Kobieta z sową

Maryna Szturo Over i Ewa Maria Slaska

Rzecz o Valu Prinsie (i Praprababci)

Jest rok 1863. W Polsce powstanie. Moja Praprababcia, Paulina Cohn, zajmuje się produkcją prochu, oficjalnie sprzedaje go myśliwym i firmom budowlanym, tajnie – dostarcza powstańcom. Pisałam już o tym, ale nie mogę się oprzeć, by tej anegdotki tu nie powtórzyć. Przyjeżdża powstaniec po kolejny transport prochu. Ma odebrać cztery paczki, wie w końcu, pacan, że w środku jest proch. Ale co tam, szlachecki honor każe na oczach darczyni opieczętować paczki, by było jasne, że nic nikt po drodze nie uszczknie. Cóż więc robi – wyciąga lak, zapala świecę, i trzymając to nad paczkami, kapie beztosko czerwonym lakiem na różne załamania papieru i węzły sznurka, i szybko, zanim lak nie zastygnie, przybija swą rodową pieczęć. Praprababcia Paulina stoi obok. Milczy, tylko w duchu modli się zapewne w duchu do wszelkich bogów i bogiń tego świata, żeby ten idiota jak najszybciej skończył swoje popisy szlacheckiego honoru.

Na pewno tak właśnie wygląda. Jakby nic się nie działo. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie tak mają. Nie mamy grottgerowskich twarzy, na których rozgrywa się cała rozpacz z powodu upadku ojczyzny, wściekłość wyzutych z praw czy strach przed wojną. Nie. My głaszczemy kota, psa, sowę. I milczymy. Praprababcia stoi i czeka. Jest może trochę bledsza, trochę starsza, trochę bardziej milcząca.


Atena wysłuchała modłów. Pan odjechał bryczuszką, nie wysadziwszy w powietrze ani paczek, ani całej prochowni.

Obraz namalował w roku 1863 Valentine Cameron Prinsep, zwany Val Prinsep, jak napisała Maryna, niezwykły artysta i postać cyganerii. Prerafaelita pełną gębą. Jedna z sióstr jego matki, Julia Margaret Cameron, była znaną fotografką, druga, Maria Jackson (née Pattle) – babcią Virginii Woolf i Vanessy Bell. W I połowie XIX wieku rodzice przebywali w Indiach, on sam urodził się w Kalkucie. Po powrocie z kolonii, od 1851 r.  Prinsepowie prowadzili w Londynie słynny salon literacko-artystyczny w posiadłości Little Holland House. Val był, jako się rzekło, Prerafaelitą, bliskim przyjacielem Johna Everetta Millaisa i Burne-Jonesa, z którym podróżowali po Włoszech. Wraz z Dantem Gabrielem Rossettim i innymi przyjaciółmi wykonał dekoracje Oxford Union.

 

Był  nie tylko znanym i uznanym malarzem (jego obraz Miriam na brzegu Nilu znajduje Mojżesza wisiał w Buckingham Palace), ale również autorem, napisał dwie sztuki teatralne Cousin Dick i Monsieur le Duc, wystawione w Royal Court Theatre i St James’s Theatre, kilka powieści oraz pamiętnik, dokumentujący pobyt artysty w Indiach, Imperial India: an Artist’s Journal (1879).

Lublinerzy i Lublinerowie

for English scroll down

czyli projekt Andrzeja Titkowa

Kiedyś wydałam książkę o rodzinie.

Kiedyś Andrzej Titkow zrealizował taki film, który po polsku nazywa się Lublinerzy.

Film Titkowa dotyczy mieszkańców Lublina. Moja książka to historia rodziny, która wzięła nazwisko od od tego miasta, ale to co ja jako kronikarka wiem, już się z tym miastem nie łączy. Dalekie ślady prowadzą do Galicji, do Krakowa, rodzina przeniosła się do Warszawy, a po wojnie rodzinne drogi rozeszły się po świecie, a my zawędrowaliśmy do Łodzi, Gdańska, Berlina, Ottawy i Florencji.


Teraz koleżanka tłumaczy książkę na niemiecki (pieniądze by się przydały, oczywiście, ale to nie o takie sumy tu teraz chodzi), a Andrzej Titkow chce zrobić film, a pieniędzy po prostu nie ma i prosi o nie w sieci. W apelu jest zdjęcie, jak Andrzej siedzi na schodach. Nie widać kapelusza, pewnie jest z drugiej strony. Postanowiłam, że usiądę sobie obok niego i też będę prosić na ten film. Dajcie, dobrzy ludzie, my naprawdę robimy te książki i filmy nie tylko dla siebie, ale dla Was, przede wszystkim dla Was!


Lublinerzy/ LUBLINERS
Jestem poetą, reżyserem, scenarzystą i producentem. W branży filmowej pracuję prawie pół wieku. Jestem autorem osiemdziesięciu filmów dokumentalnych, filmów fabularnych, spektakli teatralnych i telewizyjnych. Filmy o tematyce żydowskiej są obecne w mojej twórczości od wielu lat. Pełnometrażowy dokument „Lublinerzy” to jeden z nich. Pracuję nad nim od kilku lat. Pomysł filmu zrodził się podczas Lubliner Reunion, zorganizowanego przez Ośrodek “Brama Grodzka-Teatr NN, który odbył się w dniach 3-7 lipca 2017 roku. Uczestniczyłem w tym niezwykłym wydarzeniu i prowadziłem jego dokumentację.

W filmie „LUBLINERZY” chcę przedstawić historię kilku żydowskich rodzin na szerszym, społeczno-politycznym tle historii międzywojennej Polski. Chcę pokazać możliwie wszystkie aspekty tego życia, niczego nie pomijając, ani nie zatajając. Polska była przez wieki krajem wielokulturowym, a życie społeczności żydowskiej było nierozerwalnie związane z polską historią. Korzenie bohaterów tego filmu są ściśle związane z Lublinem i choć los rozrzucił ich po całym świecie, tysiące niewidzialnych nici wiążą ich wciąż z tym miastem. W tym filmie chcę pokazać problem Zagłady od strony psychologicznej i jednostkowej, poprzez bardzo osobiste, często intymne, opowieści filmowych protagonistów. Każda z tych historii jest inna, lecz wszystkie są jednakowo poruszające i niosą humanistyczne przesłanie. Chcę w tym filmie pokazać nie tylko niewyobrażalne cierpienie związane z żydowskim losem podczas Zagłady, ale także zaakcentować ludzką wolę przetrwania, która potrafi przezwyciężyć śmierć.

Ten dokument jest projektem bardzo wyjątkowym i trudnym ze względu na sam temat, jak również z powodu  ilości protagonistów i miejsc zdjęciowych oraz wielu innych elementów. Pewne środki finansowe zostały już pozyskane dzięki szczodrości Prezydenta Lublina, pan Krzysztofa Żuka, jednak jest to kwota niewystarczająca do rozpoczęcia produkcji. W tej sytuacji zmuszony jestem do poszukiwania jeszcze innych zródeł finansowania i, z tego powodu, zwracam się również do Państwa. Ten niezwykle ważny i potrzebny film ma szansę powstać jedynie dzięki Waszej wspaniałomyślnej pomocy. Wszyscy darczyńcy zostaną wymienieni w napisach końcowych filmu, dostaną płytę dvd z filmem oraz zostaną zaproszeni na uroczystą premierę, która zaplanowana jest na grudzień 2020 roku.

My name is Andrzej Titkow. I am a poet, film director, a producer and a scriptwriter with a long experience. I am the author of 80 documentaries and several TV feature films including a drama serial, a cinema feature, a few stage drama performances and TV spectacles. I am also an author of three Volumes of Verse. Throughout my career, the Jewish themes were constantly present in my artistic activity.

