Polska proza spoza Polski (Austria)

Teresa Rudolf

Podróż…

Jechał pociągiem.

I rozmyślał sobie, że siedzi się teraz pewnie dokładnie tak samo jak w XX wieku, ale te kulisy dzwiękowe…
Te najróżniejsze melodie, dźwięki, sygnały dochodzące z komórek, te różnorakie języki, najintymniejsze wyznania, najważniejsze sprawy ludzkie latajace w powietrzu nad głowami jak insekty, wlatujące do uszu…
Taki zbiorowy tinitus na czas jazdy, myślał, wychodzi również z tobą na ulicę, do kawiarni, ubikacji, wszędzie. Nie możesz nic zrobić, nie możesz wyłączyć, wyciszyć, uciec do wewnątrz.
Nawet kiedy zamykasz oczy jak drzwi do pokoju, bo chcesz być sam, wdzierają się różne penetrujące dźwięki, namolne, natrętne, borujące aż do duszy.
Mieszają się sprawy zawodowe, prywatne, intymne, wszystko…
Ludzkość pokazuje sobie nawzajem goły tyłek prywatności na trasie Wiedeń – St.Pölten, Kraków – Wiedeń, Paryż-Lasek Buloński, Nowy Jork – Waszyngton, Kraków – Wieliczka.
Bezwstydność gadających, brzęczących komórek, omotuje, bierze w niewolę, wbija się w mózg, serce.
Kiedy tak sobie rozmyślał, nagle wpadł zamaskowany człowiek z pistoletem w ręku, wściekłością w oczach, krzycząc w językach całego świata rownocześnie: „wszystkie komórki na ziemię, bo strzelam!“
Zaczął je deptać, skakał po nich, niektóre wyrzucił przez okno. Nagle rozległo się świergolenie jakiejś komórki, która uchowała się w czyjejś torbie.
Mężczyzna znów krzyknął w językach caąego świata rownocześnie: „powiedziałem, że strzelam!“
I strzelił.
Z pistoletu wydostał się dźwięk jak syrena alarmowa, coraz głośniejszy, tak głośny, że zamarł cały świat, zwierzęta zaczęły wygrzebywać nory w ziemi, by się schować, zdezorientowane ptaki latały w kółko, ryby wypłynęły, a dno morskie zaczęło się kotłować, przygotowując się do tsunami…
Ludzie naiwnie zatykali uszy…
Głos syreny osiągnął nie znane światu natężenie…
Teraz był to już tylko jeden ton.
Na wszystkich mózgach świata pokazała się prosta linia EEG.
Monitor niebieski pokazał światu wyznaczoną linię śmierci!
W drzwiach wagonu pojawił się młody człowiek. Zdziwił go wyraz twarzy podróżnych, którzy z otwartymi ustami i oczyma wyglądali jak w jakimś strasznym zbiorowym śnie.
Spojrzał na stojącego nieruchomo jak figura woskowa mężczyznę, trzymającego w jednym ręku kartkę z napisem: “terrorysta samobójca”, a w drugim pistolet.
Nieśmiało wyciagnął swoją tabliczkę: “jestem głuchoniemy, zbieram pieniądze na aparat słuchowy.”
Nikt nie wrzucił ani grosza.

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Hillsong… wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana

Hillsong to kościół, tzw. “mega kościół”, który powstał w Australii, ale w międzyczasie rozprzestrzenił się po świecie. Kościół nie jest właściwie nowy – jeśli wierzyć danym, które znalazłam w sieci, to jest to “chrześcijański zespół muzyczny duszpasterstwa młodzieży” i jest przez niektórych traktowany jako “wolny kościół” (bez liturgii i komunii), przez innych jako część kościoła zielonoświątkowców, który w Polsce uważany jest, jak sądzę, za sektę. “Ludzie z Hillsong United zajmują się duszpasterstwem młodzieży i robią to bardzo interesująco”, pisze Gość Niedzielny, gazeta bezwzględnie katolicka, która uważa, że warto się zapoznać z ich działalnością, “bo teksty ich piosenek są mądre i przepełnione miłością do Boga”. Np piosenka I surrender – Poddaj się woli Bożej.

