Gubałówka

Ela Kargol

Gubałówka, góra gór, góra kiczu, antysymbol Zakopanego, a może właśnie symbol? Wakacyjne wspomnienia

Góra gór może obrzydzić każdemu Tatry. Jeśli ktoś nie widział nic poza Gubałówką, a z Gubałówki na pewno nic nie zobaczył – bo nie ma jak – to nie będzie chciał tu wracać. Nie pokocha Tatr, jak ja je pokochałam, szwendając się po szlakach i poza nimi, po schroniskach, śpiąc na podłogach i w szałasach, z czasem szukając już wygodniejszych noclegów, po to, by wypoczęta wyruszyć na kolejne łazęgi, wędrówki, spacery. To nie były nigdy wyrypy, nie było zaliczania, zdobywania. Atmosfera Zakopanego i Tatr zawładnęła mną całkowicie.

Pępek Świata.

Witkacy i Tadziu Ferenc, Chałubiński i chłopaki z TOPRu, Rafał Malczewski i Kielo macie godzin, ojciec Leonard z Wiktorówek i babka z Rusinowej, Szymanowski i Tejka z Roztoki, w stronę Pysznej i w stronę Białej Wody, a przede wszystkim w stronę Roztoki.

Schronisko w Dolinie Roztoki stało się dla mnie na wiele lat domem, schronem, wszystkim, radością, miłością do ludzi i gór, do ludzi gór i gór, do Tatr, przede wszystkim do Tatr Wysokich, no bo o tych Zachodnich mówiło się z pogardą Kapuściane góry.

W tym roku po dwuletniej lub dłuższej przerwie siedzenia w domu wybrałam się znowu do Zakopanego, tym razem tylko na Gubałówkę. Nie pierwszy raz i chyba nie ostatni, choć miesiąc temu przysięgałam, że nigdy więcej.

Czas goi rany i łagodzi wspomnienia.

Latem pojechaliśmy do Lachowic. Lachowice to rozległa, malownicza wioska wśród wzgórz, gór i pagórków w paśmie Beskidu Makowskiego, gdzie rzadko zatrzymuje się już pociąg, choć to odcinek kolei transwersalnej, wioska, gdzie krzyże na cmentarzu parafialnym przy ponad dwustuletnim drewnianym kościele otoczonym sobotami, pamiętają czasy zaborów austriackich, gdzie prawie co sto metrów przydrożna kapliczka wita wędrowca… Lachowice, to miejsce, do którego wracam nie tylko latem. Latem, tak jak w piosence: pachnie miętą, jest koloru malin i zielonych lasów. Tu wcale diabeł nie mówi dobranoc, tu świerszcze nie pozwalają spać.

I kiedyś po takiej nieprzespanej nocy wybraliśmy się do Zakopanego, na Gubałówkę. Z Lachowic dwie godziny pociągiem. Wycieczka, przed którą się wzbraniałam, bo sierpień, bo tłok, bo dworzec kolejowy w przebudowie i słynna kolej, której początki sięgają końca XIX wieku, nie dojeżdża nawet Zakopanego, tylko do nieznanej nikomu Spyrkówki. Czasów Luxtorpedy już nikt nie pamięta.

Gaździna z Roztoki mnie ostrzegała, odradzała, wręcz wypraszała. I miała rację. Ale my pojechaliśmy. Całe szczęście, wiedzieliśmy, jadąc pociagiem, że nie dojedziemy do Zakopanego, tylko do tej wspomnianej już Spyrkówki. Przyznać trzeba, że taksiarze, ubery i nni przewoźnicy stanęli na wysokości zadania, a tak naprawdę stanęli przed prowizorycznym dworcem i kto się zorientował, ten od razu wsiadał, tak jak my i od razu jechał. Miły kierowca rodem ze środkowej Polski chciał nas wywieźć na samą Gubałówkę, ale wybraliśmy kolejkę, nie przejmując się ogólnie znaną śpiewką,

Kasprowy, Kasprowy,
wolę Pięci Stawy,
pier..lę kolejkę
przeciem nie kulawy.

Wjechaliśmy tłumnie i w ścisku na górę. Tłum wypchnął nas z kolejki. Dzieci stwierdziły, że są głodne. Zaczęło padać. Wszyscy ruszyli do baru Gubałówka, a może to restauracja była? Dania barowe. Pokrzepieni colą, kotletem i burgerem ruszyliśmy szczytem Gubałówki przed siebie. Minęliśmy smutne kucyki, duży koń właśnie robił kupę. Wszyscy zachwyceni spoglądali na woźnicę, który nie przerywając jazdy wozem, zbierał nawóz od razu do worka. Potem była wata cukrowa i kręcone lody i obowiązkowe zdjęcie z psem i owieczką. W tym miejscu rzeczywiście można było dostrzec Giewont, bo inne miejsca widokowe pozastawiane są budami. Piękne widoki rozpościerały się na fartuszkach ustawionych rzędem i przeznaczonych dla super cioć, córek, szwagierek… Ogólnopolski wzór ludowy, który rozpanoszył się kilkanaście lat temu po całej Polsce od morza do Tatr był bardzo silnie reprezentowany na wszystkim, co miało udawać ludowość.

Wnuczce kupiłam perukę, wnukowi po długim marudzeniu – nóż. Nie żadną finkę ani scyzoryk, tylko jakąś imitację samurajskiego noża. Córka kupiła sobie kolczyki, kuzynka pluszaka i tak co kawałek coś. Ja wypiłam kilka cappucino. Przy kościółku, w zasadzie samowolce budowlanej gazdów Bachledów, zastała nas burza. Kościółek zamknięty, schowaliśmy się w maleńkiej krypcie na tyłach świątyni, miejscu spoczynku fundatorów kaplicy. Grobowa cisza, wreszcie, gdyby nie pioruny.

Po burzy przyszło słońce i wszyscy znowu ruszyli na szlak. Zatrzymaliśmy się przy grze w pieniądze. Niestety kilka prób przebiegło bez sukcesu, chyba, że sukcesem nazwać można było pozbycie się bilonu. Potem były sztuczne ścianki wspinaczkowe, gofry wegańskie, chińskie (nie jestem pewna) ciupagi, kino 5 D, a może nawet 7 D max, świat wirtualny z ofertą przeróżnych gier, manekiny ubrane, przebrane w ludowe stroje, znowu burza, znowu lody, kubki z napisem Pozdrowienia z Tatr, meksykańskie kierpce i góralskie kapelusze.

Gubałówka nie jest wysoką górą. 1123 m n.p.m, leży w Pasmie Gubałowskim, nazwa pochodzi od polany o tej samej nazwie, a ta z kolei od właścicieli polany gazdów Gubałów. Nie wiem, ilu Gubałów zamieszkuje jeszcze Gubałówkę, ale wszystkim mieszkańcom bardzo współczuję, zwłaszcza w sezonie, choć może niesłusznie, bo właśnie w sezonie można najlepiej zarobić, sprzedając choć co byle komu. Nam – ceprom. Popyt nakręca podaż.

Pod Gubałowką to samo, albo jeszcze gorzej. Szczytem paskudztwa, żeby nie nazwać szczytowaniem, są otwieracze do butelek w kształcie członka. Gdy wysłałam zdjęcie z otwieraczami admince, przypomniała mi o świętym napletku, którego święto, obchodzone 1 stycznia, dość dawno już zniesiono.
– Jak wakacje?
– Super, byliśmy w górach, wpadliśmy nawet na trzy dni do Zakopanego
– O, Zakopane!!!?
– No wiesz jeden dzień Krupówki, drugi dzień w góry, a więc Morskie Oko, dzieciaki i tak nie doszły, pojechaliśmy wozem, w obie strony. Trzeci dzień Gubałówka, wiadomo na Gubałówkę trzeba było wjechać.

I tak niektórzy, a może większość pamięta Tatry.

Wróciliśmy do Lachowic, tu jeszcze nie dotarła globalna ludowość. Stąd wywodzą się prawdziwi ludowi twórcy koników i ptaszków. Takim był brat mojego dziadka, mój ojciec, który wnukom strugał fujarki, mój kuzyn, któremu ulegnie każde drewno. Warto zajrzeć do Stryszawy do Beskidzkiego Centrum Zabawki Drewnianej i w ciszy i spokoju wejść do ogrodu kolorowych koników, bryczek, ptaszków.

