30 lat temu upadł Mur Berliński (10)

Ela Kargol

Mur, Gartenstraße

Mało kto wie, że najdłuższym fragmentem muru, dzielącym Berlin Zachodni od Berlina Wschodniego, zachowanym w całości po dzień dzisiejszy, jest ponad stuletni mur z żółtej cegły klinkierowej przy ulicy Gartenstraße, wzmacniający groblę kolejową dawnej Kolei Szczecińskiej, a teraz Parku na Dworcu Północnym. Wysoki na trzy metry nasyp kolejowy, z całą jego infrastrukturą powstał w 1876 roku w wyniku rozwoju i rozbudowy Kolei Szczecińskiej.

Park otwarto 10 lat temu i na każdym kroku napotykamy jego historię, ślady Kolei Szczecińskiej, Muru Berlińskiego i lat po upadku muru, kiedy roślinność miała czas i wolny wybór, żeby zawładnąć tą wtedy jeszcze ziemią niczyją.

Po II Wojnie Światowej Berlin stracił swoje znaczenie dużej metropolii kolejowej. Budynki dworcowe zostały zniszczone, a połączenia kolejowe po nowym wyznaczeniu granic stały się nieużyteczne.

Stettiner Bahnhof (Dworzec Szczeciński) przestał być Szczecińskim, nie było już Stettina, Szczecin znalazł się w granicach Polski i przestał być portem Berlina.

1 grudnia 1950 roku dworzec otrzymał nową nazwę, Dworzec Północny. Z powodu wojennych zniszczeń, ale też i swego położenia w Berlinie Wschodnim i przede wszystkim dlatego że jedyne połączenie stacji z resztą sieci kolejowej prowadziło na krótkim odcinku przez Berlin Zachodni, dworzec zamknięto, a trzy lata później postanowiono go zburzyć. Prace rozbiórkowe trwały do roku 1962. Wtedy stał już Mur Berliński i cały teren dworca znalazł się w pasie granicznym.

Centrum Informacyjne Miejsca Pamięci Muru Berlińskiego mieści się na rogu ulicy Gartenstraße i Bernauerstraße, a więc w miejscu, gdzie Mur Berliński pod kątem 90 stopni skręcał na północny zachód i rysując prawie kwadrat przebiegał wzdłuż Liesenstraße, przecinał Chausseestraße i Szprewę, po czym wracał do Invalidenstraße.

Oferta centrum informacyjnego jest bardzo bogata. Proponowane jest przede wszystkim oprowadzanie po Bernauerstraße, wystawy, wykłady, szczególnie teraz w 30 rocznicę upadku muru wydarzeń jest bardzo dużo. Widokówek z Dworcem Szczecińskim lub murem przy Gartenstraße jednak nie ma. Trochę rozczarowana wychodzę z budynku.

Stoję zwrócona do muru z żółtej cegły, który „dzięcioły” zostawiły w spokoju, graficiarze nie do końca i pstrykam fotki. Na przystanku autobusowym stoi starsza pani. Myślę, że jest trochę starsza ode mnie, okazuje się starsza więcej niż trochę. Pytam, czy pamięta jeszcze ten dworzec. Mówi, że doskonale pamięta. To tu żegnała swojego ojca, który odjeżdżał na front wschodni do Königsbergu. Mieszka niedaleko, na Osiedlu Ernsta Reutera, które powinnam znać, ale nie znam, doczytuję później w internecie. Osiedle zostało uroczyście otwarte w 1954 roku przez Theodora Heussa, który na tym osiedlu też ma swoją ulicę. Osiedle było przewodnim projektem Berlina Zachodniego, położone blisko granicy z sektorem radzieckim i oferowało mieszkania socjalne robotnikom zachodnim i uciekinierom z sektoru wschodniego. Miało być odpowiedzią na socrealistyczną zabudowę powojenną Alei Stalina (dzisiejszej Alei Karola Marksa). Pani z przystanku opowiada dalej o bliskości muru, o nie dających spać, szczekających psach na granicy, o strzałach, które słyszała.

Przyjechał autobus. Pani wsiadła, ja nie zdążyłam zapytać ją o numer telefonu, ani dać swojego. Nie wiem, czy jej ojciec wrócił z frontu wschodniego, a jeżeli, czy też na Dworzec Szczeciński?

Już nie jestem rozczarowana brakiem kartki z dworcem.

Przypomniała mi się też inna historia związana z tym miejscem. Ostatnio podczas spaceru z przewodnikiem po terenie byłego Dworca Szczecińskiego podeszła do mnie kobieta, której, matka uciekając po II Wojnie Światowej z okolic Szczecina, wysiadła po kilkudniowej podróży właśnie na Dworcu Szczecińskim.

Nie zawsze wycieczka z przewodnikiem, nawet jeśli ciekawa, musi być ciekawsza od rozmowy z przypadkowym przechodniem, który może okazać się prawdziwą kopalnią wiedzy, tej osobistej. Pani z przystanku pamiętała też tzw. Tunel Szczeciński, który łączył po wybudowaniu nasypu Kolei Szczecińskiej Gartenstraße z Schwartzkopffstraße. Już w roku 1952 władze NRD nakazały zamurowanie tunelu, następne ściany i przegrody powstały w roku 1961. Nad tunelem znajdował się pas śmierci i stąd rozchodziło się po osiedlu po zachodniej stronie ujadanie psów.

Zamurowne i to kilka razy zostało też wejście do S-Bahnu od strony Gartenstraße, a podziemny Dworzec, już wtedy, Północny stał się tzw. „dworcem widmo”. Pociągi przestały zatrzymywać się na stacji, przejeżdżały wolno, uzbrojeni enerdowscy wartownicy stali na straży opuszczonych i zamurowanych przystanków.

Po upadku muru, stację otwarto 1 września 1990, niedługo później została znowu zamknięta, tym razem nie z powodów politycznych, lecz technicznych – konieczny był remont, który przeprowadzono pod nadzorem konserwatora zabytków i 1 marca 1992 stację ponownie otwarto.