My latest project, a full-length documentary entitled “Lubliners” focuses on the history of several Jewish families in Diaspora. For centuries, Poland was a multicultural country, and the life of the Jewish community is inextricably linked to Polish history. The roots of my protagonists are closely related to Lublin. Although, their fate has spread them all over the world, thousands of invisible threads still tie them with this city. The idea to make such a documentary came up in my mind during Lubliner Reunion, which took place from 3 to 7 July 2017.

This documentary may provide an opportunity to unveil the truth hidden in the deepest part of the history. The testimony of protagonists bring valid and yet universal message. I am deeply convinced that this testimony will be able to preserve, reaching the subsequent generations. In my documentary, I would like to present Shoah through the stories of my protagonists. Each of them is different, yet they are all equally complex and moving. My goal is to present not only the enormity of the suffering bounded to the Jewish fate, but also to emphasize the great will to survive, which transcends death.

“LUBLINERS”  is very demanding project, which requires  a full commitment due to a number of protagonists, locations and other elements. I would like to mention that the some financial means were already provided by the President of Lublin. This amount of money was a great support, thanks to which I was able to finish the development stage. Nevertheless, this sum is not sufficient to start production and therefore I am asking for help. The amount acquired through this fundraising will allow me to start shooting in various places around the world. Your generous help is the only way to obtain the goal of creating valid and worthwhile film. I would like to assure that all the donators are going to be mentioned in the film credits. I also provide them a DVD copy of the documentary. Finally, all the benefactors are going to be invited for the official film premiere in Lublin in December 2020.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 10

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jako się ostatnio rzekło (czy raczej „pisło”), dni są coraz krótsze. To rodzi pewne komplikacje, bo emigracja wewnętrzna wewnętrzną emigracją, ale w pocie oblicza mego muszę pożywać chleb, aż wrócę do ziemi, z której jestem wzięty, a ona, jak wiadomo, ciernie i osty rodzi mi jeno. Coś wspominałem ostatnio o konieczności powściągnięcia gadulstwa? To prościej: muszę chodzić do pracy. I spędzam tam sporą część dnia. Coraz, przypominam, krótszego. Żeby przeto wygospodarować czas na jazdę rowerem, wykorzystuję poranki. Ciemność jeszcze wokół panuje, a ja już zakładam kamizelkę odblaskową, włączam lampki rowerowe i… nie ma problemu.

Taki wyjazd wymaga jednak pewnego wysiłku i samozaparcia, a nawet – nie bójmy się tego słowa – bohaterstwa. Zdarzają się wszak ranki, gdy moje poświęcenie wynagrodzone bywa stokrotnie. Jak dziś: widowiskiem zatytułowanym Ta chwila mistyczna przed wschodem słońca.

Rewia kolorów dech w piersi zapierająca. Taka, że nawet najpotężniejsi czarnoksiężnicy wyczarowujący na swych obrazach barwy nieba – nawet Ajwazowski, Monet czy Van Gogh – tutaj wymiękają. Sorry Wienntou, ale trzeba to lojalnie przyznać: wymiękają.

A cały spektakl tylko dla mnie! Bo nikogo innego wśród porannych pól zamglonych nie widać.

I żeby człowiek mógł się chociaż zanurzyć niepodzielnie w kontemplacji! Gdzie tam, jedną z dolegliwości nadchodzącej starości jest to, że natychmiast coś się przypomina, coś kojarzy. Na przykład piosenka, którą oto zaczynam nucić zmarzniętymi wargami. Z tą właśnie melodią (bo są też inne). Z tym konkretnym wykonaniem tłukącym się w głowie. Stachura był świetnym poetą, ale gitarzystą słabym, zaś wokalistą… cóż, użyjmy litościwego eufemizmu: nieszczególnym. Kiedyś mnie to nie raziło, dziś oczywiście przeszkadza. Jeżeli więc mimo wszystko jego wykonanie, nie żadne inne, brzmi w zakamarkach mózgu, to dlatego, iż melodia powoduje dreszczyk metafizyczny. Ze względu na sentyment dla odległych czasów. Niezwykłych czasów.

Budził się człowiek nad ranem gdzieś w pociągu mknącym przez ciemność. Wyłaził ze śpiwora rozłożonego na korytarzu kolejowego wagonu. Obok wstawali przyjaciele. Patrzyliśmy wspólnie w świt rozlewający się za oknami, bez słowa chwytaliśmy gitary i śpiewaliśmy. Wolność, przyjaźń, podniecone czekanie na nowy dzień niosący nadzieję. Na przyszłość kryjącą tyle obietnic. Na rozpoczynającą się dorosłość. Sny podlotków pełne marzeń…

Teraz łatwo szydzić. Ale wtedy tak to wyglądało.

Wolność? Żarty!

Przyjaźń? He he…

Świetlana przyszłość? Nie mogę się powstrzymać, muszę przytoczyć ten żarcik. Z długą brodą (czyli mnie, jako młodemu staruszkowi, pasujący jak ulał), lecz nieodmiennie bawi: Czym różni się optymista od pesymisty? Optymista uważa, iż świat stoi przed nim otworem. Pesymista zasadniczo zgadza się z tym stwierdzeniem. Tyle tylko, że wie dokładnie, o jaki otwór chodzi.

Pesymista? Czemu zaraz pesymista! Realista. Zamiast ulewać goryczy i żółci, po prostu cieszy się z porannej zorzy, nie oczekując niczego ponadto.

I mknę dalej polem-lasem, po raz kolejny niezwyczajnie, jak na malkontenta, spokojny i odprężony. Czy to już powód do obaw? Coś chyba nie gra.

O Murze inaczej

Lech Milewski

Pociągiem przez mur

W lutym 1969 roku jechałem pociągiem z Warszawy do Londynu przez Berlin, Frankfurt i Hoek van Holland.

Przekroczenie granicy między bratnimi krajami (Polska, NRD) przerabiałem już kilka lat wcześniej. Jednak przeżyłem pewne zaskoczenie. Straż graniczna bardzo powierzchownie sprawdziła mój bagaż, jedyna rzecz, która ich zainteresowała to mój kalendarzyk, a raczej umieszczona w nim lista adresów.
Po raz pierwszy w życiu poczułem, że ktoś narusza moją prywatność, ale wiedziałem, że wszelkie protesty jedynie pogorszą sytuację

Do Berlina Wschodniego pociąg dojechał około 9 rano. Konduktor powiadomił mnie, że teraz mój wagon musi poczekać trzy godziny na pociąg do Frankfurtu.
Byłem na to przygotowany. W tym czasie w PRL można było wymienić 300 złotych na waluty bratnich krajów – niestety nie pamiętam, ile za to dostałem marek. Czekałem więc, aż mój wagon ustabilizuje swoją pozycję i wtedy zamierzałem zaszaleć w dworcowej restauracji.
Póki co zajrzałem do innych przedziałów w wagonie. Okazało się, że razem ze mną pozostała w nim tylko jedna pasażerka. Starsza pani z ogromną ilością bagaży, które wypełniały cały przedział. Szczególne wrażenie robiły puchate pierzyny i poduchy.
Wyjaśniła, że jedzie do Marsylii, a stamtąd na stałe do Brazylii, do brata.
Przeniosłem swoją walizkę do jej przedziału i zapowiedziałem, że kupię dla niej coś gorącego do zjedzenia, niech tylko nasz wagon stanie na dobre.
W tym momencie do wagonu wsiadł  żołnierz, pan w starszym wieku, z karabinem. Wyglądał, prywatnie, na dobrego wojaka Szwejka, a oficjalnie na jakąś obronę terytorialną czy inny Landszturm.
– Świetnie, że pan tu wsiadł. To ja teraz pójdę na dworzec kupić coś do zjedzenia dla siebie i tej pani.
– Nigdzie pan nie pójdzie. Wagon zostanie odholowany na bocznicę, a ja tu jestem żeby pilnować żebyście z niego nie wysiedli.
– Ale…
Nie było żadnego ale. Wagon odholowano kilkadziesiąt metrów od peronu. Wyłączono ogrzewanie. Żołnierz weteran usiadł na ławce w naszym przedziale, bo w kupie cieplej. I zapalił strasznie cuchnącego papierosa.
Tak minęły trzy godziny.