Niestety, nabyć można było tylko kilka wyrzeźbionych rajskich ptaszków. Reszta pojechała z właścicielami na jarmarki, targi, festiwale, może nawet do Zakopanego.

Wśród badziewia udającego ludowość, trudno byłoby je tam zauważyć.

Sister

https://www.facebook.com/events/616585206783021

🚨

28.09.2022 ⭕️ 18:00-22:00 ⭕️

ɪɴᴛᴇʀɴᴀᴛɪᴏɴᴀʟ ꜱᴀꜰᴇ ᴀʙᴏʀᴛɪᴏɴ ᴅᴀʏ

@hausderstatistik 👉🌳WALD🌳

brought to you by @dziewuchy_berlin / part of @draussenstadt

ft. 𝕾𝖍𝖔𝖜 @berlin_strippers_collective ⚡️ @ur_barbie_boy ⚡️ @dazzzedandconfused_ 🆘 𝕽𝖎𝖙𝖚𝖆𝖑 @jexblackmore ⚡️ @jemek_jemowit 🆘 𝕮𝖔𝖓𝖈𝖊𝖗𝖙 @jemek_jemowit

Kochane Dziewuchy i Dziewuchowie,

nadszedł czas, żeby uhonorować nasze Siostry*, które wspólnie z nami walczą o prawa kobiet i LGBT w Berlinie i ponad granicami.

Już teraz zanotujcie w kalendarzach – 28.9. – Dzień Bezpiecznej Aborcji. Tym razem nie robimy klasycznego demo, ale coś innego – przyznajemy dziewuchowe nagrody, będzie też koncert i performance.

SAFE ABORTION DAY 28.9.2022

Die Zeit ist gekommen, dass wir unsere Schwestern* (Siostry) ehren. Im Jahr 2022 werden zum ersten Mal die Dziewuchy-Berlin-Preise für gute deutsch-polnische Schwesternschaft und feministische Zusammenarbeit vergeben. In Februar haben Dziewuchy Berlin einen Vertrag über Gute Schwesternschaft und Feministische Zusammenarbeit geschrieben der die Grundlage für der Siostry* Preis. Bei den Preisen handelt es sich um originelle handgezeichnete künstlerische Zeichnungen und selbstgemachtes Dziewuchy Getränk für alle Nominierten. Es sind keine finanziellen Preise vorgesehen. Aufgrund des Krieges in der Ukraine haben wir die Ausschreibung bis zum 12.6.2022 verlängert. Die Preisverleihung findet am 28. September 2022 statt, dem Internationalen Tag des sicheren Schwangerschaftsabbruchs. Jedes Jahr veranstalten Dziewuchy Berlin an diesem Tag Demonstrationen, aber dieses Jahr wird es eine ehrende und ermächtigende Veranstaltung sein, um Schwesternschaft und Zusammenarbeit für Frauen- und LGBT-Rechte aufzubauen.

Im Programm:

Siostry*Preisverleihung / Przyznanie nagród

Performance: Jemek Jemowit performt “Self-Possession Ritual” von Jex Blackmore

Performance: Berlin Strippers Collective

Konzert: Jemek Jemowit spielt “Best Off Jemek”

Mehr: https://www.dziewuchyberlin.org/28-9-2022-siostrypreis…/

#safeabortionday #wegmit218 #28Sept #SiostryPreis #DziewuchyBerlin #UrbanePraxis #draussenstadt

@projektfonds_urbanepraxis Draussenstadt

Z wolnej stopy 64

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery II

Ta piękna dama na zdjęciu, to Julia Hauke, prababcia Księcia Filipa, ojca Karola III, która urodziła się w Warszawie przed Powstaniem Listopadowym. O polskich korzeniach brytyjskiego monarchy pisze m.in. portal informacyjno-publicystyczny Związku Polaków na Białorusi, Znadniemna.pl. Linka podrzucił mi mój brat Mariusz, który przeczytał ostatni wpis i pomyślał, że może będę chciał go uzupełnić o dodatkowe informacje, co też zaraz zrobię. Nie wiem, jaką wartość dokumentarną mają fakty, opisane przez portal -oryginalnych dokumentów niestety nie widziałem – ale są one na tyle ciekawe, że chciałbym się obszernymi fragmentami z Państwem podzielić.

Przodkowie Julii przybyli do Polski z Holandii tuż po pierwszym rozbiorze. Fryderyk von Haacken przyjechał z Flamandii nad Wisłę, by tutaj objąć stanowisko wykładowcy w Szkole Artylerii Koronnej. Rodzina szybko się spolonizowała i odtąd znana była pod nazwiskiem Hauke.

Syn Fryderyka, Maurycy, walczył w wojnie z Rosją w obronie Konstytucji 3 Maja, a później w powstaniu kościuszkowskim. W mundurze Legionów Polskich walczył u boku Napoleona, a później w szeregach Księstwa Warszawskiego. Po upadku Napoleona, na mocy kongresu wiedeńskiego utworzono Królestwo Polskie pod carskim berłem. Liberalna konstytucja pozwalała wierzyć, że Polacy będą cieszyć się w nim dużą swobodą.

Car Mikołaj I nie zamierzał jednak przestrzegać praw polskiej konstytucji, co doprowadziło do wybuchu powstania listopadowego. Hrabia Maurycy Hauke, wówczas już w randze generała dywizji, został ministrem wojny Królestwa. Kiedy jednakowoż zaproponowano mu, a myślę, że bardziej rozkazano, aby stanął na czele wojsk polskich, odmówił. Szczerze, jako wytrawny wojskowy stwierdził, że insurekcja jest głupotą i wtedy powstańcy zastrzelili go. Mimo to w polskich szeregach w czasie powstania walczyło trzech synów Haukego.

Jego córka Julia, po śmierci matki została przygarnięta przez carski dwór. Tak zaczęła się oszałamiająca kariera „biednej polskiej sieroty”, jak w Sankt Petersburgu nazywano dziewczynę.

Julia Hauke urodziła się 12 listopada 1825 roku w Warszawie. Była córką hrabiego Maurycego Hauke i Zofii Lafontaine. Akt urodzenia Julii Hauke – prababci księcia Filipa – odnotowany został w księgach metrykalnych cyrkułu VII w Warszawie. Pod aktem nr 603, 14 października 1825 roku, odnotowano, że narodziny dziecka zgłosił Jaśnie Wielmożny Maurycy Hauke, generał dywizji, radca stanu, pełniący obowiązki Ministra Wojny, Kwatermistrz Generalny Wojska, Dowódca Korpusów Artylerii i Inżynierii, nosiciel Orderów Świętego Aleksandra Newskiego, Świętego Włodzimierza drugiej klasy, Świętej Anny z Brylantami Pierwszej klasy, Świętego Stanisława Pierwszej Klasy tudzież Krzyża Wojskowego i Legii Honorowej, mający 49 lat. Matką dziecięcia była 34-letnia Jaśnie Wielmożna Zofia z Lafontainów. Dziecko na chrzcie otrzymało trzy imiona: Julia Teresa Salomea. Jej chrzestnymi byli Wielmożny Tomasz Skrobecki – kapitan i Wielmożny Karol Grabowski – kapitan, obaj adiutantci polowi. Wszyscy stawający podpisali się pod dokumentem.

Julia została damą dworu księżnej heskiej Marii, żony następcy tronu Aleksandra i przyszłej carycy. Wkrótce dziewczyna zakochała się ze wzajemnością w innym Aleksandrze, bracie Marii. Tego mezaliansu nie mógł zaakceptować car. Zakochani w tajemnicy opuścili Rosję i pobrali się we Wrocławiu. Z pomocą przyszedł Ludwik, Wielki Książę Heski, który nadał swojej szwagierce tytuł hrabiny Battenberg.

Julia i Aleksander doczekali się piątki dzieci. Powrót na europejskie salony Battenbergowie zawdzięczali sympatii królowej Wiktorii. Brytyjska monarchini poparła związek swojej wnuczki Wiktorii z synem Julii, Ludwikiem, a parę lat później córki Beatrycze z innym Battenbergiem – Henrykiem.

Julia zmarła w 1895 roku. Jej potomkowie zasiedli na tronach Bułgarii, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Choć całe życie spędziła poza polskimi ziemiami, nigdy nie zapomniała języka rodziców. Do dziś przetrwała jej korespondencja z przyjaciółką pisana po polsku.

