Na pustyniach Australii (4)

Lech Milewski

Daisy Bates. Zima.

On the fringe of the vast island continent of Australia live a few
millions of white people; in the vast desert regions far from the coast
live a few thousands of black people, the remnant of the first
inhabitants of Australia.

The race on the fringe of the continent has been there about a hundred
years, and stands for Civilization; the race in the interior has been
there no man knows how long, and stands for Barbarism. Between them a
woman has lived in a little white tent for more than twenty years,
watching over these people for the sake of the Flag, a woman alone, the
solitary spectator of a vanishing race. She is Daisy Bates, one of the
least known and one of the most romantic figures in the British Empire…

Arthur Mee – przedmowa do książki The passing of the Aborigines.

W 1912 roku Daisy otrzymała tytuł Honorowego Protektora Aborygenów w rejonie Eucla w stanie Południowa Australia. Honorowego czyli bez wynagrodzenia. Wystawiła na sprzedaż posiadane tereny i parowcem popłynęła na miejsce nowej misji.

Na początku zamieszkała w stacji hodowlanej prowadzonej przez znajomych, ale po kilku miesiącach stacja została zlikwidowana. Przeniosła się pod namiot i stamtąd opiekowała się chorymi Aborygenami z pobliskich osad.

Spędziła tam 5 lat, utrzymując się z własnych skromnych oszczędności – jej posiadłości zostały sprzedane za ułamek spodziewanej kwoty.
Charakter jej pracy zmienił się, nie była już naukowcem, który przy okazji badań w terenie troszczył się o swoich informatorów, była  pracownikiem socjalnym, który opiekował się chorymi i zaniedbanymi, pomagał rozwiązywać konflikty międzyplemienne oraz nieporozumienia między Aborygenami a białymi. Zbieranie danych, zapisywanie legend i badania językowe zeszły na margines.

W 1914 roku została zaproszona jako prelegentka na konferencję organizowaną przez brytyjskie towarzystwo naukowe. Drogę z Eucla do Adelajdy przejechała bryczką ciągniętą przez wielbłądy, co zajęło 12 dni.
Na konferencji znalazła się w centrum uwagi, zyskała duże uznanie i nawiązała wiele nowych kontaktów. Nie uzyskała tylko jednego – płatnego zatrudnienia przez instytucję rządową. Z pustymi rękami wróciła do swojego namiotu.

Po czterech latach, w październiku 1918 roku przeszła nerwowe i fizyczne załamanie. Wymagała pobytu w szpitalu. Rząd Południowej Australii wspomógł ją kwotą 50 funtów, a następnie, po zakończeniu kuracji, zaoferował jej pozycję przełożonej pielęgniarek na oddziale rekonwalescencji weteranów wojennych. Pozostała na tym stanowisku przez kilka miesięcy, a następnie, widząc, że nie ma żadnej szansy na pomoc rządową, zrezygnowała z honorowej pozycji w Eucla i przeniosła swoje namioty do Ooldea – osady na trasie właśnie budowanej linii kolei transkontynentalnej z Sydney do Perth.

Było to miejsce dobrze znane i cenione przez Aborygenów ze względu na duże podziemne zapasy wody. Odgrywało dużą rolę w aborygeńskich mitach o stworzeniu świata, było miejscem ceremonii inicjacyjnych. Tu zbiegały się ścieżki aborygeńskich wędrówek prowadzące z miejsc tak odległych jak Kimberleys – 2600 km pieszej wędrówki – usłużne google wyliczyło, że oznacza to 520 godzin nieustającego marszu.

W związku z budową kolei Ooldea stała się ruchliwym placem budowlanym, stacjonowało tu 600 pracowników i 500 wielbłądów. To przyciągało Aborygenów, szczególnie w okresie suszy. Z tego też powodu właśnie tutaj osiedliła się Daisy – aby chronić aborygeńskie kobiety i dzieci od przehandlowania za żywność, tytoń i alkohol.
W dramatycznych listach do rządu Południowej Australii proponowała wprowadzenie strefy demarkacyjnej, wyznaczenie protektora aborygeńskich kobiet, przydzielenie jej bezpłatego biletu kolejowego, aby mogła odwiedzać odległe osady aborygeńskie i prowadzić akcje informacyjne.
Wszystko na próżno. Jej oszczędności się wyczerpały, jedynym źródłem utrzymania pozostało pisanie artykułów. Na szczęście było na nie zapotrzebowanie.

Już na początku pobytu przeżyła długi okres suszy, na dodatek wybuchł wtedy strajk kolejarzy i ustały dostawy żywności. Daisy polowała z rewolwerem na króliki i duże jaszczurki. W tym samym czasie wybuchły rozruchy Aborygenów. W pierwszym rzędzie udali się pod namioty Daisy…

Właśnie piłam herbatę gdy zobaczyłam grupę około 90 mężczyzn w wojowniczym nastroju. Uważali, że obecna susza została spowodowana przez białych. ‘Blackfeller king belong this country. We want blackfeller king, not whitefeller king. Whitefeller took game, stealum water. We chase whitefeller long way. Nabbari our king’.
Sytuacja była wybuchowa, jedno niewłaściwe słowo mogło spowodować rozlew krwi na ogromnych terenach.
Miałam do wygrania dwie karty – po pierwsze byli głodni, po drugie ujawnili nazwisko swojego króla co oznaczało, że muszę znaleźć jego słabą stronę i wymyślić jakąś silną stronę białych.
Przez kilka minut stałam w milczeniu patrząc intensywnie gdzieś poza nich. Zrobiło to na nich widoczne wrażenie. Wtedy poleciłam przygotować herbatę dla wszystkich. Gdy kubki z herbatą poszły w ruch oświadczyłam, że ‘biały król’ przydzieli im koce, żywność i tytoń, zaś jeśli królem zostanie Nabbari, wówczas ich królową będzie jego żona Maachi. To była moja karta atutowa. Maacho była małą sekutnicą, której nikt nie lubił. Jeden po drugim odchodzili w milczeniu od ogniska. Po godzinie byłam znowu sama i bezpieczna.

W 1921 roku Daisy napisała serię artykułów na temat kanibalizmu Aborygenów. Najbardziej drastyczne były wzmianki o zwyczaju zabijania przez matki i zjadania nowonarodzonych dzieci.
To wywołało szok. Z jednej strony zainteresowało to świat mediów i posypały się zamówienia na artykuły, z drugiej spotkała się z bardzo ostrą krytyką środowiska naukowego, które twierdziło, że  przesadza, niewłaściwie interpretuje legendy i miesza je z rzeczywistością. Przez długie lata wypominano jej tę sprawę i w latach 60 ubiegłego wieku wykorzystano ją dla zdyskredytowania całego dorobku naukowego Daisy. Szczególnie urażone były środowiska aktywistów aborygeńskich i ich poprawnych politycznie zwolenników. Dopiero od kilkunastu lat sprawy się unormowały, a dokumentacja zebrana przez Daisy okazuje się być bezcenna.

Reasumując – Daisy rzeczywiście nieco przesadzała, ponosiła ją literacka pasja a zamówienia na artykuły dopingowały. Jednak kanibalizm był faktem – patrz źródła 3.

Daisy spędziła 16 lat w namiotach w Ooldea. Jedyna istotną przerwą był kilkutygodniowy pobyt w Canberze w połowie 1933 roku na zaproszenie rządu federalnego. Powodem było zamordowanie przez Aborygenów pięciu japońskich rybaków, a następnie krwawe walki z policją.

Daisy opracowała szczegółowy raport, w którym powtórzyła swoje poglądy na temat relacji Aborygenów i białych. Według niej Aborygeni powinni być pozostawieni samym sobie. Jest to cywilizacja skazana na wymarcie. Jedynym, co biali mogą zrobić, to wysłać do ich osiedli osoby, które zatroszczą się o ich higienę i stan zdrowia. Wszelka działalność misyjna, próby asymilacji, przenoszenie do miast są skazane na niepowodzenie i tylko przedłużają cierpienia. Zaproponowała powierzenie jej misji rozwiązania istniejącego konfliktu.
Zasadniczo taka propozycja odpowiadała federalnym politykom lecz nie mogli jej przyjąć ze względu na opinię publiczną i głosy aborygeńskich aktywistów.
Daisy wygłosiła w Canberze kilka prelekcji, nawiązała sporo wartościowych kontaktów, zyskała dużą popularność i uznanie, po czym… wróciła do swoich namiotów.

Dlaczego zdecydowała się mieszkać tak długo zupełnie odcięta od cywilizacji?

Według osób, które ją znały Daisy nie znosiła kompromisów. Uważała, że nikt nie spędził tyle czasu w bliskim kontakcie z Aborygenami co ona, a zatem albo będzie oficjalnie uznana za ostateczny autorytet w sprawach aborygeńskich, albo pozostanie nikim.

Po powrocie z Canberry zastała w Ooldea ogromne zmiany. Rząd Południowej Australii zorganizował tam aborygeńską misję, która zachęcała Aborygenów do porzucenia pustynnych osiedli, zapewniała im racje żywnościowe i leki.
Daisy nie była już tu potrzebna.

Na szczęście za kilka miesięcy została ponownie zaproszona do Canberry, tym razem na ceremonię odznaczenia Orderem Imperium Brytyjskiego (CBE).

