Legenda o Warszawie – Odcinek I

Osoby grające:

Rosław, grododzierżca – lat ok. 70, wysoki, b. tęgi
Dziwomir – wróż – lat ok. 70, chudy, zgarbiony
Warsz – młody łowca, rybak, dziesiętnik tarczowników
Dabor – stary rybak
Rada – jego żona
Bożenka – ich córka
Dagniew, Tur – druhowie Warsza, młodzi chłopcy
Żywia, Sława – drużki Bożenki, młode dziewczęta
Sułek, dowódca oddziału książęcego

Ryś – pachołek Rosława
Kyś – pachołek Dziwomira,
Tarczownicy, łucznicy
Prusowie – starszyzna i woje
Dzieci
Postacie bajeczne: Syrena – panna wodna, skrzaty, zjawy i duchy leśne
Ryk – pies Bożenki, wilczur

Wiktor Ostrowski

GRÒD NAD BZURĄ
(okolice dzisiejszego Ozorkowa)

Ogólny widok na gród zbudowany wysoko nad brzegiem rzeki.  Od strony rzeki niewielkie podgrodzie z małą przystanią łodzi i tratew rybackich. Dalej błonia, dochodzące do puszczy, które otaczają rzekę, z drugiej strony okala gród, między puszczą a grodem uprawne  pola. Od głównej bramy grodu – droga, idąca dalej przez przesíek,  na zachód /na Gniezno i Poznań, rozgałęzienie – niewidoczne w filmie – na Płock/. Od strony podgrodzia druga brama, węższa.

Gród zabudowany dość ciasno małymi chatami, otoczonymi budynkami gospodarczymi. Większe są tylko chaty: Rosława – grododzierżcy,  Dziwomira, wróża i paru komorników.  Jeszcze mniejsze chaty i biedniejsze – to domostwa rybaków,  zamieszkujących podgrodzie. Przy nich małe ogródeczki, szopy na  sprzęt rybacki i charakterystyczne drągi, na których suszy się sieci.

Zapada wieczór. Z daleka płyną łodzie i tratwy. Rybacy  wracają z całodziennego połowu. Widzimy po kolei kilka łodzi płynących “na pych”. Zatrzymuje się na łodzi starego Dabora. Odpoczywa on łodzi. Córka jego, Bożenka, ciężko pracuje, pchając  łódź długą żerdzią. Tym razem połów był udany i w łodzi widać sieć  pełną ryby. W pewnym miejscu Dabor i Bożenka wskakują do wody i  przeciągają z wysiłkiem łódź przez płyciznę, potem dalej rybak siedzi a Bożenka pcha łódź i śpiewa:

Piosenka Bożenki:

Południce, południce
Dajcie: rybkę na sieć chwycę,
Południce, południce
Odwracajcie gniewne lice…

Dobre Dole, Dobre Dole,
Parę rybek wam pozwolę,
Dobre Dole, Dobre Dole
Ryby na zimę zasolę…

O Dadźboże, o Dadźboże
Proszę cię, proszę w pokorze
O Dadźboże, o Dadźboże,
Daj dostatek mej komorze…

Dobre skrzaty, dobre skrzaty
Strzeżcie mojej biednej chaty,
Dobre skrzaty, dobre skrzaty,
Niech Warsz do mnie pośle swaty…

Max Priesniakow. Daźbóg. 1998 (Wikipedia)

Grododzierżca Rosław kończy posiłek siedząc przed swym domostwem.  Wyjada chciwie resztki z misy i zapija strawę łykami piwa czy miodu.  Potem powoli wstaje i statecznie udaje się na obchód grodu. Po jego  wyjściu zjawia się jego pachołek Ryś i wylizuje miskę sącząc ostatnie krople napoju. Nie wygląda on na głodnego, jest dobrze upasiony, niski i gruby.

Rosław idzie między chatami. Rozmawia łaskawie z rybakami i  rolnikami, ogląda sprzęt, ale przede wszystkim łakomymi oczami taksuje młode dziewczęta. Nic dziwnego – pochował dwie żony, które nie mogły znieść poniewierki i ciągłych razów.

Jedne dziewczyny chowają się do chat, bojąc się nawet spojrzeć  w stronę Rosława, inne, niepomne losu jego żon, patrzą nań przymilnie, myśląc o tym, że los żony grododzierżcy jest jednak lepszy niż ciągła ciężka praca i poniewierka przy rodzicach. Ale Rosław przeważnie patrzy na nie z pogardą – nie są dość dobre dla niego.

Tak rozmyślając, dochodzi do rzeki i patrzy na dopływające  łodzie i tratwy. I właśnie widzi Dabora i Bożenkę, po kolana w wodzie, wyciągających łódź na ląd. Piękna, zgrabna i silna dziewczyna podoba się Daborowi. Wzrok jego z lubością zatrzymuje się na jej nagich ramionach i nogach. Tak! Taka niewolnica mu odpowiada. Toteż stary grododzierżca postanowił. Ale trzeba się naradzić.

Bożenka z Daborem niosą z wysiłkiem napełnioną i zawieszoną  na drągach sieć do domu. Na progu chaty wita ich stara Rada.  Teraz zaczyna się mozolne sortowanie ryb. Zaraz też nadchodzi komornik i on zabiera kilka najpiękniejszych sztuk do swojej sakwy.  Prawie całą resztę oddaje się, a tylko małe, najgorsze sztuki to  pożywienie dla rodziny rybackiej.

Bożenka, mimo zmęczenia całodzienną pracą, nie traci czasu.  Szybko spożywa posiłek, myje się i wkłada nowe giezło. Rozczesuje  jasne włosy i wplata w nie kwiaty. Dziś odbędą się sobótki, i tam  czeka na nią jej miły – Warsz.

Na błoniach za podgrodziem jest wszystko gotowe do zabawy.  Ułożono już stosy. Kilku starszych i młodszych mężczyzn to kapela,  grająca na prymitywnych instrumentach, gęślach, piszczałkach, bębenkach. W gronie młodzieży rej wiedzie Warsz, rybak, łowca, wojownik i tancerz zawołany. Zbierają się chłopcy i dziewczęta, na razie  trzymając się oddzielnie. Na zwalonych pniach drzew zasiadają godnie starsi mężczyźni i kobiety, statecznie pogwarzając. Zapalono  już kilka ognisk. Warsz pierwszy wziął rozbieg i lekko przeskoczył  przez płonące ognisko. Skaczą inni chłopcy. Już rozpoczynają się  tańce. Starzy zachęcają młodzież okrzykami, klaszcząc w dłonie.

Bożenka biegnie po łące, z dala widzi ognie i słyszy muzykę  i śpiewy. Biegnie lekko i wbiega w jasny krąg. Spotkanie Warsza  i Bożenki i od razu – w tan.

Radość panuje wśród młodych. Późną nocą rozchodzą się stateczni starcy, a w ślad za nimi i młodzi. Jeszcze słychać gadki,  jeszcze w cieniu chłopak ściska dziewczynę i w końcu wszystko cichnie – ogniska dogasają.

W grodzie chata wróża Dziwomira, otoczona jest przez ludzi.  Wewnątrz dym się kłębi, widać przez otwarte drzwi od czasu do czasu  błysk ognia i słychać odgłosy wielkiego bębna. Ludzie z zabobonną  trwogą wsłuchują się w odgłosy zwiastujące Dadźboga. Wróżby się skończyły. Do Dziwomira podchodzą kolejno rybacy,  każdy o coś czołobitnie prosi, przedkłada swoje sprawy i każdy składa wróżowi dar. Rybacy się rozchodzą, a wróż przechodzi do swej  chaty, gdzie w komorze ogląda z sytym zadowoleniem zapasy żywności,  futra i inny dostatek.

