Trzy wiersze znalezione i jedna nadesłana piosenka

Ani

Te trzy wiersze i jedna posenka, przeczytane ostatnio raczej przez przypadek, zrobiły na mnie duże wrażenie i uderzyły aktualnością. Postanowiłam więc podzielić się nimi.

Icchok Lejbusz Perec
1852-1915

Wiersz jest pomieszczony w Antologii poezji żydowskiej, podarowanej mi niedawno przez moją przyjaciółkę Anię, która tę książkę znalazła porządkując bibliotekę rodziców w Gdańsku. Antologię wydał PIW w roku 1986, pod redakcją i ze słowem wstępnym Arnolda Słuckiego. Wydawnictwo powołuje się przy tym na prawa autorskie z roku 1983. Jakie jednak, skoro autor wyjechał z Polski ze słynnym biletem w jedną stronę w roku 1968, a w roku 1972 umarł w Berlinie Zachodnim? Wiem, bo chodzimy z Anią co roku na jego grób.

Foto Anna Kuzio

Nie myśl

Nie myśl, że świat jest karczmą – stworzony,
Ażeby przepychać się w nim do szynkwasu
Pięściami, pazurami i zachlać się, żreć, kiedy
Inni patrzą, i mdlejąc, i połykając ślinę
Wciągając żołądek miotany przez skurcze! –
O, nie myśl, że świat jest karczmą!

Nie myśl, że świat jest giełdą – stworzony,
By silny do woli mógł kupczyć słabymi,
Kupować młodych dziewcząt niewinność,
Mleko z piersi kobiet, szpik z kości
Mężczyznom i dzieciom odbierać ich uśmiech,
Rzadkiego gościa na zżółkłych twarzyczkach –
O, nie myśl, że świat jest giełdą!

Nie myśl, że świat jest dżunglą – stworzony
Dla wilków i lisów, łgarstwa i żeru;
Niebo – zasłoną przed widokiem Boga;
Mgła – by nikt tu nie patrzał na ręce;
Wiatr – by zagłuszyć dzikie okrzyki;
Ziemia, ażeby krew ofiar wessała –
O, nie myśl, że świat jest dżunglą!

Świat nie jest karczmą, giełdą ni dżunglą,
Wszystko się liczy i kładzie na wagę!
Ni łza, ni kropla krwi nie przemija,
Na próżno nie gasną ni oko, ni iskry!
Łzy rosną w rzeki, a rzeki w morza,
Z mórz wzbiera potop, z iskry jest piorun –
O, nie myśl, że umarło już prawo!

tłum. Arnold Słucki

***
Wiersz Herberta przytoczył na Facebooku Andrzej Saramonowicz, który prowadzi tam sobie taką własną rubrykę – co dzień jeden wiersz. Oczywiście Saramonowicz, chwała mu za to, musiał nam ten wiersz po prostu przypomnieć, przecież czytaliśmy go ongi bez końca i stał się chyba hymnem inteligenta lat 80, a jego tytuł stał się tak powszechną formułą, że do dziś się na nią powołujemy. Patrzymy na profesor Pawłowicz zajadającą w sejmie kebaba i myślimy, że to jednak jest kwestia smaku i naprawdę nie chodzi nam (tylko) o to, czy to kebab wegetariański czy z mięsem.

Zbigniew Herbert
1924-1988

Potęga smaku

Pani Profesor Izydorze Dąmbskiej

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
nasza odmowa niezgoda i upór
mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

w którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
lecz piekło w tym czasie było jakie
mokry dół zaułek morderców barak
nazwany pałacem sprawiedliwości
samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
(Marek Tulliusz obracał się w grobie)
łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa

Z tomu Raport z oblężonego miasta, Paryż Kultura 1983

***

Tenże Andrzej Saramonowicz w tej samej rubryce przytoczył 8 czerwca wiersz, który wszystkimi synapsami wessał się w moje własne życie. Bo oto miałam na balkonie białą różę, co więcej, posadziłam ją zanim Krzysztof Łoziński przypomniał światu o incjatywie Białych Róż, zachęcającej, byśmy zaczęli organizować anty-miesięcznice antysmoleńskie każdego dziesiątego każdego miesiąca i byśmy przychodzili z białymi różami, które są symbolem pokoju, co tak rozzłościło suwerena Bonaparstka, że dokonując nadzwyczajnego skrótu myślowego, poinformował miasto i świat, iż biała róża jest symbolem nienawiści. I stało się to oczywiście zanim świat obiegły zdjęcia z kontr-miesięcznicy czerwcowej, pokazujące policję, która wynosi z manifestacji Frasyniuka czy Magdę Lempert z białymi różami w rękach.

Podlewałam tę różę jak najstaranniej, ale przyszło mi wyjechać na cztery dni, i zdarzyło się, że tego zimnego i mokrego lata nastały dwa dni potwornych upałów, w słońcu sięgających niemal 50 stopni (pokazał mi to mój nader mądry zegar) i wszystkie moje rośliny balkonowe przetrwały ten pustynny kataklizm, tylko róża… Róża postradała wszystkie kwiaty i uschła, a ja ją teraz próbuję odchuchać i namówić do życia, bo nie mam sumienia jej po prostu wyrzucić na śmietnik. I nawet już niektóre gałązki mojej róży zaczynają wyglądać jak gałązki róży…

No a ta stara pani… Oczywiście, jest o pokolenie starsza, ale czy to ma znaczenie?

CODZIENNIE JEDEN WIERSZ (773)

Kamil Wajer

* * * (moje rośliny na balkonie umarły)

moje rośliny na balkonie umarły
zbiegam na dół po fajki i w tym suchym powietrzu
spotykam sąsiadkę Irenę
Irena ma 86 lat i też coś przebąkuje o wyprawie na drugą stronę świata
wczepia się we mnie kurczowo prosi: pomóż mi wybrać listy
razem wchodzimy w cień schodowej klatki
Irena pokazuje laską która to skrzynka
a gdy wybieram
patrzy na mnie swymi wielkimi błękitnymi oczami
mówi „eh-eh… miałam takiego na wojnie…”
spoglądam na Irenę
stoi i lekko się trzęsie
jest suchutka jak letnie powietrze
cała siwo-niebieska jak izraelski domek lub ocean
wręczam jej listy całuję jej ręce mówię:
Pani uważa Pani Ireno, wyprawy, na tamten świat czy w rejony tego… po prostu czasem nie warto
czasem nie warto ruszać się z domu
w domu gra radio i jest kot
na oknie stoi kwiat miło trzeszczą ściany
dom to pewna i dobra planeta… niech się Pani nigdzie nie wybiera…
Irena śmieje się mówi: tamten to nie miał tak gadane…

cały rok kochałem się w Irenie
aż opatulili ją w coś białego i wynieśli następnym latem
stałem na klatce mówiłem: ja udzielę informacji ja znam tę Panią
powiedzieli tylko: odsuń się Pan tu już nie ma nic do roboty
więc zbiegłem na dół po fajki w tym suchym powietrzu
moje rośliny na balkonie umarły

***

Kamil Wajer wydał w roku 2015 tomik wierszy Noc nad Europą, wyd. Eperons-Ostrogi

***

Jutro następna kontr-miesięcznica… Róża wciąż jeszcze nie zakwitła, ale odżyła i wydaje mi się, że ma już pączki. Andrzej Klukowski ułożył piosenkę

To już od roku siódmego
Jak co miesiąc dziesiątego
Zbiera tłum się pod pałacem
Różańce, krzyże i modlitwy
Z ust pobożnych płyną klątwy
I już ciżba garnie się do bitwy

