Rocznica

Zbigniew Milewicz

Zostań z nami

Zszedł ze swego łoża boleści, zanim oficjalnie stwierdzono jego zgon. Dokładnie stało się to wtedy, kiedy w drodze z Niemiec do Polski, tak powszechnej dla mnie jak droga z piekarni do domu, zobaczyłem przez szybę samochodu deszcz meteorytów sypiący się z nieba, a może tylko jedną gwiazdę, która spadając potrąciła sąsiednie, a tamte znowu inne i zrobiło się zamieszanie w tym rejonie nieboskłonu. Po chwili jednak wszystko wróciło do stanu ładu i równowagi, a Główny Księgowy Firmamentu odnotował w swoim laptopie, że Stan Ciał Niebieskich został zmniejszony w wyniku Rotacji Transcendentalnej o jedną wypaloną jednostkę, a następnie zastąpiony nową. Jej potencjał i możliwości energetyczne znał jednak wyłącznie Główny Energetyk.

To znaczy, do światowych mediów poszła informacja, że: Zszedł o 21.37, a tak naprawdę wydarzyło sie to o 21.31. Wtedy, kiedy monitor elektrokardiogramu pokazał linię płaską, a nie, kiedy ustały funkcje mózgu. On bowiem, mimo swojej wybitnej inteligencji, całe życie kierował się przede wszystkim sercem, a nie rozsądkiem. Spojrzał na sponiewierane chorobą ciało, tak, jakby przed chwilą nie należało do niego, na swoją byłą świtę i medyków zgromadzonych koło łóżka i z ulgą opuścił szpitalny apartament.

Przed budynkiem, na placu, niezliczony tłum z zapalonymi świecami modlił się nadal o Jego zdrowie. Wszystko prawie było jak przedtem: ludzie śpiewali religijne pieśni, skandowali Jego imię, odmawiali różaniec, ale na ich twarzach, zamiast zachwytu malował się smutek. Zauważył, że ten smutek ma różne barwy; dominowały ciemne brązy, różne odcienie szarości, czerni, ale zdarzało się, że spod nich przebijał żywy róż, czerwień, błękit, pomarańcz… Mocniej, albo słabiej, ale wyraźnie były widoczne; podobnie wyglądały oblicza niektórych Strażników Tajemnicy, zgromadzonych wokół Sacrum. Ciągnął się za nimi charakterystyczny, siarkowodorowy zapaszek, każda z tych osób wyposażona była w różnych rozmiarów i kształtów Nożyczki Do Obcinania Kuponów. Większość z nich miała kształt krzyża, ale widział także nożyczki w kształcie młota na niesprawiedliwość społeczną, komunizm, faszyzm, aborcję, albo terroryzm, ale tylko… pobłażliwie uśmiechnął się na ten widok. Gdyby żył, pewnie zareagowałby inaczej.

Odczekał chwilę, aż otworzyło się okno na górze i dostojnik w purpurowych szatach obwieścił Urbi et Orbi, że On nie żyje. I zanim na Placu rozlegl sie powszechny lament, opuścił go. Udał się za rzekę, do Braci Biednych i Bezdomnych, którym raz na rok, na wiosnę, obmywał nogi. Od razu go poznali. Ślepy (od denaturatu) Julek posadził go na skrzynce od margaryny i otulił kocem, bo nocne zimno ciągnęło od rzeki. Głupia Ewka z chmarą swoich i nie swoich dzieciaków herbaty w blaszance mu przyniosla, a Stefek-hifek na harmonijce Cicha Noc zagrał, choć przecież Chrystusik już umarł i dopiero co zmartwychwstał. A Cygan Urke powiedział, że jak nie ma się gdzie podziać, to niech zostanie z nimi.

Zawsze jestem z Wami – powiedział.

Monachium, 07.04.2005

W górę rzeki (19)

Zbigniew Milewicz

Marsz, marsz Polonia…

W Lidzbarku Warmińskim był końcowy poligon, rekrucki znój i wreszcie żołnierska przysięga. Wcześniej jednak musieliśmy przez trzy lata, raz w tygodniu, chodzić na zajęcia w studium wojskowym UJ. Siedem godzin można było wytrzymać, wkładało się mundur, buty gwoździami podbite, zimą długi szynel, rogatywkę i maszerowało się na zajęcia w Collegium Novum. Naprzeciw stała podrzędna knajpa, zwana Barceloną, w której po szkoleniu piwko tak smakowało… Na porannym apelu, w drugiej kompanii, „bili do dacha” m.in. bracia Zielińscy, Skaldowie, których popularność dopiero się rozpoczynała.

03Na poligonie w LidzbarkuNa poligonie w Lidzbarku

Szkolili nas starzy frontowcy, musztry uczył podpułkownik, albo major, Bąkowski, ogniowego – mjr Proniewicz, taktyki – mjr Bednarski i każdy z nich był wielkim oryginałem. O naszych przełożonych krążyły liczne anegdoty, wynikały zaś na ogół z frontowych opowieści, na które naciągaliśmy ich, aby skrócić nudny materiał dydaktyczny. Z katedry padało na przykład stwierdzenie, że woda wrze w temperaturze 90 stopni… Student przerywał wykładowcy, że jednak będzie ich 100, na co tamten ripostował, iż w warunkach bojowych wszystko wygląda inaczej… Albo: kąt prosty, jak wiadomo, ma 180 stopni… Ależ, panie majorze, fama głosi, że 90… Powiedzcie famie, że jest głupia…

04Major Bednarski i jego studenciMajor Bednarski i jego studenci

Mjr Bednarski, o poczciwej, kresowej duszy, lubił opowiadać, jak zdobywał wała pomorska i szczerze martwił się, że studenci przychodzą na zajęcia z taktyki nie przygotowani. – Ta idziesz ty z kolegą i dziewczyną na ten przykład do kina – chrząkał. – Czemu nie weźmiesz ze sobą zeszytu z taktyki ? Kolejka długa na kilometr, niech kolega jej pilnuje, a ty z boku stoisz i powtarzasz na głos, co w zeszycie zapisane. Później kolega twój to robi, ty za niego w kolejce i obydwaj zdajecie na piątkę.
– A co z dziewczyną? – padało z sali pełne troski pytanie.
– Ty już, synok, nie martw się, ona sobie poradzi – szczerzył pożółkłe zęby.

Major Proniewicz oczekiwał od nas wiedzy szczegółowej, bo i szkolenie ogniowe tego wymagało. Trzeba było nie tylko umieć sprawnie rozebrać i złożyc np. ręczny karabin maszynowy, ale i nazwać wszystkie jego części. Na końcowym egzaminie mógł niejednego z nas tymi detalami wykończyć, ponieważ jednak lubił sobie wypić, odpowiednio się przygotowaliśmy. Na krakowskim Pasterniku mocno grzało tamtego dnia słońce i ono też było naszym sprzymierzeńcem. Złożyliśmy się na skrzynkę piwa i pół litra czystej, którą ukradkiem został ochrzczony chmielowy napój. Przy trzeciej butelce major był już w świetnym nastroju i stawiał studentom coraz lepsze stopnie. Wszyscy zdali, choć nie dał rady całej skrzynce. Nasi kelnerzy zanieśli go do służbowej Wołgi, a on po drodze z rozrzewnieniem śpiewał Marsz, marsz Polonia. Tej pieśni w czasach PRL-u oficjalnie się nie wykonywało, ale egzaminy dobiegły końca i major był już osobą prywatną.

O1TaniecZwyPod koniec szkolenia wojskowego dopuściłem się pewnego skandalu. Pojechaliśmy ciężarówkami na zajęcia z taktyki, na Pasternik. Porucznik Pietras, dowódca kompanii, ogólnie świetny gość, rozdał nam ślepe naboje, których nie wystrzelałem do końca. W czasie drogi powrotnej usiadłem sobie z tyłu pojazdu, obok koleżka, któremu też coś zostało w magazynku i przy Plantach, na raz – dwa – trzy, odsłoniliśmy plandekę.

Taniec zwycięstwa po przejściu do cywila

Po serii z dwóch kałasznikowów, jakiś starszy mężczyzna spadł z roweru, na ulicy zrobiło się zamieszanie, a my mieliśmy wielką frajdę. Dostaliśmy za ten wybryk ostrą naganę i dwa tygodnie sprzątania magazynów studium wojskowego, co było w pełni zasłużoną karą.

Napisałem o tym szczeniackim numerze, ponieważ przypomniało mi się, że na ostatnim roku studiów znowu pojawił się motyw strzelania, tym razem ostrą amunicją. Był marzec 1968 roku, do studentów, którzy w Żaczku konspirowali przeciw nadużyciom komunistycznej władzy, przeniknęli prowokatorzy bezpieki. Pamiętam obcego, młodego mężczyznę (rozpoznałbym go jeszcze dziś), który mocno namawiał nas do wyłamania drzwi w magazynach z bronią studium wojskowego UJ i do użycia jej w czasie demonstracji, przeciw milicji. Na szczęście nikt gada nie posłuchał.