Wreszcie szczęk, wstrząs, para buch. Nasz wagon potoczył się w stronę peronu, gdzie czekał już na nas pociąg do Frankfurtu.
Żołnierz weteran wysiadł, a jego miejsce zajął konduktor.
Sprawdził nasze bilety i zaczął krzyczeć na moją współpasażerkę.
– O co chodzi – wtrąciłem się.
– Wasz polski porządek. Ona w ogóle nie powinna jechać przez Berlin tylko przez Lipsk i Mainz. Powiedz jej , że ona musi wysiąść w Berlinie Zachodnim i tam poczekać na inny pociąg.
– A nie może poczekać w Berlinie Wschodnim? Ja mam ileś tam marek, to jej dam. Kupi sobie coś do jedzenia. Chyba lepiej tutaj, wśród swoich, niż w kapitalistycznym kraju, do tego bez walut.
– Nie ma mowy! Uważaj. Ty musisz jej pomóc. W Berlinie Zachodnim pociąg staje tylko na dwie minuty. W tym czasie musicie wynieść te wszystkie jej klamoty.
Nie pozostało mi nic innego, tylko przetłumaczyć tę instrukcję i zabrać się do przenoszenia bagażu do drzwi wagonu.
Na szczęście miałem sporo czasu, gdyż właśnie dojechaliśmy do granic Berlina Zachodniego.  Tym razem kontrola ograniczyła się tylko do gruntownego sprawdzenia czy coś/ktoś nie ukrywa się pod wagonami.
– Popatrz, jakie doskonałe połączenie rosyjskiej podejrzliwości z pruską dokładnością – to mówił stojący obok pasażer. Przedstawił się jako Amerykanin. Nie wiem, skąd się wziął w Berlinie Wschodnim.
Pociąg ruszył i pewnie właśnie wtedy przekroczyliśmy “mur”.
Moja podopieczna siedziała bezradna i rozglądała się ze strachem w oczach.
– Niech pani uważa, ja wyniosę bagaże na peron, ale nie będę miał czasu ich przenieść do poczekalni. Postaram się poprosić kogoś o pomoc, ale będę musiał zostawić panią samą.
Kobieta zaczęła znowu płakać. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Ani się spostrzegliśmy a pociąg zaczął zwalniać, za oknem przesuwały się dworcowe budynki. Wychyliłem się przez okno wypatrując jakiejś pomocy. Zobaczyłem wózek bagażowy z kierowcą i obok jakichś mężczyzn w mundurach. Zacząłem machać w ich stronę. Zauważyli mnie.
Pociąg się zatrzymał, a wózek bagażowy stał już przy samych drzwiach wagonu.
– Czy możecie nam pomóc? Ta pani…
– Wiemy. Jest w niewłaściwym pociągu i musi poczekać na właściwe połączenie. Nie martw się. Powiedz jej, że zabierzemy ją do poczekalni, damy posiłek, będzie mogła skorzystać z łazienki, może nawet się przespać. Wsadzimy ją do właściwego pociągu.
– Skąd wiedzieliście?  Konduktor was powiadomił?
– Konduktor? Nie. My jesteśmy przygotowani. Codziennie przyjeżdża tu z Polski ktoś z takim problemem.
Mężczyźni w mundurach byli członkami jakiejś ewangelickiej społeczności.

W tym momencie moje doświadczenie przebycia muru się kończy, skorzystam jednak z faktu, że jeszcze jestem na terenie podzielonych Niemiec i zrelacjonuję jeszcze jedno wydarzenie o polskim kolorycie.

Dalsza jazda do Frankfurtu minęła bez niespodzianek. We Frankfurcie zatrzymałem się tylko na jeden dzień, to były odwiedziny u korespondencyjnej znajomej.
Kolejnego dnia, wieczorem, wsiadłem do pociągu do docelowej stacji – Hoek van Holland.
W moim przedziale siedziało kilku Hiszpanów. Dowiedziałem się, że po urlopie wracają do pracy w Holandii. Nie mówili po angielsku, ale mimo to nawiązaliśmy miły kontakt, poczęstowali mnie winem.
Zapadała noc. Zgasiliśmy światło i w tym momencie pociąg zaczął gwałtownie hamować.
– O mój Boże, Zosiu, ca ja narobiłam! – usłyszałem kobiecy głos w sąsiednim przedziale.
Hiszpanie wyskoczyli sprawdzić co się stało.
– Jakaś głupia kobieta chciała wyłączyć światło a nacisnęła włącznik hamulca.
Rzeczywiście. W tym pociągu nie było tak jak w Polsce – pudełko z rączką i plombą na drucie, tylko niepozorna dźwignia.
– W jakim języku mówiła ta kobieta? – Hiszpanie patrzyli  na mnie badawczo – rozpoznałeś ten język?
– Nnnnie, no nie jestem pewien, chyba po rosyjsku – duma narodowa przeważyła nad ludzką solidarnością.
Mijaliśmy granicę holenderską, straż graniczna sprawdziła nasze paszporty, zgasiliśmy światło w przedziale.
Nie minęły dwie minuty a straż graniczna ponownie do nas zapukała.
– Czy może pan nam pomóc? W sąsiednim przedziale jedzie pana rodaczka, ale ona wsiadła do niewłaściwego pociągu i musi wysiąść na najbliższej stacji. Mamy prośbę żeby pan wytłumaczył jej całą sytuację.
– Co??? – Hiszpanie patrzyli na mnie z wielkim gniewem.

Okazało się, że moja rodaczka, tak jak ta poprzednia, jechała do Brazylii, przez Marsylię. Już trzeci dzień błąkała się pociągami  po wszystkich zakątkach Niemieckiej Republiki Federalnej i za żadne skarby nie chciała opuścić kolejnego pociągu.

Sporo czasu zajęło mi przekonanie jej, że jednak musi wysiąść, że zostanie otoczona wszechstronną opieką, że tym razem dostanie pisemną instrukcję dokąd i którym pociągiem ma pojechać.
Słuchając tego, co mówiłem, chciałem poprosić strażników żeby pozwolili mi z nią zostać, żebym nie musiał wracać do przedziału pełnego gniewnych Hiszpanów.

Takiej Baratarii jeszcze nie było!

11.11.
Niemcy świętują początek karnawału, Polacy swą pseudopatriotyczno-wstrętnie nacjonalistyczną rocznicę odzyskania niepodległości (choć na obrzeżach pochodu ma tańczyć kolorowy tłum, oby był więc jak najliczniejszy), reszta świata – w każdym razie ci, których to dotyczy – koniec pierwszej wojny w dziejach świata, którą nazwano światową, Niemcy i okolice aż po Poznańskie świętują dzień świętego Marcina z Tours, a w Berlinie byliśmy się spotkać z Salmanem Rushdiem.

Ewa Maria Slaska

Kilka dni temu ze Zjednoczonego Królestwa przyszła powieść Salmana Rushdiego, Quichotte.