Prawda stoi tuż za rogiem
A tej prawdy nikt nie szuka
Taki to już polski teatr
taka to ci nasza sztuka
Jak co miesiąc 10
Naczelnik krzyczy do ludu swego
Frazy brzydkie pełne nienawiści
Komuniści i złodzieje
i że naród z nas się śmieje

Z drugiej strony rżną czarnego walca
coraz więcej mundurowych
coraz więcej białych róż
kto zapłaci za to widowisko
zaczynamy mieć nadzieję
ta drabinka się zachwieje naczelniku.

ty zapłacisz za to wszystko
coraz więcej jest teorii
coraz więcej nowych kłamstw
Nad zmarłymi czoła nikt nie chyli
Polityczne ekshumacje
nie nękajcie biednych dusz
dajcie spocząć już

Mówi prawda jest już blisko
Już za miesiąc, może dwa
W ludzkich głowach kartoflisko
Inni plują na to wszystko.
On tę prawdę dobrze zna
Lecz on do niej się nie przyzna
Do cholery! Niech wykrwawi się ojczyzna

Prawda czasem mgłą osnuta.
I choć dzisiaj jeszcze zatruta
To nawet gęste opary
Znikną, i to nie są żadne czary.
Prawda sama się obroni.
I nie jedno nam wyłoni.
A za oknem chicho płacze brzoza

Translator Workshop

Bulgarisch, Polnisch, Russisch und… Deutsch. Gemeinsam bereiten wir Texte unserer Geheimtipp-Autor*innen aus drei slawischen Sprachen für Präsentation dem Deutschen Publikum. Die Kenntnis der Ausgangssprachen ist für die Teilnahme am Workshop nicht relevant, da die Ursprungstexte als Roh-Übersetzung ins Deutsche vorliegen.

Wir laden alle Sprachinteressierte ein! Ob selbst Autor*in, Redakteur*in, Übersetzer*in, Lehrer*in oder auch Leser*in… Alle können bei diesem kreativen Prozess teilnehmen…

Dabei eröffnen wir uns selbst, aber auch dem deutschen Publikum neue Horizonte und lernen dabei, wie Literaturübersetzung funktioniert. An zwei Workshop-Tagen wird die Dichter*innen und Schriftsteller*innen Gruppe an diesen Übersetzungen in vier kleinen Gruppen gemeinsam arbeiten, um die richtige poetische Ausdrucksform der vorgelegten Texte zu erreichen. Die Schriftsteller*innen selbst nehmen am Workshop nicht teil. Sie warten auf Ergebnisse unseres Werkens 🙂

Die Arbeit während der Werkstatt erfolgt ehrenamtlich. Die Ergebnisse dieser Workshops wurden sowohl live als auch in der Druckform dem breiten multinationalen Publikum vorgestellt. Die Texte im Original und in Übersetzung (oder mehrere Versionen einer Übersetzung) als E-Book veröffentlicht, herausgegeben von stadtsprachen=PARATAXE: Berliner Literarische Aktion.

Termin:
Samstag 8. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Sonntag 9. Juli 12:00 bis 16:00 Uhr
Öffentliche Lesung am Sonntag ab 16:00 Uhr

Ort: Lettretage, Mehringdamm 61, 10961 Berlin


Bearbeitet werden die Texte von Irena Ivanova (Bulgarien), Alexander Kazak (Russland)
Marek Maj und Joanna Rudniańska (Polen). Die Gedichte von Marek Maj sind zum Teil gesungen und wir werden versuchen, sie so zu bearbeiten, dass sie auch auf Deutsch fürs Singen taugen.

Leitung: Ewa Maria Slaska

Ewa Maria Slaska wurde 1949 geboren und wohnt seit 1985 in Berlin. Sie ist eine studierte Archäologin, arbeitet aber als Schriftstellerin, Journalistin, Projektleiterin und Bloggerin. Sie engagiert sich für Frauen, Kinder, Minderheiten und Flüchtlinge und ist ein aktives Mitglied der polnischen Community in Berlin (Freiwillige bei dem Büro der Polonia). Sie war Gründerin des Polnischen Fernsehmagazins Insel (1985-1986) und des Vereins zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur e.V. (1994 – 2012). Seit 2006 arbeitet sie mit dem Städtepartner Stettin e.V. zusammen und ist seit 2014 dessen Vorsitzende. Sie hat mehrere Preise und Auszeichnungen im Bereich Literatur, Publizistik, soziales Engagement gewonnen.

Wir bedanken uns für die Zusammenarbeit bei unseren Partnern von Stadtsprachen und Lettrétage – das Literaturhaus in Berlin Kreuzberg
————————————————-
Das Projekt “Osteuropa-Tage Berlin 2017”
ist eine Initiative des Vereins “Städtepartner Stettin e.V.” und der Städtepartnerschaft Oborishte. Diese Veranstaltung ist unterstützt von Stadtsprachen und finanziert von Hauptstadtkulturfonds.

Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Reblog: “Bardzo chciałbym zapomnieć” 4

Przekraczając granice

Amnezyjne podsumowanie

wpis z 17 kwietnia 2016 roku

Teksty dotyczące utraty pamięci i pierwszych dni po tym zdarzeniu zakończyłem w momencie wylotu do kraju.

A jak sytuacja wygląda teraz, po pewnym już czasie? Jak pewnie się domyślacie, pierwsze tygodnie upłynęły mi na ciągłych wizytach u lekarzy. Wiele pytań, skanów, prześwietleń i badań krwi.

Moje ciało powoli już wraca do normy, rany fizyczne pogoiły się (zostały jedynie blizny), wyniki krwi na początku odbiegające od normy, teraz do niej już wracają, jednym słowem fizycznie czuję się już znacznie lepiej.

No dobra, a co z pamięcią i psychiką, spytacie? Czy wróciła mi już pamięć?

Niestety pamięć jako taka na razie mi jeszcze nie wróciła, wracają, jak to określili lekarze, tak zwane automatyzmy. Co to dokładnie oznacza? Nauczyłem się ponownie, jak obsługiwać telefon czy komputer (zajęło mi to w sumie kilka dni, ale to wróciło), idę w dobrym kierunku, choć nie wiem, dlaczego go obrałem itp. Moje ręce, nogi i inne części ciała przypomniały sobie, co należy robić w danych sytuacjach, nawet tych bardziej skomplikowanych. Choć, nie ukrywajmy, daleko im jeszcze do doskonałości, ale przynajmniej widać już poprawę.

badanie 1

Lekarze są zgodni, wyniki badań i postępy, które czynię dobrze rokują na przyszłość. Pamięć powinna mi wrócić w przeciągu kilku miesięcy. Fajnie, ale to jednak mi nie wystarcza, ja chciałbym, aby wróciła JUŻ. Wygląda na to, że w tej sprawie jestem niecierpliwy jak małe dziecko, które chce dostać zabawkę lub wyjść na dwór.

Dzięki pomocy przyjaciół, znajomych i rodziny zaczynam powoli składać swoje „stare” życie w całość, ale, jakby nie było, to jest to ich wizja mojego życia. Czy takie właśnie było? Czy ja je tak widziałem i odczuwałem? Tego nie wiem, pozostaje to dla mnie cały czas zagadką i pewnie nic się nie zmieni do czasu, aż odzyskam „swoje” wspomnienia.
Lekarze studzą moje nadzieje z tym związane i twierdzą, że to będą kolejne, pojawiające się w różnej kolejności, skrawki, które będę układał niczym wielkie życiowe puzzle. Nic nie stanie się tak naraz, jak za dotknięciem różdżki. Co więcej, mogą pozostać jakieś fragmenty, które będą dla mnie długo, lub nawet na zawsze okryte mgłą zapomnienia.