Oficjalne uznanie zaprocentowało. Daisy dostała propozycję napisania książki na temat kontaktów z Aborygenami. Wydawca pisma The Advertiser oferował dobre honorarium i pokrywał koszty hotelu w Adelajdzie.
Książka miała tytuł My Natives and I. Na początek Daisy zorganizowała przeniesienie jej notatek, zbiorów aborygeńskich w tym churinga – totemicznych tablic wymarłych plemion i innych materiałów z Ooldea do Adelajdy. Wymagało to aż 7 kursów zespołu tragarzy.
Na marginesie dodam, że aborygeńskie wierzenia zabraniają wspominania zmarłych, gdyż zakłóca to spokój duchów, które nadal otaczają opieką swe plemiona.
Obecnie w australijskiej telewizji przez wyświetleniem filmu dokumentalnego z życia Aborygenów wyświetlane jest ostrzeżenie – uwaga film zawiera zdjęcia i nagrane głosy osób, które być może już zmarły.
Daisy cieszyła się jednak specjalnym zaufaniem. Jej aborygeńskie imię Kabbarli w prostym tłumaczeniu oznacza babcię, jednak w odniesieniu do Daisy oznaczało zreinkarnowaną przedwieczną babkę.

Daisy bez żalu opuściła Ooldea. Na pożegnanie zorganizowała tam jeszcze corroboree na cześć odwiedzającego te okolice księcia Gloucester i miała okazję z nim porozmawiać.

W Adelajdzie zamieszkała w eleganckim hotelu – koszt 37 funtów tygodniowo – więcej niż całoroczne utrzymanie w namiocie na pustyni. Otrzymała zaliczkę 500 funtów. Przestawienie się z życia w namiocie na pustyni na salony Adelajdy nie stanowiło problemu. Znowu była ozdobą towarzystwa. Zawarła bardzo wartościowa znajomość z dziennikarką Ernestine Hill. Przkształciła się ona w bliską współpracę. Za namową Ernestine i przy jej wydatnej pomocy Daisy zaczęła pisać najważniejszą książkę swojego życia – The passing of the Aborigines.

W 1936 roku The Advertiser opublikował ostatni rozdział książki My Natives and I a Daisy wróciła do namiotu.
Powód był bardzo prosty, nie miała pieniędzy. W Adelajdzie żyła jak udzielna księżna, wydała z łatwością całe honorarium i musiała zaciągnąć pożyczkę. W namiocie mogła przeżyć cały rok za 26 funtów.
Tym razem jako miejsce pobytu wybrała Pyap na pograniczu Południowej Australii i Wiktorii. Większość czasu spędzała pisząc książkę The passing of the Aborigines. Gospodarowało tam wielu farmerów pochodzenia niemieckiego. W tym czasie cierpieli niedostatek z powodu suszy i kryzysu ekonomicznego. W Daisy odezwał się instynkt społecznika – napisała osobisty list do kanclerza Adolfa Hitlera, prosząc go o wsparcie jego rodaków.

Po trzech latach wróciła do Adelajdy, gdzie rząd federalny zapewnił jej mieszkanie i biuro. Dwa lata spędziła na kompletowaniu i porządkowaniu swoich archiwów, po czym przekazała je do Biblioteki Narodowej…

W Canberze udzieliła pierwszego w życiu wywiadu radiowego, z którego była bardzo niezadowolona. Była oszołomiona nową techniką, radio, samochody – to nie był jej świat. Zdecydowała wrócić jak sama powiedziała – to those poor cannibals of Central Australia.

W połowie 1941 roku, w wieku 82 lat, rozbiła namioty w Wynbring przy trasie kolei transkontynentalnej. Było to miejsce dużo bardziej odcięte od cywilizacji niż Ooldea. Uważając się za niedocenioną przez rząd, odmówiła przyjęcia kartek na żywność, które wprowadzono na czas wojny.

Wieść o jej powrocie dotarła szybko do aborygeńskich osad, wkrótce zaczęli ją odwiedzać mieszkańcy okolic Ooldea. Jej przewidywania sprawdziły się, Aborygeni, ściągnięci w okolice linii kolejowej wizją bezpłatnej pomocy, zdemoralizowali się. Młode kobiety sprzedawano, szerzyło się pijaństwo i rozboje, starsi utracili autorytet.
Daisy napisała kolejny list do rządu – prosiła, aby powierzyć jej rolę Special Commisioner for Aboriginal Affairs, obiecując, że stopniowo zaprowadzi tu porządek – play decent British game with me.
Nie otrzymała odpowiedzi. Na szczęście pojawiła się szansa na jakieś dochody – zamówienie na zbiór aborygeńskich legend do książki dla dzieci.
Wróciła do pisania. Jednocześnie świadczyła pomoc kilkunastu aborygeńskim rodzinom koczującym w sąsiedztwie.

Na początku 1945 roku przeszła kolejne załamanie fizyczne i psychiczne, utraciła prawie całkiem wzrok. Rząd zorganizował jej transport do szpitala. Nie było to łatwe, Daisy była całkowicie zdezorientowana, podejrzewała, że chcą ja porwać, zażądała transportu limuzyną gubernatora. Eskortujący ją policjanci musieli użyć wielu sztuczek, by dowieźć ją do szpitala w Augusta. Po dłuższej kuracji wróciła do dobrej formy, nie była jednak w stanie mieszkać samodzielnie. Odmówiła przeprowadzenia się do oferowanego przez rząd domu opieki i zamieszkała u wiernych znajomych z dawnych lat.

W 1946 roku ukazało się The passing of the Aborigines, które prasa oceniła jako jedną z najważniejszych książek napisanych w języku angielskim – źródła 4.
Publikacja ta była wielkim szokiem dla Ernestine Hill, która była inicjatorem powstania książki i włożyła wiele wysiłku w jej napisanie i ostateczną redakcję. Tuż przed publikacją Daisy usunęła z książki całą przedmowę, w której dokładnie opisała wkład Ernestine i nie szczędziła jej pochwał i podziękowań.

Pod koniec 1949 roku Daisy wymagała już stałej opieki, ostatnie 18 miesięcy życia spędziła w szpitalu, zmarła 18 kwietnia 1951 roku w wieku 92 lat.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.
3. Sydney Morning Herald – Królowa Nigdy-Nigdy powraca w wielkim stylu – KLIK.
4. Daisy Bates – The pasing of the Aborigines – online book – KLIK.
5. Kopia artykuł w Australian Women Weekly z 1939 roku – KLIK.

Metro i Fangor…

Ewa Maria Slaska

…czyli jednak koty

Warszawskie metro i koty w sztuce, ewidentnie wpis dla Maryny Over

Postanowiłam przypomnieć koty. Po pierwsze – bo marzec, a koty jak wiadomo w marcu, podczas gdy Lenin, jak już zapewne nie każdemu wiadomo, w październiku. Po drugie – bo  Fangor, Wojciech Fangor, rzecz jasna, bodaj czy nie najstarszy z żyjących polskich malarzy, który w tym roku skończy 93 lata.

Fangor zaprojektował liternictwo stacji nowego metra w Warszawie, a ja właśnie byłam w Warszawie, obejrzałam nowe metro, otwarte dopiero co, i myślę sobie, że to ciekawe, iż Polska postkomunistyczna i nawet posttransformacyjna, i postakcesyjna, a na pewno – komercyjna, sięgnęła po artystę tak wielokrotnie źle widzianego. W końcu był typowym przedstawicielem socrealizmu. Tak typowym, że dziś jego dzieła wydają się parodią a nie apoteozą ideologii. Potem, w latach 60, wyjechał na kilka lat do Berlina Zachodniego, a – wiem coś o tym – wyjazd do Niemiec przez dziesięciolecia uważany był za zdradę polskości i polskiej martyrologii, i to nie tylko przez partię, ale również przez naród. Bo w tym wypadku było jak z hasełka, partia z narodem a naród z partią. No i na dodatek w roku 1970 jako jedyny polski artysta miał wystawę w Muzeum Guggenheimów w Nowym Jorku. Tego się w polskim światku też tak łatwo nie wybacza.

Czyli z jednej strony dziwne, bo artysta na pewno kontrowersyjny. Z drugiej jednak strony komercja  sięgnęła po całościowy plan artystyczny, po wielkie dzieło wielkiego malarza, a ostały się z tego jeno sznurki kolorowych liter i dachy w kształcie kolorowych liter M jak metro.  No i wreszcie z trzeciej strony (jeśli w takich chwytach literackich ma prawo istnieć i trzecia strona) wydaje mi się jednak interesujące, że ktoś zaprosił Fangora do współpracy i że linię metra zaprojektował artysta z najwyższego rejestru, a nie panna Agnieszka, przyjaciółka głównego inwestora.

Postaci, 1950 - Wojciech Fangor

Dla mnie jednak Fangor to przede wszystkim namalowane w roku 1950 Postaci, obraz przedstawiający elegancką kobietę w okularach słonecznych, typową przedstawicielkę zgniłego kapitalizmu, skontrastowaną z krzepkimi postaciami robotnika i robotnicy – najlepsze polskie malarstwo socrealistyczne! – i kobieta z kotem. Zresztą sam Fangor, podobnie jak Picasso, często fotografowany jest z kotem.

