Zaklinanie deszczu 2

Wczorajszy wpis wywołał burzę z piorunami. Zobaczymy, jak mi pójdzie dzisiaj…


Ach, jakaż to wspaniała książka. Jedna z lepszych jakie w życiu czytałam. Zawsze się martwię, że jak mi każą wybierać dziesięć książek do zabrania na bezludną wyspę, to o niej zapomnę. Z tymi dziesięcioma książkami to zresztą dziwna sprawa. Kiedyś myślałam, że zabiorę Prousta, w końcu siedem tomów, i z głowy. Ale teraz wiem, że nie można się przygotowywać na całe życie tylko z Proustem. Na pewno trzeba mieć ze sobą pierwszy tom, ale więcej nie trzeba. A więc Proust, Saul Bellow, Saroyan – Cóż za pomysł, tato!, Gerald Durrell – Moja rodzina i inne zwierzęta, Markus Zusak – Złodziejka książek, Robert van Gulik – jedna z książek o sędzim Di, na przykład Sędzia Di i chiński gwóźdź, Margaret Atwood – Pani Wyrocznia, Pascal Mercier – Nocny pociąg do Lizbony, Harper Lee – Zabić drozda, Romain Rolland – Cola Breugnon. I jedenasta – nadprogramowa – Nicole Kraus, The history of love.

Teraz sobie uświadamiam, że już raz robiłam na blogu podobną listę, ale niezbyt ją pamiętam. Nie wiem co się tu powtórzy, ale na pewno była Harper Lee. Sprawdzam i okazuje się, że było to 2,5 roku temu, w lutym 2016 roku…: Moje książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.
Czyli trzy te same książki, Harper Lee, Romain Rolland i Proust. Dużo to czy mało? Czy trzy książki na dziesięć znaczą, że jestem wierną czytelniczką, czy przeciwnie – niewierną… Dodam też, że żadna z tych książek, które się pojawiły na dzisiejszej liście, nie jest odkryciem nowym – wszystkie czytałam i wtedy, gdy zestawiałam poprzedni spis… O Hendersonie… wtedy zapomniałam.

Zawsze wierzyłam w to, co mi ktoś powiedział, że Bellow dostał za Hendersona… doktorat honoris causa z etnografii, ale usilne poszukiwania udowodniły mi, że chyba to nieprawda. Bo owszem, dostał hc, nawet kilkakrotnie, ale z literatury. Szkoda. Jak zawsze okazuje się, że zmyślenie jest lepsze od faktów…

W każdym razie – ja bym mu dała doktorat z etnografii za tę książkę, nawet jeśli wszystko w niej jest zmyśleniem, jak w każdej pikardyjskiej opowieści o zwariowanym wędrowcu, czy był to król Jan czy łazik z Tormesu.

To piosenka Rain King, do której inspiracją była powieść Bellowa… Gdy to piszę pada deszcz… Niech pada, niech pada… Bo jak nie pada, to nie tylko jest susza, ale w wodzie, gdzie poi się krowy zalęgną się żaby… (Nie wiecie o co mi chodzi – to znaczy, że koniecznie musicie przeczytać tę książkę. To historia człowieka, który jest złośnikiem i w złości porzuca, dom, rodzinę i rzeźnię śwień, która przyniosła mu ulewę pieniędzy, i wyjeżdża do Afryki, gdzie kompromituje się w sprawie żab i tak dalej).

Ze​wnętrz​ne scho​dy – sze​ro​kie, wy​god​ne – skrę​ca​ły na dru​gą stro​nę bu​dyn​ku. Ro​sną​ce tuż obok drze​wo chwia​ło się i trzeszczało, po​nie​waż ja​cyś lu​dzie wy​ko​ny​wa​li wśród konarów oso​bli​we za​da​nie, mia​no​wi​cie z po​mo​cą sznu​rów i prymitywnych drew​nia​nych blo​ków win​do​wa​li na ga​łę​zie duże gła​zy. Wrzesz​cze​li do za​ło​gi na​ziem​nej, któ​ra podpiera​ła gła​zy od dołu, a ich twa​rze jaśnia​ły bla​skiem wy​tę​żo​nej pra​cy. He​re​ko wyjaśnił mi, a ja nie bar​dzo go zro​zu​mia​łem, że te ka​mie​nie mają ja​kiś zwią​zek z chmurami i desz​czem, któ​ry Wa​ri​ri spodziewa​ją się spro​wa​dzić na zie​mię pod​czas niedale​kiej już cere​mo​nii. Wszy​scy tu wydawa​li się bar​dzo pew​ni, że uda im się dzi​siaj zro​bić deszcz. Sę​dzia śled​czy po​wie​dział wczo​raj​szej nocy: – Wak-ta – i po​ka​zał pal​ca​mi ule​wę. Ale na nie​bie nie ​by​ło nic. Zu​peł​na pust​ka, je​że​li nie li​czyć słoń​ca. Jak do​tąd były tyl​ko te okrą​głe ka​mie​nie na ga​łę​ziach, któ​re naj​wy​raź​niej mia​ły przed​sta​wiać deszczowe chmu​ry.

Henderson idzie spotkać się z królem. Rozmawiają trochę, a potem ruszają na dziedziniec, bo czas rozpocząć ceremonię.

