Pasta Kiwi but ożywi

Lech Milewski

Podoba mi się ten tytułowy slogan reklamowy. Nic dziwnego, dobry poeta go wymyślił.
Czy ktoś wie albo domyśla się – kto? Odpowiedź na końcu wpisu.

Wygląda na to, że środki pielęgnacji butów inspirują do rymowania. Kolejny dowód poniżej:

– Luba istoto…
– Czy to nie będą może wiersze?
– Nie, nie!
– Tym lepiej. Wiersze to rzecz nienaturalna. Nie ma
ani jednego człowieka, który by mówił wierszami
z wyjątkiem zakrystiana w drugi dzień Bożego Narodzenia
i tych co zachwalają Warrena czernidło do butów…

Charles Dickens – Klub Pickwicka – pogrubienie moje.

Proszę zwrócić uwagę – nie pasta do butów lecz czernidło – w oryginale: Warren’s blackin’.

Wikipedia informuje, że pasta do butów (shoe polish) pojawiła się na rynku w połowie XIX wieku, a popularność zyskała dopiero na początku XX wieku. Do tego czasu królowały czernidła – szczegóły TUTAJ.

W czasach PRL używałem do czyszczenia butów pasty produkowanej przez firmę Społem.

Społem

Obrazek na pudełku przypomina kolejną poezję – ruszymy z posad bryłę świata (w błyszczących butach oczywiście) – Międzynarodówka.

Dopiero w roku 1983 trafiłem na południową półkulę i tytułowy dwuwiersz nabrał praktycznego znaczenia.

Kiwi

Szkocja, rok 1841, w małej wiosce Forth urodził się John Ramsay. Jego ojciec był rzeźnikiem (w miejscowej gwarze – flesher). Młody John od dziecka był bardzo oddany religii, gdy dorósł został stolarzem meblowym.
Ożenił się z Margaret Thomson, mieli w sumie 11 dzieci.
Pierwszy syn, Wiliam, urodził się w czerwcu 1868. John przeniósł się wraz z rodziną do Glasgow, gdzie pomagał szwagrowi – Johnowi Darling – wynalazcy wiecznego pióra, żyroskopowego kołowrotka, barwników metali.

W roku 1878 John zdecydował się przenieść do Melbourne. W tym okresie, w wyniku odkrycia wielkich złóż złota, było to jedno z najbogatszych miast na świecie.
Podróż statkiem Sunart trwała 3 miesiące. Nie była to bezpieczna podróż, wybrzeże stanu Wiktoria usłane było wrakami 800 rozbitych statków. Nic dziwnego, że John dla zabrał ze sobą duży zapas biblii dla pokrzepienia duchowego pasażerów.

Nie samym słowem Bożym jednak człowiek żyje. John uzupełniał swoje dochody polowaniem na albatrosy. To był bardzo wartościowy ptak. Należało go tylko oskórować – naciąć na szyi kilka cali od głowy, rozczepić skórę na plecach i ściągnąć w dół. Skórę zachować na rękawiczki. Głowę można było wypchać. Małe kości ze skrzydeł nadawały się na cieszące się dużym popytem trzpienie do czyszczenia fajki zaś skóra ze stóp na portmonetki lub woreczki na tytoń.

Na początku czerwca 1878 roku przybyli do Melbourne. Statek Sunart rozbił się w drodze powrotnej do Anglii.
Wbrew oczekiwaniom Johna biblie nie cieszyły się w Melbourne powodzeniem, ale z powyższych relacji widać, że John nie bał się żadnej pracy. Import fortepianów, handel biżuterią – John wkrótce zyskał reputację jako ekspert od diamentów, handel nieruchomościami. To ostatnie najlepiej zdawało egzamin. 10 lat po przybyciu do Australii John Ramsay z rodziną wprowadzili się do Clydebank – rezydencji uznawanej obecnie za znaczący zabytek – KLIK.

W 1891 roku Australia przeżyła krach finansowy. Zbankrutowały cztery największe banki. John natychmiast dostosował się do nowych warunków – pracował jako taksator i likwidator nieruchomości. Rezydencja Clydebank została uratowana.

Pozycja państwa Ramsay musiała być znacząca, gdyż zostali zaproszeni na inaugurację australijskiego parlamentu w Melbourne – rok 1901.
Pod opiekuńczymi skrzydłami ojca rosła silna rodzina. Syn Hugh został uznanym malarzem – KLIK, kolejny syn – John – został równie znaczącym chirurgiem – KLIK.

A co z najstarszym synem, Wiliamem?
Poszedł śladami ojca, handel nieruchomościami. Jednak w 1904 roku przystąpił do spółki z Hamiltonem McKellanem. Firma specjalizowała się w produktach chemicznych – środki czyszczące do butów i uprzęży, środki do smarowania maszyn do szycia i strzelb, zapobiegające siwiźnie, leki przeciwko gruźlicy i na zapalenie płuc.

Zapewne to Hamilton McKellan opracował recepturę pasty do butów, która nadawała im połysk.

Przełom XIX i XX wieku – konne dorożki, błoto na ulicach. Buty padały pierwszą ofiarą. Na każdym rogu środmiejskiej ulicy funkcjonował pucybut – miał duży kociołek i skórzany worek z czernidłem zrobionym z czarnego pigmentu (ivory black), nawilżonego gruboziarnistego cukru, wody i octu. Po usunięciu błota smarowano but czernidłem przy pomocy szmaty na patyku. Żadnego szczotkowania czy polerowania.
Pod koniec XIX wieku coraz więcej osób było stać na buty, fabryki rozpoczęły masową produkcję i krzyk butów o lepszą pielęgnację został usłyszany.
Pastę do butów produkowano w kilku krajach. W paździeniku 1906 roku na rynku pojawiła się czarna pasta do butów z rozpoznawalnym do dzisiaj znakiem firmowym.

Kiwi.

Kiwi

Bardzo oryginalny ptak – bezlotek mieszkający jedynie w Nowej Zelandii. Fakt, że zapomniał latać przypisuje się przyjaznemu środowisku naturalnemu – brak drapieżników. Dopiero przybycie człowieka i towarzyszących mu zwierząt przyniósł poważne zagrożenie życia.
Pióra ptaka kiwi dostosowały się do okoliczności, są bardzo miękkie i w dotyku przypominają futerko.
Kiwi ma bardzo słaby wzrok, nadrabia to węchem. Jest jedynym ptakiem, który ma dziurki od nosa na końcu dzioba.
Inna oryginalna cecha – samica kiwi znosi nieproporcjonalnie wielkie jajka – ich waga sięga 20% wagi matki.

Ostatnia cecha – krzyk – miejscowi twierdzą, że brzmi jak kiiiii-łi! Stąd nazwa. Proszę sprawdzić – KLIK.

Tak się złożyło, że pod koniec 1901 roku William Ramsay wybrał się służbowo do Nowej Zelandii i tam zakochał się w pannie Annie Elżbiecie Meek. Ślub odbył się w styczniu 1902 roku.
Właśnie pani Anna zaproponowała Kiwi jako nazwę nowego produktu. Jej argument był fonetyczny – to słowo łatwo się wymówi w każdym języku.

A więc – październik 1906 roku – pasta Kiwi pojawiła się na rynku, w ciągu 3 miesięcy do końca roku sprzedano 86 grossów pasty.
Czy ktoś jeszcze wie co to był gross?
Mnie uczowo tego szkole podstawowej – 1 gross = 12 tuzinów czyli 144 sztuki. A zatem 86 grossów to 12,384 pudełek pasty. Niezły start. Poniżej – właściciele firmy w akcji.

Kiwi

Kolejna przełomowa data to rok 1908. W tym to roku firma McKellan&Ramsay wprowadziła na rynek pastę Kiwi Black Tan, która nie tylko nadawała butom połysk, ale również odżywiała skórę obuwia.
Dygresja – firma nosiła nazwę McKellan&Ramsay, ale Hamiltona McKellana już tam nie było. Dość szybko wycofał się z działalności w firmie, przez pewien czas pozostawał jej współwłaścicielem, ale współpraca z Wiliamem Ramsayem nie układała się dobrze i McKellan wycofał się z poczuciem, że został wykorzystany.

Rok 1912 – pora podbić świat. John Ramsay, ojciec Wiliama, udał się do Londynu i otworzył tam fabrykę pasty Kiwi. Wkrótce zastąpili go synowie Wiliam i Tom. Jednak po kilku miesiącach Wiliam musiał wrócić do Australii. Rak żołądka – zmarł we wrześniu 1914 roku.

W Londynie rodzina Ramsay poznała potrzebę reklamy, zamówili film reklamowy, oczywiście niemy, czas projekcji 9 min. Był to jeden z pierwszych, a na pewno najdłuższy w tym czasie, film reklamowy.

Na kontynencie europejskim szaleje już wojna. Biorą w niej udział żołnierze australijscy. Anglicy zauważają, że obuwie Australijczyków jest w dużo lepszym stanie niż ich własne. Rezultat – zamówienia od armii brytyjskiej.

Początek roku 1916 – australijska i londyńska fabryka zostają połączone w Kiwi Polish Company Pty Ltd. Prezesem firmy zostaje wdowa po Wiliamie Ramsay, która zyskała sobie pseudonim – Kiwi Anne.

Rok 1934 – okres depresji. Stagnacja na rynku, ale firma Kiwi Polish Company eksportuje swe produkty do 58 krajów.

Kiwi

Problemy stwarza Francja – ograniczono import do 25% importu w roku poprzednim.
Rozwiązanie – produkować pastę Kiwi we Francji. Wkrótce znajduje się zainteresowany – Pierre Zecchini prowadzi fabrykę butów i farb w Bagnolet, 5 km od Paryża. Chętnie przyjmuje nowy produkt.

W roku 1937 otwarta zostaje fabryka pasty Kiwi w Warszawie. Jej dyrektorem jest pan Rudolf Kulik

Rok 1939 – znowu wielka wojna. Fabryka w Warszawie zostaje zniszczona podczas bombardowania.
W 1940 roku rozpoczyna się okupacja Francji. Fabryka zostaje zamknięta, Niemcy zamierzają zamienić ją na garaże. Współwłaściciel fabryki, Pierre Zecchini, ostrzega pracowników, że stracą pracę i zachęca ich do przyjęcia oferty pracy w Niemczech. Jednak w 1941 otrzymuje zezwolenie od rządu Vichy na produkcję pasty do butów dla niemieckiej armii.
Wrzesień 1942 – fabryka we Francji zbombardowana przez brytyjski RAF.
Styczeń 1944 – londyńska fabryka zbombardowana przez Niemców jednak 2 bomby nie wybuchły, podobno pilot wyjął z nich detonatory.

Koniec wojny, próby kontaktu z panem Kulikiem w Warszawie nie przynoszą rezultatu.

Amerykańscy żołnierze w Europie poznali pastę Kiwi. Co zrobić, żeby jej nie zapomnieli?
Rok – 1947 fabryka w USA. Jednocześnie powstają imitacje w wielu krajach.
Oryginalny produkt jest sprzedawany w 158 krajach. Większość produktu pochodzi z fabryk w Anglii, Francji, Singapurze i USA.
To już jest przedsiębiorstwo warte setki milionów dolarów. Oto polska wersja reklamy produktu.

To jest za dobre, aby trwało zbyt długo. W 1986 roku amerykańska firma Sara Lee przejmuje kompletną kontrolę nad firmą.

Natchnienia do powyższego wpisu dodała mi próba wyczyszczenia własnych butów.
Niezbyt często noszę buty. Emeryt przedkładający spacer ponad jazdę samochodem czy komunikację miejską. Wystarczają mi sandały czy obuwie typu runners czy, jak to się w Polsce drzewiej mówiło, adidas.

Jednak od czasu do czasu trzeba założyć cywilizowane obuwie. Zajrzałem do pudełka z przyborami do czyszczenia butów i ze wstydem stwierdziłem, że w pudełkach z czarną i brazową pastą grzechocą jakieś zeschnięte bryłki.

Czym ja tu państwu głowę zawracam – czegoś brak – pojechać do sklepu i kupić. Nie po to żeśmy komunizm obalali, żeby obywatel kłopotał się brakiem pasty do butów.

Pojechałem do supermarketu czołowej amerykańskiej firmy. Po dokładnym przeszukaniu półek powtórzyłem słowa Cezara – veni, vidi, v…nici. Nici, czyli nie ma. Były tylko jakieś mikstury w buteleczkach, bezbarwna i zielona.
Zaprzęgłem do pracy internet. Oferta drugiego czołowego amerykańskiego supermarketu, ale gdy drążę głębiej otrzymuję odpowiedź – towar chwilowo niedostępny. Skąd ja to znam 🙂

Odwiedziłem więc sklep z obuwiem. Pasta Kiwi? Proszę, o tutaj, doskonała pasta… tyle że innej marki.

Nie-Kiwi

Kupiłem, spróbowałem. rzeczywiście bardzo dobra, ale jednak trochę smutno.