Wychodzi z chaty, siada na przyzbie, a pachołek jego, Kyś,  przynosi mu dzban syty i dwa kubki. Dwa, bo oto, po chwili zjawia  się Rosław. Dwaj druhowie, którym życie dostatnio płynie i z których każdy na swoją rękę bogaci się, obdzierając najbiedniejszych – szczerze i serdecznie rozmawiają ze sobą. Oni nie mają przed sobą  tajemnic.

Rosław zwierza się ze swych zamiarów w stosunku do Bożenki.  Wróż pochwala wybór druha. Cóż, dziewka jest i piękna, i silna,  i robotna – żona z niej będzie doskonała, a przy tym zawsze pletnią  można jej wybić głupstwa z głowy. Ale Rosław obawia się jednego.  Wie, że Warsz i Bożenka kochają się. Warsz to młody i silny woj.  Takiemu trudno jest przeciwstawić się. Może on ważyć się na wszystko. Wróż radzi czekać, bo może znajdzie się jakieś inne wyjście  z sytuacji.

Ranek. Przesiek w lesie. Przesiekiem pędzi młody woj na  koniu. Nie żałuje konia – sprawa widać jest pilne. Z dala widać  już gród. Jeździec przyspiesza, wpada przez most zwodzony w bramę  i woła Rosława. Straż grodowa doprowadza gońca do grododzierżcy.  Rozkaz księcia, który goniec przywiózł, jest krótki i zaraz po  otrzymaniu zlecenia, Rosław wysyła swego pachołka do Warsza, Dagniewa i Tura.

Wszyscy trzej stawiają się spiesznie. Rosław oznajmia Warszowi: “rozkaz księcia: weźmiesz dziesiątki Dagniewa i Tura i swoją  dziesiątkę. Ruszysz dziś spiesznym marszem pod Płock. Goniec was  poprowadzi. Zabierzcie łuki a szypy, sulice a tarcze, wyładujcie  sakwy żywnością na trzy dni. Idziesz z księciem na Prusów”.

Żałość i rozpacz zapanowały w grodzic. Rodzice żegnają synów, dziewki z płaczem rozstają się ze swymi braćmí, narzeczonymi. Jednak nikt się nie buntuje – rozkaz księcia.

Warsz trzyma w objęciach Bożenkę, uspokaja ją. Bożenka przyrzeka mu: “nie dam się”. Ale jednak wie, że wola Rosława jest nie  do pokonania… Odmarsz oddziału 30 ludzi pod dowództwem Warsza.  Chłopcy nadrabiają minami, ale i im jest niewesoło. Zadowolony  jest tylko Rosław. Przeszkoda – mówi Dziwomirowi – jest pokonana…

Dabor woła Bożenkę i oznajmia jej, że Wróż ma przyjść jako  swat – prosić o Bożenkę na żonę dla Dziwomira. Dabor aż dmie się z  dumy i zadowolenia. Jaki zaszczyt go spotyka. Skończy się ciężka  praca. Wszyscy w grodzie będą go poważać. Dla Bożenki to wielkie  szczęście. Toteż – mówi – jak swat przyjdzie – masz być wesoła,  bo będziesz żyć w dostatku.

Bożenka pada przed ojcem na kolana. Prosi, błaga go o ratunek. Przerywanym głosem, płacząc wyznaje, że ona i Warsz kochają  się. Warsz chce pojąć ją za żonę. Oni młodzi, a tu jej ojciec  chce ją dać staremu. Chce dla niej źle.

Dabor aż zaniemówił ze złości. Jak to, dziewka chce swój  rozum mieć? Nie rozumie swego szczęścia, chce, głupia, całe życie  ciągnąć sieć. Oburzony uporem córki chwyta gruby sznur i z całych  sił bije Bożenkę. Potem wpycha ją do komory i tam zamyka.

Bożenka płacze żałośnie, ale już w jej twarzy zjawia się wyraz uporu i buntu. Nie da się. Postanowiła!

W chacie Dabora zjawia się dostojny gość – Dziwomir. Chata  pięknie wewnątrz wyprzątnięta. Dabor wita gościa czołobitnie,  ale godnie. Dziwomir siadł, pyta o połów ryb. Wyjmuje spod skór  piękny dzban i wiązkę chmielu. Rada podaje ozdobny kubek. Dziwomir mówi: Inny kubek chcę od ciebie, bracie, ten, co chowasz w swej komorze. Oddaj go. Rosław mnie przysłał, bym cię w pokorze prosił,  byście waszą córkę, Bożenkę, zechcieli oddać mu za żonę. Jeśli zgoda  – wypijemy miód – a chmiel tu na ławie leży. Potem omówimy, jak należy, wiano i posagę. A jeśli zgoda – zawołajcie dziewkę – niech wypije on miód z nami.

Dabor długo się zastanawiał, odpił połowę syty i rzucił kubek  wprost w twarz wróżowi. Wróż – jak zwyczaj każe – schwycił kubek  samymi zębami i przechylił go i wypił nie dotykając rękami.

Rada podała z pokłonem placki, sól, wędzone ryby i mięsiwo.

Przyprowadzono Bożenkę. Wróż napełnił kubek, podał dziewce z  ukłonem. Dabor odebrał kubek i siłą wlał nieco w usta dziewki, oddał resztę Radzie, która wypiła miód i zaraz za obie ręce zaprowadziła Bożenkę do komory.

Dabor omawia wiano i posagę, targuje się – jak zwyczaj każe –  wreszcie targi skończone. Dabor odprowadzając wróża, gnie pokłon,  a wróż dostojnie chyli swą łysą czaszkę…

Ranek. W grodzie nikt się nie spieszy do codziennej pracy.  Cały gród czysto uprzątnięty, domostwa przystraja się zielonymi gałęziami. Na grodowym rynku palą się ogniska i wyznaczeni ludzie  pieką na rożnach sarnie udźce, całe tusze świńskie, gdzie indziej  warzą ryby. Stoją wielkie kadzie z piwem i beczułkami syty. Rybacy i rybaczki myją się i czeszą – młode dziewczęta stroją się w odświętne giezła i wplatają kwiaty we włosy. Młodych chłopców jest  niewielu, przecież 30 odeszło z Warszem na wojnę. Sporo jest jednak młodych nicponi, którym nigdy do pracy nieskoro, ale do wypitki i jadła są pierwsi.

U Dabora w odświętnie przystrojonej chacie Rada z kilkoma  starymi kobietami czeszą i odziewają Bożenkę w godowe szaty, nie  zwracając uwagi na rozpacz dziewczyny. Po skończonej robocie – matka zamyka Bożenkę w komorze i – na wszelki wypadek zamocowuje drzwi skoblem. Teraz czekają na “młodego”.

Rosław – w odświętnej szacie – czysto wygolony i – zda się –  odmłodzony, wesoło rozmawia z równie uroczyście przyodzianym wróżem  i kilkoma starszymi rybakami. Sprawdza on starannie wszystkie przygotowania. I jego domostwo jest uprzątnięte i ozdobione. Stoły i  ławy gotowe. Rosław niecierpliwi się, chciałby prędzej zobaczyć  Bożenkę, ale zwyczaj, któremu nawet on nie śmie się sprzeciwić, nie  pozwala na to.

Zbiera się kapela. Kilka starców i starszych kobiet, tworzących jakby świtę – orszak weselny, gromadzi się przy Rosławie.