Wojciech Fangor

Wydaje mi się, że ta kobieta z kotem na kolanach to Madzia, żona Fangora. Madzia była młodą, ekstrawagancką dziewczyną, co wiem, bo chodziła do jednej klasy z moją ciocią. Potem Madzia wyszła za mąż, po jakimś czasie zniknęła i, jak się okazało, zostawiła męża dla Fangora, z którym wyjechała do Ameryki. Och, takie to życie.
A Madzia nazywana jest przez przyjaciół Kocią Mamą. Co widać na załączonym obrazku pod tym właśnie tytułem:

I żeby nie było wątpliwości – to obrazek Madzi Shummer-Fangor a nie obraz Wojciecha Fangora.

Continue reading “Metro i Fangor…” →

Die kleine große Welt (4)

Mit der Spiritualität ist es kompliziert, wenn man sie sucht, findet man sie nicht. Entweder kommt sie von selbst, oder gar nicht. Manche brauchen sie, andere machen sich darüber lustig; doch irgendwann stellt sich jeder die Frage, wie es bei ihm damit steht.

Monika Wrzosek-Müller

Amritapuri-Kerala, Indien

Sie war im Aschram gelandet; ja gelandet eigentlich in Cochin, in Südindien, in Kerala, in God owns country, in einem permanenten Chaos, im Schmutz, in einem Lärm, der normale Kommunikation unmöglich machte; aber in einer bunten, lebendigen und faszinierenden Welt.

Der Weg zum Amritapuri-Aschram führte durch die Backwaters und war sehr exotisch; sie glitten in einem Hausboot an üppiger Vegetation vorbei: Palmen, riesige Mangobäume, manchmal Mangrovenwälder, Kletterpflanzen und wunderbar farbige Blumen, vor allem Wasserhyazinthen, die manchmal das Wasser fast vollkommen überwucherten, an den Dämmen der Reisfelder die Frauen in bunten Saris, wie bunte Vögel oder Blumen, die sich schnell bewegten, das Grün der Reisfelder und Blau des Wassers; alles in unheimlich intensiven Farben. Wären da nicht ein paar Kadaver von Kühen und Fäkalien im Wasser getrieben, hätte man es wie ein Paradies empfinden können. An manchen Stellen hingen riesige chinesische Fischernetze, sie schaukelten im Wind. Die Hausboote waren wunderschön, ursprünglich Kettuvallams genannt: lange, große Lastkähne aus Bambus, mit aus Kokosbast geflochtenen Kabinen, mit Küche, Schlafzimmer und Wohnzimmer, mit einer Terrasse bildeten sie wirklich schwimmende Häuser. Nah am Aschram wurde die Bebauung deutlich geordneter. Nach dem Tsunami waren hier mit der Hilfe ausländischer Organisationen neue Siedlungen entstanden, mit hunderten von identischen Häuschen, manchmal Doppelhäusern in verschiedenen Farben, sehr ordentlich, sehr westlich. Der Aschram war an den paar Hochhäusern, dem Ayurvedischen Krankenhaus und einer schönen Brücke von weitem zu erkennen, es lebten da ca. 2 000-3 000 Menschen aus der ganzen Welt zusammen.

Der Aschram; „Ort der Anstrengung“ präsentierte sich vor allem durch Stille und überwiegend weiße, helle Kleidung der Bewohner, wie eine Insel aus einer anderen Welt. Die peinlich sauber, von hunderten von indischen Witwen gefegte Wege, ordentlich abgestellten Schuhe vor den Tempeln, ordentlich gestapeltes Geschirr, überall Zettel mit Regeln, was, wann und wo zu erledigen oder zu befolgen sein sollte; alles erinnerte mich eher an sozialistische Sommerlager als an Indien. Auch die 9-stöckigen Wohnblocks, in denen die Gäste untergebracht wurden, hatten etwas von sozialistischer Bebauung an sich. Alles war sehr einfach, sehr primitiv aber doch funktional und vergleichsweise sauber.

Auch wenn inzwischen Gerüchte kursieren, dass Amma viel Geld von den Spenden auf verschiedenen ausländischen Konten für sich und ihre Familie geparkt hat, muss man ihr zugeben, dass sie auch sehr viel bewegte: dass sie für unzählige indische Witwen die letzte Hoffnung ist, für viele eine Ausbildung anbietet, nicht zu vergessen ein riesiges ayurvedisches Krankenhaus mit einer ayurvedischen Fabrik-Apotheke betreibt. Auch die Hilfe nach dem Tsunami, die durch ihre Organisation an die rundherum wohnende Bevölkerung kam, ist nicht zu verachten. Die Küste wurde mit riesigen Steinblöcken befestigt und neue Häuser errichtet.

Amma-Mata Amritanandamayi ist eine bäuerlich-kräftig aussehende Person, mit einer Kraft, die ihre Quelle irgendwo haben muss; wie sonst würde sie die stundenlangen Meetings mit Fragen und Antworten und anschließenden Umarmungen „embracing the world“ von hunderten von Menschen und zwar jeden einzelnen, durchhalten können.

Sie saß am Strand, der indische Ozean wütete gegen die riesigen Steinblöcke, die Sonne ging langsam unter in leicht rosa, lila und violetten Farben; die Leute rundherum, machten auf ihren Matten Yoga-Übungen, sprachen leise miteinander und warteten auf die Zusammenkunft mit Amma, auf ihre Umarmung.

Ich selbst habe diese Umarmung erlebt, und nach anfänglichen totalen Zweifeln, muss ich gestehen, dass sie eine ungeheuerliche Kraft, Trost und wirklich Gefühl von Liebe spendete. Es passierte mir in einem Moment, an dem ich daran gar nicht mehr geglaubt hatte, nicht glauben konnte, denn ich war von dem Chaos und dem Gedränge dermaßen genervt, dass ich fast aufgeben wollte. Danach saß ich völlig perplex und ruhig neben hunderten von anderen in einer riesigen Halle und sang stundenlang Mantras mit dem ungeheuren Gefühl der Zugehörigkeit und Gemeinsamkeit.

Vielleicht lag das an der Erschöpfung und Verwirrung durch so viele neue Eindrücke und Ereignisse.

Für den nächsten Tag musste ich mich für den Seva-Dienst (verschiedene Arten von Arbeiten für den Aschram und das Gemeinwohl) eintragen. Ohne lange zu überlegen entschied ich mich fürs Pizza backen, ohne an die Hitze der Öfen, in der Hitze des südindischen Himmels, und das Kneten und die Formen von Pizzateig zu denken. Die italienische Mannschaft war wunderbar; es gab einige, die schon seit Jahren mit dem Aschram verbunden waren, und Neuankömmlinge wie mich, allen gemeinsam war, dass man italienisch sprach. Wir haben wirklich wahnsinnig gearbeitet, geschuftet, um die hunderten von kleinen Pizzas herzustellen. Die Italiener sangen, lachten und sprachen dabei viel und durcheinander. Irgendwann fragte einer, wo denn die Giulia, die Toskanerin, heute abgeblieben wäre, sie müsste doch auch dabei sein. Zwar kannte ich eine Giulia aus der Toskana, dachte aber nicht im Mindesten daran, es könnte die Tochter unserer Freunde sein. Wir machten ab und zu Pausen und als ich draußen vor unserer Baracke stand, sah ich genau diese meine Giulia, mit ihren krausen, schwarzen, leuchtenden, langen Haaren kommen. Da sie mich an diesem Ort wirklich nicht erwartet hatte, ging sie an mir vorbei. Wir hatten uns auch jahrelang nicht gesehen, und aus dem kleinen Mädchen war fast eine Frau geworden, noch immer hübsch, liebenswürdig, lebendig. Ich lief hinter ihr her und stellte mich vor, unsere Freude war riesig. Wir gingen zu einem Café und schwelgten in Erinnerungen an meine Zeit in der Toskana und unsere Besuche bei ihren Eltern, in dem Haus, wo ich viel Liebe, Freundschaft und Gemeinschaft erlebt hatte.

In dem Moment, in den Tagen im Aschram, passte alles; die Vergangenheit, die Gegenwart und die Zukunft schienen zusammen zu spielen, sich zu ergänzen und einen tiefen Sinn zu haben.

Stoi na szafie…

Jan Kozłowski

Pociąg do wiedzy

Stoi na szafie encyklopedia.
Ciężka, ogromna i bardzo biedna.
Płacze i szlocha, szlocha i dyszy –
Encyklopedii nikt dziś nie słyszy!
Czarni i biali, duzi i mali,
Wszyscy na Google się poprzesiadali.

Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
Nikt nadal na nią okiem nie łypie.

Tomiska w rzędzie poustawiali,
Oprawy ze skóry, klamry ze stali.

I pełno haseł w każdym tomiszczu,
W tym to o pryszczu, w tamtym o spichrzu,
A w pierwszym znajdziesz same frykasy:
Asy, atłasy, Asyż, arrasy.
W ostatnim także są smakołyki:
Żaby, żyrafy, żubry i żbiki.

A woluminów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Lecz choćby nadszedł pan bibliotekarz,
Co łyknął wszystko, co dał aptekarz,
I choćby nie wiem jak się natężał,
To nie udźwignie, taki to ciężar!

Nagle – co to?

Nagle – kto to?

Co za duch?

Tomy – w ruch!

Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale,
Ruszył czytelnik po tomy, ospale,
Szarpnął tomisko i ściąga z mitręgą,
I ściąga, i ściąga, tę księgę za księgą,
I sapie, i dyszy, i zipie, i łka,
Ach czemuż, ach czemuż, ach czemuż to tak?

