tu chciałam dojść. 27 kilometrów. Schronisko w kamiennym domku, śpimy na strychu, pod odsłoniętymi krokwiami. Prymitywnie, ale mamy internet, a hospitaleros gotują dla nas kolację. Nawet, na życzenie, jarską! To pierwszy raz w Hiszpanii, że ktoś zrobi gest w kierunku wegetarianki. Rano dostaniemy śniadanie.

Kolacja pyszna – zupa krem z dyni, sałata, spagetti carbonara, a dla mnie – pesto i na deser flan. Do tego wino i woda.

Tym niemniej nic za darmo, stara prawda i tym razem obowiązuje. Główny hospitalero jest nieznośny i wiecznie niezadowolony. Oberwałam od niego kilka razy. Raz za powiedzenie przy wejściu hola, a nie buenos dìas, raz za nieprawidłowo ustawione buty, ale najgorzej chyba za historyjkę o samochodzie, który mnie potrącił. Tu wysłuchałam całej tyrady o tym, że kierowcy na drogach muszą dokonywać cudów, bo wszędzie pętają się pielgrzymi. Oj, nawet nie myślałam, że Hiszpanie dziś jeszcze mogą być tacy surowi, sądziłam, że im przeszło z inkwizycją, kontrreformacją, wojną domową i generałem Franco.

Mamy nocleg na bardzo zimnym strychu, ale śpi mi się świetnie. Jutro wielka góra, ostatnia wielka góra na trasie. Za górą już Galicja i droga jak sierpem rzucił do Santiago de Compostela.

konieczeszytuSkończył się zeszyt, przepisuję tu ostatnią zapisaną w nim myśl. Przez pierwsze tygodnie myślałam, że idę na śmierć, to znaczy, gdy myślałam, że nie myślę, to zawsze tam była śmierć. Ale od wielkiej magicznej góry te myśli całkiem zniknęły i pojawiły się inne. Snują mi się po głowie projekty, jakie można by zorganizować, oparte, rzecz jasna, o pomysł wędrowania, a potem nawet pomysł, jak można by przeczytać zapiski z pielgrzymki, ubrać się w buciory i kurtkę, pokazać zawartość plecaka…

No cóż, nikt nigdy nie zaproponował mi takiego czytania, nie miałam się więc dla kogo ubierać w strój pielgrzymki.

Rok 1944 (2)

Mirka i jej rodzice zostali aresztowani w marcu 1944 i osadzenie na Pawiaku. Wiktor, ojciec Mirki, osobno, Halina, czyli jej matka, i ona sama zostały ulokowane w kobiecej części Pawiaka czyli Serbii.

Mirka

W Serbii i potem…

Nie będę opisywać tych trzech miesięcy spędzonych na kwarantannie i tak zwanej stałej celi, tych dziewięciu przesłuchań na Szucha, tych wielogodzinnych rozmów z Mamą po cichu, czasami na ucho, tych radości z częstych paczek żywnościowych, których nadawcą była Nuna (wiedziałyśmy, kto to jest).

Wiedziałyśmy, że na wolności myślą o nas, bo dostałyśmy parę grypsów, ale nie wiedziałyśmy, czy są jakieś szanse zakończenia naszego tu pobytu inaczej niż przez obóz lub rozwiązanie ostateczne czyli rozstrzelanie, co nam na przesłuchaniach czasami niedwuznacznie sugerowano. Na takie rozwiązanie byłam gotowa.

Poznałyśmy na Serbii kobiety dzielne, zaangażowane w pomoc więźniarkom i działające z narażeniem własnego życia.

Nie opiszę tego, opisali to już wielokrotnie ludzie mający lepsze pióra niż ja. Opiszę tylko jeden dzień.

Wywołano nas obie z celi o 9 rano. Była to znacząca godzina, o tej porze zabierano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby nic ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety zostające w celi, gdzie nas prowadzą. Jak się okazało, cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze, skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło, wzięłam Mamę, słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzili nas jednak do innej celi, lecz wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia, gdzie wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia. Rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy napłynęły nam się do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłowiczowską. Jechało z nami dwóch gestapowców, myślałyśmy, że nas przenoszą do innego więzienia, ale wypuścili nas i powiedzieli: „idźcie do domu”.