P.S. 1. Szperając po internecie zajrzałem również do polskich stron. W wielu spotkałem stwierdzenie, że nazwa Kiwi Shoe Polish kojarzy się z Polską. Hmmm – Anglosasom na szczęście się nie kojarzy, co innego Polakom.
Oto przykład – informacja, że reklama pasty Kiwi zdobyła Złotego i Brązowego Lwa na festiwalu reklamowym w Cannes w 2017 roku – link TUTAJ.
Proszę zwrócić uwagę na tekst linku – ..,polska-pasta-do-butow-gwiazdy-festiwalu… – pogrubienie moje. To jest profesjonalna strona byznesowa INN:Poland – znają się na rzeczy.

P.S. 2. Pasta Kiwi but ożywi – świetny slogan reklamowy. Autor podany TUTAJ.
Link wspomina inny popularny slogan reklamowy – Cukier krzepi – autor Melchior Wańkowicz. Wańkowicz jest również autorem sloganu – LOTem bliżej (czasy PRL) – oraz reklamy prezerwatyw firmy Eros – Prędzej ci serce pęknie – lata międzywojenne.

Źródła – Keith Dunstan – The Australian Brand That Brought Shine to the World.

Kiwi

Barataria 72 Król (“redruk”)

Książkę – z brulionów i notatek autora – wydało w roku 2001 wydawnictwo a5 w Krakowie

Zbigniew Herbert, Król mrówek

CZARNOFIGUROWA WAZA
GARNCARZA EKSEKIASA
                                                                         Josifowi Brodskiemu
Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino ku
jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli śpi i nic nie wie
więc my także nie wiemy dokąd płynie z prądami bukowa
łódź lotna

II
BOGOWIE Z ZESZYTÓW SZKOLNYCH

TRIPTOLEMOS

Oto mit dla zmęczonych okrucieństwem świata (bezmyślnym okrucieństwem ludzi i wyrachowanym okrucieństwem bogów), mit płaski jak równina, mit kojący, dlatego narratorzy żądni krwi i intryg omijają go.
Triptolemos był synem Keleosa, króla Eleusis, na którego dworze zatrzymała się Demeter.
Był więc skromnym herosem lokalnym, jednakże jego znaczenie przerosło znacznie ramy Gothy.
Wdzięczna za pomoc, jaką w poszukiwaniu Persefony znalazła w domu Triptolemosa, Demeter wtajemniczyła młodego syna rodziny w rytuał siewu.
I Triptolemos ruszył w świat, i głosił ewangelię siewu, ewangelię zbioru, ewangelię pszenicy, ewangelię żyta, ewangelię owsa. I głosił ewangelię zboża, prowadzony przez świat na rydwanie ciągnionym przez dwa węże.
Zaiste wygląd ludów zbierackich budził litość zmieszaną z obrzydzeniem. Wyobraźmy sobie wielkie stada niechlujnie ubranych włóczęgów obu płci, dzieci, dorosłych i starców, którzy przemierzają obrzeża pralasów, polany i zagajniki, schylają się, szybko wyrywają kępkę traw, podnoszą z ziemi coś lepkiego, wkładają pospiesznie w otwarty łapczywie otwór gębowy, a potem żują z wyrazem skrajnego zniechęcenia.
Ulubionym miejscem popasów zbieraczy były śmietniska natury, owe postrzępione brzegi jarów, bagniska, tajemnicze zapadliny w ziemi, gdzie roiło się od żab, skorpionów i pająków.
T a c y  byli  z b i e r a c z e .


Jestem archeolożką, moją specjalizacją była epoka kamienia. Zajmowali mnie właśnie oni, bo wszyscy wiedzieliśmy (a w każdym razie powinniśmy byli wiedzieć), że ludy epoki kamienia żyły zbieractwem i że łowiectwo było zajęciem ubocznym, a prawdziwe mięso łupem rzadkim, tak rzadkim, że jak się raz udało polowanie na wielkiego zwierza, i już było wiadomo jak, to zaczynało się mordowanie ponad potrzeby i ponad możliwość przechowania tego, co się upolowało. I tak to, właśnie dlatego że mięso było trudne do zdobycia, wybiliśmy do szczętu mamuty i z tego samego powodu zaczęliśmy tworzyć cywilizację i kulturę, a u jej podłoża leżała padlina… Trzeba było bowiem wprowadzić podział pracy, mięso zdobywali ci, którzy umieli je zdobywać, a za użyczenie łupów kazali sobie płacić – seksem, pracą, darami. I tak to się zaczęło.

To jednak tylko wtręt, uwaga na marginesie, prawdziwym tekstem baratarystycznym jest tytułowy…


KRÓL MRÓWEK

Ajakos był synem Zeusa i córki boga rzeki Ajsopos – Eginy. Urodził się na bezludnej wyspie i rósł w lata swoje z niejasnym przekonaniem, że jest władcą tego pustego kawałka ziemi pośród bezmiaru wód – władcą i zarazem wygnańcem. Jak większość
podrzutków, nie domyślał się nawet, kto jest jego ojcem. Zachował natomiast mglistą pamięć o matce i jej imieniem ochrzcił wyspę.
Tak więc na początku było imię, jałowa ziemia i król.
Jedynym zajęciem Ajakosa była solenna bezczynność. Jest to w końcu przywilej, a nawet obowiązek władców – manifestacja zastygłego istnienia, dobrotliwie lub groźnie czuwającej obecności, ale do tego konieczne są jeszcze czyjeś oczy, lustra – w pustce każda hieratyczna fałda, każdy gest, każde władcze spojrzenie obraca się w nicość. Ponieważ nie dane mu były zdolności Robinsona Crusoe, który z takim zapałem i chwalebnym wysiłkiem przerobił cały praktyczny podręcznik cywilizacji, Ajakos wynalazł sobie zatrudnienie pozorne, nazywając je w duchu – królewską inspekcją włości.
Całymi dniami tedy wędrował przez wyspę, pośród spalonych traw, rzadkich krzewów i drzew, nieśmiało bulgocących źródeł, których wody wsiąkały w kamień, ginęły w piasku, jakby na myśl im nie przychodziło, że mogą być początkiem choćby nędznego strumyka. Wegetacja była licha, zwierząt prawie żadnych, poza paroma rodzinami przerażonych zajęcy, natomiast obfitość insektów, całe roje cykad, chrząszczy, mrówek, a ich chitynowe chroboty, skrzypienia, szelesty, odgłosy gramolenia, stanowiły zaledwie nikłą podściółkę tego, co nazywamy symfonią stworzenia.
W jasne noce zwykł był wyprawiać się do małej zatoki i aż do świtu wpatrywał się w sensacyjne Nereidy, tańczące przy schyłkowym trochę blasku księżyca, w stada delfinów i foki wychodzące na brzeg, całe rozkołysane, jakby dźwigały jeszcze na grzbiecie śliską kulę oceanu. Zazdrościł im, zazdrościł nawet ławicom ryb, bowiem jego tęsknota do wspólnoty była nieutulona.
O świcie wracał jeszcze bardziej samotny do swego pałacu – fiołkowego cienia pod dębem – i modlił się do ojca bogów, aby zesłał mu ludzi, i żarliwie przyrzekał, że będzie dla nich dobry i wyrozumiały.
I Zeus ulitował się nad swoim porzuconym synem. Ajakos zobaczył we śnie jak z liści i konarów dębu, pod którym spał, podobne do rudej rosy spadają mrówki i dotknąwszy ziemi przybierają postać ludzką. Kiedy obudził się, na wyspie było rojno. Głosy unosiły się w powietrzu, krzątanina, nawoływania, cudowny rozgardiasz.
Tak więc zamiast jakiejś parki wyskrobanej z Arki Noego, Ajakos otrzymał w darze spory kawał ludzkości, a także trudne do określenia istoty płci obojga, podobne do glonów, przygniecione okresem pokwitania i bezsensem życia, i jeszcze długowłosych młodzieńców, którzy zamiast zająć się czymś pozytywnym, wpatrują się tępo w przestrzeń, co ma oznaczać, że zgłębiają filozofię Dalekiego Wschodu, i jeszcze dorosłych mężczyzn i kobiety o twarzach łagodnych, bez wyrazu, nosach mało klasycznych i grubych członkach, a w końcu starowiny zgnębione reumatyzmem, którym wszystko leci z rąk, i staruszków,
gadatliwych lub posępnych, dla których jedyną przedśmiertną pociechą jest, że świat zwariował na dobre – słowem Ajakos miał ludzkość taką, jaka być powinna, wzorcowo niepoprawną i cudownie pospolitą.


Jeden ze statków, jakie budowali potomkowie Myrmidonów. Ten był zapewne statkiem Odysa, Jazona, bądź Dionizosa, o którym pisze autor w wierszu przytoczonym na początku wpisu; pamiątka z Grecji na ścianie u przyjaciółki moich rodziców.

Pobożny król nazwał nowych mieszkańców wyspy – Myrmidonami, czyli ludem mrówek. Chciał w ten sposób rozsławić dobroć boga i jego cudowną ingerencję. Skąd mógł wiedzieć, że w nazwie tej ukryte jest przeznaczenie?
Naczelnym obowiązkiem dobrego władcy jest poznanie charakteru podwładnych – zalet, wad, osobliwego kształtu ich sposobu myślenia i tęsknot. Przeto Ajakos pilnie obserwował zwyczaje Myrmidonów, starał się dotrzeć do zakamarków zbiorowej świadomości z całą sympatią, wyrozumiałością, ale czasem także ze starannie ukrywanym, pełnym zdziwienia niepokojem.
Myrmidoni posiadali instynktowną zdolność samoorganizacji, i to w stopniu rzadko spotykanym u innych ludów. Zabierali się do swoich czynności spontanicznie, dobrowolnie, na podobieństwo dzieci przystępujących do zabaw. Podział pracy nie nastręczał żadnych trudności, a przy tym obywało się bez nadzorców, poganiaczy, inspektorów, bez jakiejkolwiek hierarchii i najmniejszych śladów administracji. Po prostu pracowali zgodnie od świtu do nocy, z pewną protestancką przesadą, w natchnieniu, nie licząc na zachwyty czy pochwały.
Historycy cywilizacji, etnolodzy, strukturaliści, skrzętnie omijają temat Myrmidonów, ponieważ nie mieści się on w ich prostych, trójkowych schematach. W przypadku tego osobliwego ludu, wygnanego z podręczników naukowych, rozpraw doktorskich, międzynarodowych seminariów, nie bardzo wiadomo, co było
sacrum, a co profanum, górą – dołem, dobrem – złem, i w jaki sposób teza, zawsze walcząca zaciekle z antytezą, mogła być uwieńczona na koniec zbawczą syntezą.
To prawda, Myrmidoni nie odznaczali się ani dociekliwością, ani nadmiarem wyobraźni. Religia – o dziwo monoteistyczna – sprowadzała się do staropelazgijskiego kultu Matki-Kozy. W dziedzinie moralności zatrzymali się jakby w samym środku, między wybujałością cnót a grząskim bagnem występku. Obcy im był uświęcony tradycją sposób załatwiania sporów z bliźnim-bratem naszym za pomocą metodycznego uderzania kamieniem w czaszkę, a także kradzież, fałszywe świadectwo, obmowa. Cudzołóstwo zdarzało się tylko osobom cierpiącym na okresowy zanik pamięci.
Myrmidoni odrzucili zdecydowanie wszystkie style architektury. Budowali swoje osady pod ziemią i składały się one
z zawiłego systemu korytarzy, mrocznych placów i komór mieszkalnych. Miało to swoje zalety: straż pożarna była zbędna, środowisko naturalne zachowane. Ale nade wszystko wychwalano głośno uroki podziemnego klimatu, miły chłód, niezależność od kaprysów aury i krzepiący sen pod władzą korzeni, sen bez gwiezdnych proroctw i koszmarów, sen wypełniony szczelnie iłem, gliną i piaskiem. Psychicznie zrównoważeni, w ciągu ich długich dziejów trudno spotkać choćby jednego osobnika tkniętego na przykład lekką manią religijną.
O metodach pracy Myrmidonów nauka milczy, a przecież są one godne uwagi, odbiegające od znanych wzorców, na wskroś samorodne. Otóż Myrmidoni całą swoją ufność pokładali w rękodziele, w sensie dosłownym, bowiem odrzucili pociechę narzędzi, dobrodziejstwo koła, bloku, prostej dźwigni. Uzbrojeni tylko w zaostrzone drągi i patyki, uprawiali ubogie poletka i ogródki warzywne, a bezlitosne słońce niszczyło owoce znoju. Pracowali przy budowie dróg i kanałów, zasypywanych stale przez piasek, spędzali utrudzone miesiące na wieczystym remoncie swoich podziemnych osad, które waliły się im na głowę.
Przerzucenie kładki (dla średnio wykształconego bobra znaczy tyle co zjedzenie śniadania) dla Myrmidonów było gigantycznym przedsięwzięciem, przekazywanym z pokolenia na pokolenie.