Na dzie​dziń​cu do pro​ce​sji przy​łą​czył się He​re​ko ze swo​imi paraso​la​mi, a tak​że ama​zon​ki, żony, dzie​ci nio​są​ce dłu​gie pęki ku​ku​ry​dzy, wo​jow​ni​cy trzy​ma​ją​cy w ra​mio​nach boż​ków i fetysze, do​pie​ro co po​cią​gnię​te ochrą i wap​nem i ta​kiej brzydoty, na jaką stać ludz​ką pomy​sło​wość. Nie​któ​re, zda​wa​ło się, mia​ły same zęby, inne same noz​drza, kil​ka zaś obdarzo​no przy​ro​dze​niem więk​szym od ich ciał. Na dzie​dziń​cu zro​bi​ło się na​gle bar​dzo tłocz​no. Słońce pie​kło i pra​ży​ło. (…)  Te wrza​ski, to pod​nie​ce​nie! Te ryki, te głę​bo​kie pomru​ki bęb​nów, jak gdy​by zwie​rzę​ta prze​mó​wi​ły znów za po​śred​nic​twem skór, któ​re kiedyś ob​le​ka​ły ich ciel​ska! Był to po​tęż​ny wy​buch wrza​wy, przypo​mi​na​ją​cy Co​ney Island czy Atlan​tic City, czy Ti​mes Square w noc syl​we​stro​wą. W mo​men​cie kie​dy król opusz​czał dzie​dzi​niec, po​twor​na ka​ko​fo​nia zdy​stan​so​wa​ła wszyst​kie zna​ne mi do​tąd hała​sy.
Na​tę​ża​jąc glos do wrza​sku spy​ta​łem kró​la:
– Gdzie…?
Schy​li​łem się ni​sko w ocze​ki​wa​niu od​po​wie​dzi.
– … mamy spe​cjal​ne miej​sce… are​na – od​parł.
Nie usły​sza​łem wię​cej. Szał był szałem wiel​ko​miej​skim. Ko​tło​wa​ła się taka ciż​ba mężczyzn, ko​biet i fe​ty​szów, tak ogłu​sza​ją​ce było war​cze​nie jak​by bi​tych psów, świst jakby ostrzo​nych sier​pów, głos ro​gów tak dziu​ra​wił i roz​dzie​rał po​wie​trze, że nie da​ło​by się tego za​re​je​stro​wać na nor​mal​nej ska​li. Ba​rie​ra dźwię​ku mo​gła lada mo​ment pęk​nąć. (…)
Tłum
li​czył co naj​mniej ty​siąc osób, w więk​szo​ści na​gich, czę​sto o cia​łach po​kry​tych jaskra​wą farbą, a wszy​scy uży​wa​li prze​róż​nych ha​ła​śli​wych in​stru​men​tów i wrzesz​cze​li. Po​wie​trze było cięż​kie, dusz​ne, więc swę​dzi​ła mnie skó​ra na ca​łym cie​le. Był to groź​ny, prze​siąk​nię​ty ku​rzem upał i chwi​la​mi mia​łem uczu​cie, że ktoś okrę​cił mi twarz kawałkiem szorst​kiej wełny. Tłum uno​sił mnie, wciąż u boku kró​la. Pro​ce​sja wy​szła na sta​dion – nad​uży​wam tego po​ję​cia – czy​li dużą prze​strzeń oko​lo​ną drze​wa​mi. W środ​ku stał po​czwór​ny rząd ławek wy​ku​tych w bia​łym wa​pie​niu. Król miał spe​cjal​ną lożę, gdzie rów​nież mnie po​sa​dzono, pod bal​da​chi​mem ozdo​bio​nym po​wie​wa​ją​cy​mi wstąż​ka​mi, w oto​cze​niu żon, urzędni​ków i ro​dzi​ny kró​lew​skiej. Ama​zon​ki w ka​mi​ze​lach przypominających gor​se​ty, wszyst​kie o ro​słych, gład​kich cia​łach i de​li​kat​nych, wygolonych, ogrom​nych gło​wach, okrągłych jak me​lo​ny, owal​nych jak kan​ta​lu​py, podługo​wa​tych jak dy​nie, sta​nę​ły do​oko​ła nas na stra​ży. (…)
Nie​sio​ny wy​so​ko przez czte​ry ama​zon​ki, każ​da przy jed​nej jego no​dze, za​je​chał sto​lik brydżo​wy. Sta​ła na nim misa z dwie​ma czasz​ka​mi ludz​ki​mi, któ​re wi​dzia​łem nie​daw​no w aparta​men​tach kró​lew​skich. Ale te​raz mia​ły prze​wią​za​ne przez oczo​do​ły dłu​gie i bardzo błysz​czą​ce ciem​no​nie​bie​skie wstąż​ki. Po​sta​wio​no czasz​ki przed kró​lem, któ​ry rzucił im jedno spoj​rze​nie i wię​cej na nie nie pa​trzył. (…) na​gle kil​ka od​dzia​łów amazonek usta​wi​ło się w sze​re​gi i wy​mie​rzy​ło z musz​kie​tów w nie​bo. Te ro​słe ko​bie​ty za​czę​ły od​da​wać sal​wa po sal​wie, naj​pierw na cześć kró​la, po​tem jego zmar​łe​go ojca Gmila, po​tem na cześć kil​ku in​nych osób. Wresz​cie, wy​ja​śnił mi król, była sal​wa honorowa dla mnie.

Wywoływanie deszczu to niełatwa sprawa. Tu nie starczą już kamienie na gałęziach drzew, czaszki przeplecione błyszczącymi wstążkami i salwy z muszkietów. Na oczach króla, jego świty i Hendersona, tnie się nożem ciało starego mężczyzny…