Zanim rozpoczął się tamten trudny okres, było jeszcze trochę miło. W czasie wakacji, w Międzyzdrojach, poznałem Magdę z Warszawy, studiowała na SGPiS. Zaczęły się wyjazdy do stolicy, razem chodziliśmy na spektakle kabaretowe, do Dudka, Owcy, STS- u. Mieszkała na Targówku, w ładnej willi z ogrodem, poznałem jej sympatycznych rodziców. Czasami przyjeżdżała do Krakowa, wtedy zabierałem ją do Teatru Stu, Krzysztoforów, Jamy Michalikowej. Był i stary hotel w Tomaszowie Mazowieckim, leżącym mniej więcej w połowie drogi między dwoma stolicami. Szlagier o nazwie Tomaszów – słowa Julian Tuwim, muzyka Zygmunt Konieczny – śpiewała wówczas Ewa Demarczyk, gwiazda kultowej Piwnicy Pod Baranami, nie mogliśmy tam więc nie pojechać. Pamiętam nasze rozczarowanie senną mieściną, jednak poeta miał prawo się nią zachwycać. Stamtąd pochodziła jego ukochana żona, Beatrycze – „Panna, Madonna, legenda tych lat”.

02Magda-TomMazZ Magdą w Tomaszowie Mazowieckim

Nie napiszę, że byłem w Magdzie zakochany po same uszy, bo zaraz ktoś powie, że to u mnie nic nowego. Moja mama ją w każdym razie lubiła i chyba nie miałaby nic przeciw naszemu małżeństwu. Kiedy w 1968 r. posadzono mnie na Montelupich, Magda napisała do niej list z prośbą, żeby powiedziała mi, że kończy ze mną znajomość. Mama nie zrobiła tego, zaś ów dokument znalazłem wśród rodzinnej korespondencji dopiero parę lat temu. Verba volant, scripta manent, słowa ulatują, pisma pozostają. Ktoś mi później powiedział, że po studiach wyjechała do Paryża, tam wyszła za mąż i wzięła za konserwację zabytkowych mebli, ale wtedy był to już dla mnie czas przeszły dokonany.

Ponieważ sąd uniewinnił mnie od zarzutu działania na szkodę władzy ludowej (Papierowych rycerzy ciąg dalszy), po wyjściu z więzienia mogłem wrócić na uczelnię. Dokończyłem studia i obroniłem pracę magisterską. W Chorzowie, na Wesołej, gdzie dawno nie byłem, mój niemłody już dziadek Erwin powiedział mi jedno, gorzkie zdanie, którego nie zapomnę: jak oni mogli grozić, że wam pogruchoczą kości, nie takiej Polski chciałem, żałuję, że byłem powstańcem. Była to aluzja do marcowego wystąpienia Edwarda Gierka na wiecu w Katowicach, w którym zapowiadał twardy kurs przeciw opozycji. Zapewniłem dziadka, że nie dam sobie zrobić krzywdy, ale on myślał pewnie o kruchości ludzkiej egzystencji i nietrafności życiowych wyborów w skali ogólnej.

Był na emeryturze, chorował i na przykład wielu pracom remontowym w domu nie mógł już podołać, całe gospodarstwo pozostawało praktycznie na głowie babci, a o sprzedaży posesji nie chciał nawet słyszeć. Wtedy uzmysłowiłem sobie, że jestem cholernym egoistą. Pojawiam się w Chorzowie raz na jakiś czas, przyniosę węgla z piwnicy, narąbię drewna, trochę posiedzę i już mnie nie ma, znikam w swoim wygodnym świecie. Kiedy mój dziadek Erwin zmarł i dwaj pracownicy zakładu pogrzebowego wynosili z mieszkania trumnę, w przedpokoju dźwignęli ją trzykrotnie pod sufit i powiedzieli: gospodorz, pożegnejcie się z domem! Taki był koniec adresu na Wesołej 5. Dom został szybko i tanio sprzedany, babcia z ciocią Irką kupiły dwupokojowe mieszkanie w Tychach i życie potoczyło się dalej, uboższe o jednego bliskiego człowieka.

P.S. Dziękuję Krystianowi Cichowskiemu, że w 16 odcinku tej opowieści skorygował imię naszego wychowawcy ze Słowaka, prof. Brzozy, które brzmi Janusz.

W harcerstwie podczas wojny (5)

To już ostatni odcinek wspomnień Karusi z czasów II wojny. Kolejny nieopublikowany w książce Harcerki. Relacje i wspomnienia. Za tydzień umieszczę tu jeszcze, też zaczerpnięty z Archiwum Akt Nowych w Warszawie, tekst o opiece nad rozbisurmanionymi chłopakami w Warszawie na ulicy Chmielnej 26 tuż po zakończeniu działań wojennych w roku 1920.

A jako przerywnik notatka znaleziona w Przeglądzie Pedagogicznym z lutego 1929 roku.

karusia-wycieczki1 karusia-wycieczki2
Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

O niektórych naszych dzieciach

M A R E K

Marka zabrałyśmy ze schroniska dla dorosłych uchodźców z Warszawy, które było w jednej z willi Konstancina. Doszły nas bowiem wiadomości, że dziecko jest w bardzo złych warunkach. Istotnie zastałyśmy 3-letniego malca okutanego w szmaty, siedzącego na kolanach babki. Staruszka była tak niedołężna, że nie potrafiła w trudnych warunkach wywalczyć dla dziecka choć trochę ciepłej wody do umycia. Dzieciak był dosłownie zjadany przez wszy. Miejsca znajdujące się w zasięgu rączek były rozdrapane do krwi, a tam, gdzie nie mógł dosięgnąć – wszy siedziały jedna przy drugiej. Oczywiście dokładna kąpiel, ostrzyżenie główki i spalenie całego ubrania było pierwszym zabiegiem naszych młodych opiekunek dzieci. Czym było karmione to dziecko można sobie wyobrazić, skoro pierwszy kubeczek osłodzonej bawarki został przyjęty okrzykami „doble, bajdzo doble”. Marek był na ogół miły, rozmowny i rozgarnięty, tylko bardzo trudno było go nauczyć żeby „wołał” w porę.

W pierwszych dniach maja zgłosiła się po Marka powracająca z Niemiec matka.

M A N I U Ś

Brzdąc miał dopiero kilkanaście miesięcy. Przysłano go do nas razem z jego starszą 6-letnią siostrzyczką. Mała opiekowała się bratem ze wzruszającą troskliwością, a miała przy tym ruchy i gesty dorosłej wieśniaczki, co przy jej wymiarach wyglądało wprost śmiesznie. Ponieważ Maniuś był za mały jak na nasze warunki, zaczęły się staranie o umieszczenie go w rodzinie. Wskazano mi adres w Konstancinie, gdzie podobno ktoś chciał wziąć dziecko. Zastałam w ładnej willi matkę z młodą córką. Obraz wojennego nieszczęścia. Mąż młodej kobiety zginął – nie dopytywałam się w jakich okolicznościach. Maleńki, roczny synek umarł na jakąś infekcyjną chorobę. Młoda matka była zupełnie apatyczna, nie odzywała się ani słowem całkowicie zasklepiona w swojej rozpaczy. Natomiast starsza pani mówiła bez przerwy, miotając się nerwowo po pokoju. Z jej chaotycznej nieco mowy zrozumiałam sytuację. Matka wyobraziła sobie, że obce dziecko zastąpi córce zmarłego synka i pozwoli jej powrócić do życia. Po kilku dniach przyszła do nas, porwała Mańka na ręce, zachwycała się nim głośno. Jednak, skoro poznałam już sytuację tej tragicznej rodziny, postanowiłam twardo nie oddać tam dziecka. Biedna matka łudziła się tylko, że obce dziecko pomogłoby córce. Należało się raczej obawiać, że młoda kobieta znienawidzi dzieciaka za to, że żyje, skoro jej synek musiał umrzeć. Nasze wychowawczynie męczyły się więc czas jakiś z Mańkiem, aż na szczęście odnaleźli się jacyś dalecy krewni, którzy zabrali dzieci do Lublina.

Kordula2

K O R D U L A

Naprawdę nazywała się inaczej – Urszula-Krystyna. Ale druhna Kalina tak ją przezwała, jak tylko przyniesiono nam zawinięte w kocyk półroczne dziecko.

Kordula była urocza. Zdrowiutkie, okrągłe niemowlę o śniadej skórze i czarnych oczkach. Była nieślubnym dzieckiem młodej dziewczyny z inteligenckiego środowiska i przedstawiciela jakiejś obcej nacji. Matka zginęła w powstaniu, a maleńką ktoś przywiózł do Konstancina i tak dostała się do nas. Ogromnie się nam podobała. Miała prześmieszny obronny ruch rączki, kiedy się ją brało na rękę, ruch który robił wrażenie, że chce dać ci po buzi. Więc zaczęłyśmy hodować Kordulę. Trzeba było w tym celu użebrać co dzień choć z pół litra mleka dla Korduli, wyskrobać trochę cukru, nie można wszak było karmić Korduli kartoflanką i kapuśniakiem jak resztę dzieci. Mimo naszych starań okazało się po tygodniu, że Kordula straciła na wadze. Po następnym tygodniu – to samo. Wtedy postanowiłyśmy oddać Kordulę w lepsze warunki. Siostry Szarytki miały duży dom dla podrzutków i sierot w Klarysewie i tam zawiozłyśmy małą. Okazało się jednak, żeśmy dla niej źle zrobiły. Niedługo potem w Klarysewskim domu wybuchła jakaś epidemia i biedna Kordula znalazła się w liczbie tych dzieci, które jej nie przeżyły.

Sady pradziadka

Bardzo mi miło, że zostałem zaproszony do tego blogu.

Przeglądając archiwa (i nie tylko) zaznaczyłem już rzeczy, które mogłyby tu zostać przywołane, opublikowane, z którymi chciałbym się podzielić – i nie tylko chodzi tu o sprawy muzyczne.

