Gra o tron

graotronV

Wiem, podobno jest feministyczna dyskusja (dyskurs – jak to się dzisiaj nazywa w postmodernistycznej nomenklaturze naukowej) na temat, czy prawdziwa emancypowana kobieta powinna oglądać Grę o tron. Nie wiem, spóźniłam się z oglądaniem o spory szmat czasu – wciąż jeszcze oglądam drugą serię (w prawidłowej nomenklaturze – sezon), a tu właśnie wchodzi na ekrany telewizorów sezon piąty i ostatni – spóźniłam się więc również na dyskurs feministyczny.

Wiem jednak, że od wielu tygodni, w soboty, najpierw szwendamy się z przyjaciółką po mieście, potem zjadamy obiad bezmięsny, bezrybny, bezglutenowy i w ogóle bez, a potem zasiadamy w fotelach, oglądamy po dwa odcinki Gry o tron i jest po prostu pięknie!

“Gra o tron” wraca już 13 kwietnia. Jutro o 3 w nocy!

Nowy sezon nagrodzonego Emmy i Złotymi Globami kultowego serialu HBO Gra o tron pojawi się 13 kwietnia – po raz pierwszy w historii jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Polscy widzowie będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek piątego sezonu Gry o tron w nocy z 12 na 13 kwietnia o godz. 3.00 nad ranem w HBO i HBO GO. Pierwszy odcinek będzie również wyemitowany w poniedziałek, 13 kwietnia o godz. 22.00 w HBO. Dodatkowo ten odcinek będzie odkodowany w serwisie HBO GO.

Se­rial Gra o tron jest ad­ap­ta­cją sagi fan­ta­sy Geo­r­ge’a R.R. Mar­ti­na Pieśń Lodu i Ognia, w któ­rej po­li­ty­ka i seks prze­pla­ta­ją się w pro­wa­dzo­nej przez sie­dem rodów walce o kon­tro­lę nad kró­le­stwa­mi We­ste­ros. W pią­tym se­zo­nie Jon Snow stara się po­go­dzić obo­wiąz­ki w Stra­ży Noc­nej ze służ­bą na rzecz nie­daw­no przy­by­łe­go na dwór Stan­ni­sa Ba­ra­the­ona, który ty­tu­łu­je się pra­wo­wi­tym kró­lem We­ste­ros. W tym samym cza­sie Cer­sei za wszel­ką cenę chce utrzy­mać wła­dzę w Kró­lew­skiej Przy­sta­ni, gdzie za­gro­że­niem dla niej są Ty­rel­lo­wie i re­li­gij­na sekta, któ­rej prze­wo­dzi ta­jem­ni­czy Wiel­ki Wró­bel. Ja­imie wy­ru­sza na se­kret­ną misję. Na­to­miast na dru­gim krań­cu Wą­skie­go Morza Arya szuka sta­re­go przy­ja­cie­la, a zbie­gły Ty­rion znaj­du­je w swoim życiu nowy cel. W Me­ere­en robi się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Da­ene­rys prze­ko­nu­je się, że obro­na mia­sta bę­dzie wy­ma­gać od niej wiel­kie­go po­świę­ce­nia.

Reblog: Barbie just different

Emerald Pellot

What a doll

When I was a kid, I had a pile of dolls, and I loved each and every one of them. I gave each of them names, biographies, and stories.

I’d even make them tiny meals! We went on adventures together. I was devastated if I lost one. I was heartbroken when one broke. Each of them was a very real friend to me as a kid.

Yet, for whatever reason, my mom insisted that I shouldn’t play with Barbie dolls, no matter how cool her dollhouse was. I didn’t quite understand why until I was older.

Dolls have always garnered much controversy. Their curvy, idealized bodies, overt makeup, and even skin tone can greatly affect the way young girls perceive themselves.

With such high expectations projected onto our daughters, how are they supposed to feel when they look in the mirror?

If dolls represent “pretty” but don’t represent or resemble the girls who play with them, what are they to believe about themselves?

Moms around the world often struggle with this predicament. They want their daughters to have awesome toys, but they certainly don’t want them to have self-esteem issues.

How do you provide a little girl with this traditional and sentimental gift without the potential of harming her sense of self?

The solution is difficult, but one mom is figuring out how to navigate the world of hyper-sexualized dolls and imagery.

barbienew

O długowieczności…

Ewa Maria Slaska

Sto lat z kotami…

Pamięci Wujka Mietka

Był rok 1988. Poszłam z synem do Martin Gropius Bau na wystawę Stationen der Moderne. Die bedeutendsten Kunstausstellungen des 20. Jahrhunderts in Deutschland. Niedawno przyjechaliśmy z Polski i dla niego, wówczas ucznia podstawówki, ta wystawa była pierwszym zetknięciem z wielkimi nazwiskami nowoczesnej sztuki światowej. A i ja, mimo że coś już w życiu widziałam, z zachwytem krążyłam pomiędzy Calderem, Maxem Ernstem i Georgią O’Keeffe. Ale mały człowiek, jak to mały człowiek, zauważa inne rzeczy niż widzą dorośli, sowę na drzewie w parku, słonia na ulicy w Berlinie. Na wystawie okazało się, że malarze długo żyją. Popatrzyłam zdziwiona i powiedziałam – archeolodzy długo żyją. Nieprawda, malarze, odparł mały człowiek i zapowadził mnie przed obraz Georgii O’Keeffe. Urodziła się w roku 1887, czyli wtedy, gdy moja Prababcia kończyła właśnie szkołę, zmarła przed dwoma laty, w roku 1986 czyli z naszego ówczesnego punktu widzenia teraz. Malarze długo żyją. Krążymy po wystawie i sprawdzamy. Emil Nolde, 89 lat, Erich Heckel, 87 lat, Henri Matisse, 85 lat, Joan Miro, 90 lat, Marcel Duchamp, młodzik, 81 lat, Pablo Picasso, 92 lata. Salvador Dali, 85 lat. W XXI wieku ludzie po osiemdziesiątce nie są już taką rzadkością, ale jeszcze te 30 lat temu malarz, który dożył tego wieku, był (tak się nam wydawało) zgrzybiałym starcem.