Ale cię​cia nie były głę​bo​kie, tyl​ko uko​śne i po​wierz​chow​ne, i mimo szyb​ko​ści, z jaką pokryty ma​lun​ka​mi ka​płan wy​ma​chi​wał no​żem, były wy​ko​ny​wa​ne pla​no​wo i zręcz​nie. W świe​że rany wcie​ra​no ochrę, co mu​sia​ło piec jak wszy​scy dia​bli, ale ten człowiek da​lej szcze​rzył zęby, a król po​wie​dział:
– Ta pro​ce​du​ra jest, moż​na rzec, pra​wie na pół zwy​czaj​na, panie Hen​der​son. Zmartwienie nie jest po​trzeb​ne. On w ten sposób awan​su​je jako ka​płan, co go bar​dzo cieszy. Je​śli idzie o krew, pa​nu​je mnie​ma​nie, że po​bu​dza ona nie​bo do desz​czu czy też urucha​mia pom​py firma​men​tu. (…) Roz​le​gła się ze wszystkich luf ogłu​sza​ją​ca sal​wa i wraz z nią głę​bo​kie dudnie​nie ba​so​wych bęb​nów. Król wstał. Osza​la​łe wrza​ski ra​do​ści! Fontanny po​chwał! Twa​rze pa​ła​ją​ce dzi​ką dumą, wy​krzy​wio​ne róż​no​ra​kim natchnieniem. Od czar​ne​go tła ciał szcze​pu Wa​ri​ri ode​rwa​ła się czy też z nie​go buch​nę​ła fala czer​wie​ni, wszy​scy stanę​li na białym ka​mie​niu try​bun i po​wie​wa​li czer​wo​ny​mi przed​mio​ta​mi. Szkar​łat był ko​lo​rem dni świą​tecz​nych szcze​pu Wa​ri​ri. Ama​zon​ki zasaluto​wa​ły pur​pu​ro​wy​mi sztan​da​ra​mi, barwą kró​lew​ską. Unie​sio​no w górę purpurowy pa​ra​sol kró​la, roz​ko​ły​sa​ła się opię​ta je​dwa​biem ko​pu​ła.
Kró​la nie było już obok mnie. Wy​szedł z loży, żeby za​jąć po​zy​cję na are​nie. Po dru​giej stro​nie krę​gu, któ​ry był nie więk​szy od pola bram​ko​we​go bo​iska, uka​za​ła się wy​so​ka kobie​ta. Była naga do pasa i całą gło​wę mia​ła w weł​ni​stych kę​dzior​kach. Kiedy po​de​szła bli​żej, zobaczy​łem, że jej twarz po​kry​wa pięk​ny deseń blizn (…).
Dziew​czy​na mia​ła na so​bie szkar​łat​ne spodnie, har​mo​ni​zu​ją​ce ze spodnia​mi kró​la, i była jego part​ner​ką w grze, któ​rą te​raz rozpo​czę​li. Do​pie​ro w tym mo​men​cie za​uwa​ży​łem, że na środ​ku are​ny stoi kil​ka osło​nię​tych płach​ta​mi po​są​gów. Do​my​śli​łem się – i słusz​nie – że są to bo​go​wie. Do​ko​ła nich i nad nimi król i złoco​na dziew​czy​na roz​po​czę​li grę posługu​jąc się czasz​ka​mi. Okrę​ca​li je na dłu​gich wstąż​kach, każ​de z nich prze​bie​ga​ło kilka kro​ków i wy​rzuca​ło czasz​kę wy​so​ko w po​wie​trze, po​nad drew​nia​ne fi​gu​ry przykryte płach​tą. Czasz​ki wy​la​ty​wa​ły hen w górę, po czym król i dziew​czy​na je chwytali. Ro​bi​li to bar​dzo zręcz​nie. Po pierw​szych kil​ku rzu​tach, za​pa​no​wa​ła ci​sza. Po chwi​li za​czął do​cie​rać do mnie świst okręcanych w po​wie​trzu cza​szek. Dziewczy​na rzuciła swo​ją. Sze​ro​kie nie​bie​skie i szkarłatne wstążki spra​wi​ły, że wy​glą​da​ła jak kwiat w po​wie​trzu. W pół dro​gi mi​nę​ła się z czasz​ką rzu​co​ną przez kró​la. Obie spa​dły w dół, a za nimi ogo​ny po​wie​wa​ją​cych nie​bie​skich wstą​żek, jak gdy​by były parą mor​skich polipów. Wkrót​ce zro​zu​mia​łem, że nie jest to zwy​kła gra, ra​czej za​wo​dy, i na​tu​ral​nie posta​wi​łem na kró​la. Skąd mo​głem wie​dzieć, czy karą za upusz​cze​nie czaszki nie jest śmierć? (…) Ostat​nie dwa rzu​ty i gra do​bie​gła koń​ca. Każ​de z nich wsu​nę​ło czasz​kę pod pa​chę, jak ma​ski szermie​rza; i obo​je skło​ni​li się wi​dzom. Wy​bu​chła po​tęż​na wrzawa i zno​wu eks​plo​do​wa​ły w gó​rze szkar​łat​ne fla​gi i płach​ty.

Deszcz wciąż jeszcze nie pada. Ceremonia trwa. Król wyjaśnia Hendersonowi, że czaszki-piłki to głowy jego przodków i że nadejdzie czas, wtedy, gdy nie będzie już mógł spełniać małżeńskich obowiązków wobec kilkudziesięciu żon i zostanie zabity, że gra o deszcz będzie się toczyła z użyciem jego czaszki…

Skła​da​no te​raz zwie​rzę​ta w ofie​rze, a ro​bio​no to dość bezceremonial​nie. Ka​płan, z którego pió​ra stru​sie ster​cza​ły na wszyst​kie stro​ny, ob​jął ra​mie​niem szy​ję kro​wy, chwycił ją za pysk, szarpnął łeb do góry i prze​je​chał no​żem po gar​dzie​li, jak gdy​by zapalał za​pał​kę o siedze​nie spodni. Pa​dła na zie​mię i sko​na​ła. Nikt nie zwró​cił na to uwagi. (…)
Po​tem przy​szła ko​lej na tań​ce ob​rzę​do​we i wy​stę​py, jak żyw​cem wzię​te z wo​de​wi​lu. Stara ko​bie​ta mo​co​wa​ła się z kar​łem, ka​rzeł wpadł we wście​kłość i usi​ło​wał zro​bić jej krzyw​dę, a wte​dy ona prze​rwa​ła za​ba​wę i za​czę​ła mu wy​my​ślać. Jed​na z ama​zo​nek wkro​czy​ła na arenę, pod​nio​sła kar​ła z zie​mi, wsa​dzi​ła go so​bie pod pa​chę i ode​szła kołysząc się w biodrach. Try​bu​ny po​kwi​to​wa​ły to okrzy​ka​mi i kla​ska​niem. Na​stęp​na scen​ka też mia​ła nie​po​waż​ny cha​rak​ter. Dwaj fa​ce​ci cię​li so​bie ba​ta​mi po no​gach, podska​ku​jąc jak przy skakance. Ta​kie nie​bez​piecz​ne wy​głu​py by​naj​mniej mnie nie uspo​ka​ja​ły.