Podobno najważniejsze jest teraz dla mnie unikanie stresu. Łatwo się mówi, spróbujcie się nie stresować, gdy z prawie czterdziestu trzech przeżytych lat pamiętacie tylko dwa miesiące i gdy co niektórzy naciskają, żebyście przypomnieli sobie dokładnie jakąś rzecz, bo to ważne. Cholera, przecież wiem, że to ważne i co z tego, jak w głowie mam pustkę.

No dobrze, tyle o pamięci. Słyszę też często pytania, jak się z tym czuję psychicznie. No cóż, tu bywa różnie, są lepsze i gorsze dni, chwile radości i chwile zwątpienia. Całe szczęście, że stanowczo w moim życiu przeważają ludzie mi przychylni, którzy już dużo mi pomogli, podtrzymali na duchu i na bieżąco dalej to robią. Trafiło mi się gdzieś takie stwierdzenie „Prawdziwym bogactwem człowieka, są jego przyjaciele” (nie jestem pewien, czy dokładnie to zacytowałem, ale sens był właśnie taki), dziś mogę się pod nim podpisać obiema rękami. Gdyby nie oni, mój stan psychiczny byłby dużo gorszy.

Ostatnie wydarzenia zweryfikowały tez listę osób mi bliskich, czasami na korzyść, a czasami wręcz odwrotnie. Świat potrafi zaskakiwać, ale to dobrze, gdyby tak nie było, nasze życie byłoby monotonne i mdłe jak niedoprawiona potrawa.

badanie 2

Na tym kończę to krótkie amnezyjne podsumowanie i wskakuję w buty, lekarze doradzają mi dużo wychodzenia z domu i spacerów ulicami miasta, które powinienem znać jak własną kieszeń, bo przeżyłem w nim połowę swojego życia, a niestety tak nie jest. Plusem tego powtórnego odkrywania jest jednak na pewno to, że podczas tych wypadów oczyszczam umysł i po powrocie mogę go katować, po raz kolejny, obrazami utrwalonymi na fotografiach, filmach i opowiadaniach z mojego życia. Mój mózg musi teraz pracować na podwójnych obrotach, nie mogę dać mu zapaść w niebyt rozkosznej laby. Ciągłe pobudzanie tej szarej masy przyczyni się podobno do szybszego powrotu pamięci, tak aby pytanie „A pamiętasz jak…?” nie było już koszmarem.

Dopisek po roku za tydzień

Peregrini (Schottland, Irland und die Heiligen)

Vor ein paar Wochen schrieb uns Brigitte über den Heiligen Cuthbert und ihre Wanderungen in Nordengland. Heute eine Erweiterung des Themas, diesmal über Regensburg. Für meine polnische Leser: Regensburg heißt auf Polnisch Ratyzbona. Seit 2002 hat ein polnischer Politologe, Jerzy Jarosław Maćków (geb. 1961) den Lehrstuhl für Vergleichende Politikwissenschaft mit dem Schwerpunkt Ost- und Mitteleuropa an der Universität von Regensburg inne. Hier wohnt auch der polnische Komponist Tomasz Skweres (geb. 1984) und ist 1927 Joseph Ratzinger, 2005-2013 Papst Benedictus XVI., geboren.

Brigitte von Ungern-Sternberg

Eine iro-schottische Einwanderung in Deutschland

Regensburg war die erste Stadt, die ich als Jugendliche von einer Ecke zur anderen mit einem Stadtführer in der Hand systematisch ergründet habe. Die Schottenkirche St. Jakob ist mir damals ganz besonders aufgefallen und in Erinnerung geblieben.

So sah die Kirche aus noch 150 Jahre vor meiner Wanderungen, auf einer Aquarell von Wilhelm Rehlen (1796–1831), deutscher Zeichner und Architekt, aus dem Jahre 1816

Regensburg entstand als römisches Legionslager Castra Regina, davon ist noch ein Tor vorhanden. Dann  entwickelte sich der Ort zu einer wichtigen mittelalterlichen Stadt mit gotischem Dom. Es war ab 1683 Standort des ‘Immerwährenden Reichstags’ des Heiligen Römischen Reichs bis zu dessen Ende 1806. Das Haus, in dem die  Reichsstände  tagten, kann besichtigt werden. Das Barockzeitalter prägte die Stadt mit Bauwerken… So weit so gut, Regensburg entwickelte sich im Laufe der Jahrhunderte ähnlich wie andere historische Städte in Deutschland.

In einer ruhigen Straße in der Nähe des Domes gibt es eine Kirche, die aus dem Rahmen fällt und die in kein Schema passt, die Schottenkirche St. Jakob bzw. das Schottenkloster. Die Skulpturen des Eingangsportal sind ganz anders als die anderer Portale, seien sie romanisch oder gotisch, sie kommen aus einer fernen Bilderwelt mit Wurzeln in der keltischen Kultur auf den britischen Inseln. Was veranlasste die iro-schottischen Mönche, sich im 11. Jahrhundert in Regensburg niederzulassen und eine Kirche nach ihrem Geschmack zu bauen?

Ein Name wird genannt: Marianus Scotus, geboren in Irland, gestorben in Ratisbon (Regensburg). 1067 verließ er seine Heimat, um eine Pilgerfahrt nach Rom anzutreten, so in einem Artikel.  Und dann heißt es: Wie so viele seiner Landsleute, die den Kontinent besuchten, traf er die Entscheidung, sich in Deutschland anzusiedeln und nicht mehr nach Irland zurückzukehren. Gefiel es ihm in Regensburg besser, war dort das Wetter, das Bier besser? Marianus Scotus gehörte jedenfalls bereits zur zweiten Welle von iro-schottischen Mönchen in Deutschland, er war einer von vielen, allerdings ein Gelehrter, sein Name wurde überliefert.

Die Mönche der ersten Welle traten die ‘Peregrinatio pro Christo‘ ein paar Jahrhunderte früher zur Zeit der Merowinger an, sie bekehrten die heidnischen Germanen zum Christentum, gründeten Kirchen und Klöster, sie hießen Gallus, Columban, Kilian, Bonifatius…

Kamen die ‘Peregrini’ der zweiten Welle, um nachzusehen, ob die Germanen bei der Stange geblieben waren? In Regensburg ist in einem anderen Kloster St. Emmeram begraben, er gehörte zur ersten Welle der iro-schottischen Mönche.

 

Jeszcze Sara Teasdale

Andrzej Rejman
i gościnnie Anna Ciciszwili

“Cała nadzieja w literaturze” – czytam w jednym z “dobrych” tygodników – to reklama Festiwalu “Stolica Języka Polskiego”, który odbędzie się w sierpniu b.r. w Szczebrzeszynie.

Tak. Cała nadzieja w literaturze, ale też w sztukach wizualnych, w muzyce i w poezji, cała nadzieja w kreatywności człowieka. To skuteczna przeciwwaga dla powierzchowności, zniechęcenia, monotonii, to skuteczna terapia dla społeczeństw ogarniętych rywalizacją, i dla jednostek dotkniętych depresją, wynikającą czasem z niemożności znalezienia swojego miejsca na świecie.

***

Anna Ciciszwili, poetka, tłumaczka, napisała kilka słów o Sarze Teasdale, jako kontynuację mojego poprzedniego wpisu.

Anna Ciciszwili

Z poezją Sary Teasdale, amerykańskiej poetki przełomu XIX i XX wieku, zetknęłam się dzięki mojemu przyjacielowi Andrzejowi Rejmanowi, który wyciągnął ja z mroków zapomnienia. Dziś zapomniana w Stanach Zjednoczonych, (była jedną z najpopularniejszych poetek w swojej epoce – w 1917 roku otrzymała Poetycką Nagrodę Pulitzera) – i prawie nieznana w Polsce.