Córka Ludwika i Wiktorii, Alicja, wyszła za następcę greckiego tronu Andrzeja. W 1921 roku przyszedł na świat ich syn Filip. Gdy republikańskie władze wygnały rodzinę z Grecji, Filip dostał się pod opiekę babki Wiktorii, która mieszkała w Wielkiej Brytanii. W 1939 roku poznał swoją daleką kuzynkę i przyszłą żonę Elżbietę, która dla świata miała stać się wkrótce królową Elżbietą II.

Gdyby książę Filip, mąż Elżbiety II, nie przyjął nazwiska swojej matki (Battenberg), a następnie, w 1947 roku wraz z przyjęciem brytyjskiego obywatelstwa, nie zmienił go na Mountbatten, to dziś, być może jego prawnuczęta – George i Charlotte – posługiwałyby się nazwiskiem o mało brytyjskim brzmieniu Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg.

Projekt Irena Bobowska. Portrety (Sztuczna Inteligencja).

O Irenie Bobowskiej czytelnik znajdzie wiele wpisów na tym blogu – np. TU

W różnych miejscach na blogu umieszczone zostały obrazy, których wykonanie Konrad zlecił Sztucznej Inteligencji DALL-E. Osoba zlecająca podaje temat, DALL-E w ciągu kilku sekund produkuje dzieła. Jednym z pierwszych tematów, o jakie Konrad poprosił, była Irena Bobowska. Podane przez niego hasła brzmiały: “młoda kobieta”, “wózek inwalidzki”, “więzienie”. Oto, co powstało:

Takie obrazy powstały, gdy do zestawu haseł zostało dodane słowo “bohaterka”.

Ale niewątpliwie najbardziej niezwykły jest ten portret:

Przyznaję, że doskonałość tego obrazu wydała mi się straszna, ale zarazem poczułam, powiew optymizmu. Nie uciekniemy od tego. Jest pewne, że czeka nas świat organizowany, a może nawet sterowany, przez Sztuczną Inteligencję. Zdaniem Konrada wystarczy, że jedno państwo odda Sztucznej Inteligencji swoją armię, a po pewnym czasie inne państwa będą MUSIAŁY zrobić to samo. A ja myślę, że to, co najpierw dotyczy wojskowości, z czasem przechodzi do normalnego życia. Kapitalizm może do tego doprowadzić, bo zawsze premiuje wydajność. Kiedyś zatem Sztuczna Inteligencja zacznie sterować komunikacją czy racjonowaniem zaopatrzenia, zdominuje politykę i określi zasady życia społecznego, przejmie wychowanie dzieci, opiekę zdrowotną, handel czy cokolwiek innego. To przeraża. Bo przeraża wizja żołnierzy, których nie da się przebłagać, bomb, przed którymi nie da się uciec, społeczeństw, w których dyktator będzie mógł śledzić nasze najdelikatniejsze odruchy oporu. Przeraża myśl, że tak będzie i że to wszystko będzie okrutne i coraz okrutniejsze. Ale może tak jak dotychczas w naszym życiu, będzie coś co nas pocieszy i pomoże żyć – miłość, empatia i sztuka, nawet jeśli i one będą pochodziły od władającej nami Sztucznej Inteligencji.

Może…

Jakaś wojna w mieście Grünberg (1)

Mieczysław Bonisławski

Zimowe egzaminy 1991. Za oknem śnieg. Mało go, bo sypie dopiero od wieczora. Jasne, wolno opadające płatki srebrzą się w świetle latarni. Do rana to co spadnie na chodnik i jezdnię przed Instytutem Fizyki WSP, na wznoszący się blisko rynku Plac Słowiański i tak stopnieje.

Ostatnie w sesji egzaminy powinno czcić się piwem w klubie muzycznym, w takiej Studenckiej lub Teatralnej. Radek i Mundek jadą na wieś, na domową ucztę. Gorące frytki i bardzo dużo piwa. A mnie czeka męcząca noc przed monitorem komputera. Kierownik naszego Zakładu Astrofizyki, profesor Gil ściągnął z zagranicy program obliczeniowy do pulsarów. I teraz my, asystenci–stażyści zgrywamy go z kaset magnetofonowych. Jako że w dzień laboratorium komputerowe jest zajęte pod dydaktykę, te kilka wolnych godzin jest tylko w nocy. A że to noc po ostatnim egzaminie… No, szkoda! I tyle.

Czuwam do drugiej na zegarze. Potem lekko przysypiam…

…Mundek wyjeżdża fiatem po Radka na pociąg. Gdy wracają z Kostrzyna, pola aż po horyzont kryje śnieżna pierzyna. Ale między domami Dąbroszyna mijają tylko takie pojedyncze płaty. Sprawiają wrażenie zleżałych i zabrudzonych.

Maluch, prowadzony pewnie, bierze zakręt o 180 stopni tuż za ukrytym między drzewami kościołem. Stają z boku szosy, przy parterowej chałupie. Radek wyjmuje plecak. Potem wynoszą z bagażnika torby z brzdąkającymi butelkami.

– Sam jesteś? – upewnia się ten, który przyjechał.
– Tak. Urszula jest u ciotki w Glisnie. Dla małych robi wszystko. Uparta, że przy was dzieci nie mają spokoju, że dajemy złe wzorce, szast, bezpłatny urlop ze szpitala i przez trzy dni ich nie ma. Ale w kuchni za to czeka na ciebie wór ziemniaków.

Rudowłosy gość krzywi się.

– Nie bój nic – mityguje go zaraz gospodarz. – Ja potem będę je kroił na frytki.

Tego wieczora obierają i kroją 1/3 worka. Zostawiają też na rano połowę piw.

Gdy rano Radek podnosi głowę znad poduszki i spogląda przez okno, widzi brudnoszare płaty śniegu wokół brukowanej szosy i przed chałupą naprzeciw.

Mundek już obiera w kuchni kartofle.

Rudy gramoli się spod kołdry, bierze z torby piwo i zdejmuje kapsel. Włącza TV.

…i wtedy budzi mnie dźwięk telefonu. Aż podskakuję na swych złączonych krzesłach, a sen pryska. Przechodzę z pracowni do kantorka. Podnoszę słuchawkę.

– Radek. Jak tam? – słyszę.
– Nic. Przysnąłem. Do rana czuwał Jarek z tą stypendystką, Jezabel. Niezniszczalna! A, i pomagała im ta niemiecka studentka, blond Lilly. Ale ona to nie mogła spać z powodu Jarka, nie pulsarów.
– Włącz telewizor.

Rozglądam się. Nie mamy tu telewizora. Jest ten w pracowni, podłączony do komputerów i specjalnej anteny, pozwalającej odbierać na częstotliwościach zarezerwowanych tylko dla instytutów naukowych i służb. Na szczęście jest wyłączony, pracują tylko monitory sieciowe, przypisane do stanowisk.

Jako że ekran tego głównego telewizora jest widoczny z głębi kantorka, wciskam odpowiedni przycisk i wracam do telefonu. Przyciskam ucho do słuchawki.

– Jak wam idzie?
– Wczoraj ja obierałem a Mundek kroił i smażył. Dzisiaj odwrotnie – rudy Radek odtwarza mój niedokończony sen. – Włączyłeś?
– Jakiś program historyczny.
– Co? Amerykanie weszli do Kuwejtu! Schwarzkopf spuścił ze smyczy Challengery i Abramsy. Ale walą w te ruskie T-54! No, gadam ci, na żywo to puszczają…

Popatruję na ekran. Dwaj faceci gadają, zero dynamiki. Archaiczny obraz znajomych mi czołgów. Tygrysy i Panzer IV, z 44, z Normandii, spod Kurska.

– To jak u nas. Codzienny widok w Izraelu – słyszę zza ramienia głos Jezabel.

Postanawiam włączyć dźwięk.

Niby wiadomości, ale nadawane ze studia. Speaker i komentator gadają po angielsku, jak jankesi. Jestem na jakimś amerykańskim kanale informacyjnym?