Od dawnych lat leży mi na sercu działalność – nazwijmy to pro publico bono – zawsze wydawało mi się, że jest wiele do zrobienia, właściwie – nieskończenie wiele – jeśli chodzi na przykład o namawianie ludzi z pasją, aby tę pasję przekazali innym – inspirowali, podzielili się doświadczeniami, a nawet pocieszyli kogoś, kto chwilowo nie ma siły, aby się swoją pasją z kimkolwiek dzielić.

To jednak na razie temat na następny wpis. Dziś…

Andrzej Rejman

Na Litwie

Dziś chciałbym się podzielić moimi świeżymi wrażeniami z krótkiego pobytu na Litwie, gdzie mój pradziadek Adam Doktorowicz-Hrebnicki miał piękny sad, w którym wyhodował do dziś znane odmiany jabłek. Na przykład “Ananas Berżenicki” – najulubieńsza odmiana jabłek Marszałka Piłsudskiego! (Jak pisze w swoich wspomnieniach Tomasz Zan, prawnuk “Promienistego”…)

Uwaga od Redakcji – tekst przysłany przez Andrzeja Rejmana nie pokazywał tego jabłka, wtrącam się więc, ale zaraz z powrotem oddam głos Autorowi.

Na stronie internetowej Stare odmiany znajduje się opis tego jabłka: Odmiana znaleziona na Wileńszczyźnie w Berżenikach koło Dukszt przez prof. Hrebnickiego jako siewka nieznanej odmiany. Owoce są duże lub bardzo duże, kulisto-stożkowate, lekko zwężające się ku kielichowi, delikatnie żebrowane. Skórka mocna, błyszcząca barwy zielonkawożółtej pokryta delikatnym, rozmytym, różowym rumieńcem. Miąższ kremowy, zwarty, po dojrzeniu kruchy, mało soczysty, winno-słodki, lekko aromatyczny. Dojrzałość owoce osiągają w pierwszej połowie sierpnia. Możliwe jest ich przechowywanie do końca września, szybko ulegają rozpadowi. Owoce typowo deserowe. Drzewa rosną bardzo silnie, tworząc kuliste, średnio zagęszczone korony. Późno wchodzą w owocowanie. Są wytrzymałe na mróz i mało podatne na choroby.

***

Pojechaliśmy z małżonką samochodem do Kowna, gdzie w tamtejszym Instytucie Sadownictwa znajdują się bogate zbiory archiwalne – rękopisy, listy, książki Adama Hrebnickiego. Jest tam piękny manuskrypt wielkiego dzieła pradziadka, które zostało wydane w 1906 roku – ATLAS OWOCÓW, jedno z najważniejszych w owym czasie fachowych wydawnictw tego typu na świecie. Wydane zostało w języku rosyjskim, ale Adam Hrebnicki był uczonym polskim, co zawsze podkreślał.

Poniżej link do stworzonej przez rodzinę strony o pradziadku: http://www.adamhrebnicki.com/index_pl.html

Czytamy tam: W 1886 roku Adam Hrebnicki ożenił się ze Stanisławą Stankiewiczówną, córką Jana i Konstancji z Bejnarów, właścicieli majątku Berżeniki, w powiecie święciańskim, na ziemi wileńskiej. Panna młoda wniosła w posagu część majątku Berżeniki, folwark Staniszki, w 1891 roku nazwane przez Hrebnickiego Rajem.
Folwark Raj został planowo podzielony na kwatery po 100 drzew jabłoniowych w każdej. Drzewa jabłoniowe niskopienne wyprowadzane na pniach, wysokości od 1/2 do 3/4 arszyna, (ok 36-54 cm) uszlachetniane były zrazami, sprowadzanymi przez Hrebnickiego z Warszawy, Zaleszczyk, Rygi, Kijowa, ze środkowej i północnej Rosji i z Ameryki.
Była tu także duża kolekcja dzikich drzew jabłoni ze wschodniej Syberii. Tak powstał jedyny w swoim rodzaju sad pomologiczny w Polsce, obejmujący 512 odmian jabłoni i 256 odmian grusz.
Sad ten stał się terenem bogatych obserwacji i doświadczeń praktycznych, stworzył podstawę do licznych publikacji, opracowań monograficznych i podręczników.

***

Litwa jest pięknym krajem, mimo że patrzymy na ten kraj często przez pryzmat Unii polsko-litewskiej, Litwini bardzo dbają o podkreślanie swojej odrębności kulturowej – w końcu język jest zupełnie dla nas niezrozumiały, a pewne szczegóły (to właściwie zadanie dla antropologa kultury) zbliżają ją wyraźnie do krajów skandynawskich.

Tam nie ma wysokich płotów przy domach na wsi!!! Jak w Skandynawii!

I jest Święto Pieśni, obchodzone z wielką pasją, i zaangażowaniem.

Wszyscy śpiewają w tym dniu…!

Załączone zdjęcia nawiązują do naszych korzeni rodzinnych i przedstawiają moją rodzinę od strony mamy, czyli – Adama Hrebnickiego…

rejman-gra-na-instrumentachWacław Stankiewicz i Adam Hrebnicki
Wacław gra na cytrze.

rejman-gra-na-instrumentachRodzina Hrebnickich i Stankiewiczów w sadzie pradziadka – pierwszy z lewej Adam Hrebnicki, szósta z lewej Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Zana “Promienistego”, a piąta z prawej – Julia Hrebnicka, później Rejmanowa – moja mama.

Autor obu zdjęć powyżej: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki.

Sowie koty, sowy i zające…

Ewa Maria Slaska (przy ogromnym współudziale Maryny Over)

koty-sowyJasne, musiało się znaleźć w sieci i takie zdjęcie. Wydaje się, że zestaw “koty – sowy” zastąpił ostatnio typowych ulubieńców sprzed 100 i nawet jeszcze sprzed 10 lat czyli psy i konie. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że zamiast zwierząt silnych i związanych z naturą wybieramy teraz puchate zwierzaczki do głaskania. Powierzchownie – pewnie tak. Ale jak się zastanowimy – to pies i koń są zwierzętami podległymi człowiekowi, natomiast kot i sowa są niezależne czyli mają nas w nosie. Pies ma panią albo pana, kot służącą lub lokaja. Pies nas kocha, bo myśli, że jesteśmy bogami, kot wie, jacy jesteśmy naprawdę i nie da się zwieść pozorom.

No a sowa…

To Vlastimil Hoffmann, Starość i młodość (1922), ale sowa, symbol mądrości, wcale nie towarzyszy starcowi, lecz młodości.  
Historycy sztuki chcą wierzyć, że to starzec przekazał dziewczynie swą mądrość, ale nie byłabym tego taka pewna. Mi to raczej wygląda na nowoczesną świadomość, i sowy, i dziewczyny.

Ale tak naprawdę asumpt do napisania tego wpisu dał podesłany przez Marynę kot Michaela Sowy.

Michael-sowaNiezależne kocisko całkowicie ignorujące ciekawskiego psa. Podoba mi się, choć z życia znam sytuację akurat całkiem odwrotną. Było to wiele lat temu, moja kotka, Schyzia, była jeszcze młodą i niedoświadczoną panną, która na zabój zakochała się w Soni, mieszkającej piętro wyżej suce owczarka węgierskiego. Czuło się, że kocica wie, że pora na miłość, ale najwyraźniej była całkowicie zdezorientowana i nie wiedziała, że pies to nie kot, a suczka to nie kocur. Przy lada okazji uciekała z mieszkania, biegła na górę i kładła się, cicho wzdychając, na wycieraczce sąsiadów, tęsknie wyczekując znaku wzajemności od Soni. Kiedyś wreszcie postanowiliśmy z sąsiadem, że zwierzaki powinny się ze sobą poznać, ale, jak to w życiu bywa, nic dobrego z tego nie wyszło. Kotka nafuczała na psicę i tak się skończyły kocie miłostki.

Michael Sowa (niemiecki malarz, rocznik 1950), namalował zresztą więcej kotów, a także psów, zajęcy i innych stworzeń dwu- i czworonożnych, a gdy maluje ludzi, to i tak wyglądają oni jak zwierzaki.

Za to, oczywiście, maluje sowy, które wyglądają jak sowy:

No i ponieważ jest dziś Niedziela Palmowa i zaczynamy święcić najpierw Paschę a potem Wielkanoc, to przypomnijmy jedną z najsłynniejszych postaci Sowy, zająca Esterhazy (co oznacza w jidisz zająca wielkanocnego):

Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger, Michael Sowa: Esterhazy. Eine Hasengeschichte, wyd. Sauerländer w Aarau,  Frankfurt am Main i Salzburg, 1993.

Esterhazy – arystokratyczna rodzina węgierska – nie do końca chce się identyfikować z małym zajączkiem wielkanocnym, który jest tak mały, że gdy wpada do kosza na śmieci, to nie można go tam w ogóle znaleźć. Dlatego dziadek Esterhazy (zając a nie arystokrata) wysyła małego zwierzaczka na poszukiwanie dużej narzeczonej. Im większa, tym lepiej!

Ale książka stała się w międzyczasie nadzwyczaj sławna i żaden hrabia nic już na to nie poradzi.

