W „Katoliku“

Zbigniew Milewicz

Sięganie pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce ponad 30 lat temu, przypomina trochę wywoływanie duchów, kościół katolicki gani te praktyki, ale jak nie wywołam, to nie wyjaśnię, jak się w tym czasopiśmie znalazłem. Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce skreślono mnie z listy pracowników katowickiego „Wieczoru“, w którym miałem etat publicysty, ponieważ psułem generalnie poprawną polityczną statystykę w popołudniówce. Może gdybym posłuchał kierownictwa redakcji, włos nie spadłby mi z głowy, a tak, dzisiaj jestem łysy. Mówili mi: poza redaktor Jarochowską tylko wy należycie do Solidarności, ale Marysia jest już na emeryturze. Co wam szkodzi się wypisać, chyba chcecie dalej u nas pracować? Oczywiście, że chciałem, ale nie za wszelką cenę.

Mojego przyjaciela, Bogdana Szewczenkę, usunięto wtedy z katowickiego ośrodka TV i, żeby zarobić na życie, nocami produkowaliśmy w jego piwnicy huśtawki dla dzieci, które rano zanosiliśmy na targowisko w starych Tychach, ale udało się nam sprzedać tylko jedną sztukę. Żeby nie nazywało się, że utrzymują nas żony, zmieniliśmy towar na ciuchy. Wyciągało się z szafy to, w czym człowiek już nie chodził, albo rzadko zakładał i konfekcja miała większe wzięcie, ale rodziny trudno było z tego wyżywić. Moja żona Mira pracowała wtedy w sekretariacie „Unitry“ w Katowicach, przedsiębiorstwa zajmującego się dystrybucją sprzętu elektrotechnicznego, a Teresa, połowica Bogdana, pisała w tyskim „Echu“. Bez finansowej pomocy moich teściów z Modrzejowa, bez obiadów na Dębowej, u mamy Niny, trudno byłoby nam z Mirą wyżyć. Mira spodziewała się narodzin naszego pierwszego syna, więc dobrze się stało, że krótko po jego przyjściu na świat, udało mi się wrócić do zawodu. W czerwcu 1982 roku ruszyło w Katowicach pismo „Katolik“, w którym i dla mnie znalazło się miejsce.

351px-Katolik_nr_1_1868Numer “Katolika” z 9 lipca 1868 roku

Tytuł nawiązywał do historycznego periodyku, znanego z walki z germanizacją Górnego Śląska. Pismo to wychodziło w latach 1868-1931, a jego najbardziej znanym naczelnym był, pochodzący ze Śląska Cieszyńskiego, Karol Miarka, społeczny działacz, nauczyciel, pisarz, publicysta i drukarz. Pierwszy numer pod jego redakcją ukazał się 1 kwietnia 1869 r. w Królewskiej Hucie, dzisiejszym Chorzowie.

katolikpaxNowy „Katolik“ należał do Stowarzyszenia PAX, o którym Katolicka Agencja Informacyjna pisze, co następuje:

Organizacja katolików świeckich kolaborująca z komunistycznymi władzami Polski Ludowej.

Stowarzyszenie powołane zostało przez Bolesława Piaseckiego i grupę osób związanych z dawnym Obozem Narodowo-Radykalnym Falanga, wydającą od 1945 pismo “Dziś i Jutro”. Stowarzyszenie uzyskało formalny status w 1947 r. “PAX” miał być jedyną, monopolistyczną organizacją katolicką, a zarazem instrumentem służącym rozbiciu Kościoła od wewnątrz.

PAX współpracował z ruchem księży patriotów, krytykował Episkopat Polski, popierał proces bp. Czesława Kaczmarka i uwięzienie Prymasa Wyszyńskiego.

To PAX-owi władze powierzyły w zarząd majątek Caritas i w latach 1953- 56 “Tygodnik Powszechny”, po tym jak redakcja odmówiła wydrukowania nekrologu Stalina.

PAX prowadził działalność społeczną i polityczną. Miał swoje koło poselskie w Sejmie PRL. Od 1947 do 1993 r. wydawał dziennik “Słowo Powszechne”. Posiadał też własny Instytut Wydawniczy.

Mimo daleko posuniętych ustępstw na rzecz władzy, stowarzyszenie, zwłaszcza po 1956 r. usiłowało jednak promować elementy nauczania katolickiego, zwłaszcza w odniesieniu do katolickiej nauki społecznej czy kwestii przerywania ciąży. Wydawało również książki, które gdzie indziej nie mogłyby legalnie się ukazać.

W wyniku przemian demokratycznych w Polsce Stowarzyszenie PAX zawiesiło działalność polityczną. Jego kontynuacją jest od 1993 r. Stowarzyszenie “Civitas Christiana” uznane oficjalnie w 1997 r. dekretem Prymasa Polski kard. Józefa Glempa za organizację katolicką.

© 2005-2007 Katolicka Agencja Informacyjna. Wszelkie prawa zastrzeżone.

PAX miał opinię mocno kontrowersyjną, stało za nim także wielu ludzi, którzy nie zgadzali się z jego negatywnymi ocenami i czego by o stowarzyszeniu nie sądzić, dzięki niemu z PRL-owskiej banicji wróciła do zawodu spora gromada nieprawomyślnych, śląskich dziennikarzy – i za to mu chwała.

RedakcjaRedakcja niemal w komplecie

Interes ubiły obydwie strony, do „Katolika“ przyszli bowiem pracować ludzie z wieloletnim stażem zawodowym, dobrzy rzemieślnicy, m.in. redaktorzy Leopold Kurek, Andrzej Babuchowski i Eugeniusz Łabus z Polskiego Radia, Michał Smolorz z telewizji, Włodek Paźniewski, z którym razem pracowaliśmy dawniej w „Dzienniku Zachodnim”, Edek Szopa, Czesław Ryszka, Janek Lewandowski, Magda Polakowska, niedościgniony fotoreporter, Bogdan Kułakowski, grafik Jurek Miciak… Naczelnym redaktorem początkowo dwutygodnika, a później tygodnika został poseł Jan Waleczek, a faktycznie tytułem kierowali Marian Filipek, Jan Jaśniak i Tadeusz Kurlus.

Zeitungsartikel _Seite_1Nie sprawdziły się czarnowidzkie gderania niektórych kolegów, że będziemy wszyscy za księżmi w procesji dzwonkami potrząsać, albo podlizywać się komunie. Nikt nikomu nie narzucał tematów, choć oczywiście kierownictwo redakcji miało swoje wytyczne i program, ale można się było wymigać od tego, co niewygodne. Krytyki władzy i pochwały opozycji w piśmie nie było. Mogliśmy za to delektować się tematyką kulturalną, wyżywać w społecznej, wydobywać z cienia różne kontrowersyjne fakty z najnowszej historii Polski, pokazywać ludzką krzywdę i interweniować w obronie ofiar. Oczywiście, często mówiło się w redakcji, że „Katolik“ uprawia tzw. zastępcze tematy, ale lepsze to było jednak od sprzedawania pietruszki czy huśtawek na bazarze. Sporo miejsca pismo poświęcało społecznej nauce kościoła, filozofii chrześcijańskiej i – rzecz jasna – pontyfikatowi oraz myśli Jana Pawła II.

Mnie po staremu interesował margines społeczny i tematyka obyczajowa, jeździłem do ludzi, którym działa się krzywda, a kiedy zjawił się w Polsce uzdrawiacz Harris, a po nim tyszanin Nardelli pokazał, co potrafi, zająłem się naturalnymi metodami leczenia chorób. Zrealizowałem także marzenie życia i popłynąłem w prawdziwy, dalekomorski rejs statkiem handlowym, który później opisałem i obfotografowałem radzieckim aparatem marki Zenit, co „Katolik” opublikował. Ten reportaż chciałbym też tutaj przypomnieć w następnych pięciu odcinkach.