A co to, a kto to tak jego to pcha?
To wiedza, to wiedza, by ssać ją do cna.

Przez strony, przez tomy, przez księgi, przez czas,
Przez jurę, przez kredę, przez sylur, przez trias,
Przez antyk, przez gotyk, przez barok, secesję,
Przez kryzys, przez rozkwit, przez zastój, recesję.

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
Wyczerpać, wyczerpać, tę wiedzę do dna.

Już wieczór, już północ, już księżyc, już noc,
Rozumu narasta potęga i moc.

……………………………………………………………………………………

Choć daleki wiedzy kraniec, przed oczami liter taniec,
Przed oczami liter wir, za oczami muł, pył, żwir.

Głowa ciąży, kiwa, spada, i na „Dada” nos osiada.
Czoło pada na tomisko, pchając księgi w osuwisko.

Kurz się wzbija, kręcą koła.
Wokół mola – aureola.

W harcerstwie podczas wojny (3)

Karusia2Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Wyprawa po koks i wyprawa po ziemniaki

Wyprawa po koks

Było to w styczniu 1945 r. Nasz „internat” dla warszawskich dzieci zostawionych bez opieki podczas powstania, urósł od sierpnia do 50 sztuk. Coraz trudniej było nam wyżywić tę gromadkę. Ofiarność społeczeństwa miejscowego, bardzo żywa w sierpniu i wrześniu 1944 r. do stycznia wygasła już doszczętnie. Karusia-koks-ziemniaki1Żyliśmy wyłącznie ziemniakami i jarzynami, jakie przydzielili nam Niemcy jesienią. Najgorzej jednak wyglądała sprawa opału. Przy największych oszczędnościach wypaliliśmy już zapas koksu jaki był w naszym domu /w Anusi/, oraz z trudem wydostane resztki koksu z „Piasków”. W styczniu koks kończył się ostatecznie, a mrozy zaczynały się na dobre. Poinformowano nas, że są duże zapasy w pobliskiej papierni „Mirków”, ale trzeba mieć od Niemców pozwolenie na otrzymanie stamtąd koksu. Wydostaliśmy drogą skomplikowanych wywiadów adres tego oficera niemieckiego, który był „komercyjnym zarządcą „Mirkowa”; miało się go znaleźć w Zalesiu Górnym. Chociaż więc funkcja „proszenia Niemców” nie należało do przyjemnych obowiązków, jednak nikt prócz mnie nie mógł tego się podjąć, ponieważ tylko ja z całego personelu umiałam po niemiecku. Wczesnym rankiem wybrałam się w pieszą wędrówkę do Zalesia. Drogę wystudiowałam na mapie, więc nie miałam trudności z jej znalezieniem, ale było daleko i krótki zimowy dzień już się kończył, gdy dobrnęłam wreszcie do Zalesia.

Osiedle było dosłownie naszpikowane wojskiem. W laskach i zagajnikach stały armaty, karabiny maszynowe i wozy z amunicją. Wokół kręciło się mnóstwo żołnierzy. Musiałam jednak dopytać się o willę, w której mieszkał komisarz, więc zaczepiłam o to żołnierzy, bo nikogo cywilnego nie było widać na drodze. Oczywiście nie pierwszy, ale któryś z rzędu wskazał mi drogę. Drzwi willi były otwarte. Weszłam do komfortowego lokalu; dywany, kwiaty, lampy, przytulne ciepło. Na dole pilnujący żołnierz objaśnił mnie, w którym pokoju urzęduje poszukiwany oficer. Był to wspaniale urządzony gabinet z biurkiem i głębokimi fotelami. Okno zasłonięte cienką aksamitną storą. Oficer był młody, czyściutki, wylizany. Nie wiem z kolei jakie ja zrobiłam na nim wrażenie. Nosiłam w tym czasie czarny aksamitny płaszcz ze spiczastym kapturem, obszyty srebrnym króliczym futerkiem. Koleżanki twierdziły, że wyglądam w tym jak „żona świętego Mikołaja”. Bez wstępów rozpoczęłam trochę koślawą niemczyzną przemowę do „szanownego komisarza”. Było tam wszystko co potrzeba o niewinnych sierotach, o rurkach centralnego ogrzewania pękających od mrozu i o nieprzebranych zapasach koksu w Mirkowie. Skutek był szybki, ale nieproporcjonalnie mały: dostałam kartkę z poleceniem wydania z magazynu Mirkowa 1 tony koksu.

Karusia-koks-ziemniaki2Było już późno żeby wracać z Mirkowa do domu, przenocowałam więc u Hanki Zawadzkiej w Zalesiu i na drugi dzień po południu wylądowałam w domu. Następnego dnia zaczęłyśmy się rozglądać za środkami przetransportowania owej tony koksu z Mirkowa. Ale wnet okazało się, że starania te są zbędne, a kwitek zacnego oficera nic już nie znaczy: był bowiem już 17 stycznia.

Wyprawa po ziemniaki

W październiku 1944 r. nasz internat dla warszawskich dzieci w Konstancinie otrzymał przydział ziemniaków i jarzyn. Było tego w sumie 1000 kg, ale do odebrania w Szymanowie. Wobec tego że o środki transportu musiałyśmy się starać same, a drogi przez Warszawę i transporty kolejowe były niedostępne, przywiezienie tych ziemniaków z odległości 80 km po bocznych drogach było czystą niemożliwością. Wobec tego wziąwszy cenny kwit do kieszeni wybrałam się do Pruszkowa, żeby wytargować tam zmianę przydziału na składnicę w Piasecznie. Droga do Pruszkowa była w owym czasie dość skomplikowana. Najpierw szło się po południu piechotą do Piaseczna. Stamtąd kolejką podjeżdżało się do stacji Pyry. W Pyrach nocowało się u koleżanki Marysi Z., która miała tam folwarczek. Następnego dnia wczesnym rankiem następowała najważniejsza część podróży, przemarsz piechotą od Pyr do Salomei czyli do linii kolejki elektrycznej. Ten spacer zajmował około 6 godzin, zależnie od stanu dróg. Wtedy były one w stanie nieco mizernym, że mniej więcej w połowie drogi noga ugrzęzła mi tak głęboko w błocie, że wyjęłam ją w skarpetce, a półbucik został wklejony w drogę. Wydobyłam go z trudem, ale okazało się, że tylna część spłaszczyła się tak, że dalszą drogę szłam w jednym pantoflu bez pięty. Karusia-koks-ziemniaki3Wieczorem dobrnęłam do Pruszkowa, gdzie trzeba było znów przenocować, bo za późno już było na urzędy. Pielgrzymka po nich rozpoczęła się nazajutrz rano. Zaczęłam od R.G.O. Tu wytargowałam najpierw parę drewniaków, które zastąpiły mi rozklapane w błocie półbuty. Potem dowiedziałam się, że niestety zmiana adresu otrzymania ziemniaków zależy od przedstawicieli „Herrenvolku”. Poszłam zatem do odnośnego urzędu dyrygującego przydziałem ziemniaków. Wyrecytowałam krótkie ale treściwe przemówienie po niemiecku, na co otrzymałam krótką a treściwą odpowiedź „Alle polnische Weisen können für mich krepieren”. Na razie wyszłam, ale po pół godzinie wróciłam z tą samą przemową. Tym razem otrzymałam wskazówkę: powinnam wyjść od razu za drzwi. Tu nastąpiła dyskusja w tonie coraz gorętszym. W każdym razie oświadczyłam w końcu „nie wyjdę z tego pokoju bez przydziału ziemniaków w Piasecznie”. Pomogło. Nie był to jednak jeszcze koniec „zdobywania ziemniaków”. Po 1,5 dnia trwającej powrotnej pielgrzymce, zaczęłam starania o wozy, któreby ziemniaki z Piaseczna przywiozły. Oczywiście trzeba było znów chodzić do Niemców, bo większość chłopów miała konie zarekwirowane.

Pamiętam szczególnie dobrze wizytę w tej sprawie w szkole gospodarczej w Chyliczkach. Jakiś podoficer niemiecki przyjął mnie tam bardzo życzliwie, powiedział, że mają konie i wozy, wykazał pełne zrozumienie dla konieczności wyżywienia internatu. Ale zanim zdążyłam umówić termin przewozu i odejść, zjawił się jakiś inny Niemiec wyższy szarżą od mego rozmówcy. Ten stanął na baczność, a zapytany wyjaśnił treść mojego życzenia. W odpowiedzi usłyszałam długą litanię wyzwisk pod moim adresem, naszych dzieci, a także uprzejmego rozmówcy podoficera. Było tam jeszcze dużo mówienia o niemieckich rękach przeznaczonych do innych celów niż pomoc dla Polaków. Widząc, że na nic moje starania, zaczęłam po cichu posuwać się ku drzwiom, szczęściem otwartych. Odetchnęłam z ulgą znalazłszy się już za drzwiami. Ale teraz trzeba było wnet znaleźć innych Niemców, do których trzeba będzie iść i prosić o wozy

W górę rzeki (17)

Zbigniew Milewicz

Rok 1963

Licealista początku lat 60 nie miał tak lekko jak dzisiaj jego wnuk, jeżeli chodzi o szkolną dyscyplinę. Nauczyciele zwracali uwagę na schludność wyglądu uczniów, ich fryzury, szkolne tarcze na rękawach ubrań, dziewczyny musiały nosić granatowe fartuszki „do kolan“ z białymi kołnierzykami, a chłopcy, przy większych okazjach – garnitury i krawaty. Te na szczęście były wtedy w modzie. Któregoś dnia doszedł nam nowy rygor: nie ma żadnego chodzenia po kawiarniach i późnym wieczorem po mieście, chyba, że w towarzystwie dorosłych.