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy, co dalej robić, po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki, Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, więc miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, postanowiłyśmy więc przeczekać, żeby nie jechać w tłoku, usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko odwracali głowy prawie biegnąc przed siebie, inni przystawali na chwilę i jakby nie mieli odwagi do nas podejść, odwracając jeszcze głowy w naszą stronę.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze nam znanym peronie, a tak dalekim w naszych myślach przez te minione miesiące. Na peronie czekała na nas Ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że nas widzieli na dworcu, ale Ciotka nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała, przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było. Postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i pełne łez. Ciocia zabrała nas do domu i tam dopiero powitaniom i uściskom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania. Przenocowałyśmy u wujków, a rano przyleciał łącznik z wiadomością, że w nocy było w naszym mieszkaniu Gestapo. Raz dostali za nas pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że musimy natychmiast wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością. Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy, do brata Mamy, Edwarda. On wiedział o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem, przez które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności w wykupieniu Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić. Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich troje rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy zostać długo, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były i jasne dni. Takim dniem wesołym i jasnym był 6 czerwca – dzień inwazji Aliantów na Francję. Zostałyśmy obie z Mama zaproszone na obiad do „Nuny”, tej, co nam paczki przysyłała na Pawiak, bo pracowała w patronacie nad więźniami. Obiad jak na warunki czwartego roku okupacji, był wystawny. Fetowano inwazję i nasz powrót z więzienia.

Po kilku dniach mieszkania u Edwardów pojechałyśmy do Świdra, gdzie o tej porze roku było wielu letników. Tam Wujek wynajął nam pokój.

Któregoś dnia musiałyśmy pojechać do Warszawy. Idąc na stację spostrzegłyśmy wprawnym okiem konspiratorek, że coś jest na ulicy nie tak jak co dzień. Tu stoi jakaś parka i niby się do siebie czuli, tam dwóch młodych panów niby rozmawia i pali papierosy, ale oczka im latają na boki. Dla nas wyglądało to na „obstawę”. Wszystko wyjaśniło się na stacji, gdy z pociągu, który przyjechał z Warszawy, wysiadł dobrze nam znany Inspektor Tajnej Szkoły Podchorążych. Spostrzegł nas i stanął jak wryty, wahał się podejść czy nie… w końcu sprężystym krokiem oficera zawodowego podszedł do nas, nie podał ręki i nie patrząc na nas rzucił w przestrzeń: „a Wiktor?” Mama też odpowiedziała w przestrzeń: „jest w obozie”. On coś jeszcze powiedział i odmaszerował (inaczej tego nazwać nie można), zostałyśmy rozbawione, ale opanowane, te czujki na ulicy…

W połowie lipca, kiedy było widać wyraźny popłoch wśród Niemców, wezwano nas do powrotu do Zielonki. Zamieszkałyśmy u przyjaciół, z daleka omijając nasze mieszkanie, tak na wszelki wypadek, zresztą wiązały się z nim tak przykre wspomnienia, że nic nas tam nie ciągnęło. Wróciłyśmy obie do dawnej roboty konspiracyjnej. Pod koniec lipca wyraźnie było słychać front, grzmiały armaty, latały samoloty. Niemcy zwijali swoje placówki administracyjne.

Pewnego poranku powitały nas czołgi radzieckie. Nie bardzo było wiadomo, jak się do nich ustosunkować? Czy to czołówka regularnej armii, czy tylko podjazdy? Wydano rozkaz, żeby rozbrajać Niemców, którzy dość chętnie i bez oporu oddawali broń i resztę uzbrojenia.

Nadano komunikat, że „czołgi radzieckie na przedpolach Pragi” i to była prawda, bo Zielonka to 10 km od Pragi. Tylko że tych czołgów było kilka i jak się później okazało o 50 km od regularnej armii, ale komunikat poszedł w świat i był jednym z czynników podjęcia decyzji o Powstaniu Warszawskim, które miało wybuchnąć w Warszawie po obu stronach Wisły.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Olesin i bitwy

Ten wpis uzupełnia post sprzed tygodnia o Sylwanie, szkole Prababci, Eugenii Lublinerowej, w Olesinie; jest też oczywiście uzupełnieniem moich wpisów o Prababci (tu też).