Reblog: Ciocia Marysia

Tak to tygodnie spędzone z Karusią zaprowadziły nas siłą rzeczy do jej koleżanki z harcerstwa, a mojej kolejnej ciotecznej babki (miałam ich pewną ilość), Marii Krynickiej. Wszyscy nazywaliśmy ją Ciocią Marysią, choć była oczywiście o pokolenie starsza. Maria z domu Mudryk była żoną Jana, brata mojej babci – Marii „Mity” Boguckiej, mamy mojego Ojca. Stryj Jan był dyrektorem kolei na okręg północny. Cała rodzina Krynickich mieszkała w pięknej starej willi (poniemieckiej) na ulicy Batorego we Wrzeszczu, zawsze i przez wszystkich nazywanej Batorówką. To tam mieszkał Ojciec po wojnie, podczas nauki w technikum i studiów na politechnice, to tam się poznali Mama i Ojciec, to tam chodziliśmy co niedzielę z wizytą, odwiedzać prababcię Jadwigę, mamę wuja Jana i babci Mity. Były tam też dorosłe dzieci Stryjostwa, Dusiek, Maciek i Teresa, ale chyba już ich wszystkich na stałe w domu nie było. Podczas tych wizyt pewnie się coś małego zjadało lub wypijało, ale nic nie pamiętam, oprócz wiszącego na ścianie w kuchni młynka do mielenia kawy, którym ktoś zaraz po naszym przyjściu kręcił, czyli przygotowywano kawę.

Kiedyś przez miesiąc chyba mieszkałam na Batorówce, bo w domu był remont. Pamiętam pokój z podwójnymi, ciężkimi drzwiami, ciemnymi i błyszczącymi, i trzy równie ciemne i błyszczące stoliki podręczne, wsuwane jeden pod drugi. Były chyba jakieś szafy, stoły czy łóżko, ale nic nie pamiętam. Atmosfera była mniej więcej taka, jak w pierwszych rozdziałach Tajemniczego ogrodu. Nocami nasłuchiwałam, czy nie usłyszę płaczu Colina, ale nikt nie krzyczał.

Tekst o Cioci Marysi znalazłam w sieci, ale niestety nie udało mi się odkryć, kim jest jego autor. Nekrologi umieszczone w tym wpisie znalazłam w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, gdy skanowałam teksty Karusi.

Darek Szczecina (Darek ze Szczecina?)

Jako Naczelniczka Harcerek w 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek, które podjęło opiekuńcze i samarytańskie prace na Zaolziu, a we wrześniu 1939 roku podjęło służbę na terenie całego kraju.

***
Maria Mudryk urodziła się w 1896 roku w Przemyślu w patriotycznej rodzinie pracownika kolei. Rodzeństwo Marii od młodości działało w harcerstwie. Jej brat Franciszek był instruktorem skautowym, uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej 1920 roku, został zamordowany przez hitlerowców. Młodsza siostra działała w harcerskiej konspiracji.

Sama Maria podczas nauki w seminarium nauczycielskim w Przemyślu działała w organizacjach patriotycznych Pet i Eleusis. W maju 1911 roku zorganizowała pierwszy w mieście zastęp skautek, który wkrótce rozrósł się do drużyny. Przyrzeczenie skautowe złożyła w tymże roku na ręce samej Olgi Drahonowskiej. Wybuch wojny światowej nie zniechęcił harcerek do działania, wręcz przeciwnie, ich działalność zyskała na popularności. Maria zorganizowała w Przemyślu pomoc dla uciekinierów ze wschodniej Galicji, harcerki opiekowały się także rannymi żołnierzami, pracowały w szpitalu Czerwonego Krzyża. Od 1915 roku Maria kontynuowała naukę jednocześnie prowadząc I Drużynę Skautek im. T. Kościuszki w Przemyślu, organizowała szkolenia. Jej aktywność była szybko zauważona i doceniona, wybrano ją przewodniczącą Rady Drużynowych Harcerek a następnie komendantką. Została delegatką na zjazd zjednoczeniowy organizacji harcerskich i skautowych zwołany do Lublina w dniach 1-2 listopada 1918 roku. Po powrocie do zagrożonego przez ukraińskich nacjonalistów Przemyśla włączyła się czynnie do prac dla wojska broniącego miasta, zorganizowała szwalnię i pocztę harcerską, dołączyła do ekipy Czerwonego Krzyża dojeżdżającej na front po rannych i chorych żołnierzy. Po ustaniu walk jej drużyna zorganizowała pięć ochronek dla dzieci pozostających w mieście bez opieki. Po zdaniu matury Maria rozpoczęła studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Jednocześnie nadal czynnie odpowiadała na harcerskie wezwania, m.in. zorganizowała grupę harcerzy wysłanych na akcję plebiscytową na Spisz i Orawę. Latem 1920 roku będąc w składzie Obywatelskiego Komitetu Obrony Państwa organizowała pracę harcerek i harcerzy w ramach Ochotniczej Legii Obywatelskiej oraz Ochotniczej Legii Kobiet. Brała także udział w służbie w pociągach sanitarnych wiozących rannych żołnierzy z frontu. Po ustabilizowaniu się sytuacji Maria Mudryk przeniosła się do Lwowa. Tu kontynuowała studia, jednocześnie została asystentką na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Dodatkowo uczyła biologii i chemii w seminarium i liceum, oraz w Żeńskiej Szkole Gospodarczej. Uzyskała tytuł magistra biologii, zdała egzamin nauczycielski z biologii i chemii oraz zdobyła tytuł inżyniera na Politechnice Lwowskiej. W 1926 roku poślubiła Jana Krynickiego, inżyniera kolejnictwa – późniejszego oficera Armii Krajowej. Małżeństwo doczekało się trojga dzieci, córki Teresy i dwóch synów, Maćka i Andrzeja (Duśka). W przyszłości, głównie z powodu profesji głowy rodziny, Kryniccy kilkakrotnie musieli zmieniać miejsce zamieszkania. Okres lwowski dla Marii to nie tylko studia i praca nauczycielki, to również intensywna działalność harcerska. Już od 1920 roku kierowała Działem Kursów Lwowskiej Chorągwi Harcerek. Zorganizowała szereg kursów instruktorskich. Dwukrotnie została wybrana komendantką tejże chorągwi (w latach 1921-1923 oraz 1925-1928), która obejmowała swoim zasięgiem województwa lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie. Weszła w skład Naczelnej Rady Harcerskiej, otrzymała stopień harcmistrzyni. W latach trzydziestych XX wieku rodzina Krynickich przenosiła się kolejno do Tarnowskich Gór, Strzelc Opolskich, Bydgoszczy i Torunia. Wszędzie w różny sposób Maria wspomagała w działalności miejscowe harcerki. Nie zaprzestała działalności na rzecz harcerstwa w Polsce, była we władzach naczelnych, kierowała kursami instruktorskimi – głównie dla nauczycieli. W 1937 roku została wybrana Naczelniczką Harcerek. Stojąc na czele Organizacji Harcerek, hm. Maria Krynicka we wrześniu 1938 roku powołała do życia „wojenne” Pogotowie Harcerek. W ramach pogotowia kilkaset harcerek wzięło udział w pracach opiekuńczych i samarytańskich na Zaolziu. To był wielki sprawdzian dla młodych dziewcząt z gotowości służenia ojczyźnie. Po raz drugi gotowością harcerski wykazały się we wrześniu 1939 roku. Maria Krynicka z Główna Kwaterą harcerek postanowiła o kontynuacji harcerskiej służby w podziemiu. W Warszawie we władzach konspiracyjnego ZHP Krynicką reprezentowała kolejno hm. Maria Wocalewska i hm. Zofia Florczak. Maria z rodziną wojnę spędziła w Łososinie Górnej i Krakowie współpracując z ZWZ-AK. Prowadziła tajne nauczanie i zajmowała się przekazywaniem konspiracyjnych informacji.