Wreszcie na dany przez Rosława znak orszak otoczony tłumem,  przy dźwiękach kapeli i  śpiewach weselnych – rusza od domostwa Rosława i kieruje się na podgrodzie, do chaty Dabora.

U progu obejścia dostojnych gości wita Dabor i Rada, częstując  Rosława gościnnym miodem, a potem wchodzą do chaty i otwierają drzwi komory.

I Rosław, i rodzice Bożenki cofają się ze zdumieniem i zgrozą. Komora jest pusta. Dziewki nie ma. Uciekła, za nic mając posłuszeństwo wobec rodziców i świetną przyszłość małżonki Rosława.  Tylko dół wykopany z miękkiej ziemi wskazuje drogę jej ucieczki.

Rosław, czerwony ze złości odwraca się do tłumu i lżąc  go, rozkazuje przerwać nastrój świąteczny i natychmiast bieżyć do  pracy. Słowa swe popiera uderzeniami drąga. Ludzie gromadnie uciekają przed wściekłością Rosława. Ten i ów z młodych nicponi spiesząc się skryć, chwyta po drodze sarni udziec, czy inne jadło i –  po chwili – gród pustoszeje. Zostaje tylko Rosław i gromada pachołków, oczekująca teraz na dalsze rozkazy, które – domyślają się oni  słusznie – muszą zaraz otrzymać. Niepodobieństwem jest przecież,  żeby Rosław zrezygnował z przeprowadzenia swojej woli.

Tak też się staje. Rosław rozkazuje pachołkom chwytać sznury   i kije, biec za uciekinierką i doprowadzić ją do niego. Obiecuje  swą wdzięczność tym, którzy schwytają Bożenkę.  Gromada ciurów uzbraja się i biegną szeroką nagonką w stronę  puszczy, bo tylko w puszczy mogła się ukryć Bożenka.

Jeden z pachołków – po drodze – wbiega do obejścia Dabora i odwiązuje tam psa Bożenki, Ryka, przypuszczając, że zwolniony z linki pies pobiegnie za śladem Bożenki i doprowadzi do niej pogoń. Tak  się i staje – pies biegnie w stronę puszczy.

Bożenka uciekła istotnie przez wykop, którego dokonała gołymi rękami i, po wydostaniu się z obejścia pustymi wówczas opłotkami pognała w stroju godowym w stronę puszczy. W puszczy  odwaga ją opuściła. Coraz gęściej, z każdym krokiem otacza ją  coraz gęściejsza i dziksza puszcza. Ale nie zatrzymując się biegnie  dalej, chcąc przepłynąć rzekę i znaleźć się w bezpiecznej odległości  od pogoni, która – dobrze się dziewczyna domyśla – musi nastąpić.

Dziewczyna dobiega do rzeki, chwilę zastanawia się, zrzuca godową szatę i w krótkim gieźle rzuca się do wody, chcąc przepłynąć  rzekę. Na środku rzeki natrafia na mieliznę i w momencie jej przebywania, zostaje zauważona przez pogoń, słyszy okrzyki i nawoływania,  dociera do głębszej wody i tu dopada ją Ryk. Młody pies, szczęśliwy,  że dogonił swoją panią,  łasi się do niej w wodzie, skacze i przeszkadza płynąć. W tym momencie pogoń ją naściga. Pachołkowie  chwytają Bożenkę, która rozpaczliwie się broni. Pies na widok napaści wpada w szał i rzuca się na pierwszego napastnika. Pachołek sięga po broń, a inny grubą pałką z całej siły uderza psa po łbie.  Pies spływa wodą – martwy, a Bożenka zostaje schwytana. Oprawcy wiążą jej ręce z tyłu, nie szczędząc jej obelg i razów. Płaczącą na  głos dziewkę prowadzą do grodu, ponaglając ją szturchańcami i uderzeniami do szybszego chodu. Wpędzają ją do obejścia Rosława, który  rozkazuje wprowadzić ją do komory i przywiązać do belki. Bożenka  stoi zatem ze wzniesionymi ku górze rękami, związana. Pachołki  nisko kłaniając się Rosławowi odchodzą. Rosław zostawia na straży  Rysia i Kysia, polecając im dawać baczenie, aby nikt się nie odważył wejść do komory, a sam udaje się do domostwa Dziwomira i tam  dwaj starcy – znów nad kubkami miodu – długo się naradzają.

Oddział Warsza, idąc ku północy, przedziera się przez puszczę. Ostrożnie badając teren, zwiadowcy odkrywają obozowiska Prusów. Warsz śle gońca do głównych sił księcia, a sam wysyła kilku chłopców polecając im z dala spenetrować teren i ustalić miejsca  zasieków pruskich. Po kilku godzinach woje powracają. Jeden z nich jednak został. Oddziałek miał potyczkę z Prusami i Bień został raniony, a że nie mógł iść, więc go zostawili.

Warsz jest oburzony. Zostawić rannego towarzysza! Bierze  dwóch dzielnych chłopców i sam dąży na pomoc Bieniowi. Idą ostrożnie, w dość dużej odległości jeden od drugiego. Warsz wpada w zasadzkę i – schwytany przez kilku Prusów – zostaje zawleczony do  pruskiego obozu.

Ryś i Kyś wartujący przy domu Rosława spostrzegają grododzierżcę zbliżającego się z długą pletnią w ręku. Wchodzi on do chaty.  Chłopcy podglądają przez szpary.

Rosław wchodzi do komory – w pierwszej chwili chce bić Bożenkę, przygląda się jej chwilę, lecz dziewczyna, stojąca przed nim  w strzępach giezła, wygląda tak ponętnie, że Rosław zapomina o celu  swego przyjście i chwyta przywiązaną dziewczynę w objęcia. Ale  dzíewka broni się przed napawającym ją wstrętem starcem i, mając  przywiązane ręce, nogą odpycha go z całej siły. Rosław zatacza  się, pada i rozcina sobie czoło o jakiś ostry przedmiot. Teraz  zrywa się, ociera krew z twarzy i, nieprzytomny z wściekłości, zaczyna smagać Bożenkę. Ta – mimo razów – nie krzyczy, tylko z cicha  jęczy. Nagle Rosław zatrzymuje się i słucha uważnie – z dala słychać wrzawę, zbliżającą się coraz bardziej. Do komory wbiega Dziwomir, nie zwracając uwagi na Bożenkę – wyprowadza grododzierżcę z  domu.

Okrzyki: gore, biada, pali się…

Pali się puszcza i ogień zbliża się i zagraża grodowi. W grodzie i na podgrodziu panika.  Grododzierżca z wróżem szybko udają się na zwiady. Mimo swego wieku Rosław zwinnie wdrapuje się na drzewo, chcąc z góry ocenić  zagrażające niebezpieczeństwo. Starcy stwierdzają, że pali się mały odcinek drzew, otoczony moczarami. Ogień musi wygasnąć sam,  nie zagrozi grodowi.

Wracają spiesznie i Rosław oświadcza, iż wróż swą nadziemską  siłą pokonał ogień. Każe wracać ludziom do pracy, a starcy na  wiecu uchwalą dar dla Dadźboga za oszczędzanie grodu.

Bożenka stoi związana, zbita i cicho płacząc woła  Warsza.

Reblog: 25 rocznica zaginięcia Wandy Rutkiewicz

12 maja 1992 roku, 25 lat temu, widziano ją po raz ostatni.

Dziś, 13 maja, to oficjalny dzień jej śmierci.