Artur Czyżewski

Olesin – wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie mińskim, w gminie Dębe Wielkie. W roku 2013 wieś liczyła 483 mieszkańców. Niepozorna wieś, obecnie intensywnie zasiedlana z powodu jej podwarszawskiego położenia. Wieś wśród lasów i pól. Nic szczególnie wyróżniającego ją na tle innych okolicznych miejscowości. Wręcz można by rzec – na uboczu. Tyle. No nie. Olesin to jeszcze CHEMA. Działająca od 1957 roku firma (przekształcona 24.04.2014 roku ze Spółdzielni pracy w spółkę z o.o.). Producent środków antykorozyjnych dla motoryzacji i przemysłu metalowego z uwzględnieniem potrzeb przemysłu zbrojeniowego. Tyle? Okolicznym mieszkańcom Olesin i „Chema” mogą kojarzyć się jeszcze z klubem piłkarskim klasy B, notabene z Cisia gmina Halinów, którego wyżej wspomniany zakład przez kilka sezonów był strategicznym sponsorem, za co cisieńscy sportowcy z dumą nosili jego imię na koszulkach. Tyle! Tyle to wie każdy!

Nieliczni wiedzą jeszcze, że Olesin to miejsce, pole bitwy. Bitwy z 31 marca 1831 roku (Powstanie Listopadowe) opisanej szczegółowo w KURIERZE SKRUDA 15.03.2011 przez Grzegorza Witkowskiego http://kurierskruda.pl/index.php/bitwa-pod-debem-wielkim-31-marca-1831/historia-regionu.

A też i pole bitwy 1920 roku zwanej Bitwą warszawską

http://kurierskruda.pl/index.php/sladami-bitwy-warszawskiej-po-ziemi-halinowsko-debskiej/historia-regionu również opisanej w naszym KURIERZE przez Grzegorza Witkowskiego. To wreszcie miejsce potyczek w roku 1939 podczas kampanii wrześniowej szeroko przy różnych okazjach przez nas opisywanej.

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/obchody-74-ej-rocznicy-bitwy-pod-debem-wielkim/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/15-09-1939-niemieckie-falszerstwa-ciag-dalszy/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/nowe-rewelacyjne-informacje-w-sprawie-dnia-15-wrzesnia-1939-w-milosnie-to-nie-otto-klein-zginal-z-reki-pani-kazimierskiej/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/wojna-spisek-kosciol-w-dlugiej-generalski-pogrzeb-rzez-w-milosnej/historia-regionu

Od kwietnia 2014 roku za sprawą naszego KURIERA i panów Andrzeja Konowrockiego i Jana Majszyka Olesin może kojarzyć się jeszcze ze zrzutowiskiem „ZEGAR” i akcją „SALAMANDER”, o czym od 5.04.2014 przypomina pamiątkowy obelisk.

http://kurierskruda.pl/index.php/wspomnienie-70-tej-rocznicy-operacji-salamander/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/70-rocznica-zrzutu-w-olesinie/historia-regionu

http://kurierskruda.pl/index.php/las-pod-cisiem-1944-a-polska-prezydencja-w-ue/historia-regionu
***
Od kiedy redaguję KURIER SKRUDA, Olesin powraca w różnych sytuacjach jak bumerang. Odsłaniając pamiątkowy kamień w kwietniu 2014 roku zdawałem sobie sprawę, że to dopiero początek mojej opowieści o Olesinie. Dawali mi to do zrozumienia przy każdej możliwej okazji wymienieni powyżej panowie. W wielu wspomnieniach z Olesina powiązanych z wydarzeniami przywołanymi w KURIERZE pojawia się dwór w Olesinie. Tak było również podczas prac nad upamiętnieniem zrzutowiska „ZEGAR”. Wówczas pan Majszyk pokazał nam odbudowany niedawno dwór w Olesinie, zlokalizowany przy ulicy Pałacowej, (dlaczego Pałacowej? Nie udało mi się ustalić – pałacu tam na pewno nie było). Pan Jan pokrótce opowiedział historię tego miejsca i kilka anegdot z nim związanych. Na przykład powiedział, że po wojnie dwór został skomunalizowany i przekształcony na mieszkania socjalne oraz warsztat naprawy traktorów. Że komunalni mieszkańcy dworu pozbywali się popiołu z pieców bezpośrednio przez okno. Że widział jak popiół po kilku latach sięgał parapetów.

dwór Olesin lata 70 (Medium)

Przywołał też wspomnienia pana Józefa Retingera, który po zrzucie na oddalonym około 1 km od dworu zrzutowisku, transportowany był do niego około 7 godzin, okrężną drogą w celu zmylenia niemieckiego pościgu. Opowiadał, że podczas niemieckiej okupacji we dworze działała partyzancka radiostacja. Że przy dworze były stawy, na stawach wyspa, a na niej kapliczka z cennym drewnianym tryptykiem, później utopionym w stawie przez „wschodnich wyzwolicieli”.