Na platformie jezuici.pl ktoś, zatroskany, pisze, że “ich piosenki są proste, a zarazem bardzo mocne, ale gdy oglądam klipy, mam nieodparte wrażenie, że ktoś na tym nieźle zarabia, a Jezus jest raczej traktowany jako gwiazda popkultury. Ludzie przychodzą tam pośpiewać, potańczyć, na zewnątrz może wydawać się to takie płytkie”, na co ktoś z platformy odpowiada: “Hilsong to tradycja protestancka i o tym należy pamiętać, słuchając i śpiewając piosenki promowane przez tę wspólnotę. Żadnych zakazów i nakazów. Warto jednak być ostrożnym i czujnym, pamiętając, że wyrastające jak grzyby po deszczu wolne Kościoły orientacji ‘ponaddominacyjnej’, stanowią swoistą formę Kościoła zredukowanego (np. brak sakramentów, sukcesji apostolskiej, magisterium nauczania)”. Spotkałam się też ze zdaniem, że Hillsong promuje “ewangelię sukcesu”, ale z kolei pozytywne wydaje mi się, że ich przywódca (“uwielbieniowy” – czyli co? taki, którego mamy uwielbiać?) jest gejem i zawarł (lub zamierza zawrzeć) małżeństwo homoseksualne.

Hillsong jest częścią ekumenicznego ruchu odnowy kościoła, któremu patronuje m.in. papież Franciszek. W nagraniu poniżej występuje m.in. uwielbiany w Polsce Andrea Bocelli.

Spotkałam ten kościół w Ameryce. Byłam na niedzielnym nabożeństwie. Było miło i wzruszająco, choć po prawdzie – wszędzie w Ameryce jest miło, bo (już to pisałam), Amerykanie są na ogół – choć może tylko na pozór – znacznie milsi niż Europejczycy; widomy efekt stosowanej od kilku pokoleń polityki “keep smiling”; to co się kiedyś wydawało sztuczne i wymuszone, stało się drugą naturą i to jak najbardziej autentyczną.

Postanowiłam zobaczyć, jaki jest kościół Hillsong w Berlinie. Nabożeństwa odbywają się o 11:00, 13:00 & 17:00 w kinie nr 3 w Kulturbrauerei na Schönhauser Allee. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. W Ameryce spotkaliśmy się w teatrze, a kiedyś, dawno temu, byłam na afrykańskiej mszy ewangelickiej w nieużywanych magazynach sklepu Lidl w Berlinie. Kościoły bez własnych kościołów wszędzie korzystają z innych, często przypadkowych pomieszczeń.

Jak było?

Powiedziałabym, że tak jak w Ameryce – wspólnie i przyjemnie, ale była też wielka różnica. W Ameryce spotykają się na pewno ludzie dobrze sytuowani. W Berlinie – Hillsong jest schronieniem dla samotnych i najwyraźniej niezamożnych people of colors. Czyli – niby wszystko tak samo, a przecież zupełnie inaczej. Samotni. Smutni.

O tak, wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana, niech nam da pracę, pieniądze i przyjaciół…

Frauenblick (Begegnungen)

Monika Wrzosek-Müller

Jede Nacht gab es einen Ton, der wie ein Metronom, gleichmäßig und metallisch klang; er kam von verschiedenen Stellen vom Campingplatz nebenbei. Wir dachten alle, es wäre eine Art Alarm, ein Sicherheitssystem oder eine Abschreckungsvorrichtung gegen Mäuse, Ratten oder Geckos, oder vielleicht auch gegen Mücken. Der Ton setzte in der Dunkelheit ein und dauerte immer ziemlich lang. Irgendwann hielt ich es nicht mehr aus, und nach der nächsten unruhigen oder eher durchwachten Nacht, in der nicht nur ich den Ton gehört habe, sondern noch zwei junge Leute, die bei uns zu Gast waren, lief ich zum Campingplatz und fragte ganz sachlich den Besitzer.

Was das nun eigentlich sei, wir wären doch Nachbarn und es könnte ihm doch nicht daran gelegen sein, so unsere gute Beziehungen zu zerstören. Er tat erst mal überrascht und dann verstand er sofort, worauf ich hinaus wollte, wahrscheinlich sah ich auch sehr unausgeschlafen aus. Er sagte ganz knapp: „Das ist ein Vogel.“ – „Ein Vogel?“ Ich konnte mein Staunen nicht unterdrücken, die Skepsis klang auch ganz stark mit. Er nahm ein Stück Papier und schrieb mir nur ein Wort mit Druckbuchstaben auf: L`ASSIOLO, dazu sagte er: „Schauen sie im Internet nach. Wir haben versucht ihn abzuschießen, ging nicht, ist zu klein, versteckt sich in den Baumkronen“. Er war ein netter Mann, ich habe ihn früher schon mal beobachtet, wie er die Blätter fegte und sehr ordentlich die Einfahrt zum Campingplatz sauber machte. Es blieb mir nichts anderes übrig, als mich zufrieden zu geben; ich fragte nur um mein Mistrauen auszudrücken: „Wir kommen seit vielen Jahren hierher, der Vogel muss extra dieses Jahr gekommen sein“. „So ist es; er kommt und fliegt auch weg, manchmal bleibt aber doch länger, baut sich ein Nest“. Nun blieb mir nichts anderes übrig als „Danke“ zu sagen und zu gehen.