Powieść, głosi tekściarz wydawnictwa (wszystkie tłumaczenia moje – EMS), jest hołdem dla wielkiego poprzednika, a jednocześnie nowoczesnym majstersztykiem o miłości i rodzinie.

Sam DuChamp, zainteresowany wielkim dziełem Cervantesa, średniej klasy autor thrillerów szpiegowskich, tworzy postać Kichota, uprzejmego i szlachetnego komiwojażera. Kichote kocha telewizję i zakochuje się w gwiazdce telewizyjnej. Wyobraża sobie, że ma  syna Sancho i w jego towarzystwie wyrusza w malowniczą i pełną przygód podróż przez Amerykę, po to by udowodnić wybrance, że jest godny jej uczucia. Sam DuChamp, autor tej historii, przeżywa kryzys wieku średniego.
I tak jak Cervantes, który napisał swe dzieło jako krytykę swoich czasów, tak i Rushdie, zabierając czytelnika w szaleńczą podróż, cały czas balansuje na krawędzi pomiędzy moralnością a załamaniem duchowym. I, jak zawsze u Rushdiego, jest to historia pełna magii, opowieść, w której autor i jego bohater zlewają się w jedno – postać człowieka, który uparcie poszukuje miłości.

No cóż, sam Rushdie też jest częścią tego warkocza uczuć i tęsknot. Ismael Ismael, w zamerykanizowanej swej wersji Mr. I. Smile, główny bohater powieści Sama DuChampa w powieści Salmana Rushdiego, jest potomkiem hinduskich imigrantów w Ameryce, a gwiazdka, w której się zakochuje, nazywa się Miss Salma R. i też ma ciemną skórę i przy była do Ameryki prosto jak strzelił z Bolly do Holly. Są  to oczywiście wcale nie takie znów cienkie aluzje do autora, i świadczą niewątpliwie o tym, że obaj bohaterowie powieściowi są też alter ego Rushdiego. Quichotte czyli nasz swojski Kichot jest tu pseudonimem Ismaela i patronem Sama i Salmana. Wszyscy trzej są brązowoskórymi mężczyznami, którzy się urodzili i wychowali w Bombaju, mieszkali w Iranie i zawędrowali do krajów anglojęzycznych. Wszyscy, dwaj w powieści, jeden w życiu, rozprawiają się z ogłupiającym mitem Ameryki. Dwaj z nich, ten powieściowy, i powieściowo-powieściowy, są samotni i nie mają dzieci, ich jedynym dzieckiem jest ich wyimaginowane własne młode ja.

To młode ja I. Smaila, który ozwał się Oquichotte (jednakże bez szlacheckiego tytułu “Don”, uważając, że “się nie godzi”), pojawiło się jako wymaginowany i wyblakły młodzieniec, widmo jeszcze nie narodzonego syna. W ogromnym wysiłku woli widmo pewnej nocy stało się pełnoprawnym człowiekiem. Ojciec i niewidzialny dla świata syn spędzali noc w namiocie nad jeziorem Capote. Ojciec spał i chrapał, młody… leżał na dachu chevroleta, słuchając świerszczy i patrząc w pomrukujące z cicha koła galaktyk. To znak, na jaki czekałeś, Tato, pomyślał chłopak, gigantyczny gwiezdny paluch wskazujący Ziemię, dowodzący, że wszystkie ludzkie dążenia są bez sensu, a wszystkie ludzkie osiągnięcia absurdalne, jeśli porównać je ze wszystkim wszystkiego. Tam na górze były przeogromne ogromy, nieskończony dystans dystansów, niemożliwe skale, cisze głośne jak grzmot wszystkich tych świateł, miliony milionów milionów płonących słońc, wszystko tak daleko, że nikt nie usłyszy twojego krzyku. A tu na dole rasa ludzka, brudne mrówki pełzające po niedużej skale, krążącej wokół gwiazdki bez znaczenia na dalekich obrzeżach nieistotnej galaktyki leżącej na odludziu Wszechświata, narcystyczne mrówki oszalałe z egotyzmu, domagające się w obliczu płomiennego nocnego nieba potwierdzenia, że ich małoważne mrowiska są centrum wszystkiego. Patrząc na obracające się koła Wszechświata, Sancho pomyślał, że choć wciąż jeszcze jest na poły duchem, dobrze i bez złudzeń rozumie prawidłowości rządzące światem.

Ale mimo to, paradoksalnie, chciał stać się jedną z mrówek. Chciał mięsa, krwi i kości, chciał móc zjeść hamburgera i poczuć jego smak. Chciał życia.
– On też tego chce dla ciebie, powiedział cichy głos.
Sancho rozejrzał się, ale koło niego nie było nikogo.
– Na dole, powiedział głos.
Sancho spojrzał w dół. Koło niego na dachu samochodu siedział świerszcz, spokojny, swobodny, który nie cykał tylko mówił po angielsku z włoskim akcentem (…).
– Jestem projekcją twojego umysłu, powiedział świerszcz, tak jak ty jesteś projekcją jego umysłu. Wydaje się, że dostaniesz insulę.
– Co dostanę?
– Mówiłem już, odparł świerszcz. Tak jak i ty, on też by chciał, żebyś był w pełni człowiekiem. Cały czas to sobie wyobraża. Ale by mógł cię tam przepchnąć, będzie ci musiał dać insulę.
– Mówię do świerszcza, powiedział na głos Sancho, kierując wzrok ku gwiazdom, który ma słownictwo o wiele pokaźniejsze od mojego, i który zdecydowanie ma ochotę na dyskusję o insulinie.
– Nie o insulinie tylko insuli czyli wyspie.
– Da mi wyspę?
– To część mózgu, zwana w podręcznikach Wyspą Reila, od nazwiska niemieckiego naukowca, który pierwszy ją wyodrębnił. Ale możesz ją równie dobrze nazwać Wyspą Realu. To część corteccia cerebrale wpływająca na wiele cech, które charakteryzują człowieka. Essere umano, si. Jest zawinięta w solco laterale. To rysa, oddzielająca w mózgu lobo temporale i lobo frontale. Insula produkuje świadomość, uczucia, postrzeganie, samoświadomość i zdolność komunikacji z innymi ludźmi.

E molto multi-funzionale, ta insula, o tak. Stąd bierze się empatia, ale też system kontrolujący ciśnienie krwi, a jeśli coś cię uderzy, to insula powie ci, jak bardzo cię to zabolało. Chcesz być głodny? Chcesz poznać smak haburgera? Insula zapewni ci czucie i dotyk. Interesuje cię seks?  Insula produkuje nam orgazmy. Wspomaga koncentrację. Ma do czynienia z ekstazą. Tak tak, rzeczywiście ciężko pracuje. Zapewni ci szczęście, smutek, gniew, strach, niesmak, niewiarę, zaufanie, wiarę, piękno i miłość. Także halucynacje, i to stamtąd się wziąłem. Eccomi qua.