Sara Teasdale pisała właściwie pieśni, wiersze znakomicie nadające się do ułożenia melodii, wiersze dla dzieci, teksty charakteryzujące się wyczuwalną melodyjnością, wiersze rymowane, samoistnie układające się w muzykę.

Andrzej Rejman skomponował w ciągu ostatnich kilkunastu lat wiele utworów do tekstów Sary Teasdale, część piosenek powstało we współautorstwie z Ewą Górską, Karoliną Jankowską, Rafałem Smolińskim i innymi.

Słuchając tej muzyki odkryłam Sarę…

W jej poezji – na pozór prostej, o nieskomplikowanych, wpadających w ucho rymach – odkryłam ponadczasowe przesłanie, głęboki mistycyzm i wolność. Sara doskonale odnajdywała siebie we wszechświecie, opisując to w prostych słowach wierszy.

Sara Teasdale

Thoughts

When I can make my thoughts come forth
To walk like ladies up and down,
Each one puts on before the glass
Her most becoming hat and gown.

But oh, the shy and eager thoughts
That hide and will not get them dressed,
Why is it that they always seem
So much more lovely than the rest?

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Myśli

Gdybym swoje myśli puściła z polotem,
Żeby jak modelki roztaczały wdzięki,
To każda z nich nosić miałaby ochotę,
Twarzowy kapelusz i modne sukienki.

Ale moje myśli ukrywają twarze,
Nie lubią się stroić w sukienki wspaniałe.
Dlaczego tak jest, że zdają się zawsze
O wiele wspanialsze, niż te pozostałe?

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Autumn Dusk

I saw above a sea of hills
A solitary planet shine,
And there was no one, near or far,
to keep the world from being mine.

z tomiku „Dark of the Moon” 1926

Jesienny zmierzch

Widziałam ponad morzem wzgórz
Samotnych planet złoty rój,
Nie ma nikogo tam, czy tu,
Kto wstrzyma świat, by nie był mój.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Wiele wierszy Sara pisała pod wpływem wszechogarniającej ją miłości. Biegała w sandałach uszytych z wiatru i płomienia. Przeżywając rozczarowanie stawała się spokojnym jeziorem. Tak pisała o miłości.

Enough

It is enough for me by day
To walk the same bright earth with him;
Enough that over us by night
The same great roof of stars is dim.

I do not hope to bind the wind
Or set a fetter on the sea —
It is enough to feel his love
Blow by like music over me.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

Wystarczy

Dla mnie wystarczy, że w dzień
Stąpam z nim po tej samej ziemi:
Nocą wystarczy ten sam
Dach rozgwieżdżony nad nami.

Nie skuję wiatru w kajdany,
Nie zwiążę morza w rzemienie —
By czuć jego miłość wystarczy,
Że płynie muzyką przeze mnie.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Potrafiła cieszyć się życiem, wydobyć z każdej chwili piękno i ukryty sens, jednocześnie doskonale rozumiała przemijalność wszelkich ziemskich spraw i nieśmiertelność uczuć i duszy.

If I Must Go

If I must go to heaven’s end
Climbing the ages like a stair,
Be near me and forever bend
With the same eyes above me there;

Time will fly past us like leaves flying,
We shall not heed, for we shall be
Beyond living, beyond dying,
Knowing and known unchangeably.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Jeśli mam iść

Jeśli mam iść na kraniec nieba,
Pokonując epoki jak schody,
Bądź zawsze przy mnie, nade mną,
Chcę widzieć wciąż twoje oczy;

Czas przemknie nad nami lekko
Jak liście – będziemy bowiem

Poza życiem i poza śmiercią
Wiedzący i wiecznie wiadomi.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

W poezji Sary Teasdale wątki radości życia przeplatają się z projekcją śmierci, i zgody na nią.

W niektórych utworach Autorka wydaje się zapowiadać swą przedwczesną śmierć.

I Shall Not Care

When I am dead and over me bright April
Shakes out her rain-drenched hair,
Though you should lean above me broken-hearted,
I shall not care.

I shall have peace, as leafy trees are peaceful
When rain bends down the bough,
And I shall be more silent and cold-hearted
Than you are now.

z tomiku „ Rivers to the Sea” 1915

To nic

Gdy odejdę i jasny kwiecień nade mną
Potrząśnie włosy spływające deszczem,
Choć to ty łzę mógłbyś uronić niejedną
Ja się nie przejmę.

Będę spokojna jak drzewo, które nie drgnie
Kiedy deszcz do ziemi ugina gałęzie,
I będę bardziej milcząca zimnym sercem
Niż teraz jesteś.

Tłumaczenie Anna Ciciszwili

A Little While

A little while when I am gone
My life will live in music after me,
As spun foam lifted and borne on
After the wave is lost in the full sea.

A while these nights and days will burn
In song with the bright frailty of foam,
Living in light before they turn
Back to the nothingness that is their home.

z tomiku „Flame and Shadow” 1920

Krótka chwila

To krótka chwila i mnie już nie będzie,
Żyć będę tam, gdzie żyją pieśni moje,
Jak krucha piana wznosi się i przędzie
Z odejściem fali, która w morzu tonie.

Przez krótka chwilę jeszcze płonąć będą
Te dni i noce w pianie napuszonej,
Żyjąc światłością zanim nie odejdą,
By wrócić w nicość, która jest ich domem.

tłumaczenie Anna Ciciszwili

Mam nadzieję, ze wkrótce będę mogła udostępnić czytelnikom w Polsce tę wspaniałą poezję kobiecą w moim zbiorze przekładów, przygotowywanym do wydania.

Anna Ciciszwili, lipiec 2017

***

Dziękuję, Aniu – swą pracą przyczyniasz się do uspokojenia tego świata!
A to jedno z najważniejszych zadań człowieka.

A.R.

Rainbow Gold – wiersze dla chłopców i dziewcząt wybrane przez Sarę Teasdale, ilustracje Dugald Walker – Macmillan Company, New York, 1924

Barataria 24 Civil Marsch for Aleppo

We had already here some posts about marching for Aleppo, as I also took (though very shortly) a part in it, in Berlin, in Chech and in Greece. Now it become an Odyssee of wandering from island to island. I think they are now real Baratarians…

Janusz Ratecki

Civil March for Aleppo’s shape has certainly changed. Prolonged waiting period for the permission for going through Turkey made us first to go to Bulgaria and now to visit Greek Islands. CMFA chose the symbolic – Lesbos and smaller, troubled Chios and Samos. We are not marching any more, but instead we meet with NGOs, refugees and local people. So we basically returned to the „roots”, which was showing the solidarity with refugees on our way. I have mixed feelings about what we do now, and how we do it, but in the reality, its effect of our previous decisions and actions (or lack of it). Sometimes we collect information as journalists, but we are not them. We help as volunteers, but we are also not volunteers! We are marchers, that dont march, because local conditions are full of risks. And I think that we shouldnt put anyone at risk, in the first place.

So what do we do now? Who we are? We are lost like Ulisses, experiencing night, sleeping with open eyes, under the Greek sky. We are the last on the ground, hoping that cmfa is still worth of time and effort. Or maybe we are just blind? Anyway we will continue to sail toward Syria.

#civilmarchforaleppo#cmfa#greece#chios#lesbos#refugees#peace#lost#night#stars#habibti

Przychodzimy odchodzimy… 2

Julian Odstępowicz

Juvenilia bez ciągu dalszego II

Tydzień temu rozpocząłem snucie wspomnień o przyjacielu moich młodych lat. A dziś zakończę snuć, bo niewiele po nim zostało.