Akcja historyjki rozgrywa się jeszcze przed upadkiem Muru i gdy mały Esterhazy dociera do Berlina, stwierdza, że jest to raj dla zajęcy, które żyją tu sobie jak u Pana Boga za piecem, bo opanowały tzw. strefę śmierci między zewnętrzną i wewnętrzną linią Muru. Zwierzaki są tak lekkie, że nie powodują wybuchów min, mają do dyspozycji wspaniałe porośnięte trawą przestrzenie i żadnych wrogów. Rozmnażają się więc na potęgę, o czym polscy artyści nakręcili film Królik po berlińsku. Mały Esterhazy zakochuje się w dużej Mimi. I wszystko jest super oprócz tego, że autorzy książki – Irene Dische, Hans Magnus Enzensberger i Michael Sowa – podobnie jak autorzy filmu – Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski – nie rozróżniają królika od zająca. Esterhazy to zając wielkanocny, a w berlińskiej strefie śmierci mieszkały króliki.

Zając to nie królik. Wąż to nie mąż żmii, jeleń nie jest mężem sarny…

No trudno. Błądzić jest rzeczą ludzką, a i boską też. Pan Bóg również się mylił. Pisałam już o tym na blogu i w tamtym wpisie można obejrzeć film.

Zając czyli królik czyli kot. Fajna historia i fajny film. Po polsku Esterhazy, historia o zającu ukazała się w roku 2010 w Wydawnictwie: Nisza.

Pogodnej Niedzieli Palmowej!

Die kleine große Welt (5)

„Im Winter 2002, als ich in Stockholm war, erhielt ich im Hotel einen Anruf aus Australien; am Apparat war ein älterer Herr namens Kucharski, der den Roman des neuesten Nobelpreisträgers für Literatur gelesen hatte und darin, mit großer Erregung, auf sich selbst gestoßen war: Er hatte damals im ‚Steppdecken-Revier‘ im Bett über mir gelegen und taucht zufällig in meinem Roman mit seinem Namen auf. Ich muss nicht sagen, welche freudige Überraschung dieser Anruf mir bereitete.“

Imre Kertész: Dossier K. Eine Ermittlung

Monika Wrzosek-Müller

Die polnische Ostsee

Jahrelang fuhr sie im Sommer für zwei Wochen an die polnische Ostsee; erst mal sollte das ihrem Sohn guttun, er lernte polnisch, und konnte die Großeltern und die Großtante und die Familie aus Schweden genießen oder eben näher kennenlernen. Außerdem war das für sie eine willkommene Erholung von der nicht gerade rosigen Wirklichkeit in dem Berliner Vorort- und Nobelviertel des Kleinmachnowers Großdorfes. Die Reise dauerte unendlich, die Straßen waren schlecht, sie fuhren meistens 8 bis 9 Stunden lang, mit kleinen Pausen fürs Essen von Pirogen oder ganzen aufwendigen polnischen Menüs mit Vorspeise, Suppe, zweitem Gericht und Nachspeise, oft waren es am Ende eben noch Pfannkuchen. Sie suchten immer ein schönes Lokal aus, gaben sich nicht mit irgendwelchen Buden entlang der Straße ab. Die Reise verlief in angenehmer Stimmung, sie erdachten Spiele, wie: Autos mit deutschen Kennzeichen zählen, oder die mit nur Berliner Schildern, oder Wörter auf verschiedene Anfangsbuchstaben auf Polnisch oder auf Deutsch schnell aufsagen müssen, oder auch reduzierte Version von „Stadt, Land, Fluss“ kamen oft vor. Manchmal sangen sie Lieder; die deutschen kamen aus dem Walldorfkindergarten und -schule, die polnischen aus ihrer Kindheit; mit den polnischen gab es oft Probleme, weil sie zu ernst, zu melancholisch und zu“ erwachsen“ waren. Sie zählten auch Storche auf den Dächern, Strommasten und Schornsteinen, oder auch andere Tiere, die sie unterwegs sahen. So verlief die Reise schneller und man hatte das Gefühl etwas Sinnvolles zu tun und sich nicht allzu sehr zu langweilen.

Die Landschaft blieb sowohl in Deutschland als auch in Polen gleich; lange Waldstücke wechselten mit Feldern und Wiesen ab, manchmal kamen kleine und größere Seen und es war hügelig schön, doch meistens ging es ziemlich platt und eher langweilig zu; oder je nach Laune empfanden sie die vorbeifliegende Landschaft schön oder eben monoton und uninteressant. In Polen führten die Straßen direkt mitten durch die Dörfer, man fuhr auch langsamer und konzentrierter. Wenn die Reise nun auf einen Sonntag ausfiel, mussten sie sich an den Schlangen von Menschen vorbei schlängeln, die in die Kirchen oder aus den Kirchen nach Hause gingen. Manchmal hielten sie abrupt an, um Blaubeeren, Pilze oder Honig von den Straßenjungen oder den alten Babcias [Omas] zu kaufen. Das sorgte für Abwechslung und hob die Stimmung. Besonders auf der Rückreise waren solche Einkäufe reizvoll, man verlängerte dann zu Hause den Urlaub mit dem polnischen Essen und hatte einige Mitbringsel.

Eine Institution für sich waren die „obiady domowe“ [Hausmannskost Mittagessen]; jeder freute sich auf das Mittagessen und spekulierte, was es denn geben würde. Die Zahl der Suppen war auch schier unendlich, so dass sie in den zwei Wochen nie die gleiche Suppe gegessen hatten. Unter den Badegästen ging immer ein Gerücht, wo denn die besten „obiady domowe“ wären; mal war das u pani Krysi [bei Frau Krysia], die anderen schworen auf Herrn Stach.

Sie lief am Strand unten, oben war der Kliff mit Kiefern- und Buchenwälder, steile Treppe führte nach unten, es waren 219 bis 232 Stufen. Oben sah man weit aufs Meer hinaus, bis zum Horizont; die Farbabstufung zwischen Meer und Himmel war manchmal minimal; es gab aber eine Linie die das eine von dem anderen trennte. Das Wasser war nie azurblau sondern eher grau bis grünlich, dafür war der Sand schön hell gelb mit Steinen und Muscheln und manchmal nach dem Sturm, konnte man auch winzige Bernsteinchen finden. Es gingen auch viele Sammler umher; die einen sammelten alles, die anderen spezialisierten sich auf besondere Muscheln, noch andere suchten nur vom Wasser geschliffenes Holz. Sie fand manchmal sowohl schöne Steine als auch ausgefallene Muschel, die sie mitnahm; meistens ging sie barfuß, gedankenverloren, entspannt und fast glücklich am Wasser entlang, egal wie warm oder kalt es war. Sie fühlte sich frei, frei von den Rollen, die sie zu Hause spielte und in denen man in Deutschland perfekt sein sollte und frei von den Alltagssorgen.

Irgendwann wollte sie dann etwas trinken und kam an einen Bierstand am Strand, mit riesigen Sonnenschirmen und bequemen Sitzgelegenheiten, sie holte sich einen Tee und setzte sich geschützt in die Sonne. Der Stimmengewirr kam an sie heran, getragen vom Wind, auch wenn sie nicht zuhören mochte, klangen die Worte so nah, so präzise und deutlich, als ob sie an sie direkt gerichtet wären. Es war eine Gruppe von jungen Erwachsenen, ungefähr in ihrem Alter und sie erzählten von einer Familie, offensichtlich ihren Freunden, oder guten Bekannten, vielleicht war da auch Tratsch im Spiel, das konnte sie nicht beurteilen. Es ging um ein Ehepaar, das zwei kleine Söhne hätte und das sich jetzt endlich und endgültig getrennt hätte; sie hätten sich doch sowieso immer wieder bis aufs Blut gestritten und gezankt und sie wäre die Fleißige, Arbeitsfähige und Leidende und er ein Halunke und Nichtstuer und Schmarotzer, obwohl liebenswürdig, sehr liebenswürdig. Und er hätte ihr immer wieder große Blumensträuße und schöne Fotos von ihr, von altem Zoppot, vom Meer und Sonnenuntergängen gebracht und sie wären dadurch doch immer wieder zusammengekommen aber was für eine Ehe wäre das, wo die Frau alles verdienen müsste… usw.

Ich stand auf und offensichtlich durch dieses bedrückende Getratsche oder kam da schon eine Vorahnung hoch, ging ich schleppenden Schrittes zurück; es war auch Zeit, denn die Sonne war ganz unten und auf dem Strand lagen lange Schatten des Kliffs. In der Ferienwohnung angekommen fand ich auf meinem Handy eine Nachricht; es war eine Freundin von mir aus Zoppot, sie bat um einen Rückruf. Erst nach dem Abendessen hatte ich Zeit und rief sie an; sie fragte mich gleich, ob sie zu mir kommen könnte für ein paar Tage mit dem Kleinen, der Größere wäre im Sommerlager…ich war mehr als zufrieden und hieß sie willkommen. Sie hätten sich nämlich getrennt, jetzt wirklich und endgültig, sagte sie schnell, und mir entkam ganz leise: „ich weiß es“… “wie weißt du es?“ „Ich habe es eben auf dem Strand beim Sonnenuntergang erfahren…“

 

Ludzie w metrze

Ewa Maria Slaska

Znowu o metrze…

Tym razem berlińskim. Metrem jeżdżę zawsze, bo Czytelnicy już się pewnie zorientowali, że nie mam prawa jazdy, ale dawniej uważałam metro za połączenie środka komunikacji i czytelni, a ostatnio nie mam ochoty czytać i wolę patrzeć na ludzi. Z tego patrzenia nic nie wynika, nie mogę na podstawie anegdotek i obrazków wyciągnąć daleko idących wniosków na temat berlińczyków.