Trzy księżniczki baktryjskie na wystawie Documenta w Kassel

Nigdy jednak nie tracili zapału, energii i dobrego samopoczucia. Postęp – ta zdradziecka siła, pchająca ludzkość do ryzykownych ekstrawagancji – cierpiał na tym, za to zatrudnienie, dające poczucie bezpieczeństwa, było pełne.
Pracowali zawsze razem i zawsze było ich jakby za dużo. Mocowali się z oporną materią i choć wyniki były mało imponujące, nie można było oderwać oczu od tych napiętych mięśni, pochylonych pleców, żywych rąk, walczących z bezduszną masą. Efekty akustyczne, towarzyszące tym zmaganiom, godne były najwyższego podziwu. Gromkie, junackie pohukiwania, wzajemne, śpiewne ponaglanie, rytmiczne dźwięki wydobywane z głębi płuc, okrzyki tryumfu i porażki – skła
dały się na kantatę o rzadkiej piękności. Przy pracujących gromadzili się zawsze bezzębni starcy, powiększając i tak już spory zamęt, żywo komentując wyczyny zespołów roboczych, udzielając głośno rad i surowych nagan.
Tacy byli Myrmidoni.
Los Ajakosa godny był zazdrości. Kochali go bogowie i poddani. Mogło się zdawać, że idylle wyśnione przez marzyciela Platona i marzyciela Włodzimierza Iljicza – ziściły się w kształcie doskonałym, a przy tym ugruntowane były nie na teorii czy przekonaniach, które są przecież zmienne, ale na trwałym fundamencie genetyki.
W głowie króla kiełkowały idee nowe, niemal rewolucyjne. Pragnął obdarzyć swój lud autonomią, a potem wolno przekazywać mu różne sfery władzy, by na koniec ograniczyć swoje funkcje do reprezentacji, wygłaszania okolicznościowych kazań i zaklinania deszczu. I tu natrafił na opór Myrmidonów – bierny i zdecydowany – którzy zasłaniali się tym, że mają dosyć własnych, domowych zajęć. Także tytuły – rzecz niekosztowna, a tak na ogół pożądana – jakimi chciał obdarzyć niektórych obywateli, co mogło doprowadzić do wykształcenia arystokracji rodowej i z kolei płodnych napięć społecznych – nie wzbudziły entuzjazmu. Król nadal rezydował pod dębem, więc tytuł szambelana dworu oznaczał tyle, co – szambelan cienia.
Ajakos z racji sprawowanych funkcji, a także usposobienia, był konserwatystą, ale konserwatystą oświeconym, i zdawał sobie sprawę, że niezmącona harmonia między władcą a poddanymi jest sprzeczna z prawami natury, należy zatem wyjść naprzeciw nieuchronnym przemianom, a nawet wywabić je z ciemnych zakamarków losu, aby potem tym łatwiej oswoić. Zabrał się tedy do ostrożnych reform, poczynając od tego, co nie jest ani bazą, ani nadbudową (według genialnej dystynkcji uczonego Jotwuesa), to znaczy od innowacji językowych.
W upalny lipcowy dzień odbył się uroczysty wiec wszystkich mieszkańców, na którym król ogłosił, że odtąd Egina
po wieczne czasy nazywać się będzie, na cześć dzielnych obywateli – Myrmidonią. Pragnął w ten sposób obudzić uśpione poczucie odrębności narodowej, dumy, wyzwolić tę niepojętą skłonność człowieka do wywyższania się nad innych z przyczyn raczej błahych: miejsca urodzenia, pigmentacji skóry, kształtu nosa. Ustanowił także, że główna droga, ściślej mówiąc ścieżka, biegnąca środkiem wyspy, będzie nosić miano Prospektu Zwycięstwa.
Myrmidoni przyjęli zarządzenia spokojnie, kiwali głowami. Ale wszystko zostało jak dawniej, po staremu. Potulni mieszkańcy, nie zdając sobie z tego sprawy, w sporze o uniwersalia zajęliby stanowisko tych, którzy głosili, że pojęcia ogólne są w rzeczach, a nie bujają groźną chmurą ponad rzeczami. Takie było ich prostactwo.
Pedagogia społeczna, jak każda pedagogia, zakłada gradację, przechodzenie od stopni łatwiejszych ku trudniejszym, i Ajakos po pierwszej porażce przystąpił do następnego etapu edukacji narodowej. Aby przygotować swych upartych prowincjuszy do spotkania z innymi ludami, ogłosił, że wkrótce na wyspie odbędą się Międzynarodowe Targi.
I rzeczywiście zjechało się do Eginy sporo kupców, głównie z Krety. Myrmidoni wystawili to, co mieli najlepszego: patyki do uprawiania roli, łapcie z kory, zgrzebne płaszcze, gliniane garnki bez ozdób, konopne sznurki z węzełkami, które tutaj uchodziły za biżuterię. Natomiast goście błysnęli oszałamiającym bogactwem eksponatów, bo i przysłowiowe paciorki, i perkaliki, nowe, automatyczne modele sochy, przedmioty do uśmiercania zwierząt i ludzi, wisiorki, zausznice, diademy z piór, a także towary, których przeznaczenia mieszkańcy Eginy nawet się nie domyślali. Oglądano to wszystko bez większego zainteresowania, instynkt konsumpcyjny nie drgnął, a już skandalem był zupełny brak zrozumienia dla artykułów, jakie wszędzie cieszyły się ogromnym wzięciem, a mianowicie dla dzbanów, amfor i kraterów, na których najlepsi malarze tego okresu przed
stawiali bogów, zwierzęta i ludzi w sytuacjach intymnych, oddanych przy tym z drobiazgowym realizmem.

No tak…

Wkrótce po wizycie kupców, która skończyła się fiaskiem, odkryto przypadkowo na wyspie bogate złoża srebra. Ajakos w lot pojął, że jest to dar bogów, który pozwoli wydobyć Eginę z zacofania, umożliwi przeskok od prymitywnej gospodarki wymiennej do wymiany pieniężnej, rozbudzi namiętność posiadania – i podzieli wreszcie monotonnie jednorodnych mieszkańców na opasłych i chudych, bogatych i nędzarzy. Ale niepoprawni Myrmidoni tłukli cenny kruszec na kamieniach, zmieniając go w proszek, którym wysypywali korytarze swoich podziemnych siedzib.
Król nie zrażał się przeciwnościami. Jeśli ktoś ma mocne postanowienie uszczęśliwienia ludzkości, trudno go, niestety, od tego odwieść. Ajakos wiedział, że uszczęśliwianie zakłada ruch, dążenie, wspinanie się w górę. Nie wiedział jednak, że postęp, żeby użyć tego złowróżbnego słowa, jest tylko obrazem, nie gorszym i nie lepszym od innych majaków wyobraźni. Myrmidoni natomiast, pozbawieni wyobraźni, nigdy nie wyrażając swoich myśli (tym mocniejsze mieli swoje przekonania), wiedzieli na pewno, że życie jest kołem, które spina śmierć. Jest tedy zamknięte, a nie otwarte, jednostkowe, nie ogólne, mieści się dokładnie w granicach każdego ciała – ludzi, owadów, drzew. Zatem bardziej naturalne są bose stopy drepczące w kółko, niż marsz za przeraźliwym olbrzymem kroczącym tryumfalnie naprzód, ku celom ukrytym za horyzontem, po linii prostej, wyprowadzonej z nicości i zmierzającej ku lepszej, promiennej nicości.
Po nieudanych eksperymentach w sferze bazy i języka, Ajakos postanowił zaatakować problem żenującej apatii swoich poddanych od strony nadbudowy. Poziom umysłowy przeciętnego Myrmidona pozostawiał istotnie wiele do życzenia. Ani nauka, ani choćby teologia, nie pociągały nikogo. Brali świat takim, jaki jest (naiwny realizm), a zadawanie mu pytań uważali za stratę czasu.
Ajakos zaczął sprowadzać na wyspę najwybitniejszych filozofów z kontynentu, którzy mieli mówić o wszystkim, co im przyjdzie do głowy, zupełnie tak, jak to się dzieje obecnie na uniwersytetach zachodniej hemisfery. Impreza zakrojona była na ogromną skalę, trwać miała lata całe, a uczestnictwo obywateli było obowiązkowe, nie wyłączając kobiet, dzieci i osesków.
Tym razem inicjatywa władcy znalazła odzew, który przeszedł wszelkie oczekiwania i napełnił królewskie serce bezmierną radością. Myrmidoni walili na wykłady tłumnie i bez specjalnej zachęty nawet. Siadali wielkim półkolem wokół mówcy, przymykali oczy, niektórzy otwierali usta, inni opierali głowy na ręku, pełni metafizycznej zadumy. Panowała cisza, czasem tylko przerywało ją głębokie westchnienie.
Aż pewnego dnia wybuchło. Kiedy prelegent kończył swój wykład fundamentalnym stwierdzeniem, które wyraża ontologiczną zasadę tożsamości:
Trzeba z konieczności powiedzieć i myśleć, że to, co jest – istnieje. Bo byt jest, a niebytu nie ma – rozległ się potężny jak grzmot śmiech. Nie był to wcale śmiech szyderczy, ale eksplozja żywiołowej, nieposkromionej radości. Myrmidoni tarzali się po ziemi, beczeli, rechotali, ci, którzy tracili oddech, wydobywali z siebie jękliwe piski i skowyty, walili się przy tym rękami w głowę – a z oczu płynęły im czyste łzy szczęścia.
Po tym incydencie filozofowie przestali jakoś odwiedzać Eginę. Co więcej, imię Myrmidonów stało się – jakże krzywdząco – synonimem duchowego nieokrzesania. A przecież to oni, nikt inny, dokonali epokowego odkrycia, że każda praca intelektualna jest swoistym wynaturzeniem, a jej wyniki zawierają potężny ładunek komizmu. Owe wydumane problemy, konstrukcje myślowe, kategorie, pojęcia – jeśli przyjrzeć się im dokładnie – są nieodparcie śmieszne. Ze wszystkich mądrości, jakimi raczono Myrmidonów, przyjęli do swego potocznego języka tylko słowo
apeiron. U filozofów oznacza ono tyle co – bezkres. Myrmidoni nadali mu sens swoisty, określając nim wszystkie rzeczy zbyteczne, jak śmiecie, obgryzione kości i trąbę, powietrzną.
Rozmaicie można oceniać reformatorskie wysiłki Ajakosa, stworzyły one jednak nową sytuację. Egina wyszła ze stanu bezważkości, zaistniała nareszcie w greckiej topografii. Dlatego zapewne zaczęła przyciągać osobliwych gości. Byli to młodzi ludzie, którzy najogólniej mówiąc zajmowali się transportem. Morskim i lądowym transportem – idei.
Podobnie jak filozofowie, mieli oni mało taktowny nawyk pouczania bliźnich jak mają żyć, ale w odróżnieniu od filozofów, czynili to w sposób bardziej bezpośredni, pozbawiony intelektualnych zawiłości, niekiedy dość gwałtowny. Otóż pouczali Myrmidonów, że wszystko, co ważne, istotne – dzieje się w głowie, to znaczy w świecie wymyślonym, i ten świat silniejszy jest od świata widzialnego. Tłumaczyli także Myrmidonom, jak bardzo są nieszczęśliwi, a miarą ich nieszczęścia jest fakt, że sobie tego w ogóle nie uświadamiają. Główną przyczyną ich niedoli są rządy nieudolne, przestarzałe, kruche. Należy zatem obalić Ajakosa i zaprowadzić ludowładztwo.
Myrmidoni natomiast, zgodnie chwalili swój los, po cóż więc mieliby obalać łagodnego króla? Wykazywali całkowity brak zainteresowania ludowładztwem, bo z właściwą sobie naiwną szczerością wyznawali, że nie bardzo wiedzą, co to znaczy. Być może – mówili – świat zmierza w tym kierunku, ale dlaczego oni, Myrmidoni, mają być podobni do świata, a nie do siebie. Według świętych zasad Teorii, przewroty dokonują się zawsze „od dołu”. W zupełnie wyjątkowych wypadkach dopuszczalne jest majstrowanie ich „od góry”. Jest to oczywiście odstępstwo i jako takie winno być starannie przemilczane, a po wszystkim należy czym prędzej dorobić genezę, tło i chronologię, zgodnie z zasadami nauki.
Transportowcy idei zaczęli zatem prowadzić tajne rokowania z Ajakosem. Chwalili bardzo jego wolę reform, ale – sam przyzna – że niewiele zdołał osiągnąć. Aby wyrwać Myrmido
nów z zacofania, należy sięgnąć do metod dramatycznych. Trzeba krwi. To słowo przewijało się wielokrotnie w każdej rozmowie.
Biedny Ajakos drżał na całym ciele, bladł, czasem nawet płakał. Brał na świadka wszystkich bogów, zaklinając się, że nic mu nie jest tak obce, jak gwałt, i nigdy nie pozwoli, aby mieszkańcom wyspy wyrządzono jakąś krzywdę. Na to odpowiadano: w czasie istotnie przykrych wydarzeń zostanie usunięty za kulisy. Król bladł, chlipał i miękł.
Trudno pominąć milczeniem narzucające się pytanie, dlaczego Ajakos godził się na te rozmowy, skoro stały się one źródłem jego psychicznej udręki. Był człowiekiem wolnym, więc mógł po prostu wyrzucić nieproszonych gości za drzwi, to jest za granicę cienistego dębu.
Proste wytłumaczenie tej zagadki odwołuje się do dziwnej cechy ludzi, którzy zamiast wzruszyć ramionami, uważają za swój święty obowiązek odpowiadać na idiotyczne pytania, bezczelne zaczepki, i w ten sposób stają się łatwym łupem przeróżnych obłąkańców. Granica między przypadkową sytuacją a związkiem na całe życie jest bardzo płynna, małżonkowie wiedzą o tym. A przecież można uniknąć wielu przykrości, a nawet katastrof, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek, tylko jest to niezmiernie rzadka cnota ducha, zwłaszcza u osobników myślących i delikatnych. Natomiast każdy, albo prawie każdy, nosi w sobie niejasne poczucie winy, i z tego poczucia winy, przy odrobinie sprytu, bliźni nasz może wykroić rzeczy groźne. Ajakos uważał się za słabego władcę, na domiar złego za mało kochającego swoich poddanych. Transportowcy idei wiedzieli o tym dobrze i ta wiedza wystarczała, aby wstrząsnąć strukturą psychiczną Ajakosa, obrazowo mówiąc – zdobyć twierdzę.
Scenariusz opracowany przez Transportowców i przedłożony królowi do zatwierdzenia (uczcijmy tę subtelność) – był prosty. W oznaczonym terminie odbędzie się pozorowany zamach stanu. Ajakos zostanie lekko ranny i – jak się rzekło – wyniesiony za kulisy.
Potem  k i l k u  Myrmidonów oskarży się
o próbę królobójstwa i na publicznym procesie otrzymają surowe kary. Wówczas mieszkańcy wyspy, siłą rzeczy, podzielą się na zwolenników i przeciwników zamachu, co będzie początkiem płodnego antagonizmu. Dalej sprawy potoczą się zgodnie z prawami dialektyki: od form dobrych ku coraz lepszym, aż na koniec z szarego kokona – wyfrunie motyl doskonałości.
Naprawdę niewiele brakowało. Historyczną winę za uśmiercenie motyla – trzeba to stwierdzić ze smutkiem – ponoszą Myrmidoni, ich niewybaczalny upór i tępota. Po prostu żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy. To zdanie należałoby powtórzyć kilka razy, brzmi bowiem zupełnie fantastycznie. Na nic łagodne perswazje Transportowców, na nic wymyślne tortury. Myrmidoni, w zaciekłym uporze, mówili, że aby podnieść kamień, trzeba naprzód  c h c i e ć  podnieść kamień (inaczej, aby zabić króla, trzeba tego pragnąć). Wszyscy wiedzą, że kochali swego władcę, a któż przy zdrowych zmysłach dobrowolnie pozbywa się przedmiotu swojej miłości. Mało ich przekonywał argument, że Ajakos miał jakoby zamiar poświęcić swoje życie na ołtarzu lepszej przyszłości, bo nigdy na ten temat nie mówił, a tak naprawdę to nikt, nawet zając nie chce być zabity. (Nawiasem, zwróćmy uwagę na prymitywną metaforę Myrmidonów: kamień, zając).
Oskarżonych utwierdzano w przekonaniu, że króla już nie ma, odszedł do lepszego świata, ich opór jest zatem bezcelowy, walczą o cień. Ale Myrmidoni, którzy znali realną wartość cienia, bronili się z determinacją, jaką zsyła rozpacz. Umysłowo zacofani, odrzucili bez głębszego zastanowienia argument, iż subiektywnie nie chcieli, ale obiektywnie pragnęli – mordu. Ten sofizmat, wymyślony przez półinteligentów o politycznych skłonnościach, jest starszy, niż nam się wydaje. Oskarżeni ponadto do znudzenia pytali swoich oprawców, jak to jest możliwe spać u boku żony (ich właśnie przypadek) i jednocześnie majstrować coś w odległym miejscu. (Zasada wyłączonego środka, raczej moralna niż logicz
na, podważona, czy raczej rozszerzona, przez logikę wielowartościową, której jeszcze na szczęście nie wymyślono).
Gorycz, obrzydzenie, pogarda, wypełniły do tego stopnia serca Transportowców, że postanowili zakończyć swoją misję i opuścić wyspę. Aby jednak pozostawić po sobie jakiś choćby drobny ślad, zabili wszystkich, bez wyjątku, oskarżonych. Miało to znaczyć: topór został zakopany, ale oni jeszcze tu przyjdą, na pierwszy zew dziejów.
Restaurację monarchii świętowali Myrmidoni w atmosferze niebywałego entuzjazmu. Osobliwe – Ajakos powrócił w chwale. Jeśli to było możliwe, kochano go jeszcze goręcej, niż przed krótką inwazją. On sam jednak próbował coś wyjaśniać, usprawiedliwiać się – nikt nie chciał tego słuchać.
Czułe sumienie nie dawało mu spokoju. Patrzył na swoich poddanych jakby z żalem, że nikt mu niczego nie wypomina. Ich ufność była dla niego wyrzutem, ich całkowite oddanie ciężarem. Prosił tedy swojego boskiego ojca, aby odwołał go z tej mistycznej wyspy, gdzie dobro jest naturalne, zło zawsze z zewnątrz, i niczego, ale to niczego pośredniego.
I Zeus po raz drugi ulitował się nad synem swoim. Powołał go na kierownicze stanowisko w pozagrobowym wymiarze sprawiedliwości.