Natürlich schaute ich sofort im Internet nach: da fand ich otus scops, Zwergohreule. In Deutschland kommt sie eher selten vor, doch in Toskana, in Italien, ist sie sehr verbreitet. In Wikipedia fand ich folgende Beschreibung des Lauts vor: „Er ist ein peilsenderartiges, fast immer einsilbiges, etwas nasales und nicht besonders lautes ‘Djü‘, das in Abständen von zwei bis 3,5 Sekunden oft stundenlang wiederholt wird. Die Gesangaktivität beginnt kurz nach Sonnenuntergang und endet in der Morgendämmerung; nach Mitternacht geht die Rufaktivität für ein zwei Stunden deutlich zurück.“ Die Beschreibung passt, wir haben es genau so erlebt; unsere italienische Freundin wusste sofort Bescheid. Sie lachte und sagte: „Ach ihr leidet also auch unter dem Vogel“.

Dass ich in Italien immer wieder Menschen kennenlerne und mit ihnen ins Gespräch komme, läge, dachte ich, an meinen Italienisch-Kenntnissen, dem ist, war aber nicht so. An einer eher absurden Stelle, in einem kleinen italienischen Städtchen, erlebte ich in diesem Sommer eine unglaubliche Begegnung. Sonst sind die Begegnungen auch nett, von gegenseitigem Interesse geprägt, aber eher recht gewöhnlich.

In der Fischereigenossenschaft von Orbetello traf ich einen netten Fischverkäufer, der uns seine frischen Fische sehr preiswert verkaufte und dazu weit ausholende Erklärungen gab, welchen Fisch man warum nehmen sollte. Er war so freundlich und gesprächig, dass wir länger in dem kleinen Laden standen, und zwischendurch auch mal unter uns Polnisch redeten – bis wir merkten, dass an der Wand des Geschäfts eine kleine Karte mit einer Ansicht aus Litauen und auch litauische Flagge hingen. Da sprach uns der Mensch an der Theke in gutem Polnisch an; er war Litauer, der aber fließend polnisch sprach und offensichtlich sein Land sehr liebte und sich danach sehnte. Er fing an zu erzählen, wie toll es den Menschen in Litauen jetzt gehen würde und wie schön das Land sei. Ich tat unvorsichtig und ziemlich plump die Äußerung: „ach, Vilnius ist ja eine wunderschöne polnische Stadt“. Daraufhin sprang er fast in die Luft: Vilnius wäre seit Jahrtausenden eine litauische Stadt. Es prasselte die ganze Geschichte von Litauen und Polen auf mich nieder. Wahrscheinlich war es ein Hobby von ihm, die Geschichte seines Landes auf den Internetseiten zu präsentieren; auf jeden Fall bekam ich dann, beginnend mit dem Jahr 1008, in zum Glück verkürzter Version die Geschichte des kleinen Landes zu hören. Man muss sich das vorstellen, eine kleine pescheria, hier die toten Fische und da der Computer mit einem großen Bildschirm, auf dem die ganze Geschichte Litauens ablief: da ein Radziwiłł und dort ein Jagiełło und irgendwelche Schlachten und Unionen. Er kommentierte alles noch eingehend folgendermaßen: damals war Litauen viel größer als Polen etc… Natürlich kam dann auch irgendwann die Ermahnung, Vilnius wäre die Hauptstadt von Litauen und nicht eine polnische Stadt. Polen lebten dort und haben die Stadt verschönert, das gab er zu, aber sie war immer litauisch. Ich wand mich in Entschuldigungen und meinte, es wären da so viele für Literatur und Geschichte bedeutende Polen geboren, nur deswegen hätte ich das erwähnt. Er ließ mir mein Fauxpas nicht so einfach durchgehen. Ich musste beteuern, dass ich jetzt verstanden habe; es wäre die litauische Hauptstadt. Der größte Vorwurf kam dann auch gleich: wieso wären wir da noch nicht gewesen? Als Patriot und Pole müsste man Litauen gesehen haben. Wir beteuerten, dass es unser nächstes Ziel sein würde und versuchten zu verschwinden, was auch nicht so leicht war, denn er redete nun mal gerne Polnisch.