Z dyrekcją liceum, która wydała te zarządzenia, nie było sensu ani zwyczaju dyskutować, szkoła miała jeszcze swój autorytet. Można było natomiast próbować obchodzić niewygodne i  – co tu dużo mówić – nieludzkie przepisy. Tarczę mocowało się przy pomocy plastra do agrafki, zamiast przyszywać ją na fest do ubrania, fartuszek koleżanki zostawiały po lekcjach w szatni, skromna bluzeczka znikała w torbie z książkami, a na światło dzienne wychodził seksowny, różowy sweterek, który kuzynka przysłała z RFN. Największą trudność sprawiał  wybór właściwego lokalu na randkę. Kawiarnia Malinowa w ogóle nie wchodziła w rachubę, była zbyt blisko budy i belfrowie lubili w niej bywać. Pozostawała Delta albo Nasza. Kiedyś wybrałem Deltę i miałem pecha, bo ledwo usiedliśmy przy stoliku, a tu wchodzi do kawiarni nasz chemik, prof. Szarszaniewicz w towarzystwie jakiejś kobiety. Udawał, że mnie nie widzi, ale przy najbliższej okazji w szkole nie omieszkał zapytać, co tam robiłem i w czyim byłem towarzystwie. Na szczęście dziewczyna siedziała tyłem do niego i nie mógł widzieć jej twarzy. Skłamałem więc, że to była moja ciocia Irka, za złamanie zakazu groziło obniżenie stopnia z zachowania. Profesor znał ciocię, w swoim czasie także uczył ją chemii, podobnie, jak prof. Jazowy – łaciny. Wtajemniczyłem ją zatem w szczegóły afery i poszła na najbliższą wywiadówkę, zamiast mamy. Ciocia Irka umiała kłamać jak z nut, tylko że stary, kresowy lis też o tym wiedział, niby uwierzył, że to ona towarzyszyła mi w Delcie, ale do końca liceum miałem u niego przechlapane. Hrabia, co psy obrabia – docinał mi, kiedy nie radziłem sobie z ćwiczeniami na lekcjach, ale chemika mimo wszystko nie można było nie lubić.

mama-ciociairka-pomaturzeZ chwilą zdania egzaminu dojrzałości cały ten balast ograniczeń przestał nas, młodych ludzi, obowiązywać. Kiedy przyszedłem ze Słowaka na Wesołą, mama usadowiła mnie na fotelu w gabinecie, uroczyście poczęstowała wawelem z ozdobnej, drewnianej papierośnicy i podała mi kieliszek wina. Pamiętam, że był to tokaj aszu. Domyślała się, że od pewnego czasu podpalam papierosy, a na prywatkach, na które wprawdzie rzadko, ale chadzam, pija się nie tylko oranżadę. Było mi wtedy – pamiętam – bardzo niezręcznie z tymi atrybutami dorosłości.

Mama i Ciocia Irka ze świeżo upieczonym maturzystą

Na temat mojej przyszłości w domu nie rozmawialiśmy. Mama niczego mi nie sugerowała, nawet swoją ulubioną metodą między wierszami , chciała, żebym sam podjął decyzję, a ja do końca nie wiedziałem, co chcę robić. Najpierw postanowiłem, że złożę podanie do Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, ale na przeszkodzie stanęły wysokie wymagania w zakresie nauk ścisłych. Później zobaczyłem siebie na scenie zawodowego teatru. Za radą profesora Gurgacza zacząłem przygotowywać na egzamin początek Popiołów Stefana Żeromskiego, Ogary poszły w las… Chciałem też zadeklamować którąś z mickiewiczowskich ballad a na improwizację pokazać np. jak krótkowidz nawleka igłę nitką, ale w międzyczasie pojawił się wątek łapówki dla kogoś ważnego z komisji egzaminacyjnej, bez której podobno trudno było zdać. Z tzw. wiarygodnych źródeł wynikało, że oczekiwana jest suma rzędu 30 tysięcy złotych, takiej kwoty w domu nie było.

Zdjęcie poniżej: Autor w wawelskim grodzie

Na wawelskim wzgórzu...Mama milczkiem zaczęła się więc rozglądać za jakimś ciepłym stołkiem dla mnie w administracji, w której miała kontakty, kiedy ją zaskoczyłem. Za pięć dwunasta złożyłem podanie na studia, na Wydziale Filologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w katedrze slawistyki, zdałem egzaminy wstępne i zostałem studentem I roku. W tamtym czasie Polska dopiero otwierała się na zagranicę, wycieczka nad ciepłe morze w Bułgarii była równie egzotyczna, co dziś na Hawaje. W nagrodę za zdaną maturę mama zafundowała nam obojgu wyjazd do Złotych Piasków i tam poznałem Bubę, piękną dziewczynę z Sofii, w której oczywiście zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ogólnie bowiem byłem chłopię kochliwe. Kiedy więc później pytano mnie, dlaczego postawiłem na bułgarystykę, w sumie mało praktyczny kierunek studiów, zawsze zwalałem na Bubę, argumentując, że miłość jest ślepa. Teraz przyznam się, że wierutnie kłamałem, bo dokonałem tego wyboru jeszcze przed wyjazdem nad Morze Czarne. Nie wyszło mi ze szkołą morską i teatralną, więc postawiłem na miłą mi cyrylicę, którą zaszczepiła mi pani Żurkowa w podstawówce. Najchętniej poszedłbym na rusycystykę, ale tam przypadało piętnastu kandydatów na jedno miejsce, a na slawistyce tylko bodaj siedmiu, wolałem nie ryzykować. Chciałem dostać się na studia w Krakowie. Po pierwsze były one nobilitacją, szansą na wyfrunięcie z Chorzowa, na usamodzielnienie się w mieście, przed którym Śląsk zawsze zdejmował czapkę. Mogła ciocia Irka skończyć swoją akademię rolniczą w Cieszynie-Olsztynie, chciałem i ja pokazać, że nie jestem głupszy. Mama gotowa była to finansować. Alma Mater Jagiellonica obchodziła właśnie 600-lecie istnienia, był to dla mnie wielki splendor.

Katedrą Filologii Słowiańskiej kierował prof. Stanisław Urbańczyk, ceniony językoznawca, bohemista, który przyjął do wiadomości, że zamierzam zostać bułgarystą, ale bardziej mu  pasowałem jako czechista, więc zapisał mnie na swój kierunek. Po roku miałem sam zdecydować, czy będę to kontynuował. Z dzisiejszym rozumem byłbym wdzięczny profesorowi za jego ingerencję w moje plany edukacyjne, bo i dorobek kulturalny nad Wełtawą był bogatszy i miałem większe szanse na pracę po studiach jako bohemista. Uparty, bałkański osioł uległem jednak swoim sentymentom i kiedy po trzecim roku pojechałem po raz pierwszy na praktykę  językową do Sofii i tam spotkałem się z Bubą, bez przeszkód mogliśmy się porozumiewać w jej  języku ojczystym. Niestety blondyni o nordyckiej urodzie mieli na Bałkanach dużo większe notowania u dziewczyn, niż chłopaki takie, jak ja i zawiesiła oko na Ryśku, moim koledze z roku. Doszło do skandalu, z zazdrości poniosły mnie nerwy i publicznie pobiliśmy się z kolegą. Nigdy więcej już nie spotkałem Buby, ale przecież nie przerwałem z tego powodu studiowania języka, który tak naprawdę  w późniejszym życiu do niczego mi się już nie przydał.

Na stancji u Rajpoldów, z Krystianem.Główną zmorą na I roku był scs, język starocerkiewno-słowiański, czasami Krystian Cichowski mi przypomina, jak kułem na głos czytanie starych tekstów. Drugą – zajęcia z historii języka polskiego, które prowadziła bardzo wymagająca prof. Ewa Ostrowska. Zamieszkaliśmy razem z Krystianem na Długiej 18, na stancji u rodziny Rajpoldów, albo Raypoldów, w przejściowym pokoju; Krystian zdał do Wyższej Szkoły Pedagogicznej, na kierunek geografii i miał swoje Himalaje wiedzy do zdobycia, a najmłodszy syn gospodyni był bardzo żywotny i nie dawał łatwo skupić się nam na nauce. Stara, krakowska kamienica nadal stoi, kiedy jestem pod Wawelem, czasem dochodzę tam z Basztowej. Nie ma już tego małego sklepiku przy wejściu, w którym było wszystko czego dusza zapragnie, za to są domofony i krata na stu włamywaczy w drzwiach.