Pisał Rafał Łachmańczuk wiersze, ale odważył się też na piosenkę. Tak samo jak wiersze niedorobioną, lecz ileż wspomnień budzącą! Wspólne wyprawy w Beskid Sądecki. Krynica, Tylicz… Rafał i tak lepiej oddał te nasz wrażenia, niż ja bym to potrafił uczynić. Bo ja ani pisać ani komponować nie umiem. Co gorsza (czy na pewno? może jednak: co lepsza?) śpiewać też się nie odważę. Musiałem o to poprosić jednego naszego kolegę, który też znał Rafała. Jego wykonanie to również nie mistrzostwo, obaj o tym wiemy. Jeśli się jednak zdecydował to jedynie, jak sam wyznał, przez wzgląd na pamięć naszej wspólnej młodości. Tak jakoś przegniłej… jak te deski cerkiewne.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (z Muzeum Narodowego w Szczecinie 3)

Dariusz Kacprzak

Fryderyk II Hohenzollern Johanna Gottfrieda Schadowa

W jednym z numerów z 1785 roku wydawanego w Warszawie dwutygodnika „Polak Patriota” znalazł się taki oto opis Fryderyka II: „Zawsze prawie jednakowo chodzi ubrany, zawsze ma na sobie buty z huzarska nie powiązane, w marszczach wiszące, już rude, bo od nowości swej nie szwarcowane. Najszerszą stronę kapelusza (oficerów kawalerii pruskiej) ma obróconą i spuszczoną na czoło i oczy. Z tabakiery bardzo wielkiej zażywa niezmierną moc tabaki hiszpańskiej, którą po większej części opuszcza na kamizelkę i spodnie, mocno stąd zabrudzone, a splamione oraz kilka charcików angielskich, które zawsze przy nim biegają”. Ów mundur Fryderyka był koloru jasnoniebieskiego, a wspomniana hiszpańska tabaka – będąca jednym z nielicznych królewskich luksusów – była sprowadzana z Kadyksu w ilości 300 funtów rocznie. Opis ten bliski „wizji” stworzonej kilka lat później przez Johanna Gottfrieda Schadowa (1764 Berlin – 1850 Berlin), jednego z najwybitniejszych przedstawicieli klasycyzmu w rzeźbie europejskiej.

Znajdująca się w zbiorach Muzeum Narodowego w Szczecinie rzeźba Johanna Gottfrieda Schadowa, przedstawiająca najstarszego syna Zofii Doroty Hanowerskiej i Fryderyka Wilhelma I Hohenzollerna – Fryderyka II zwanego Wielkim (1712 Berlin – 1786 Poczdam) – to wykuty w białym marmurze karraryjskim pełnopostaciowy, ponadnaturalnej wielkości, reprezentacyjny wizerunek władcy Prus.

Pełnoplastyczny królewski portret powstał na życzenie stanu rycerskiego prowincji pomorskiej w Szczecinie, z inicjatywy Ewalda Friedricha hrabiego von Hertzberga – związanego z Pomorzem pruskiego ministra spraw zagranicznych, który w niemieckiej historiografii zapisał się jako współtwórca wielu istotnych politycznych działań epoki fryderycjańskiej, w polskiej zaś przede wszystkim jako jeden z ideologów pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej. W Berlinie hrabia kojarzy się przede wszystkim ze znajdującym się w południowej części miasta pałacem Britz. W kwietniu 1791 roku hrabia wystąpił do króla Fryderyka Wilhelma II o zgodę na realizację pominika ku czci wielkiego poprzednika i uhonorowanie przez Pomorzan w ten sposób wuja panującego władcy, zobowiązując się jednocześnie do pokrycia kosztów przedsięwzięcia siłami pomorskiej prowincji. Król w udzielonej następnego dnia odpowiedzi odniósł się z aprobatą do tej idei i wyraził oficjalną zgodę. W wyniku realizacji kontraktu zawartego przez Hertzberga z Johannem Gottfriedem Schadowem 5 sierpnia 1791 roku latem 1793 roku w reprezentacyjnym miejscu Szczecina (Biały Plac Parad, niemal na wprost okien apartamentów królewskich w Pałacu Sejmu Stanów Pomorskich) uroczyście odsłonięto pomnik Fryderyka II, będący pierwszym świadectwem kultu króla Prusaków. Rzeźba stała się źródłem powszechnie obowiązującego wyobrażenia Rex Borussorum i odegrała istotną rolę w kształtowaniu się legendy fryderycjańskiej – tak w swej apologetycznej, jak i „czarnej” odmianie – powiązanego z mitem prusactwa czy też patriotycznym mitem Domu Hohenzollernów.

„Myśli jako filozof, działa jako król” – tak onegdaj Jean-Jacques Rousseau określił Fryderyka II, ze stoicyzmem traktującego obowiązki publiczne, przeciwnika dworskiego blichtru, brutalnego wodza, zręcznego dyplomatę, zdolnego do korzystnej dla potęgi państwa dwuznaczności zachowań, ale także arystokratę ducha Epoki Świateł. Ocena władcy bez wątpienia ściśle wiąże się z bilansem europejskiego absolutyzmu oświeceniowego. Fryderyk II jest postacią, wzbudzającą żywe emocje i skrajne opinie. Z jednej strony zapisał się w historii jako błyskotliwy taktyk i bezwzględny dowódca – czołowa postać m.in. trzech wojen śląskich, wojny o sukcesję bawarską oraz twórca pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, z drugiej zaś – stawiający na pierwszym planie dobro poddanych, dbający o interes własnego państwa, wrażliwy, obdarzony talentem literackim filozof, który w ukochanym Sanssouci nad bale i polowania przedkładał książki, koncerty i dyskusje z najbardziej światłymi umysłami epoki.

W kontekście pierwszego oficjalnego pomnika Fryderyka II odsłoniętego w Szczecinie oraz żywej na Pomorzu legendy frydrycjańskiej warto przytoczyć jedną z lokalnych opowieści ludowych, potwierdzających filozoficzną naturę władcy oraz jego poczucie humoru: „Pewnego razu na drzwiach pastorówki król przeczytał słowa: »Żyję bez trosk«. Kazał więc wezwać pastora i rzekł: »Jeśli naprawdę nie ma on trosk, to ja mu ich przysporzę. Niech mi odpowie na cztery pytania: Ile waży księżyc? Ile gwiazd jest na niebie? Jak głębokie jest morze? O czym myślę? Jeśli w ciągu roku nie da mi odpowiedzi, pożegna się z pastorstwem«. Pastor nie potrafił znaleźć odpowiedzi na żadne z pytań. Pożalił się na swój los pasterzowi. Pasterz zaofiarował się wyruszyć zaraz do Berlina i podać królowi rozwiązania zagadek. Posłuchanie otrzymał. Król powtórzył pierwsze pytanie, a pasterz odpowiedział: »Funt, bo księżyc ma pierwszą i ostatnią kwadrę, a że kwadra to ćwierć, czyli cały księżyc musi ważyć cztery ćwierci albo funt«. Kiedy król powtórzył drugie pytanie, pasterz wyjął kartkę papieru, na której zrobił mnóstwo kleksów, i rzekł: »Tyle jest gwiazd na niebie, a kto nie wierzy, niech je sobie policzy«. Na trzecie pytanie odpowiedział: »Morze ma głębokość rzutu kamieniem«. Kiedy król powtórzył czwarte pytanie, pasterz odparł: »Wy, panie królu, myślicie, że jestem pastorem, który żyje bez trosk; a ja jestem tylko pasterzem«. Na to król rzekł: »Czynię cię zatem pastorem, a pastor niech owce pasie«. I tak się stało. Lecz gdy rok później król zajrzał do nich znowu, zobaczył, że obaj są nieszczęśliwi, bo pasterz nie umiał wygłaszać kazań, a pastor – paść owiec. Król pozwolił im więc na powrót zamienić się urzędami i od tamtej pory żyli obaj długo i szczęśliwie”.