Auf jeden Fall empfahl er uns das Fischrestaurant in der Genossenschaft, an der Lagune, das offensichtlich sehr angesehen und gefragt war, denn als wir am Abend vorbeischauten und dort essen wollten, standen schon Schlangen vor der Anmeldung. Wir wurden in eine Ecke gezwängt und haben unsere Fische, ohne Beilage bekommen. Nicht, dass es irgendwie besonders geschmeckt hätte.

Die nächste Begegnung ereignete sich auf einer Fähre zu einer kleinen Insel nahe Monte Argentario. Wir fuhren mit einer Gruppe von Italienern; manche griffen sofort nach ihren Essenspaketen. Wir setzten uns auf dem Deck hin und eigentlich gleich danach, sprach mich ein junger Mann in bemüht korrekten Deutsch an. Er wäre ein Student aus Triest und würde Spanisch und Englisch studieren, aber eigentlich würde er lieber arbeiten, doch eine Arbeit bekommt ein junger Mensch in Italien sehr selten, so muss er eben studieren… und Sprachen wären doch nicht schlecht, nicht wahr? Seine Mutter würde ihm immer sagen, studieren wäre was Gutes und er hätte eben auch etwas Deutsch gelernt, damit er über Anorexie lesen könnte. Seine Schwester würde immer weniger essen und hätte große psychischen Probleme, und er würde sich Sorgen machen. Das alles prasselte auf mich in einem Gemisch aus Italienisch und Deutsch ein und er war nicht aufzuhalten. Und was würden wir auf so einem Schiff machen, mit dem eigentlich nur Italiener fahren, und ob ich denn alle toskanischen Inseln kennen würde und warum gerade die Insel Giannutri, und ohne meine Antwort abzuwarten, legte er gleich wieder los. Er würde an der Grenze zu Latio wohnen, am Lago di Bolsena, und es sei eine wunderschöne Gegend, doch so im Sommer langweilig, also macht er so einen Ausflug, außerdem hätte er beschlossen alle Inseln im Sommer zu besichtigen und das macht er also jetzt.

Bald haben wir dann auch die Insel erreicht und waren erstaunt als wir feststellen mussten, dass es kein Café und kein Restaurant auf der Insel gab. Wie das so auf einer kleinen Insel ist, bald darauf trafen wir den jungen Mann wieder, an einem Strand mit den Ruinen einer römischen Villa. Natürlich setzte er sich zu uns und setzte seine Erzählung fort… Das Beste für uns waren seine panini, die ihm seine Mutter gemacht hat und die er mit uns teilte. Wir schwammen zusammen in einem antiken Becken, schnorchelten und er erzählte immer wieder, was er denn gerne machen würde und noch nicht getan hätte.

Beim Sonnenuntergang fuhr unser Schiff nach Porto S. Stefano zurück. Ich habe mich leider nur flüchtig von dem jungen Mann verabschiedet, hätte ihm meine Telefonnummer, E-Mail geben sollen, denn Geschichten erzählen konnte er schon.

Eine nette und überraschende Begegnung geschah in einer Pizzeria, in die wir seit Jahren gehen, auch mit unserem Sohn und seiner Freundin, auch mit anderen Gästen, weil sie die netteste, preiswerteste und schmackhafteste in Orbetello ist. Nie im Leben hätten wir gedacht, dass…

Also dieses Jahr kam auch meine Schwester mit ihrem Sohn uns in Italien zu besuchen. Natürlich gingen wir in unsere kleine Pizzeria; wir bestellten meistens unsere gewöhnlichen, sehr einfachen Sachen, trinken auch dazu den Hauswein (immer gut sortiert); sie probierte alles, alle Salate und Stücke von Pizza und Crostini auch Fische etc… natürlich sprachen wir dann alle Polnisch miteinander, denn sie wollte auch alles wissen. Was das sei? Und wie es auf Italienisch heißen würde. Daraufhin sprach uns eine Bedienung in der Pizzeria im reinsten und klarsten Polnisch an und sie meinte: „seit Jahren beobachte ich sie und weiß nicht, was sie sind, Deutsche oder doch Polen. Jetzt aber traue ich mich, sie anzusprechen. Wir machen hier schon Wetten, wer sie sind. Meine Kollegin hat richtig getippt und gewonnen…“ Daraufhin stürzten noch zwei Frauen aus der Küche in den Laden; wie sich herausstellte allesamt Polinnen. Wir haben alle vorzüglich gegessen, Polnisch gesprochen und gelacht. Die Frauen, muss ich zugeben, sprachen exzellent Italienisch, sie wohnten auch da, waren verheiratet, hatten Familien…

Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!