 

I jeszcze raz o Murze

Krystyna Koziewicz

Mur Berliński i Wielka Dziura

9 listopada 2019 roku minęła 30 rocznica pokojowej rewolucji w Niemczech i upadku Muru berlińskiego. Tak się złożyło, że akurat w tym przełomowym okresie, czyli w latach 1988-89, dość często w weekendy jeździłam do Berlina Zachodniego na spotkanie z mom ówczesnym narzeczonym. Zazwyczaj podróżowałam pociągiem, nie lubiłam jednak tej jazdy, bo miałam powody, żeby panicznie się bać kontroli przy wjeździe do Berlina Zachodniego. Granicznicy z DDRu groźnym wzrokiem łypali podejrzliwie na pasażerów, jakby w oczach mieli lufy karabinów gotowych do strzelania. Bezlitośnie trzepali zawartość bagaży, demonstrując swoją wyższość, czepiając się towarów pochodzenia zagranicznego, jak perfumy czy kosmetyki, które natychmiast wędrowały do depozytu. Chyba ze dwa, a może trzy razy wezwana zostałam do osobistej kontroli, a któregoś razu kazano mi nawet wysiąść z pociągu  we Frankfurcie nad Odrą, bo kontrolerzy znaleźli zdjęcia z pobytu na wyspie Sylt. Nie znałam niemieckiego na tyle, żeby dowiedzieć się, o co im naprawdę chodziło, gdy pozostawili mnie na zimnym dworcu na całą dobę. Chciałam skontaktować się z konsulatem i z narzeczonym, lecz straż kategorycznie odmawiała. Widocznie bawiło ich moje cierpienie, bezradność, niezasłużona szykana, jaka mnie spotkała. Od tamtej pory z ogromnym napięciem przekraczałam granicę, ale na szczęście okres ten nie trwał zbyt długo, wkrótce osiedliłam się na stałe po zachodniej stronie Berlina. A było to  dokładnie 30 lat temu.

Przyznaję, że niezbyt zauważyłam tę, jakże ważną dla Niemców po obu stronach muru, „pokojową rewolucję” roku 1989, ponieważ wszystkie weekendy mój osobisty narzeczony i ja spędzaliśmy na „weście”, jak to się potocznie mówiło. Byłam do tego stopnia oczarowana bezstresowym życiem w wielokulturowej społeczności, że zdecydowałam się ostatecznie opuścić Polskę. Postawiłam na miłość, otworzyłam nowy rozdział życia, życia w obcym kraju, kulturze, bez znajomości języka i szans na pracę w wyuczonym zawodzie, jako nauczycielka. A przecież nigdy nie pożałowałam tej decyzji, od 30 lat jestem obywatelką Polski żyjącą w Niemczech.

W czasie, kiedy padł mur, mój (wówczas już) małżonek często zabierał mnie na zwiedzanie miasta wzdłuż muru. Przyznaję, że wcale za tym nie przepadałam. Niezbyt cieszyło mnie oglądanie widoków podobnych do tego, jak wyglądały polskie miasta. Dzisiaj jestem mu wdzięczna za to, że posiadam z tego okresu sporo dokumentalnych zdjęć, które mają wartość historyczną. Jedno, co zapamiętałam, to fakt, że jeśli chodzi o poziom życia Niemcy ze wschodniej części mieli dużo gorzej od Polaków, dotyczyło to też możliwości samorozwoju, wolności słowa i praw obywatelskich. Ludzie mieszkali w strasznych warunkach, bez łazienek, wind i wszelkich wygód. Jedynie budynki stojące blisko muru, czy Alexanderplatz, miały względnie nowoczesny wygląd, większość znajdowała się w katastrofalnym stanie.

Mieszkaliśmy blisko muru, na Köthenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się się widok na Potsdamer Platz: kolejkę magnetyczną, której już nie ma, akademiki, które zostały zlikwidowane, podobnie jak słynny polski flohmarkt w pobliżu metra Gleisdreieck. W dość krótkim czasie wszystkie obiekty znajdujące się na Potsdamer Plac zostały wyburzone i rozpoczęła się największa w Europie  rozbudowa nowoczesnego centrum miasta. Ciekawe, że zaczęła się od wykopania wielkiej dziury, która natychmiast wypełniła się wodą gruntową. Dziura była tak wielka, że trzeba ją koniecznie pisać z dużej litery: Wielka Dziura. Obserwatorzy komentowali, iż budowa jedności i zjednoczenia zaczyna się od … głębokiego rowu dzielącego obie strony.

Widziałam przeogromne kolejki tych, którzy pobierali powitalne sto marek lub wymieniali markę wschodnią na  zachodnią. W sklepach panowały totalne pustki, na ulicach Berlina zachodniego pojawiały się terkoczące Trabiki. Przechodnie ostentacyjnie zatykali nosy, faktycznie strasznie smrodziły. Co niektórzy berlińczycy z Ostu, nie chcąc, by ich na pierwszy rzut oka rozpoznawano, czym prędzej kupowali auta produkcji zachodniej.

Ale i tak wkrótce okazało się, że Ossi, bo tak nazywano ludzi ze wschodniego Berlina, rozpoznawalni byli nie tylko po ubiorze i marce auta, ale rejestracje samochodowe też były odmienne i zaczynały się od liter KPNH.

Wiem, jak bardzo bolała ich urzędowa dyskryminacja, dawni obywatele DDR  długo nie mogli pogodzić się z epitetem Ossi.  W rzeczywistości muru  nie było, pozostał jednak podział społecznyna Wessi – Ossi. Musiało sporo upłynąć lat zanim zaprzestano używać pogardliwych określeń.

A jak jest dzisiaj? O dziwo, co niektórzy, w 30 lat od upadku Muru,  sami siebie określają się, jako Ostler.

Czy jednak na pewno nie ma muru dzielącego społeczeństwo niemieckie? Tego nie wiem?

30 lat temu upadł Mur Berliński (11)

Ela Kargol

O Murze

Od kilku miesięcy publikujemy z Asią (Joanna Trümner) na blogu u Ewy (Ewa Maria Slaska) teksty o murze. Zamiarem naszym było obejście lub objechanie rowerem całego berlińskiego muru i przedstawienie jego historii, odcinek po odcinku. Już na początku naszego przedsięwzięcia objawiły się trudności. Mimo map i aplikacji borykałyśmy się często ze znalezieniem drogi wzdłuż muru. Mur bardzo szybko znikał z powierzchni miasta, połączono ulice i dzielnice, a na terenie pasu granicznego zaczęły powstawać nowe budynki. Miasto scalało się na nowo i nie chciało już pamiętać muru hańby. Zaczęłyśmy pisać inaczej, bardziej osobiście przypominać sobie mur i jego poszczególne części. Mnie samej wydawało się, że nie mam prawie żadnych związanych z Murem wspomnień, a okazało się, że jest inaczej.

Z albumu Beci

Teraz po 30 latach od upadku muru jest mi on bliższy, bo przecież wtedy, gdy jeszcze stał, nie dość, że dzielił miasto, to jeszcze je otaczał, czyniąc z niego wyspę wolności, ale również twardych praw kapitalizmu.
Gdy przyjechaliśmy z rodziną do Berlina w 1984 roku, mur stał już 23 lata, a dopiero 5 lat później miał runąć.
Z perspektywy czasu i historii 28 lat, to niewiele, a jednak dużo. To jedna generacja, która wyrosła i wychowała się w tym samym mieście, ale w dwóch różnych systemach politycznych, społecznych, kulturowych. Tęsknota za czymś lepszym funkcjonowała, poza małymi wyjątkami, w jedną stronę, czyli na Zachód. Oprócz marzeń o wolności i demokracji były to zwykłe paczki z lepszą kawą i czekoladą dla rodziny w tzw. zonie albo filmy aqua, które dostarczaliśmy naszemu przyjacielowi i artyście po wschodniej stronie. A on u siebie w mieszkaniu organizował nielegalne wystawy, koncerty i marzył o otwarciu granic. Gdy mur upadł, przyjaźń się skończyła, a Arno był jednym z wielu, któremu  upadek Muru wcale nie wyszedł na dobre i który po dzień dzisiejszy wychwala tamte czasy.

Na cmentarzu francuskim przy Liesenstrasse, cmentarzu w tamtych czasach podzielonym murem, niedaleko grobu Theodora Fontane jest grób Petera Hacksa, znanego niemieckiego dramatopisarza z czasów byłej NRD, który dość przewrotnie wychwalał Mur Berliński:

Wer kann die Pyramiden überstrahlen?
Den Kreml, Sanssouci, Versailles, den Tower?
Von allen Schlössern, Burgen, Kathedralen
Der Erdenwunder schönstes war die Mauer.