Sędziowie Trybunału w Hadesie – mianowani odgórnie i na wieki: Radamantys z Minosem i Ajakosem

W zapale narracji zapomnieliśmy powiedzieć, że Ajakos był dwukrotnie żonaty i z każdego małżeństwa miał syna. Obaj chłopcy, a raczej już mężczyźni, byli wyjątkowo piękni. O innych zaletach trudno coś powiedzieć. Później dopiero okazało się, że są pozbawieni skrupułów, co jest cechą jednostek usiłujących zrekompensować pewną wrodzoną tumanowatość – przerostem ambicji.

Tu zawieszamy opowieść, bo do świętego gaju mitu wkracza właśnie Klio, dziewka rosła, toporna, silna jak koń i nad wyraz ordynarna – bogini uzurpatorów, powtarzająca swoje wytarte frazesy.


PS 1: Ostatni akapit nie ma nic wspólnego z Baratarią, pozostawiłam go jednak, albowiem wydaje mi się odświeżająco odmienny od tego, co znamy.

PS 2: Jotwues? Nie wiecie kto to? Ja nie wiedziałam. Stalin.

Orient powszedni VII

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Słońce powoli zaczyna chylić się ku zachodowi. Natomiast Wędrowcy ruszają na wschód, żegnając Drohiczyn. Jeszcze chwilę towarzyszyć im będzie Bug.

Następne miały być Siemiatycze. I byłyby, gdyby Viator, chwilę przed zakrętem wiodącym ku temu miastu, nie zauważył skromnej tabliczki, wskazującej inny cel. Czy to możliwe, że Wędrowiec, przygotowując trasę wyprawy, pominął to miejsce? Gdzie się podział jego sławetny profesjonalizm?! Jak to się mogło stać?!! Nie szkodzi. Nic straconego. Tylko, niestety, zaplanowaną wizytę trzeba będzie odłożyć na kolejny pobyt w tych stronach, bo na wszystko czasu z pewnością by zabrakło. Wybaczcie, Siemiatycze! Tym razem nie zakręcamy, jedziemy prosto.

Wjeżdżamy na tereny zamieszkałe w dużym stopniu, miejscami w większości, przez prawosławnych Białorusinów. Tutaj nawet zwykłe krzyże przydrożne wyglądają inaczej.

Mijając wiele takich krzyży, Wędrowcy zbliżają się ku Świętej Górze. Ach, te święte góry! Olimp, Parnas, Synaj, Nebo, Syjon, Tabor, Garizim i Ebal, Mount Graham, Ayers Rock, Ślęża, Łysica, Athos, Subiaco, Coropuna… Góry miały i mają w sobie coś mistycznego – stwierdzenie to banalne, ale prawdziwe. Ludzie zawsze uważali, że wzniesienia są wyśmienitym miejscem na spotkanie z Najwyższym. Góra się wyróżnia. Góra przyciąga wzrok i myśli. Góra wyrasta z równiny, jak sacrum górujące nad profanum, jak święto przerywające ciąg nudnych, powszednich dni. Góra daje poczucie czegoś wzniosłego, szansę na wyrwanie się z miałkiej szarzyzny. Daje nadzieję na… nadzieję.

Nawet, jeśli to w rzeczywistości zaledwie pagórek, wzgórze. Choćby Jasna Góra: górą nie jest, ale mimo to stała się świętą górą. Tak mają katolicy, tak też sprawa się przedstawia u ortodoksów: Święta Góra Grabarka (bo, ku niej, rzecz jasna, zdążają właśnie Wędrowcy) to właściwie niezbyt wysokie wzgórze. Ale świętą górą jest bez żadnej wątpliwości. Taką ją bowiem uczyniła nadzieja wiernych, którzy pielgrzymują tutaj od kilkuset lat. Od ilu dokładnie, trudno orzec. Niektórzy mówią, że już od XIII wieku, inni, że od XVIII. Nieważne. Z pewnością pielgrzymują od dawna i z gorącą wiarą.

Najliczniej przybywają w Święto Przemienienia Pańskiego. Przywołującego tajemnicze wydarzenie z góry Tabor:

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!”

Grabarka to Podlaski Tabor. Orient powszedni…

W cerkwi Przemienienia Pańskiego, tej która, podpalona, spłonęła była dwadzieścia osiem lat temu i którą starannie odbudowano, trwa wieczorne nabożeństwo. Święty Starzec wiedziałby, jako ono się nazywa. Viator nie wie. Ale chodzi zapewne o coś w rodzaju prawosławnych nieszporów. Płoną setki świec. Świętą Liturgię odprawia się na Grabarce z wielką pieczołowitością: dbają o to mniszki, które zamieszkały tutaj, zakładając monaster, wkrótce po zakończeniu Wielkiej Wojny i po zmianie granic.

Wchodzić do wnętrza i przeszkadzać Wędrowiec nie chce. Zdjęć robić i tak nie byłoby tam wolno. Ale widok z zewnątrz też chyba nie rozczaruje Czytelników.

Tutaj, jako się rzekło, przybywają pątnicy z gorącą wiarą. Jej znakiem są krzyże wotywne, które od lat przynoszą ze sobą i ustawiają wokół cerkwi. I to jest chyba największa różnica między Grabarką a Jasną Górą. Kaplica Czarnej Madonny też jest gęsto obwieszona wotami. Ale dziękczynnymi, za wysłuchane modlitwy. Tutaj stoi las krzyży błagalnych. Las… Opisać jego atmosfery Viator się nie podejmie, nie ten warsztat. Fotografie powiedzą więcej.

Każdy krzyż to czyjś dramat, troska, krzywda, choroba, zdrada i diabli… przepraszam! anieli wiedzą, co jeszcze. Tysiące małych i dużych strapień. Przeto tuż obok zbudowano drugą, pomocniczą cerkiew, pod wezwaniem Ikony Matki Bożej “Wszystkich Strapionych Radość”. Viator wie, że na jego strapienia nie ma lekarstwa, będzie je dźwigał do samego końca. Przeto wzdycha jedynie i ruszają Wędrowcy dalej, tym bardziej, że noc nadchodzi wielkimi krokami. Noc astronomiczna, nie mistyczna. Na szczęście!

Mijają Podróżnicy pędem wsie i miasteczka. Takie, gdzie Polaków nie ma prawie w ogóle, lub są w mniejszości. Bywa, że stoi w nich tylko cerkiew, czasem świątynie obu obrządków. Na przykład w Kleszczelach. Tutejsza cerkiew jest tak niezwykła, że, mimo pośpiechu, Pielgrzym musiał się zatrzymać i ją uwiecznić. Błękitna Brama Niebios…

Rozum każe się zatroszczyć o nocleg. Ale serce nie pozwala. Viator przygotował coś specjalnie dla Viatorki i musi Ją tam zawieźć, po prostu – musi. Tam, czyli do Bielska Podlaskiego. Są w tym mieście warte uwagi kościoły, są też piękne cerkwie.

Jednak nie dla nich już niemal o zmroku zatrzymuje Wędrowiec auto na bialskim rynku. Nie dla nich!

Viatorka

Uparł się Viator, mimo późnej pory, aby zamiast szukać noclegu, koniecznie jechać do Bielska Podlaskiego, choć nie zdradził, dlaczego. Powiedział tylko, że warto, a jak nie dziś, to innej okazji może nie być. No to pojechaliśmy. Zobaczyliśmy cerkiew, podjechaliśmy na rynek… No tak, znajome to miejsce, choć Viatorka jest tutaj po raz pierwszy w życiu! Tą właśnie – tyle, że niegdyś wyłożoną kocimi łbami, pełną dziur i kałuż – uliczką, niezwykle przystojny hrabia Leszek Czyński podjeżdżał motocyklem do sklepu z pasmanterią, w którym igły, nici i tytoń sprzedawała skromna i uboga, ale o wielkiej urodzie sierota, niejaka Marysia Wilczurówna.