Deszczu wciąż nie ma. Henderson filozofuje na temat deszczu.

Wiesz, wa​sza wy​so​kość, moja żona Lily abo​nu​je „Scien​ti​fic Ameri​can”, więc je​stem obeznany z za​gad​nie​niem desz​czu. Techni​ka roz​py​la​nia w chmu​rach su​che​go lodu nie zdała egzaminu. We​dług nie​któ​rych ostat​nich teo​rii pra​przy​czy​ną desz​czu jest pył opadający w prze​strze​ni ko​smicz​nej. Kie​dy ten pył ude​rza w at​mos​fe​rę, coś się tam dzieje. We​dług in​nej teo​rii, któ​ra bar​dziej do mnie prze​ma​wia, sło​ny pył oce​anów, czy​li inny​mi słowy pia​na mor​ska, jest jed​nym z głów​nych skład​ni​ków desz​czu. Wil​goć osia​da i skra​pla się na tych krysz​tał​kach unoszących się w po​wie​trzu, bo prze​cież musi mieć na czym się skro​plić. Więc jak sam wi​dzisz, kró​lu, jest to praw​dzi​wa łamigłów​ka. Gdy​by nie było pia​ny mor​skiej, nie by​ło​by desz​czu, a jak​by nie było desz​czu, nie by​ło​by ży​cia.

Deszczu nadal nie ma. Król i Henderson zakładają się o to, czy spadnie jeszcze tego samego dnia.

Kil​ku męż​czyzn w czar​nych pió​ro​pu​szach, jak pta​ki – lu​dzie o dość nędz​nym wy​glą​dzie – zru​dzia​łe pió​ra zwi​sa​ły im na ramiona – za​czę​ło zdej​mo​wać płach​ty z po​są​gów bóstw. Zrywali je nie oka​zu​jąc naj​mniej​sze​go sza​cun​ku. Ich lekceważenie nie było przy​pad​ko​we, je​śli ro​zu​mie​cie, co mam na my​śli. Cho​dzi​ło o to, żeby wy​wo​łać śmiech, co też się sta​ło. Te pta​sie czy pie​rza​ste typy, roz​zu​chwa​lo​ne śmie​chem, za​cho​wy​wa​ły się jak cyr​ko​we błazny; na​stę​po​wa​ły po​są​gom na pal​ce u nóg, prze​wra​ca​ły nie​któ​re z tych mniej​szych, niby to zaleca​ły się do nich, wy​śmie​wa​ły je i tak da​lej. Ka​rzeł, po​sa​dzo​ny na ko​lanach jednej z bogiń, ścią​gnął pal​ca​mi w dół dol​ne po​wie​ki i wysu​nął ję​zyk, marsz​cząc się i robiąc miny obłą​kań​ca, czym do​pro​wa​dził tłum do pa​rok​sy​zmów śmie​chu. Ro​dzi​na bożków, wszy​scy krót​ko​no​dzy i o dłu​gich kor​pu​sach, trak​to​wa​ła te obe​lgi z wiel​ką pobłaż​li​wo​ścią. Więk​szość z nich mia​ła nieproporcjonalnie małe gło​wy osa​dzo​ne na długich szy​jach. W su​mie nie wyglą​da​li na groź​ną ban​dę. Mimo to była w nich godność, ta​jem​ni​czość; osta​tecz​nie byli bo​ga​mi i fe​ro​wa​li wyroki losu. Wła​da​li po​wie​trzem, górami, ogniem, ro​śli​na​mi, by​dłem, szczę​ściem, cho​ro​bą, chmu​ra​mi, na​ro​dze​niem, śmiercią. Niech to dia​bli, na​wet ten naj​grub​szy, prze​wa​lo​ny na brzuch, czymś tam władał. Po ja​kimś cza​sie za​czę​li prze​no​sić cały pan​te​on. Gre​mial​nie. Naj​pierw mniej​sze po​są​gi, z któ​ry​mi ob​cho​dzi​li się bar​dzo bru​tal​nie i nie​go​dzi​wie. Prze​wra​ca​li je, toczy​li na wszyst​kie stro​ny, wrzesz​cze​li na nie, jak​by to było z winy ich nie​zdar​no​ści.

Kie​dy to sta​do kru​ków za​bra​ło się do więk​szych fi​gur, ko​lej​no szar​pa​li je i cią​gnę​li, ale nie da​wa​li rady i mu​sie​li się zwró​cić o po​moc do tłu​mu. Je​den po dru​gim si​ła​cze zeskakiwa​li na are​nę, żeby dźwi​gnąć boż​ka i prze​nieść go z po​zy​cji pier​wot​nej na – powiedz​my – bliskie pole, cze​mu to​wa​rzy​szy​ły wrza​ski i wi​wa​ty na try​bu​nach. Z postawy i umię​śnie​nia tych czem​pio​nów, któ​rzy prze​no​si​li więk​sze po​są​gi, wy​cią​gną​łem wnio​sek, że po​pis siły jest tra​dy​cyj​ną czę​ścią ce​re​mo​nii.

Gdy pozostają dwa ostatnie, przeogromne posągi, Wielkiego Boga i Wielkiej Bogini pojawia się siłacz, który potrafi przesunąć o dwadzieścia stóp wielki posąg Hummata, ale, jak co roku, braknie mu sił, by przenieść jeszcze większą Mummah. Nie można jednak odwrócić kolejności przesuwania bogów – Hum​ma​ta trze​ba prze​su​nąć naj​pierw, bo ina​czej nie prze​pu​ści chmur nad gó​ra​mi.