W przypadku pomorskiej realizacji dyrektora berlińskiej Akademii, twórcy Kwadrygi zwycięstwa ustawionej na Bramie Brandenburskiej oraz słynnego portretu dwu sióstr Luizy i Fryderyki, księżniczek Mecklenburg-Strelitz, do głosu doszedł bardziej trzeźwy naturalizm aniżeli właściwy klasycyzmowi idealizm. Zgodnie z ustaleniami zawartymi w kontrakcie Fryderyk II został przedstawiony w pozycji stojącej, w kontrapoście, z głową zwróconą w lewą stronę, ze spojrzeniem skierowanym w dal. Ubrany jest w mundur generała jazdy pruskiej i gronostajowy płaszcz oraz buty wysokie nad kolana. Na głowie ma charakterystyczny trójgraniasty kapelusz z kokardą. Tors królewski dekorowany jest wstęgą orderową z widocznym spod płaszcza przypiętym do piersi Orderem Czarnego Orła, którego dewizą było suum cuique (każdemu to, co się należy; do 1918 roku było to najwyższe odznaczenie Królestwa Prus, obecnie zaś jest to order domowy byłej panującej pruskiej i cesarsko-niemieckiej dynastii Hohenzollernów). Lewa ręka króla, ugięta w łokciu, wsparta na biodrze, w naturalny sposób odchyla połę płaszcza, odsłaniając podwójnie owinięty szarfą z chwostem pas, do którego z boku przypięta jest szpada. Ułożenie ręki oraz wysunięta do przodu, ugięta lekko w kolanie noga, dopełnione odchyleniem głowy i wyrazistym spojrzeniem zatopionym w dal, przydają postaci respektu i reprezentacyjnej godności. Artysta poprzez takie rozwiązanie kompozycji rzeźby uzyskał efekt lekkości, rozbijając zwartą bryłę korpusu postaci. Linie diagonalne wprowadzają element dynamiki i nadają monumentalnemu przedstawieniu naturalności. W prawej dłoni król trzyma regiment, symbol wodza naczelnego, wsparty o leżące u jego stóp dwie księgi, na grzbietach których widnieją wyryte napisy: „Corpus Iuris Frid.” (Księga praw Fryderyka) i „Artes Pacis et Belli” (Sztuka pokoju i wojny), będące odwołaniem do najważniejszych dokonań władcy.

Biała marmurowa figura Fryderyka spoczęła na cokole wykonanym z szarego marmuru śląskiego. Na jego frontowej płaszczyźnie umieszczona została tablica z datą: „Friderico II. Pomerania MDCCXCIII”. Dopełnieniem ideowego programu dzieła były również trzy reliefowe płyciny z dekoracją emblematyczną, zdobiące trzy płaszczyzny postumentu. Z tyłu umieszczono – nie zachowaną do dzisiaj – płaskorzeźbę z wizerunkiem wzlatującego orła w koronie z piorunami w szponach symbolizującego panujący dom Hohenzollernów. Na bocznych ścianach cokołu znalazły się natomiast dwie niemal kwadratowe płaskorzeźby. Jedna z przedstawieniem wiązki rózg liktorskich, ksiąg, liry i gałązki wawrzynu, stanowiącym odwołanie do władzy i godności najwyższego urzędnika w państwie oraz sztuki pokoju, przypominająca o humanistycznych, filozoficzno-artystycznych zainteresowaniach króla (muzyka, poezja, sztuki plastyczne). Na drugiej natomiast widnieje tarcza z głową meduzy pośród panopliów – alegoria militaryzmu, sztuki wojennej.

Rzeźba zwraca uwagę jakością artystyczną, sposobem opracowania detalu rzeźbiarskiego, mistrzowskim ujęciem portretowym twarzy. Łączy w sobie dostojeństwo i splendor oficjalnego, reprezentacyjnego wizerunku królewskiego z realistycznym studium psychologicznym postaci, odzwierciedlającym naturę i charakter modela.

Barwne i trudne dzieje szczecińskiego zabytku stanowią przyczynek do refleksji nad historią, pamięcią i wielokulturową tożsamością Pomorza. Prezentowana dziś w przestrzeni wewnętrznego dziedzińca Muzeum Tradycji Regionalnych, jednego z gmachów szczecińskiego Muzeum Narodowego, praca Schadowa, jedna z nielicznych w zbiorach polskich, to intersujące świadectwo genius loci Szczecina – stolicy polskiego Pomorza Zachodniego, dawnej siedziby zarządu niemieckiej prowincji Pommern, miasta caryc i repatriantów z ziem wschodnich II Rzeczypospolitej.

W górę rzeki (22)

Zbigniew Milewicz

Wakacje z dreszczykiem

To są tak dawne wspomnienia, że czasami zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę. W latach siedemdziesiątych dwukrotnie próbowałem z ciocią Irką odnaleźć tamto gospodarstwo, ale się przed nami schowało, obrażone, żeśmy o nim przez tyle lat zapomnieli. Cioteczna Syrenka nie bała się polnych dróg, rwała przez leśne chaszcze, jak traktor, czasami nam się wydawało, że rozpoznajemy okolicę, ale później trop okazywał się chybiony, miejscowi kiwali przecząco głowami słysząc nazwiska Olczyk i Joniec, więc w końcu zaprzestaliśmy poszukiwań.

Nazwa miejscowości wyleciała cioci Irce z głowy, a w rodzinie nikt nie mógł poszczycić się lepszą pamięcią, niż ona. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, skąd ta luka: do Olczyków na wieś moi dziadkowie jeździli w czasie okupacji po wałówę i odbywało się to w warunkach pełnej konspiracji. Podobnie było w chudych, powojennych latach, choć pamiętam, że od nich też czasami ktoś przyjeżdżał do Chorzowa. Czasem była to smukła, stateczna dziewczyna z długim warkoczem, o imieniu Anastazja, do której zwracano się Stazi, kiedy indziej wysoki, starszy mężczyzna w kaszkiecie, o ascetycznej twarzy, zawsze gładko ogolony i starannie ubrany w tweedowe spodnie i marynarkę, albo w płaszcz nieprzemakalny z kapturem, jak padało. Obydwoje przyjeżdżali na Wesołą na rowerach, kurier miał nogawki spodni niezmiennie spięte metalowymi klamerkami i ja mu ich skrycie zazdrościłem. Wiedziałem, że chodzi o paczki, oklejone papierem i przewiązane sznurkiem, które dziadkowie trzymali na szafie w sypialni. Co było w ich środku, o to się nie dopytywałem, bo i tak nikt z dorosłych w domu nie miał na ten temat bladego pojęcia. Zwyczajowo dziadek Erwin i babcia Jadzia zapraszali przybyszów do stołu w kuchni, a im zawsze bardzo się spieszyło, więc prawie ze sobą nie rozmawiali, brali te swoje kartony, raz większe, innym razem mniejsze, żegnali się i zaraz ruszali w drogę powrotną, pewnie na dworzec kolejowy w Batorym. Gdybym się wtedy swojego dziadka naiwnie zapytał, dokąd oni jadą, łagodnie by mi odpowiedział : a skąd ja to mam Zbysiu wiedzieć… albo prześmiewnie: do Azot a nazod. Na tym polegała konspiracja w naszym domu na Wesołej.