Ale setka to nadal dużo, a nawet bardzo dużo. W literaturze niemieckiej wieku Matuzalema dożył Ernst Jünger. Urodził się w roku 1895, wtedy co mój Dziadek, zmarł w roku 1997, gdy mój syn już studiował. Pamiętam, że gdy skończył sto lat, niemiecka firma energetyczna zwolniła go z opłat za prąd. Był do końca sprawny intelektualnie, podróżował, pisał. W roku 1986 pojechał do Kuala Lumpur, by – po raz drugi w życiu – zobaczyć kometę Halleya. Georgia O’Keeffe miała ponad 80 lat, gdy wyruszyła w pierwszą swoją podróż dookoła świata i zmieniła styl malowania. Maryna Over zwróciła mi uwagę na kolejnego stulatka: Will Barnet urodził się w roku 1911, zmarł trzy lata temu w wieku 101 lat. Malarz i grafik, wykładowca, przedstawiał w swym wykreowanym świecie siebie, swoją żonę, córkę i ich zwierzęta. Koty! Ale też ptaki i psy. Krytycy twierdzą, że mimo tych absolutnie codziennych biograficznych odniesień Barnet był artystą, który pozwalał nam doświadczyć tego, co uniwersalne, w tym co prywatne. Nie wiem, za mało o nim wiem, ale jeśli uniwersalne jest też “moje”, Barnet był na pewno “moim uniwersalistą”.

Will Barnet2razem Will Barnet2

PS. I jeszcze ciekawostka – w ubiegłym roku Sotheby sprzedał White flower, obraz Georgii O’Keeffe, za 44 miliony dolarów, co uczyniło ją najdrożej “sprzedaną” malarką na świecie.

W harcerstwie po wojnie bolszewickiej

Z jakiegoś względu Karusia dołączyła do wspomnień z okresu II wojny światowej jeden tekst o tym, co jako harcerka robiła w Warszawie w roku 1920, zaraz po zakończeniu wojny bolszewickiej. Tekst zatytułowany jest Chmielna 26. Warto mieć na uwadze, że Karusia urodziła się w roku 1899  i gdy zajmowała się rozhulaną gromadką chłopaków na Chmielnej – miała lat 21.

I – jak to życie dziwne przypadki zarządza – pod tym samym adresem w kilka lat później brat Karusi, Stefan Lubliner, dziennikarz, prowadził agencję wycinków prasowych, WIP – Warszawską Informację Prasową. Zbierał informacje z gazet zagranicznych, tłumaczył, przepisywał i rozsyłał je do redakcji i urzędów w Warszawie, w tym do Sejmu i MSZ, a także rozsyłał przetłumaczone wiadomości z Polski do korespondentów zagranicznych. Zatrudniał około 10 osób, głównie tłumaczy i maszynistki. Tyle że Karusia zajmowała się chłopakami w oficynie, a Stefan prowadził biuro od frontu.

W sieci znajduje się informacja, że WIP wydawał Sprawy Polityczne i Wiadomości Ukraińskie, opublikował też komunikat specjalny, poświęcony życiu wszystkich stronnictw politycznych w Polsce w latach 1918-1939.

Karolina Lubliner-Mianowska (Karusia)

Karusia16-Chmielna-1-mala Karusia17-Chmielna-2-mala

***

Karusia zajmowała się chłopakami na Chmielnej przez kilka miesięcy, ale jej tekst przypomniał osobę wujecznego Dziadka Stefana i jego biura w domu, którego nie ma, a które mieściło się tam przez lat wiele, może nawet 20. Chmielna, kiedyś ulica w połowie żydowska, pełna małych sklepików, a w połowie elegancka, a potem najsłynniejszy w PRL-u deptak handlowy, przestała istnieć. Na miejscu kamienicy numer 26 mieści się nowy budynek autorstwa Lucjana Rosa. W sieci Chmielna wymieniana jest jako jedna z najdroższych ulic w Polsce, ale jednocześnie miłośnicy Warszawy się skarżą, że ulica jest martwa, nieciekawa, zaniedbana i wszystko tu podupada. Wpisy z tekstami Karusi zakończę więc zupełnie anachronicznym akcentem:

Ballada o Chmielnej

słowa Agnieszka Osiecka, śpiewa Alina Janowska

Ach, co to była za ulica…
Panie, to jeszcze jest ulica.
Niech pan się przejdzie raz po Chmielnej
wieczorem przy świetle księżyca.

Panie, w tej bramie – trzecia z lewej –
koło gnojówki stał cadillac.
Ten facet, co go miał, to świnia,
powinien za to dawno siedzieć,
ale nie będzie siedzieć, panie
pan wie, z kim on dziś jadł śniadanie?

Pan słyszał – Chmielnej ma już nie być,
Chmielnej ma nie być już.

W górę rzeki (20)

Zbigniew Milewicz

Przychodzimy, odchodzimy…

Piosenką o takim tytule kończyli zwykle swój występ artyści Piotra Skrzyneckiego, z krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, w moich dawnych, studenckich czasach. Dźwięczała mi w uszach przy pisaniu tego odcinka, więc pożyczyłem sobie jej słowa, bo pasują do tekstu. Prąd rzeki zniósł mnie już na rozlewiska w pobliżu ujścia i pora będzie pomału kończyć opowieść, ale wcześniej chciałbym jeszcze – przynajmniej szkicowo – wspomnieć o kilku ważnych wydarzeniach, które wywarły wpływ na moje dalsze życie.

Dziadek Erwin odszedł w wieku 77 lat, babcia Jadzia przeżyła go o 6 lat. W ostatnim okresie życia złagodniała, stała się bardziej wyrozumiała dla otoczenia. Po wylewie nie umiała się już poruszać bez laski, jednak umysłowo nadal była sprawna. Niektórzy w to powątpiewali, bo nagle stała się bardzo hojna, swoim ulubieńcom w rodzinie zaczęła rozdawać różne precjoza, które nagromadziła w ciągu swojego życia, kto jej mógł tego zabronić. Mieszkały z Irką przy ulicy Marchlewskiego w Tychach, niedaleko mojej mamy. Ich M-3 wymagało różnych, technicznych przeróbek, którymi zajmował się między innymi najmłodszy brat dziadka, wujek Feliks. Kiedy czas mi na to pozwalał, starałem się mu pomagać. Niewysoki mężczyzna o krzaczastych brwiach, szopie posiwiałych włosów i bulwiastym nosie, szybko zorientował się, że synek nie mo grajfki do techniki i zamiast przeszkadzać mu przy robocie, byłem za zaopatrzeniowca. Ze sklepu piwo mu przynosiłem, albo jakieś brakujące narzędzia, śrubki i nakrętki z piwnicy, jeszcze dziadkowe. Do pomocy przy sprzątaniu mieszkania przyjeżdżała, jak dawniej, ciocia Gryjta z ulicy Polnej w Chorzowie, już zupełnie zgarbiona i pomarszczona, ale nadal zadziwiająco żwawa i religijna starowinka. Na ciocię Irkę przy domowych zajęciach już nie można było liczyć. Kierowała teraz jednym z działów w Tyskiej Fabryce Serów i kiedy przychodziła z pracy, cały czas poświęcała czytaniu tych swoich romansów. Miała za sobą jeden nieudany związek małżeński, tam gdzie mogła zrobić dobrą partię coś poszło wspak, więc stała się zgorzkniała i jeszcze bardziej opryskliwa w obejściu.