Pod koniec wojny, 25 marca 1945 roku rozwiązała dotychczasową Organizację Harcerek i złożyła rezygnację z pełnienia funkcji Naczelniczki Harcerek. Po wojnie Kryniccy przeprowadzili się do Bydgoszczy a następnie do Gdańska. Pracowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej jako dziekan Wydziału Biologii i Geografii. Na emeryturę przeszła w 1966 roku. Do służby harcerskiej powróciła w grudniu 1956 roku, gdy odrodziło się harcerstwo. Została doradcą Naczelnej Rady Harcerskiej, zaś w komendzie Gdańskiej Chorągwi Harcerstwa kierowała Wydziałem Kształcenia Starszyzny. Wiek i zdrowie nie pozwoliły na długotrwałą działalność. Zmarła w 1978 roku. Została pochowana w harcerskiej asyście na gdańskim cmentarzu Srebrzysko.

nekrologHarcerek

nekrologiCiociMarysi

Łuna zajmuje pół nieba…

Andrzej Rejman

Napisane w Wielki Piątek 2015

Sięgam do archiwów rodzinnych… tak będzie z pewnością łatwiej coś napisać…

Przeglądam zapiski i zdjęcia sprzed lat.

Kresy. Warszawa. Polska międzywojenna, potem wojenna.

Szukam czegoś o świętach Wielkanocnych. Znajduję święta w cieniu Zagłady.

Moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka, pisała w każdej wolnej chwili.

Były to dzienniki lektur, krótkie zapiski w kalendarzu – co działo się, kto był z wizytą, czyje obchodzono imieniny, jakie rocznice, no i święta. Pisała regularnie, dokładnie, co grają w kinach, do jakich lekarzy chodzili po poradę, co działo się w mieście.

letni_wypoczynek_u_dziadunia_Hrebnickiego_ok_1930_fot_StZ zapisków w latach 1922-1939 dowiadujemy się wiele o minionej Warszawie, letnich wakacjach na Kresach (w opisywanym już poprzednio “Raju”, Dziadunia Hrebnickiego). Potem znowu nadchodzi wojna (która to z kolei?) – którą tym razem Hrebniccy (poza krótkim okresem pierwszych tygodni działań wojennych, gdy wychodzą całą rodziną z Warszawy) spędzają aż do połowy sierpnia 1944 w mieście, w mieszkaniu Instytutu Geologicznego przy ulicy Rakowieckiej 4.

jezioro_Berzenickie_wakacje_ok_1930_fot_St._Hrebnicki***
W roku 1943 babcia pisze:

Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_czasu_wojny_1943_Wielkanoc“23 kwietnia

Znowu biorę zupy ze stołówki RGO. (Rada Główna Opiekuńcza przyp. mój). Są lepsze niż dawniej. Ograniczenie gazu doprowadza mnie do rozpaczy. Można spalić tylko 30 m., a w zeszłym miesiącu spaliliśmy 72! Już nie grzejemy wody na naczynia, nie prasujemy, nie gotujemy bielizny, z rana nie pijemy herbaty. Przyszła paczka z Raju (już znowu nie ma granicy… to już po 1941 r., znów we władaniu Niemców, paczki mogą swobodnie przychodzić do Generalnej Gubernii, przyp. mój): kiełbaska, torcik, cukier, pierniczki, mąka.

24 kwietnia

Upiekłam dwa placki i tort biszkoptowy… Zaraz po obiedzie poleciałam po drożdże i do 5-ej godz. ciasto zdążyło podnieść się. Więc będziemy nawet mieli na Święta ciasto! Myślałam, że będzie sam chleb. Kwitną już wiśnie i tulipany. Ładnie się robi na świecie, a tym razem nad ghett’em unoszą się kłęby dymu. Makabra! Jak delikatnie pachną rozwijające się listki, powietrze łagodne i orzeźwiające.

25 kwietnia

Wielkanoc! Zasiedliśmy do uroczystego śniadania – jajka farbowane na czerwono, czerwone i białe tulipany w zielonym wazoniku, tradycyjny baranek z czerwoną chorągiewką (kupiony 20 lat temu w Wołominie). Kiełbaska rajska (z “Raju” od Dziadunia Hrebnickiego, przyp. mój) placek. Po najedzeniu się pojechaliśmy do Anina. Był bardzo chłodny wiatr. Zawieźliśmy Marysi (Maria Chodorek z domu Tyszkiewicz, kuzynka, do dziś mieszka w Aninie, absolwentka SGGW, nauczycielka, wciąż bardzo czynna społecznie i zaangażowana na rzecz Warszawy i Anina, przyp. mój) niebieską bransoletkę szklaną, Jankowi (Jan Tyszkiewicz, kuzyn, brat wspomnianej Marysi, znany i ceniony historyk, profesor UW, mieszka z rodziną w Warszawie, wtedy miał niecałe 4 lata! przyp. mój) zielone drewniane jajeczko i jeszcze kółeczka do serwetek szklane. Jedliśmy szynkę konserwowaną jeszcze przedwojenną! Barszcz na mięsie, króliki i rozmaite ciasta. W domu jak zwykle na kolację spożyliśmy kartofle ze skwarkami, chleb i torcik, do chleba mieliśmy wędzonkę rajską. Było ciepło, zacisznie i przytulnie, błogi spokój, a tymczasem od strony ghett’a wciąż wali dym i łuna zajmuje pół nieba. A przecież Żydzi są też ludźmi… W Aninie urodziły się dwie prześliczne kózki, wesołe, skaczące i merdające krótkimi ogonkami…”

autorka_dziennika_Malgorzata_Hrebnicka_z_dziecmi_ok_1928 -1940(Małgorzata Hrebnicka, Dziennik Czasu Wojny 1939-1944, fragmenty – ze zbiorów A.R. Na lewej fotografii Autorka z dziećmi w roku 1928, na prawej w roku 1940.)

Powrót grafik Buntu / Rückkehr der Bunt-Graphiken

Für Deutsche Version bitte nach unten scrollen

Prace graficzne grupy Bunt wracają do ojczyzny.
O motywach swej donacji dla polskich muzeów opowiada Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, członek komitetu założycielskiego Wolnego Uniwersytetu w Berlinie i student z legitymacją nr 1. Fragment sceny Communitas w ramach wystawy My Berlińczycy / Wir Berliner. Historia Polsko-Niemieckiego Sąsiedztwa, Instytut Badan Historycznych PAN/ Muzeum Miejskie, Ephraim Pallais, Berlin 2009.

Dzięki inicjatywie prof. S. Karola Kubickiego, jesteśmy dziś świadkami historycznego wydarzenia. Zdecydował się on podarować polskim muzeom prawie sto dzieł artystów polskiej wczesnoawangardowej grupy Bunt z Poznania, które odziedziczył po swych rodzicach, polsko-niemieckiej parze artystów, Margarete i Stanisławie Kubickich. Są to głównie prace graficzne i rysunki, które przez niemal sto lat znajdowały się w jego rodzinnym domu w Berlinie. Choć zawodowo zaangażowany był w medycynę, wiele czasu poświęcił także ich opracowaniu i popularyzacji, podobnie jak czynił to w przypadku twórczości swych rodziców.

3plakatyPlakaty wystawy Bunt w Poznaniu i okładki Die Aktion i Der Sturm, 1918

O swej motywacji przekazania daru dla polskich muzeów prof. S. Karol Kubicki powiedział m. in.:

„W wieku prawie 90 lat przychodzi pora, by zadać sobie pytanie o losy spuścizny po rodzicach. Przede wszystkim dzieła mogące budzić zainteresowanie szerszej publiczności powinny znaleźć wreszcie swoje trwałe i adekwatne miejsce. Ostatnia wojna doprowadziła w Polsce do ogromnych zniszczeń dziedzictwa kultury. Z kolei pierwsze dziesięciolecia historii powojennej nie sprzyjały bynajmniej stworzeniu pozbawionej uprzedzeń oceny jej roli w kulturze europejskiej okresu międzywojennego. Teraz więc nadszedł moment, bym rozstał się z dziełami, które pokochałem.”