Po​wie​dzia​łem gło​śno:
– Mu​szę spró​bo​wać.
– Co pro​szę? – rzekł Dah​fu.
– Wa​sza wy​so​kość – zwró​ci​łem się do nie​go – je​że​li nie zo​sta​nie to uzna​ne za mie​sza​nie się ob​co​kra​jow​ca w wa​sze spra​wy, myślę, że mógł​bym prze​nieść ten po​sąg… tę bo​gi​nię Mummah. Na​praw​dę chciał​bym się wam przy​słu​żyć, jako że po​sia​dam pew​ne zdol​no​ści, któ​re sta​now​czo po​win​ny być spo​żyt​ko​wa​ne. (…) Czy mógł​bym spró​bo​wać mo​ich sił z Mum​mah? Nie wiem, jak to wy​tłu​ma​czyć, ale po pro​stu czu​ję, że uda mi się ją ru​szyć.
– Je​stem zo​bli​go​wa​ny za​wia​do​mić pana, pa​nie Hen​der​son, że mogą być pew​ne konsekwencje. Na​praw​dę jest pan prze​ko​na​ny, że zdo​ła tego do​ko​nać? – spy​tał.
– Kró​lu, mogę tyl​ko po​wie​dzieć: puść mnie do niej. Chcę jed​ne​go: opa​sać ją ra​mio​na​mi. (…)
Bez se​kun​dy wa​ha​nia ob​ją​łem Mum​mah ra​mio​na​mi. Ani my​śla​łem usły​szeć „nie” w odpowie​dzi. Przy​war​łem do niej brzu​chem i zgią​łem tro​chę ko​la​na. Po​czu​łem za​pach starej ży​wej ko​bie​ty. Bo też była dla mnie żywą oso​bą, a nie bó​stwem. Spo​ty​ka​li​śmy się jako wyzywa​ją​cy i wy​zy​wa​ny do wal​ki, ale jed​no​cze​śnie jako przy​ja​cie​le. I z se​kret​ną przyjemnością, jaką od​czu​wa​my we śnie albo w je​den z owych cie​płych, do​bro​czyn​nych, lek​kich, le​ni​wych dni, kie​dy każ​de na​sze pra​gnie​nie jest za​spo​ka​ja​ne, przytkną​łem policzek do jej drew​nia​nych pier​si. Zgią​łem jesz​cze tro​chę ko​la​na i po​wie​dzia​łem: – Jazda do góry, ko​cha​nie. Nie pró​buj ro​bić się cięż​sza. Gdy​byś wa​ży​ła dwa razy tyle, też bym cię pod​niósł. Drew​nia​ny kloc ustą​pił pod moim na​po​rem i dobrotli​wa Mum​mah uległa mi z nieruchomym uśmie​chem. Po​dźwi​gną​łem ją z zie​mi i prze​nio​słem na odległość dwu​dzie​stu stóp, w jej nowe miej​sce po​mię​dzy in​ny​mi boż​ka​mi. Wa​ri​ri podskaki​wa​li na swo​ich bia​łych ka​mien​nych try​bu​nach, wrzeszcze​li, śpie​wa​li, sza​le​li, rzu​ca​li się so​bie w ob​ję​cia, wychwala​li mnie.

I wtedy przyszedł deszcz. Henderson został Sungo, królem deszczu. I na dziś tylko to się miało liczyć… A jutro…

Jutro ciąg dalszy zaklinania deszczu, ale Hendersonem każdy musi się już zająć sam.

Zaklinanie deszczu 1

Ewa Maria Slaska

No cóż, właściwie to dziwne, że szamani, supliki i inne rodzaje zaklinania deszczu pojawiły się dopiero teraz, choć upały zaczęły nas dręczyć już w maju, a gorąco było nawet w kwietniu. Koleżanka powiedziała mi niedawno, że słyszała w radiu (niemieckim!) szamankę zaklinającą deszcz…

A jak się zaczęło, to spróbuję i ja trochę pozaklinać deszcz… Dziś 15 sierpnia, cud nad Wisłą, święto kościelne, ale i znacznie dawniejszy magiczny dzień, dobry do różnych guseł – pełnia lata.

W taki dzień i suplika skuteczniejsza…

Suplika to dawny grecki trisagon – trójlinijkowe wezwanie do Boga
Agios o theos, agios ischyros, agios athanatos, elejson imas

czyli

Święty Boże! Święty Mocny! Święty a Nieśmiertelny!
Zmiłuj się nad nami.

I dalej:

Od zarazy, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas, Panie.

Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas, Panie.

My grzeszni, Ciebie, Boga, prosimy:
Wysłuchaj nas, Panie.

Abyś nas do prawdziwej pokuty przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś ludowi swemu pogody (deszczu, pracy i chleba, pokoju, zdrowia) udzielić raczył, prosimy Cię, Panie.

Abyś lud swój od pijaństwa zachować raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Abyś wszystkich chrześcijan do jedności w wierze świętej przyprowadzić raczył,
Prosimy Cię, Panie.

Jezu, przepuść. Jezu, wysłuchaj. O, Jezu, Jezu,
Zmiłuj się nad nami.

Matko, uproś. Matko, ubłagaj. O, Matko Boska,
Przyczyń się za nami.

Wszyscy Święci i Święte Boże,
módlcie się za nami


Za nic nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy, ale wiem, że sama uczestniczyłam kiedyś w modlitwie o deszcz, odmawianej na skraju wyschniętego na popiół pola… Robiło wrażenie. Wiem, jestem człowiekiem nowoczesnym, też bym wolała, żeby w Polsce były deszczownice niż supliki, ale nic nie poradzę – robiło wrażenie.

Humanistom starej daty ta suplika wydaje się dość skromna, a wszystko oczywiście przez słynny hymn Jana Kasprowicza, gdzie są i takie strofy jak ta:

Niechaj rozszarpią na strzępy,
na krwawe szmaty
łuny świtowe, powstałe nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,
a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!
Dlaczego moje–li wargi
mają wyrzucać krwawą pieśń?!
Płacz ze mną!
Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,
choć żar południa pali się w przestworze?…
Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,
ku tym pochyłym krzyżom,
którym na czarne ramiona
kracząca siada wrona
i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Niech głuche żale nie głuchną!…
Idź ze mną!
(…)

O dzwonu łkające prośby!
O szumie więdnących drzew!
O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!…

Jutro zaklinania ciąg dalszy, ale uwaga – ten wpis to najmocniejsze zaklinanie deszczu, jakie w ogóle istnieje. Przygotowywałam go 9 sierpnia i skończyłam go pisać o godzinie 22. I w Berlinie właśnie zaczęła się burza!