Krystian i autor na stacji u Rajpoldów

Zanim dostałem się na studia, pojechałem do Krakowa zobaczyć Juvenalia, przy okazji składania dokumentów na uczelni. Mówiono później, że było to ostatnie, krakowskie święto żaków w wielkim stylu, w końcu wpisywało się ono w historyczny jubileusz UJ. Zapamiętałem z niego dwa obrazy – karykatury władz uczelni i jej profesorów, niesione przez wesołych przebierańców i model amerykańskiej, kremowej limuzyny, którą z wysiłkiem dźwigała gromada studentów. W środku siedział sam Melchior Wańkowicz, ubrany w jasny garnitur, w kapeluszu z szerokim rondem, towarzyszyła mu elegancka pani, podobno żona. W listopadzie 1963 r. stuknęła mi natomiast osiemnastka. Kiedy przyjechałem do Chorzowa, żeby poświętować z tej okazji, okazało się, że odezwał się także wielki nieobecny, mój ojciec. Przysłał mi ze Szczecina-Dąbia telegram z życzeniami urodzinowymi i był to dla mnie powód do radości. Wtedy postanowiłem napisać do ojca list, żeby się z nim spotkać.

71 lat temu, jutro w Zielonce

Opowieść Mirki o roku 1944 już tu publikowałam – teraz dla przypomnienia krótki fragment, żebyśmy wiedzieli, dlaczego Zielonka?

Mirka

71 lat temu

Zima była mroźna i śnieżna, ale na początku marca śnieg zaczął topnieć i myśleliśmy już o rozpoczęciu prac w ogrodzie, o skopaniu grządek…, ale jak się okazało, grządki skopał… kto inny. Gestapo podjęło się tej pracy, ale nie po to żeby uprawiać ogród, ale po to, żeby odszukać ukryte w nim puszki z różnymi konspiracyjnymi pismami. Ale wybiegam zbytnio do przodu.

Pewnego cichego marcowego wieczoru skromną kolację przerwał nam dzwonek do drzwi, nie żadne walenie kolbami, tylko po prostu dzwonek, a za drzwiami stało kilku panów w cywilu i umundurowanych gestapowców. Spytali o Ojca, ale go nie było w domu, bo od kilku miesięcy nocował u przyjaciół, tak było bezpieczniej. Mundurowi zostali w sieni, do mieszkania weszli cywile. Rewizja ograniczyła się do kuchni, wąchali maszynkę do mięsa, coś bąkali, że handlujemy mięsem, pogadali i wyszli, bardzo to było dziwne. Obie z Mama nie spałyśmy całą noc. Dopiero rano okazało się, że czujki zobaczyły samochód przed domem i zawiadomiły kogo trzeba.

Specjalny odział został postawiony na nogi i kiedy odbywała się rewizja, w lasku dębowym naprzeciwko naszego domu leżeli już chłopcy z bronią pod dowództwem Ojca, z odbezpieczonym pistoletem w ręce. Odbijanie było gotowe do akcji, gdyby nas obie wyprowadzono z domu. Na szczęście nie wyprowadzono nas, ale chłopcy czekali do rana, czy najazd się nie powtórzy. Skóra cierpnie na myśl o tym, ile osób mogło w takiej walce zginąć.

Rozpętała się burza – już natychmiast się pakujcie, jest dla was miejsce w majątku gdzie możecie się schować, ale Ojciec stanowczo odmówił, to się już nie powtórzy, zobaczyli, że nie mieszkam w domu, a o kobiety im nie chodziło.

Cisza trwała tydzień, po tygodniu przyszli nieco wcześniej, Ojciec był w domu. Rewizja była tym razem bardzo szczegółowa. Staliśmy odwróceni twarzami do ściany z podniesionymi do góry rękami. Mama była bliska zemdlenia, nie mogłam nic do niej powiedzieć, bo wrzeszczeli, żeby nie rozmawiać.

Kiedy nas wyprowadzono, okazało się, że przed domem nie ma samochodu, ryzykowali przeprowadzenie nas przez całe osiedle. Widocznie wiedzieli, jak było tydzień temu. Samochody i reszta gestapowców były ukryte w lesie, tam wpakowano nas do budy, w której było pełno gestapowców z bronią gotową do strzału. Siedzieliśmy na ławce ciasno przytuleni do siebie, trzymając się za ręce. Mama siedziała w środku między mną a Ojcem, to jej dodawało otuchy i uspokojenia. Przywieźli nas na Szucha do głównej siedziby Gestapo i zaanonsowali „Szef organizacji na Marki, Zielonkę i Strugę”. Odbierający nas gestapowiec gwizdnął, pomyślał, że złapano dużą rybę.

Redakcja

Jutro

baner-zaproszenie

18 MARCA 2015

9:00               Msza św. w kościele parafialnym Matki Boskiej  Częstochowskiej w Zielonce
10:00               Złożenie kwiatów na grobie rodzinnym Łękawskich w 71 rocznicę rozstrzelania w Ciemnem
10:30               Złożenie kwiatów przed pomnikiem AK w Zielonce
11:00               Otwarte spotkanie Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Zielonce  (sala widowiskowa OKiS)
 * O Wiktorze Ostrowskim – Janina Kowalska „Mirka”, córka; Joanna Gierczyńska, kierownik Muzeum Więzienia Pawiak, Wirginia Węglińska, autorka życiorysu, Joanna Zaniewska-Janusz
* O wystawie „Warszawiacy w Stutthofie” – Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie, Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Inauguracja Zielonkowskich Zeszytów Historycznych – Artur Bieszczad, Redaktor Naczelny
Zeszyt 1: Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski (Lubliner) 1895-1977
Zapowiedź kolejnych osobowości: Łękawscy, Tadeusz Derengowski – Paweł Tadeusz Gajzler, Redaktor prowadzący
12:30               Otwarcie i zwiedzanie wystawy „Warszawiacy w Stutthofie”
(Hall Miejskiego Gimnazjum im. Kardynała Wyszyńskiego)
* Piotr Tarnowski, Dyrektor Muzeum Stutthof w Sztutowie
Wirginia Węglińska, kustosz wystawy
* Sprzedaż książki: Wiktor Ostrowski, Warszawiacy w Stutthofie, wyd.II
13:30               Zwiedzanie wystawy w Muzeum Zielonki

19 – 31 MARCA 2015

10:00-16:00 Zwiedzanie wystawy przez zorganizowane grupy
w uzgodnieniu z Muzeum Zielonki – tel.732 600 137
16:00-20:00 Zwiedzanie wystawy przez rodziny i osoby indywidualne

Patronaty      Burmistrz Miasta Zielonka
Muzeum Stutthof w Sztutowie
Muzeum Więzienia Pawiak

Inicjatorzy     Paweł Tadeusz Gajzler, Joanna Zaniewska-Janusz
członkowie Sekcji Historycznej Towarzystwa Przyjaciół Zielonki
Organizator  Muzeum Zielonki, jednostka samorządu wspierana przez:
* Towarzystwo Przyjaciół Zielonki w ramach „Działań na rzecz pielęgnowania tradycji i kultury” poprzez projekty Archiwum Zielonki i Gościńce Zielonki – turystyka dziedzictwa
* Ośrodek Kultury i Sportu w Zielonce
* Miejskie Gimnazjum w Zielonce

zielonka-zaproszenie

Na pustyniach Australii (3)

Lech Milewski

Daisy Bates. Jesień

Spróbujmy najpierw wyjaśnić sprawę nieoczekiwanych pieniędzy.

Daisy bez zmrużenia oka twierdziła, że to żadne zaskoczenie – po pierwsze bank, który pięć lat wsześniej przechodził kryzys, stanął ponownie na mocniejszym gruncie i zwrócił część depozytu, a po drugie przecież ona w Anglii zarabiała.

Depozyt odzyskany w banku to było bardzo niewiele. Bank zwrócił 1 szylinga za każdego zdeponowanego funta czyli zaledwie 5% niezbyt imponujących oszczędności, a tymczasem Daisy dysponowała teraz tysiącami funtów.
Co do pracy w Anglii to nie znaleziono żadnego potwierdzenia tej opowieści.

Susanne de Vries – źródła 1 – snuje dwie teorie na ten temat.
Pierwsza – Daisy została “call girl” dla dobrego towarzystwa. Przykłady mogła znaleźć wśród znajomych lokatorek Domu Świętego Gabriela.
Druga – Daisy dostała pieniądze od rodziny Ernesta Baglehole. Po pierwsze legitymowała się świadectwem małżeństwa. a zatem miała prawo do udziału w spadku. Po drugie ujawnienie tego małżeństwa kompromitowało rodzinę Baglehole, gdyż Ernest niewątpliwie popełnił bigamię. Po trzecie Daisy mogła zagrać na sentymentach starego pana Baglehole, pokazując mu zdjęcie swego syna Arnolda Hamiltona, teoretycznie wnuka seniora rodu.
Jak było tak było, w każdym razie Daisy wróciła do Australii z pieniędzmi i z doskonałą reputacją.

Dzięki przynależności do klubu Karrakatta Daisy poznała wiele wpływowych osobistości Zachodniej Australii, łącznie z premierem stanu. Na początku stycznia 1900 roku ona i jej mąż zostali zaproszeni do pałacu gubernatora na uroczystości związane z nadchodzącym ogłoszeniem federacji stanów w suwerenne państwo.