„Sztuki plastyczne nigdy nie przestały mnie interesować. Równolegle do medycyny studiowałem więc przez dobrych sześć semestrów historię sztuki i – ze szczególnym zaangażowaniem – archeologię. Przerwałem nawet cykl egzaminów państwowych z medycyny, by wraz z archeologami wziąć udział w wyprawie po Włoszech, skoncentrowanej na zwiedzaniu Rzymu.
Co jednak najważniejsze – przez wszystkie te lata coś nieustannie nakazywało mi, bym porządkował spuściznę mych rodziców oraz ich przyjaciół. Należeli do nich również członkowie grupy Bunt. Wiele ich dzieł – z rozmaitych względów – znajdowało się u nas w domu. Teraz jednak niech powrócą do swej ojczyzny… Taki jest właściwy powód obecnej wystawy.
Wspomnianemu tu zadaniu nie mógłybym nijak sprostać, gdyby nie ogromne wsparcie ze strony pani dr Lidii Głuchowskiej. Także teraz to ona zadbała o organizację tournée niniejszej wystawy po kilku różnych miastach. Serdecznie jej za to dziękuję, w ten bowiem sposób stała się częścią mojego curriculum vitae.”

W odpowiedzi na donację z Niemiec artyści polscy realizują pokazy swych prac pt. „Ulotka” i „Refleks”, właczając się także w trzy dalsze odsłony wystawy donacyjnej pt. „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda” – w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu. Każdą z prezentacji daru w odmienny sposób, dostosowany do genius loci prezentujących wystawę miast i instytucji, przygotowała kuratorka tournee, dr Lidia Głuchowska, zapraszając do udziału w uroczystościach związanych z jej II, III i IV odsłoną, łącznie ok. 60 artystów współczesnych.

Pierwsza edycja wystawy, skoncentrowana zasadniczo na pokazie grafiki grupy Bunt, odbędzie sie w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Uzupełniają ją prace kilkunastu artystów współczesnych z Uniwersytetu artystycznego w Poznaniu składające się na projekt „Refleks”. Jego rezultatem są film i książka artystyczna, zainspirowane programem i twórczością grupy Bunt, 2014.
Projekt „Refleks” stanowi zbiór prac graficznych wykonanych przez artystów z Poznania. Inspiracją ideową dla wystawy są przede wszystkim krytyczne, alternatywne założenia i działania grafików Zrzeszenia Bunt działającego w Poznaniu w I ćwierci na XX wieku. Grafiki będące rezultatem projektu Refleks, podobnie jak prace artystów Buntu, są próbą uniwersalizacji tematów lokalnych. Pomimo zawężonej tematyki włączają się w globalny, szerszy dyskurs społeczno-kulturalny.
Końcowa ekspozycja zagadnienia Refleks ma formę książki, do której rozmiarów dostosowane są prace graficzne. Poprzednio projekt Refleks prezentowany był w maju 2014 w Galerii „Rarytas”.

Wernisaż dziś – w niedzielę, 19.04. 2015 o godz. 12.00.

Logo ekspozycji zaprojektował prof. Andrzej Bobrowski, nawiązując w nim do ekspresjonistycznych autoportretów założycieli ofiarowywanej polskim muzeom kolekcji, polsko-niemieckiej pary artystycznej, Margarete i Stanisława Kubickich z 1917/1918 roku.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Prof. Andrzej Bobrowski pracuje nad logo wystawy Transformacja M / S, marzec 2015.

***

Die Grafikwerke der Gruppe Bunt kehren in ihre Heimat zurück.
Über die seine Beweggründe diese Werke den polnischen Museen zu schenken berichtet Prof. S. Karol Kubicki

BUNT S Karol Kubicki Communitas Wir Berliner 2009

Prof. S. Karol Kubicki, Gründungsmitglied der Freien Universität zu Berlin, mit der Matrikelnummer 1. Teil des Arrangements der Szene Communitas im Rahmen der Ausstellung Wir Berliner / My berlińczycy. Geschichte einer deutsch/polnischen Nachbarschaft, Institut für Historische Forschung der Polnischen Akademie der Wissenschaften/ Stadtmuseum, Ephraim Pallais, Berlin 2009. Foto: © Lidia Głuchowska

Dank der Initiative von Prof. S. Karol Kubicki sind wir heute Zeugen eines historischen Ereignisses. Er hat sich entschieden, fast hundert Werke von Künstlern der polnischen frühavantgardistischen Gruppe Bunt [Revolte] aus Poznań, die er von seinen Eltern, dem deutsch-polnischen Künstlerpaar, Margarete und Stanislaw Kubicki geerbt hat, polnischen Museen zu vermachen. Es handelt sich vor allem um grafische Werke und Zeichnungen, die sich beinahe seit hundert Jahren in Berlin befinden, mit denen sich S. Karol Kubicki, wie auch mit dem Werk seiner Eltern, neben seinem medizinischen Forschungsschwerpunkt intensiv auseinandergesetzt hat.

3plakaty

Plakate der Ausstellungen der Gruppe Bunt in Poznań sowie Titelblätter der Sondernummer von Die Aktion i Der Sturm, 1918

Über die seine Beweggründe, Werke aus seiner Sammlung an die polnische Museen zu vermachen, berichtet Prof. S. Karol Kubicki u. a. Folgendes:

„Im Alter von fast 90 Jahren, ist es wohl an der Zeit, mir Gedanken über den Nachlass zu machen. Vor allem die Werke von öffentlichem Interesse sollten endlich einen sinnvollen und dauerhaften Platz finden. Der letzte Krieg hat ja gerade in Polen zu einer immensen Vernichtung künstlerischer Zeugnisse der polnischen Kultur geführt, und die ersten Jahrzehnte nach 1945 waren nicht gerade günstig für eine unvoreingenommene Aufarbeitung der Rolle Polens in der europäischen Kultur der Zwischenkriegszeit. So ist jetzt wohl der Zeitpunkt gekommen, sich von den lieb gewordenen Werken zu trennen.“

„Die bildenden Künste ließen mich nicht ganz los. Und so studierte ich gute sechs Semester nebenher auch Kunstgeschichte und insbesondere Archäologie. Ich unterbrach mein medizinisches Staatsexamen, um mit den Archäologen an einer Exkursion nach Italien, vorwiegend Rom, teilzunehmen.
Über all die Zeit trieb es mich auch immer wieder, das Oeuvre meiner Eltern und die Arbeiten ihrer Freunde zu sortieren, wozu eben auch die Gruppe Bunt gehört. Etliche Werke der Freunde befanden sich – aus welchen Gründen auch immer – in unserem Hause. Sie sollen jetzt in ihre Heimat zurückkehren. Das ist der Grund für diese Ausstellung. Diese Arbeiten wären ohne den kräftigen Beistand von Frau Dr. Lidia Głuchowska nicht zu bewältigen gewesen, da sie auch die vorliegende Wanderung dieser Ausstellung durch etliche Städte vermittelte. Dafür sage ich ihr herzlichen Dank. Sie ist damit Teil meiner Vita geworden.“

Eine symbolische Antwort polnischer Künstler auf die Schenkung aus Deutschland sind ihre künstlerischen Gruppenprojekte „Refleks“ [Reflex] und „Ulotka“ [Flyer]. Einige von denen werden auch auf drei Enthüllungen der die Schenkung würdigenden Ausstellung Bunt – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde vertreten: im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Jede dieser Präsentationen hat die Kuratorin der Ausstellungstour, Dr. Lidia Głuchowska, unterschiedlich konzipiert, um das Genius loci der jeweiligen Städte und Institutionen, die sie zeigen, zu berücksichtigen. Zur Teilnahme an den Feierlichkeiten anlässlich der Schenkung während der 2., 3. und 4. Enthüllung der sie betreffenden Ausstellung, hat sie insgesamt etwa 60 Gegenwartskünstler eingeladen.