Latem wyruszało się więc czasami po prostu na wieś. Nie pamiętam nawet, żeby ktoś w domu wymieniał z nazwiska ludzi, do których jedziemy, one pojawiły się dopiero po latach, w opowieściach, kiedy przestaliśmy u nich bywać. Dlaczego przestaliśmy, tego niestety nie wiem i już się nie dowiem. Wtedy pakowało się walizki z odzieżą, tobołki z pościelą, prowiant na drogę, w którym najważniejsze były jajka ugotowane na twardo, do butelek po piwie wlewało ciepły, kwaśnawy kompot z rabarbaru i kilkuosobowy orszak rodzinny ruszał z całym tym dobytkiem pieszo z osiedla Ruch, na przystanek tramwajowy przy ul. Cmentarnej, a stamtąd piętnastką albo czternastką do Chorzowa – Batorego, na dworzec kolejowy. Bilety były już wcześniej kupione w kasie, tylko odprowadzający musieli jeszcze zaopatrzyć się w tekturowe peronówki, bo inaczej konduktor w budce przy wejściu nie wpuściłby ich na peron. Do przyjazdu pociągu była co najmniej godzina, wśród odprowadzających znajdowała się najczęściej moja mama, jej młodsza siostra Irka, dziadek, czasami ciocia Gryjta, albo Marysia, druga siostra babci, która mieszkała u nas w suterenie, jej córka Ewa z poddasza z synem Januszkiem, kiedy indziej prosto z szychty na grubie wujek Hainc, czy kuzynka mamy Jutka ze swoim mężem Józkiem i dziećmi. Taki wyjazd na letnisko był bowiem kiedyś prawdziwym wydarzeniem rodzinnym i towarzyskim, w którym nie wypadało nie uczestniczyć, poza tym, kto by tachał te wszystkie bagaże, które babcia i ja zabieraliśmy ze sobą na wieś. Najczęściej jechaliśmy tam tylko we dwoje, ale niekiedy dołączał jeszcze ktoś: ciocia Marysia z Januszkiem, Gryjta, albo Piotrek, syn Hainca.

Zanim na peron wtoczyła się najprawdziwsza, tuwimowska lokomotywa, ciągnąca przedwojenne wagony I, II i III klasy (jeździło się drugą lub trzecią), odbywało się nieustanne liczenie naszego dobytku i sprawdzanie w pamięci, gdzie zapakowało się zimowe skarpetki babci Jadzi, której niezależnie od pory roku było zimno w nogi, gdzie raphacholin na jej wątrobę, gdzie chusteczki do mojego wiecznie zakatarzonego nosa i sto innych rzeczy pierwszej potrzeby. Oczywiście babcia pakowała wszystko sama, ale przy takiej masie zajęć, jakie miała przed wyjazdem, łatwo było czegoś zapomnieć. Najważniejsze było jednak sprawne zorganizowanie siedzących miejsc w pociągu i wtaszczenie bagaży do środka. Konkurencja była duża, bo wielu chorzowian chciało spędzić wakacje z dala od zmazanego wieczną sadzą miasta, w którym latem w ogóle nie było czym dychać, a wielogodzinne stanie w tłoku na korytarzu pociągu nie należało do przyjemności. Jutka, a po niej ciocia Irka były najszybsze w znajdowaniu wolnych ławek, sprawnie używały łokci w przepychance do przedziałów, a kiedy się dało, to cyganiły, jak z nut, że mają w tym miejscu rezerwację. Hainc z dziadkiem Erwinem umieli z połowy peronu trafić tobołkiem w otwarte okno przedziału, a Józek, jak gwizdnął kiedyś po kolejarsku i zawołał: Kto do Krakowa, proszę wsiadać, drzwi zamykać, to ludzie w pierwszym momencie pogłupieli, bo pomyśleli, że pomylili pociągi, a jego żona w tym czasie już zajmowała upatrzone siedzenia. Przy dużym tłoku na peronie dzieci, podobnie, jak bagaże, podawało się przez okna do przedziałów, żeby trzymały miejsca dla dorosłych, za czym osobiście nie przepadałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał.

Jechaliśmy tym pociągiem w stronę Bytomia, Tarnowskich Gór, Lublińca, na stacji w Herbach mieliśmy przesiadkę. Nie pamiętam już, czy to były Herby Stare, czy Nowe, ale stamtąd jechało się dalej już bezpośrednio nad polskie morze. Przy przesiadce dorośli znowu byli podekscytowani, liczyli od nowa bagaże, spekulowali, czy zdążą na drugi pociąg, poganiali opieszałych. Wszystko uspokajało się dopiero na miejscu, na małej, sennej stacyjce niedaleko Herbów, na której czekały już na nas konie. Woźnica z szacunkiem zdejmował przed babcią czapkę, milcząco pomagał nam ulokować w bryczce bagaże, zacinał konie i ruszaliśmy w drogę. Był niemową, a babcia uparcie próbowała się dowiedzieć, którą drogą nas zawiezie na miejsce – polnym traktem, czy przez las. Polny był dłuższy, leśny trudniejszy, powozem kołysało na wykrotach, a po deszczu koła grzęzły w błocie, poza tym podobno w jednym miejscu straszyło. Dlatego furman wolał dłuższą drogę, ale za dziesiątkę Sportów, które dostawał zawsze od pani Paluchowej za fatygę, czasami jeździł przez las. Babcia zajmowała tylne siedzenie, ja sadowiłem się kolanami na przednim, za woźnicą i obserwowałem z zaciekawieniem grę mięśni dwójki koni w zaprzęgu, ich wysiłek i jak się wypróżniały. Miałem swoje ulubione gniadosze, ale gospodarz wysyłał nam różne maści na stację, więc nie było co grymasić.

Raz, w biały dzień, przytrafiło się nam coś dziwnego i to nie na leśnym skrócie, a na rozstajach polnych dróg, skąd do gospodarstwa Olczyków był już rzut kamieniem. Przed krzyżem, pod którym była przymocowana tabliczka z jakimś gotyckim napisem, konie nagle stanęły i zaczęły zachowywać się niespokojnie. Woźnica zeskoczył na ziemię, coś do nich mamrotał, gładził po pyskach, wyciągnął z kieszeni jabłko, odkroił scyzorykiem po kawałeczku, nie chciały jeść. Zmarkotniał, zanosiło się na burzę, powietrze stało w miejscu, gzy cięły dokuczliwie, wtedy pokazał babci na krzyż. Wyjęła różaniec, który zawsze nosiła przy sobie i powiedziała: pomódlmy się Zbysiu za dusze w czyśćcu cierpiące. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca, jakoś pomogło, bo konie znowu ruszyły przed siebie. Na miejscu opowiedzieliśmy o naszej przygodzie gospodarzom, znali opisane miejsce, w czasie I wojny światowej doszło tam do potyczki między niemieckim oddziałem infanterii i carskimi sołdatami, w której zginęło kilkunastu ludzi; w Herbach biegła granica między zaborem pruskim i rosyjskim.