– Grupa Armii B generała Speidela zajęła w nocy Charków, odbijając teren utracony wiosną i latem. Siły Stalina cofają się w takim tempie jak w roku 41.
– Widzimy to już od miesiąca, od niemieckiej kontrofensywy spod Modlina – przerywa speakerowi komentator – Wypoczęte dywizje pancerne, wycofane z zachodniego frontu, które kanclerz Rommel dał pod dowództwo byłemu szefowi sztabu, Speidelowi, robią różnicę. Żukow nie jest w stanie nic im przeciwstawić.
– Udany zamach na Hitlera z 20 lipca spełnił nadzieje niemieckich patriotów i demokratów. Nowy kanclerz Niemiec, Erwin Rommel, mógł powtórzyć genialny manewr pancerny z Libii.
– Tak, wykorzystanie zawieszenia broni w Normandii i błyskawiczne przerzucenie dwóch Grup Armii z Francji i Belgii nad Wisłę to majstersztyk logistyczny i taktyczny „Lisa pustyni”, porównywalny z operacjami Aleksandra Macedońskiego, Napoleona albo Czyngis–chana.
– Co u ciebie? Podoba się ten „Pustynny miecz”? Ta relacja na żywo to zupełna rewelacja – słyszę znowu głos w słuchawce.

Przełączam kanał. Na ekranie pojawia się znajome miasto. Tak, to gmach mojego Instytutu. Kolejny kadr to ratusz pośrodku rynku. Obok jego smukłej wieży, ośmioboczna piramida iglicy wieńczy szkieletowy kościół Ogrodu Chrystusa.

Dziennikarka rozmawia z uchodźcami, którzy pchają przed sobą jakieś wózki, niosą tobołki. Dużo dzieci. Ale skąd tu na rynku bruk ? Przecież w roku 71 plac wokół ratusza wyłożono płytami i zrobiono deptak…

– Tu Bertha Plociennik. Przede mną Jelena z Rosji. Jak was tu w Grünberg przyjęto?
– Jesteśmy wdzięczni Niemcom, że nas do siebie zaprosili. Striłcy Bandery nie puścili by nas żywych!
– Armia niemiecka zaprowadzi porządek na wschodnich terenach! – odpowiada pewnym głosem dziennikarka, ale widząc strach w oczach Rosjanki, dla rozładowania stresu pozwala sobie na prywatną wycieczkę – Mój Simon jest teraz na Ukrainie, tam gdzie przerzucono siły Wehrmachtu z zachodu. Żołnierze nie pozwolą….
– Tam gdzie front przejdzie, Banderowcy robią co chcą. Strach o dzieci, to już nie chodzi o domy, o nas, o starych… – uciekinierka z Buczy zalewa się łzami. Kryje twarz w dłoniach, cała się trzęsie.
– Znowu ktoś chce robić porządek, tam gdzie go o to nie proszą – zrezygnowanym tonem kwituje reportaż żydowska stypendystka Gila. Stoi za mną. Zamknięta w sobie, nie wyrywa się z tą obecnością. Zupełne przeciwieństwo blond szałaputa Lilly.

Kamera najeżdża teraz na twarz szarowłosej, dobrze zbudowanej, niemłodej już dziennikarki, typowej niemieckiej Frau. Maksymalne zbliżenie:

– Postępy ofensywy Grupy Armii B w Donbasie spowodowały wystąpienia sił OUN Stepana Bandery. Realizując postulat odbudowania państwowości ukraińskiej na terenach opuszczonych przez Sowietów, siły UPA i Dywizji SS „Galizien” czyszczą teren z ludności rosyjskiej. Kanclerz Rommel, mimo trwającej wojny ze Stalinem, nakazał przyjąć rosyjskich uchodźców z Donbasu i rejonu Charkowa w miastach kraju związkowego Niederschlesien. Społeczność międzynarodowa wyraża podziw i wdzięczność naszemu Führerowi!

Nie mam powodu nie wierzyć Radkowi. Amerykanie od miesiąca bombardują siły Husajna z powietrza. Lada dzień ma rozpocząć się ofensywa lądowa. Ale co ja mam włączone? To nie audycja historyczna. To nadają na żywo. To taka sama relacja, jak ta którą chłopaki odbierają w Dąbroszynie, tylko wojna jakaś inna.

Mój telewizor jest przysposobiony i odbiera dziwne częstotliwości, już mówiłem, te dostępne służbom specjalnym. Czy to przebitka, szum, tło z równoległego świata? Czy może to tunel czasoprzestrzenny, którym wracam do czasów końca II wojny światowej? Ale przecież Stauffenberg nie zabił Hitlera, ranny Rommel przestał się liczyć a Żukow został pod Warszawą przez całe Powstanie, aż do stycznia 1945 roku.

– Nie widzieliście pana asystenta Jarka? – wpada na moment Lilly. Jej poskręcane, jasne loki robią wichurę, po czym dziewczyna gdzieś znika.

To jakiś efekt motyla, do huja? Ale jak w takiej sytuacji rozwinie się historia Europy? Co będzie za rok, za dwa z moim miastem, z moją Zieloną Górą?

*

Była to prosta, jasno otynkowana, prostopadłościenna konstrukcja z parterem i piętrem. Solidnie podpiwniczona, wzdłuż fasady siedem okien z prostokątnymi, zielonymi, pod kolor dachu, okiennicami z obu stron. Złudzenie ogromu sprawiał bardzo wysoki, czterospadowy dach z lukarnami. Piramida dachówek lecąca na gzymsy z wysoka, a pochyłość ta zajmowała niemal trzy czwarte tego, co było pod nią.

Uchyliły się drzwi, umieszczone dokładnie pośrodku budynku. Wyszła wysoka, pulchna kobieta w fartuchu i chustce na głowie, spod której uciekały grube włosy. Przeplecione siwizną, z daleka wyglądały na popielate. Była w mocno dojrzałym wieku, ale jeszcze nie stara, w pełni sił. Nogi w drewniakach, wystające spod spódnicy za kolana, umięśnione i spracowane. Ręce też.

– Bertha! – zawołał ktoś, wychylając się z okna na piętrze, nad ozdobną plątaniną winorośli z gipsu, wieńczącą półkolisty portal wokół drzwi.

Kobieta zadarła głowę.

– Trzeba zanieść pranie do magla. Jest w koszu przy wejściu na strych. Ja po wszystkim porozkładam na pokoje – rzuciła do góry znudzonym głosem.
– Może ta Ukrainka?
– Nie wiem, mnie jest wszystko jedno.
– Dobrze, idź chwilę odpocząć.
– A jakże.

Kobieta w chuście przeszła obok narożnika domu, minęła małą, murowaną przybudówkę o równie spadzistym dachu i spojrzała prosto w słońce.

Z tyłu domu stromo wznosiło się podłużne wzgórze, od swej jednej trzeciej porośnięte lasem Parku Ludowego. Na łące, rozciągającej się od budynku aż po pierwsze drzewa, rozstawiono ławki, na których półleżeli kuracjusze z sanatorium.

Bertha wybrała najbliższą z nich, pustą i usiadła. Na brzegu, niepewnie, nie wypełniając całej głębi siedziska.

Wystawiła twarz na ostro operujące nad miastem słońce. Było wczesne lipcowe popołudnie, pięknego lata 1947 roku. Złota kula toczyła się powoli ku wierzchołkom drzew na szczycie zamykającego widnokrąg wzgórza. Czekała ją jeszcze daleka droga, zanim stanie się czerwona i ucieknie gdzieś za ich korony, na drugą stronę ozu.

Kobieta z lubością pozwalała na to, by padające z góry promienie grzały jej policzki, nos i czoło. Przymknęła powieki. Zamyśliła się. Bezwiednie cofnęła całe ciało w głąb ławki, zanurzyła się w niej, prostując nogi, a rozpostartymi rękoma zajęła całą długość drewnianego oparcia.

– Te, nie za dobrze ci?

Bertha już od chwili słyszała zbliżający się ku ławce szurgot żwiru na ścieżce, wiodącej spod ornamentu z winogronami. Nie otworzyła oczu. Była pogodzona z tym, że ta, która szła ku niej, by przerwać jej owe błogie zapomnienie, kimkolwiek była, i tak zaraz zrobi to, co nieodwołalne. Na słuch, po barwie głosu i na poły chamskim, męskim sposobie mówienia poznała Ursulę.