Die Uraufführung dieser Schau die vorwiegend der historischen Grafik der Gruppe Bunt gewidmet wird, findet im Nationalmuseum Poznań statt. Ergänzt wird sie durch die Werke einiger Gegenwartskünstler aus der Kunstuniversität Poznań, welche ein Gemeinschaftsprojekt Refleks [Reflex] bilden. Sein Ergebnis sind ein künstlerischer Film sowie ein Kunstbuch, welche durch das künstlerische Programm und Werk der Gruppe Bunt inspiriert worden waren. Das Projekt stellt eine Sammlung grafischer Werken dar, die von Posener Künstlern angefertigt wurden. Ideelle Inspiration für die Ausstellung waren vor allem kritische, alternative Prämissen und Aktivitäten der Grafiker der Bunt-Vereinigung im ersten Viertel des vergangenen Jahrhunderts. Grafiken, die aus dem Projekt Reflex hervorgegangen sind, stellen – ähnlich wie die Arbeiten der Bunt-Künstler – einen Versuch dar, der lokalen Thematik eine universelle Dimension zu verleihen. Trotz einer Reduktion des thematischen Spektrums fließt sie in den breiteren, globalen kultursozialen Diskurs ein. Die abschließende Darstellung der Fragestellung um den Reflex hat die Form eines Buches, an dessen Maße die grafischen Arbeiten angepasst worden sind. Das Projekt Refleks [Reflex] wurde zuletzt im Mai 2014 in der Galerie „Rarytas” präsentiert.

Die Vernissage ist für heute, den Sonntag, den 19. April 2015, um 12.00 Uhr geplant.

prof Bobrowski A pracuje nad LOGO wystawy 2015Das Ausstellungslogo wurde vom Prof. Andrzej Bobrowski entworfen. Darin lehnt er sich and die expressionistische Selbstporträts der Begründer der Sammlung, die den polnischen Museen vermacht wird, also des deutsch-polnischen Künstlerpaars Margarete und Stanisław Kubicki. Die ursprünglichen Selbstbildnisse sind in den Jahren 1917/1918 entstanden.

Tajemnice Pomorza Zachodniego

Auf Deutsch

MichalRembas_malyNie wiem, czy już się “rozeszły” wieści, ale zostałam przed miesiącem Przewodniczącą Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Kreuzberga-Friedrichshainu ze Szczecinem.

Szczeciniaków i Pomorzan zapraszam na szczególną imprezę, pierwszą z trzech, jakie przygotowaliśmy właśnie z myślą o nich.

7 maja w kinie Regenbogenfabrik będzie się można spotkać z Michałem Rembasem, dziennikarzem i pasjonatem Szczecina, Pomorza, wędrówek i cmentarzy. Michał opowie o tajemniczym Pomorzu Zachodnim, a ja to spotkanie będę prowadziła i tłumaczyła co trzeba na niemiecki.

Dla pierwszych 40 gości Michał przygotował podarunek – książkę (po niemiecku!) o tzw. mapie Lubinusa! Piękna pozycja bibliofilska. Więcej nie będę opowiadać, niech on sam się wypowie.

A w dzisiejszym wpisie przedsmak spotkania – trzy tajemnicze historie z Pomorza, zaczerpnięte z książki pod tym tytułem, zawierającej 37 takich opowieści.

Michał Rembas

Krzyż, grób megalityczny i malowany kościół

krzyzpokutnyImponujący krzyż pokutny stoi w Stargardzie – przypominać ma o ponurej historii sprzed wieków. To rekordzista – największy krzyż pokutny w Europie i drugi pod względem wielkości na świecie. Mierzy 3,77 metra wysokości (ponad ziemię wystaje około 2,77 metra, a około 90 centymetrów schowanych jest w ziemi), waży dwie tony. Z jednej strony na kamieniu widnieje wizerunek Chrystusa na krzyżu i napis w języku dolnoniemieckim: Boże bądź łaskaw dla Hansa Billeke w roku 1542, z drugiej – inskrypcja: Roku 1542 Hans Billeke został zabity żelaznym prętem przez Lorentza Madera jego matki siostry syna.

megalitPod Krępcewem zachował się megalityczny grobowiec, dzieło społeczności hodowców i rolników, zamieszkującej około 5 tysięcy lat temu Europę Środkową. Ponieważ owa ludność pozostawiła po sobie gliniane naczynia o charakterystycznym wydłużonym kształcie, archeolodzy nazwali ją ludem kultury pucharów lejkowatych. Budowla w Krępcewie wyglądała niegdyś nieco inaczej. Głazy były obstawą nieistniejących już, wysokich do czterech metrów nasypów z gliny i kamieni. Miały je zabezpieczyć przed obsypywaniem.

malunkiwCzachowieW kościółku w Czachowie znajdują się frapujące polichromie sprzed wieków, jak się wydaje, dzieło kompletnego nieudacznika.

Wczesnogotycki kościół w Czachowie to jeden z najstarszych kościołów na Pomorzu Zachodnim, zbudowano go jeszcze na początku XIV wieku z granitowych kamieni.

Transgraniczna awangarda / Grenzübergreifende Avantgarde

Für deutsche Version bitte nach unten scrollen

Wronicki SalomeDr Lidia Głuchowska

Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda
Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego

W roku 2015 w Muzeum Narodowym w Poznaniu, Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego

w Bydgoszczy, Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego w Dreźnie i Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu zaprezentowana będzie wystawa „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda”. Honoruje ona darowiznę z berlińskiej kolekcji profesora S. Karola Kubickiego, syna polsko-niemieckiej pary artystów awangardowych, Margarete i BUNT Skotarek W, Le Flaneur c 1919Stanisława Kubickich, dla Muzeum Narodowego w Poznaniu i Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Obejmie ona przede wszystkim ok. 90 ekspresjonistycznych prac graficznych poznańskiej plastyczno-literackiej grupy Bunt. Całe tournee włączone jest do programu Międzynarodowego Triennale Grafiki w Krakowie.

Obok dzieł Kubickich, inicjatorów polsko-niemieckich kontaktów wystawienniczych i wydawniczych, przede wszystkim między poznańską grupą Bunt i czasopismem Zdrój a berlińskimi galeriami i czasopismami Die Aktion i Der Sturm, zaprezentowane zostaną rysunki, pastele, linoryty i prace w technikach wklęsłodruku autorstwa Jerzego Hulewicza, Władysława Skotarka, Stefana Szmaja, Jana Jerzego Wronieckiego i Jana Panieńskiego, które w związku z wystawami grupy Bunt w latach 1918-22 w Berlinie pozostawały BUNT Skotarek Paniktam aż do czasu aktualnej donacji.

Ekspozycji historycznych prac z okresu schyłku I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego towarzyszyć będą pokazy projektów artystycznych „Refleks” (2014)„Ulotka“ (2015) zainspirowanych twórczością, działalnością i programem grupy Bunt, realizowane przez ok. 30 grafików z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu i Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta werocławiu, obejmujące poza pracami na BUNT Skotarek Formypapierze i instalacjami także filmy i wystawy w przestrzeni miejskiej.

W Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy odbędzie się konferencja „Bunt a tradycje grafiki w Polsce i w Niemczech” (26.06.2015), a tamtejszą ekspozycję wzbogacą dzieła 7 twórców współczesnych ukazujące ich dialog ze sztuką klasycznej awangardy. W Dreźnie i Wrocławiu zaprezentowana zostanie natomiast instalacja ze szkła i żelaza autorstwa dwojga innych artystów.