Tak, Czytelnicy na pewno też już poznają: to plenery Znachora, wyreżyserowanego w 1981 przez Jerzego Hoffmana na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Kolejne pokolenia mają okazję oglądać ten kultowy już melodramat w każde święta, zarówno religijne, jak i państwowe, na różnych kanałach telewizji publicznej, na zmianę z Trędowatą tego samego reżysera.

Któraż z kobiet nie chciała być na miejscu Marysi, wtulać się w ramiona przystojnego hrabiego – granego przez Tomasza Stockingera – szaleńczo zakochanego, gotowego popełnić mezalians, a nawet odebrać sobie życie, gdy myślał, iż utracił swą miłość na zawsze! Który z mężczyzn nie wpatrywał się w piękne, wielkie oczy Marysi, której twarzy użyczyła Anna Dymna! Któż nie wzruszał się losami doświadczonego życiem, dobrego doktora Wilczura, który spotkał swą córkę, choć tak długo jej nie poznawał!

Nie, to stanowczo nie jest jakieś tam byle romansidło dla pensjonarek. To dobrze nakręcony i świetnie zagrany film, mimo że jego fabuła niezbyt jest skomplikowana. I choć Viatorka oglądała go niezliczoną ilość razy, zawsze z sentymentem do niego wraca.

Z uroczej uliczki, jaką widzimy w filmie, niestety mało się zachowało. Wyłożono ja szarą, smutną kostką brukową. Stoją już tylko dwa stare domy, między innymi ten, gdzie mieścił się sklep Marysi, o czym przypomina szyld Znachor. Niewiele zostało. Ale i tak warto było tu zajechać. Viator miał rację!

Nocleg zaplanowało Viatorostwo w Dubiczach Cerkiewnych – wiosce będącej stolicą gminy z najmniejszym w całym kraju odsetkiem ludności polskiej. Ponad osiemdziesiąt procent Białorusinów! Kiedy wjeżdżaliśmy, było już ciemno, ale i tak do tego stopnia zaintrygował nas mijany cmentarz prawosławny z XIX wieku, że rankiem następnego dnia wróciliśmy aby obejrzeć go w świetle słońca. Tak „barwnej” – na swój sposób, rzecz jasna – nekropoli jeszcze nie widzieliśmy.

Kwietnik, powiośnie

Elżbieta Kargol

1
Jadę rowerem przez miasto.
Jest czerwiec, zakwitły lipy.
Gałęzie ciężkie od kwiatów
kłaniają się swojej ulicy,
miastu i światu.
Pachnie lipową herbatą
i czarnoleskim panem.
„odpoczni sobie!”, wołają.
Więc przystanęłam i chwilę zostanę.

2
Gdybym nie miała dziadka pszczelarza,
nie znałabym faceli.
Brał mnie za rękę, przy ulach sadzał
i opowiadał małej Eli,
o kwiatach, pszczołach, drzewach, ptakach
i o faceli.

3
W jaśminowej sukience
poszłam z Jasiem pod rękę,
tam gdzie kwitną jaśminy.
Jaśnie jaśmin czarował,
Liściem pieścił,
a kwiatem całował,
bałamucił, flirtował.

Jaś minąl jaśmin
i stanął opodal.
Nie w smak Jasiowi jaśminowe zaloty.
A ja pod jaśminem usychałam z tęsknoty.

4
Zakwitły róże w moim ogrodzie,
rozwielmożniły się wszędzie.
Cierniami bronią swojej urody,
jakby się bały,
że im jej ubędzie.

5
Ekscelencjo,
hortensjo!
Usychasz z gorąca,
kurczysz się od słońca,
nie cierpisz suszy,
ale, o zgrozo!
Nie nosisz kapeluszy!
I jak cię tu ochronić
od wszelkich niedogodności,
jeśli w tobie tyle niepoprawności.
Za mało pijesz,
niewiele się ruszasz,
więc może jednak przekonałabyś się do kapelusza?

6
Wyrosła malwa przy płocie,
w powiewnej, kwiecistej sukience.
Smukła, wyniosła jak dama,
dosięgnąć pragnie obłoków
i rzadko kiedy jest sama,
sióstr kilka trwa u jej boku.

A płot ją kocha szalenie,
bo stała się jego ozdobą.
On stary, koślawy, dziurawy,
z nią odmłodnieje na nowo.

7
Czekam na ciebie co roku z nadzieją,
w tę noc najdłuższą ze wszystkich nocy
i nadaremnie wypatruję
kwiatu, jakim mnie zauroczysz.

Do wielkich skarbów drogę wskażesz,
zapewnisz szczęście, bogactwo, miłość.
Może tym razem mi się pokażesz?
i wynagrodzisz za mą wytrwałość.
Lecz ty jak zwykle mącisz mi w głowie,
zwodzisz, kołujesz, bajki opowiadasz.
Że nie zakwitniesz, to ja już wiem.
Chociaż bym chciała raz ujrzeć cię.

8
Zwinna jak zwinka
wyka pomyka,
tu się zakręci, a tam wywinie,
i spod kontroli się wymyka.
Taka jest wyka,
wolna i dzika.

9
W chabrowym kolorze bardzo ci do twarzy.
Ja wiem, że czasem inny ci się marzy.
Ale ten nieprzeciętny modrakowy
jest właśnie taki wyjątkowy.
Inaczej bym cię nie dojrzała wśród łanów zbóż wszelakich,
jakbyś nie był jaki jesteś, a byłbyś byle jaki.

10
Mam nieco z lwa, a resztę z konia,
oto ja lewkonia.
Końskie mam zdrowie, a lwie pazury
moją kuzynkę małą maciejkę traktuję z góry.

No i co z tego, że wieczorami czarujesz wonią,
ubogą krewną tylko zostaniesz,
nigdy lewkonią.

Zdjęcia Autorka, rysunek Tomasz

Die Heilige Mutter der „Solidarität“ (Berlin – West)

Tibor und ich haben uns in Mały książe, einem polnischen Café gegenüber von der polnischen Kirche an der Grenze zwischen Neukölln und Kreuzberg verabredet. Ich bekam einen Strauss von Kornblumen (meine Lieblingsblumen!), bevor wir aber zum Kaffeetrinken kamen, sagte mir Tibor, wir sollen uns etwas in der Kirche anschauen. Erst nach einer Weile erfuhr ich, dass wir ein Bild suchen. Es gab es aber nicht. Die Büroangestellte in der Kirche wusste sogar nicht wovon wir überhaupt reden. Erst Herr Priester wusste es. Wir gingen in die… Kaiserloge. Der Name klang vielversprechend, die Realität war wie immer… nich besonders reizend. 

Tibor Jagielski

Das Bild wurde von einer Vereinigung der polnischer Exilanten in Auftrag gegeben und in Westdeuschland,
von einem Flüchtling aus, durch den Kriegszustand (1981-83) erschütterten, Polen gemalt,
Wie die Ikone genau enstanden ist weiss ich nicht zu berichten, ausser daß hier auch meine Mutter, Magdalena Jagielska,
eine Rolle gespielt hat.
Die Einweihung fand (1985?) in der kleinen polnischen Kirchengemeinde in Mariendorf statt, und es hing dort,
bis zum Mauerfall an der Wand und fand allgemeines gefallen sowie genoss verehrung.
Doch, vermutlich nach dem Umzug der Gemeinde in die geräumige Basilica in
Kreuzberg verschwand es,
wie ich und Frau Ewa Maria es neulich festellen mussten, in der Rumpelkammer.
Persönlich finde ich das Bild schön, harmonisch, sanft und milde,
und vielleicht gerade deswegen passt
sie, diese Mutter der Hoffnung, nicht in die, ehrlich gesagt, grauenvolle und gruftartige Austattung der Kirche.

Das Märchen von den Zwillingen 2

Krzysztof Jagielski
übersetzt von Tibor Jagielski

Der Himmelhohe Birnbaum

Die Mädchen gingen zu der ausgebrannten Eiche. Dort warteten schon der Rabe Hollo, der Schäferhund Lusto und die Feldmaus Okosch auf sie.

„Ich komme, oder besser gesagt, ich fliege mit euch,“ krähte von dem Ast der Rabe Hollo „ Ich werde euch zu Mut verhelfen“

„Ich werde auf euch aufpassen,“ bellte der Schäferhund Lusto im Bass und wedelte mit dem Schwanz.

„Auch ich werde euch in der Not nicht verlassen. Ich habe euer Gespräch mit Opa Ferenc mitbekommen,“ piepste die Feldmaus Okosch, die auf dem Rücken des Hundes saß.

Die Zwillinge steckten die aus der Baumhöhle herausgenommene Äxte, das Glöckchen, den Feueranzünder, und die kraftspendenden Tropfen in ihre Taschen, schulterten die Bögen und die Schnüre, nahmen die Stöcke in die Hände und gingen, gemeinsam mit den Tieren, in Richtung des höchsten Berges los.

„…Und hinter diesem Berg wird es sechs und sieben Flüsse geben. Auf der anderen Seite werdet ihr den schlafenden Riesen finden. Im linken Ohr hält er einen Schlüssel versteckt, mit dem man den Pass zum Himmelshohen Baum öffnen kann. Hütet euch, den Riesen zu wecken, sonst wird er euch auffressen…“ – so sprach Janos im Traum zu den Mädchen.

Nach vielen Tagesmärschen überquerten sie sehr müde den letzten Fluss.

Am Fuße des senkrecht aufsteigenden, spiegelglatten Berges, dessen Gipfel sich in den Wolken verlor, schlief ein Riese, so groß, dass sein Cousin Goliath, ihm gegenüber, wie ein Zwerg aussah.

Ich sage Euch das nur, damit Ihr Euch vorstellen könnt, wie riesig er war. Sein Zeigefinger war hundert Meter lang.

Das Hindernis schien unüberwindlich zu sein. Und so standen alle hilflos und ratlos herum.

Nur die Feldmaus Okosch lief an dem schlafenden Riesen entlang und sagte schließlich:

„Ich hole den Schlüssel und lasse ihn zu euch runter fallen“

Hollo rief: „Warte mal. Setz dich auf meinen Rücken, ich flieg dich auf seinen Arm.“

So gelang es Okosch, das Ohr des Riesen zu erreichen, das so groß war wie dreißig Elefantenohren.

Sie hatten Glück. Der Schlüssel lag am Ohrenrand und kam duch das Schnarchen des Riesen immer mehr zum Vorschein. Ohne zu warten, da sich der Riese gefährlich zu drehen begann, zog Okosch den Schlüssel und ließ ihn herunterfallen. Sie selbst rutschte auf dem Ärmel des Riesen wie auf einer Eisbahn mit großer Geschwindigkeit herunter, machte einen Purzelbaum über seine Finger und landete weich auf dem Rasen.

Der Schlüssel war nicht groß, ebenso wie das Schloss in der Felsspalte. Und als Oronka ihn drehte, sprangen plötzlich zwölf Riesenriesen heraus und fingen an zu klagen, dass man sie aufgeweckt hatte. Zum Glück waren sie zahm wie Rehe und riefen mit milden Stimmen:

„ Wem sollen wir helfen? Wem sollen wir helfen?“

Der Rabe Hollo flog um ihre Köpfe und krähte so laut wie möglich:

„Passt auf! Passt auf! Unter euren Füßen warten die Zwillinge Orsolya und Aranka, eure Gebieterinnen aus Siebenbürgen. Verneigt euch vor ihnen.“

Die Riesenriesen konnten die Mädchen und ihre Begleiter kaum sehen. Doch sie vernahmen ihre Stimmen:

„Seid gegrüßt, verehrte Onkel. Bitte, macht uns den Felsen auf. Wir sind unterwegs zum Himmelhohen Birnbaum, um Großvater Ferenc zu retten. Gott soll euch gesund erhalten.“

So schön sprachen die beiden, dass die Riesenriesen sich mit ihren schon geweckten Brüder, sich auf die Felsen stürzten und sie zur Seiten schoben. Das war nicht einfach, weil der Berg selten geöffnet worden war und mächtig verrostet zu sein schien.

Eine grüne Ebene öffnete sich vor ihnen, die wie die Puszta aussah, und weit, weit weg am Horizont sahen sie einen einsamen Birnbaum. Wie groß mochte er sein, dass man ihn von hier aus sehen konnte?. Die Reisenden bedankten sich herzlich bei den Riesenriesen für deren Hilfe.

„Stets zu Diensten,“ antworteten die Riesenriesen, „vor allem für so nette und gut erzogene Gäste. Solltet ihr in Not sein, ruft uns zu Hilfe. Wir kommen gleich.“

Das Gras roch nach frischem Thymian, der Himmel war wolkenlos, und Lerchen schwirrten in der Luft und begleiteten die Wanderer mit ihrem Gesang. Die Feldmaus Okosch reiste auf dem Rücken von Lusto, und der Rabe Hollo nahm Platz auf dem Arm von Orsolya und gönnte sich ein Nickerchen, während die Mädchen unermüdlich, Stunde um Stunde, in Richtung des langsam größer werdenden Baumes liefen. Spät am Abend erreichten sie ihr Ziel – den Himmelhohen Birnbaum. Man brauchte mindestens vier Stunden, um ihn zu umkreisen. Seine Wurzeln waren so dick wie eine Scheune. Sein poröser Baumstamm, war mit Moosen und Flechten übersät. Er bot Platz für unzählige Vögel und andere Tiere und reichte hoch über die Wolken. Der Rabe Hollo, als Kundschafter ausgeschickt, kam atemlos zurück, doch er hatte nicht einmal die Hälfte der Strecke nach oben geschafft.