Wedding dress in a Country Club

After so many days ouf mourning, let us come back to the life…

Ewa Maria Slaska

Over the years I read many American books which mentioned privileged life in various country clubs. Club members enjoying playing golf, tennis, swimming pools, club house, social activities. Some of those country clubs charge initiation fee ranging from few thousand dollars to couple of hundred thousand. Monthly fees are usually high, plus members have to spend certain amount on dining at the club’s restaurants. But even having money doesn’t open you the door to the club if you are  not a proper person. And what it means: proper? In every book the answer was different.

So, as I said it already, I read a lot about country clubs, playing golf or tennis, dancing, dining and enjoying life. This expensive life style is often object of envy; public and affordable golf courses do not provide the same luxurious activities.

For three weeks I felt privileged to live in a Ramsey Golf and Country Club, observing and participating in daily activities, fascinated by golfer’s playing  next to our garden, amazing wild life like chipmunks, squirrels, deers, colorful birds.

One Sunday we were strolling through an empty club and all of sudden we saw the wedding gown photographed in different areas of the club.

It was Jewish wedding. We saw the basket full of snowy white yarmulka’s and a chuppah erected by one of the lakes. The grooms family name is Korczak; it is  embroidered into bride’s dress hanger: Mrs Korczak.

The color of the wedding is light and dark purple; very elegant.

The dress was modern, not at all traditional, as it should be. But also no modern fancies in a style of Meghan, what is now the number 1 of wedding trends:

Over-the-top embellishments appear to be a thing of the past, thanks to designers opting for a heightened sense of restraint and minimalism (read: thanks to Meghan Markle). Finally, clean styles the minimalist, uptown sophisticate, and even the effortless bohemian would gravitate towards can be found without an ounce of lace, beading, or appliqué. The simplest of designs can be the most challenging to create–there’s little place to hide when neither appliqué nor embroidery can conceal a design flaw–and your wedding is the time to invest in a design that’s all about the fine details.

Oh oh, as the Minions would say. Remember the elaborate wedding dress worn by so many generations from The Marrying of Chani Kaufman, a novel of Eve Harris? Dress covering not only arms but also the hands, with no cleavage, decorated all over with rich silver embroidery. The Marrying… is a book about a life of Hasidim in modern London. But it must be all over the world like that, everywhere where the traditional Jews are living. Also in New York. For example Menashe a movie of Joshua Weinsteins. Did you see it? 

Set within the New York Hasidic community in Borough Park, Brooklyn, Menashe follows a kind but hapless grocery store clerk trying to maintain custody of his son Rieven after his wife, Lea, passes away. Since they live in a tradition-bound culture that requires a mother present in every home, Rieven is supposed to be adopted by the boy’s strict, married uncle, but Menashe’s Rabbi decides to grant him one week to spend with Rieven prior to Lea’s memorial. Their time together creates an emotional moment of father/son bonding as well as offers Menashe a final chance to prove to his skeptical community that he can be a capable parent.

Shot in secret entirely within the Hasidic community depicted in the film, and one of the only movies to be performed in Yiddish in nearly 70 years, Menashe is a warm, life-affirming look at the universal bonds between father and son that also sheds unusual light on a notoriously private community. Based largely on the real life of its Hasidic star Menashe Lustig, the film is a strikingly authentic and deeply moving portrait of family, love, connection, and community.

Menashe should marry. He does not want. He is still bond to Lea. But he will. The marriage is inescapably waiting just behind the horizon of the movie’s end.

Also in Fading Gigolo of John Turturro (with Woody Allen!) a Hasidic wedding is inevitably. With a dress like that pictured below, like in Marrying…?

Compare it with the dress in “our” country club!

The couple who was getting married at the club was very modern…

The next married copule I meet in the… Grand Central Station in NY. They were Chinese.

They stood quite a long time not moving at all. And than they went out and on the other side of the street.

Good luck to all of you!