Na półpiętrze budynku znajduje się warta zobaczenia wystawa o dworcach granicznych i „dworcach widmo” w podzielonym Berlinie i próbach ucieczek przy wykorzystaniu tuneli kolei podmiejskiej i metra.

Po wyjściu z dworca kolejki miejskiej na Elisabeth-Schwarzhaupt-Platz zwraca się natychmiast uwagę na wysokie budynki, należące do Kolei Niemieckiej, a dopiero po chwili dają się zauważyć wpuszczone między płyty chodnikowe szyny kolejowe, mnóstwo szyn, a na poprzecznych belkach nazwy miast, do których odjeżdżały pociągi z Dworca Szczecińskiego.

Idąc dalej Gartenstraße w kierunku Invalidenstraße mijam kilka śladów pamięci, przypominających próby ucieczek na drugą stronę. Miejsca oznaczone numerami, datą, często niepełnym nazwiskiem (czasem go w ogóle brak) przypominają o absurdalnym podziale miasta.

Gartenstraße, czyli ulica Ogrodowa, zawdzięcza swą nazwę rodzinom ogrodników, sprowadzonych w XVIII wieku z Saksonii, których zadaniem było zamienić tę piaszczystą nieurodzajną ziemię w sady i ogrody. Do dziś do ulicy przylega dużo terenów zielonych.

Gartenstraße to nie tylko mur i kolej Szczecińska, to przekrój historyczny miasta od XVIII wieku po czasy dzisiejsze.

Urodziny Ciotuchny

Wpis zbiorczy, przygotowany przez Lecha Milewskiego czyli Pharlapa. Dziękujemy! (jeszcze chcemy 🙂 )

Ewa Maria

Gdy przeczytałam wezwanie Pharlapa, by napisać coś o Ciotuchnie, w moich myślach całkowicie znikąd pojawiło się słowo Wieliczka.
Wieliczka. Ale dlaczego? Oczywiście byłam w Wieliczce, nawet dwa razy – jako młoda panna z Karusią czyli cioteczną babcią, a potem – jako młoda mężatka – z mężem i synem. Syn był bardzo mały, nie chodził jeszcze do szkoły, ale umiał już napisać MAMA i TATA. Szliśmy na Wawel, a Jacek kawałkiem cegły (cegłówka? Tak to się chyba nazywa) opisał całą drogę wielkimi drukowanymi literami: TATA TATA TATA…
No ba. Tata to Tata. Pojechaliśmy do Wieliczki, której wtedy jeszcze nikt nie oferował w “dwupaku” z Auschwitz. Pojechaliśmy zatem i chłopakom się podobało, a ja marudziłam, że eee to wszystko nie tak i jak byłam mała, to dopiero była Wieliczka! Bo rzeczywiście – nie można było obejrzeć wielkiego kryształowego kościoła.
Minęło kilka lat. Jacek był już we wczesnym wieku szkolnym, gdy w ramach zajęć pożytecznych i pouczających zaproponowałam, żebyśmy “zrobili Wieliczkę”. Wszyscy wiemy, jak się “robi Wieliczkę” – bierze się słoik, wkłada się kilka gałązek i zalewa wodą z dużą ilością soli, potem czeka, aż woda wyparuje, a sól się skoncentruje.
Jacek z zainteresowaniem przyjął fakt, że “zrobimy Wieliczkę”. Wybraliśmy duży słoik (błąd), zalaliśmy gęstym roztworem soli (błąd) i zaczęliśmy czekać.
Codziennie  rano i wieczorem sprawdzaliśmy z dzieckiem postępy powstawania Wieliczki. Był to proces powolny, bo wzięliśmy wszak za duży słoik i za gęsty roztwór. Woda parowała powoli. Na obrośniętych solą gałązkach zbierał się bury tłusty kuchenny nalot. A co gorsza gęsty roztwór rodził gęste grube narosty drobnych kryształków, które w niczym nie przypominały zaplanowanych dużych regularnych przejrzystych kryształów, jakie miały tam wyrosnąć.
Byłam więc coraz bardziej rozczarowana, ale, o dziwo, dziecko nie.
Codziennie zaglądaliśmy do słoja i póki wciąż na dnie stała woda, wiedzieliśmy, że trzeba czekać. Ja wciąż liczyłam na to, że w ostatniej chwili setki małych kryształków porodzą Koh-i-noora.
Wreszcie pewnego dnia powiedziałam – już. Na stole nadal, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj stał słój, a w nim te byle jakie gałązki w burej soli. Tyle, że już nie było ani kropli wody.
A Jacek się rozpłakał.
Przejęłam się, próbowałam pocieszyć, ale tak naprawdę nic nie rozumiałam. Przez ostatnie dni, ba, nawet tygodnie, dziecko spokojnie przyglądało się zawartości słoja i nie protestowało, dlaczego zatem teraz płacze?
Nie wiedziałam, co zrobić.
Wieczorem zadzwoniłam do Ciotuchny.
W końcu rodzinna psycholożka, może coś poradzi.
Opowiedziałam.
– Bo – powiedziała Ciocia – zawsze trzeba uważać, co się mówi.
– Eeee? – zapytałam niezbyt inteligentnie.
– Dla Ciebie “Wieliczka” to było słowo oznaczające proces powstawania kryształków soli, dla dziecka – jaskinia pełna stalagmitów i stalaktytów, w której płynie się łodzią i ogląda niezwykłe formacje skalne, kolorowe sklepienia, na których wyrosły kryształy. Póki nie powiedziałaś “już”, dziecko czekało, aż jakaś czarodziejska siła zmieni bury słoik w piękną grotę, którą niedawno zwiedzało, ale gdy padło to słowo – wiadomo było, że nic się już więcej nie zdarzy.
– Co się nie zdarzy?
– Wszystko. Nie ma czarodzieja, nie ma Wieliczki, a to pewnie oznacza, że nie ma też świętego Mikołaj. Mama opowiada bzdury.
– I co teraz? – zapytałam zdruzgotana.
– Nic – odpowiedziała Ciocia. – Minie, ale na przyszłość uważaj, co mówisz.