Der einsame Wolf

und seine Kunst…

Er hat mir eine Mail geschickt:

Liebe Freund*innen der Street-Art,
ich lade euch herzlichst zur Finissage am So.,19.08.2018  um 18:00 Uhr ein

Es erwartet euch ein Vortrag mit vielen Fotos
„Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“
erlebt, fotografiert und vorgetragen von Lupo

Fotoausstellung von Lupo Finto noch bis 23.08.2018
“Vielfältige Street-Art-Welt Berlin”
RegenbogenCafé, Berlin-Kreuzberg
Lausitzer Str. 22
So-Fr 9:00 – 17:00 Uhr, Eintritt frei

Liebe Grüße
Lupo Finto


Lupo präsentiert in seinem Vortrag „Einblicke in die Street-Art-Welt Berlin“ unter anderem ungewöhnliche und einzigartige Street-Art der letzten 10 Jahre. Wer kennt z.B. die “Galerie Bürknerstraße”? Oder was ist “Street-Art-Fake”? Lasst euch überraschen, wie Street-Art-Künstler*innen das Stadtbild verändern bzw. kurzzeitig bereichert haben.

Ja. Alles, was Lupo in der Haupstadt findet, ist schön und interessant, meine Katze aber ist natürlich die Schönste :-). Ich habe mir dieses Bild von Lupo als Eigengeschenk schon vor ein paar Jahren zum Geburtstag gekauft…

 

Hungrige Zeiten

Es ist zu heiss zum Essen. Um die Gelegenheit zu nutzen, mache ich, nach dem Beispiel von Doktor Jackson, ein 3-Tage-Programm des Nicht-Essens. Gesundheitsfasten ist zu leichtes Wort dafür. Aber egal. Ich bin nicht zu sehr hungrig (gewesen – die 3 Tage sind schon vorbei, wenn ihr es liest), aber Hunger ist immer noch da. Und mit ihm auch laute Versuchungen, überall wo man nur hinschaut. Da wird leckeres Eis verkauft (Vanille & Marille Eismanufaktur), hier sitzt eine Frau alleine am einen kleinen Tischchen und bekommt gerade eine Kaloriebombe ganz in Altrosa und Grün, och lecker…
Ich flüchte mich nach Hause, wo zwar unter dem Dach die Temperaturen über 40 Grad herrschen, aber die Versuchung viel geringer ausfällt.
Ich werde mich hinlegen und etwas sehr leichtes lesen (leichte Kost! hahaha!), schiebe also weg alle harte Schinken (Schinken! hahaha – na ja, ich bin zwar eine Vegetarierin, aber Schinken ist, mindestens theoretisch – auch essbar) und hole mir ein Buch von Jalid Sehouli, Marakesch, das mir vorgestern Monika brachte. Sie war im Marakesch, schrieb darüber…

Ich gehe unter die Dusche (3 Mal am Tag!), lege mich hin (man soll viel liegen!), trinke grünen Tee (2 bis 3 Liter am Tag!) und lese… Glaubt mir oder nicht, aber es ist ein Buch übers Essen (Entschuldige, Professor Sehouli, ich weiß, ihr Werk hat auch andere Schichten, die viel tiefer reichen)… Schon der Untertitel des Buches betrifft das Essen: Viele Geschichten in einer Geschichte oder Die besondere Geschichte der Pastilla… Und Pastilla, auch Bastilla, Bstilla oder Bsteeya (und auch wenn man es nicht weißt, erfährt man sofort, weil es ein Buch über Pastilla ist) ist etwas Essbares! Und wie! Am Ende des Buches gibt es mehrere Rezepte für Pastilla.
Pastilla, schreibt der Autor, verbindet verschiedene Aromen und ist eine Komposition aus Fleisch (und Fisch oder Milch) und knusprigen, warmen, übereinandergeschichteten dünnsten Teigblättern mit süßen Gewürzen. Das Huhn (oder Fisch und Frutti di Mare, oder Ente, oder, och je, Tauben) wird vorsichtig gekocht, die Knochen werden entfernt, das Fleisch zerkleinert und geröstete gemahlene Mandeln beigegeben. Puderzucker und Zimt runden das Gericht ab.

Der Autor isst eine Fischpastilla bei Khalid, einem marokkanischen Freund, dann fährt er nach Hamburg und in Piment, einem kleinem, elegantem Restaurant, wo der marokanische Koch gerade als Koch des Jahres gekürt wurde, isst er Pastilla mit Ente und diese beide Pastillas ändern plötzlich seine ganze Lebenseinstellung. Er ist in Deutschland geborener erster Professor (der Medizin) mit marokkanischer Familiengeschichte, total modern und westlich, und plötzlich findet er, dass ein New-York-Bild, das seine Wohnung ziert… Na ja, lassen wir es den Autor erzählen, er ist ein richtiger Geschichtenerzähler von Djemaa el Fna, den Platz der Toten, Hauptmarkt in Marrakesch, der berühmte Nachtmarkt …

Ich schaute etwas müde, aber wach genug auf das Bild und fühlte, dass es nicht das richtige Bild für meine Wohnung war. Nach dem Erlebnis mit Enten-Pastilla empfand ich, dass ich das Bild durch etwas Orientalisches zu ersetzen habe.
Am nächsten Tag erzählte ich Khalid von meiner kulinarischen Erfahrung in Hamburg und das ich ein orientalisches Bild für meine Wohnung suchte. Khalid sagte, er würde mir ein besonderes Bild besorgen.
Etwa eine Woche später erhielt ich einen Anruf: “Das Bild ist da!” Ich fuhr umgehend zu Khalid und traute meinen Augen nicht. Das Bild zeigte einen Blich auf den Markt von von Djemaa el Fna. Man schaut hindurch zwischen zwei Orangenverkäfer-Wagen, die an ältere englische Pferdekutschen erinnern und an denen frisch gepresster Orangensaft zu kaufen ist. Im Hintergrund erkennt man andere Verkaufsstände, zum beispiel einen Dattel- und Nuss-Verkäufer, weiter dahinter eine der Moscheen auf dem Platz. Der Marktplatz ist noch nicht voll, es scheint Spätnachmittag zu sein, die Zeit, wenn die Vorbereitungen für den Abend beginnen. Das Bild schien mir so vertraut, als hätte ich diesen Blick auf den markt schon seit Jahren in meinem Herzen getragen.
Etwas Besonderes an dem Bild ist auch, dass es sich dem Licht in der Wohnung anzupassen scheint. Abends hat man das gefühl, auf dem Bild sein es neunzehn Uhr; morgens kommt es mir vor wie eine Szene um acht Uhr früh.