Kasia z AniaKasia z Anią

Babcia doczekała się mojego ożenku z Kasią, który przypadł na początek 1974 roku. Wcześniej wydreptałem u gospodarza Śląska, generała Jerzego Ziętka, spółdzielcze M-3 w Tychach i tam uwiliśmy sobie małżeńskie gniazdko. Oczywiście ożeniłem się z miłości, inaczej być nie mogło i na Mikołaja dostałem piękny prezent, córeczkę, której daliśmy na imię Anna Maria. Trzy lata chodziliśmy z Kasią przed ślubem, zjedliśmy razem małą beczułkę soli, ale nie potrafiliśmy później ułożyć sobie wspólnego życia; formalny związek trwał bardzo krótko, zaledwie około roku. Babcia, pamiętam, była jedyną osobą z kręgu moich najbliższych, która namawiała mnie do cierpliwości i wycofania pozwu rozwodowego. Tej wytrwałości, jak w dawnych latach przy domowym pianinie, niestety mi zabrakło. Nie starczyło też wiedzy i doświadczenia w poskramianiu złośnic, niewątpliwie jednej z trudniejszych sztuk życiowych…

W kopalni Siemianowice- reportazPan reporter w pracy. W kopalni Siemianowice “na reportażu”

Pracowałem wtedy już w redakcji Dziennika Zachodniego w Katowicach, jako szpunciarz w kronice miejskiej i reporter sądowy. Było to zdecydowanie lepsze zajęcie od grzania stołka w państwowej administracji i organizowania widowni w teatrze Wyspiańskiego, którym poświęciłem po studiach pierwsze dwa lata życia zawodowego. Dziennikarstwo dawało mi satysfakcję, chciałem się tu doskonalić i rozwijać, ale jest to temat na inną okazję. Podobnie jak moje drugie małżeństwo, z Mirą, którą poznałem kilka lat po rozwodzie z Kasią. Wytrzymało długo, dwie dekady, z tego związku mam dwóch dzielnych synów.

Niedługo po naszym ślubie, latem 1982 roku, po raz pierwszy odezwał się Zdzich, mój starszy brat po mieczu. Zadzwonił do mamy Niny z uzdrowiska w Wiśle, w Beskidzie Śląskim, gdzie przebywał z żoną Terenią i dziećmi na wczasach. Powiedział, że wie od cioci Marii, ile mamie zawdzięcza, więc postanowił ją odnaleźć, spotkać się i podziękować. Miał szczęście, po rozwodzie ze Stefanem, moim ojczymem, mama wróciła do pierwszego, ślubnego nazwiska, dalej mieszkaliśmy na Śląsku i w domu na Dębowej był telefon, a co za tym idzie – adres w książce telefonicznej, którą wertował w domu wczasowym. Pojechaliśmy do Wisły w czwórkę – moja mama Nina, Irka, Mirka i ja. Plus czworonóg cioci, Filip. Kilkumiesięczny synek został pod opieką mojej kochanej teściowej – to wcale nie żart – mamy Meli z zagłębiowskiego Modrzejowa. Zdzich czekał na nas na peronie, razem z żoną i synami, 11-letnim Krzysiem i 5-letnim Sławkiem. Dziwne było przywitać się na niedźwiedzia z ludźmi, których widzisz pierwszy raz na oczy, ale lody szybko stopniały. Przyjechali w Beskidy z Gryfina, pod Szczecinem. Mój brat miał tam mieszkanie zakładowe z elektrowni Dolna Odra, gdzie pracował jako starszy mistrz. Z okazji naszego spotkania Zdzich z Terenią wydali miłe, skromne przyjęcie w kawiarni domu wczasowego, które zapoczątkowało serię następnych spotkań.

Na dworcu w Wisle mama Nina ze Zdzichem i ZbychemMama Nina ze Zdzichem i Zbychem na dworcu w Wiśle

Po zakończeniu turnusu przyjechali do Tychów, gdzie z kolei my staraliśmy się ich ugościć po staropolsku. Później mama została zaproszona do Gryfina, wtedy spotkała się także z ciocią Marią, która mieszkała na szczecińskiej starówce i z Celiną, drugą żoną naszego ojca, na Dunikowskiego. Wróciła do Tychów zmęczona, ale cieszyła się, że odbyła tę podróż. Po niej my z Mirą pojechaliśmy na Północ, gościliśmy u Zdzicha i Tereni i poznaliśmy pozostałych braci: Mariusza, Ryszarda i Edwarda, ich bliskich oraz przyjaciół i wszędzie były to progi nadzwyczaj gościnne. Wszyscy bracia mieli konkretne, techniczne zawody i poza najmłodszym Edwardem, także już swoje rodziny. W międzyczasie odbyły się chrzciny mojego syna i Zdzich został ojcem chrzestnym.

Od lewejMariuszEdwardZdzich-Ja- Ryszard-SlawekOd lewej Mariusz, Edward, Zdzich, Zbych, Ryszard – mały na dole to Sławek

Tamten bogaty dla mnie w wydarzenia 1982 rok poprzedziła inna, pamiętna data, wprowadzenie stanu wojennego w Polsce. Wszystkie publiczne media zostały zawieszone, a ich pracownicy otrzymali okolicznościowe urlopy, aż do odwołania. Po ciekawej, kilkumiesięcznej próbie sił w Rozgłośni Polskiego Radia na Ligonia, pisałem wtedy w katowickiej popołudniówce, redakcji Wieczoru . Kiedy nadeszła weryfikacja dziennikarskich kadr, z politycznych powodów znalazłem się za burtą (Alles ist eine Reise), czyli znów pogruchotało mi trochę kości. Dziadek Erwin, w poprzednim wpisie, sierdził się na komunę nie bez powodu.