Gorzej było z najbliższymi. Jack Bates…
“Boże, co za szok, to stworzenie ze zwisającą dolną wargą, dłonie tak niezgrabne, że nie potrafią utrzymać talerza, umysł tak zaniedbany, że nie potrafi skupić się na wysłuchaniu jednego zdania“.
Arnold Hamilton, już 13-letni, nie był w dużo lepszym stanie. Okazało się, że ojciec wypisał go ze szkoły i zabrał z sobą na wędrówki ze stadami bydła…
“Brudny, zaniedbany, nieucywilizowany…“.
Najwyraźniej postanowili dać swemu małżeństwu jeszcze jedną szansę. Postanowili wybrać sie razem w podróż po bezdrożach Zachodniej Australii. a przy okazji rozejrzeć się za terenami na własne gospodarstwo.
Jack ruszył konno na północ. Daisy miała dogonić go statkiem. Na początek umieściła syna w dobrej katolickiej szkole. co kosztowała ją 1.200 funtów. Następnie znalazła dobrego paryskiego krawca w Perth i zamówiła u niego komplet strojów na wielotygodniową wędrówkę: sześć płaszczy i spódnic z niebieskiej serży, dwa szare kostiumy i jeden czarny oraz balowa suknia z białej tafty.

Z Jackiem spotkała się w miejscowości Cossack i przejechali razem prawie dwa tysiące kilometrów lekką, dobrze resorowaną bryczką ciągnięta przez cztery konie – tak zwanym amerykanem. Wrażenia z podróży opisała w pierwszym opublikowanym w Australii artykule. W trakcie podróży miała okazję spotkać się wielokrotnie z Aborygenami i nawiązała z nimi dobry kontakt. Podczas wizyty w kilku dużych stacjach hodowlanych stwierdziła, że Aborygeni byli w nich traktowani jak członkowie rodziny. Napisała list na ten temat do londyńskiego Times. Niestety jej obserwacja była bardzo przypadkowa i nie zgadzała się z ogólnym stanem rzeczy.

Po powrocie do Perth Jack wrócił do pracy w terenie, Daisy zaś otrzymała bardzo interesującą propozycję. Podczas podróży powrotnej do Australii poznała na statku ojca Fratelli, który opowiedział jej o misji trapistów w miejscowości Beagle Bay i o ich pracy wśród Aborygenów. Teraz okazało się, że biskup M. Gibney wybiera się na wizytację misji i Daisy mogłaby mu towarzyszyć i przy okazji napisać kilka reportaży.
Gdy przyjechali na miejsce, Daisy dostała motykę i została poproszona o pomoc w pracy na plantacjach trzciny cukrowej i bananów oraz przy czyszczeniu studzien.
Miejscowi Aborygeni zaakceptowali ją i nadali jej “skin name” – imię określające jej miejsce w plemieniu, które jednocześnie identyfikowało jej rodzinę, przede wszystkim ojca.
Ciekawe, że również od wyznaczenia plemiennego ojca rozpoczęła się wędrówka Robyn Davidson z nomadami w północnych Indiach – patrz TUTAJ.
Daisy szybko nauczyła się podstawowego słownictwa i mogła się porozumieć z Aborygenami. Jeden z trapistów udzielił jej praktycznej rady, w jaki sposób można najłatwiej zebrać informacje o zwyczajach i tradycjach plemiennych – usiąść na ziemi ze starymi ludźmi, podzielić się z nimi jedzeniem, zająć ich dolegliwościami.
Ta metoda sprawdziła się nadspodziewanie dobrze. Daisy nie tylko uzyskała wiele informacji, ale również zdobyła wśród Aborygenów ogromne zaufanie. Z czasem stała się posiadaczką mobburn stick – magicznego totemu, przed którym Aborygeni czuli wielki respekt. Otrzymała też imię Kabbarli – ktoś w randze babci.

Po powrocie do Perth podczas spotkania z poznanym wcześniej premierem stanu otrzymała kolejną ciekawą propozycję. Do premiera dotarła wiadomość o ginącym aborygeńskim plemieniu Bibbulmun, zaproponował więc Daisy zebranie wszelkich możliwych informacji na temat ich języka i zwyczajów. Bez wahania rozbiła namiot w osadzie aborygeńskiej. Jak zbierać informacje wiedziała z poprzedniej misji.
To była sensacja – samotna biała kobieta mieszkająca wśród czarnych.
Jej działalność musiała być pozytywnie oceniona, gdyż powierzono jej misję zorganizowania w osadzie corroboree – aborygeńskiej ceremonii rytualno-artystycznej, na której gośćmi mieli być następca tronu książę Yorku z małżonką, podróżujący do Melbourne na otwarcie pierwszej sesji australijskiego parlamentu.

Ten dzień, 24 lipca 1901 roku, Daisy zapamiętała do końca życia. Suknia z białej tafty nareszcie we właściwym otoczeniu. Do tego czarny parasol, który jej upadl i został natychmiast elegancko podniesiony przez szlachetnego księcia. Parasolowi Daisy nadała nazwę parasola króla Jerzego i przechowywała go wraz z białą suknią do końca życia.

W międzyczasie Jack załatwił dzierżawę wieczystą terenów pastewnych, Daisy wraz z synem pospieszyli go więc odwiedzić. Po kilku miesiącach Jack skompletował stado około 1000 sztuk bydła, własnego i powierzonego, wynajął kilku kowbojów i razem ruszyli w ponad tysiąckilometrową podróż. Jack oczekiwał, że zarobek pozwoli mu na rozpoczęcie budowy domu.
Daisy jechała konno, na damskim siodle, i wraz z Arnoldem mieli za zadanie zajmować się bydłem, które pozostawało z tyłu.
Przez kilkaset kilometrów wszystko szło dobrze. Niestety natrafili na dość długi odcinek drogi, na którym nie znaleźli żadnej studni. Gdy wreszcie zobaczyli wodę bydło wpadło w szał. Nisko płatni, niedoświadczeni kowboje nie potrafili go opanować, większość stada rozbiegła się.

Niestety przedsięwzięcie okazało się klęską. Jack wrócił do pracy, a Daisy  ponownie ulokowała syna w katolickiej szkole z internatem, sama zaś zamieszkała w Perth.
Z biegiem czasu udało się odszukać trochę zagubionego bydła, ale Daisy straciła serce do idei rodzinnego majątku i domu. Jack przepisał wszystkie dzierżawy na jej imię, była więc właścicielką dużych terenów, ale bez gotówki.

W drugiej połowie 1902 roku Daisy zdecydowała, że będzie się utrzymywać z publikacji artykułów i sprzedaży pocztówek z widokami dzikich terenów Australii.
Jej teksty cieszyły się uznaniem i wkrótce otrzymała zlecenia na artykuły od rządu stanowego i kilku pism. Jednak te dochody z trudem pokrywały koszta jej utrzymania i edukacji Arnolda, zwróciła się więc do rządu z propozycją zorganizowania misji popularyzującej w Anglii migrację da Zachodniej Australii.

Na początek jednak rząd zatrudnił Daisy za opłatą 8 szylingów dziennie, z zadaniem skatalogowania słów i zwrotów języków aborygeńskich.
Daisy spędziła prawie rok w aborygeńskich osiedlach mieszkając w namiocie. Prócz tego rozesłała ankietę do farmerów, policjantów i misjonarzy prosząc o zapisanie napotkanych słów.

Praca pochłaniała ją zupełnie. Oficjalnie i nieoficjalnie deklarowała, że jest wdową.

Jej praca została zauważona przez Australian Geographical Society, które zainteresowało się również wynikami jej badań w zakresie antropologii. Towarzystwo zleciło jej wygłoszenie wykładu na temat aborygeńskich praw regulujących małżeństwa.
W rezultacie została członkiem-korespondentem Anthropological Society of Great Britain i Australian Anthropological Society.
Daisy bardzo autorytatywnie wyrażała opinię, że wymarcie Aborygenów jest nieuniknione. Wysiłki rządu i organizacji charytatywnych są skazane na ostateczne niepowodzenie, w samej rzeczy przedłużaja one tylko cierpienia rasy skazanej na wymarcie.
Jednocześnie była wielką przeciwniczką mieszania ras. Nie wahała się głosić, że the good half-caste is dead half-caste.
Poglądy te zyskały jej przychylność rządu i właścicieli wielkich posiadłości, ale podważyły jej pozycję w świecie naukowców.
Z drugiej strony jej postępowanie przeczyło głoszonym przez nią poglądom. Gdy w osadzie aborygeńskiej, w której prowadziła właśnie badania, wybuchła epidemia odry, Daisy opiekowała się chorymi, gotowała im posiłki, zastępowała lekarzy. Gotowanie owsianki umilała sobie recytowaniem z pamięci wierszy Omara Khayyama w tłumaczeniu Edwarda Fitzgeralda – patrz tutaj – KLIK.

W 1908 roku przekonała premiera, żeby zlecil jej zadanie zbadania struktur społecznych plemion aborygeńskich w północno-wschodnich stronach. Dostała otwarty bilet kolejowy. Zadanie zająło jej 8 miesięcy. Podróżowała pociągiem, korzystała z grzeczności farmerów, sporo wędrowała na piechotę – razem 3000 km, odwiedziła 28 osad.

Po powrocie poprosiła o zlecenie jej przygotowania publikacji kompletnej gramatyki języków Aborygenów Zachodniej Australii – koszt 200 funtów – rok pracy. Gabinet zgodził się, ale pod warunkiem, że wypłata zzostanie rozważona po zakończeniu projektu. Bardzo ją to rozgoryczyło, gdyż w międzyczasie musiała znaleźć czas na pisanie artykułów, aby mieć środki na własne utrzymanie.