So sind die Geschichten, die der Professor erzählt… Das Kulinarische ist dafür da, um etwas anderes erzälen zu können. Aber das Kulinarische ist nicht nur der Vorwand. Und am Ende des Buches gibt es leckere Rezepte. So viel zumindest vermute ich. Ich hungre immer noch und sowieso sind die Rezepte für Fleischfresser oder eventuell Milchtrinker… Also nichts für hungrige Zeiten einer Vegetarierin…

Wolę psią wachtę niż psią gwiazdę

Ewa Maria Slaska

Za gorąco, za gorąco…

Wyginam jak dinozaury, a razem ze mną wygina cała ludność północnej półkuli…

Proroczy obrazek… Dla ochłody próbuję sobie przypomnieć najzimniejsze historie, własne i cudze. Z własnych chyba najbardziej na upamiętnienie zasługuje wyjazd do Brna w ubiegłym roku, żeby przez kilka dni wziąć udział w zimowej części Marszu dla Aleppo. Szliśmy na przełaj przez pola, wiał lodowaty wicher, podnosząc tumany białego puchu. W oddali przebiegały ogromne stada jeleni. Było tak zimno i biegły tak daleko, że nikt z nas nie zdołał zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że był to dzień 30/30 – minus 30 stopni i 30 kilometrów. Miałam 68 lat. Już przedtem, zanim jeszcze tego lata zaczęliśmy się w upale roztapiać na mokre placki, sądziłam, że ten dzień był czymś bardzo ważnym w moim życiu. Wydawało mi się niezwykłe, że wzięłam w tym udział, że podołałam i gdy ktoś mnie pytał, co dał Marsz, zawsze odpowiadałam, że na płaszczyźnie społecznej był największym ruchem oddolnym w sprawie uchodźców w Europie po roku 2015, a dla mnie osobiście był najbardziej niezwykłym sprawdzianem tego, co mogę.

Teraz, gdy Marsz dla Aleppo został mianowany do pokojowej nagrody Nobla, już nikt nas nie pyta, po co był? Teraz wszyscy pytają (czy mi się wydaje, że z pogardą lub z politowaniem?), czy naprawdę jesteśmy takimi idiotami i wierzymy, że dostaniemy tego Nobla. A my wtedy musimy stanąć na wysokości zadania, wzruszyć ramionami i powiedzieć: no nie, jasne, że nie… W końcu człowiek powinien być cool, co by się nawet w ten upał przydało.


Oczywiście zamiłowanie do zimna można uznać za cechę dziedziczną. W końcu Ojciec “uprawiał” latami żeglugę polarną i to w czasie, gdy było tam jeszcze naprawdę zimno i z lodu nie wyłaziły robale, które przespały 42 tysiące lat, odmarzły i zaczęły jeść jak gdyby nigdy nic (dziękuję mojej synowej za to, że zauważyła tę informację i opublikowała ją na facebooku).

Nota bene, odkrycia dokonali “radzieccy uczeni” (pamiętacie te czasy, gdy na Zachodzie byli naukowcy, a w Sojuzie – uczeni?)


Zima, zimno, ciemno. Zima, zimnica, ciemnica… Paskudne słowa, źle się kojarzą. Tam na pewno są jakieś robale, ruszają się i żrą jak gdyby nigdy nic…


Jak byliśmy mali, kochaliśmy zimę. Zima, biała, śnieżna, śnieżysta, kryształowa, skrząca się jak brylanty… Czekaliśmy na wiosnę, ale w upalne letnie dni tęskniliśmy za zimą. Jaskinia Królowej Tatry, białe sanie Królowej Śniegu, zima w Narni, zima nad dalekim cichym fiordem, zima w Bullerbyn, zima w Dolinie Muminków…

Tove Jansson, Zima Muminków

W zasypanym śniegiem salonie niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca. Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co. Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.
Wewnątrz domu było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem. Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wczesną wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia siły wiatru i tym podobne przedmioty.
Cisza pełna była spokoju i oczekiwania. Czasem ktoś westchnął i zwinąwszy się wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał. Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka. A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i nie mógł już zasnąć.
Patrzył, jak świeci księżyc i kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy. Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę. “Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha. Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.
– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!
Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradł się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.
O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła z miękkim plaśnięciem. Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią. Muminek nastawiwszy uszu długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe. Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było “Hej”. Sam list był krótki.
HEJ! Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego, wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy. Włóczykij
Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny. Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knackebrod. Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i czytając jeszcze raz list Włóczykija zaczął jeść. Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.
– Hej – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia… – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.
Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki. Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.
– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić:
– Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj! Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knackebrod i nakapał na nie trochę soku malinowego. Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.
– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe, na spotkanie Włóczykija. Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegał popiskując od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach. Uderzyło go zimne powietrze. Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap.
I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość. Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.
– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg. Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna. Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która przejrzysta i wesoła przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy. Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa. Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości. Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: “Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.
Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nie śpiącym wśród śpiących. I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry. Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze i wiodły prosto pomiędzy drzewa, na południe.