Mit ihren schmucken Türmen, festen Toren.
Ich glaub, ich hab mein Herz an sie verloren.

Kto przyćmi piękno piramid?
Kremla, Sanssouci, Versailles, Tower?
Ze wszystkich zamków, pałaców i katedr
najpiękniejszym cudem świata był mur.

Ze smukłymi wieżami, mocnymi bramami,
myślę, że moje serce dla niego straciłem.

Dla mnie mur był zawsze częścią miasta, które wybrałam. Miasta na tyle dużego, że mur go nie ograniczał. Nie należę do osób podróżujących dużo po świecie. Interesuje mnie bardziej ten świat, który jest na wyciągnięcie ręki i Berlin zawsze zaspokajał moje potrzeby, bo były tu przecież góry, lasy, rzeki, jeziora, była historia, była plaża nad Wannsee, był Kudamm i dzielnice willowe, były fragmenty spokojne i te inne, kolorowe, gdzie zawsze coś się działo. Nasze pierwsze mieszkanie było na Winterfeldplatz w jednym z zajętych domów, teraz o nich się mówi squaty, później na Thomasstraße, z toaletą na półpiętrze, z piecem kaflowym bez ciągu, a potem na Neuköllnie blisko muru.

 Z albumu Maryli

Gdy przyjechałam z Polski było już po sierpniu 1980 roku, o czym przypomniała mi ostatnio Ewa (Ewa Maria Slaska) na spotkaniu zokazji 30 rocznicy upadku muru, a György Dalos, węgierski pisarz i opozycjonista opowiadając o punktach ksero, do których w odróżnieniu od praktyk w demoludach, tu na zachodzie był wolny dostęp. Tą opowieścią Dalos przypomniał mi naszą własną historię, gdy skorzystalismy z takiego punktu w Berlinie Zachodnim, fabrykując tzw. zaproszenie, bez którego na początku lat 80 nie można było wyjechać z Polski na Zachód.

Po przyjeździe do Berlina nie opuściłam tego miasta przeszło dwa lata. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechałam do Polski. Wiem, że krótko przed upadkiem muru pojechałam do Poznania na pierwsze częściowo wolne wybory.

Tamtej nocy nie udałam się jak prawie wszyscy pod Bramę Brandenburską, zostałam w domu śledząc wypadki ważnej dla miasta i całej Europy historii w TV. Dopiero w niedzielę po otwarciu Muru znalazłam się pod słynną berlińską bramą. I to są chyba jedyne zdjęcia, które zrobiłam murowi, choć okazji przez 5 lat życia za murem, przed murem i z murem miałam wiele.

Z Albumu Eli

ReReblog: Tokarczuk. Grzyby.

Wstęp Ewy Marii Slaskiej: Ten tekst był powodem, dla którego przestałam współpracować z blogiem QRA czyli kuchnia i kultura, co z kolei doprowadziło do zlikwidowania tamtego bloga i powstania dwóch nowych. Tak powstały Altana i Salon Ewy Marii czyli ten blog, na którym teraz gościcie. Oczywiście to, co osiem lat temu wywołało masę emocji, dawno przestało być emocjonujące. Salon i Altana współpracują ze sobą, reblogują się nawzajem, a autorzy z jednego bloga swobodnie mogą publikować i publikują na blogu u przyjaciół. Kilka dni temu spotkaliśmy się tak ponownie z okazji urodzin Seniorki Rodu i Bloga.

We wpisie, który doprowadził do secesji, a generalnie dotyczył grzybów, “poszło” o Tokarczuk. Wiele się teraz pisze o Oldze Tokarczuk. Każdy, jeśli tylko ma zdjęcie z Olgą (traktuje ją wtedy familiarnie), natychmiast je publikuje, a jeśli przypadkiem ma coś jeszcze więcej do pokazania lub opowiedzenia, to też to robi. Pomyślałam, że w pewnym szerokim sensie, Tokarczuk stała się “matką założycielką” tego bloga. A ponieważ w inkryminowanym poście pisałyśmy o grzybach, to, dedykując ten wpis grzybiarzom, przypominam go, póki jeszcze lasy i łąki pełne są grzybów.

trzyksiezniczkiTekst był wspólnym dziełem Ewy Marii, Panny Dorotek czyli Doroty Cygan oraz Panny L czyli Lidii Głuchowskiej. Został opublikowany na blogu QRA 10 listopada 2012 roku. Na zdjęciu u góry – figurki trzech baktryjskich księżniczek z 2 lub może 3 tysiąclecia przed naszą erą, które sfotografowałyśmy wspólnie na dOCUMENTA w Kassel.

Część Ewy Marii Slaskiej

Nieznany (bo nie podany) autor zachomikowanego na chomiku opracowania tak pisze o grzybach w Domu dziennym, dom nocnym Olgi Tokarczuk:

Często pojawiają się grzyby. Opisy różnych gatunków, przepisy na potrawy z grzybów, a po opisie śmierci dziecka, które zatruło się grzybami – przepis na muchomory w śmietanie. Autorka mówi, że gdyby nie była człowiekiem, byłaby grzybem. Rosłaby na tym co umarło. Byłaby nietrwała, ale ludzie też są nietrwali. Broniłaby się przez grzybiarzami, hipnotyzując ich, ukrywając się wśród liści. Oddawałaby swoje ciało ślimakom i robactwu. Nie bałaby się niczego. Nie groziłaby jej śmierć – jedyne co grozi grzybowi, to, że go zerwą i zjedzą. Grzyby: flammulina  – grzyb zimowy, jest jak człowiek nie pasujący do swoich czasów. Olszówka – grzyb, którego toksyny odkładają się w organizmie. Jedząc go człowiek nie ginie od razu, staje się w jakiejś części żywy, a w jakiejś martwy. Autorka nie rozumie dlaczego ludzie boją się momentu, kiedy stają się bardziej martwi. Ludzie boją się jedzenia grzybów, ona się nie boi. Ludzie dzielą grzyby na jadalne i trujące, a nie np. ładne i brzydkie. Autorka je wszystkie grzyby i nigdy nie umarła, zdarzało jej się umierać z powodu innych rzeczy. Nie wierzy, że grzyby mogłyby chcieć ją zabić.

Część Doroty Cygan – cytat z Olgi Tokarczuk. Dom dzienny, dom nocny:

Tort z muchomora

3 duże świeże kapelusze muchomora
5 dkg suszonego muchomora
2 bułki
szklanka mleka
garść rodzynek
1 cebula
nać pietruszki
całe jajko
żółtko jajka
bułka tarta
sól, pieprz do smaku

Namoczyć bułki w mleku. Cebulę podmażyć na tłuszczu, dodać namoczone i drobno pokrojone suszone grzyby, wbić żółtko, dodać posiekaną natkę, przyprawić nadzienie do smaku. Panierowane w jajku i bułce tartej kapelusze usmażyć na złoty kolor. Przekładać nadzieniem i zapiec w piekarniku.

Część Ewy Marii Slaskiej

Panna Dorotek poszukiwała jeszcze dwóch zdań kończących ten cytat, które ona tak dobrze zapamiętała, że teraz nie może się nadziwić, że ich  nie ma: „Dokładnie przeżuwać. Czekać”. Niestety bezlitosne metody poszukiwawcze komputera pozwalają stwierdzić, że słowa „czekać” w bezokoliczniku nie ma w tekście ani razu! Nawet znacznie mniej dramatyczne „poczekać” czy „odczekać” też się nie pojawiają.