12 Wroniecki GebetWystawie towarzyszyć będą 4 dwujęzyczne publikacje, a także wykłady, warsztaty i prezentacje w ramach Nocy Muzeów w Poznaniu (16.05.2015) oraz Wrocławskich Targów Dobrych Książek (3-15.12.2015).

Projekt prezentowany będzie również na 23 konferencji Grupy Roboczej Niemieckich i Polskich Historyków Sztuki i Konserwatorów „Re-konstrukcje. Miasto, przestrzeń, muzeum, przedmiot” (7-10.10. 2015, Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza/ Centrum Kultury „Zamek“ w Poznaniu), służąc popularyzacji wiedzy nt. związków polskich i niemieckich 11 Szmaj Kompozycja Matka cekspresjonistów, a także donacji, tak istotnej dla polskiego muzealnictwa.

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Bydgoszczy i Wrocławiu: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak, Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

Artyści współcześni uczestniczący w odsłonach w Dreźnie i Wrocławiu: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Dalsze informacje: BUNT-Info-PL

2 BUNT Bobrowski A, Transformation M_S project, 2015a jpgAndrzej Bobrowski Logo wystawy / Logo der Ausstellung

Bunt – Expressionismus – Grenzübergreifende Avantgarde.
Kunstwerke aus der Berliner Sammlung von Professor S. Karol Kubicki

10 BUNT Skotarek, Extasy, c. 1918Im Jahr 2015 wird an mehreren Standorten die Ausstellung „Bunt“ – Expressionismus – Grenzüberschreitende Avantgarde stattfinden: im Nationalmuseum in Poznań, im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz, im Kraszewski-Museum in Dresden sowie im Niederschlesischen Zentrum für Fotografie „Romanisches Haus“ in Wrocław. Anlass hierfür ist eine symbolische Würdigung, welche der Schenkung von Kunstwerken aus der Berliner Sammlung von Prof. S. Karol Kubicki, Sohn der deutsch-polnischen Avantgardekünstler Margarete und Stanisław Kubicki, für das Nationalmuseum in Posen sowie für das Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz 9 BUNT Hulewicz J, Genesis, c. 1918zukommen soll. Den größten Teil der ausgestellten Werke bilden ca. 90 expressionistische Grafiken der Posener Künstler- und Literatengruppe Bunt [Revolte]. Die gesamte Ausstellungstour gehört zum Programm der Internationalen Grafik-Triennale in Krakau.

Neben den Werken der Kubickis, der Initiatoren der deutsch-polnischen Kontakte im Zuge der Ausstellungs- und Verlagsaktivitäten – vor allem zwischen der Posener Künstlergruppe Bunt und der Zeitschrift „Zdrój” zu den Berliner Galerien und den Zeitschriften „Die Aktion” sowie „Der 8 BUNT Kubicka, At Hulewicz, c 1917 jpgSturm” – werden Zeichnungen, Pastellbilder, Linolschnitte und Tiefdrucke der Künstler Jerzy Hulewicz, Władysław Skotarek, Stefan Szmaj, Jan Jerzy Wroniecki und Jan Panieński präsentiert. Ihre Werke verlieben – im Zusammenhang mit den Ausstellungen in den Jahren 1918-1922 – bis zur jetzigen Schenkung in Berlin.

Die Ausstellung der historischen Werke des Zeitraums vom Ende 7_BUNT Kubicki S, The lonely man, c. 1919 jpgdes Ersten Weltkrieges bis einschließlich der Zwischenkriegszeit, wird von der Präsentation der Künstlerprojekte Refleks [Reflex] (2014) und Ulotka [Flyer] (2015) begleitet. Inspiriert vom künstlerischen Schaffen, Wirken und Programm der Gruppe Bunt, schufen 30 Grafiker der Kunstuniversität Posen und der Eugeniusz-Geppert-Akademie der Schönen Künste in Wrocław außer Arbeiten auf Papier, auch Installationen, Filme und Ausstellungen im städtischen Raum.

Im Leon-Wyczółkowski-Kreismuseum in Bydgoszcz wird die 6 BUNT Hulewicz Portrait of the artists wife, c 1918Konferenz „Bunt” und die Traditionen der Grafik in Polen und Deutschland (26.06.2015) stattfinden. Die dortige Ausstellung wird durch sieben zeitgenössische Künstler bereichert, deren Arbeiten ihren Dialog mit der Kunst der klassischen Avantgarde darstellen. In Dresden und Wroclaw wiederum wird eine Installation aus Glas und Stahl präsentiert – das Werk von zwei weiteren Künstlern.

5 BUNT Skotarek W, Dance II, 1921 a jpgDas Begleitprogramm zur Ausstellung umfasst vier zweisprachige Publikationen, Vorträge, Workshops, Präsentationen im Rahmen der Nacht der Museen in Posen (16.05.2015) und Beteiligung an der Messe der Guten Bücher in Wrocław (3-15.12.2015).
Das Projekt wird auch auf der 23. Tagung des Arbeitskreises deutscher und polnischer Kunsthistoriker und Denkmalpfleger Re-Konstruktionen. Stadt, Raum, Museum, Objekt (7-10.10. 2015, Institut für Kunstgeschichte 4 Hulewicz J, Der Strahl, c. 1918der Adam-Mickiewicz Universität / Kulturzentrum „Zamek” in Posen) präsentiert und soll zur Wissensverbreitung in Bezug auf die künstlerischen Kontakte zwischen polnischen und deutschen Expressionisten sowie – nicht zuletzt – auch auf den Schenkungsakt zugunsten der polnischen Museen beitragen.

Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Andrzej Bobrowski, Agata Gertchen, Małgorzata Kopczyńska, Maciej Kurak,
Jacek Szewczyk, Piotr Szurek, Przemysław Tyszkiewicz

3 BUNT Kubicka M, SelfportraitIV jpg, 1918Gegenwartskünstler vertreten auf den Ausstellungsstationen in Bydgoszcz und Wrocław: Karolina Ludwiczak, Marcin Stachowiak

Weitere Infos: Bunt-Info-D

Jak się poznali Mama i Tata

Napisałam publikując pierwszy tekst Karusi, że to jej harcerskie powiązania sprawiły, że Mama poznała się z Tatą. Karusia i Mama pojechały bowiem na wakacje do Gdańska, gdzie Karusia chciała się spotkać ze swoją przyjaciółką z harcerstwa, Marią Krynicką. Maria Krynicka (z domu Mudryk) była przed wojną naczelniczką harcerek RP, a prywatnie była Ciocią Taty. Tata tam mieszkał, bo (za namową Cioci) studiował w Gdańsku budowę okrętów. No i tak się poznali.

Tata pięknie to opisał w swojej autobiografii Śladami życia.

Dariusz Bogucki

Lato 1947 roku było piękne i gorące, a dla mnie, po pierwszym roku studiów, również bardzo pracowite. Prędko skończyła się wakacyjna laba, wypełniona żeglowaniem. Przyszedł czas na letnią praktykę studencką, na którą przydzielono mnie do Gdyńskiej Stoczni Remontowej. Warunki były tam, ogólnie mówiąc, polowe. Królowała prowizorka i radosna improwizacja, do tego brakowało narzędzi i wyposażenia. Robiłem wprawdzie, co mi kazano, bo mimo wszystko człowiek lepiej się czuł pracując, niż obijając bez zajęcia, ale w sumie praca była męcząca. Niemal równie męczące były dalekie i niewygodne dojazdy. Wracałem na Batorówkę – tak nazywaliśmy dom wujostwa, na ulicy Batorego we Wrzeszczu – zniechęcony i brudny, potwornie zmęczony, a do tego piesko głodny.