Pan Jan mógłby tak opowiadać godzinami. Zacząłem szukać informacji o Olesinie.

Oficjalna, gminna strona internetowa opisała historię Olesina: http://www.bip.debewielkie.pl/, http://kurierskruda.pl/index.php/historia-olesina/historia-regionu ,ale zaproponowany przez miejscowych włodarzy opis jest niespójny i pełny sprzeczności zwłaszcza w kontekście wspomnianego dworu. W pierwszej części historii dworu pojawia się informacja, że w Olesinie Dużym był folwark rosyjskiego pułkownika a może generała, od którego majątek nabył senator Jan Zagelniczny. Dopiero po ich podziale na gruntach Olesina powstały dwa samodzielne folwarki – większy, liczący 490 mórg i trzykrotnie mniejszy Olesin Mały, w którym p. Prozen założył szkołę nauczania początkowego, gdzie pierwszą swoją pracę nauczycielki podjęła, niezapomniana Józefa Fijałkowska. W 1878 r. we wsi Olesin doliczono się 167 mieszkańców. Na początku XX wieku wzniesiono solidny dwór. Z dworu do Traktu Brzeskiego – obecnej drogi krajowej nr 2 – prowadziła droga brukowa obecnie nazwana ulicą Brukową. Z początkiem XX wieku w księgach pojawiają się nazwiska współwłaścicieli folwarków: ks. Stanisława Zaremby, syna Franciszka – pierwszego proboszcza Parafii w Dębem Wielkim oraz Stanisława Leopolda Lublinera. W 1917 r. ksiądz Zaremba został zmuszony do sprzedania majątku senatorowi Janowi Zagelnicznemu i jego żonie Eleonorze. Senator Zagelniczny, jako jeden z pierwszych w kraju, zmeliorował swój majątek, założył ,,letnisko szkolne”, w którym uczyła się i wypoczywała warszawska młodzież.” Jak widać z oficjalnej historii opublikowanej na stronach internetowych gminy Dębe Wielkie wynika, że senator Zagelniczny nabył dwór od rosyjskiego generała i że nabył dwór od księdza Zaręby – było to dla mnie bardzo zastanawiające? Ze stacji kolejowej w Halinowie, przez Cisie, Żwirówkę dotarliśmy do Olesina. Następnie do wsi Ostrów Kania, gdzie Pan Majszyk pokazał nam inny jeszcze istniejący (w fatalnym stanie) miejscowy dwór. Jak twierdzi nasz przewodnik, mieszkał w nim wachmistrz 1 pułku ułanów Legionów Polskich, adiutant Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego. Kawaler Krzyża Virtuti Militari Janusz Olszamowski(1887-1920). Olszamowski, który zginął w bitwie pod Kijowem, był synem Bolesława Olszamowskiego (1848-1920), historyka prawa, adwokata broniącego powstańców styczniowych. Obok dworu znajduje się najstarszy w gminie Dębe Wielkie dąb szypułkowy (również w fatalnym stanie). Dąb jest pomnikiem przyrody (Orzeczenie PWRN Warszawa z 1971 r.), posiada obwód 672 cm, wysokość 18 m, a jego wiek szacuje się na ponad 500 lat. Prawdopodobnie pamięta czasy puszczy, od której wzięło swoją nazwę Dębe Wielkie.

4debywielkie

Więcej:

– http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-ii-janusz-olszamowski/historia-regionu
– http://kurierskruda.pl/index.php/olesin-cisie-debe-wielkie-skruda-dluga-k-opowiesc-rzeka-czesc-iii-sylwana/historia-regionu

Saligia

Johanna Rubinroth & Kerstin Hering (Foto)

Saligia ist der Akronym der sieben Hauptlastern oder 7 peccata capitalia: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. Es waren Charaktereigenschaften, die im Mittelalter als Ursache vieler Sünden galten und daher manchmal Hauptsünden, Wurzelsünden oder gar Todsünden genannt. Aber es sind Laster keine Sünden!