Die Reisenden machten Rast unter einer haushohen Wurzel. Die Zwillinge entfachten ein Feuer und kochten eine Suppe, die sie aus den unterwegs gesammelten Kräutern und Früchten zubereiteten.

Die Feldmaus Okosch lud ihre hier zahlreich wohnende Verwandtschaft ein. Der Rabe Hollo besuchte seine lange nicht gesehenen Freunde, die hier wohnten. Als das Feuer ausging, kuschelten sich beide Mädchen an den Schäferhund Lusto und schliefen fest ein.

Am Morgen, kurz nach Sonnenaufgang, fing die mühsame Kletterpartie an. Für den Schäferhund Lusto erwies sie sich als besonders schwierig. Die Zwillinge benutzten also die Leinen, um an den unüberwindlichen Stellen den Hund hochzuziehen. Dort, wo der Stamm sehr glatt war oder die Risse in der Rinde zu weit, benutzten sie die Äxte. Der Rabe Hollo flog unbekümmert um ihre Köpfe herum und machte überflüssige Bemerkungen, bis Orsolya den Geduldsfaden verlor und rief:

„ Wenn du uns nicht hilfst, werden wir den Wipfel nie erreichen! Nimm die Leine in den Schnabel und winde sie um den Ast….Ja, so ist es richtig; jetzt hält sie, danke.“

Die Feldmaus Okosch suchte ständig nach dem besten Kletterweg. Ihre scharfen Nägel erwiesen sich als ideal auf diesem beschwerlichen Weg. Als Gebirgsbewohner, war sie ein ausgezeichneter Kletterer und ging allen anderen voran. Orsolya und Aranka

haben ihr diese wichtige Aufgabe anvertraut, und die Maus löste sie ausgezeichnet. Manchmal kamen Augenblicke des Grauens, als Okosch auf einen Uhu, einen Falken oder einen Adler traf.

Doch der Rabe Hollo flog voraus und warnte sie von den drohenden Gefahren.

Sie kamen sehr langsam voran auf dieser gefährlichen Besteigung. Ein einziger Augenblick der Unaufmerksamkeit könnte den Tod bedeuten. Oft fielen Riesenbrocken von Baumrinde wie eine Gebirgslawinen herunter.

Spät am Abend fanden die Wanderer eine große Baumhöhle. Dort gab es einen kleinen Teich aus dem man trinken und in dem man sogar baden konnte. Aranka entfachte das Feuer und Orsolya fand eine Harzader, die sich als schmackhaft und süß wie Honig erwies. Auf diese Art bekamen sie ein ausgezeichnetes Abendessen. Und wie am Vorabend kuschelten sich die Zwillinge an den Schäferhund Lusto. Auch die Feldmaus Okosch fand im Riesenfell des Hundes ihren Platz. Nur der Rabe Hollo hielt schläfrig Wache am Rande der Höhle.

Die Mädchen hatten schon aufgehört, die Tage des Kletterns zu zählen. Sie wussten nicht mehr, ob es Donnerstag oder schon Sonntag war. Doch sie kamen den Wolken immer näher. Es wurde merklich kälter, und die Zwillinge zogen ihre Schaffelljacken an. Die Winde wurden so stark, dass der Rabe Hollo Schwierigkeiten mit dem Fliegen bekam. Aranka und Orsolya fingen zu zweifeln, ob sie das Ziel je erreichen würden. Sie waren sehr, sehr müde, und das Klettern wurde für sie immer schwieriger. Manchmal weinten sie in Erinnerung an die warme Stube zu Hause…Dann griffen sie zu dem Glöckchen, und sein Klang gab ihnen Trost, Wärme und neue Kräfte.

Eines Tages gerieten sie in schwarze, undurchdringliche Wolken. Eine klebrige Dunkelheit umhüllte sie; die Zwillinge spürten sie an ihren Gesichtern und Händen. Und in dieser Dunkelheit vernahmen sie plötzlich unheimliches Weinen, Winseln und Klagen. Etwas Unbeschreibliches näherte sich den Wanderern und flößte ihnen Angst ein.

Okosch schlüpfte unter das Hemd von Aranka und zitterte erschrocken; der Rabe Hollo versteckte sich unter dem Bauch des Schäferhundes, und selbst der blieb an den Beinen der Mädchen stehen und knurrte.

Die Zwillinge zündeten Fackeln an und hielten sie hoch über ihre Köpfe. Sie sahen, dass sie sich an einer Weggabelung befanden. Auf dem rechten Ast, der größer als ein Weg war, sahen sie ein Riesennest, in dem hundert oder mehr Kühe Platz gefunden hätten. Überall lagen Knochen und dampfende Körperreste von Tieren und Vögeln, und aus seiner Mitte stiegen beißende Schwaden von Schwefelrauch.

Plötzlich ertönte ein so schreckliches Geheul, dass der ganze Ast zu beben begann.

Die Mädchen fielen um, doch glücklicherweise gingen die Fackeln nicht aus. Lusto kugelte sich wie ein Ball in Richtung des Nestes herunter, doch er blieb am Rande des Nestes inmitten der abscheulichen Gerippe stecken. Der Rabe Hollo verschwand in einem Versteck.

„Wer wagt mich zu wecken? Wer zu mir kommt, wird aufgefressen!“, heulte der Teufel unvermittelt.

Er schwebte über den Mädchen auf seinen Drachenflügeln und war mit schwarzen Schweineborsten bedeckt, seine Beine hatten Hufe, und seine Tatzen waren mit säbellangen und messerscharfen Klauen bestückt. Aus seinem Rachen ragten die mit grünem Speichel bedeckten, spitzen Zähne. Zwischen seinen hervorquellenden Augen wuchs ein spiralförmiges Horn.

Aranka und Orsolya erstarrten zuerst vor Schreck, doch sie erinnerten sich sogleich an den Rat des Janosch und warfen mit einer Fackel nach dem Teufel.

Der bekam einen solchen Schreck, dass er von dem Nest wegflog und anfing wie Espenlaub zu zittern. Die Macht der Mächte, die den Himmelhohen Birnbaum bewacht hatte, fiel von ihm ab. Jetzt sah er wie ein alter, hilfloser Hahn.

„Sei gegrüßt, Herr Teufel, hab keine Angst. Wir kommen zu dir auf der Suche nach der Frucht des Lebens. Sei so nett und zeige uns den Weg, dann lassen wir dich in Frieden.“

Der Teufel beruhigte sich, als er merkte, dass die Mädchen ihm nichts antun wollten.

Die Feldmaus Okosch schlüpfte aus dem Hemd von Aranka heraus und nahm Platz an ihrer Schulter; der Rabe Hollo flatterte – der Teufel weiß woher! – hervor und nahm auf dem Kopf von Orsolya Platz, und der Schäferhund Lusto richtete sich auf und fing an mit dem Schwanz zu wedeln.

„Kehrt um,“ sagte der Teufel mit der Stimme, die lieblich klingen sollte, aber nicht überzeugend klang. „Kehrt um, hier endet der Baumstamm. Der Erzengel bewacht mit den Schwert der Wipfel, rechts von ihm befindet sich das Land der Drachen, über dem Baum herrscht der Gott Isten, und links ist das Land der Nymphen, dessen Königin jeden Eindringling von dem Baum herunterstürzt. Doch wenn ihr sagt, ihr wollt in ihre Dienste eintreten, dann wird sie euch verschonen, und euch vielleicht, wenn sie zufrieden mit euch ist, die Frucht des Lebens schenken.

Ich rate euch jedoch umzukehren. Wenn ihr wollt, fliege ich euch zu der Ebene zurück.“

„Vielen Dank für deine kostbare Anweisungen und Ratschläge,“ antworteten die Mädchen. „Ohne sie wären wir verloren. Doch wir müssen weiter, Opa Ferenc wird von Tag zu Tag schwächer. Wir gehen ins Land der Nymphen. Obwohl du ein Teufel und Feind des Lichtes bist – Gott sei dir gedankt.“

Als der Teufel diese Worte hörte, griff er sich an die Ohren, verlor das Gleichgewicht und stürzte aus dem Nest mit einem Winseln hernieder.

Der Platz blieb aber weiterhin unheimlich. Die Wanderer verließen ihn schnell und wandten sich nach links, zu dem Land der Nymphen.

Fortsetzung folgt.
Bild – Tibor Jagielski

Stuart 49

This year’s love had better last
Heaven knows it’s high time
I’ve been waiting on my own too long
And when you hold me like you do
It feels so right I start to forget
How my heart gets torn
When that hurt gets thrown
Feeling like I can’t go on

Niech trwa tegoroczna miłość,
Nadszedł już najwyższy czas,
Tak długo na nią czekałem.
Kiedy trzymasz mnie w ramionach jak teraz
Czuję że zaczynam zapominać
O tym że boli mnie serce,
Ten ból gdzieś odchodzi
A wraz z nim uczucie, że nie mogę dalej żyć.

David Gray, This year’s love

Joanna Trümner

Carlie

Stuart nie mógł się doczekać dnia, kiedy na zawsze opuści budynek szkoły. Już kilka tygodni przed końcem roku szkolnego wręczył dyrektorowi wypowiedzenie. Dyrektor pobieżnie je przeczytał i popatrzył na podwładnego z wyraźnym zaskoczeniem. „Szkoda, że Pan rezygnuje. Po niezbyt udanym starcie dawał Pan sobie całkiem nieźle radę. A swoją drogą ciekaw jestem, jakie są Pana plany?” Stuart przez chwilę zastanawiał nad odpowiedzią. Czuł, że dyrektor chce koniecznie podkreślić, iż dał mu szansę, możliwość powrotu do zawodu i perspektywę, z której Stuart teraz lekkomyślnie rezygnuje. Był pewien, że przełożony nie będzie w stanie zrozumieć, o co mu chodzi. Nie wątpił, że w oczach dyrektora jest za stary na próbę zmiany stylu życia i zastąpienie pewnej, dobrze płatnej pracy mrzonkami o karierze muzyka. Po chwili namysłu odpowiedział: „Jestem po prostu zmęczony pracą, chcę przez jakiś czas odpocząć”. „Przecież mógłby Pan wziąć roczny urlop, mogę zorganizować pracę w szkole tak, że będzie na Pana czekało miejsce, ze mną o wszystkim można porozmawiać”. Stuart przyglądał się szefowi z niedowierzaniem: „Czyżby starał się mnie zatrzymać, przekonać?” „Dziękuję za wszystko, ale naprawdę nie wiem, czy za rok wrócę do Sydney”. W chwili, gdy podał mu rękę na pożegnanie, ogarnęło go uczucie wielkiej ulgi. Już niedługo zacznie żyć własnym życiem i zostawi za sobą zależności i podporządkowania.

Grudzień minął na ostatnich przygotowaniach do wyjazdu. Wynajęcie domu na rok nie było łatwym zadaniem, po długich poszukiwaniach przy pomocy maklera podpisał na pół roku umowę z młodym małżeństwem lekarzy z Brazylii. Był tak pochłonięty przygotowaniami do trasy i pisaniem nowych utworów, że dopiero widok barwnych dekoracji w oknach sklepów przypomniał mu o nadchodzących świętach i końcu roku. Podczas zakupów w mieście zatrzymał się przed oknem wystawowym jednego ze sklepów i przyglądał się przebranemu za Mikołaja manekinowi, niosącemu na plecach worek pełen prezentów. „Te święta dzieją się gdzieś poza mną, tak jakby mnie w ogóle nie dotyczyły”, pomyślał. Aby bez reszty nie stracić kontaktu z toczącym się wokół życiem, kupić zabawkę dla małej Emily. Przypomniały mu się roześmiane oczy dziecka, „Będzie mi jej brakowało. Można w niej czytać jak w książce”.

W kilka dni po spędzonym z Tomem i jego rodziną Sylwestrze Stuart ruszył w drogę do Gold Coast, gdzie czekało go sześć koncertów w klubach. W drodze kilkakrotnie zatrzymywał się nad morzem. „Jakie to dziwne, że ani przez chwilę nie czuję się samotny. A powinienem, nie mam już domu, do którego mógłbym wrócić i nie wiem, co mnie czeka. Oprócz kilku podpisanych koncertów nie mam żadnych planów”, myślał patrząc na wzburzone fale. „Może samotność odczuwa się tylko wtedy, kiedy każdy dzień jest powtórką poprzedniego i na nic nie czekamy?” Z każdym przejechanym kilometrem coraz bardziej cieszył się ze swojej nowej wolności.