„Zginę w górach” — mówiła. Dotrzymała słowa. Zaginęła na górze Kanczendzonga w Himalajach. Jej śmierci nikt nie widział, jej ostatniego słowa nikt nie słyszał, jej ciała nikt nie odnalazł. Na początku XXI wieku do Izby Pamięci Jerzego Kukuczki zapukała para turystów, która twierdziła, że w jednym z klasztorów w Tybecie spotkała postać przypominającą zaginioną przed laty himalaistkę…
Jej odejście, tak jak wiele zdarzeń z jej życia, do dziś pozostaje tajemnicą.

Trzecia kobieta i pierwsza Europejka na Mount Evereście. Pierwsza kobieta, która zdobyła szczyt K2. Od małego słynęła ze „żmudzkiego” uporu. Szybko musiała dorosnąć, by wesprzeć matkę w domowych obowiązkach. Ojcu chciała z kolei zastąpić pierworodnego syna, który zginął śmiercią tragiczną. Najpierw dźwigała ciężar niełatwej historii rodzinnej, później sprawy „na dole” zawsze pozostawiała na drugim planie. Żyła od wyprawy do wyprawy. Nigdy nie zdecydowała się na macierzyństwo. Rozpadły się jej dwa małżeństwa. Najważniejsza była dla niej wolność. Jej prawdziwą miłością były góry.

Nieznane dotychczas dokumenty, niepublikowane wcześnie fotografie oraz bliscy, którzy po raz pierwszy zgodzili się na rozmowę.  Po olbrzymim sukcesie książki Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska przybliża czytelnikom życie najsłynniejszej polskiej himalaistki. Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz to znacznie więcej niż biografia. To opowieść o pokonywaniu własnych demonów, przełamywaniu swoich słabości i o wielkiej, życiowej pasji, która, dając niebywałą siłę, może również spalać.

Biografia Wandy Rutkiewicz ujrzy światło dzienne już jutro, 14 czerwca 2017 roku. 

Kangchenjunga, 8586 m seen from Gangtok, Mountain on the border between Nepal and Sikkim – sierpień 2004, foto Siegmund Stiehler (Wikipedia commons)

Jaques Morelenbaum

Der Lob der kleinen unwichtigen Dinge, die nichts kosten oder das Ding an sich

Für Michał Krenz

Alle meine Leser wissen schon, dass ich sehr gern meinen Lesestoff auf der Strasse finde oder kostenlose Bücher vom Büchertisch hole. (Meine gelesene Bücher gebe ich gern weiter, auch wieder an den Büchertisch). Genauso gern kaufe ich meine Sachen in einem Second-Hand-Laden oder lasse mich beschenken (und die nicht mehr getragene gebe ich weiter).

Ab und zu frage ich mich selber: Wieso tue ich es? Aus Sparrsamkeit? Kaum. Klar, manchmal habe ich kein Geld, aber dann braucht man auch heutzutage, da wir alle so viele Klamoten haben, nichts zu kaufen. Das, was wir haben, hätte doch für Jahre gereicht.

Im Buch von  Olwen Hufton über die Frauen von der Renaissance bis zur Industrialisierung (fantastisches Buch! unbedingt lesen!) gibt es unter anderen die Geschichte der Kleider unter dem Aspekt der Frauenarbeit. Nach Hufton, sorgten Frauen mehrere Jahrhunderte dafür, dass die Bewohner Europas überhaupt was zu tragen hatten. Sie meint, dass es in dieser Zeit immer wieder diesselbe Stoffe waren, die uns kleideten, von Frauen geändert, angepasst, gestopft, geflickt, umgedreht, zusammen genäht, getrennt und gebunden. Das heisst, es hätte wohl sein können, dass eine schwindsüchtige kleine Weberin im Lyon im Jahre 1816 ein Kleid trug, dessen Stoff im XVI Jahrhundert für Diana von Poitiers (1500-1566), Mätresse Königs Heinrichs II von Frankreich gefertigt wurde.

Ich bin keine begabte oder leidenschaftliche Näherin und nicht destotrotz sehne ich mich an die Zeiten, als wir die Resourcen, die wir hatten mit Respekt benutzten, das heißt auch Socken stopften, Kleider verbesserten, mit Mama, Schwester und Freundin diesselbe Bluse zu feierlichen Anlässen trugen. Es ist nicht nur der ekologische Gedanke, der mich  leitet, weil ich es auch gesellschaftlich genauso wichtig finde. Reparieren, mit den anderen teilen, bescheiden sein, nicht protzen… Darüber schrieb der Henning Mankell eine wunderbare Textpassage, die ich schon mal zitierte.

Kurzum: ich lese gern gefundene Bücher, trage gern schon von jemanden anderen getragene Klamotten, gewahre gern den Unkraut Platz in meinem Balkon-Garten, dazu mag ich kein Fleisch und keine Milch, bin also eine Vegetarierin mit dem Hang zum Vegan. Pazifistin bin ich sowieso und für die andere Lebensoptionen offen und tolerant, mehr noch, sie sind mir so was von egal…

Alles wichtig, alles vorbildlich gar, aber ich glaube, hinter meiner Vorlieben steckt vielmehr mein individueller Charakter als pure Überzeugung. Die hat sich viel später herausgebildet. Der Aspekt, ich-tue-was-ich-mag ist mir wichtig, aber auch Vorliebe zu Finderei (nicht umsonst bin ich eine Archäologin) – die gefundene, bekommene, Zweite-Hand-gekauften Sachen haben ihre Geschichten. Jemand hatte etwas, was mir jetzt gehört, schon in der Hand gehalten, hat es getragen, oder gelesen, oder weggeworfen, die Dinge waren ihm wichtig oder unwichtig, egal, aber es gab gewisse Verhältnisse zwischen dem “Ding an sich” und dem Menschen, der es besass.

Und so weiter.

Und dies alles, um zu erklären, dass ich gern gefundene, gerettete Seiten lese… Vor ein paar Tagen bekam ich ein Geschenk aus Madeira. Eingepackt in eine gestreifte Papiertüte, umgewickelt in eine doppelte Zeitungseite. Ein Geschenk in Zeitungspapier! Wie schön! Wie die Sommerblumen, die wir damals in Polen auf dem Market kauften und sie in Zeitungspapier umgewickelt nach Hause trugen, die duftenden Platterbsen oder Levkojen.


Terça-feira, 18 de abril de 2017 / Dienstag und so weiter… Seite 13 Werbung für Agroalimentar na Economia Iberica (Agrar- und Ernährungsökonomik in Iberien), eine Initiative zur Förderung der lokalen Landwirtschaft. Diesmal Reis… Arroz.

Auf dem Schüsselchen ist eine Pflanze abgebildet, die das Wahrzeichen von Madeira ist. Ich vermute, es ist die Agapanthus praecox (Afrikanische Liebesblume), weiß jemand was anderes, bitte ums Korrigieren

Seite 14, Soziedade (Gesellschaft), Wetter und Ergebnisse der Lotto-Ziehung. Seite 27. Mundo – die Welt: Portugal é central no triangulo entre Europa, America Latina e Africa (Portugal übernimmt zentrale Position im Dreieck zwischen Europa, Lateinamerika und Afrika). Na ja… Soll haben. Seite 27, Artes… Jaques Morelenbaum, “A musica que nao fala a alma incomoda-me como um espinho” – Die Musik, die  nicht von der Seele spricht, stört mich wie ein Dorn.