Mój ojciec nie mieszkał już wtedy w Dąbiu. W latach 70 drugi związek małżeński rozsypał mu się, jak i pierwszy, Szczecin mu obrzydł, i tata wyjechał do Wrocławia. Tam zatrudnił się jako kierowca w pewnym przedsiębiorstwie budowlanym i zamieszkał w hotelu robotniczym, w dzielnicy Psie Pole. Na ojcowiźnie, na Goleniowskiej, urządził się syn Mariusz z rodziną, a kiedy pod koniec lat 80 wyjechali do Niemiec, włości przejął Ryszard, kiedy rozstał się z żoną Danką. Dotąd mieszkali z córeczką Olą u teściowej, na pobliskiej ulicy Nysy. Na początku lipca 1983 r. dostałem od braci wiadomość, że zmarł nasz ojciec. Pojechaliśmy do Wrocławia załatwić niezbędne formalności i pochowaliśmy go na cmentarzu w Osobowicach.

ojciec-tereniaZdzichKrzysJedno z ostatnich zdjęć ojca – po lewej Terenia, po prawej Zdzich i Krzyś

Rzeczy, które zostawił po sobie na Psim Polu, z łatwością zmieściliśmy w naszych podręcznych bagażach. Siemistrunnaja gitara przypadła w udziale Mariuszowi, albo Ryszardowi, już nie pamiętam dokładnie, któremu z nich, ja powiedziałem, że chcę dostać jego ciepłą, zieloną kurtkę z wojskowymi pagonami, i była moja. Nosiłem ją później aż do zdarcia, najwyraźniej mieliśmy z ojcem podobny gust jeżeli chodzi o ubiór. Tylko on bardziej niż ja dbał o swój wygląd. Na Goleniowskiej miał w odrzwiach zamontowany drążek, na którym regularnie ćwiczył i kiedy na mnie patrzył, pytał rzeczowo: Zbyszku, a po co ci ten śmietnik? Znaczy brzuch, choć mnie się wtedy wydawało, że w ogóle go nie mam. Ojciec stronił od kościoła, a jednak wśród przedmiotów, które zostawił po sobie, znalazłem obrazek Chrystusa Zmartwychwstałego, taki, jaki dostaje się od księdza po kolędzie. Pamiętam, że mocno mnie on zaskoczył i wzruszył. Położyłem go ojcu na piersi, zanim zamknięto wieko trumny.

***
Przypis od Redakcji. Autor pisze w tekście „do Tychów”, co wstrząsnęło duszą redaktorki, aliści… Proszę poczytać

Rozmyślania poety o nauce

Jan Kozłowski

Pięknisie, pracusie i palaczki (czyli trzy grupy zawodowe
w pewnej instytucji naukowej)

Ach pięknisie,
Ach pięknisie,
Co noc któraś
Komuś śni się!…

Szczypczykami
Biorą ptysia,
Aby ptyś nie
Zbrudził pysia.

Uśmiech z serca –
Równym sobie,
Ten na pokaz –
Mnie i Tobie.
……………………….
Żyją stale
W ambarasie
W strachu, w stresie
W niedoczasie.

Ślepe na to,
Co jest wokół,
Bo co ważne,
To protokół.

Zawsze w normie.
Zawsze w ramach.
To pracusi
Cichy dramat.
………………………
Dym się wije,
Dym się skręca,
Dym palaczkę
Wciąż okręca.

Dym palaczka
Ciągle chłonie,
Chłoną uszy,
Chłoną dłonie,

Chłonie suknia,
Beret, sweter,
Szalik, mufka
I pies seter.

Tamże

Cztery wilki
Idą miedzą.
Tu gęś zjedzą,
Tam gęś zjedzą.

Nie pogardzą
Kuropatwą,
Byle żywą,
Nigdy martwą.

Taka była
Wola Boża,
Że dotarły
Do Wolborza.

Już-już miały
Schrupać wójta,
Gdy niewiasta
Krzyknie: „Stójta!

Wara wilkom
Od Wolborza,
Jakem Kasia,
Dziewka Hoża!

Innowacją
I rozwojem,
Ja z wilkami
Toczę boje!”
Nie minęła
Chwila czasu,
Cztery wilki,
Czmych do lasu!

Wpis świąteczny. Wiosna i jeszcze raz sady Pradziadka

Leon Wyczółkowski, Wiosna w Gościeradzu (1933)

Tak wyglądała wiosna w Gościeradzu nieopodal Bydgoszczy. Pokój w dworku, jaki w roku 1922 ofiarowało artyście Muzeum Poznańskie w podziękowaniu za hojny dar złożony z orientalnych obrazów, porcelany, mebli, kilimów i rzeźb. Artysta, wówczas już w podeszłym wieku, (urodził się 11 kwietnia 1852, zm. 27 grudnia 1936 w Warszawie) oddał Muzeum zbiory swojego życia. Nie jest to pierwszy raz w tym blogu, że szukając inspiracji do wpisu trafię na coś, co wiąże się ze zdarzeniami aktualnymi. Wybrałam ten obraz Wyczółkowskiego (mój ulubiony!) jako wstęp do świątecznego wpisu Andrzeja Rejmana, po raz drugi i zapewne nie ostatni, o sadach jego pradziadka. Wybrałam go, bo jest lekki, wiosenny, szczęśliwy – świąteczny.  Okazało się, że obraz wplątał się po kilkakroć w dziesiejszą rzeczywistość, tę z wpisu i tę w realu. Za kilka dni googlowska czyli 163 rocznica urodzin artysty, który był niemal rówieśnikiem Adama Hrebnickiego (1857-1941), a za niespełna dwa tygodnie w Poznaniu wystawa donacyjna Stanisława K. Kubickiego, o czym będzie jeszcze tu znacznie więcej. A poza tym po prostu wiosna. Kwitnące drzewa jabłoni i grusz…

20_A_Hrebnicki_with_his_fruitsTo oczywiście późne lato lub nawet jesień, a nie wiosna, ale trudno o lepsze zdjęcie pokazujące sens życia Adama Hrebnickiego – sady, owoce, praca niestrudzonego popularyzatora wiedzy… Biurko pełne papierów i owoców. Ideał szczęścia.

Przez lata przyjaźniłam się z ludźmi, którzy mieli sad, wiosną chodziłam jak księżniczka z bajki pomiędzy kwitnącymi drzewami, jesienią cały dom pachniał owocami, latem na rozklekotanym stoliku ustawionym pod drzewami pisałam matryce do podziemnej gazetki Unimoru.