Dziewczyna miała szerokie spodnie wojskowego kroju i bluzę polową z wysoko podwiniętymi rękawami, tak jak nosili się żołnierze Waffen-SS. Do ich nonszalancji i luzu Ursula dorzuciła od siebie jeszcze to, że bluzy nie włożyła w spodnie, jak nakazywał regulamin mundurowy. Falowała teraz na wietrze wokół bioder. Dziewczyna była wychudzona. Włosy na głowie, białe, taki matowy blond, miała przystrzyżone na zapałkę. Na przedramieniu nosiła wytatuowany numer obozowy, jak każdy więzień Konzentrationslager.

– Weź te łapy – rzuciła rozsiadłej po całej szerokości ławy koleżance, na co Bertha, jakby przestraszona, skuliła się, zwijając ku sobie ręce i nogi. Znów siedziała ledwie na brzeżku. I ciągle nie otwierała oczu, zapatrzona pod powiekami gdzieś hen, w jasne słońce ponad Parkiem Piastowskim.

Ursula energicznie klapnęła obok. Z kieszeni bluzy wyjęła papierosy. Wyciągnęła jednego ustami prosto z paczki. Przypaliła. Wygodnie oparta, zaciągnęła się.

– Na górze są tylko ta Ukrainka i Żydówka – powiedziała przed siebie. I spojrzała lekko, ruchem samych oczu na Berthę. Ta milczała, choć szczęka się poruszała i policzki naprężyły. Zacisnęła też mocniej powieki.

Ursula wyraziście wzruszyła ramionami.

– Słyszysz? Same! Ta Ukrainka i Żydówka.
– Simona zabili żydowscy partyzanci gdzieś w lesie na Ukrainie.
– Jaka Ukraina! To było na Białorusi, w Lasach Nalibockich. Zresztą, ty wierzysz w te SS-mańskie kłamstwa? Aleś ty naiwna.

Bertha obruszyła się.

– A co mi zostało? W coś muszę wierzyć. Nasz Führer…
– Nowego Führera masz tu, pod poszwą, którą ta Ukrainka z tą drugą maglują, a którą ty założysz zaraz na kołdrę – zaśmiała się szyderczo Ursula. – Rano przejrzyj prześcieradło. Sprawdź czy leczy się tylko winogronami, czy też może aplikuje sobie dodatkowo uchodźczynie z Ukrainy? Od tego zależy przecież wynik wojny!
– Co też ty, Ursula! – oburzyła się Bertha i nagle posmutniała – Co ty mówisz, przecież nasza wojna już się skończyła.

Zza ławki wyskoczyła ładna, zgrabna, choć nieco przysadzista blondynka w letniej sukience nad kolana. Długie, złociste loki opadały jej falując na plecy, a przycięta równo grzywka zasłaniała do połowy wysokie czoło.

Pchnęła koleżanki w plecy, zaśmiała się perliście z tego kawału i pokonawszy jednym susem oparcie ławki, klapnęła tyłeczkiem między Ursulą a Berthą.

– Ojej, Lilly – zlękła się starsza z nich.
– Odbiło ci?! – warknęła druga.
– Co wy takie! – zaczęła się droczyć Lilly. – Widziałam gości, co dziś przyjechali. Nie wiecie kto to jest ten starszy pan, taki wysoki, bez brzuszka, z piękną twarzą?
– Ten ze szramą na lewym policzku?
– A tam szrama! Popatrz na kształt nosa, na linię podbródka.
– Spodobał ci się?
– Tak, bardzo.
– To Führer, ty głupia! – parsknęła Ursula.

Kolację w sanatorium winogronowym w Grünberg podawano wcześnie, o wpół do szóstej po południu. Personel ściśle egzekwował dyscyplinę, nie patrząc na status pacjentów, czy ich – ważną ostatnimi czasy – rangę wojskową.

Złotowłosa Lilly, zanim wyszła z zastawą i potrawami do jadalni, wyprostowała loki i upchała je w ciemnozielonym czepeczku. W służbowym uniformie nie była już blondynką o zgrabnej, choć nieco przysadzistej, jak to u Niemek, figurce. Nie przeszkadzało jej to jednak i nadal robiła cielęce oczy w kierunku stolika numer 13, przy którym siedział tak fascynujący ją, dojrzały mężczyzna.

Naczelny lekarz zakazał pacjentom poruszania się po sanatorium w mundurach. W czasie zabiegów i wizyt lekarskich obowiązywał strój sportowy, a w stołówce oraz w trakcie zajęć towarzyskich – wieczorowy. Stąd Lilly nie mogła zweryfikować sensacji Ursuli. Jej wspaniały mężczyzna przyszedł do jadalni w ciemnym, modnym garniturze, tak jak wszyscy pozostali kuracjusze. Przyjrzała mu się jednak dokładniej i rzeczywiście, na lśniącej, starannie wygolonej twarzy, na lewym policzku była niezbyt rzucająca się w oczy szrama.

– A, Stauffenberg!

Idol Lilly powitał kuracjusza, z którym miał jadać przy jednym stoliku. Tamten, nieco spóźniony, dopiero przyszedł. Dziewczyna, kryjąc lęk, skonstatowała, że nie miał jednej ręki. Do tego połowę twarzy zakrywała mu czarna przepaska – nie miał też oka!

– Mein Führer! – kaleka stanął na baczność.
– Siadajcie pułkowniku – polecił ten, którego tytułowano Führerem. Inwalida, zachowując głęboką atencję, usiadł do posiłku.

Lilly na chwilę przeszła na zaplecze, odwieźć wózek z brudnymi naczyniami. Gdy wróciła, mężczyźni w zgodnej komitywie byli już zajęci kolacją.

– Słyszał pan, Churchill przegrał wybory – zagaił Führer.
– Nigdy nie ufałem Anglikom. To jest naród bez honoru i poczucia wdzięczności.
– Taaak – zawahał się Führer, pogryzając suchara. – I po co on tak obstawał, aby kontynuować tę wojnę? Walczył na własną zgubę – zatrzymał nieruchomo widelec nad talerzem i spojrzał w oczy rozmówcy – Niewdzięczność. To samo mógłby powiedzieć nasz Führer o panu. Gdyby tylko przeżył, oczywiście.
– Ależ panie marszałku! – obruszył się kaleka.

Dziewczynę odwołano do innych gości. Potem ułożyła naczynia przed zmywakiem i pomogła nowej kelnerce z Ukrainy na końcu sali. Starała się to robić szybko, a i tak straciła swego marszałka z oczu na dłuższą chwilę.

– …tak działa przypadek – usłyszała końcówkę jakiejś myśli tego inwalidy, gdy powróciła w okolice stolika numer 13.
– Gdybym był sekundy szybciej, tam gdzie strzelał kaem tego Spitfire’a, albo gdyby pilot nacisnął spust moment później, trafił by prosto w naszego kubelwagena. Nie było by mnie tutaj, pułkowniku – twardo stwierdził marszałek, pomiędzy jedną łyżką lekkostrawnej zupy z kaszą palmową a drugą – Lub wyglądałbym jak, nie przymierzając, pan. Ile czasu, ile metrów dzieliło mnie od znacznie gorszych ran? Afryka, Berlin, potem Londyn, tyle przygotowań, a cała historia mogła zawrócić pod jakimś tam Sainte-Foy-de-Montgommery. I to nie przez Churchila, Roosvelta czy nawet Hitlera, ale przez anonimowego pilota myśliwca.
– Ktoś mi powiedział – w zamyśleniu dodał ten pierwszy, nabierając sałatkę z kalafiora i pasternaku – że tam, w Wilczym Szańcu, źle ustawiłem torbę z bombą. Na szczęście ktoś mimochodem, zupełnie przypadkowo, kopnął ją w stronę Hitlera. Gdyby nie to, masywny stół uratowałby mu życie. Wszystko przewidzieliśmy, a i tak, na końcu zadziałał przypadek. Myślałem, że obliczyłem parametry co do joty, scenariusz był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. A tu najważniejszy nie był pirotechnik i nie dowódca całej armii rezerwowej, ale zbyt solidny stolarz. Zaważyła nie dokładność wielomiesięcznych przygotowań, tylko czyjś nerwowy odruch, niekontrolowane kopnięcie ścierpniętej nogi.

Marszałek pokiwał głową.