Oczywiście każdy wie, że metro zaludniają rano robotnicy, potem dzieci i młodzież, potem urzędnicy, a dopiero po 10 kobiety, ludzie starzy i turyści. Po południu w odwrotnej kolejności wszyscy poranni pasażerowie wracają do domów. Nikt nie jest specjalnie elegancki, oprócz ludzi na delegacji i tak zwanych Di-Mi-Do. To ci, którzy mieszkają daleko poza Berlinem, często wciąż jeszcze w Bonn. Di-Mi-Do tak sobie organizują życie, żeby nie trzeba było pracować w poniedziałek ani w piątek, bo tylko taki układ zapewnia im rzeczywisty weekend w domu. Odwiedzają biura we wtorki, środy i czwartki czyli Dienstag – Mittwoch – Donnerstag. Di-Mi-Do. Berlin nie jest miastem specjalnie eleganckim, ale Di-Mi-Do pracują w urzędach zbliżonych do rządu i są przeraźliwie eleganccy. Czasem jeszcze późnym wieczorem widać eleganckich ludzi wracających z teatru.

miejscepracyDiMiDoW takich miejscach pracują Di-Mi-Do

Jak przystało na kobietę pracującą zawsze czyli nigdy czyli w domu, najbardziej lubię jeździć metrem, gdy tłumy pojechały już do fabryk, szkół i biur. Wtedy sporo ludzi czyta książki, ale większość zajmuje się elektronicznymi gadżetami. Mają tablety, smartfony, I-pody, telefony, playery i czytniki. Nie patrzą na innych, bo inni ich nie obchodzą.

Zapiski z kilku ostatnich tygodni, dwóch, najwyżej trzech…

***
Wiosna, pojawiają się piękni ludzie. Zimą może też byli piękni, ale nie było widać między czapkami i szalami. Jadę w górę schodami ruchomymi, w dół, na stację, biegnie równo jak w balecie para młodych ludzi z pięknymi smukłymi rowerami w uniesionej prawej ręce. Biegną szybko i z gracją, są piękni i wyglądają jak brat i siostra, bliźnięta. Ja bym nawet bez roweru nie potrafiła tak pięknie i lekko zbiec po schodach. I jeszcze tak równo z partnerem.

Czy istnieje kategoria tańca na rowerach? Chyba nie, bo w internecie znajduję tylko dyskotekę rowerową – goście muszą się nieźle napedałować, żeby dostarczyć prąd do konsoli didżejskiej.

***
Jadę po receptę. Obok mnie siedzi młoda, wysoka i postawna, kobieta, zajęta smartfonem. Ale mimo skupienia na ekraniku potrafi jednocześnie okazać nam wszystkim wyniosłą pogardę. Jej postawa, mina, od niechcenia odrzucane włosy, które lądują mi na twarzy, wyrażają dobitnie, że na całym świecie nie ma wspanialszej i bardziej niezależnej silnej kobiety niż ona. Wysiadamy na tej samej stacji. Idę do lekarza i do apteki, przed apteką spotykam ją znowu. Idzie w towarzystwie wysokiego przystojnego faceta. Poznaję ją po kurtce i butach, ona sama jest jednak zupełnie odmieniona. Zniknęła gdzieś zimna walkiria, po ulicy wdzięcznie podrygując i mizdrząc się, idzie, wykonując gesty jak tancerka na rurze, jakaś zapatrzona w swojego faceta dziewusia, potakująca mu cienkim głosikiem.

wmetrze1Jest tłok. W tłumie nadzwyczaj przystojny młody orientalny mężczyzna. Nie jest wysoki, ale jego twarz jest absolutnym ideałem władczego piękna. Aleksander Wielki. Patrzę na niego zdumiona, bo nawet w wielkim mieście rzadko spotyka się kogoś aż tak pięknego. A w mieście jest przecież dużo ludzi, więc i wybór jest duży.

Aż szkoda, że ma na sobie jakąś pikowaną kurtkę, a nie zbroję. Nagle Wódz chrapliwym głosem rzuca w przestrzeń jakiś rozkaz. Nie rozumiem, co mówi, ale nie ulega wątpliwości, że właśnie wysłał na pewną zgubę kohortę oddanych mu wojowników. Natychmiast z tłumu otaczającego wodza wyrywa się w jego kierunku młoda dziewczyna, która dotychczas kurczowo trzymała pałąk wózka, próbując ochronić dziecko przed plecakami i torbami współpasażerów. Ach, więc jednak wodzowi nie towarzyszą  żołnierze, lecz żona i dziecko. Służebnica pańska otwiera torebkę i hołdowniczym gestem podaje władcy… papierową chusteczkę do nosa.

wmetrze2 Na przeciwko mnie siedzi młody tęgi ogolony na łyso facet, typowy “kark”, i, przeglądając się w ekranie laptopa (tak, tak to się robi, człowiek sam siebie filmuje kamerką do rozmów na skype), starannie nakłada makijaż. Maluje oczy, rozciera róż na policzkach i kładzie szminkę na usta.

***

Do tego, że biedni i bezdomni szperają po koszach na śmieci, już dawno się przyzwyczailiśmy. Szukają przede wszystkim butelek po piwie i napojach, które w Niemczech są na kaucję. Szperacze z reguły wyglądają tak, jak w ogólnym pojęciu wyglądają biedni i bezdomni. Wczoraj jednak zobaczyłam na stacji metra, jak do kosza zagląda mężczyzna w białej koszuli bez krawata i luźnej marynarce. Jest cool. Ma okulary w czerwonych oprawkach, jakich nie powstydził by się nawet CEO jakiegoś hipsterskiego start-up-u. Może odkrył, że wnętrze kosza na śmieci to nisza rynkowa i robi badania, jak ją wykorzystać.

***
Szósta wieczorem. Stoimy na stacji. My czyli wnuk i ja. Tłok. Najwyraźniej długo nie było metra i teraz wszyscy są źli i zdenerwowani. Normalnie staram się przeczekać takie sytuacje, ale jest późno i musimy jechać. Gdy podjeżdża metro, biorę dziecko na ręce, żeby tłum go nie zdeptał. Wszyscy się pchają efektywniej niż ja, wsiadam jako ostatnia. Oczywiście wiem, że nie ma miejsca, ale przepycham się z dzieckiem na ręku aż do ławek. Wszyscy zapatrzeni w ekraniki, nikt nie patrzy na innych. Lekko szturcham faceta o dobre trzydzieści lat młodszego ode mnie. Jakbym go nie szturchnęła, to by na mnie nigdy nie spojrzał i nie mogłabym zadać mu pytania: “Czy mógłby mi Pan ustąpić miejsca?” Gostek patrzy na starszą panią z dzieckiem na ręku i pyta: “Dlaczego?”

Zdjęcia: Wikipedia, Tumielewicz, BVG (Berliner Verkehrsbetriebe), Pukański, Morgenpost         

W harcerstwie pod koniec wojny (4)

Klucz-mchy-porostyKarolina Lubliner-Mianowska

Gdy w czasie wojny Karusia zajmowała się ogrodem i szklarniami w Konstancinie, była już doktorem nauk przyrodniczych i autorką  publikacji na pasjonujące tematy – mchy i porosty. Oto jedna z nich, wydana w roku 1935 w Instytucie Popierania Nauki Kasy im. Mianowskiego.

Kolejna praca Karusi na temat mchów i porostów ukazała się nakładem “Naszej Księgarni” Związku Nauczycielstwa Polskiego w roku 1937.

mchy-porosty2jpgNajbardziej zastanawia mnie, że obie te publikacje ukazały się już przed wojną pod podwójnym nazwiskiem, podczas gdy rodzina jest przekonana, że Karusia nigdy nie wyszła za mąż, a Mianowska było pseudonimem konspiracyjnym, zachowanym i po wojnie, co w końcu mogło być zrozumiałe. Dla mnie w każdym razie byłoby bardziej zrozumiałe niż nagłe spojrzenie na jakąś skrywaną skrzętnie tajemnicę rodzinną. Nie pierwszą zresztą i zapewne nie ostatnią.

Druga z publikowanych tu dziś relacji (Opowieść o sardynkach)  nie ukazała się w relacjach harcerek, czyli jest to kolejny zapis li tylko archiwalny.

Wyprawa po zboże

Karusia-zboze-male0Było to w lutym 1945 r. Niemcy cofali się już na zachód i podwarszawskie osiedla były już wolne. Ale skutkiem zmiany waluty, warunki bytu naszego internatu, w którym schroniło się 50 pogubionych warszawskich dzieci, były coraz trudniejsze. Nie miałyśmy nowych pieniędzy, a zapasy żywności były na ukończeniu. W tej sytuacji poszłam po pomoc „komandira” radzieckiej jednostki wojskowej, która stała w jednej z sąsiednich wsi. „Komandir” wysłuchał mojej skargi, pogadał chwilę z towarzyszami, zajrzał w jakieś papierki i w rezultacie dał mi na piśmie zlecenie do gminy Nowo-Iwiczna, żeby wydano nam 10 worków zboża. Z cennym tym papierkiem pognałam do domu i zaraz zaczęłyśmy organizować wyprawę po upragniony chleb. Konia z wozem użyczył nam darmo jeden z gospodarzy spod Skolimowa, więc wziąwszy do pomocy dzielną opiekunkę dzieci Jadzię Kajferowicz, już na drugi dzień o mroźnym świcie wyruszyłyśmy w drogę. Towarzyszyła nam jeszcze choć wbrew naszej woli domowa suka „Pluskwa”. Zwierzę rudobrunatne jak jej imienniczki, było miłe, ale bardzo źle wychowane. Po drodze goniła wszystkie kury po wioskach, za co kilometrami goniły nas soczyste przekleństwa gospodyń.