Przypomniały mi się wizyty na Mazurach u szalonego wujka pisarza. Prawdopodobnie każdy z nas ma jakiegoś szalonego wujka. Nasz mieszkał na wsi pod Olsztynem, dużo pił i często wieczorem jechali z sąsiadem traktorem po wódkę do jakiejś dość odległej wioski, bo tam GS był dłużej czynny. Miał w Olsztynie żonę i córkę, a na wsi przyjaciółkę, też zresztą z Olsztyna, która mieszkała u niego z mężem i dwoma synami. Kiedyś, gdy się kochali, byli tacy głośni, że obudzili psa na podwórku. Przestraszony zwierzak zaczął szczekać, budząc sąsiednie psy, które też zaczynały szczekać, budząc następne psy…  Wuj i jego kobieta kochali się pod akompaniament szczekania wszystkich psów w całej wsi. Wydaje mi się, że księżyc powinien był być w pełni. Niestety, gdy mi to oboje opowiadali, nie zapytałam, a teraz już nie mam kogo zapytać. Dlatego zawsze powtarzam, jak chcecie o coś zapytać, pytajcie, pytajcie, pytajcie, bo kiedyś będzie za późno.

W każdym razie wujek świetnie i oryginalnie gotował, często korzystając z zebranych lub zabranych bez pytania dobrodziejstw pól, lasów i łąk. Jadaliśmy kukurydzę, masy grzybów, ciasto z rumiankiem i pestkami sosen, zupę z młodych pokrzyw, pieczoną pietruszkę pastewną… Pewnego dnia wujaszek pokazał przyniesione właśnie z lasu muchomory. Nie było wątpliwości, to ewidentnie były muchomory, miały odpowiedni pokrój i kropki, tyle że kapelusze nie były intensywnie czerwone, lecz raczej rudoceglaste. To muchomory jadalne, oznajmił wujaszek i podsmażył je na maśle. Popatrzyliśmy z mężem na siebie, niepewni, ale i zainteresowani. Obudź dziecko powiedziałam, niech też zje kawałek, bo jeśli mamy umrzeć, to umierajmy wszyscy razem…

Nie martwcie się, muchomory były jadalne.

Część Lidii Głuchowskiej

Skoro wpis jest o jedzeniu grzybów powszechnie uznanych za niejadalne, ja też dodam coś do tej opowieści. Znam osoby, które uważają, że opieńki są niejadalne.

Zupa z opieniek  i pierwszy śnieg

Jakieś trzy lata temu Rodzice po raz pierwszy ugotowali zupę z opieniek, którą zapamiętali ze swych pierwszych wspólnych wczasów. Jest znakomita i prosta w wykonaniu. Jest taka pyszna, że nie mogłam pojąć dlaczego tyle lat trzymali ją w tajemnicy. Dziś wreszcie poprosiłam ich o przepis.

Potrzebne są następujące składniki:

Spora kobiałka opieniek (lub dwie, gdy więcej gości)
W obróbce dużo tracą na objętości, więc lepiej trochę więcej
a ja od razu kupiłam 3 za całe 10 zł
włoszczyzna na wywar
2 –3 kostki rosołowe
1 lub 2 pory (zależnie od ilości grzybów)
3-4 łyżki masła (najlepiej klarowanego – nie przypala się i jest wydajniejsze)
śmietana
ew. trochę maki do zagęszczenia
pieprz i sól do smaku
oraz
duży garnek, patelnia, cedzak i durszlak

A przygotowuje się ją tak:
Z włoszczyzny i kostek rosołowych ugotować wywar.
Grzyby  bardzo dokładnie umyć i odsączyć. Kapelusze grzybów pokruszyć na ćwiartki (nóżki są twarde, więc jeśli mimo wszystko chcemy je wykorzystać, należy pokroić je w bardzo cienkie paseczki, o grubości 2 mm), a następnie podgrzać w wodzie i odszumować (tzn. zebrać pianę), jednak nie gotować. Dokładnie odcedzić.
Pora umyć i jego białą część pokroić w bardzo cienkie półtalarki, zeszklić na maśle. Nie dopuszczać do zbrązowienia.
Dorzucić odcedzone grzyby i smażyć, a potem dusić ok. pół godziny, co jakiś czas mieszając.
Po zdjęciu z ognia połączyć z wywarem warzywnym, doprawić solą i pieprzem.
Gdy przestygnie, do kubeczka wlać śmietanę i rozprowadzić ją z kilkoma łyżkami zupy, a potem powoli połączyć z jej pozostałą częścią, tak by się nie zwarzyła.
Ewentualnie można zagęścić zasmażką z mąki, którą ostrożnie  jeszcze na patelni miesza się z częścią zupy, a następnie przelewa do garnka, ciągle mieszając, tak, by nie powstały grudki.

UWAGA – zupa ma bardzo silny faktor uzależniający. Ja serwować ją będę w kuchni, z której okien widać pierwszy śnieg. W Jeleniej Górze spadł tej nocy.

PS. Ewy Marii Slaskiej z 13 listopada 2012 roku skierowany do jednej z komentatorek blogu QRA

Konsti! Zdarzył się dziś przedziwny przypadek – wróciła z wojaży Panna Dorotek, z którą wspólnie przygotowałyśmy wpis o jedzeniu muchomorów i innych jadalnych grzybów niejadalnych. Być może akurat tego nie zauważyłaś, ale wpis spotkał się z krytyką współautorek i współredaktorek, wyrażoną publicznie i prywatnie, i w końcu – z przykrością – go usunęłam.
Główną osią tego wpisu był wybrany przez Pannę Dorotek cytat z Domu dziennego, domu nocnego Olgi Tokarczuk – przepis na przygotowanie tortu z muchomorów. Cytat wzięłam z portalu Chomik i nie było tam dwóch zdań, które zdaniem Panny Dorotek musiały tam być, ale ich nie znalazłyśmy: “Jeść powoli. Czekać.”
Panna Dorotek twierdziła, że jest w internecie jeszcze inny blog, w którym też jest ten cytat-przepis i kończy się on tak właśnie, jak jej zdaniem powinien się kończyć.
I jest to twój blog i twój wpis, a ty jesteś naszą autorką!
apparecchiamo.blogspot.de/2012/02/tort-z-muchomora-czerwonego.html
Dziękuję!

(Reblog+) Sen zimowy

Kattinka

Wikipedia: „Sen zimowy to fizjologiczny stan odrętwienia organizmu, który objawia się okresowym spowolnieniem procesów życiowych u ssaków stałocieplnych, co pozwala im przetrwać trudne warunki zimowe. Taki sen może trwać od kilku tygodni do siedmiu miesięcy. Poprzedzony jest okresem gromadzenia tkanki tłuszczowej w organizmie lub zapasów pokarmu w gnieździe. W powszechnym języku termin ten stosowany jest wymiennie z pojęciem hibernacji naturalnej.”

Sen zimowy niedźwiedzia brunatnego, borsuka i jenota od właściwej hibernacji różni się fizjologicznie brakiem głębokiej hipotermii i mniejszym stopniem spowolnienia procesów metabolicznych. To raczej letarg, a nie pełna hibernacja. Ale już sen zimowy jeża jest tak głęboki, że jego serce, zamiast 181 uderzeń na minutę, bije tylko 20 razy, a zamiast wdychać powietrze 50 razy, jeż czyni to tylko raz. Śpią też popielice, świstaki, koszatki i nietoperze, a poza tym wszystkie płazy i gady.