Andrzej Rejman

Sady pradziadka po raz drugi

Byliśmy wielokrotnie na Litwie, gdzie Adam Hrebnicki założył piękny 24 hektarowy sad, i nazwał go Rajem. Nawet planuję zrobić wystawę fotograficzną – Adam z Raju:-)

Tam jest jego muzeum – i pomnik z nazwiskiem Adomas Hrebnickis
http://www.muziejai.lt/ignalina/hrebnickio_muziejus.en.htm

Adam Hrebnicki był Polakiem, ale można śmiało stwierdzić, że był uczonym międzynarodowym, – w rosyjskich źródłach
występuje jako Гребницкий (Докторович) Адам Станиславович, a jego biografia zasadniczo jest bez podania narodowości –
http://sadisibiri.ru/grebnickijAS.html

W źródłach litewskich pradziadek występuje jako Adomas Hrebnickis, co jest ciekawym przyczynkiem do ewentualnych dyskusji na temat imion i nazw własnych w różnych językach różnie brzmiących.

Wielkanoc-AtlasPlodowOstatnio odkryłem, że w jednej z miejscowości w Rosji – wieś Popówka, (Popovka) rejon Koroczański w obwodzie
Orenburskim (Rosja, centralny okreg federalny) – jest ciekawe Muzeum Jabłka, gdzie jednym z eksponatów jest Atlas Owoców Hrebnickiego.

Atlas ten znajduje się też w bibliotece Instytutu Sadownictwa w
Skierniewicach i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Jego nazwa rosyjska to Atlas Plodov – i mam go nawet w pdfie – jest on olbrzymi, ma piękne kolorowe rysunki owoców. Egzemplarz znajduje się m.in. w Bibliotece Narodowej w Warszawie, bywa czasem w antykwariatach w Rosji, gdzie potrafi kosztować ok 250 tysięcy rubli:-) (ok 3 tys. euro)
http://www.rusbibliophile.ru/Book/Atlas_plodov:_100_tablic_

Wielkanoc_Hrebnicki_oryginal_atlasu_1To rękopis jednej ze stron Atlasu

W Polsce Hrebnicki znany jest doskonale przez sadowników,
specjalistów, – a z okazji sesji naukowej poświęconej Hrebnickiemu w 2007 roku która odbyła się w Babtai koło Kowna – dworek-muzeum Hrebnickiego odwiedzili naukowcy z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach, z ówczesnym wicedyrektorem Instytutu – profesorem Żurawiczem.

Sam Hrebnicki był w Warszawie w 1934 roku, gdzie przewodniczył sesji naukowej Towarzystwa Ogrodniczego Warszawskiego.

Towarzystow_Ogrodnicze_Warszawskie_Adam_HrebnickiRosjanie mówią, że był to wybitny uczony rosyjski, Litwini że litewski, a Polacy nie bardzo znają go, chociaż wśród fachowców jest znany i ceniony. A w archiwach pod Kownem, gdzie byliśmy w zeszłym miesiącu, są jego piękne dzienniki, obserwacje i zapiski, pisane oczywiście po polsku. Przecież była to do 1939 roku Polska – gmina Dukszty, powiat święciański.

Trzeba zaznaczyć że Hrebnicki działał na przekór wojnom, granicom, systemom politycznym w myśl zasady że nauka łączy a nie dzieli, i jest dla dobra całej ludzkości. Tak też postępował jego syn, Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, wybitny polski geolog i kartograf.

***

A na zakończenie dzisiejszego wpisu jeszcze dwa zdjęcia rodzinne, z Petersburga w roku 1910.

Zmęczona rodzina przy zastawionym stole i młode pokolenie muzykuje. Ten zastawiony stół towarzyszył nam wczoraj, a i dziś na pewno znowu do niego zasiądziemy. Ale zapewne nie wszyscy z nas, pomiędzy kolejnymi odsłonami tradycyjnej kuchni świątecznej, siądą i do instrumentów. Mówię, bom smutny i sam pełen winy. Też nie gram na żadnym instrumencie. Szkoda, szkoda…

Wielkanoc_Hrebnicki_family_in_Petersburg_ca._1910Wielkanoc_Zygmunt_Alina_and_Maria_Hrebnicki_Petersburg_ca_1910

Wykłady profesora Dąbrowskiego o wyższości…

Dawno nie widziany profesor, tym razem nie tyle może o wyższości co o starszeństwie pogaństwa…

Redakcja przyłącza się do życzeń!

Ryszard Dąbrowski

Z okazji święta wiosny, nazywanego eufemistycznie świętem wielkanocnym, składamy Wam serdeczne życzenia: dużo zdrowia, słońca, pomyślności oraz pogody ducha.

P.S. A teraz na poważnie i bez żartów jak poprzednimi laty.

SAMSUNG CAMERA PICTURESŚwięto wiosny, wraz z zimowym i letnim zrównaniem dnia z nocą, było najważniejszym świętem w religiach „pogańskich”, czytaj w: animizmie, kulcie płodności, szamanizmie oraz megalityzmie.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono, a część przyswojono, przejęto i zaadaptowano. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

1. Początek wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność po zimowej przerwie, zawłaszczono i przemianowano na „Wielkanoc”.

Jako przeciwwagę do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 roku, wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

SAMSUNG CAMERA PICTURES2. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dnie się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem urodzili się prawie wszyscy bogowie licznych religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu „Boże Narodzenie”, święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się w zupełnie innym dniu. Miało to być przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult jego traktowany był przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych w Imperium Rzymskim.

Niezwyciężony Bóg Słońca Mitra „Sol Invictus”, wszystkowidzący i wszystkowiedzący, panował nad światem i prawdą oraz sądził umarłych zapewniając im wieczne „życie” (!). Jego urodziny przez dziewicę (!) w ubogiej grocie (!) przypadały na dzień zimowego przesilenia w grudniu. Czczony w Persji od XIV oraz w Indiach od XII wieku przed narodzeniem Chrystusa. W Cesarstwie Rzymskim bóg ten, nazywany również Mithras, czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tą wyparło chrześcijaństwo.

3. Przesilenie letnie, kiedy wydłużają się noce, kościół katolicki zawłaszczył dopiero w XIII wieku i przemienił na „Boże Ciało”. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (schizofrenicznych halucynacji?) belgijskiej zakonnicy Julianny (1193 – 1258).

SAMSUNG CAMERA PICTURES4. Od 1956 roku, po „zadekretowaniu” przez papieża Piusa XII dnia „1 maja” „Świętem św. Józefa Rzemieślnika” (ojczyma Jezusa), kościół katolicki usiłuje, jak do tej pory, bez powodzenia, zawładnąć tym „świętym” świętem robotników.