Karusia-zboze-male1Podróż trwała dobrych kilka godzin, więc zmarznięte na kość stanęłyśmy przed Urzędem Gminy Nowo-Iwiczna. Wójt posłusznie zgodził się zrealizować komandorską kartkę i wskazał, u którego gospodarza mamy dostać żyto. Jeszcze kawałek drogi i wreszcie wchodzimy do ogrzanej izby. Żywimy cichą nadzieję, że może nas czymś poczęstują, bo jakieś jadło perkotało na kominie w garnkach. Ale nie było tak dobrze i trzeba było poprzestać na powąchaniu. Po małej chwili gospodarz zaprowadził nas do stodoły, gdzie istotnie leżało kilkanaście pełnych worów. Z pomocą naszego gospodarza ładują na wóz 10 zawiązanych, pełnych worków. Dziękujemy serdecznie i natychmiast wyruszamy z powrotem. Oczywiście nie do domu, ale prosto do młynarza w Skolimowie, gdzie stajemy już o zmroku. Nasz gospodarz zaczyna się już bardzo śpieszyć do domu. Wobec tego zrzuca worki na ziemię przed młynem, utargowuje od nas „Pluskwę” jako wynagrodzenie za jazdę i znika w ciemnościach razem z Jadzią, którą ma odwieźć do internatu. Zostaję pod młynem sama, z 10 workami żyta i nadzieją na chleb. Po dłuższym czasie zjawia się młynarz, pan Korda, mały pękaty człowieczek. Wnosi z pomocnikiem jeden worek do młyna, rozwiązuje go bierze garść życia, ściska „fachowo” w ręku i nagle odrzuca je z obrzydzeniem, jakby ścisnął kolce. Patrzę na niego i jeszcze nie rozumiem. A młynarz aż podskakuje ze złości i wrzeszczy: „co oni wam dali? Przecież to mokre żyto. W ziemi je chyba trzymali. Ja tego nie mogę wziąć na młyn, to kamienie zatrze. I w ogóle żadnego chleba z tego żyta nie będzie. Ono już porosło.”

Ogarnia mnie czarna rozpacz. Nie będzie chleba dla naszych dzieci. Nadarmo wszystkie starania i trudy. Oszukano nas bezczelnie. Czemu miałyśmy takie zaufanie do tych chłopów, że nie rozwiązałyśmy worków i nie zbadały, co nam dają? Czemu mierzyłyśmy tych ludzi własną miarą? Siedzę na progu młyna i płaczę jak małe dziecko. Młynarz Morda stoi przy mnie i klnie, bo taka jest jego męska reakcja na łajdactwo. Chyba nie ruszę się stąd i nie wrócę do domu. Bo co im powiem? Gdzie obiecany chleb?
Po jakiejś godzinie może przyjechał do młyna jakiś chłop ze swoim zbożem. Młynarz postawił warunek: zmiele mu żyto, jeśli najpierw odwiezie mnie i moje worki do wskazanego miejsca. Ładują na wóz nieszczęsne żyto, a potem i mnie, nieczułą już i oklapłą jak pusty worek.

Przepisała z rękopisu Kary Lublinerówny-Mianowskiej harcmistrzyni ZHP, Emilia Węglarzówna, w styczniu 1964 roku.

Wiosenna wyprawa do Pruszkowa

Było to już w marcu, a więc po wyjściu Niemców. W naszym internacie dla warszawskich dzieci głodno było w dalszym ciągu. Raz dostałyśmy wspaniały dar od Szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Była to beczułka borówek, 6 krążków sera i 2 skrzynki sardynek. Podpisałam osobiście oświadczenie, że produkty powyższe zostaną spożyte a nie sprzedane. I oczywiście po powrocie do domu musiałam jednak częściowo nie wypełnić swego zobowiązania. Borówki i ser używaliśmy dla urozmaicenia naszych skromnych posiłków. Ale sardynki. Raz spróbowałam użyć je na chleb. Ale 2 pudełka stanowiły posiłek tylko symboliczny na 50 kilka osób. Natomiast u bogatych ludzi w Konstancinie i okolicy dawano mi za pudełko sardynek kilogram smalcu. A to już stanowiło niezłą okrasę i starczało na dwa dni. Więc prowadziłam handel wymienny tymi sardynkami i jakoś nikt tego przestępstwa nie zauważył.

Karusia-pruszkow1malyAle trzeba było wreszcie zrobić wyprawę do władz R.G.O., żeby wydostać jakieś jeszcze przydziały żywnościowe. Drogę do Pruszkowa opisałam już w poprzednim rozdziale. Teraz szłam tym samym szlakiem, z tą tylko różnicą, że błoto na drogach było jeszcze gorsze. Ponieważ nie miałyśmy ani chleba, ani nowych pieniędzy, wzięłam na drogę zamiast tego kawałek szwedzkiego sera, z nadzieją wymienienia go na chleb. Następną trudnością była sprawa korzystania z kolejek bez pieniędzy. Jeździłam więc „na gapę” tłumacząc konduktorom, że muszę koniecznie pojechać, choć i bez biletu. Tym trybem dobrnęłam dopiero około południa do Pruszkowa – było więc za późno, żeby coś załatwić. Przypomniałam sobie, że w Milanówku mieszka drużynowa warszawska Nina Saska. Miałam jej adres, więc wesolutko, zabłocona i mokra po pas, zapukałam do jej drzwi. Otworzyła mi jej ciotka i powiedziawszy że Nuna wyjechała do Podkowy Leśnej, ale adresu jej nie zna, zatrzasnęła czym prędzej drzwi. Ładna historia. Gdzie tu się podziać w pięknej osadzie Milanówka. Karusia-pruszkow2malyJakiś przechodzień podał mi adres sióstr zakonnych, u których podobno można przenocować. Poszłam. Siostry bardzo wystraszone powiedziały, że im nie wolno brać na nocleg – i dały z kolei adres Czerwonego Krzyża, który jakoby miał schronisko. Tabliczka Cz. Krzyża była owszem na domu, ale schronisko było dopiero w projekcie. Tymczasem było już późno, zupełnie ciemno, a moje przemoczone i zmarznięte nogi nosiły mnie coraz trudniej. Wreszcie spotkałam bryczkę, na której jechali milicjanci. Ucieszyłam się bardzo, gdy mnie zatrzymali i wylegitymowali, bo może oni coś będą wiedzieć o możliwości noclegu. Istotnie, zgarnąwszy z posterunku jeszcze jednego poszukiwacza noclegu, młodzieniec uzbrojony w karabin maszynowy wyruszył z nami w ciemność. Po bezskutecznych próbach w paru miejscach, w jednym, wyraźnie bogatym i eleganckim mieszkaniu, mój opiekun oświadczył gospodarzom, że muszą mnie przenocować bez gadania. Dla ich bezpieczeństwa zabrał mój dowód osobisty, miałam go odebrać rano na posterunku. Usiadłam na krześle w przedpokoju, zbyt zmęczona, żeby ruszyć się z miejsca. „Gościnni” gospodarze po jakimś czasie położyli w kącie eleganckiej jadalni 2 słomianki, na nich jeden dywanik i zaofiarowali to legowisko, bardzo odpowiednie dla domowego pieska. Następnie zasiedli do obfitej kolacji, nie proponując mi nawet szklanki wody. Wyszłam zatem do kuchni i, odbywszy krótką naradę z pomocnicą domową, skorzystałam z tego, że gospodarze zajęci byli jedzeniem, żeby umyć się porządnie w ślicznej, ogrzanej łazience. Było to bardzo potrzebne, bo nogi miałam zabłocone wyżej kolan. Taż sama pomocnica umożliwiła mi rozpuszczenie w szklance wrzątku trochę zupy w proszku, jaki zabrałam z domu. Z chleba i sera nie było już ani śladu. Następnie podłożywszy sobie zwinięty sweter pod głowę, wyciągnęłam się na dywaniku.

Przyznam , że poprzez wszystkie lata wojny i wszystkie wędrówki po kraju nie zdarzyło mi się spotkać z taką stuprocentową obojętnością ze strony ludzi, którzy niewątpliwie mieli pretensje do kultury i inteligencji.

Na drugi dzień odzyskawszy swój dowód na posterunku pojechałam na gapę do Pruszkowa, aby załatwić sprawy naszego domu u władz R.G.O.

W górę rzeki (18)

Zbigniew Milewicz

Szaleństwa młodości

Chyba nie odpowiedział mi na ten list; adres miałem z biura meldunkowego, musiał się zgadzać. Napisałem więc do ojca jeszcze raz, tym razem informując go, że na letnie wakacje wybieramy się z mamą do Międzyzdrojów, to niedaleko od niego i mógłbym przyjechać do Szczecina-Dąbia. Podobnie, nie otrzymałem odpowiedzi. Przyszło lato, któregoś dnia wsiadłem w Międzyzdrojach w pociąg, pojechałem do Dąbia i metodą koniec języka za przewodnika dotarłem na ulicę Goleniowską.