Ustalmy fakty: mamy te same geny co misie i wiewiórki. Wprawdzie u nas owe geny odpowiedzialne za zimowe zwolnienie obrotów są nieco mniej aktywne, ale jednak są. Dlatego wraz z nastaniem mrocznych dni i długich nocy, podobnie jak u zwierząt przed zapadnięciem w sen zimowy, aktywna staje się przywspółczulna część autonomicznego systemu nerwowego, dzięki czemu nasz organizm zwalnia tempo, serce zaczyna bić wolniej, spowolnieniu ulega również nasz metabolizm. Przedłużająca się ciemność powoduje, że mózg produkuje zbyt mało serotoniny, hormonu odpowiedzialnego za nasz dobry nastrój. Ale zarazem ten sam mrok sprawia, że produkujemy więcej melatoniny (o melatoninie Ewa Maria opowie Wam więcej), która jest hormonem wydłużającym nasz sen. Skutek? Nasze nadnercza zaczynają produkować więcej kortyzolu, przez co podnosi się poziom naszej irytacji, gdyż stajemy się bardziej ospali. A jeszcze ten spowolniony metabolizm i nasza (nieodparta) chęć doładowania akumulatorów czekoladką, i już – tyjemy. Tak oto, chcąc nie chcąc, zapadamy w stan (przynajmniej częściowej) hibernacji.

I nawet jeśli nam się tak wcale nie wydaje, wstawanie po ciemku i bieg do pracy przez ponure miasto, które jest równie mroczne i nieprzyjazne, gdy z pracy wracamy, jest… dobre i ze wszech miar pożądane, ponieważ pomaga nam utrzymać się w nastroju snu zimowego. Bo czyż nie tego właśnie potrzebuje nasz organizm – przezimowania, przetrwalnikowej hibernacji? Tak, byle do wiosny. Dlatego mimo wychowania w protestanckim kulcie pracy, mimo rygorystycznego traktowania obowiązków i poczucia, że powinniśmy natychmiast wstać, pójść i zrobić coś bardzo pożytecznego, na czas zimy wyzbądźmy się wyrzutów sumienia, gdyż są całkowicie nieuzasadnione. Niech niebo chmurzy się i wylewa listopadowe deszcze, a grudzień posypuje śniegiem, niech mózg nasz domaga się więcej światła, a szef i zleceniodawca pogania z robotą, jakby to była wiosna (albo nawet lato) – nie zwracajmy na to wszystko uwagi, nie złośćmy się. Zamiast tego, połóżmy się z książka pod ciepłym kocem, utnijmy sobie drzemkę. To wcale nie jest głupie ani niepotrzebne, po prostu Natura pomaga nam przystosować się do niskich temperatur. Organizm przestraja się na najniższe zużycie energii, ogranicza zbędną aktywność, by skupić się na najważniejszym: na zachowaniu ciepła. Odpuśćmy sobie i otoczeniu, zwolnijmy tempo, śpijmy więcej i jedzmy, jedzmy do woli! Byle było nam miło i ciepło, i żadnego stresu, i… jak najmniej pracy. A jeśli poczujemy się nieszczęśliwi – pod ręką mamy zapas czekolady, która jest naszym zastępczym producentem serotoniny. Oto plan doskonały na listopad i grudzień, a potem styczeń, luty…

A więc nie smućmy się, że idzie zima, nie traćmy czasu na depresje małe i duże, nie narzekajmy na przygnębienie. Zamiast tego – przygotujmy się! Nazbierajmy orzechów, nasuszmy grzybów i jabłek, napieczmy pierników, nasmażmy konfitury „szwajcarskiej” z ostatnich jesiennych gruszek, jabłek i śliwek, z dodatkiem cukru (proporcja wszystkich składników 1:1) albo i z suszonych (namoczonych w esencji herbacianej) śliwek z migdałami i cynamonem. Nastawmy nalewkę pomarańczową z goździkami. Zgromadźmy spory zapas kawy i herbaty i jeszcze większy – gorzkiej czekolady. I stos książek do czytania. Karty do pasjansa i koszyk z owczą wełną i wzorem na gruby, wiatro- i wilgocio-odporny sweter. Lampa powinna świecić dobrym, ciepłym, dość mocnym światłem. Teraz już tylko pozostaje nam wybrać najlepsze miejsce na dziuplę, gawrę, norkę. Miękki fotel? Kanapa? Pled, koniecznie duży, gruby, wełniany. Ma nam być ciepło, wygodnie i przytulnie. Jasno. Smacznie i rozgrzewająco. A jeśli po tym wszystkim zechcemy (co takiego? znów?) zdrzemnąć się, przespać, poddać, odpłynąć – tym lepiej dla nas, tym zdrowiej.

Z kuchni dochodzi zapach pieczonych kasztanów. Będziemy obierać skorupki, parząc sobie palce, a potem zjemy słodki rozsypujący się żółty miąższ, parząc się w języki. Dla równowagi termicznej popijmy więc kieliszkiem porto.

Muszę kończyć, pa!

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 9

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Nieuchronnie nadchodzi zima. Jeszcze nie dziś się zacznie, ani nie jutro. Ale pojutrze… Pogoda coraz gorsza, dni krótsze. Podjęcie decyzji o wybraniu się na przejażdżkę wymaga co dzień większej dawki samozaparcia. Ale będę jeździł, póki się da! Aż się zakopię w błocie albo zatańczę ryzykownie na oblodzonym asfalcie. Będę jeździł, gdyż stawka jest wysoka. Nie chodzi już nawet o cel doraźny, czyli pozbycie się utrapionego balastu nadwagi. Rzecz jest poważniejsza. Wsiadając wiosną na rower wspominałem, iż jestem w wieku, zwanym „młodością starości”. To nie kokieteria. Starość nadchodzi nieuchronnie. Jeszcze nie dziś się zacznie, ani nie jutro. Ale pojutrze… Warto, o ile możliwe, zapracować na to, by nie była zbyt dotkliwa swą niedołężnością. Przeto jeżdżę, póki się da.

Ale po co z równym uporem piszę te swoje małostki? Właściwie w tym samym celu. Mówią (a ja im wierzę), iż ćwiczony umysł dłużej trzyma formę. Zaś stworzenie małostki wymaga drobnej gimnastyki cerebralnej. Trzeba się zdyscyplinować, rozlazłe impresje ująć w karby formy i, ponad wszystko, powściągnąć gadulstwo. Mógłbym oczywiście chlusnąć w twarz Czytelnikowi nieskrępowanym strumieniem świadomości – jako Ulisses sui generis miałbym ku temu przesłanki – ale jednak nie. Wolę lakonicznie.

Na przykład tak. Pogoda co prawda się psuje, lecz ciągle jeszcze zdarzają się piękne dni.
Z niebiańskimi spektaklami światło-ruch.

Kiedyś, jako uczeń liceum, w wypracowaniu dotyczącym sztuki baroku zamieściłem refleksję, iż twórcy tamtego czasu musieli się chyba zapatrzyć na promienie słońca przenikające przez obłoki, bo „skąd inąd” wzięli by inspirację? Nauczyciel skomentował to kwaśną notką, iż refleksja jest niesamodzielna, że niby ponad możliwości licealisty. Znaczy – dobrze się zapowiadałem.

A dziś?

Dziś już jestem pewien, że przynajmniej Bernini, tworząc Tron Piotrowy w bazylice watykańskiej, tak się właśnie zapatrzył.

Dziś już się dobrze nie zapowiadam. W ogóle się nie zapowiadam!

Dziś już wiem, że te spektakle nie są niebiańskie. Nic, ani nikt, się za nimi nie kryje. Nie szkodzi: i tak zachwycają.

I mknę dalej przez las, osobliwie, jak na malkontenta, zadowolony. Przestałem karmić się złudzeniami.