„1 Maja” ustanowiono 14 lipca 1889 roku w Paryżu, podczas zjazdzu założycielskiego II Międzynarodówki, jako dzień upamiętniający strajki i demonstracje w maju 1886 roku w Chicago. Wówczas podczas strajków o skrócenie dnia pracy z 12 do 8 godzin doszło do starć z policją, podczas których zginęło kilkudziesięciu robotników oraz siedmiu policjantów. Policjanci ci zmarli na skutek obrażeń odniesionych podczas eksplozji bomby rzuconej, jak dzisiaj wiemy, przez tajnego prowokatora. Ośmiu anarchosyndykalistów, przywódców strajku, skazano na kary śmierci. Wyrok wykonano na czterech skazańcach, jeden popełnił samobójstwo, a trzech ułaskawiono po 6 latach więzienia. W 1890 roku, w dniu 1 Maja zorganizowano, po raz pierwszy masowe strajki i demonstracje na całym świecie, w tym również i na terenach ziem polskich pod zaborami.

Ale kto to wie i pamięta poza starymi dziadkami Mrozem i Mikołajem.

***

Te rysunki (ilustracje) namalowałem „własnymi rencami”. Są to symbole z okresu megalitycznego. Ponieważ pisma wtedy nie używano, albo nic nam na ten temat nie wiadomo, nie zachowały się żadne źródła pisane, co to zacz, liczni naukowcy droga dedukcji i porównań odczytują te symbole w następujący sposób:

– malunek nr 1: spirala, symbol ludzkiego życia,

– malunek nr 2: okrąg podzielony na cztery części, okrąg jest symbolem słońca, te cztery części to pory roku; tutaj dodałbym jeszcze od siebie moje dodatkowe, subiektywne i intuicyjne rozumienie tego symbolu: cztery strony świata oraz cztery światy – nadziemny, ziemny, podziemny i może nasz własny w nas samych, osobisty(?);

– malunek nr 3: statek transportujący słońce ze wschodu na zachód (dzień) i przez cztery pory roku;
moja subiektywna i osobista interpretacja tego symbolu, to także transport duszy ludzkiej po śmierci w zaświaty; właśnie do obowiązków szamanów należało dokonanie tej czynności – szaman towarzysząc duszy zmarłego członka społeczności musiał bardzo uważać, aby tam w tym podziemnym świecie, zamieszkanym przez dusze nie pozostać i wrócić z tej podroży.

Te moje prywatne interpretacje są sterowane genami i wynikają z resztek nadprzyrodzonej wiedzy odziedziczonej po mojej prababci szamance.

Die kleine große Welt (6)

An den Anfang seines Romans Wem die Stunde schlägt stellte Ernest Hemingway ein Zitat des englischen Dichters John Donne, Ausschnitte des geistlichen Gedichtes Meditation Nr. 17 als Motto:

No Man is an Island, entire of itself; every man is a piece of the continent, a part of the main; […] and therefore never send to know for whom the bell tolls; it tolls for thee.

Kein Mensch ist eine Insel, in sich selbst vollständig; jeder Mensch ist ein Stück des Kontinentes, ein Teil des Festlands; […] und darum verlange nie zu wissen, wem die [Toten-]Glocke schlägt; sie schlägt dir.

Monika Wrzosek-Müller

Bretagne

Nirgendwo schien ihr die Welt so harmonisch, vollkommen, rund, mit anderen verbunden, wie in der Bretagne. Waren das die alten Häuschen, die kleinen Kirchen mit ihren Calvaires, die Bars, wo die Einheimischen und besonders die Fischer ein Gläschen Wein schon morgens tranken, oder ging das auf die berauschende Natur zurück mit breiten, unendlichen Stränden und den Gezeiten, mit wechselnden Wolkengebilden am Himmel, mit Sturm, Regen, Sonne, Wind in einer enormen Intensität und dann gab´s da auch noch das Mirakel des Ozeans mit all dem Wasser, malbewegt, mal ruhig, unendlich weit bis hinter den Horizont, unfassbar lebendig und riesig, oft auch bedrohlich. Zwar lebte hier jeder für sich allein, doch irgendwie fühlte es sich an wie ein Puzzle, alles ein Teil vom Ganzen. Die Landschaft rundherum bildete oft ein Gemälde: die kleinen Häfen, die Fischkutter, die Jachten, die Boote, kleine Hügel, große Felder, Apfelbäume bewachsen mit Efeu und Misteln, die Hecken aus Hortensienbüschen in wunderbaren Farbtönen, manchmal Felsen und steile Klippen, Leuchttürme und die Leute mit ihren dunkelblauen Jacken, Pullovern, Mänteln und Mützen überhaupt die Farben; alles passte ins Bild.

Sie gingen stundenlang am Strand entlang, manchmal war das Meer weit, weit weg, dann stieg es wieder hoch, und man lief am Wasser entlang, manchmal musste man sich beeilen, um vor der Flut heil an einem bestimmten Ort anzukommen, sonst musste man schwimmen oder mehrere Stunden auf irgendwelchen Felsen die Ebbe abwarten. Der Sand war fest, glatt, man hinterließ Fußabdrücke, ganz präzise und deutliche, ab und zu gab es Häufchen dunklen Sandes von Würmen aufgeschüttet.

Diese Spaziergänge, fast Märsche, hatten etwas Beruhigendes, Tröstendes, schoben die dunklen Gedanken weg, beiseite, waren gut gegen Depressionen und gegen die innere Lähmung, die sie immer wieder überfiel. Der Strand war ganz breit, man konnte die Augen schließen und sich nach der Wärme der Sonne richten und vorankommen. Dann gab es Gruppen von Felsen über die man klettern musste, um in die nächste riesige Bucht zu gelangen. In den Felsen wimmelte es oft von Menschen, ganze Familien suchten nach Miesmuscheln, kleinen Krabben und Araigenées, den Meerspinnen, manchmal buddelten sie auch im Sand auf der Suche nach Bigourneaux und den Würmern, die sie als Köder zum Angeln benutzten. Es gab auch Buchten, die ganz abgeschlossen waren; man gelangte dorthin über steile Pfade, sehr mühsam. Dort lagen wunderbare runde Steine, die in hunderten von Jahren durch das Wasser, besonders bei Stürmen, zu riesigen runden Eiern oder sogar Bällen abgeschliffen wurden. Auch dahin gelangten sie und machten Anstalten einige von den Steinen mit nach oben zu nehmen.