PS. Na zdjęciu Ciocia i Wujek na plaży. Przez całe życie chciałam właśnie tak wyglądać, jak Ciocia na plaży…

Kanadyjka

Kochana Mamo, Babciu i Big Babciu. Przyjmij od nas wszystkich w Ottawie najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin. Bardzo się cieszymy, że chociaż część z nas mogła Cię odwiedzić tego lata. No ale jest jeszcze internet, w którym tak sprawnie się poruszasz, tak więc mamy Cię blisko na stałe.

Twoje wpisy na blogach i powstała z nich ksiazka pozwoliły nam (i pozwolą innym, jak je przetłumaczę na angielski) poznać kartki z Twego życia, nam nie znane lub nie pamiętane. Wierzymy, że masz jeszcze w sobie wiele wspomnień, które kiedyś przelejesz na papier.

Ciesz się zdrowiem, dobrym humorem i energią jak najdłużej. Przytulamy Cię wszyscy bardzo mocno. Małgorzata, Olga, Mike, Ewa, Dave, Ruby, Ania R. i cała reszta rodziny Pymanów.


Włosz.czy.zna

Droga Solenizantko, Mamo, Babciu, BiNonno, Ciotuchno!

Przyjmij od nas wszystkich bardzo serdeczne życzenia z okazji tej bardzo okrągłej rocznicy. Nie piszę specjalnie, ile to lat, bo nie ważne są numery, a Twoje samopoczucie. Patrząc wstecz, na to, co zdziałałaś w Twoim życiu, widzimy, że jest to pokaźny dorobek, tak zawodowy, jak i w życiu prywatnym i literackim! Bardzo są dla nas cenne Twoje wspomnienia z dzieciństwa, z okresu wojny i konspiracji, o rodzinie i z wojaży. W sumie „Kura”, „Qra” i „Altana” to był okres, który dał nam wszystkim dużo i dzięki wpisom na tych blogach poznaliśmy Ciebie trochę lepiej i Twoje wspomnienia zostały utrwalone na papierze. Kto by pomyślał, że Pani w Twoim wieku będzie tak sprawną blogerką! Gratulacje!! Dzięki tym blogom, chociaż mieszkasz sama i wiemy jakie to trudne, masz przyjaciół na całym Świecie.

Z Florencji życzymy Ci dużo, dużo zdrowia, dużo wizyt rodziny i przyjaciół i powrotu do pisania wspomnień!

 
 

Ucałowania Maria & Alessandro, Marianna & Marco i oczywiście Matteo

Kattinka

 

 

A jedną różę dajmy CIOTUCHNIE
VIVAT, Droga JUBILATKO, śpiewając…
A z drugą różą w dłoniach przyjdźmy wołając:
Żyj nam w zdrowiu DZIŚ I ZAWSZE!
I garść rymów dorzućmy dla ozdoby chwili…
A trzecią różę do bukietu dodajmy dla harmonii,
boć powiadają: OMNES TRINUM PERFECTUM,
a tu po trzykroć okrągła trzydziestka
CIOTUCHNIE tak zgrabnie się udała!
Ach, nie, co też ja mówię: jeno trzy róże?
Naręcza pełne zbierzmy a zanieśmy
róż białych i różowych róż, i róż purpurą
do wina w kielichu podobnych.
I wznieśmy toast wesoły w ten czas
URODZIN naszej JUBILATKI.
STO LAT! STO LAT! STO LAT!
A jak już zaśpiewamy, to jeszcze…
Poduszek miękkich rzućmy na fotele,
byśmy WSZYSCY wokół CIOTUCHNY tu zebrani,
DRODZY Przyjaciele, wygodnie mogli zasiąść,
gotując się do wspólnego świętowania.
A żeby tradycji stało się zadość, prośbę
przedstawmy naszej DROGIEJ JUBILATCE:
niech swych wspomnień wątki nadal dla nas
tak wspaniale splata o świecie, który
znała i tak żywo a kolorowo zapamiętała.

 Juliczka

Istnieją pytania, na które właściwie nie ma odpowiedzi. Naturalnie nie mam tu na myśli pytań w rodzaju: „Kto jest przeciw?” ani „Dlaczego nie słuchasz audycji Polskiego Radia?” Nie chodzi mi również, rzecz prosta, o pytania zaczerpnięte z wielkiej literatury, w rodzaju: „Skąd wracali Litwini?” albo „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem?” Na myśli mam pytania podstawowe, z którymi się stykamy w codziennym życiu. Na przykład o pytanie, które podobno lubią zadawać kobiety: „Czy mnie kochasz?” Na takie pytanie po prostu nie ma odpowiedzi. Bo jeżeli facet odpowie „nie”, to łamie życie jej, a jeżeli, jak udowadniał Kazimierz Rudzki, odpowie „tak” – to łamie życie sobie.

My, czytelnicy Ciotuchny, znamy inną odpowiedź: kochamy Cię, Ciotuchno, podziwiamy i życzymy długich lat życia w twórczej pracy i zdrowiu.

Viator

 

Jak Beatrycze Dantego
Przez mroki dziejów mnie wiodłaś
Bym dotarł do skarbów wiedzy
Ukrytych dotąd przez otchłań.

A teraz na mnie kolej:
Jak Dante imię twe chwalę,
Ciotuchno, w dzień urodzin.
I później też. Wytrwale.

  Pharlap

EwaMaria, na otwarcie tego wpisu wspomniała o moim apelu.

No cóż, zacytuję księdza J. Tischnera: “tyz prawda”.

Ponad siedem lat minęło od chwili, gdy dołączyłem do grona Panien po Trzydziestce, a potem Przyjaciół w Altanie. Wspaniała, zwarta grupa, razem, a przecież każda osoba bardzo indywidualna.

Ciotuchna była w tej grupie osobą specyficzną.