Gold Coast zaskoczyło go nowoczesną architekturą i tłumami młodych ludzi z deskami surfingowymi pod pachą. W godzinę przed koncertem stał na scenie klubu i stroił gitarę. Z trudem opanował tremę. W kilka godzin później wiedział, że niepotrzebnie się denerwował. „Nie zapomniałem, co znaczy dobra muzyka. Tego po prostu nie można zapomnieć”, myślał wychodząc z klubu. Kiedy po północy wrócił do hotelu, był tak zmęczony, że zasnął w chwili, gdy poczuł pod policzkiem poduszkę. Z głębokiego snu wyrwało go głośne dobijanie się do drzwi. Na początku myślał, że ten hałas jest tylko częścią snu, kto miałby się do niego dobijać w mieście, w którym nikogo nie zna? W chwilę później zdał sobie jednak sprawę, że ktoś dobija się do jego drzwi na jawie, szybko wstał z łóżka, wciągnął dżinsy i podszedł do drzwi. Stała w nich nieznajoma kobieta. Stuartowi wydawało się, że widział ją już wieczorem w klubie. Pracowała tam i pomagała podczas koncertu. Teraz czekała w drzwiach, trzymając w ręku futerał od gitary, w którego wewnętrznej kieszeni Stuart przechowywał paszport i inne ważne dokumenty. Nieznajoma uśmiechnęła się: „Jak widzę, strasznie szybko chciałeś wrócić do hotelu”. „Jak mogłem go nie zabrać?”, pomyślał, popatrzył na kobietę z wdzięcznością i zaprosił ją do pokoju. Przedstawiła się, nazywała się Carlie, od pół roku organizowała w klubie koncerty i zajmowała się reklamą. „Z tobą miałam niezły orzech do zgryzienia”, przyznała „szef nie lubi ryzyka, nie potrafił zrozumieć, dlaczego od lat nie dałeś ani jednego koncertu. To ja uparłam się, żeby dał ci szansę. Widziałam kiedyś twój koncert w Melbourne i wiedziałam, że niewiele ryzykujemy. Warto było. A swoją drogą, skąd ta przerwa?” Stuart długo szukał odpowiednich słów na wytłumaczenie czegoś, czego sam nie potrafił zrozumieć. „Miałem inne priorytety”, odpowiedział lakonicznie.

Pożegnali się, kiedy za oknami hotelu zaczął wstawać świt. Zaczęli się regularnie widywać. Stuart przedłużył pobyt o dwa tygodnie, bo Carlie załatwiła mu dodatkowe koncerty. Z każdym dniem coraz bardziej przyzwyczajał się do jej obecności. Carlie była typem kobiety, jakiego do tej pory nie poznał, inteligentą i dowcipną kobietą-kumplem, osobą, z którą można było podzielić się każdą myślą. Dopiero podczas czwartego spotkania Stuart zauważył, że pod maską rezolutnego, wiecznie roześmianego klauna, który wszystko obraca w żart, ukrywała się niebrzydka, bardzo zraniona kobieta. Dowiedział się od Carlie, że przez dziesięć lat była menadżerką zespołu, któremu po latach udało się zrobić karierę i wyjechać do Europy. Opowiedziała mu o burzliwym związku z gitarzystą zespołu, związku wielokrotnie zrywanym i ponawianym, pełnym kłamstw, upokorzeń i zdrad. „On rekompensował brak sukcesów ilością kobiet w łóżku, a ja ciągle wierzyłam, że to się zmieni. To w moim życiorysie dziesięć spisanych na straty lat”, skomentowała. Po raz pierwszy od poznania Stuart wyczuł w jej głosie żal. W kilka dni później spędzili pierwszą wspólną noc w hotelu.

Carlie stała się częścią jego życia. Potrzebował jej obecności, nie wyobrażał sobie, że ich drogi mogłyby się rozejść. Cieszył się za każdym razem, kiedy w tłumie słuchaczy rozpoznał jej twarz. Jednego wieczoru zaproponowała, że mu pomoże w organizowaniu dalszych koncertów. „Mam sporo kontaktów ze starych lat, potrafię się targować, jeżeli chcesz to zostanę twoją menadżerką”. „Ale na razie nie mam ci z czego placić”, odpowiedział Stuart z zawstydzeniem. „Nie martw się, jak zaczniesz dzięki mnie zarabiać pieniądze, to podpiszemy umowę i sobie wszystko odbiorę”.

Od nocnego spotkania w hotelu zaczął się bardzo szczęśliwy etap w jego życiu. Carlie rzeczywiście sprawdziła się jako menadżerka, dzięki niej małe kluby w prowincjonalnych miasteczkach zaczęły stopniowo zmieniać się w coraz większe sale koncertowe w coraz to większych miastach. W prasie coraz częściej pojawiały się wzmianki o jego koncertach. Stuart był szczęśliwy, że Carlie przejęła pertraktacje z organizatorami. Nieraz z niedowierzaniem i podziwem przysłuchiwał się prowadzonym przez nią rozmowom i warunkom, jakie stawiała organizatorom. „Nie brakuje jej tupetu. Rozmawia tak, jakby była menadżerką prawdziwej gwiazdy, a nie kogoś, kto w wieku prawie czterdziestu lat znowu stoi u progu kariery”, myślał i z każdym dniem był coraz bardziej wdzięczny losowi za to, że ją spotkał.

Była nie tylko dobrą menadżerką, dzięki której coraz bardziej zapełniała się teczka z napisem „referencje”. Była przede wszystkim doskonałym kompanem podróży, osobą, w której towarzystwie Stuart nigdy się nie nudził i z którą mógł rozmawiać o wszystkim. „Jak mogliśmy się do tej pory nie spotkać?”, zapytała Carlie po kolejnym udanym koncercie. Przytulił ją, zastanawiając się, dlaczego nie potrafi powiedzieć, że ją kocha. „Przecież taki związek, wspólne zainteresowania i plany i przyjaźń jest o wiele więcej wart niż jakieś dramatyczne, wielkie miłości”, pomyślał.

Cdn.

Szopa w salonie 29

Łukasz Szopa

Zieleń kontratakuje

Lubimy dzielić rzeczy na czarne i białe. Mimo często mglistej, szarej perspektywy. Albo na: szare i zielone. Czyli na miasto i wieś. Może też na “cywilizację” i “naturę”. Teren zabudowany i przyrodę. Obojętnie, czy jesteśmy mieszkańcami betonu, czy zielonego, czy też mieszanych sfer podmiejskich (post-wiejskich).

Nie lubię uogólnień, szczególnie nie takich, jakie właśnie zrobiłem. Więc powiedzmy, że zdarzają się takie przeciwstawienia, takie dwie definicje, teza i antyteza – i rzadko synteza. Jeśli już to synteza – “syntetyczna”, sztuczna: nowy asfalt przez wieś, czy plamy parków (pareczków) w urbanistycznym labiryncie. A jeśli nie sztuczna, to dyskusyjna i nielubiana, jak problem gałęzi, liści na chodnikach czy jezdni, i odnośnie tej właśnie dyskusji o tym, czy drzewa tworzące aleje ścinać czy nie.

Może powoli powinienem zbliżyć się do mojego tematu, mojej tezy. Czy też – syntezy. Tematem jest właśnie synteza przyrody i betonu. Która bywa dobrym sąsiedztwem, przyjaźnią, miłością. Albo też konfliktem, walką, wojną.

Takie spojrzenie (w dosłownym tego znaczeniu) na tę kwestię umożliwiły mi przykłady ekstermalne. Tak to już jest, że trzeba czasem łopatą (albo nawet młotem) do głowy, jaskrawo, szokująco. Choć od razu przyznam, że były to przykłady, gdzie to przyroda “nagle” okazała się być górą, zdobyła przewagę, a nawet odniosła tymczasowe zwycięstwo.

Przykłady to z jednej strony Berlin – w którym to mieście kilkanaście lat mieszkałem, i z drugiej – bośniackie miasta Sarajewo i Mostar. We obu przypadkach napotkałem na arcyciekawe miejsca, gdzie po latach przemysłowego lub (wielko)miejskiego krajobrazu, zielsko wróciło – i żyje sobie w najlepsze.

Zacznę od przykładu drugiego – czyli powojennych miast w Bośni. Mówiąc krótko: w latach 1992 – 1995 oba miasta, szczególnie ich centra, zostały co prawda tylko częściowo zniszczone – ale to, co zostało trafione, lub te miejsca, gdzie akurat dłużej czy mocniej zaznaczyła się linia frontu – zniszczone zostały kompletnie. Czy przynajmniej… na tyle mocno, by przebić się dziurami, kraterami przez podłogę parteru i fundamenty – do ziemi. Albo też, czy jako kilkultetnie lecz nie opróżniane wysypisko śmieci, czy jako inaczej zadomowiona w ruinach hałda ziemi czy piasku – niejedno miejsce stało się potencjalną glebą.

I ledwo przestano strzelać, rzucać granatami, przerzucać kamienie i worki na barykady – zaczęło rosnąć! Tym bardziej, że długo jeszcze trwało i potrwa, nim do niejednej ruiny ktoś powróci, ustali się nie tylko do kogo to należy, ale i kto ma prawo to zagospodarować… – a zielsko, trawa, chwasty, krzewy, a nawet drzewa! – rosną sobie, rosną dalej… A mury nawet chronią je przed niejednym wiatrem.

Niezapomnianym obrazem jest dla mnie widok na trzecie, ostatnie piętro koszar w centrum Sarajewa, zniszczonych jeszcze w 1992, przynajmniej na tyle, by znikł dach. Efekt – i ten wspaniały, surrealistyczny obraz – to po latach całkiem pokaźne brzózki wychodzące już na ponad 2-3 metry ponad poziom najwyższej kondygnacji.

Ulubionym miejscem moich obserwacji współżycia, współistnienia, ale i walki natury z betonem jest jednak Berlin. Było to dla mnie niezłą niespodzianką. Może dlatego, że przyjeżdżając tu, miałem przed oczami (wyobraźni) wielkoświatową metropolię, obrazy budującego się Potsdamer Platzu, szarej wielkomiejskiej plamy na mapie pośród zielonej Brandenburgii.

Zacząć można od tego, że Berlin powstał relatywnie niedawno, o ile wiem to tak naprawdę miastem stał się w dziewiętnastym wieku. Miastem, stolicą Prus – stał się nie naturalnie, a jako pomysł króla, który postanowił połączyć ze sobą kilka wiosek w “miasto”. Wiosek, pomiędzy którymi leżały nawodnione Szprewą bagniska. Mógłbym jeszcze o topografii, urbanistyce i nazewnictwie, ale o tym może innym razem. Ograniczę to do faktu, że Berlin ma więcej kilometrów kanałów niż St. Petersburg czy Wenecja, i że pośród tego szarego placka na mapie, gdyby spojrzeć dokładniej (na turystycznej mapie miasta), natrafiamy na wielką, podłużną, zieloną plamę – Tiergarten. Czyli olbrzymi park, niemal las, ciągnący się od Bramy Brandenburskiej do stacji Zoo. Też właściwie kaprys króla. Lecz to jeszcze nie całkiem mój berliński temat.

Gdy spojrzymy jeszcze raz na naszą podręczną mapkę lub przez Google Earth, napotkamy jeszcze dwie czy trzy takie pokaźne plamki. Dwie to Treptower Park i Grünewald, czyli też laso-parki. Ciekawą jest trzecia – małe słynne lotnisko pośrodku miasta – Tempelhof. Najciekawszą taką plamką – dla mnie – jest jednak teren Gleisdreieck (na mapce stosunkowo centralnie, między Tiergarten, Schönebergiem a Kreuzbergiem). Najciekawszy może nie dlatego, że w tym tekscie słyżyć mi ma za najlepszy przykład tematu, ale dlatego, iż to teren przemilczany, raczej mało znany – szczegolnie Nie-Berlińczykom.

Bierze się to stąd, prosta krótka historia, że przed II WŚ był to teren kolei, Deutsche Reichsbahn, dokładniej mówiąc olbrzymi dworzec towarowy plus peryferia. Nie dziwota, że kompletnie zbombardowany. I przypadkiem stało się tak, że… po wojnie, przez ponad 58 lat, pozostawiony sam sobie.

Efekt był niesamowity – co odkryłem podczas jednego ze spacerów na początku lat dwutysięcznych, gdy z dziewczyną postanowiliśmy przekroczyć niezbyt zabezpieczające ogrodzenie, i zasmakować przygody jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy chciał być Tolkiem Bananem albo Perełką. Areał długi (północ – południe) na ponad 3 kilometry, szeroki na przynajmniej 500 metrów, był genialną, niesamowitą kreacją, coś jak “laso-koleją” czy “szyno-puszczą”! Tory, to rozwidlające się, to schodzące, to niknęły, to pojawiały się między drzewami, wchodziły w las, czasami można się było o nie potknąć – tak zarosła je trawa, krzewy.

Właśnie – wydawało się, na pierwszy rzut oka, że to szyny wplatają się w lasek, że to ceglane ruiny wychodzą z ziemi, gdzieś zza chaszczy. A rzeczywistość była dokładnie odwrotna: To pozostawiona sama sobie natura przywłaszczyła sobie cały teren, zawładnęła, zarosła, zapanowała. Powie ktoś, że “powoli”. Dla człowieka, – może powoli. Ale dla natury?! Czym dla natury jest pół wieku?…

Smutną wieścią jest to, że człowiek w międzczyczasie znów walczy o ten teren. Koleje chcą wykorzystać go jako pole golfowe, lunapark, osiedle mieszkaniowe, teren pod biurowce. Ale – jak na razie – nadal górą są ekolodzy, którzy udawadniają, że Berlin potrzebuje tego biotopu, tego drugiego obok Tiergartenu “płuca”.