Podczas karnawału na przełomie 1909-10 roku otrzymała zlecenie na zorganizowanie kolejnego corroboree z udziałem Aborygenów z dwóch pobliskich osad. Kłopot w tym, że były to walczące ze sobą społeczności.
O sukcesie zadecydowała moc posiadanego przez Daisy totemu.

Według niej drugim filarem jej autorytetu był nieskazitelny wiktoriański strój i dbałość o czystość i porządek.

Inicjatywy Daisy były pewnym kłopotem dla rządu stanowego, z ulgą więc przyjęli wiadomość, że do Australii wybiera się ekspedycja badawcza z Anglii pod wodzą wykładowcy etnologii pana A.R. Radcliffe Browna. Rząd zaproponował Daisy dołączenie do ekspedycji i publikację materiałów w ramach raportu końcowego.

A.R. Radcliffe Brown przyjechał do Australii w październiku 1910 roku i już na początku jego ekspedycja otrzymała dotację 1000 funtów od bogatego hodowcy Sama Mackaya.
To było powodem pierwszej kontrowersji. Daisy uważała, że dotacja jest jej zasługą, gdyż Sam jest jej dobrym znajomym. Radcliffe Brown twierdził, że to jego inauguracyjny wykład zrobił takie piorunujące wrażenie.

Konfrontacja metod pracy i posiadanych materiałów ujawniła dalsze różnice. Brown chętnie korzystał z notatek Daisy, ale krzywił się na jej brak zainteresowania teorią antropologii – jej głowa to koszyk na robótki, w którym igra tuzin kociąt.

Niezbyt długo po rozpoczęciu ekspedycji w osiedlu aborygeńskim, gdzie właśnie przebywali, doszło do zamieszek, wkroczyła policja. Daisy uważała, że należy to przeczekać, ale Radcliffe Brown zdecydował zrezygnować z dalszej wędrówki i przenieść się do kolonii dla wenerycznie chorych, gdzie bezpieczeństwo gwarantowali liczni strażnicy. Daisy musiała się podporządkować.

Był to dla niej stracony czas. Przebywanie w otoczeniu ludzi czekających bezwolnie na śmierć bardzo ją przygnębiało. Jedyne co mogła robić, to dostarczać chorym tytoń i przesyłać ich bamburu – message sticks – pałeczki, na których wycięto rytualne znaki. Radcliffe Brown był za to w swoim żywiole – obserwował reakcje Aborygenów na muzykę z suity Peer Gynt.

W marcu 1911 roku ekspedycja miała kontynuować wędrówkę, ale już w innym składzie. Radcliffe Brown powędrował na Północ, Daisy na Wschód. Odwiedzała osiedla, przynosząc żywność i badając genealogie. Nauczyła się czytać teren – znam każdy kamień, każdy krzak po imieniu i znam jego mistyczną historię. Poznała i nauczyła się jeść wszystkie aborygeńskie potrawy.

Zakończeniem ekspedycji była uroczysta akademia i wykład A.R. Radcliffe Browna. Na koniec wykładu złożył podziękowanie Daisy i kurtuazyjnie poprosił ją o ostatnie słowo…
– Wszystko co tutaj usłyszałam pochodzi z moich notatek, a więc trudno żebym miała coś do dodania.

Po zakończeniu ekspedycji poczuła się wypalona. Nie widziała szansy na otrzymanie stałej rządowej pracy, odeszła ją chęć do pisania artykułów.

Dokończenie za tydzień.

Źródła:
1. Susanna de Vries – Desert Queen.
2. Bob Reece – Daisy Bates – Grand Dame of the Desert.

W harcerstwie podczas wojny (2)

Dalszy ciąg wspomnień Karusi z okresu wojny. Ich publikację rozpoczęłam tydzień temu. Dziś tekst z archiwum, nieopublikowany w relacjach harcerek.
Ciąg dalszy w najbliższy czwartek.

KarusiaKarolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Jak sprzedawałam dzieci

Dom dziecięcy „Piaski” w Konstancinie, prowadzony przez harcerki pod firmą R.G.O., został wysiedlony w końcu lipca 1944 r. Niemcy założyli w tym budynku radiostację. W tym czasie prowadziłam przy owym domu ogród i szklarnię, więc nie pojechałam z naszym domem za Wisłę, ale zostałam, żeby pilnować ogrodu. Z tego pilnowania jednak nic nie wyszło, bo Niemcy obrazili się na nas za to, że wykopałyśmy z ogrodu wczesne ziemniaki. Zrozumieli bystro, że to dlatego, żeby im nie zostawić. Wobec tego, nawrzeszczawszy, że to „eine Schweinerei”, zabronili mi wstępu do ogrodu.

karusia-sprzedawalam-dzieci1Zatem przeniosłam swoją „służbę” do domu małych dzieci w „Anusi”. Kierowniczka tego domu, późniejsza naczelniczka Wiktoria Dewitzowa, przeniosła swoich wychowanków do Zalesia, obawiając się w Konstancinie nalotów. Dom w „Anusi” został pusty, ale została w nim 5 osobowa załoga dla dopilnowania inwentarza i niewielkich zapasów żywności. Już w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. zaczęli przychodzić do Konstancina uchodźcy z południowych dzielnic Warszawy, Czerniakowa, Wierzbna, Służewca. Wśród uchodźców trafiały się pogubione, opuszczone dzieci. Zaczęłyśmy je zbierać do naszej pustej „Anusi” i w ciągu sierpnia nagromadziło się tego drobiazgu ponad 30 osóbek w wieku od trzech do 14 lat. Niektóre błąkały się samotnie, inne przyprowadzili sąsiedzi, lub skierowywał do nas urząd gminny. Ponieważ w naszym gospodarstwie nie miałyśmy wcale nabiału, bardzo niechętnie przyjmowałyśmy dzieci poniżej trzech lat, dla których nie było odpowiedniej żywności. karusia-sprzedawalam-dzieci2Władze gminy upoważniły nas wobec tego do oddawania tych małych dzieci na wychowanie do miejscowych rodzin. Jeżeli było stwierdzone, że Rodzice maleństw zginęli w powstaniu, mieliśmy oddawać dzieci na własność. Z takim właśnie zaleceniem przyniesiono nam z gminy 1,5 rocznego Stasia, bardzo uroczego chłopczyka. Przebył u nas około tygodnia, przyczyniając nie mało kłopotu naszej szczupłej załodze. Jednak rozeszła się wieść, że mamy dzieci „do sprzedania”, bo zgłosiła się do nas para młodych wieśniaków z jednej z okolicznych wiosek, z życzeniem zabrania chłopca. W owym gorącym czasie nie było możliwości sprawdzenia, jak to się robi obecnie, jaką opinię mają przyszli Rodzice, czym się trudnią, jak wygląda ich dom itp. Wystarczyło nam, że małżeństwo wyglądało sympatycznie, a młoda kobieta zwierzała się, że nie może mieć własnych dzieci, choć bardzo tego pragnie. Podpisali nam zatem jakiś mało formalny dokument, że biorą na wychowanie Stasia, zostawili swój adres, a nawet wyrazili gotowość… zapłacenia za dziecko. Ale powiedziałam im, że cena na osierocone niemowlęta nie jest jeszcze ustalona, więc obeszło się bez płacenia. Staś bez protestu dał się zabrać przybranej matce.

Ale na tym nie skończyła się historia „sprzedanego” dziecka.

karusia-sprzedawalam-dzieci3W końcu kwietnia, jeszcze przed ostateczną kapitulacją Niemiec, przyszła do nas rodzona matka Stasia. W powstaniu zginął jej mąż, ona sama była wywieziona do Niemiec, szczęściem do dzielnic wschodnich – więc wnet po zajęciu tych terenów przez armię radziecką, wróciła do kraju. Adres Stasia otrzymała w Czerwonym Krzyżu, bo stale przesyłałyśmy tam nazwiska dostarczanych nam dzieci. Oczywiście dałyśmy jej adres przybranych rodziców Stasia i poszła tam nie zwlekając. Tegoż dnia, późnym wieczorem wróciła do nas zrozpaczona. Adres był fałszywy. We wskazanej wiosce nie było ludzi podpisanych na naszym dokumencie. Nie wiedziałyśmy, czy umyślnie podali fałszywy adres, czy zmienili miejsce zamieszkania. Biedna matka postanowiła jednak szukać dalej. Przypuszczałyśmy, że fakt adoptowania dziecka rozchodzi się w formie plotki po okolicznych wsiach, i że drogą rozmów i zwiadów u gadatliwych wieśniaczek uda się odnaleźć Stasia. Przenocowawszy u nas, matka poszła na poszukiwania synka. Szczęściem udało się jej. W jednej wsi baby „słyszały o adoptowanym dziecku” i wskazały matce nowy adres. Nad wieczorem przyszły do nas już obie „matki” razem ze Stasiem, który przez pół roku bardzo urósł i dobrze wyglądał. Musiałyśmy odbyć istny „Sąd Salomona”, z tą różnicą, że rzeczywista matka była niewątpliwa. Przybrana jednak długo nie chciała ustąpić, bo zdążyła się mocno przywiązać do chłopca. Rozpaczała tak, jakby to jej ukradziono rodzone dziecko. Z trudem udało się wreszcie ją pocieszyć i uspokoić. Byłyśmy wszak mimowolnie sprawcami całej historii, chociaż zawinił tu najwięcej niedokładny wywiad gminy.

Przepisała na komputerze: Maria M.