Wojna mocno namieszała w mojej rodzinie, w rezultacie powstały spore luki w niektórych kategoriach wiekowych. Właśnie taką lukę wypełniły (za późno, mocno za późno) wpisy Ciotuchny. Okres wojny, okupacji, lata powojenne.

Dziękuję bardzo Ciotuchno.

Te życzenia składam, gdy u nas wiosna w pełni. W tym okresie koloryt pobliskim ulicom nadają drzewa jacaranda.

A więc, w błękitnym nastroju, życzę Ci Ciotuchno wiele sił, zdrowia i energii twórczej. Niech otaczający Cię świat odwzajemnia Twoje życzliwe nastawienie do otoczenia.

Barataria aus dem Jahre 1982

Mojej siostrze Katarzynie
Für meine Schwester Katarzyna

Achtung! Kein Video, sonder wunderbare Musik von Anton Garcia Avril und Fotos aus der englischen TV-Serie Great Performances, mit Sir Alec Guinness als Padre Quijote und Leo McKern in der Role des kommunistischen (Ex)Bürgermeisters  von Toboso, der vor seinem Priesterfreund Sancho genannt wird.

Es ist eine schöne Verfilmung eines schönen Buches und ich danke meiner Schwester, die es mir empfohlen hat. Und denke nur – seit zwei Jahren suche ich Don Quijote überall und erst vor ein paar Wochen sagte mir Katarzyna, dass es diesen Roman gibt und dass sie ihn so lieblich findet.

Graham Greene, Monsignor Quixote, Roman, erschien 1982 in New Yorck.
Von links nach recht – amerikanische Erstausgabe, DVD Cover, deutsche Übersetzung in Paperback und der Roman auf Polnisch.

Man schreibt das Jahr 1980, vielleicht 1981 oder 1979. Der Generalissimus ist schon vor ein paar Jahren gestorben, genauer gesagt 1975. Spanien ist demokratisch, aber die Guardia verfügt immer noch über eine Übermacht, besonders wenn man ein entflohener Priester oder überzeugter Kommunist ohne Amt ist. Oder beides. Spanische Guardia civil, gehasste Staatssicherheit-Polizei, gilt in dieser Neubeschreibung der Abenteuer von den Ritter der Traurigen Gestalt und seinem Knappen als schreckliche Riesen-Windmühlen.

Padre Don Quijote, auf Geheiss von einem geheimnissvollen Bishof von Motopo zur Würde eines Monsignores erhoben, hält sich zu einem Nachkommen des Cervantesschen Ritters, obwohl SEIN Bischof, der ihn nicht leiden mag, der andere Meinung vertrit und meint, der wahre Don Quijote wäre eine Romanfigrur, mehr noch – eine Metapher, oder eine Parabel… Lediglich.

Es ist auch Barataria da, die Insel, die es nicht gibt, die auch lediglich eine Metapher, oder eine Parabel ist.

” Vermutlich liegt es am Wein”, sagt Monsignorr Quijote ze Sancho, “aber mir ist sehr warm”.
“Ich spüre die Hitze nicht. Ich finde die Temperatur sehr angenehm. Aber ich trage natürlich auch nicht so einen lächerlichen Kragen”.
“Ein Stückchen Zelluloid, das macht überhaupt nicht heiß, überlegen Sie einmal, was diese Guardia alles trägt. Versuchen Sie selbst, dann werden Sie schon sehen.”
“Gut. Geben Sie her. Wenn ich mich recht erinnere, wurde Sancho Statthalter über eine Insel und ich werde eben, mit Ihrer Hilfe, Statthalter über Seelen”. Er legte das Kollar um seinen Hals. “nein. Sie haben recht”. So heiß ist das gar nicht. Es beengt ein bißchen, das ist alles. Und reib mich wund am Hals. Sonderbar, Padre, ohme Ihr Kollar würde ich Sie nie für einen Padre halten und erst recht nichzt für einen Monsignore.”
“Nachdem Don Quijotes Haushalterin ihm die Lanze abgenommen und ihn von seiner Rüstung befreit hatte, hätten Sie ihn nie für einen fahrenden Ritter gehalten”, sondern nur für einen närrischen alten Mann. Geben Sie mir mein Kollar wieder, Sancho.” (S. 85)

Als sie in einem Restaurant hinter der Plaza Mayor in einem kleinen Patio an der Bar saßen und ein Glas Weißwein tranken, spürte Padre Quijote, wie seine fröhliche Laune zurückkehrte. Vorher, den besuch im Haus des cervantes, der sie 50 Peseten pro Person hekostet hatte, hatte er genossen, nur hätte er gerne gewußt, ob man ihm wohl bei Nennung seines Namens an der Kasse freien Eintritt gewährt hätte. Einige der Möbel stammten tatsächlich aus dem besitz des Biographen, win an den König gerichteter Brief über die Besteuerung von Öl hing an der weißgekalkten Wand, die er sie sich leicht mit Blut bespritzt vorstelklen konnte, als man in jener schrecklichen nacht Don Gaspar de Ezpelatas blutigen Leichnam ins Haus getragen und Cervantes unter dem falschen Verdacht, an seiner Ermordung beteiligt zu sein, verhaftet hatte. “Natürlich hat man ihn gegen Bürgschaft auf freien Fuß gesetzt”, erzählte Padre Quijote, “aber bedenken Sie, Sancho, was es bedeutet, an der Lebensbeschreibung meines Vorfahren weiterzuarbeiten, wenn man weiß, was einem Schreckliches droht. Ich frage mich manchmal, ob es diese nacht war, an die er dachte, als er niederschrieb, wie Ihr Ahnherr nach seiner Ernennung zum Stathalter über eine Insel einem Jüngling befahl, eine Nacht im Gefängnis zu schlafen, und der Jüngling erwiderte: ‘Eure Macht reicht nicht aus, den Schlaf im Gefängnis herbei zuzwingen’. Vielleicht waren es dieselben Worte, die der greise cervantes zu dem Beamten sprach. ‘Angenommen, Ihr werft mich ins Gefängnis, legt mich in Ketten, sperrt mich in eine Zelle, und doch, wenn ich nicht schlafen will, habt Ihr keine Gewalt über mich, meinen Schlaf zu erzwingen’.”
“Die Guardia Civil heutzutage”, sagte Sancho, “die wüßte schon, wie man so was macht. Die würden Sie schnell genug einschläfern, mit einem einzigen Schlag über den Schädel.” Düster fügte er hinzu. “Mir täte ein bißchen Schlaf gut.”
“Ah, aber Ihr Ahnherr, Sancho, der war ein freundlicher Herr, und er ließ den Jungen frei. Und der Beamte tat das gleiche mit Cervantes.” (S.112)

Aus welchem Grund auch immer, schweigt der Padre stur, was Sancho nervös macht.