Jońcowa oddziedziczyła po swoich rodzicach duży majątek ziemski. Kiedy wydała swoją córkę za mąż za Olczyka, gospodarowali we trójkę. Był tam nieduży młyn, hodowla trzody chlewnej i krów, hektary urodzajnej ziemi. Po wojnie zostało z tego niewiele, władza komunistyczna tępiła kułaków, kontraktacja nie pozwalała się zbytnio bogacić, ale wszystkiego nie dali sobie odebrać. W czasie letnich i jesiennych zbiorów najmowali zaufanych ludzi do pracy i moja babcia z rodziną tak, jak w czasie okupacji, też im dorywczo pomagała przy różnych zajęciach. W zamian za żywność, której brakowało w mieście. Do legend rodzinnych przeszła historia mojej mamy, która podczas wojny wiozła ze wsi pociągiem słoninę do Chorzowa i dziś sobie myślę, że pewnie jechała od Olczyków. Przepasała się połciem w pasie, nałożyła płaszcz i udawała ciężarną. Na dworcu w Chorzowie-Batorym, zapomniawszy, że jest w błogosławionym stanie, zgrabnie zeskoczyła na peron, aż ją jakiś oficer Wehrmachtu przywołał do porządku, że przecież ryzykuje poronieniem. Za szmugiel żywności groziła wywózka do Oświęcimia. Nie pamiętam jednak, żeby babci zlecano jakieś ciężkie prace. Najczęściej zajmowała się domem, porządkami, czasami coś gotowała dla wszystkich, wystarczało jej czasu, żeby pójść na łąkę, albo do lasu i zbierać ulubione zioła, a później suszyć je na sznurkach rozwieszonych koło młyna. Ja z synem gospodarza, Heńkiem, który był moim rówieśnikiem, pasałem krowy i gęsi, ale więcej było zabawy, wycieczek po okolicy, pływania w blaszanej balii po przydomowym stawie, myszkowania wśród zakurzonych rupieci na strychu, albo w nieczynnym młynie, którego koło nadal obracało się w potoku.

Mogłem się na nie gapić bez końca, bo niekiedy zwalniało, stawało w miejscu, z sopli zielonych wodorostów, którymi obrosło z latami pomału spływała woda, lśniła w słońcu, aby po chwili ze skrzypnięciem drewna znowu połączyć się z nurtem. Mieliśmy z Heniem różne pomysły na spędzanie wolnego czasu, które nie zawsze podobały się dorosłym. Pewnego razu odkryłem w stodole wysuszone liście o intensywnym, miłym zapachu, które gospodarski syn nazwał tabaką i powiedział, że z niej robi się papierosy. Do małego, drewnianego wózka z dyszlem wrzuciliśmy więc trochę tych liści, stary Świerszczyk, zapałki, przykryliśmy to czymś dla niepoznaki i pojechaliśmy hen daleko, w pole, żeby spróbować zakazanego owocu. Żaden z nas do tej pory nie odważył się jeszcze zapalić. Zwinięta w rulon płachta dziecięcego czasopisma z pokruszoną tabaką w środku wyglądała jak ogromne, kolorowe cygaro, ale jak żeśmy się nim sztachnęli, to już było mniej ciekawie. Kto nas na polu wtedy wypatrzył, tego nie wiem. Ślady przestępstwa staraliśmy się dokładnie zatrzeć, ale kiedy wieczorem usiedliśmy w kuchni do wspólnej kolacji, uderzyła nas dziwna cisza przy stole. Przed moim nakryciem i talerzem Heńka leżały dwa papierosy, po kolacji sobie zapalicie – powiedział spokojnie gospodarz. Ani ja, ani mój koleżka nie tknęliśmy tamtego wieczoru kolacji. Nie jesteście głodni? – drwił Olczyk. To pójdziemy na papierosa. Musiałem asystować w laniu, które spuścił synowi w stodole, wojskowym pasem, po gołej rzyci. Był z niego kawał chłopa i razy wymierzał solidnie, podziwiałem Heńka, że ani pisnął. Być może od tamtego dnia nie tknął już papierosów w swoim życiu, mnie babcia ukarała publicznym klęczeniem na grochu i sto razy musiałem powtórzyć, że mi wstyd za to, co zrobiłem. Oczywiście, że było mi wstyd, ale w swoim późniejszym, dorosłym życiu wypaliłem tej tabaki niepotrzebnie jeszcze sporo.

Innych, przykrych incydentów u Olczyków nie zapamiętałem. Był to dumny, ale przyjazny dom, z życzliwymi ludźmi, gdzie centralne miejsce stanowiła kuchnia – przestronne, niskie pomieszczenie o łukowatym sklepieniu, z chlebowym piecem i długim stołem, przy którym wieczorem zasiadała do posiłku cała rodzina, razem z gośćmi i służbą. Z kuchni, gdzie nawet upalnym latem panował przyjemny chłód, schodziło się do lodowatej, kamiennej piwnicy, w której trzymano wędliny, mięso z uboju, mleko, podpiwek. Chleb piekła osobiście stara Jońcowa, powściągliwa w słowach i gestach postawna kobieta, ze śladami dawnej urody na twarzy zupełnie pozbawionej zmarszczek. Do dziś nie zapomnę smaku lekko czerstwych, żytnich pajd, posmarowanych masłem, które własnoręcznie ubijałem z maślanki, i aromatu zbożowej kawy przy śniadaniu. Chleba „prosto z pieca“ nie jadło się względów zdrowotnych, okrągłe, wielkie bochny musiały ze dwa dni najpierw odleżeć.

Spaliśmy z babcią najczęściej w dwóch sąsiadujących ze sobą, niedużych pokojach nad kuchnią. W moim znajdował się ręczny magiel, a na ścianie wisiał portret młodego żołnierza w pruskim mundurze. Oczywiście musiałem wiedzieć, kto na nim jest. To brat pani Jońcowej, który już nie żyje – wyjaśniła mi babcia. Wtedy zapytałem, czy zginął na wojnie. Dla świętego spokoju przytaknęła, ale mnie interesowało jeszcze, czy zostawił po sobie żonę i dzieci, wtedy powiedziała, że nie wie. Pewnego popołudnia, po kilkugodzinnym grabieniu siana w polu poczułem się tak zmęczony, że poszedłem do domu trochę odpocząć. Najpierw wypluskałem się w chłodnym potoku, a później zaległem na chwilę w swoim pokoju. Ledwo przyłożyłem głowę do poduszki, a tu słyszę kroki w kuchni, jakiś gwar, myślę sobie, aha i reszta ściągnęła za mną, ale nie mogłem rozpoznać, kto konkretnie. W pewnym momencie ktoś na dole zaintonował Godzinki do Matki Boskiej, reszta się włączyła i tak ładnie śpiewali, że mnie to uśpiło. Obudziłem się dopiero przed kolacją, zszedłem na dół, w kuchni krzątała się moja babcia z żoną gospodarza, więc je pochwaliłem za te Godzinki. Nie wiedziały, o czym mówię, przed chwilą przyszły razem z innymi z pola do domu i poza mną nikogo w nim nie było.

Po latach ciocia Irka, nasza domowa specjalistka do spraw zjawisk paranormalnych, rzuciła mi nieco światła na dom Olczyków, który jej zdaniem był nawiedzony. Jeździła tam często w latach swojej młodości i sama raz doświadczyła historii sprzecznej z logiką. Żołnierz z portretu faktycznie był starszym bratem Jońcowej, ale nie zginął w walce, tylko w czasie I wojny światowej zastrzelił się z powodu nieszczęśliwej miłości. Jego majętni rodzice nie chcieli przyzwolić na małżeństwo z ubogą dziewczyną, którą kochał i on nie potrafił się z tym pogodzić. W kolejne rocznice ślubnych zapowiedzi pod jego rodzinny dom zajeżdżają więc niekiedy czarne karety, zaprzężone w czarne rumaki, oświetlone kandelabrami, w których nie ma nikogo, albo słychać muzykę weselną, brzęk kieliszków i gwar zaproszonych gości, a kiedy wyjrzeć przez okno, to pusto, cisza. Ja słyszałem Godzinki, widocznie dusza nieszczęśnika nie jest potępiona, tylko prosi mnie o modlitwę, mówiła. Jej przydarzyło się, że w biały dzień na drodze, którą jechała dorożką do Olczyków, wyprzedził ją na koniu sam brat Jońcowej, ubrany w weselny surdut, rozpoznała jego twarz z portretu. Woźnica też go widział, ale jako niemowa nie umiał tego porządnie potwierdzić.