Pamiętam, że tabliczka z moim nazwiskiem na drzwiach mocno mnie wzruszyła, ale postanowiłem trzymać fason. Drzwi otwarła drobna blondynka, powiedziałem, kogo szukam, wskazała na łazienkę koło przedpokoju. Szczupły, wysportowany mężczyzna w szortach obrzucił mnie badawczym spojrzeniem: Pan kto ? Syn Zbyszek – odpowiedziałem. Skurczył się jakby w sobie, zamrugał powiekami, powtórzył moje imię i zmienionym głosem powiedział, że nie spodziewał się… Kazał żonie wprowadzić mnie do pokoju. Wyglądało na to, że nie otrzymał ode mnie żadnego listu. Zajmowali parter w poniemieckiej willi, w jednym pokoju ganiał jakiś chłopak, przypuszczałem, że to mój młodszy brat po mieczu ( później okazało się, że był nim najmłodszy Edward ). W drugim, gościnnym, stała komoda, tapczan, stół z krzesłami i fotel, w którym ojciec po wyjściu z łazienki sobie usiadł i polecił żonie, żeby założyła mu buty. Był ubrany w elegancki garnitur, butów sobie sam nie zawiązywał, ponieważ – jak mi na poczekaniu wyjaśnił – cierpiał na bóle kręgosłupa. Wskazał żonie stół, jeden gest, żadnego słowa. Sprawnie i szybko nakryła go białym obrusem, z kredensu wyjęła zastawę i poszła do kuchni.

Tak pysznej sałatki pomidorowej, jaką przyrządziła, jeszcze nie jadłem. Ojciec wniósł do pokoju kryształową karafkę ze spirytusem, rozcieńczonym wodą, napełnił kieliszki i wzniósł uroczyście toast, za nasze spotkanie synu. Ucztowaliśmy tylko we dwóch, małżonka ojca, Celina, milcząco nam usługiwała. Napełnił ponownie karafkę, trunek był jeszcze mocniejszy niż poprzednio, ale zupełnie nie czułem jego działania. Myśli miałem klarowne, kontrolowałem, co mówię, a ojca interesowało, jak żyję ja, a co robi i jak wygląda moja mama, pochwalił, że studiuję w Krakowie. Sam o swoim życiu prawie nie mówił. Utrzymywał siebie i rodzinę z reperowania starych samochodów, które później sprzedawał, finansowo było to słabo opłacalne. Celina urodziła mu trzech synów, Ryszarda, Mariusza i Edwarda, czyli w sumie miałem czterech braci po mieczu, doliczając Zdzisława, najstarszego z nas. Powiedział, że często myślał o mnie i o mamie, jak nam się wiedzie na Śląsku i chciał płacić mi alimenty, które zasądził sąd, ale nigdy nie było z czego.

Nurtowało mnie także, czy prawdą było to, co w swoim czasie ciocia Maria, siostra ojca, opowiedziała mojej mamie. Mianowicie, że faktycznym ojcem trójki dzieci babci Urszuli był pewien hrabia, któremu ona prowadziła dom. Małżonka chlebodawcy cierpiała na bezpłodność i kiedy, jako drugi urodził się mój ojciec, hrabia tylko jemu dał swoje nazwisko (z wileńska wymawiało się to dźwięczniej, naźwisko ), aby ród Milewiczów nie zaginął. Ciocia Maria i jej siostra Stasia nie dostąpiły tego zaszczytu. Historia brzmiała dla mnie bardzo powieściowo (choć oczywiście na hrabiowski tytuł bym się nie obraził) i kiedy powtórzyłem ją ojcu, zaprzeczył, jakoby choć trochę miała być prawdziwa. Jego zdaniem, ciocia Maria zawsze miała wybujałą wyobraźnię. Na ścianie w gościnnym pokoju wisiała siemistrunnaja gitara ojca, poprosiłem, żeby na niej coś zagrał, ale już nie pamiętam, czy to zrobił. Dobrze się czułem w jego progach, emanował życzliwością, ale przecież kiedy powiedział, że spodziewa się, iż zagoszczę tutaj przynajmniej kilka dni, zobaczę jego przydomowy warsztat pracy, może w czymś mu pomogę, wymówiłem się. Chciałem wracać do Międzyzdrojów.

Wieczorem podziękowałem za gościnę, odprowadził mnie na stację, ponownie mieliśmy się spotkać za kilka dni w Międzyzdrojach. Tym razem we trójkę z mamą. Nie wiem, kto wpadł na ten niefortunny pomysł, ojciec czy ja. Rozmowa na plaży się nie kleiła, siedzieli obok siebie jak obcy sobie ludzie. Poszliśmy do restauracji coś zjeść, płacił ojciec, na odjezdnym powiedział, że znowu nas odwiedzi. Dawał mojej mamie do zrozumienia, że chętnie ponownie związałby się z nią, ale co zamierzał w takim razie zrobić ze swoją obecną rodziną, tego nie mówił. Ulubiona maksyma mojego ojca brzmiała: dopóki u człowieka siły witalne są, powinien rodzina zakładać. Wygłosił ją do nas, stojących na peronie, z okna odjeżdżającego pociągu, tym swoim głębokim, melodyjnym głosem, który nie pozostawiał cienia wątpliwości, że jest dokładnie tak, jak mówi. Chyba więc szczęśliwie dla wszystkich do kolejnego spotkania we troje już nie doszło.

Do domu z uczelni przyjeżdżałem średnio dwa razy w miesiącu. Zawoziłem brudne ciuchy, wracałem z czystymi, z wałówą i pieniędzmi od mamy na czynsz i życie w Krakowie. Na II roku zmienił nam się adres, mama dostała dwupokojowe mieszkanie spółdzielcze przy ulicy Dębowej w Tychach. Od III roku studiowanie stało się dla mnie przyjemnością, ubyło nauki, a przybyło wolnego czasu, który mogłem spożytkować choćby na śpiewanie w chórze akademickim UJ, którym dyrygował Stanisław Has, albo na działalność w teatrze studenckim. Co prawda wystąpiłem tylko w jednej sztuce, w Wariacie i zakonnicy Witkacego, wyreżyserowanej przez Łukasza Jasielskiego, ale co to była za rola! Zagrałem pielęgniarza, chyba Pafnucego, który w pewnym momencie sam wariuje i w końcowej scenie zawisa na podwyższeniu, w pozie Ukrzyżowanego. Dzisiaj myślę, że scena ta była zbyt naturalistycznie zagrana, ale wtedy wyznawałem zasadę: im mocniej tym lepiej.

Na III roku zacząłem waletować, nie byle gdzie, bo w Domu Studenckim UJ Żaczek, przy ul. 3 Maja, którym kierował legendarny Jan Buszek, postać godna oddzielnego tekstu, poza tym cyklem. Później udało mi się zalegalizować pobyt w akademiku. W Żaczku nauczyłem się grać w brydża i poznałem gorzki smak pokera. Poznałem też sporo fajnych, ciekawych ludzi – komicznego Jurka Kowalskiego, zwanego powszechnie dziadkiem, który studiował prawo, Wieśka Fiszera z psychologii, serdecznego Andrzeja Rygorowicza, też z psychologii, który był poza tym utalentowanym plastykiem, Bogdana Barwińskiego, z nim chodziłem po Tatrach, porąbanego rusycystę Szulkina… Straty finansowe w pokerze odrabiałem, albo i nie, w studenckiej spółdzielni pracy, która także nazywała się Żaczek. Tam nauczyłem się niestety trochę oszukiwać. Głównie świadczyłem usługi w zakresie szorowania różnych hal fabrycznych po malarzach, a przekręty polegały m.in. na mnożeniu przerobionych powierzchni, co było często stosowaną praktyka, więc jak natrafiała się ku temu okazja, nawet nie wypadało stosować równania 2+2=4. Najciekawsze było, że w tej spółdzielni pracowali przeważnie przyszli prawnicy, wśród których obracałem się w akademiku. Nigdy później w życiu nie wiodło mi się finansowo lepiej jak w tamtym okresie. Stać mnie było z kolegami na wynajęcie nocą taksówki do Zakopanego, na dancingi w Feniu, albo Cracovii. Kiedy kupiłem mamie na urodziny, na bazarze, piękny, drogi materiał na sukienkę, byłem dumny, że mnie stać.