“Denken Sie daran, Padre”, sagte Sancho, “was für einen guten Statthalter mein Ahnherr abgab. Trotz all seiner Ritterlichkeit und Tapferkeit hätte Don Quijote nie so gut regieren können. Was für ein heilloses Spektakel – ich meine heiliges Spektakel – er auf dieser Insel angerichtet hatte. meinem Ahnen fiel das Regieren genauso leicht wie Trotzki das Kommandieren einer Armee. Trotzki besaß keine Erfahrung, und doch schlug er die weißen Generale. Ach, ich weiß schon, wir sind Materialisten, wir sind bauern und Marxisten. Aber deswegen brauchen Sie uns nicht zu verachten.”
“Wann hätte ich Sie je verachtet, Sancho?”
“Ihrem Gott sei dank, Sie haben endlich wieder zu reden begonnen…” (S. 132/133)

Don Padre wird bald sterben, angeschossen von Guardia Civil.

Seine Stimme aber, die vom Bett herüber drang, klang jetzt fest und kräftig. “Was ich Ihnen anbiete, Sancho, ist nicht Statthalterschaft. Was ich Ihnen anbiete, ist ein Königreich.”
“Ein Königreich?”wiederholte Sancho.
“Geh mit mir, und du wirst das Königreich finden.” (S. 229)

Und jetzt suchen wir Barataria in den nächsten Don-Quijote-Film. Regie Rodney Bennett. Ein netter Film mit guter Musik, der hier zu sehen ist. Also bloss nicht bei Amazon kaufen, wo er zwischen 199,00 und 273,00 Euro kostet! By the way, ab der 14. Minute gefühlte 10 Minuten preist der Film die Vorzüge der polnischen Wodka Wyborowa. Sehr nettes Product Placement 🙂

Der ganze Film: HIER

Und am Ende noch ein Zitat von Shakespeare, dem Greene dem Roman als Motto vorgesetzt hatte:

An sich ist nichts weder gut noch böse, das Denken macht es erst dazu.

Zaduszki 2019. Jesień w ogrodzie.

Ela Kargol

Jesień w moim ogrodzie cała w aksamitkach,
w złocie miłorzębu,
i purpurach wina
nasturcją podszyta
i więdnącą dalią,
ogórecznikiem, który nie rozumie
przesunięcia czasu
i następstw pór roku.
Zwabia pszczoły i trzmiele.
Kwitnieje, młodnieje.

Nad śmiercią słonecznika nikt już nie rozpacza.
Pod nim dynia brzemienna czeka rozwiązania,
W melancholię bluszczu liść klonu się wplątał.
Przy nim chrzan się rozpycha,
pomidor zmaliniał i naprasza się bardzo,
choć muśnięcia ręką.

Róże jak malowane
w okiennicach chatki
nie umieją przekwitnąć
kolcem nie ukłują,
nie zapachną
nie opadną,
a takie są piękne jak z obrazka.

Lawenda wystroiła się w srebrną suknię,
nawłoć posiwiała,
wypiękniała,
kocimiętka koty sprasza,
a jeż pod magnolią szykuje się do snu.

Jesień ciągnie słońce za włosy
i ziemi przybliża,
a ono, choćby chciało, już jej nie ogrzeje.

Wszystko ma swój czas.

Dzień Zmarłych

Teresa Rudolf

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego.

Cmentarze wystrojone,
napuszone chryzantemy,
jedna piękniejsza od drugiej.

Unosi się pamięć ludzka nagle,
nad codziennym zapomnieniem,
o tych, których już nie ma.

Zbiorowy respekt dla śmierci,
bo ona godzi z góry wszystkich,
uśmiechajac się puka nam w głowę:

“Zmarnowaliście godziny, dni,
lata całe, ale na co, a teraz?
i innym też, a po co, i… teraz?”

Migoczą świeczki,
kolorowo, świątecznie,
zapach wosku topionego…

Na razie jeszcze nie nam…

 

 

 

Poczekalnia

Czekają
lekarza wciąż nie ma,
świergot o dolegliwościach
życia.

Nie przytulałam
mego dziecka, gdy płakało,
uciekałam drżąc cała
z przerażenia.

Nie przyjeżdżałem
do domu starców, tego z matką,
miałem tyle do roboty,
wiadomo.

Ciągle byłem
tylko dla siebie, a tylu już zmarło,
wszędzie za późno niestety,
żyję sam.

Leży
mi dziś na wątrobie,
obdzierałem koty ze skóry,
wiele lat to już.

Na biało weszła
“mam zastępstwo za Boga”,
powiedziała, podobna do anioła,
nazywam się Sumienie.

Muzykę do wpisu wybrała autorka


Przyjdźcie proszę, jak co roku, na grób prof. Brücknera. Spotykamy się dziś na stacji Ullsteinstrasse o godzinie 11 (na peronie!)

Dla tych, którzy nie wiedzą, kto to był Profesor Brückner, jakie zasługi położył dla Berlina, Polaków, historii i nauki, małe przypomnienie TU (po polsku) & HIER (auf Deutsch).

Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Mała

Było sobie dziecko. Dziewczynka. Nazwijmy ją Mała. Przypadkowe, niechciane dziecko zbyt młodych rodziców. Pięknych, dwudziestoletnich dzieci-kwiatów, którzy na fali hormonalnego uniesienia przeżyli kilka upojnych chwil i nie chcieli nic więcej, a tu – niespodzianka.
Między rodzicami już w czasie ciąży przestało się układać. Stress, kłótnie, koniec wolności, co robić, presja społeczna, ślub. W efekcie niemowlę urodziło się z zaawansowaną nerwicą skóry. Wyglądało okropnie, niemal jak E.T. Tyle że E.T. wzbudzał przynajmniej sympatię, a niemowlę jak to niemowlę: drze się, sra, wciąż czegoś chce, a w dodatku jest ohydnie brzydkie. I jak tu kochać coś takiego? Matka nie potrafiła. Zajmowała się nią z obowiązku, bo przecież nie mogła jej już wyskrobać ani nikomu oddać. Ale miłość? Nie przydarzyła się.
Dziecka nikt nie kochał, poza dziadkiem impotentem, który na dodatek miał jakowąś, bliżej nie znaną deformację penisa i już z powodu tej przypadłości był podobnym, jak Mała, wyrzutkiem w rodzinie. Nie był w pełni mężczyzną, więc nie wzięli go do wojska ani tym bardziej na wojnę (drugą światową). W pewnym sensie było to gorsze od dezercji. Żona nim pogardzała, nie szanowały dzieci. Był za to organistą i dyrygentem kościelnego chóru, a na co dzień listonoszem. Miał w piwnicy swój azyl, swój świat – małe atelier, gdzie grał na pianinie, malował i uczył Małą wrażliwości na sztukę. Mała do dziś jest dumna, że potrafi rozróżnić np. 12 odcieni czerwieni.
Rodzice wstawili do piwnicy wózek dziecięcy i podrzucali Małą dziadkowi, gdy sami nie mogli się nią zajmować. A nie mogli bądź nie chcieli bardzo często. Mała nie była łatwym dzieckiem. Nie tylko wyglądała szkaradnie, ale jeszcze miała coś z głową. Dziś to coś pewnie nazwalibyśmy ADHD, ale kto wtedy słyszał o takich dziwadłach.
Żyła w poczuciu, że coś z nią nie tak, ale nie rozumiała, dlaczego. Wybrała więc instynktownie ucieczkę do przodu: nie przebywać za długo w jednym miejscu, nie zajmować się zbyt długo jedną rzeczą, jednym człowiekiem – nie dać im czasu na obserwację, może nie zauważą. Bo wtedy zawsze zaczynali coś szeptać, dziwnie na nią patrzyć i robić kółka na czole. Tylko dziadek zawsze był dla niej miły i tylko on potrafił z nią rozmawiać i np. przekonać, aby przestała wrzeszczeć i założyła w końcu wybraną przez mamę sukienkę.
Z dziadkami spędzała też wakacje. Zazwyczaj nad morzem, na wyspie z pensjonatem, gdzie zjeżdżali natchnieni rewolucjoniści pokolenia ‘68. Dziadkowie prowadzili tam dla nich kuchnię.
W wieku ośmiu lat Mała brała już udział w dyskusjach panelowych i była, zgodnie z duchem czasu, zupełnie poważnie traktowana, tym bardziej, że jak na swój wiek była nieźle wygadana i zazwyczaj miała coś interesującego do powiedzenia.
Na wyspie, w domku na uboczu, mieszkał profesor z gatunku szalonych. Nikt go nie odwiedzał, on też z nikim nie utrzymywał kontaktów. Siedział sobie w swoim domku i rozgryzał problemy natury filozoficznej. W powszechnym pojęciu był, ogólnie mówiąc, niedostępnym dziwakiem. Raczej zrażał do siebie ludzi niż ich przyciągał.
Razu pewnego polecono Małej zanieść profesorowi list. Na dworze padało jak co dzień, w powietrzu unosiła się delikatna mżawka. Ani to deszcz, ani mgła – coś pomiędzy. Mała i tak od rana skakała po kałużach, więc niewiele myśląc ścisnęła list w dłoni i dziarsko ruszyła w drogę. Rybacka kurta z kapturem, sięgająca kolan i nieco za duże kalosze znakomicie chroniły przed wszechobecną wilgocią. Gdy dotarła do chatki profesora, stanęła przed drzwiami i zapukała.
– Nie ma mnie – rozległo się ze środka.
Mała poskrobała się po głowie. Właściwie to było jej obojętne, że profesor nie chce jej widzieć. Właściwie to niczego innego się nie spodziewała. Ale był jeszcze list. No i dziadek, który ją posłał. Nie było wyjścia.
– Kłamiesz! – odparła zdesperowana – Nie może Cię nie być, bo właśnie mi POWIEDZIAŁEŚ, że Cię nie ma!
I tu na dłuższą chwilę zaległa dostojna, niczym nie zmącona cisza. Nawet muchy i komary z wrażenia przestały brzęczeć. Wreszcie lekko skrzypnęły uchylające się drzwi. Z wnętrza bardzo powoli wyjrzała najpierw długa, zmierzwiona, czarna broda, następnie rogowe okulary, nieco przekrzywione na wydatnym nosie, a zaraz za nimi równie przekrzywione, duże niebieskie oczy, obrośnięte jeszcze większymi brwiami. Na koniec wychynęła imponujących rozmiarów łysina, okolona kłaczkami niegdyś czarnych, a teraz mocno już posiwiałych włosów. Oczy miały wyraz zdziwiony, acz zaintrygowany.
Mała najchętniej zapadła by się pod ziemię lub wzięła nogi za pas, lecz ponieważ ze strachu nie była w stanie się ruszyć, wyciągnęła jedynie rękę z listem.