– Pan, pułkowniku, zawsze był za dogadaniem się ze Stalinem, a ja – z Anglikami i Amerykanami. Ale gdyby Iwan pospieszył się, choć dzień lub dwa i te kilkadziesiąt godzin wcześniej odbił ów obóz pod Lublinem… Nagłośnił to, co zobaczyli…
– Konzentrationslager Maydanek.
– Nie 24, ale zaraz 21 lub 22 lipca, gdy jeszcze nie dogadaliśmy się z Roosveltem, nic by nam nie pomogła śmierć Hitlera.

– Lilly, ile mam cię wołać?!

Złotowłosa z niechęcią obejrzała się. Musiała znowu iść do kuchni, opuścić swoje stanowisku przy JEJ marszałku.

Po wczesnej kolacji kuracjusze schodzili na ostatnią w ciągu dnia turę zabiegów. Przypadek sprawił, że obaj wojskowi, ci siedzący przy stoliku 13, mieli stawić się o tej samej porze, u tej samej pielęgniarki sanatoryjnej.

Ursula, która przyjmowała ich obu, wyczytała na głos dane z kart kuracjuszy.

– Pan Erwin – rozejrzała się po korytarzu i skinęła zainteresowanemu głową, zapraszając go tym gestem do gabinetu.
– Pan Claus – zachowała niewzruszoną twarz na widok podchodzącego inwalidy, choć powieki jej drgnęły, a źrenice zwęziły się.

We trójkę weszli do środka.

– Pan, pułkowniku, ma zimną kąpiel w wodzie studziennej z wodą kredową z jeziora pod Saabor. Ma zwiększoną zawartość magnezu i węglanu wapnia. Wanna na lewo. Asystentka przyniesie panu, pana porcję winogron i będzie regulować konsumpcję. – Sprawdziła wzrokiem, czy mężczyzna idzie w stronę szatni i czy ma ręcznik.

Zawahała się nieco i oschłym tonem dodała:

– To jest uchodźczyni, od tygodnia w Grünberg. Zna pan choć trochę rosyjski? Bo ona jeszcze miesza nieco słowa i kaleczy niemiecki.
– Pan, panie feldmarszałku – zwróciła się do drugiego – Też kąpiel zimna, woda studzienna z dodatkiem igliwia sosnowego i świerkowego.

Rommel podążył za towarzyszem. Tak jak miejsca w jadalni mieli przy jednym stoliku, tak i tu, wanny też stały obok siebie. Spotkali się więc wnet, rozebrani, z ręcznikami.

Ursula już na nich czekała. Gdy weszli do wody, wskazała ręką za siebie.

– Olena – przedstawiła kruczowłosą, wysoką, dobrze zbudowaną kobietę, która za pielęgniarskim czepkiem kryła splecione w krąg warkocze. Przywołała ją gestem – Dostarczy wam dzisiejsze lecznicze porcje winogron.

Odprawiła Ukrainkę i dodała:

– Gdyby było coś nie tak, jakieś trudności z nią, zawołajcie mnie. Jestem obok.

Przyglądający się temu z uwagą Rommel, nagle złapał ją za nadgarstek. Lekko pociągnął całą rękę, aż do wyprostowania, spojarzał na tatuaż i cicho spytał:

– Dawno cię zwolniono?
– Jesienią 46. Nieco ponad pół roku temu.
– Ravensbrück?
– Od 1937 roku Moringen, po pół roku przeniesiona do KL Lichtenburg. W Ravensbrück od 1942 – meldowała bezwiednie, niczym automat przyjmując postawę zasadniczą.

Marszałek przyciągnął łokieć Ursuli do swego torsu, wystającego z wody.

– Jeśli to nie tajemnica… Czy mogę spytać? Za co tak już w 1937, na samym początku? Czym się naraziłaś?
– Ja? – zdziwiła się Ursula. Wróciła jej pewność siebie, całe to lekceważenie, jakim darzyła wszystko dookoła – Niczym. Ojciec działał z takim Lisowskim, blacharzem z Grünberg, w towarzystwie polskich rzemieślników.
– Polka? – nie kryjąc niesmaku zdziwił się Stauffenberg.
– Skąd ten pomysł?! – oburzyła się dziewczyna. – Nie cierpię tych ze Wschodu. Może Lisowski, ale on robił to na przekór rodzinie żony. Własne dzieci się go wyparły.
– Jak do tego doszło? – rzeczowo drążył Rommel.
– W 1935, gdy ten cały Bundführer, Lisowski, dostał na Gestapo ataku serca, aresztowali i innych. Z rodzinami. W BDM w Grünberg dziewczęta przygotowywały się do zawodu, większość na przedszkolanki, ale część na pielęgniarki i opiekunki chorych. Ja chodziłam do Borchers-Haus, gdzie diakonisy z Bethesdy kształciły w pielęgniarstwie. Dlatego też mnie od razu wywieźli. Potrzebowali takich jak ja w Moringen. Nikt nie pytał, kim się czuję… Dla jasności – uprzedziła kolejne pytanie pułkownika – miałam status pracującej więźniarki, a nie personelu.
– Masz odszkodowanie? – zainteresował się marszałek.
– Dostałam pierwszeństwo do tej pracy. I specjalny dodatek co miesiąc do poborów.

Ciąg dalszy za tydzień

Projekt: Irena Bobowska. Zakończenie / Abschluß

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

Schulzestr. 1
13187 Berlin Pankow

S-Bahn: Wollankstraße

*

Dziś, 23 września 2022 o godz. 20 organizujemy spotkanie kończące projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka. Brakująca połowa historii”.
Naszymi gośćmi są organizatorzy, współpracownicy i osoby biorące udział w projekcie.
*
O projekcie opowiedzą Anna Krenz i Ela Kargol
Wiersze Ireny Bobowskiej po polsku i po niemiecku przeczyta Karen Kandzia
Filmowe impresje – Jasha Seibel
Zdjęcia – Maciej Soja
Muzyka live
Wystawa

*

Zrobimy sobie wspólne zdjęcie

Było nas w sumie ponad 40 osób, w tym 16 panelistek, 4 muzyków, 5 tłumaczek, 2 techników, 1 performerka, 1 filmowiec i 2 fotograf*ki, 1 praktykantka.

Byliśmy, jak to zawsze pisała Ania Krenz, w ciągu jednego miesiąca w 4 miejscach, odbyły się 4 zupełnie różne dyskusje i koncerty, 4 performance – każdy inny.

To jest nasze piąte miejsce – dziś po raz pierwszy zobaczymy performance w całości.

Polin – to żydowski wyraz, oznaczający: tu odpoczniesz. Przyjdź, napijemy się wina, porozmawiamy. Tu i dziś odpoczniesz.

Projekt Irena Bobowska. Erinnerung. Pamięć.

4. ERINNERUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

WAS: 4. Event Projekt “Irena Bobowska”
WO: Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Chaussee 100
WIE: U-Bahn Adlersfof / Bus 164 ==>> BER Stop: Dankmarsteig
WANN: Donnerstag / czwartek 22.09.2022 / 18:00 – 21:00

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska, die vergessene Heldin.
DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte
Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Viele von ihnen haben in Berlin gehandelt oder sind dort ermordet. In dem Projekt wollen wir an die Polinnen in Berlin erinnern, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.
Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy
Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Erinnerung
Erinnerungskultur, Erinnerungspolitik, Denkmäler, Frauen. Unsere Mütter, Großmütter, Tanten, Urgroßmütter. Kriegerinnen, Opfer. Wissenschaftlerinnen, Arbeiterinnen, Künstlerinnen, Hausfrauen. Anonyme Heldinnen. Was kann getan werden, um ihnen eine Stimme zu geben, um ihre Erinnerung in der kollektiven Kultur wiederherzustellen, insbesondere im Kontext der deutsch-polnischen Beziehungen?

Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Grüßwort: Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Rede: Katharina Struber, Bildhauerin, zusammen mit Architekt Klaus Gruber Gestalterin der Begräbnisstätte und Erinnerungsort Friedhof Altglienicke

Rede: Klaus Leutner, Forscher, Autor, Initiator des Erinnerungsorts Friedhof Altglienicke

Rede: Wacława Małecka und Mitgliederinnen des Vereins der Freunde der Dabrówka-Schule, Poznań

Performance: Karen Kandzia

Anna Krenz bei der Veranstaltung in der Nikodemus Kirche am 15.09.2022; Foto: Krzysztof Rottermund

Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.
dr Iwona Dadej / Instytut Historii PAN
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin
Anja Witzel / Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/
Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Liebe Besucher*innen,
laut Informationspflicht nach Art. 14 DSGVO weisen wir darauf hin, dass während dieser Veranstaltung Foto- und Videoaufnahmen angefertigt werden. Diese verwerten wir für Zwecke der Berichterstattung und der Öffentlichkeitsarbeit. Dazu werden die Aufnahmen in diversen lokalen und sozialen Medien, wie z.B. Internetauftritt (www.dziewuchyberlin) und unseren Facebook-Seiten veröffentlicht. Rechtsgrundlage für die Verarbeitung der Foto- und Videodaten von Ihnen ist Art. 6 Abs. 1 (f) DS-GVO, da ein berechtigtes Interesse daran besteht, die Öffentlichkeit über die Aktivitäten des Dziewuchy Berlin zu informieren und unsere Gruppenaktivitäten zu dokumentieren. Empfänger dieser Daten sind somit intern die mit Öffentlichkeitsarbeit betrauten Mitglieder*innen unserer Gruppe und extern die regionale Presse sowie Redaktionen und Redaktionssysteme von Printmedien, Onlinemedien und international operierende Social Media-Anbieter. Datenschutzrechtlich Verantwortlicher ist die Gruppe Dziewuchy Berlin.

Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.
In Kooperation mit: Regenbogenfabrik; Polonijna Rada Kobiet+
**************
Gefördert durch:
Senatsverwaltung für Kultur und Europa / https://www.berlin.de/sen/kultur/

#IrenaBobowska #DziewuchyBerlin #niewiederkrieg 
#Poznań #Berlin #Lenzen #historiakobiet #miejscapamięci 
#polnischesdenkmal #polkiwberlinie #Polkopedia 
#VergesseneHeldin #ZapomnianaBohaterka
#Herstoria #polnischdeutscheschwesternschaft 
#polskoniemieckesiostrzeństwo 
#feminizmponadgranicami #Ojczyzna #Heimat 
#Krieg #Wojna #Pomnik #ZaNaszaiWaszaWolnosc 
#poznanianka 

Frauenblick oder…

Monika Wrzosek-Müller

…nochmal über Emmanuel Carrère

An mir nagt das Gefühl, jemandem Unrecht getan zu haben. Ich habe Emmanuel Carrères Buch Yoga hier zerrissen, ohne mich über seine anderen Werke und über seine Person gründlicher informiert zu haben. So fühle ich mich verpflichtet, seine außergewöhnliche Biographie eines russischen – ja nun, wie soll man sagen – Schriftstellers, Terroristen, auf jeden Fall eines Typen, der alle Grenzen überschritt, die Begriffe aufmischte, sein Leben immer wieder neu erfand und in den jeweiligen Rollen auch exzellent auftrat, eher eines Delinquenten als Dissidenten, nämlich über Eduard Limonow, zu würdigen und zu empfehlen. Es geht hier um Eduard Venjaminowitsch Sawenko, der sich selbst Limonow nannte, geb. 1943 in der Ukraine, in der Nähe von Charkiw, gest., 2020 in Moskau.

Natürlich gewinnt die Biografie jetzt, nach dem brutalen Angriff Russlands auf die Ukraine, eine besondere Aktualität und Scharfsicht. Hätten wir mehr solche Bücher gelesen, dann wüsten wir besser über Russland, über die Zerrissenheit der Einwohner dieses riesigen Landes, über ihre Gefühls- und Emotionslage Bescheid. Dass sie die Perestroika und Glasnost nicht immer begrüßt haben und dass es oft im Innern kochte und Widerstände gab.

Für mich ist faszinierend, wie nah der Autor eigentlich seinem Helden ist: ähnlich egozentrisch und auf sich fixiert. Das ist auch, was ihn an der Figur, an dem Menschen Limonow fesselt. Auch die Tatsache, dass er in seinen fast ausschließlich autobiografischen Büchern „ehrlich bis zur Ekstase“ ist. Da ähneln sich die beiden Helden sehr, doch lebt Carrère seine Sehnsüchte und Träume nicht so exzessiv aus. Als Sohn einer französischen, aber russischstämmigen Historikerin, Helene Carrère d´Encausse, die als eine der ersten den Untergang und Zerfall der Sowjetunion vorhersagte, hatte er schon einen besonderen Zugang zu dem Land. Limonow selbst traf er in den 80er Jahren auch persönlich in Paris; der Autor, als junger Spund, nahm damals alles in sich auf – das intellektuelle Leben der französischen Elite; das Sich-Treffen, Mischen, Austauschen, Feiern. Über den Limonow jener Tage schreibt er: „Die Freiheit seines ganzen Auftretens und seine abenteuerliche Vergangenheit imponierten uns jungen Bürgerlichen. […] Er liebte Prügeleien und hatte unglaublichen Erfolg bei Frauen.“ Der Held des Buchs, Limonow, damals in Paris gefeierter Skandalautor, gerade aus New York angekommen, und sein Buch Fuck off, Amerika, gerade auf Französisch erschienen. Ich denke, das ist auch das, was das Buch so lebendig und unterhaltsam macht. Der Autor schwankt bei der Figur zwischen Begeisterung und Ekel, sie zieht ihn an und stößt ab; er beschreibt dabei auch manchmal sich selbst, und während wir das lesen, unterliegen wir auch diesen Schwankungen, das macht auf jeden Fall den Text authentisch und überaus spannend.

Erst viel später, 2007, fährt Carrère nach Moskau, um eine Reportage über Limonow zu machen; er trifft jetzt viele Oppositionelle, die erstaunlich positiv über Limonow sprechen: „Er ist mutig!“, das ist der Tenor. Deswegen fängt auch die Biografie damit an, dass er mit den Leuten um Anna Politkowskaja sprechen will, um die Umstände ihres Todes aufzuklären, und wir lernen eine breite Szene von Moskauer Menschenrechtsaktivisten kennen; da tummelt sich dann auch der ihm schon bekannte Limonow. Schön ist auch das Eingeständnis des Autors, dass sein Held in keine eindeutige Beschreibung passt und dass „sein new wave-artiges Dissidententum erfrischend war“; er schreibt die Biografie auch anhand von dessen Büchern, interviewt ihn eigentlich nie. Er sammelt Informationen über ihn von anderen Menschen, er führte mit über dreißig Personen Gespräche über Limonow.

Der Lebenslauf des inzwischen verstorbenen Helden liest sich wie ein Krimi und ist wirklich voller Überraschungen und Wenden, die eigentlich nicht in ein „normales“ Leben reinpassen, so prall ist es gefüllt. Geboren wurde also er irgendwo in der Nähe von Charkiw; da schon als herumlungernder Poet aufgefallen, geht er nach Moskau, wo er eigentlich studieren will, aber hauptsächlich rebelliert, für Bekannte aus der Szene Hosen schneidert und gut lebt. Dann wird er 1974 aus der UdSSR ausgewiesen, heiratet ein Model und geht zusammen mit ihr nach Amerika, wo er hofft, eine große Kariere zu machen. Er gerät aber in Umstände, die alles andere als rosig sind und die er dann in dem Buch It´s Me, Eddie (auf Deutsch ziemlich schräg übersetzt als Fuck off, Amerika) beschreibt; er wird zum Dissidenten gegen das Dissidententum. So verhält er sich aber sein Leben lang. Mit seinem Buch landet er in Paris und wird dort gefeiert, kann in den besten Zeitschriften und Verlagen veröffentlichen; aber dieses bequeme bürgerlich-intellektuelle Leben passt ihm nicht und so verschwindet er dann wieder nach Moskau, wo nach dem Zusammenbruch des Kommunismus „die Dinge in eine seltsame Richtung zu laufen begannen“. Er verschwindet auf den Balkan, wo er an der Seite von Radovan Karadzic (wie der bekannte polnische Filmregisseur Pawel Pawlikowski in einem Dokumentarfilm „Serbisches Epos“ gezeigt hat), eindeutig für die Serben optiert und sogar auf Menschen im belagerten Sarajevo schießt. Entsprechend setzt er sich später für die Tschetschenen ein, dann in Abchasien gegen die Georgier, und letztendlich wird er 2001 verhaftet und verbringt einige Jahre im Gefängnis, die er auch produktiv nutzt – wo er Bücher schreibt und meditieren lernt. Dazwischen gründet er die Nationalbolschewistische Partei, gibt die Zeitschrift „Limonka“ – die Handgranate – heraus. Er umgibt sich zunächst mit Punks, dann mit faschistoiden Typen, Elementen, die mit kahlrasierten Schädeln und schwarzer Kleidung mit erhobenem Arm, oder aber auch geschlossenen Faust skandierend durch die Straßen Moskaus ziehen. Das alles tut er aber sozusagen augenzwinkernd; gleichzeitig verbandelt er sich auch mit Garri Kasparow und Boris Nemtsow gegen Putin, organisiert sogar „Märsche der Dissidenten“; auf jeden Fall ist er immer ein Star und starker Typ, immer umgeben von Frauen, immer ein Extremist, nie in Ruhe, auch nicht in der Abgeschiedenheit, in der tiefsten Provinz. Er meint, Krieg sei ein existenzielles literarisches Erlebnis und Extremismus seine persönliche Wahrhaftigkeit.