Interessant, ich kenne doch kein Portugiesisch, aber eigentlich verstehe ich den ganzen Artikel. Jaques Morelenbaum muss ein Jude sein, obwohl es nirgendwo gesagt wird, weder im Text selber noch später, als ich ihm in Wikipedia suche, aber ich bitte Sie, mein Herr, Jaques Morelenbaum!

Er ist ein brasilianischer Cellist, Komponist, Arrangeur, Dirigent und Musikproduzent. Geboren 1956, studierte in Sao Paolo und in den USA.

Seine musikalische Karriere begann in den 70er in der Progressive Rock-Band A Barca do Sol. Von 1984 bis 1994 spielte er in der Nova Banda mit Antônio Carlos Jobim. Nach seinem Tode gründete er gemeinsam mit seiner Frau Paula, Jobims Sohn Paulo (Gitarre und Gesang) und Paulos Sohn Daniel (Klavier und Gesang) das Quarteto Jobim-Morelenbaum. Er leitet auch Cello Samba Trio. Er macht auch Filmmusik, darunter für Central do Brasil, welcher 1998 den Goldenen Bären der Berlinale für den besten Film gewann und zu Oskar nommieniert wurde.

Jaques Morelenbaum wirkte bei  mehr als 700 Platten. Eigentlich waren es am Tag des Interviews für die Zeitung Diário de Notícias genau 748. Bei Wikipedia nennt man nur ca. 400 Discs.

Die aktuelle politische Lage in seinem Heimatland Brasilien macht ihn Sorgen.

Am Dienstag spielte Cello Samba Trio von Morelenbaum in Lisabon in Tivoli, am 20. in Conservatório de Música in Coimbra, am 21 in Cineteatro in Estarreja…

Wir hören hier eine von seiner Sambas…

Moje autorki i moi autorzy / Meine Autor*innen

Ewa Maria Slaska

Ich dachte mir, ich zeige euch, wie oft wir schon, als Autor*innen von diesem Blog, fürs Publikum gelesen haben. Vor allem aber ist dieser Beitrag ein Lob an Christine Ziegler, die all diese Lesungen organisierte, die Plakate entwarf und alle mögliche und umögliche Wünsche unserer Lesenden mit Ruhe, Würde und Gelassenheit erfüllt hat! Danke an Euch alle und Danke Christine!

Pomyślałam, że pokażę dziś kilka plakatów z wieczorów autorskich, które zorganizowałam dla moich Autorów i Autorek :-). Przy tej okazji chciałam też podziękować Christine Ziegler, która wszystkie te plakaty zaprojektowała, wszystkie te wieczory autorskie zorganizowała i była dla nas zawsze najmilszą gospodynią wieczoru, wypełniającą najdziwniejsze możliwe i niemożliwe życzenia osób występujących. Dziękuję Wam wszystkim i dziękuję Christine!


Stuart słucha muzyki 7

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 20

Przyjacielowi Stuarta umarło dziecko. Tragedia, a on nie wie, jak ma się zachować. Jego drogi z przyjacielem właściwie się rozeszły, ale Stuart wie, że w obliczu tego, co się wydarzyło, powinien coś zrobić. Co?

Pink, The great escape

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

I wtedy okaże się, że jego niemoc w obliczu tragedii, jaka dotknęła przyjaciela, to nic w porównaniu w tym, co się w tym właśnie odcinku wydarzy w jego własnym życiu. Meg ulega wypadkowi. Jest w szpitalu i przez cały rozdział 21 nie dowiemy się, czy wyjdzie z tego czy nie.

Mr. Probz Waves

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam
Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Dopiero w rozdziale 22 przychodzi wiadomość. Meg

To ostatni (na razie) odcinek miniserii wpisów o tym, czego słucha Stuart. Odcinki z z tą muzyką cieszyły się dużą poczytnością, co mnie cieszy, bo wymyśliłam je właściwie jako sposób wypełnienia nie dającej się uniknąć przerwy wakacyjnej w serii głównej. Obie serie właśnie się spotkały. Ustępuję miejsca samej autorce. Do słuchania tego, czego słucha Stuart powrócimy, gdy on sam (i jego autorka) znowu wyjadą…

Słowo na maj

Andrzej Rejman

Wciąż chłodno i prawdziwa wiosna jeszcze śpi.

Ale dzieje się dużo!

***

Nieśli krzyż i mieli opaski “Śmierć wrogom Ojczyzny”

Przeszli ulicami Warszawy 29 kwietnia 2017 roku. Nie było ich wielu, zaledwie kilkuset, zrobili jednak wrażenie.

Wrażenie całkowitego upadku idei pozytywnych, upadku idei pokoju i solidarności.

Nadchodzą czasy, gdy górę bierze wojenne opisanie świata i stosunków społecznych jako relacji opartych na konflikcie. Przynajmniej przez jakąś część młodzieży, a nawet przez niektórych, mających już pierwszą młodość za sobą taki opis rzeczywistości jest uznawany za wyzwanie, ba! za – wezwanie do boju. Dzięki bierności, a często cichej akceptacji obecnej władzy – mają oni wolną rękę do krzewienia swoich idei, do manifestowania agresji i nienawiści do inaczej myślących.

To niewiarygodne, jak szybko zmienił się nasz świat. Jakby dotknęła go jakaś niewidzialna ręka stawiająca go na głowie.

W takiej sytuacji w końcu musiał wypowiedzieć się Kościół katolicki w Polsce.

W dokumencie przygotowanym przez Radę do spraw społecznych Konferencji Episkopatu Polski, wydanym w tym samym mniej więcej czasie czytamy między innymi:

“…Kościół w swoim nauczaniu zdecydowanie rozróżnia szlachetny i godny propagowania patriotyzm oraz będący formą egoizmu nacjonalizm. (…)

Pragniemy (…) podkreślić, że potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody.

(…) Zastanawiajmy się nad «polską prawdą». Rozważajmy, czy jest szanowana w naszych domach, w środkach społecznego przekazu, urzędach publicznych, parafiach. Czy nie wymyka się niekiedy ukradkiem pod naporem okoliczności? Czy nie jest wykrzywiana, upraszczana? Czy zawsze jest w służbie miłości?

Jak ujmował to Jan Paweł II: Naprzód, w okresie zrastania się plemion Polan, Wiślan i innych, to polskość piastowska była elementem jednoczącym: rzec by można, była to polskość „czysta”. Potem przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. (…) Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, iż co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. W gimnazjum było ich trochę mniej. Z niektórymi się przyjaźniłem. A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym…

Dalej czytamy w dokumencie Episkopatu:

“Dlatego ponownie zwracamy się do rodziców, nauczycieli, przedstawicieli władz publicznych i polityków, urzędników i funkcjonariuszy służb państwowych, samorządowców, twórców kultury i ludzi mediów, duszpasterzy, katechetów, instruktorów harcerskich, działaczy społecznych, historycznych rekonstruktorów i sportowców, aby nie ustawali w kształtowaniu szlachetnego, opartego o chrześcijańską miłość bliźniego, polskiego patriotyzmu…”

Na końcu przypomniano też słowa Jana Pawła II wygłoszone na forum ONZ w 1995 roku – Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wwówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego «fundamentalizmu»”. Dlatego, dodają już od siebie, „potrzebny jest w naszej ojczyźnie dobrze nam znany z historii patriotyzm otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy. Patriotyzm wrażliwy także na cierpienie i krzywdę, która dotyka innych ludzi i inne narody”.

Nic dodać, nic ująć.

***

Maj to także miesiąc urodzin Sophie Scholl (9.05.1921- 22.02.1943), która w moim odczuciu była uosobieniem tych właśnie wartości patriotycznych, o których potem mówił Jan Paweł II.