Sie waren Gegenstand vieler Darstellungen in der bildenden Kunst, in der Literatur und Film, gar in Musik.

Hieronymus Bosch, Sieben Hauptsünden (in den Ecken – Die vier letzten Dinge)

saligiaSo wie oben schreibt die Zeitung Spex, die eine Kultufunktion zu haben scheint, zumindest in Kreuzberg, über das schreckliche Jahr 2014.

In der Fotoserie unten setzen sich zwei junge moderne Künstlerinnen mit den Sieben Todsünden (Hauptsünden) auseinander.

01superbia02avaritiaII03Luxuria04invidia05gula06Ira07acedia

Reblog: W kinie przed laty

Ewa Maria Slaska

To mój własny tekst opublikowany z okazji świętego Mikołaja w zaprzyjaźnionym blogu W altanie przy kawie.  Jeden z redaktorów tego bloga, a i nasz autor – Pharlap, od kilku lat organizuje tam specjalne blogowe Mikołajki. Najpierw ustala się temat, a potem losuje, kto dla kogo ma napisać tekst na zadany temat. W tym roku temat (idźmy do kina) wyszedł o Juliczki (też u nas czasem pisuje), a z losowania wyszło, że mam napisać właśnie dla organizatora zabawy. Ale wyjeżdżałam do Lund, nie mogłam czekać na wyniki losowania, napisałam tekst w ciemno.

Wpis dedykuję Juliczce i Pharlapowi

Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, nie tylko nie wiedziałam, dla kogo piszę, ale też nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże W tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcia, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę, dwie spódniczki i trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60.
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję.
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak,
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.

Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

sukienka-bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem młoda kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę.
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe,
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina.
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery.
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała.
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult.
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jaki wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje biegają po lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje. Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania.

Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie – KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu – KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad – KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Przyjaciele moich rodziców. Pani Maria (reblog)

Ewa Maria Slaska

W trakcie pracy nad książką o Mamie nazbierałam sporo materiałów, które wprawdzie należą do tej historii, ale jednocześnie – nie ma w niej dla nich miejsca. Pisałam tu już o Marcelu Noveku, pojawiali się Jurek Łuczak i jego żona Jola, i jeszcze tu na pewno powrócą, dziś chciałabym przypomnieć panią Marię czyli Maryśkę.

Nazywała się Maria Wszelaczyńska, była lekarką przyjaźniła się i z Mamą, i z Tatą, a to nie zawsze było oczywiste. Była starsza od rodziców i miała za sobą komunistyczne więzienie, jednak nigdy nie wiedziałam, za co? To ją miała przede wszystkim na myśli Mama, powtarzając, że jak się jest Polakiem, to nie jest wstyd siedzieć w więzieniu, a wręcz nawet niekiedy jest to patriotyczny obowiązek. Maria Wszelaczyńska w bardzo późnym wieku na kilka lat wyszła za mąż za pana, chyba Antoniego, Szaszkiewicza. Bawiło ją myślenie, co każdy urzędnik musi czuć na widok takiego dubletu: Wszelaczyńska-Szaszkiewiczowa, koniecznie z ową końcówką -owa. Nie mieściło się to w żadnej rubryce i w żadnym formularzu.

Bardzo lubiłam panią Marię i czasem chodziłam ją odwiedzać sama, bez rodziców. Miała w mieszkaniu wielką lipę pokojową, która budziła mój nieodmienny zachwyt. Dostałam kiedyś odszczepkę, ale niestety moja lipa tak nie wyrosła. W ogóle nic u mnie tak nie wyrastało, oprócz pewnego pnącza, tego co ma kroplę wody na końcu każdego liścia. Ono jedno chciało u mnie rosnąć i wspaniale obrosło mansardowe okno naszego mieszkania na strychu na ulicy Grunwaldzkiej. I tę jedyną roślinę, która mi w życiu dobrowolnie wyrosła pod ręką wielka i krzepka, również dobrowolnie opuściłam, jeśli oczywiście można powiedzieć, że decyzja o emigracji to decyzja dobrowolna. Ale to już całkiem inna historia…

Gdz zaczęłam pracę nad książką o Mamie znalazłam w sieci kilka artykułów o pani Marii.