***

In Berlin we have an exposition

Hochzeitsträume (wedding dreams)

28.09.2018 – 28.07.2019
Museum Europäischer Kulturen

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

„Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

„Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

Frida i inne wiersze

Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu…

Teresa Rudolf

Frida

Patrzę na nią, podpatruję,
siedzę  na jej ramieniu
zamieniona w kotkę Lili,

chcę coś powiedzieć,
ale nie mogę już
zamieniona w kotkę Lili,

mizdrzę się do niej
robię małpie miny,
zamieniona w małpkę.

Robię wszystko,
by ją bawić
zamieniona w małpkę,

nie chcę jej wzroku
i zamieniać się w nią,
patrzącą w pustkę…

Ten wiersz Teresa przysłała specjalnie, gdy dowiedziała się, że jej wiersze zostaną opublikowane w dniu pogrzebu Ewy Bielskiej

W obliczu czyjejś śmierci

W aspekcie czyjejś śmierci,
każde wypowiedziane zdanie
czyn, ruch,
ma inny wymiar.

Nie ma tam banalności
gdzie był czlowiek
nam bliski,
pozostawiając  ślady,

które bledną z czasem,
a my uczymy się ciągle
z nich czytać,
by nie zapomnieć…

Motyl lat 17

Nieraz myślę,
że byłam kiedyś
motylem w Twym życiu
żyłam tak jak one żyją
intensywnie i barwnie.

Siadałam
raz na Twojej głowie,
raz na Twoim sercu,
w silnej wierze
w pozagrobowe życie motyli.

Nie zauważyłam kiedy,
po prostu zmarłam
i dalej siadałam
raz na Twojej glowie
raz na Twoim sercu.

Nie wiedziałam, że jestem
już dawno
niepostrzegalna
niewyczuwalna
po prostu duch motyla.

A Ty zrobiłeś z siebie
łąkę dla innych motyli
które przemijały,
pozostawiając Ci
uczucie Twej nieprzemijalności.

A jak wyglada zazdrość motyla?…

W mgnieniu oka

Mgnienie oka jest kadrem
na teraz i tutaj…
przedtem i gdzie indziej.
Słucham
kubańskiej piosenkarki,
która tańcząc i śpiewając
przebiera się za mnie
w moją twarz i duszę.

Przetańczę
przestrzenie
tęsknoty za sobą samą
za niespełnieniem,
za niedoścignieniem,
za niedotańczeniem,
szalonego tańca zmysłów,
tęsknoty za tęsknotą.

I nagle jest znów to
tu i teraz
przedtem i gdzie indziej,
we mnie i poza mną,
wszędzie i nigdzie,
w niebie i w piekle
Czy tylko we mnie?
czy tylko?

Labirynty

Labirynty pokrętne
we mnie,
ciemne korytarze,
potykam się
jak w tym
życiu rzeczywistym

one właśnie
bardziej bliskie,
niż to wszystko inne.
A przecież
A właśnie
A przecież…

wychodzę na słońce,
by sie pogrzać
na gorących
kamieniach
lub w zieleni,
by nie pamiętać

kiedy nagle potknę się
pod błękitnym niebem,
plecami do słońca…

Groby

Byłam dziś na mym wewnętrznym cmentarzu,
dużo grobów małych,
większych, bardziej i mniej zadbanych.

O, ten na przyklad, grobik mnie siedmioletniej,
świat usunął się spod nóg,
zabiłam się wtedy wpadając w czarną otchłań.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

Albo ten, umarłam wtedy majac lat czternaście,
ze wstydu, kiedy moją tajemnicę,
wydarto i wyśmiano.

Albo ten malutki o tu, dwudniowa nadzieja
umarła ze słabości cielesnej i umysłowej
niezdolna do przeżycia..

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

A ten mały, to śmierć przez wbicie
noża w plecy, a ten w serce,
a ten… a ten…

A wszystkie te…
zapaliłam swieczki, złożyłam chryzantemy,
postałam zamrożona, zdumiona.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano.

I boję się grobów tych nie moich,
w ludziach umarłych przeze mnie,
gdy ja żyję nie wiedząc nic o tym.

Więc zapalę świeczkę…
mówiąc, że gdybym tylko mogła,
jak nie mogłam,

choćbym chciała…

Nie zauważyłam, więc
nic nie wiedziałam.