„Ich will mich an das Seil klammern, das mir Gott in Jesus Christus zugeworfen hat, auch wenn ich es nicht mehr in meinen erstarrten Händen fühle“.

“Będę trzymała się liny, którą Bóg podał mi w Jezusie Chrystusie, nawet wtedy, gdy moje zdrętwiałe dłonie już nie poczują tego”.

― Sophie Scholl

Barataria 16 W Baratarii wszyscy kłamią

Ewa Maria Slaska

Walter Zitzenbacher, W Baratarii wszyscy kłamią

Niewątpliwie, Barataria, kraj ułudy, to kraina kłamczuchów, opisana przez austriackiego pisarza Zitzenbachera w komedii pod tym właśnie tytułem. Kraina kłamczuchów to stary motyw literacki, podobnie jak kraina łakomczuchów, leni czy śpiochów. Na przykład taki Gelsomino w kraju łgarzy… Pospieszny research w sieci informuje mnie jednak, że owa powiastka włoskiego pisarza Gianni Rodari nazywa się po polsku Gelsomino w kraju kłamczuchów. Oryginał ukazał się w roku 1958, w Polsce, być może dlatego, że autor był zaangażowanym komunistą, już w roku 1962. Przełożyła Hanna Ożogowska, ilustrował Jan Marcin Szancer. Recenzentka, Adriana Dobrzyńska-Suchy, pisze:

Obdarzony przeraźliwie silnym głosem Gelsomino wyrusza w świat. Dociera do Kraju Kłamczuchów, w którym, jak sama nazwa sugeruje, wszyscy kłamali. Wieczorem mówiono sobie dzień dobry, a rano dobranoc, płacono wyłącznie fałszywymi pieniędzmi, a żeby zostać sławnym w jakiejś dziedzinie, trzeba było robić coś wyjątkowo źle. By kupić chleb, proszono o atrament, a po artykuły piśmiennicze szło się do piekarni. Nawet zwierzęta w tym kraju zachowywały się na opak, psy zamiast szczekać miauczały, a koty, zamiast miauczeć, szczekały. Mówienie prawdy było surowo wzbronione, a za złamanie tego zakazu groziło więzienie, czyli, mówiąc językiem mieszkańców, szpital dla obłąkanych. (…) Oprócz ciekawej przygody i wspaniałych przyjaciół Gelsomino zyskał tam coś więcej. Zrozumiał wreszcie, że jego głos nie jest tylko brzemieniem, ale darem, który można wykorzystać w słusznej sprawie.

Rodari jest zresztą autorem innej mojej ulubionej książki z dzieciństwa, a mianowicie Opowieści o Cebulku, wydanej po polsku już w roku 1954. Nie wiem, kiedy ją czytałam, ale pamiętam ją do dziś, zwłaszcza biednego chudego i bladego kabaczka i jego domek, w którym mieścił się tylko on i to wyłącznie na stojąco (tłumaczyła Zofia Ernstowa). To oczywiście powiastka z gruntu komunistyczna, Cebulek uosabia uciemiężony proletariat, a jego przeciwnik, tłusty Baron Pomarańcza, to paskudny kapitalista. Nie przypominam sobie jednak, żeby komunistyczne poglądy autora przeszkadzały mi w lekturze… A może… może… nie śmiem o tym nawet napomknąć, ale Cebulek walczy w końcu o sprawiedliwość społeczną,  może więc było to jedno z tych dzieł, które mnie wręcz ukształtowały? Rozumiem, że w dzisiejszej Polsce to wstyd i hańba wierzyć o sprawiedliwość społeczną, a już na pewno nie wolno się przyznawać, że to się człowiekowi wydaje ważne, ale co ja na to poradzę, tak mi widać zostało z dzieciństwa.

***

Barataria w komedii Zitzenbachera to miasteczko w Hiszpanii. Akcja dzieje się około roku 1600. Obywatele Baratarii dowiadują się właśnie, że ich miasto stało się wyspą.
– Ale jak to wyspa, obrusza się jeden z mieszkańców. Przecież leżymy w środku stałego lądu a latem wszystkie studnie wysychają.
Najwyraźniej mieszkańcy miasta nic o tym nie wiedzą, że uczeni specjaliści w sprawach Don Kichota, ulokowali ich miasto w podmokłym zakolu rzeki Ebro nieopodal Saragossy. U Zitzenbachera latem Baratario wysycha. Suszę powinno dać się zauważyć, bo według Cervantesa Sancho Pansa przybywa do Baratarii pod koniec lipca i pozostaje do początków sierpnia. Ale taki jest rozkaz Księcia i nie ma o czym dyskutować. Baratario jest wyspą, ma dużo wody, a Książę mianował właśnie Gubernatora wyspy i jest nim Sancho Pansa.
– To przecież błazen, oponuje ktoś.
– No i cóż, że błazen, pada odpowiedź. Mało to błaznów rządzi na świecie?

Hmmm, no cóż, nie da się ukryć…

Z daleka słychać gwar głosów, okrzyki, śmiechy, bicie w bębny i muzykę. Nadciąga Gubernator, może i błazen, ale bystry, bo prawie od razu zaczyna się dość dociekliwie dopytywać, czemuż to właściwie Baratario jest wyspą, skoro wygląda jak miasteczko i wcale nie jest otoczone wodą. W końcu jednak sam sobie wyjaśnia tę sprawę: To dlatego że na wyspie jest miasteczko, miasteczko na wyspie czyli i miasteczko, i wyspa! Rozumie jednak i to, że w takim razie, skoro jego gubernatorstwo jest żartem, to żart jest gubernatorstwem, zatem nawet wiedząc już, że Książę sobie z niego zadrwił, Sancho Pansa nie zamierza złożyć swojego urzędu, dopóki sam nie pojmie, że przerasta to jego możliwości…

Na zakończenie dodam, że czytanie manuskryptu (komputeroskryptu?) Waltera Zitzenbachera dostarczyło mi rozrywek rodem wręcz z Baratarii czyli Krainy Złudy. Sztuka nigdy nie została wydana, znajduje się jednak w czymś w rodzaju magazynu tekstów na potrzeby teatrów, które można sobie zamówić, jeśli się człowiek nosi z poważnym zamiarem wystawienia, omówienia lub opublikowania rzeczonego tekstu. Najwyraźniej salon Ewy Marii czyli ten blog jest argumentem wystarczająco poważnym, żeby mnie najpierw “zarejestrowano w rejestrze” a potem “dano dostęp do dostępu” i wreszcie przysłano mi plik w formacie pdf. I tak go sobie ostatnio czytałam i czytałam, i ciągle mi się wydawało, że coś mi w tym tekście zgrzyta i skrzeczy jak rzeczywistość. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że dostałam tylko połowę tekstu, ale nie pierwszą albo drugą, lecz – ku chwale wszechobecnej Baratarii – co drugą stronę! Tylko nieparzyste. Napisałam do “magazynu” z prośbą o strony parzyste. Odpowiedź przyszła (po dwukrotnym zaledwie przypominaniu) nawet całkiem rychło: nie ma stron parzystych i nie wiadomo, kiedy mogłoby się było by było udać je wyprodukować. Ale jeśli i jak się uda, to je niezwłocznie dostanę…

Może więc w sztuce chodzi o coś innego a nie o to, o co myślę, że chodzi… Niech żyje Kraina Wiecznych Przypuszczeń! Coraz bardziej mi się podoba w Baratarii.