Była połowa sierpnia. Dzień minął jak co dzień. Wróciłem do domu, umyłem się i siadłem w kuchni, gdzie babcia Jadwiga podała mi talerz zupy. Byłem głodny jak wilk, nic dziwnego, że poza talerzem reszta świata w ogóle dla mnie nie istniała. No, nie całkiem, bo głowę miałem zaprzątniętą matematyką, nad którą ślęczałem wieczorami. Egzamin poprawkowy wyznaczono na koniec sierpnia, a oblanie go równało się skreśleniu z listy i wyrzuceniu z Politechniki.

W takim stanie ducha jakoś nie dotarło do mojej świadomości, że naprzeciwko mnie przy stole usiadła dziewczyna. Po prostu jadłem i myślałem o matematyce. Dopiero przy drugim talerzu, gdy głód nieco zelżał, zauważyłem, że tam jest. Jadłem dalej, ale matematyka gdzieś się ulotniła. Obserwowałem i rejestrowałem, choć jeszcze nie wiedziałem, dlaczego. Miałem tylko nadzieję, że nic po mnie nie widać.

Chyba za wiele się nie odzywałem, ona zresztą też nie. Wydawała się zamknięta w sobie, nieśmiała i raczej milcząca. Po prostu tam była, a ja nie mogłem oderwać od niej oczu. Tak więc z tego pierwszego spotkania wyniosłem przede wszystkim obraz.

Nieduża, czarnowłosa, o filigranowej figurze. Sprawiała wrażenie czegoś bardzo egzotycznego. I zachwycającego. W istocie, tak zachwycającego i pełnego uroku, że cała reszta cech, które zazwyczaj charakteryzują daną osobę, niemal umknęła mojej uwadze. Jednak nie, utrwalił się nie tylko obraz. Był jeszcze ten uśmiech – trochę jakby smętny czy przepraszający, i sposób bycia, znamionujący dystans do wszystkiego i melancholię, a może brak żywiołowej radości życia.

Następne dni, zamiast zatrzeć, pogłębiły wrażenie z tego spotkania. Było wprawdzie krótkie i dość milczące, jednak smutna dziewczyna tak mnie poruszyła, że postanowiłem przeprowadzić ostrożny, aczkolwiek, jak teraz myślę, zapewne dość niezgrabny wywiad na jej temat. Od babci Jadwigi dowiedziałem się, że ma na imię Irena. Od cioci Marysi wyciągnąłem, że jest krewną pani Karoliny, przyjaciółki cioci z harcerstwa. Najmłodsza kuzynka, Teresa, dorzuciła kolejną garść cennych informacji: dziewczyna studiuje w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, jej rodzice nie żyją, a do Gdańska przyjechała na wakacje. W niedzielę, po całym tygodniu męczącej praktyki w stoczni, zamiast jak zwykle na jacht, dałem się namówić i pojechałem z Marytą, kolejną kuzynką, do Sopotu na jakąś wystawę malarstwa. Już obejrzeliśmy wszystko i zbieraliśmy się do wyjścia, gdy nagle zobaczyłem, że ona – „moja” dziewczyna – właśnie wchodzi do galerii. Tak mnie to poruszyło, że tym razem postanowiłem działać. Skoro studiuje sztuki piękne, to może wrócimy na wystawę z fachowym przewodnikiem? Maryta bardzo się zdziwiła, ale z tego zdziwienia zapomniała zaprotestować. Przyznam, że pomimo dwukrotnego obejrzenia wystawy, nic z niej nie zapamiętałem, nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co to było za malarstwo. Wiedziałem tylko jedno, że nagle, i to bardzo gwałtownie, przekręciła się oś mojego życia, otwierając przede mną całkowicie nowy, nieznany i niezwykle absorbujący świat. Wszystko odbyło się tak jakoś dziwnie niepostrzeżenie, wręcz bezszelestnie i jakby bez mojego udziału, a jednak efekt był piorunujący. Kiedy w parę dni później Irena zjawiła się ponownie na Batorówce, wiedziałem już, że jestem absolutnie po uszy zakochany. Chociaż tak naprawdę nie miałem pojęcia, co to znaczy, ani co mam dalej z tym fantem zrobić. Krótko mówiąc, na jej widok zbaraniałem. Wujostwo mieli wielką tekę grafik Michała Anioła. Chcąc zyskać na czasie, rozłożyłem przed nią na stole dzieła mojego imiennika (nie wiem, czy już wspominałem, że na chrzcie ojciec dodał mi do Dariusza imiona Michał Anioł, zapewne w nadziei, że pójdę kiedyś w ślady mistrza). Jej kazałem oglądać album, a sam… uciekłem do lasu, który był o kilka kroków od domu, zaraz za płotem.

Wróciłem po godzinie z jedynym postanowieniem, jakie mi przyszło do rozkojarzonej głowy. Muszę jej natychmiast o wszystkim powiedzieć. Irena skończyła już przeglądanie albumu i, lekko zdezorientowana, zbierała się do wyjścia, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. W porywie determinacji oznajmiłem, że mam jej coś niezwykle ważnego do zakomunikowania. Zdziwiła się, ale posłusznie poszła za mną na balkon. Tam jednym tchem wyrzuciłem z siebie, że ją kocham i chcę się z nią ożenić, ale żeby się nie martwiła, bo na pewno zostanę z nią przez całe życie, nie tak jak mój ojciec, który opuścił mamę. Wtedy, po raz kolejny w tak krótkim czasie, cały świat zawirował. Bo ona zarzuciła mi ręce na szyję, a potem nieśmiało wyznała, że też mnie bardzo kocha. Następnie, już bez dalszych zbędnych słów, zaczęliśmy się całować, co tak oburzyło Dżeka, małego foksterierka wujostwa, że zaczął szczekać jak oszalały. Wyjrzała na to ze swego pokoju babcia Jadwiga, chwyciłem więc Irenę za rękę i uciekliśmy do lasu. Długo po tym lesie krążyliśmy, niewiele mówiąc, tylko całując się zapamiętale.

Taki był początek naszego wspólnego życia.

***
I rzeczywiście – nie opuścił jej aż do śmierci.

Na zdjęciach poniżej owe teczki z reprodukcjami dzieł Michała Anioła. Posiadam je do dziś.

sixtina-Deckemale DasJuengste-Gericht-male medici-KapellemaleZa tydzień uzupełnienie czyli wpis o Cioci Marysi.

 

W górę rzeki (21) – odcinek ostatni

Zbigniew Milewicz

Zataczanie koła

Zdania na temat tego, co ja tutaj wypisuję, są wśród moich czytelników podzielone. Mój przyjaciel Edmund na przykład uważa, iż sporo dowiaduje się o mnie z tych tekstów, ale że nadmierną szczerością mogę sobie i innym zaszkodzić. Cóż, na papieża nie będę już kandydował, do polityki też mnie nie ciągnie, a wiele osób, o których piszę już nie żyje, więc ani im nie pomogę, ani tym bardziej zaszkodzę. Zdecydowanie więc bliższy jest mi brat Zdzich, jako czytelnik, ponieważ umie się posługiwać zarówno batem, jak i marchewką. Przyjmuję więc od niego do wiadomości, że ojciec faktycznie miał problemy z kręgosłupem (o czym wspominałem w 18 odcinku), po tym, jak próbował bosakiem wyrwać kawał drewna ze strawionego pożarem komina fabrycznego, niedaleko ich domu na Goleniowskiej. Runęło to na ojca i uszkodziło mu dwa kręgi, chodził później kilka miesięcy w gipsowym gorsecie.

Rodzina Hamplów-rok 1914To ostatni wpis, tym razem zatem Autor podsuwa nam zdjęcia najróżniejsze, nadesłane przez rodzinnych Czytelników,  przypominające różne wpisy z ostatnich kilku miesięcy.
Tu: rodzina Hamplów, rok 1914. W pierwszym rzędzie od lewej prababcia Anna, dzieci: Emilia, Truda, Marika, Teo, Greta i pradziadek Tomasz. W drugim moja babcia Jadzia, Karol, Lena i Willi.