Profesor wziął kopertę, obejrzał ją pobieżnie, po czym skinieniem zaprosił Małą do środka. Weszła z wahaniem, na miękkich kolanach. Nie pamiętała, była wręcz pewna, że nigdy nie słyszała, aby ktoś był u Profesora w domu. W jej dziecięcej wyobraźni dom ten był miejscem tajemniczym i niedostępnym, czymś w rodzaju jaskini lwa, smoczej pieczary, a w najlepszym razie Jonaszowym wielorybem z opowieści Dziadka. Tymczasem miała przed sobą zwykłą prostą izbę, bez zbędnych sprzętów, za to z mnóstwem książek, szpargałów, papierów i innych intrygujących przedmiotów leżących, gdzie popadnie. Na stole królowała przedpotopowa maszyna do pisania. Mała rozglądała się z wpółotwartymi ustami – to było jeszcze lepsze niż piwnica dziadka.
Pan Profesor zaś, który w międzyczasie pozbył się jakoś pierwotnej powierzchowności bagiennego potwora i nabrał cech bardziej ludzkich, okazał się być zwyczajnym, trochę zaniedbanym, starzejącym się, postawnym mężczyzną. Trzymając wciąż w ręce list wziął nóż do papieru, rozciął kopertę, otworzył, obejrzał list ze wszystkich stron, po czym zmiął w dłoniach i dorzucił do sterty podobnych papierzysk wylewających się z kosza. Następnie posadził Małą przy stole i nalał jej mleka.
– No to teraz powiedz mi, skąd ty się tu właściwie wzięłaś?
– Nie zaczyna się zdania od „no” – odrzekła Mała, aby zyskać na czasie. – Tata tak mówi. Ale mnie to nie przeszkadza, więc jeśli chcesz…
Profesor przewrócił oczyma. Mała zamilkła nie wiedząc, czy się bać czy roześmiać.
– Masz rację, nie zaczyna się – przyznał Profesor. – Więc skąd się wzięłaś?
Mała już miała wypalić, że nie zaczyna się zdania od „więc”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Zamiast tego powiedziała:
– No coś ty? Nie pamiętasz? Przyniosłam Ci list. O, tam leży. Wyrzuciłeś.
– A tak, słusznie – odparł profesor, jakby lekko nieobecny. Chyba czuł, że to nie będzie lekka przeprawa.
Mała nie potrafi już dziś powiedzieć o czym dalej rozmawiali. Pamięta tylko, że w pewnym momencie z niewinnej mżawki, zrobiła się straszna ulewa. Profesor zrobił gorącej herbaty, którą popijali słuchając deszczu i gawędząc aż do wieczora.
Gdy na dworze było już zupełnie ciemno, ktoś zaczął łomotać do drzwi. Zaskoczony drugimi już tego dnia odwiedzinami Profesor nie zdążył się nawet odezwać, gdy drzwi otwarły się z hukiem i stanął w nich strasznie rozgniewany, ociekający wodą dziadek. Teraz on przypominał bagiennego potwora. Natychmiast zaczął też, nie wiedzieć czemu, strofować pana Profesora i zrobił mu karczemną awanturę, że co on sobie myśli, że późno jest, że ulewa, że tu dziecko, a tam rodzice od zmysłów odchodzą i w ogóle co to ma wszystko znaczyć?
Tu Mała ze zdziwieniem popatrzyła na dziadka, bo był to jeden z nielicznych przypadków, kiedy to przyłapała kochanego Dziadunia łgarstwie! Rodzice byli mianowicie daleko stąd, czyli w domu i nic nie wiedzieli o całym zajściu, albowiem telefon zamontowano im dopiero dwa lata później.
Pan profesor zaś, biedaczek, usilnie Dziadka przepraszał i po upływie no tak chyba z pół godziny, czerwony ze wstydu wyjął wielką butlę z jakimś mętnym, półprzezroczystym trunkiem. Nalał sobie i dziadkowi i zaczął mu coś tłumaczyć. Dziadek siedział tylko i kiwał głową, jakby dokładnie rozumiał o co chodzi. Od czasu do czasu milkli i spoglądali dziwnie na Małą, zazwyczaj jednocześnie.
Mała zaś siedziała w kącie na podłodze, udawała, że się czymś bawi i czuła, jak nad jej głową gromadzą się wielkie czarne chmury. I, jak zawsze w takich sytuacjach, nie wiedziała, co i dlaczego. Nie miała pojęcia, co źle zrobiła. I co gorsza, nikt nawet nie próbował jej tego wytłumaczyć. A najgorsze było, kiedy szeptali coś do siebie, popatrując na nią znacząco. Tak jak teraz Profesor i dziadek. Wtedy pozostawało tylko skulić się i czekać. Niech już wreszcie skończą mędzić. Niech dadzą jej już tę karę. Niech przestaną tak głupio patrzeć. Czuła się winna, kuliła się coraz bardziej, a chmury robiły się większe i większe.
A przecież zaniosła list, przecież nie dała się spławić jakąś głupią odzywką Profesora, przecież to nie ona chciała z nim rozmawiać i przecież to niegrzecznie nie odpowiadać, kiedy dorośli o coś pytają. I przecież dziadek nigdy jej nie karał. Przeciwnie: kiedy coś zmalowała i babcia była na nią wściekła, dziadek ostentacyjnie odpinał pas, zabierał Małą do piwnicy i grzmocił pasem w najbliższe krzesło, przy czym oboje darli się wniebogłosy, ona niby z bólu, a on w słusznym gniewie. Przecież dziadek zawsze był jej sprzymierzeńcem, więc dlaczego teraz zachowuje się tak jak wszyscy?