Legenda o Warszawie 1 – dwa wstępy

Legendę o Warszawie napisał przed ponad półwieczem mój wujeczny dziadek, Wiktor Ostrowski, o którym już tu na blogu wielokrotnie pisałyśmy, ja i my, jego córka Janina Kowalska i dwie jej córki, moje kuzynki Maria i Małgorzata.

Maria i ja przygotowałyśmy teraz maszynopis do debiutu. Poprzedzamy go dwoma tekstami wyjaśniającymi.

Janina Kowalska

Przeglądając karton ze zdjęciami, notatkami i starymi oryginałami twórczości mojego Ojca na samym dnie znalazłam wyblakłą teczkę z napisem – “WIKTOR OSTROWSKI, Legenda o Warszawie, scenariusz serialu” – i przypomniałam sobie że w drugiej połowie roku 1955 Wiktor rozpoczął pisanie czegoś co przed nami wszystkimi trzymał w tajemnicy. Wypatrzyliśmy jednak, co pisze i od tej pory dawał nam kawałkami do czytania. Nie był pewny, co to będzie, czy to ma być książka czy scenariusz. W końcu zdecydował się na sześcioodcinkowy scenariusz. Przerabiał go wiele razy, aż na początku lat 60, uznał, że skończył pisanie, dał nam do przeczytania, ale mnie wtedy trudno było ocenić, ile to jest warte.

Prowadził już wtedy redakcję Kinotechnika, która była finansowana przez Film Polski, i tam zaniósł swój scenariusz. Maszynopis przepadł jak kamień w wodę, bo wiadomo, że jest taki przepis, że redakcja nie zwraca nie zamówionych maszynopisów. Ojciec miał taką cechę, że jeżeli uznał sprawę za beznadziejną, to odchodził od niej psychicznie i przestawał się nią interesować. Tak też było w tym przypadku, może przeżywał to jako fiasko, ale nie pokazywał po sobie. Co dalej działo się z Legendą, nie pamiętam, wiem że nigdzie nie była publikowana i tu na blogu ujrzy pierwszy raz światło dzienne.

Egzemplarz, który tu publikuję, nosi poprawki z datą 1971.

Wiktor Ostrowski

UWAGI do “Legendy o Warszawie”

Okres stworzenia Warszawy jest trudny do określenia. Założenie, iż  Warszawa została stworzona przed siedmioma wiekami, podważone zostało wykopaliskami na terenie stolicy, pochodzącymi z wcześniejszych okresów. Nie wdając się w spory na ten temat, stwierdzić możemy, iż 1000  lat temu powstała osada nad Wisłą, z której zrodziła się Warszawa.

Na temat stworzenia Warszawy istnieją dwa podania. Pierwsze –  to tzw. legenda o Warszawie, opisana w noweli Ewy Szelburg Zarębiny,  podanie o Warsie i Sawie. Mimo całej poetyczności tego opowiadania,  nie wytrzymuje ono próby prawdopodobieństwa. Legenda, czy podanie, czy  bajka może być albo całkowicie fantastyczną /jak np. bajka o Kraku/,  albo mieć cechy prawdy historycznej. Rozpatrując pod tym kątem widzenia  opowieść o Warsie i Sawie należy bezstronnie stwierdzić – książę mazowiecki, polując w nieprzebytej puszczy, zabłądził i natknął  się na chatkę rybaka na brzegu Wisły. Tam rybaczka karmiła dwoje niemowląt-bliźniąt – Warsa i Sawę. Książę wzruszył się i postanowił w tym  miejscu wznieść gród, nazywając go od imion dzieci: Warszawą. A więc: książę polował i jego punkt startu znajdował się według wszelkiego prawdopodobieństwa w okolicach PŁOCKA. Stamtąd do Warszawy trzeba  było przebijać się przez puszczę na dystansie około 150 km. W takich  warunkach to wyprawa wielodniowa, a dla pojedynczego jeźdźca – nie  do pokonania. Jeżeliby to nawet było możliwe, to książę musiał przebyć  po drodze Bugo-Narew i wylądowałby w rezultacie nie w Warszawie lewobrzeżnej, a na Pradze.

Ale nawet. Zobaczył dwoje bliźniąt i wzruszył się. Tak uczuciowi książęta nie byli. Gród założyłby w okolicach Modlina, na zbiegu dróg wodnych a nie w Warszawie. Nie nazwałby go imieniem dziewczyny, w żadnym  przypadku! Nadto język ówczesny nie znał łączenia dwóch wyrazów w jedną nazwę. A potem imię “Wars”. Zupełnie nie znana na zachodniej słowiańszczyźnie końcówka. Raczej “Warsz” – jak Grodzisz, Karniesz, Nieudasz etc. “Sawa” nie istnieje takie imię na naszych ziemiach. Na Rusi  “Sawa” – to imię męskie /manufaktura Sawa Morozow/. A połączenie tych  imion ma być “Warszawa”. Nb imieniem dziewczyny nikt nie nazwie grodu.  Zbyt małą wartość miała w owych czasach dziewka.

W mojej wersji oparłem się na innym opowiadaniu, jest ono nieco  starsze od poprzedniej “legendy” datującej się z końca XVII wieku. Po prostu – nad brzegiem rzeki żył i trudził się łowca-rybak –  WARSZ. Był to na pewno zbieg. Uciekł od ucisku, odpowiedzialności…  Był nie sam, z towarzyszamí. Takie osiedla zbiegów były i są opisywane. W latach na przełomie XII i XIII wieku w zachodniej Polsce panowało już chrześcijaństwo, jednak w głuchej puszczy kwitło jeszcze  pogaństwo, tolerowane a czasem nawet popierane przez władców Mazowsza.

Pierwszym osadnikiem był WARSZ. Warszowa polana, Warszowa chata,  Warszowa osada. To przymiotnik dzierżawny, który przerodził się  w nazwę osiedla “Warszowa”. Nie Warszawa, bo w łacińskich najstarszych  tekstach “Varsovia”, francuskie “Varsovíe”. Język nasz był wówczas podobny do czeskiego i wymawiano nazwę raczej w akcentem na pierwszej  zgłosce Wárszowa. “O” bez akcentu wymawia się jak “A” i stąd ostateczna  nazwa “Warszawa”. Zatem miasto stworzone pracą zbuntowanej młodzieży – po prostu, bez nakazów książęcych, zwykłą pracą.

Wiktor Ostrowski, zdjęcie zrobione w Warszawie na ulicy Marszałkowskiej, która wciąż nosi ślady wojny

PS:

Sześć odcinków Legendy o Warszawie będziemy tu publikowały przez sześć następnych niedziel. Nam się ta opowieść bardzo podoba i mamy nadzieję, że spotka się z przychylnym przyjęciem Czytelników. A może znajdzie się wydawca lub filmowiec, który chciałby skorzystać z tego scenariusza?