An sonnigen, warmen Tagen gingen sie an den Strand, man blieb nicht lange, zwei Stunden reichten vollkommen. Rundum waren große Familien mit einem Reichtum an Kindern, an Plastikspielzeug und an Essen, transportiert in großen Kühltaschen; Sie setzten sich hin und fingen fast sofort an zu essen. Die Männer spielten mit den Drachen, rivalisierten heimlich untereinander und ließen selten die Kinder mitspielen. Die meisten Familien kamen mit drei Generationen; es gab sowohl Großmütter als auch Enkel, man konnte die Ähnlichkeiten in den Gesichtern sehen, die Großväter waren eher beim Angeln. Viel Kontakt zu den Familien hatte man nicht, es war äußerst selten, dass man mit jemandem ins Gespräch kam; jeder war für sich und doch bildeten sie alle zusammen das Bild einer großen Strandfamilie.

Es gab doch ein Paar, das immer wieder aufhorchte, als wir uns auf Polnisch unterhielten, oder zum Spaß einfach ein polnisches Wort fallen ließen, da schienen sie richtig aufzuwachen und mitzuhören. Wir achteten am Anfang nicht darauf. Irgendwann aber hörten wir, dass sie zueinander etwas auf Polnisch sagten. So grüßte ich sie am nächsten Tag auf Polnisch. Der Mann antwortete kurz aber mit starken französischem Akzent, so blieb die Konversation erst mal stecken. Als ich ins Wasser ging, war da auch die Frau, die ich auf Polnisch anzusprechen versuchte. Sie antwortete auch kurz angebunden, mit einem starken französischen Akzent. Die beiden weckten meine Neugier. Wir kamen jetzt regelmäßig an dieselbe Stelle am Strand, aber jegliche Versuche Kommunikation mit den beiden herzustellen, scheiterten.

Und wie das in der Bretagne häufig ist, änderte sich das Wetter plötzlich, so dass wir nicht mehr an den Strand gingen. An einem eher wolkigen Tag beschlossen wir dann, einen Ausflug zum Petit Mont Saint Michel zu machen; eine winzige Insel mit einer noch winzigeren Kapelle drauf. Bei der tiefsten Ebbe war die Insel zu Fuß zu erreichen, man musste alles gut planen, um trockenen Fußes zurückkehren zu können. Zu unserer Überraschung trafen wir auf der kleinen Insel ausgerechnet die beiden Strandnachbarn, die polnischen Franzosen, wie ich sie in Gedanken nannte. Wir grüßten uns, gingen in die Kapelle und setzten uns dann draußen zusammen auf eine steinerne Bank und schauten aufs offene Meer. Leider vergaßen wir dabei, dass wir eigentlich hätten sofort zurücklaufen müssen; das Wasser stieg jetzt sehr schnell, an Rückkehr war nicht mehr zu denken; und so saßen wir da und unterhielten uns, diesmal auf Französisch. Es stellte sich heraus, dass die beiden in Paris ein polnisches Ehepaar kennengelernt und sich mit ihnen angefreundet hatten – er konnte Polnisch wegen seines Berufes, Osteuropahistoriker an der Sorbonne, sie hat ihn bei den Archivreisen begleitet und immer wieder Polnisch Kurse belegt – die in zerfallenen Häusern wohnten, die der junge Mann renovierte, und dann mussten sie wieder umziehen, denn die renovierten Gebäude gingen an französische Käufer oder Mieter über. So zogen sie ständig um, und dabei waren es hoch gebildete Leute: sie Kunsthistorikerin und er Historiker. Da unterbrach ich sie unhöflich in meinem schlechten Französisch: „La dernière fois il ont abité à la Rue de la Roquette, n´est-ce pas?“

Wir verließen die Insel nach sechs Stunden, fast befreundet nach dem Motto:„die Freunde meiner Freunde sind auch meine Freunde“.

 

Zimy naszego dzieciństwa (3)

Roman Brodowski

Niewidzialna ręka

Wiosna zbliża się szybkimi krokami. Topniejący śnieg odsłania zimowe tajemnice budzącej się do życia przyrody. Przebiśniegi pochylają białe dzwoneczki ku ziemi, a trawa podnosi się coraz śmielej i wyżej, w kierunku tajemniczego ciepła, jaskrawo świecącego ponad głowami, słońca. Nareszcie koniec lekcji. Od jutra rozpoczynają się długo oczekiwane ferie. Tydzień wolności i przerwy od szkolnych obowiązków, zakończony wielkanocnymi świętami. Szkoda tylko, że w tym roku mamy je tak wcześnie. O tej porze noce zazwyczaj są jeszcze bardzo chłodne, a i dni bywają podobne nocom. To oczywiście może uniemożliwić nam dobrą zabawę w lany poniedziałek. Śmigus – dyngus jest przecież najważniejszą częścią obchodów świąt, jest tradycją, która od wieków bawi mieszkańców miast i, takich jak nasza, wsi.