Teresa Ciesielska napisała w Gazecie Wyborczej (Lublin nr 73, wydanie z dnia 27/03/2010):

29 marca mija rocznica śmierci dr Marii Wszelaczyńskiej-Szaszkiewicz, żołnierza Armii Krajowej, ofiarnego członka “Solidarności”, zamieszkującej w Gdańsku przez ponad 60 lat swego długiego, 97-letniego życia. Urodzona we Lwowie, pochodząca z patriotycznej rodziny, której przodkiem był Maurycy Mochnacki, znany krytyk literacki, jeden z przywódców Towarzystwa Patriotycznego, uczestnik Powstania Listopadowego, była dla nas wzorem prawości, odwagi, uczciwości, radując wszystkich swoim lwowskim humorem i zadziwiając niezwyczajną inteligencją (…)

A Dariusz Wilczak napisał (Dziennik.pl 2007-10-12): Woziła po Polsce korespondencję i pieniądze. O nic nie pytała. Takie są zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. Oto historia Marii Wszelaczyńskiej, kurierki od urodzenia…

Szafka – skrytka na pieniądze dla opozycji

W tym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki stojącej w rogu pokoju była skrytka. Dno można było podnieść bardzo łatwo. Właściwie jednym palcem. Ale na pierwszy rzut oka wydawało się nieruchome. Zwykła deska. Ktoś musiałby wiedzieć o skrytce, żeby tu specjalnie zaglądać. Tym bardziej, że to niejedna szafka i niejedna półka w tym małym pokoju, na parterze starego bloku gdańskiego Wrzeszcza.

Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. Rocznik 1912. Pięć lat później była rewolucja październikowa. Dwadzieścia lat później studia rolnicze i medyczne. Dwadzieścia siedem lat później druga wojna. Czterdzieści lat później więzienie przy Rakowieckiej. Była tylko łączniczką. W czasie wojny w AK, po wojnie na Lubelszczyźnie w WiN. Wyszła w 1956 roku, po czterech latach. Właściwie była jeszcze młoda, ale przez to więzienie wiele straciła. Wiele czasu i wiele zdrowia.

Więc teraz chodzi bardzo wolno. Problemy z nogami. Ale w tym wieku mogą już być różne problemy. Raz dziennie odwiedza ją pielęgniarka, raz dziennie wychodzi na spacer – długo trwa, zanim zejdzie ze schodów, na szczęście to tylko parter. Ale Maria Wszelaczyńska jest jeszcze bardzo silna. Mówi szybko, bez problemu wyciąga z pamięci zdarzenia sprzed osiemdziesięciu, pięćdziesięciu i dwudziestu lat. Mówi, że to wszystko normalne. Przecież inaczej nie można było. Człowiek się nie zastanawia, tylko robi. Więc kiedy Merkel poprosił, żeby przechowywała pieniądze podziemnej Solidarności, to oczywiście nie mogła odmówić. Zrobili tę skrytkę w szafce. I tylko oni wiedzieli, że tam jest. Pieniądze leżały pod ruchomym dnem.

Była kurierką. Woziła po całej Polsce korespondencję, pieniądze. Pokwitowań nie było. Zamiast tego głębokie spojrzenie w oczy. O nic nie pytała, bo po co. Nauczyła się już dawno temu, że lepiej nie wiedzieć wszystkiego. Jak ktoś za dużo wie, to staje się niebezpieczny dla innych. Proste zasady konspiracji. Zanim ci wszyscy młodzi ludzie z Solidarności nauczyli się tych zasad, ona je już znała. No a kiedy okradli mieszkanie, jakoś w osiemdziesiątym piątym czy szóstym roku, to tylko parę rzeczy zabrali. Za to pokój i kuchnia wywrócone do góry nogami. Pieniędzy nie znaleźli. Ile przez tę skrytkę przeszło? Może kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów, może więcej. Po prostu pomagała i nie ma zamiaru robić z tego wielkiej sprawy.

A skrytka ciągle tu jest. W tym samym miejscu, pod ruchomym dnem niewielkiej kwadratowej szafki, stojącej w rogu pokoju. Maria Wszelaczyńska chodzi bardzo wolno. I miałaby dziś duży problem, żeby się schylić i otworzyć skrytkę.

Rozdział z książki Dariusza Wilczaka “Ponad stan. Solidarność – historie podziemne”