Pewnego dnia Wieśkowi Fiszerowi udało się znaleźć w jakiejś podkrakowskiej stodole, pod stertą słomy, poniemiecki, terenowy samochód marki Volkswagen Kübelwagen, który podobno miał za sobą udział w kampanii Rommla w Afryce. Złożyliśmy się w kilka osób i za dwa tysiące złotych staruszek był nasz. Wiesiek został oficjalnym właścicielem, wyremontował silnik i po miesiącu już jeździliśmy nim po Krakowie, budząc zrozumiałe zainteresowanie. Celem eskapad były głównie żeńskie akademiki, skąd zabieraliśmy na wycieczki najładniejsze studentki. Wiesiek miał łeb do interesów, ubrany we frak i cylinder, woził młode pary do USC, a kiedy Janusz Morgenstern zaczynał kręcić w Krakowie kolejny odcinek Stawki większej niż życie, podpisał umowę o statystowanie z samochodem w filmie. Dziadkowi, który był świńskim blondynem i na różnych imprezach studenckich znakomicie parodiował przemówienia wodza III Rzeszy, także udało się załapać na statystę do filmu. Został szeregowym żołnierzem Wehrmachtu, w przerwach między zdjęciami chodził we wrogim mundurze po krakowskim rynku i kiedy łyknął sobie trochę piwa, to się ku uciesze przechodniów po swojemu wygłupiał.

volkswagenMorskieOkoPod Wodogrzmotami Mickiewicza, autor z przyjaciółmi i weteranem szos…

Pewnego tygodnia zdjęcia zakończyły się już w piątek, do poniedziałku rana był czas, żeby wypróbować auto na dłuższej trasie, chociaż zgodnie z umową, pod groźbą finansowych restrykcji, Wieśkowi z rekwizytem nie wolno było opuszczać Krakowa. Pojechaliśmy całą paczką do Bukowiny Tatrzańskiej. Weteran spisywał się na trasie bez zarzutu, rozpędzał do ponad setki, choć trochę miał problemy z hamulcami, ale bezpiecznie zajechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy auto w obejściu Franka i Marysi Surówków, którzy znali mnie od dziecka, daliśmy im kluczyki, z przykazaniem, żeby nam ich już dzisiaj pod żadnym pozorem nie wydawać i poszliśmy na dancing do Janosika. To była magiczna knajpa, także zasługująca na oddzielną opowieść. Wspomnę tylko, że grała w niej najlepsza na świecie, cygańska orkiestra, która tak potrafiła wejść człowiekowi w duszę, że gotów był ją diabłu sprzedać, byle tylko jeszcze raz usłyszeć Czardasza Montiego, solo na skrzypcach. Kelnerki w lokalu nie mogły później nadążyć z trunkowymi zamówieniami i takiego to właśnie szalonego wieczoru wydarzył się wypadek.

Jakim cudem udało się Wieśkowi odpalić samochód, tego nie wiem. Do środka weszli Szulkin, dziadek i jakieś dwie młode góralki, które mieszkały w Białce i szarmancki kierowca, nie bacząc na swój stan nietrzeźwości, postanowił odwieźć je do domu. Ja wcześniej poszedłem spać do zaprzyjaźnionych gazdów, więc o wszystkim dowiedziałem się dopiero rano. Na drodze prowadzącej zakosami ostro w dół w pewnym momencie wysiadły reflektory. Kierowca myślał, że droga skręca w prawo, a było odwrotnie. Weteran w bojowym stylu pokonał stromy stok, przeleciał nad żerdką pola i wpadł chłopu do stodoły. Widocznie stodoła była mu jednak sądzona. Wrak długo później stał tam jeszcze, górale pokazywali to z drogi turystom, jako miejsce cudu, bo taki straśny wypadek, a nikomu nic się nie stało… Wieśkowi tylko stłukło się jedno szkło w okularach. Naturalnie mieliśmy później problemy z miejscową milicją, a w Krakowie z kierownikiem produkcji filmu, ale ostatecznie wszystko udało się załatwić polubownie. Takie wtedy były czasy.

Przenikania w barze “Zakątek”

Poszłam w Warszawie do baru Zakątek na Daniłowiczowskiej. Nie ma szyldu, tylko kartka w oknie. Schodzi się do piwnicy, idzie po ciemnych korytarzach, gdzie pojawiają się nieoczekiwane progi lub stopnie. W barze stoliki pokryte ceratą, za barem tęga bufetowa o donośnym głosie. Co za cudowna maszyna czasu! Pyszne domowe pierogi z kaszą gryczaną i barsz w kubku. Jakiś klient właśnie zjadł w tempie ekspresowym i wychodzi. Jestem sama, gawędzę z bufetową, dopóki nie wejdzie kolejny gość, jakaś potargana kobieta. Dlaczego pani taka potargana?, pyta bufetowa. Bo wiatr, odpowiada kobieta. Bufetowa szykuje placki z jabłkami dla potarganej pani, a my zaczynamy pogawędkę. Muszę się uczesać, mówi kobieta, dziś będzie wieczór poświęcony pamięci mojego męża. A kim był?, pytam zainteresowana. Redaktor bloga musi być zawsze czujny. Poetą. Był poetą, napisał Uwięzioną jaskółkę. Nazywał się Kazimierz Szemiot. Nazwisko mi nic nie mówi, choć wiem, że powinno, ale Jaskółka i owszem. To śpiewał Stan Borys?, pytam. Tak. Wiem, pamiętam. W zeszłym roku Jaskółka uzyskała bardzo wysokie miejsce w jakimś plebiscycie, mówię. Na 40-lecie Opola, odpowiada kobieta.

Przed wyjściem zostawiam pani Szemiot wizytówkę bloga. Może ją zainteresuje, może coś przyśle. W dwa dni później mail z Warszawy.

Szanowna Pani!
Wczoraj moja znajoma, wdowa po malarzu i poecie Kazimierzu Szemioth’cie – WANDA SZEMIOTH – przekazała mi wizytówkę Pani. Zajrzałem – na Pani blog – mnóstwo ciekawych rzeczy!
Pozwalam sobie przesłać trochę muzyki do ewentualnej ilustracji/zamieszczenia/… itp

Zamieszczam i piszę do autora maila z prośbą o kilka słów o sobie, dodając słowo PILNE. Przysłał.

Andrzej Rejman

Transitions


Urodziłem się w 1956 roku w Warszawie.
Dzieciństwo i młodość spędziłem “w Ursynowie” (jak się kiedyś mówiło, a nie “NA Ursynowie”, jak się mówi teraz).
Chodziliśmy z mamą na spacery na tzw ursynowską skarpę, skad przyglądałem się godzinami wędrującym chmurom. Czasami przeleciał samolot, a jego dźwięk, najpiew wysoki, potem coraz niższy i niższy, był jak  łagodna muzyka, współgrająca z delikatnym istnieniem otaczającej przyrody.
Gdy miałem lat sześć, a może siedem, kupiono mi pianino i zacząłem mozolnie uczyć się grać. Granie z nut nie przychodziło mi łatwo, bo koniecznie chciałem coś zmienić, coś poprawić, dodać jakiś nowy,”swój”dźwięk. Moja nauczycielka muzyki, pani profesor Nela Gniazdowska, przyznając, że mam słuch absolutny, powątpiewała w moją karierę, mówiąc, że uznaję jedynie muzykę “bez kanonów”.
Sama wychowana na wzorcach klasycznych nie lubiła i nie rozumiała eksperymentowania w muzyce. Słuchałem wtedy “Mazowsza” i chodziłem na koncerty dziecięce do Filharmonii.
Dużym przeżyciem był dla mnie występ Edwarda Auera, laureata jednego z Konkursów Chopinowskich.
W tym mniej więcej czasie napisałem swoja pierwszą piosenkę. Była to piosenka o Warszawie – na jakiś konkurs. Niestety nagrody nie zdobyłem, ale odtąd pisałem już piosenki.
Potem studiowałem na SGGW w Warszawie. Ojciec mój uważał bowiem, że trzeba mieć jakiś konkretny zawód, a muzykę należy traktować jako hobby. Studia wspominam mile, bo założyłem wtedy piewszy prawdziwy zespół muzyczny i wiele koncertowaliśmy.
Byłem wówczas zafascynowany muzyką jazzową i jej odmianami z domieszką muzyki rockowej i popularnej.
Pierwszym  moim “poważnym” nagraniem była piosenka dla Stanisława Wenglorza do słów Małgorzaty Maliszewskiej. Piosenkę nagraliśmy pod kierownictwem Ryszarda Sygitowicza w studio Polskich Nagrań przy ul. Długiej w Warszawie.
Czułem jednak, że moja muzyka dobrze współbrzmiałaby z obrazem i namówiłem przyjaciela, Jacka Bąka, który pracował wtedy w Poltelu, aby zrobić coś wspólnie do filmu. Tak powstało ponad 30 ścieżek dźwiękowych do filmów dokumentalnych, zrealizowanych przez różnych reżyserów głównie (ale nie tylko) dla Telewizji Polskiej.
Filmem, który wspominam bardzo miło, był dokument o Wandzie Rutkiewicz, zrealizowany niedługo przed jej śmiercią. W międzyczasie nagrałem również płytę z Markiem Surzynem dla wytwórni Veriton.
Na początku lat dziewięćdziesiątych, będąc z prozaicznych powodów mocno zaangażowany w tzw “produkcję reklam dźwiękowych”, poczułem pierwszy raz potrzebę napisania czegoś, co byłoby inne niż cały otaczający mnie zgiełk.
Tak powstał szereg moich utworów, łączących stylistyczne elementy jazzu, muzyki filmowej oraz muzyki współczesnej.
Ten kierunek jest mi najbliższy.

Andrzej Rejman, lipiec 2001

P.S. Potem jeszcze wydarzyło się mnóstwo ciekawych rzeczy, które opiszę kiedy indziej. Na razie pospiesznie wysyłam to, co znalazłem w archiwach:-)
***
I oczywiście Jaskółka. Dla przypomnienia, dla pana Kazimierza i pani Wandy.

Kazimierz Szemioth
“Jaskółka uwięziona”

Jaskółka czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką
Jak śmierć kamienna bryła
Jak wyrok naw prostokąt

Jaskółka błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk który ją ogarnia

Jaskółka siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi w których się troska błąka
Jaskółka znak podniebny jak symbol nieuchwytna
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa

Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą
Przeraża mnie ta chwila która jej wolność skradła
Jaskółka czarny brylant wrzucony tu przez diabła

Na wieczne wirowanie na bezszelestną mękę
Na gniazda nie zaznanie na przeklinanie piękna

Stan Borys – Jaskółka uwięziona (Opole 1973)