Barataria 91 Essen wie Don Kichote

Ewa Maria Slaska

Leider ist das Essen bei Don Quijote sehr Tiereiweiß trächtig, was ich nicht beweisen kann, da es im Netz keine Speisekarte gibt. Klickt man die entsprechende Stelle auf der Seite, bekommt man lediglich (sehr leichtes) Bedauern: “Unsere Speisekarte ist momentan noch nicht online. Bitte besuchen Sie uns zu einem späteren Zeitpunkt wieder.”
Ich war aber persönlich da und habe die Speisekarte selber gesehen. Sie bat genau all das an, oder gar mehr, was man in Spanien überall zum Essen bekommt: Fisch, Fleisch, Käse, Eier, Fleisch, Fisch… Zugegeben – viele Tomaten, Paprika, Oliven. Und (fast) alles (fast) immer frisch zubereitet. Aber mir als Vegetarierin scheint diese berühmte mediterrane Küche, die den Zugang zur Welterbeliste von UNESCO fand, eigentlich unerwarteterweise, sehr unfreundlich zu sein. In Don Quijote kann man die Patas de conejo con salsa de ajillo al estilo Don Quijote con potatos panadera also Kaninchenschenkel à la Don Kichote in der Knoblauchsosse mit gebackenen Kartoffeln essen.

Oben ist das Kaninchen ein bisschen einfacher zubereitet – das Gericht heisst einfach Conejo asado, Bratkaninchen und man kann vermuten, dass der gute Don Qijote genau so etwas gegessen hat. Bevor aber die Kaninchenpfoten so ausgesehen haben wie auf dem Bild oben, müssten sie leider so aussehen, wie sie hier von Jean-Baptiste-Siméon Chardin gemalt wurden.

Conejo asado

Zutaten

1 ganzes Kaninchen
1/4 Tasse Olivenöl
1 Glas Weißwein
2 Knoblauchzehen
Salz und Pfeffer

Das Kaninchen in Stücke hacken. Die Fleischstücke mit Öl, gehacktem Knoblauch, Salz und Pfeffer bestreuen.
Ofen vorheizen und Kaninchen in eine Schüssel geben.
Nach den ersten 10 Minuten Wein zufügen.
Weitere 35 Minuten bei 170°C braten.

So ein gebratenes Kaninchen wurde sicher auch Sancho Pansa, dem gnädigen Statthalter der Insel Barataria, serviert und zugleich von seinem Leibarzt verboten.

»Auf die Art wird mir die Schüssel gebratener Rebhühner dort, die, wie es scheint, gut zubereitet sind, keinen Schaden tun.«
Worauf der Arzt antwortete: »Diese soll der Herr Statthalter nicht essen, solange ich das Leben behalte.«
»Aber warum nicht?« fragte Sancho.
Und der Arzt antwortete:
»Weil unser Meister Hippokrates, der Polarstern und das Licht der ganzen Arzneikunst, in einem von seinen Aphorismen sagt: ›Omnis saturatio mala, perdicis autem pessima‹, welches heißt: ›Alle Übersättigung ist schädlich, die aber von Rebhühnern die schädlichste.‹«
»Wenn dem so ist«, sagte Sancho, »so suche mir der Herr Doktor unter diesen Gerichten selber aus, was mir zuträglich und am wenigsten nachteilig ist, und lasse mich dies essen, ohne darauf zu klopfen: denn beim Leben des Statthalters, und so gewiß das Gott erhalten soll, ich sterbe vor Hunger, und mir das Essen verweigern, der Herr Doktor mag auch sagen und behaupten, was er will, hieße mir eher das Leben nehmen, als es mir erhalten.«
»Der gnädige Herr Statthalter hat recht«, antwortete der Arzt, »und daher bin ich auch der Meinung, daß Ihr nicht von den gebratenen Kaninchen essen dürft, die dort stehen, denn es ist Speise von einem langhaarigen Tier; von jenem Kalbfleische könntet Ihr wohl versuchen, wenn es nicht gebraten und gesäuert wäre, aber so auf keine Weise.«

Auf einem der vielen Blogs, die in Spanien dem melancholischen Rittern gewidmet sind, fand ich einen Aufsatz über Vorbereitungen von Hasen und Kaninchen im Werk von Miguel Cervantes. Man hatte die beiden Tiere gebraten, aus dem Fleisch die Empanadas vorbereitet – gefüllte Teigpasteten, oder in saurer Marinade eingelegt. Man machte auch Gigote (das Fleisch kleingehackt, gebraten und dann gekocht). Aber es gibt auch barocke Variationen, wie z.B. Fleisch in eigenem Blut des Tieres gekocht oder mit sog. “Gingebrada” verfeinert – mit Lebkuchen, Ingwer, Mandeln, Zitrone und Zucker.