Siedzieliśmy bezczynnie na rozgrzanych przedwiosennym słońcem ruinach ewangielickiego kościoła, spoglądając na otaczające go niby ocean zielone tereny podmokłych łąk.
– Tak, zimy już na pewno nie będzie – powiedział Mirek, wskazując palcem na pasące się w oddali krowy.
– Ano nie będzie – przytaknął Zbyszek, celując kamieniem z procy do stojącej obok pojemnika na śmieci puszki po jakiejś konserwie.
Zawsze, kiedy nie mieliśmy pomysłu na spędzenie wolnego, po zajęciach szkolnych, czasu, przychodziliśmy tutaj, by penetrować częściowo zasypane piwnice w poszukiwaniu (jak głosiła miejscowa legenda) ukrytych przez niemieckich faszystów, zdobyczy wojennych. Wstęp na teren rumowiska był surowo wzbroniony, a stojące wokół tablice informowały o tym, że pod zwałami mogą znajdować się niewypały grożące wybuchem, ale kto by się tym przejmował. Do środka wchodził każdy, kto miał ochotę. Może właśnie dlatego że był zakaz, nieposkromniona ciekawość wymuszała w nas nieposłuszeństwo. To prawda, że czasami udało nam się wykopać kilka łuskek, aluminiowe menażki czy też inne elementy  wyposażenia żołnierzy niemieckich, ale granatów, ostrej amunicji czy też min – nie, na coś takiego, (jak do tej pory), na szczęście nikt z nas się nie natknął.
Kiedyś chłopcy z ulicy Kościelnej wykopali kilka posrebrzanych monet z okresu wojen napoleońskich, kielich mszalny oraz dwie szable z tej samej epoki. Znaleziska te oddali do szkoły jako eksponaty do powstającej właśnie izby pamięci historycznej . Oczywiście fakt ten ugruntował w nas przekonanie, że wnętrza tej niegdysiejszej świątyni kryją w sobie wiele nieodkrytych tajemnic, i pomimo tego że kościół ten wybudowano w latach dwudziestych naszego wieku, byliśmy pewni, że ukryto w nim jakieś skarby.
– Chyba nie będziemu tutaj cały dzień, bezczynnie siedzieć – powiedziałem niby w przestrzeń – musimy coś wymyśleć, bo inaczej umrzemy z nudów. Chłopcy spojrzeli na mnie, potem na siebie, po czym zeskakując z murku, zaczęli jak zwykle kierować kroki do otworu, umożliwiającego wejście do piwnic.
Nagle usłyszeliśmy dobiegający zza naszych pleców groźnie brzmiący głos.
– A wy dokąd? – padło pytanie. – Odwróciliśmy się. Za nami, w odległości kilkunastu metrów stał niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez ramię, a obok niego nowy komendant, naszej, niedawno co powstałej, pszczółkowskiej milicji. – Nie umiecie czytać? – zapytał komendant, wskazując palcem wkopany w ziemię znak ostrzegawczy.
– My – zaczął tłumaczyć przestraszony widokiem mundurów Mirek – chcieliśmy zobaczyć, co jest tam, za tą dziurą, ale nie chcieliśmy… – nie dokończył, bo myśl jego przerwał żołnierz. – Nie chcieliśmy, nie chcieliśmy – powtarzał – a potem, kiedy wydarzy się tragedia, to winny jest każdy tylko nie ci, którzy nie stosują się do poleceń. – Staliśmy jak wryci, nie wiedząc, co z nami będzie. Wojskowy widząc strach w naszych oczach, mówił dalej. – Skoro nie potrafią czytać, i nie ma z nich pożytku, a tylko kłopoty, to powinniśmy ich umieścić w poprawczaku – zwrócił się do milicjanta tak głośno, żeby każdy z nas mógł go usłyszeć.
– No dobrze, już, dobrze – powiedział pojednawczo komendant, ratując nas z opresji. –To dobre chłopaki. Ja im się nawet im nie dziwię, że głupie myśli przychodzą im głowy. Nudzą się i tyle. Gdyby powstał tutaj jakiś klub dla młodzieży, jakieś kółko zainteresowań, boisko sportowe z prawdziwego zdarzenia, to może byłoby inaczej, a tak…? Szukają dziury w całym.
Żołnierz, widząc nas , prawie że dygoczących ze strachu, i słysząc słowa milicjanta, uśmiechnął się lekko, a następnie opowiedział o tragicznym w skutkach wypadku, jaki wydarzył się na tym terenie dzisiejszego poranka.
Okazało się bowiem, że kilku chłopców z „Getta” (tak nazywaliśmy osiedle drewnianych domków, stojących za torami kolejowymi, na obrzeżu naszej wsi) , zamiast do szkoły jak zwykle, udało się do ruin. Podczas przekopywania gruzu znaleźli drewnianą skrzynkę, w której znajdowała się amunicja do karabinu maszynowego. Jeden z nich próbował scyzorykiem wyłuskać proch, który nie wiadomo z jakiej porzyczyny eksplodował. Chłopiec przeżył, ale stracił trzy palce. Właśnie dlatego dzisiaj ma tu przyjechać oddział saperów.
– Widzicie chłopcy – objął jednego z nas – ja też mam dzieci. Młodszy z nich jest w waszym wieku, ma zaledwie jedenaście lat. Co by było, gdyby jemu się coś stało, gdyby nie daj Bóg, to on natrafił na pozostałą w ziemi niespodziankę z ostatniej wojny. Co prawda z każdym rokiem jest ich coraz mniej, ale to dopiero dwadzieścia kilka lat po jej zakończeniu.
Spojrzałem na niego, a potem pomyślałem o moich rodzicach. Co oni muszą codziennie przeżywać, gdy mnie nie ma w domu, gdy wracam wieczorem, gdy wychodzę, nie mówiąc im, dokąd.
– Na szczęście – opowiadał wojskowy – moje dzieci są posłuszne, a zresztą mieszkamy na terenie wolnym od tego paskudztwa. Mają też wiele fajnych zainteresowań. Antek, ten młodszy, należy do klubu „Niewidzialnej Ręki”. Myślę, że słyszeliście o tej telerankowej organizacji.
– Oczywście, że tak – odpowiedzieliśmy prawie że równocześnie.
– Niewidzialna ręka to ci, którzy… – nie dokończyłem, bo w tym momencie nadjechał wojskowy samochód, z którego wyskoczyło kilku młodych saperów.
– Tym razem wam daruję. Uciekajcie do domów i zajmijcie się dobrymi sprawami – zwócił się do nas komendant, kierując się w stronę samochodu.
– Pamiętajcie chłopcy, najważniejsze dbać o zdrowie i rozsądnie wykorzystywać wolny czas – powiedział na odchodne żołnierz, podając nam rękę.
Wracając powoli opustoszałą ulicą do domu, dyskutowaliśmy o tym co usłyszeliśmy i o tym, jak mamy postępować w przyszłości. Zgodnie podjęliśmy decyzję, że w naszej miejscowości…, no właśnie.

Nadszedł poranek wielkopostnego piątku. Na dworze padał deszcz ze śniegiem i zgodnie z naszymi obawami było bardzo chłodno.
Za to na progach prawie wszystkich domów w naszej miejscowości leżały po trzy gałązki bazi związanych czerwoną wstążką oraz laurki ze świątecznymi życzeniami, na których widniał znak „ Niewidzialnej Ręki”.
Poza tym, u niektórych, (starszych schorowanych) mieszkańców stała przed drzwiami, przyniesiona ze studni w wiadrach woda, lub leżało drewno na opał.
Wracaliśmy zmęczeni i przemarznięci na rodzinne pielesze.
– To co? szczęśliwych świąt – powiedział Marek – … i smacznego wielkanocnego jajka – dodał Zbyszek .
– Wszystkiego najlepszego, przyjaciele – odpowiedziałem.
Marek, Zbyszek, Jarek i Ewa oddalali się coraz bardziej, a ja zamykając za sobą furtkę, poczułem satysfakcję, takie dziwne, radosne ciepełko.

Na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem z 1986 roku