Janina, Ewa, Małgorzata i Maria

Muzeum Narodowe w Szczecinie 1

Dariusz Kacprzak, wicedyrektor Muzeum Narodowego i wykładowca Akademii Sztuki w Szczecinie, będzie dla nas przez wiele następnych tygodni, zawsze w soboty, pisał o interesujących dziełach sztuki, zgromadzonych w “jego muzeum”. O tym muzeum już kiedyś (z zachwytem) pisałam…

Zaproszenie na spotkanie z autorem na końcu tekstu / Kurzinfo auf Deutsch – siehe unten

Dariusz Kacprzak

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia

Antyczne korzenie Europy, kolekcja kopii i rekonstrukcji rzeźb antycznych Heinricha Dohrna w holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie przy Wałach Chrobrego, fot. G. Solecki, A. Piętak

„Nie mamy dość czasu na patrzenie, a patrzenie wymaga czasu, podobnie jak zdobywanie przyjaźni” – napisała Georgia O’Keeffe. Słowa amerykańskiej artystki, jakiś czas temu przywołane przez profesor Marię Poprzęcką, warto uczynić mottem prezentacji kilkunastu dzieł, z którymi można się zaprzyjaźnić, odwiedzając Muzeum Narodowe w Szczecinie. Ten ledwie promil subiektywnie wybranych zabytków spośród stu pięćdziesięciu tysięcy znajdujących się w murach szczecińskiej świątyni sztuki i kultury – to zaproszenie do patrzenia na dzieła sztuki, zachęta do odkrycia przyjemności niespiesznego, uważnego oglądania. Bez wątpienia sposobów patrzenia na dzieło sztuki jest wiele, dokładnie tyle, ile patrzących oczu.

Złoty wiek Pomorza. Sztuka na dworze książąt pomorskich w XVI i XVII wieku, kolekcja klejnotów i strojów książęcych dworu Grafitów, Muzeum Narodowe w Szczecinie – Muzeum Tradycji Regionalnych, fot. G. Solecki, A. Piętak

Georg Römer, rekonstrukcja Adolfa Fürtwänglera wg Polikleta z Argos, Doryforos (450 r. p.n.e. – 440 r. p.n.e.), 1910–1912, odlew, brąz, 187x73x72 cm

Poliklet, wirtuoz techniki brązowniczej – obok Fidiasza i Myrona uznawany za największego rzeźbiarza klasycznej Grecji – działał głównie w Atenach, Olimpii oraz rodzinnym Argos. W swojej twórczości skupił się na poszukiwaniu sposobu przedstawiania postaci, opracował matematyczny kanon proporcji ciała ludzkiego – w teorii zawarł go w niezachowanym traktacie Kanon, w praktyce wcielił, wykonując rzeźby Doryforosa, Kyniskosa znanego z kopii funkcjonującej jako Efeb z Westmacott, Diadumenosa czy Ranną Amazonkę. Jednym z bardziej interesujących dzieł prezentowanych na stałej wystawie Antyczne korzenie Europy. Szczecińska kolekcja Dohrnów w Muzeum Narodowym w Szczecinie, jest powstała w latach 1910–1912 rekonstrukcja Doryforosa (Niosącego oszczep) z połowy V w. p.n.e. Szczeciński brąz jest szczególnie cenny (co po raz kolejny potwierdził udział zabytku w mediolańskiej wystawie inaugurującej otwarcie nowej przestrzeni fundacji Prady), zarówno ze względu na znaczenie nieistniejącego oryginału dla rozwoju greckiej sztuki klasycznej, jak również z powodu naukowej wnikliwości, z jaką dokonano na podstawie rzymskich kopii, rekonstrukcji – wreszcie także nader wysokiej jakości wykonania odlewu. Wiedza o rzeźbie zachowała się do naszych czasów w postaci opisów oraz rzymskich, różniących się między sobą szczegółami, marmurowych kopii – zidentyfikowanych dopiero w 1862 roku przez niemieckiego archeologa Karla Friederichsa. Na przełomie XIX i XX stulecia Adolf Furtwängler (ojciec słynnego dyrygenta i kompozytora Wilhelma), wybitny archeolog klasyczny związany z uniwersytetami i muzeami w Berlinie i Monachium, zrekonstruował pierwotny wygląd rzeźby Polikleta. Heinrich Dohrn jun., przedstawiciel trzecie generacji tej zasłużonej dla naszego miasta rodziny, entomolog, przedsiębiorca, humanista i kolekcjoner, tworząc swą antyczną kolekcję antycznej, która wkrótce stała się podstawą nowo powstałego wówczas Muzeum Miejskiego w Szczecinie, zamówił odlew Doryforosa Polikleta wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera. Zadanie to zostało zrealizowane w latach 1910–1912 w Berlinie, pod kierunkiem ucznia przedwcześnie zmarłego Furtwänglera, Paula Woltersa, przez pochodzącego z Wrocławia rzeźbiarza i medaliera Georga Römera. Wykonując zamówienie rzeźbiarz posłużył się tradycyjną techniką odlewu na wosk tracony, którą stosowali greccy artyści. Starano się także odtworzyć pierwotną kolorystykę – stutuę pokryto ciemną patyną, wargi podkreślono karminem, oczy wykonano ze szkła i emalii, włosy zaś pokryto cienką warstwą złota, do dziś widoczną w promieniach słońca wpadającego do wnętrza holu gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie. Dlatego też wiosenna przedpołudniowa wizyta może być źródłem szczególnie interesujących wrażeń estetycznych.

W kontekście szczecińskiej rekonstrukcji Doryforosa Polikleta warto wspomnieć o wykonanym nieco później jeszcze jednym odlewie Georga Römera wedle rekonstrukcji Adolfa Furtwänglera, która została zamówiona jako symboliczny pomnik dla upamiętnienia ofiar pierwszej wojny światowej i dziś znajduje się w reprezentacyjnej przestrzeni Uniwersytetu Ludwika Maksymiliana w Monachium.

***

W najbliższy wtorek Dariusz Kacprzak będzie w Regenbogenfabrik mówił o obecności berlińskiego rzeźbiarza Johanna Gottfrieda Schadow (1764 – 1850) w Szczecinie (wykład po niemiecku)

Johann Gottfried Schadow (1764 – 1850)  – ein Berliner Bildhauer in Stettin präsentiert von unserem Autor, Dariusz Kacprzak, im Regenbogenkino am Dienstag, 9. Mai.

Ratecki March (reblog)

Tomorrow I fly to Thessaloniki to join the March for Aleppo for some talking (and not walking) days. I do not know what we shall talk about but I will suppose it will be that…

Janusz Ratecki

Since 26th december I have been marching for peace with #CivilMarchForAleppo. We started in Berlin, and daily, with only small stops in big cities, we crossed many borders, met thousends of people. The march is 4+ months old and certainly it has reached its maturity. After 4 months of non disrupted travel I decided to return to Poland, to work, to take a deep breath, to see the situation from the oustide. I will return on 26/27 May to Greece to continue my journey.

At home, the questions about the identity of the march appeared with a double intensity. Why do I march? What is our purpose? Do I (we) march for Aleppo or to Aleppo? Or both? What can we change with our marching and which of our plans can we realise?

 Civil March For Aleppo 03.03.2017 Photo Janusz Ratecki

People used to ask me the same questions all the time. Why do you want to enter the war zone? Is it possible? And what if someone is hurt or injured? Do you think you can change someting? There are hundreds of those questions, and even though we discucssed it on the march, on daily basis, we havent reached yet a common decision. Nor we achieved peace in our small group.

If you feel that I am complaining, well I am not. I am hoping. I hope this march will change again, as it changed many times before. I wish this march will get a proper leader who will take the responsibility of taking the crucial decisions. I hope this march will, once more, gain the spirit, the energy and the global audience it deserves.

Foto Marek Kowalczyk

I hope we will share the peace message instead of run. Running, to be as fast as possible, to a yet unknown destination is kind of desperate. I hope no one will suffer in the march group because other people force their ideas. I hope we will reach peace to share it among others. I hope we will not leave anyone behind.
Last but not least, I wish we will find a good ending to our project.

Hope dies last.

Author is a freelance photographer interested in human rights. At the moment taking part in #civilmarchforaleppo