Guten Appetit!

O świętym Marcinie (ale nie “tym”)

Ewa Maria Slaska

Dla Joanny Trümner

11 listopada

Jego święto było tydzień temu, 3 listopada, ale z przyczyn właściwie wiadomych, a jak komuś niewiadomych, to wszystko jeszcze wyjaśnię, piszę o nim dziś. Bo dziś też jest dzień św. Marcina, a myślę o świętym Marcinie Peruwiańskim.

W Peru żył i działał najsympatyczniejszy święty, z jakim się kiedykolwiek spotkałam. Myślę, że Franciszek z Asyżu też był taki miły, ale tak go wszyscy cytujemy i interpretujemy od kilkuset lat, że w tym całym zamieszaniu całkiem zniknął człowiek. A Martin de Porres to przede wszystkim i tylko człowiek. Skromny i miły. Pisałam o nim już dwukrotnie, raz, gdy odkryłam, że jest patronem Uniwersytetu w Limie, i drugi raz 27 kwietnia 2014 roku (przypomnę, że był to dzień kanonizacji “naszego” papieża) w cyklu Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach. Piszę o nim dziś, bo dziś święto świętego Marcina. Wprawdzie wcale nie Peruwiańczyka, Martina de Porres, tylko świętego Martina z Tours, Francuza, ale tego świętego wszyscy znają – dlatego postanowiłam dziś – w dniu świętego Marcina, gdy w Poznaniu obowiązkowo je się rogale, a w całej Polsce – szkoda gadać, wstyd i hańba, choć mogłoby być tak jak w Niemczech, gdzie dzieci chodzą w pochodach z lampionami – wspomnieć świętego Marcina z Peru. Kościół wspomina go wprawdzie 18 stycznia, ale kto z nas wtedy westchnie w intencji tego miłego i skromnego czarnoskórego braciszka z klasztoru św. Dominika w Limie? No kto?

Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został beatyfikowany w roku 1837 i kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962.
Z tej okazji Peru wydało specjalny znaczek pocztowy.

W czasach dzisiejszych uważany jest za świętego patrona tych, którzy walczą o sprawiedliwość społeczną, tolerancję i równe prawa dla wszystkich bez względu na okoliczności urodzenia.

Peru - św. Marcin de Porres
W Peru opowiada się o Marcinie wiele historii. Tak jak w każdym kraju ludzie opowiadają sobie historie o “swoich” świętych. Rozmawiał ze zwierzętami, a one z nim. Najbardziej lubił koty i psy.

Rzeźba w kościele parafialnym św. Józefa  w Limie (Miraflores). Foto: Josef Bordat

W dzisiejszych czasach otrzymał nowe zadanie: objawia się chirurgom, jeśli podczas operacji tracą pewność, co dalej można zrobić, żeby pomóc pacjentowi. W takich wypadkach Marcin pojawia się niekiedy i prowadzi rękę chirurga.

Marcin uratował życie pewnemu robotnikowi. Jako skromny braciszek nie miał prawa mieszać się w sprawy swojego zakonu, a już w żadnym wypadku nie wolno mu było czynić cudów. To był przywilej zastrzeżony dla ojców i to oczywiście  – białych (i nie chodzi mi tylko o kolor ich habitów). Marcin był posłuszny i zajmował się tym, czym miał się zajmować – czyli zamiataniem. Pewnego dnia był jednak świadkiem, że mężczyzna, który naprawiał coś w budynku klasztornym, zaczął spadać z drabiny. Zanim jednak roztrzaskał się na ziemi, Marcin zatrzymał go w powietrzu. Zostawił go tak w stanie hibernacji i pobiegł do przeora, żeby zapytać co ma zrobić – uratować mężczyznę, przekraczając przy tym reguły zakonu, czy pozwolić mu spaść na ziemię i zginąć. Przeor zezwolił na dokonanie cudu, Marcin biegiem wrócił na podwórze i uratował człowieka przed upadkiem.


Mam pomysł – zrobimy tak: zatrzymamy ten nieszczęsny pochód w Warszawie (św. Marcinie Peruwiański wspomagaj nas w tym dziele!), pójdziemy do domu na szarlotkę, a jak pozwolimy mu ruszyć, to będzie już 13 listopada (bo jutro też jeszcze jest święto) i wszyscy spokojnie wrócą do pracy, a tym jak Polska ma obchodzić święto odzyskania Niepodległości, będziemy się mogli zająć ponownie za rok.