Das Buch erzählt von Limonow, aber auch von Russland und von dem Autor selbst, von dem Durcheinander und der Schnelligkeit der Ereignisse, die diese Zeit bestimmt haben, von den Wechselwirkung des Schicksals einer Persönlichkeit mit den Geschehnissen rundherum, und da sich das so leicht und beschwingt liest, meint man manchmal, es könnte erfunden sein. Am Schluss des Buches sprechen Carrère und Limonow doch direkt miteinander. Limonow: „Ich liebe den Irrsinn. Mein ganzes Leben beweist das. Ich kultiviere nicht Logik, sondern Ekstase. Meine morbiden Empfindungen verschaffen mir Freude“; da kommt es Carrère die Einsicht: „Ich denke, er könnte eine Art Guru in Zentralasien werden“.

Z wolnej stopy 63

Dawno nie widziany! Witamy serdecznie.

Zbigniew Milewicz

Wyższe sfery

The king is dead, long live the king… skanduje świat przed brytyjskim tronem, ale Karol III już zbiera baty. Media, zwłaszcza społecznościowe, zauważają każdą jego niezręczność, wpadkę, nietakt. Przypominają, że już w roli księcia dał się poznać światu, jako ekscentryk, próbujący wpływać na decyzje rządu, albo publicznie głoszący dyskusyjne poglądy, jako bohater różnych skandali, typ nadmiernie emocjonalny, który żył jednocześnie w cieniu swojej matki.

„ To zupełnie inny król. Inna postać, niż jego matka. Elżbieta mimo swej niezwykłej pozycji była osobą bardzo skromną. Było to widać zarówno w codziennym życiu, jak i w jej sposobie odnoszenia się do służby, osób z którymi pracowała. Karol miał zawsze inne podejście do życia. Jest oderwany od rzeczywistości.”

Autorka cytowanej wypowiedzi, Wioletta Wilk-Turska, ekspertka do spraw monarchii brytyjskiej, której treść przytaczam za Gazetą.pl, podkreśla, że monarchini rozumiała potrzeby służby. Wiedziała, że jest im ciężko. Wiedziała, że nie mają życia osobistego, bo często muszą z nią podróżować i przebywać przez okrągłą dobę. Pamiętała trudne czasy, w których się wychowała, więc była ludzka. Na wiele rzeczy przymykała oko. Z kolei Karol został wychowany, jako następca tronu, jako najlepsza partia do wzięcia. To przewróciło mu w głowie.

„Wydawał skrupulatne wytyczne dotyczące swojej codzienności. – czytam w dalszym ciągu tekstu. – Na przykład do tego, jak ma mu zostać nałożona pasta do zębów, jaka temperatura do kąpieli jest najlepsza, a jak powinien zostać ułożony ręcznik kąpielowy.“ To wszystko powoduje, że część brytyjskiej opinii publicznej jest niechętna nowemu władcy. Tak jak zmarła Królowa Elżbieta II żegnana jest na Wyspach z powszechnym respektem i autentyczną, ogromną sympatią, tak Karol III budzi przeciwne reakcje. Nie mówię, że powszechnie, ale są one zbyt głośne, by je bagatelizować. O zmarłej królowej wspomina się, że może i bywała surowa, formalna i nieokazująca emocji, ale za to sprawiedliwa i niezmienna w swoich postawach. Nie komentując różnych rodzinnych wybryków, zawsze gotowa była wesprzeć delikwenta i naprowadzić na dobre tory – zauważa korespondentka Gazety.pl w Londynie, Ola Długołęcka. Karol III w często powtarzanej, obiegowej opinii to natomiast gbur i ważniak. „Ma mechaniczne odpowiedzi na wszystko, jakby wyuczone na pamięć i napisane przez doradców.” To tylko jeden z głosów z londyńskiej ulicy, który przytaczam za korespondentką. Niechęć do nowego monarchy nie bierze się wyłącznie z jego dziwactw i odmiennego, w porównaniu z matką, charakteru. Powodem są również, albo zwłaszcza, kontrowersyjne decyzje, które podejmuje.

The Guardian pisze, że już kilkadziesiąt osób z Clarence House, królewskiej rezydencji w Londynie, otrzymało informacje o zwolnieniu z pracy. W gronie zwolnionych są prywatni sekretarze, członkowie biura finansowego, zespół ds. komunikacji i pracownicy domu. Jest to tym smutniejsze, że wymówienie przekazano im w czasie, gdy w katedrze św. Idziego w Edynburgu odbywało się nabożeństwo dziękczynne za królową.

„Karol potrafi być kapryśny. Próbuje już pierwsze rzeczy poprzestawiać po swojemu. Podejmuje działania szybko, bo czuje, że on teraz rządzi i czekał na ten moment bardzo długo. Mógł jednak poczekać ze zmianami przynajmniej do pogrzebu swojej matki“ – stwierdza W. Wilk-Turska. Jej opinia nie jest odosobniona. Przeciwko Karolowi III demonstruje londyńska ulica, wśród protestujących dochodzi do aresztowań. W ubiegłym tygodniu w okolicach Parliament Square grożono zatrzymaniem brytyjskiemu adwokatowi, który… trzymał w ręku pustą kartkę papieru. Podszedł do niego oficer policji, poprosił o dane personalne i poinformował, że jeżeli napisze na kartce „Nie mój król“, to zostanie zaaresztowany na mocy ustawy o porządku publicznym, bo kogoś mógłby obrazić. Pojawia się zatem pytanie, czy wolność słowa na Wyspach Brytyjskich jest faktycznie respektowana. Wszyscy wiedzą, jak się ona miewa w Rosji i na Białorusi, ale że w demokratycznej Anglii też można wylądować w pudle za „mówię, co myślę“, to dla mnie ciekawostka.

„Jak wielu, byłem zszokowany arbitralnym aresztowaniem protestujących, sugerujących, że król Karol III nie został wybrany przez nich na głowę państwa. Popierasz monarchię, czy nie, kwestia wolności słowa ma fundamentalne znaczenie“ – napisał na Twitterze brytyjski ekonomista, prof. Richard Murphy.

Wioletta Wilk-Turska uważa mimo wszystko, że pierwsze emocje narodu, jeżeli chodzi o nowego monarchę, są pozytywne. Oddał hołd matce, zapowiedział, że będzie podążał jej drogą. Zobaczymy, jak będzie to wyglądało w praktyce – konkluduje, dodając, że czas pokaże także, czy społeczeństwo pozwoli mu zapomnieć o grzechach przeszłości.

Sceptyczny co do Karola III jest natomiast mój śląski sąsiad Jurek, emerytowany kierowca monachijskich autobusów i największy osiedlowy ekspert w dziedzinie polityki: Łon mo tela lot co jo i powinien dać ta korona swojymu Wilusiowi, a som różaniec rzykać za to, co nagrzyszył.

Jurek mu zwyczajnie zazdrości – kontruje żartobliwie Marta, jego żona.

Zwolennikom i przeciwnikom nowego, brytyjskiego monarchy dedykuję na zakończenie Opowieść o złym lordzie Gburze, według A. A. Milne’a z Księgi Nonsensu, której dawno tu nie cytowałem, gdyż bohater tej historii też należy do brytyjskiego establishmentu. Rozdział, z którego pochodzi wiersz, nosi tytuł Wyższe sfery, ale poza tym wszelkie podobieństwo lorda Gbura do Karola III może być tylko przypadkowe.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEM ZWYCZAJNY chcę!”