To były, jak mówi Zdzich, chude lata, w domu nie było czym palić w piecach, a ojciec robił, co było w jego mocy, żeby zapewnić rodzinie byt. Potwierdza, że miał on pewne maniery wschodniego satrapy, ale takie wzorce wyniósł z wileńskiego środowiska, w którym wyrastał. Próbował je zmienić, przeflancować na niemiecki styl życia, który mu imponował i miały mu w tym pomóc jego żony. Najpierw moja mama – pochodziła ze Śląska, który był dla ojca ucieleśnieniem germańskości. Później Celina, Pomorzanka, z prawdziwymi, niemieckimi korzeniami. Zdzich wspomina, że ojciec kupił sobie książki do nauki języka niemieckiego i przy wsparciu mamy Celiny opanował go do tego stopnia, że sobie później w domu czasami rozmawiali po niemiecku. Bardzo mu imponowała ta kultura, ale starych, wschodnich nawyków nie dało się całkowicie wykorzenić.

Komunia swietejGrety1916-z lewej babciaI Komunia święta Grety. Obok babcia.

Kiedy pożegnaliśmy ojca, jego miejsce zastąpiły opowieści o tym, jaki był. Zawsze starosłowiański, patriarchalny otec, nigdy tata, czasem tylko Terenia, żona Zdzicha tak o nim mówiła. Legenda łagodziła jednak jego rysy. Przed pierwszymi Zaduszkami namówiłem mamę Ninę na podróż maluchem do Wrocławia. Samochód był prezentem dla młodej pary od mojego dobrego teścia Mariana. Zgodziła się, ale odniosłem wrażenie, że robi to tylko dlatego, aby nie sprawić mi przykrości. Była już na emeryturze i po pierwszym zawale serca, kardiolog uważał, że wcześniej mogła zignorować lżejsze ataki, więc zalecał jej, żeby do maksimum oszczędzała się emocjonalnie i fizycznie. Interpretowała te zalecenia po swojemu, uważała, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić dla innych. Nadal służyła wielu ludziom bezinteresownie dobrą radą, pisała im pisma do urzędów, tłumaczyła listy z niemieckiego na polski i na odwrót. Po śmierci babci gotowała Irce obiady i prała jej rzeczy, w niedzielę wszyscy gościliśmy na Dębowej, przepisywała moje teksty na maszynie, bo przecież umiała to robić lepiej ode mnie, potrafiła wcześnie rano wyjść mi na spotkanie z drugim śniadaniem, na most kolejowy, jak jechałem do redakcji. Kiedy dostałem wilczy bilet jako dziennikarz, oczywiście martwiła się, ale udawała spokojną. Martwiła się, że ma niską emeryturę i nie potrafi dzieciom finansowo pomóc, że jesteśmy na garnuszku moich teściów. Przy tym wszystkim niestety wypalała sporo papierosów, do mocnej kawy, parzonej po turecku.

Rok 1918-slub cioci Heleny- wujka AdolfaRok 1918 – ślub cioci Heleny i wujka Adolfa

Kiedy wychodziliśmy z osobowickiego cmentarza, powiedziała, że więcej już tutaj nie przyjedzie, co wytłumaczyłem sobie po swojemu, że lepiej było nie zabierać chorej mamy w tę podróż. Chyba na wiosnę następnego, 1984 roku, zmarł w Chorzowie, w bardzo sędziwym wieku wujek Adolf, mąż siostry babci, cioci Heleny. Był to człowiek ogólnie lubiany w rodzinie, znany z dowcipu, zamiłowania do płci pięknej i dobrych trunków, stary marynarz pruskiej floty wojennej. Pojechaliśmy z mamą na pogrzeb, później, na rodzinnym spotkaniu, które odbyło się w domu, w którym wujek mieszkał, powiedziała mi pogodnie: popatrz Zbysiu, zatoczyłam koło, tutaj się urodziłam.

ostatnie-wspolne-zdjecie-od lewej Irka-mama Nina-ja-MirkaOstatnie wspólne zdjęcie: Irka, Mama Nina, Autor i jego żona, Mirka

Na początku września, za swoją część skromnego spadku po ojcu kupiłem bilet na statek handlowy, który płynął do Syrii. Kilka dni po rozpoczęciu rejsu kapitan powiadomił mnie, że dostałem telegram – nagle zmarła moja mama. Znajdowałem się wtedy na Morzu Północnym, na którym szalał sztorm. Przeszkodził mi w przeprawie szalupą na kontenerowiec, wracający kontrkursem do Gdyni i nie byłem na pogrzebie mamy. Cały ciężar obowiązków, związanych z pochówkiem wzięła na siebie moja dzielna żona Mira, sporo pomógł jej nasz przyjaciel domu Lolek, ale dla mnie świat się wtedy w ogóle zawalił.

Opis zdjec w oryginale- nie wiem czyjego autorstwaKtoś, ale nie wiadomo kto, opisał te zdjęcia. Po niemiecku.

Sady Pradziadka – album kresowe

Ach ci autorzy…

Oddałam Andrzejowi Rejmanowi poniedziałki, żeby opowiadał o rodzinie, a on tymczasem, proszę, co mi przysłał – furę zdjęć i taki oto tekst:

… mało jakoś czasu miałem aby coś napisać …

______________

Krajobrazy kresowe…

Byłem kiedyś na wystawie zdjęć Zofii Chomętowskiej (Dom Spotkań z Historią, Warszawa) – coś pięknego!
Uderzyło mnie podobieństwo krajobrazów, ujęć, fryzur, ubrań, postaci… do zdjęć, które posiadam we własnych zbiorach rodzinnych.
Nic dziwnego! Toż to przecież przedwojenne Kresy!
Dziadek miał aparat od początku ubiegłego wieku, fotografował wszystko, zwłaszcza podczas swoich podróży naukowych (był geologiem) – ale to temat na oddzielną historię. Potem zdjęcia robiła moja mama, mam więc czym się teraz podzielić. Na razie kilka krajobrazów “Kresowych”.

Tu te zdjęcia

Po moich niedowierzających mailach Autor odparł,  że tak ma właśnie być, ale po namyśle dodał jeszcze muzyczną ciszę i wiersz Marii, córki Adama.

Maria Hrebnicka była później malarką, w 1908 miała najwyżej 16 lat, a może i mniej. Wtedy rodzina mieszkała w Petersburgu.
Ten wiersz to nie jest szczyt literacki:-), jakieś tam nawet może są błędy ortograficzne – czy “głuchy” pisało się “głóchy” w 1908 roku??
O Marii kiedyś napiszę oddzielnie, bo jej piękne obrazy wiszą w Muzeum w Raju.

skanwierszaJulii

 

 

 

 

 

 

 

Miłość i tęsknota  

Tęsknota bezbrzeżna, tęsknota jak morze,
Jak śnieżne polany rozległa,
I miłość bezmierna, jak nieba przestworze,
Po sercu się mojem rozbiegła.
I smutek swym skrzydłem przesłonił me oczy
I czarnym welonem zawiesił mi świat…
Fortuny koło nierówno się toczy,
I często mróz ostry warzy wiosny kwiat.
A płomień w mej duszy głęboko tak pała,
Jak skarb ukryty wśród kamiennych skał…
Jak perłę swą muszla przysłania białą
Tak smutek przysłonił ognia tego żar.
Szarą się przędzą wokoło mnie wlecze,
Smutny rozciągły, szary, głuchy dzień,
Boleść przeszywa me serce jak miecze,
I tylko miłość gasi smutku cień.
Tęsknota i miłość me serce osnuły.
Wspólnie tam rządzą potęgi te dwie,
I obie razem tak się doń przykuły,
Że każda niem miota tak, jak sama chce.

1908, wiosna, Petersburg