Panowie przy stole chyba coś zauważyli, bo nagle zamilkli na dobre. Mała podniosła ostrożnie głowę i zaraz skuliła się jeszcze bardziej, bo teraz po prostu gapili się w nią obaj jak sroka w gnat. Dziadek natychmiast wstał, podszedł do niej i wziął ją na ręce. Przytulił, pogłaskał, podmuchał delikatnie w czółko. I wtedy, wciąż jeszcze zalękniona, poczuła, jak pod wpływem dziadkowego podmuchu czarne chmury znikają, odpływają, nie tłamszą jej już i nie każą się bać. Już dawno nie było jej w dziadkowych objęciach tak dobrze. Wreszcie mogła odetchnąć. Wiedziała już, że nie musi się niczego obawiać i że dziadek nie będzie się gniewał. I że czarne chmury już dzisiaj nie wrócą.

Po upływie kolejnej godziny, gdy dziadek z Profesorem wychylili kolejnych kilka szklanek, a Mała zasnęła z głową na maszynie do pisania, dziadek spojrzał wreszcie na zegarek. I aż podskoczył na krześle na myśl o żonie sekutnicy. Przewrócił przy tym stojącą na stole, na wpół opróżnioną butelkę i zbudził Małą. Dochodziła dwunasta.
Natychmiast pożegnali się z Profesorem i pomaszerowali do domu. Było zupełnie ciemno, tak że musieli uważać, aby nie wyrżnąć w jakieś złośliwie przyczajone drzewo i nie potknąć się na wystających ze ścieżki zdradliwych korzeniach. Padać co prawda przestało, lecz niebo wciąż zasnuwały deszczowe chmury. Nie było widać dalej niż na wyciągnięcie ręki.
Po kilku minutach Dziadek ni stąd ni z owąd zaczął pogwizdywać. Choć spoglądała w górę, nie widziała jego twarzy, lecz czuła, że uśmiecha się pod nosem. Że uśmiecha się z dumą i satysfakcją, jakby nie spodziewając się tego, znalazł kogoś, z kim mógł podzielić się sekretem, który długo musiał chować tylko dla siebie. I jakby, ktoś potwierdził mu czarno na białym, że to, co sobie tam ubrdał w tej starej łepetynie, jednak ma sens.

Od tej pory Mała była już stałym gościem w chatce profesora.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

Barataria: wojna o wyspę (reblog+)

Znalazłam taki obrazek w internecie i przepraszam za błędy, informuję jednak tych, którzy mogliby tego nie wiedzieć, że błędy stanowią (chyba niezbędną) część internetowego folkloru i trzeba się z nimi pogodzić.

Myślałam, że to żarcik – i też by to było zabawne – ale nie, to nie żarcik, to prawda. Czytaj TU (po polsku), TU (po niemiecku) i TU (po angielsku). No i nie ma rady – TU po duńsku.

Jako córka polarnika dodam, że zostawianie alkoholu i pożywienia w stacjach, bacówkach, kolibach, szałasach i innych schronieniach bez obsługi, jest w krainach polarnych bezwzględną normą. A może zresztą jest tak wszędzie, gdzie ludzie mogą się znaleźć głodni i spragnieni. Przybysz zjada i wypija to, co znalazł w schronieniu, a – jeśli ma – zostawia dla następnych swoje napitki i jadło. Jeśli nie ma, to los mu sprzyjał…

A tu jeszcze dokładny kawałek mapy, z którego wyraźnie wynika, dlaczego dwie pozostałe wyspy nie są przedmiotem wojny, a ta – tak.

Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, ciąg dalszy

Przed zapoznaniem się z treścią i przesłaniem tego wpisu, warto sięgnąć do odcinka poprzedniego: TU

Wizja: Marek Włodarczak

reżyseria i scenariusz: Marek
w roli głównej: Marek
ponadto: Aguula Marzycielka / Ewa / Bosman / kot Bosman / Syrena
produkcja, kamera, montaż, postprodukcja: Aga
muzyka: internetowi producenci dźwięków
czas akcji: lato 2019
miejsce: Wdzydzki Kąt
łodzie: Marek
kraj i rok produkcji: Polska 2019
długość: 3:50
dźwięk: oryginalny, podpisy

tytuł:


A tu jeszcze komentarz wizjonera, który w pewnych kręgach ma ksywkę Innowacja:

Na Ziemi nie ma już Wysp Szczęśliwych, ale są w Kosmosie, miliony albo i więcej zielonych planet, nie tkniętych ludzką stopą i niedostępnych dla kolonizatorów, czekają na pierwszych absolwentów kursu, jak nie czynić Ziemi sobie poddaną. No to, na co czekamy? Przystąpmy do egzaminu i w drogę.

Tryptyk jesienny

Teresa Rudolf

Obcinanie serc

Codzienne,
pracowite obcinanie serc,
za dnia lub w nocy,
ktoś przestał kochać głośno
a zaczął zdradzać cicho….

Obcięte
kawałki serc,
leżące raz na psychiatrii,
a raz w kościele, a po nich
przechodzące, obce buty.

Obcięte
serca, szukające
swych części i chirurgów
do przyszywania, z modłami
zaklinającymi zrastanie.

Obcięte
serca, czekające
na powrót swych
zmarłych, bo odfrunęli
wiedząc przecież, że zaboli.

Obcięte
serca, nie rozumiejące
za co, dlaczego, po co,
ciągle ktoś je przycina,
nożycami bezwzględności.

Taniec ze sobą

Taniec ze sobą,
czasem deptanie sobie
po palcach, czasem po sercu…

Zawrót głowy,
życiem zachłyśnięcie,
miękkość muzyki zachwytu…

Taniec ze sobą ,
na dobre i na złe,
i “że Cię nie opuszczę”…

Zawrót głowy,
ciało węża wiotkie,
pozostań mi zdrowe…

Taniec ze sobą,
pod nogami ziemia,
a nade mną niebo…

Oby kiedyś też tak,
tylko tak, tylko tak…
a nade mną niebo!

Odpływanie, przypływanie…

Dziś czytam z białych chmur,
jak z nowych kart, jak z twej ręki,
jak i też z mej…
takie różne są…

Dziś czytam z morskich fal,
jak z oczu zdziwionych kotka,
z jego łapy…
z jego miny…

Dziś czytam z mego smutku,
co przypływa i odpływa,
jak łódeczka…
taka papierowa…

Dziś czytam wiersze
pisane w głowie mojej…
pelne kolorów,
szmaragdowych…

Czytam i jestem.


Wpis został w całości skomponowany przez autorkę!