Obojętnie jednak, co stanie się z Gleisdreieckiem, ja zyskałem przez to podwójnie, o ile nie potrójnie:

Przez kilka lat miałem i mam tuż niedaleko teren surrealistycznej, fantastycznie-bajkowej dzikości przyrody.

Po drugie, zainspirowało mnie to do podobnych poszukiwań, obserwacji nie tylko w Berlinie, ale i w innych miastach – szczególnie we wschodnich Niemczech lub na przykład w niektórych polskich. Takich, które – jak Berlin – mają mało kasy, i stąd często pozostawiają takie “powojenne” tereny samym sobie.

Jest też t.zw. spojrzenie mikro: to, że miasto ma mało pieniędzy na między innymi służby oczyszczania sprawia, że – w odróżnieniu od n.p. Monachium, Hamburga czy Stuttgartu – takie właśnie rzadsze i bardziej “po łebku” sprzątanie, jak usuwanie trawy z chodników czy z otoczenia kanałów, zielsk wplątanych w siatkę płotu powoduje, że te też powoli coraz bardziej w dosłownym znaczeniu wrastają w obraz i topografię miasta.

No i trzeci punkt, najważniejszy, filozoficzny. Że nie ma co się bać o przyrodę. Że ona już sobie poradzi. Ekolodzy martwią się o homo sapiensa, on może sobie nie poradzić, może popełnić chemiczno-betonowe samobójstwo. Ale przyroda? Ta trochę odczeka, pięćdziesiąt, sto, dwieście lat, homo będzie sapiens lub inny lub żaden, a trawa wyjdzię spod płyt betonowych, pokryje je, krzewy porwą betonowe i ceglane ściany do tanga, brzózki wystartują w górę, i niejeden chwast cierpliwie drążąc zaprawę, zwali nie tylko mur i nie tylko w Berlinie.

Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

Orient powszedni VI

Agnieszka Fetzka i Tomasz Fetzki

Viator

Sforsowawszy Bug mostem we Frankopolu wjeżdża Viatorostwo do Drohiczyna. Chwilę się tu Wędrowcy zatrzymają. Raz, że zmęczenie po spływie kajakowym daje się we znaki. Dwa, że miasto godne jest uwagi: będzie trochę o historii, co obiecał tydzień temu Viator Czytelnikowi Maciejowi. Trzy – ten krótki odpoczynek to swego rodzaju trampolina przed skokiem; do końca dnia wciąż daleko i wiele jeszcze Pielgrzymi dziś zobaczą. Ale o tym za tydzień.

Zdecydowanie najpiękniejsza panorama miasta rozciąga się z lewego, południowego brzegu rzeki. Raz jeszcze warto ją sobie przypomnieć:

Drohiczyn rozsiadł się na wysokiej skarpie nad Bugiem. Położenie takie, że aż prowokuje kłopoty z wielką historią!

Viator urodził się, wychował i mieszka, a zapewne także pożegna się z tym łez padołem, w niewielkim, około czterdziestotysięcznym mieście. Nigdy nie rościł sobie pretensji do wielkomiejskości. Ale, nawet z jego perspektywy, Drohiczyn to naprawdę malutkie (i senne – zwykle w taki związek frazeologiczny łączy się to w polszczyźnie) miasteczko. Gdzie się pomieściła ta wielka historia?

Na przestrzeni dziejów zdążył być Drohiczyn twierdzą graniczną i przedmiotem ciągłego sporu między Rusią Kijowską (potem zaś Litwą) a Mazowszem (następnie, co oczywiste, Polską): Polacy trzymali lewy brzeg, na prawym rządzili: Jarosław Mądry, Daniel Halicki, Trojden, Olgierd, Kiejstut i Witold. Po zjednoczeniu Korony z Litwą miasto straciło funkcję umocnionej rubieży, a zyskało rangę stolicy województwa Podlaskiego i, co za tym idzie, silną pozycję gospodarczą. Wzrosła liczba ludności, pobudowano liczne świątynie katolickie, prawosławne i unickie. Bogactwo pogranicza.

Istniały właściwie dwa grody: Drohiczyn Lacki na, nie wiedzieć czemu, ruskim, czyli północnym brzegu i, konsekwentnie, Drohiczyn Ruski na brzegu lackim, polskim, południowym. Ten drugi już nie istnieje: po szwedzkim Potopie nastąpił upadek ekonomicznej potęgi miasta. Z Drohiczyna Ruskiego pozostały nadrzeczne łęgi, po których brodzą żurawie. Zresztą, nie tylko Szwedzi pustoszyli miasto. Przedtem i potem zapędzały się tutaj zagony mongolskie, jaćwieskie, krzyżackie, tatarskie, siedmiogrodzkie i moskiewskie. Przekleństwo pogranicza!

Stracił Drohiczyn znaczenie gospodarcze, ale zachował kulturowe. Działały tu liczne szkoły, z najsłynniejszym jezuickim Collegium Nobilium (nie mylić, rzecz jasna, z uczelnią pijara Stanisława Konarskiego w stanisławowskiej Warszawie). Takie jezuickie kolegium to, według dzisiejszych kryteriów, coś między liceum a uczelnią wyższą – czyli nie byle co!

A potem, wiadomo: zabory, marazm, upadek. Tym bardziej, że miasto pozostało w granicach Ziem Zabranych, nie znalazło się na terenie Księstwa Warszawskiego ani Kongresówki. Gdyby leżało na drugim brzegu Bugu, to tak, ale w tej sytuacji… Świątynie zmieniały swą przynależność. Zabierane przez Rosjan katolikom stawały się cerkwiami prawosławnymi, a potem, po 1918 roku – na odwyrtkę. Nic nowego, wiele już razy spotkało się Viatorostwo z takimi losu kolejami – koleinami raczej – w swej podróży po Oriencie Powszednim. Specyfika pogranicza.

Dziś stoi w mieście prawosławna cerkiew świętego Mikołaja.

Jest też katolicki, pofranciszkański kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny z klasztorem, pełniącym obecnie funkcję muzeum diecezjalnego.

Diecezjalnego? Ano tak. Zwykle siedzibą diecezji jest większe miasto, ośrodek naukowy, gospodarczy, administracyjny. Zresztą – zawsze tak było. Z drobnymi wyjątkami wszelakoż. Czasami względy historyczne, prestiżowe i diabli… – przepraszam! anieli wiedzą, jakie jeszcze – przemawiały za tym, aby biskup obrał na swą siedzibę miasteczko prowincjonalne.

Drohiczyn przez całe Dwudziestolecie Międzywojenne leżał w Diecezji Pińskiej. Zmiany granic po roku 1945 spowodowały, iż stał się stolicą ostatniego skrawka tejże diecezji, leżącego w granicach Polski. Co Kościół z powagą celebrował, lokując tutaj półoficjalnie siedzibę diecezji, zwanej Drohiczyńską – nazwa Pińska była zbyt ryzykowna i dla władz drażniąca. Zresztą, nie tylko tutaj tak postąpiono: jedyny fragmencik Archidiecezji Lwowskiej, jaki pozostał po wojnie w Polsce, to Lubaczów z okolicami. Oficjalnie twór ów nazywał się Diecezją Lubaczowską, ale i tak wszyscy wiedzieli, że chodzi o Lwowską.

Ostatecznie sprawę uporządkowała w roku 1992 bulla Jana Pawła II Totus Tuus Poloniae Populus, tworząca nową strukturę administracyjną Kościoła Katolickiego obrządku łacińskiego w Polsce. Małe miasteczka, takie jak Lubaczów (wraz z Zamościem co prawda), Pelplin i Drohiczyn, już całkiem oficjalnie, stały się siedzibami diecezji. Ale Drohiczyn jest z nich zdecydowanie najmniejszy: dwa tysiące mieszkańców!

Jest diecezja, to musi być katedra. Jej funkcję pełni pojezuicka świątynia Trójcy Przenajświętszej.

Jest diecezja, to musi być Wyższe Seminarium Duchowne – autentyczna uczelnia wyższa w dwutysięcznym miasteczku – które ulokowało się w zabudowaniach pojezuickiego kolegium (wspomnianego Collegium Nobilium).

To właśnie ten zespół pojezuicki – katedra i seminarium – prezentuje się tak imponująco w panoramie Drohiczyna widzianej z południowego brzegu Bugu. Z bliska też przedstawia się okazale.

Ale na skróceniu dystansu znacznie bardziej zyskuje budowla, która w panoramie przycupnęła skromnie po lewej stronie: w ocenie Viatora najpiękniejsza świątynia Drohiczyna, barokowy kościół sióstr benedyktynek pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Ponoć projektował go sam Jakub Fontana. To możliwe, bo rękę mistrza widać tu wyraźnie.

Wichry historii przewiały się. Pozostało wspomnienie dawnej chwały. Pozostała Góra Zamkowa.

Kiedyś, rzecz jasna, stał tutaj zamek: po prawdzie pełnił on raczej funkcje administracyjne niż militarne, ale stał. Dziś nie ma po nim śladu. Jednak warto się wdrapać na wzgórze: z żadnego innego miejsca w Drohiczynie nie uświadczysz wędrowcze tak pięknych widoków Bugu.

Wichry historii wiać będą dalej. Być może kiedyś całkowicie zmiotą miasto z powierzchni ziemi. Rzeka będzie trwać.

Viatorka

Viatorka cieszyła się od dawna na spotkanie z Podlasiem – nie tylko ze względu na piękno krajobrazów, czy ciekawe zabytki będące świadkami historii. Z równie wielką niecierpliwością czekała na spotkanie z regionalną kuchnią. Uwielbia bowiem wszelkie pierogi, ziemniaki w każdej postaci oraz kluski (oprócz tych lanych w zupie). Niestety: od lat rzadko może sobie pozwolić na taką dietę. Nie chodzi o „trzymanie linii” dla urody! Viatorka po prostu nie może nabrać kilogramów, aby nie stracić możliwości samodzielnego poruszania się i nie nadwyrężać kręgosłupów tych, którzy jej w różnych sytuacjach pomagają. No, ale w czasie takiej regionalnej eskapady, ograniczeń w diecie nie ma…

Podczas podróży po Podlasiu po raz kolejny przekonała się Viatorka o prawdziwości twierdzenia, że my Polacy nie za bardzo cenimy to, co nasze, rodzime. Już poprzedniego dnia Viatorstwo szukało restauracji, gdzie można byłoby zjeść regionalne potrawy. Ale gdzie tam! Bez problemu kupisz pizzę, kebab, hamburgery, schabowego, czy grillowaną pierś kurczaka. Lecz nie tradycyjne potrawy, których podstawą są ziemniaki i kasza. Czyżby były za mało wykwintne dla rodzimych turystów? A może raczej to autochtoni mają takie zdanie o swoich rodakach?

W internecie w końcu udało się znaleźć restaurację serwującą potrawy regionalne: „U Ireny” w Drohiczynie. Strasznie głodni trafiliśmy tam po godz. 16. I trzeba powiedzieć: warto było!

Na początek: ZAGUBY. W ciasto pierogowe zawija się farsz z tartych ziemniaków przesmażonych z cebulką i boczkiem. Pycha!

Potem babka ziemniaczana. Z utartych surowych ziemniaków wymieszanych ze skwarkami ze świeżo stopionego boczku lub słoniny, pikantnie przyprawionych i zapieczonych na złocisto-brązowy kolor. Strasznie duża porcja. Ale jakie to dobre!

Skusiło się też Viatorstwo na półmis (tak stało napisane w karcie dań – półmis, nie półmisek – ach, ten snobizm marketingowy!) pierogów: z mięsem, kaszą gryczaną i boczkiem, ze szpinakiem i fetą, z kapustą i grzybami. 12 sztuk to jednak dużo, Viatorka szybko zrozumiała, iż przeliczyła się z siłami….

Do popicia litewski kwas chlebowy. Dlaczego u nas nie jest popularny? Dziwne. Według internetu ten sfermentowany napój z chleba ma liczne właściwości zdrowotne. Wzmacnia odporność, reguluje trawienie, a nawet sprzyja odchudzaniu. I jest smaczny. W Polsce stał się powszechnie znany za czasów Władysława Jagiełły

Na koniec parowańce, tu w wersji na słodko. Nie, ta akurat potrawa rozczarowała. Znane chyba w całym kraju pyzy drożdżowe przygotowane na parze (w Wielkopolsce zwane kluchami na łachu, czy pyzami poznańskimi), tutaj zostały polane odrobiną sosu czekoladowego, a przy nich położono winogrona. Jakoś to mało regionalne….

Ogólna jednak ocena: piątka. Szkoda, że te wszystkie potrawy takie syte, nie było już nawet siły skosztować kartaczy, czyli cepelinów – zresztą Viator stanowczo stwierdził, że tych należy próbować w Suwalskiem, bo tam jest ich „ojczyzna”. Czyli za dwa dni.