Ojciec, Dariusz Bogucki, na jachcie w lodach


I zagadka… Jest taka książka, w której jest cały czas zimno i światem rządzi Ministerstwo Zimy, i nie jest to Lewa ręka ciemności Ursuli K. Le Guin ani Gra o tron, choć i tam oczywiście the winter is coming…
Książka zaczyna się tak…

14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję.
Pod pierzyną, pod trzema kocami i starym płaszczem gabardynowym, w barchanowych kalesonach i swetrze włóczkowym, w skarpetach naciągniętych na skarpety – tylko stopy wystawały spod pierzyny i koców – po kilkunastu godzinach snu nareszcie rozmrożony, zwinięty prawie w kulę, z głową wciśniętą pod poduchę w grubej obszewce, że i dźwięki docierały już miękkie, ogrzane, oblane w wosku, jak mrówki ugrzęzłe w żywicy, tak one przedzierały się w głąb powoli i z wielkim mozołem, przez sen i przez poduszkę, milimetr za milimetrem, słowo za słowem…

Rodzinne wakacje i placek z porzeczkami

Spędziliśmy kilka dni latem 2018 roku w pięknym dworze naszego kuzyna.

Z tyłu za dworem jest sad i ogród, które dostarczyły nam agrestu, jabłek, porzeczek, kwiatów cukinii i dyni, ale i samej cukinii, oraz buraczków na chłodnik. Ogarnęło nas istne szaleństwo gotowania być może zdrowo, bezglutenowo, ekologicznie, ale przede wszystkim – smacznie.

Gotujemy. Było nas sześć (a potem jeszcze dojechała siódma) – piąta kucharka robiła zdjęcie, szósta, która przygotowała sztufadę – odpoczywa. Na patelni smażone kwiaty cukinii, w garnku – groszek cukrowy z orzechami nerkowca i sosem sojowym.

W planie działań sześciu kucharek znalazł się placek z porzeczkami, który przed laty, a dokładnie 11 sierpnia 2011 roku, rozpoczął naszą szaloną i wesołą rodzinną współpracę blogowo-kulinarną. Małgorzata przysłała wtedy zdjęcia porzeczek ze swego kanadyjskiego ogrodu, zdjęcie placka z porzeczkami oraz przepis. Teraz wreszcie rodzinnie zjedliśmy taki placek.

Letni placek porzeczkowy / Summer Currant Cake

Ciasto
2 filiżanki mąki (30 deka)
¾ filiżanki cukru pudru (10 deka)
2/3 filiżanki margaryny (15 deka) – nie używać masła! nie wyjdzie! ~
3 żółtka

Zagnieść wszystkie składniki w kulę. Jeśli ciasto jest za suche, dodać trochę zimnej wody. Wyłożyć cienko ciastem dno i boki tortownicy. Upiec na złoto, ostudzić.

Nadzienie:
3 białka
cukier puder – tyle, ile okaże się potrzebne.
czerwone porzeczki (lub jagody, maliny, truskawki), obrane z szypułek itp, umyte i wysuszone!

Ubić na sztywno pianę z białek. Dodawać cukier i dalej ubijać, aż uzyskamy gęstą masę. Dodać (ręcznie!) owoce i delikatnie wymieszać!!!. Wyłożyć nadzienie na spód z ciasta, piec w nagrzanym piekarniku (180°C), aż wierzch będzie lekko złocisty. Wyłączyć piec i zostawić ciasto w piecu na 15 minut.

Rodzina. Od lewej. Piotr upiekł łososia. Małgorzata zrobiła placek z porzeczkami. Maria przygotowała tiramisu w wersji z glutenem i bez. Ciocia upiekła sztufadę. Ja – zbierałam porzeczki. Jacek namalował akwarelę. Kasia robiła złotą konfiturę z papierówek, dodając masło! Agnieszka zrobiła wszystko! Stefek upiekł buraki. Leon i Kama pilnowali, żeby psy nie zjadły tego, co gotujemy i siebie nawzajem. Piotr i Agnieszka jako gospodarze dokonali największej sztuki – wspaniale udawali, że wszystko robi się samo, a nawała gości nie sprawia najmniejszego kłopotu.

Zdjęcie zrobił dron. Też mu nieźle wyszło…

Ślub w rodzinie

…skłonił mnie do zreblogowania dawnego mojego wpisu, w którym słynna kobieta literacka bierze ślub. Wpis ukazał się na blogu Jak udusić kurę…, w którym niemal w każdym wpisie była zagadka, najczęściej literacka, i przepis kulinarny. Najpierw zagadka:

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Y. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce…

Co to za książka? Co to za kobieta?

Za rozwiązanie zagadki będzie nagroda.

Zastanowiły mnie te kiełbasy ze szczawiem. Wydaje mi się, że nie ma przepisu na kiełbasę, która miałaby szczaw w środku i raczej chodzi o potrawę, w której kiełbasy (kiełbaski) ułożone są na warstwie szczawiu. Nie znalazłam przepisu, któryby się tak nazywał, również w języku oryginału. Tym niemniej w oryginale są to też kiełbasy ze szczawiem. Dziwne, dziwne… ale być może Flaubert nie miał pojęcia o kulinariach, albo, przeciwnie, miał pojęcie jak najbardziej, ale była to potrawa, która już dziś nikogo nie rajcuje i nikt jej już nie robi.

Ja proponuję placek lotaryński czyli kisz ze szczawiem i kiełbaskami (oczywiście może być bez kiełbasek lub z kiełbaskami sojowymi). Tarta jest przepyszna, najlepsza jaką kiedykolwiek jadłam (oczywiście bez kiełbasek)…

Ciasto:
1 szklanka mąki
0,5 kostki masła
2 żółtka
2 łyżki zimnej wody

Farsz:
1 cebula
ok. 0,25 kg szczawiu
1 ząbek czosnku
2 łyżki musztardy dijon
60 g sera (powinien być ostry i twardy)
6 kiełbasek typu dobre cienkie parówki, bez skórki lub ze skórką jadalną
3 jajka
1 duży jogurt kremowy
tymianek świeży i suszony
gałka muszkatołowa cała (mamy tarkę lub młynek do gałki? Bo jak nie, to wziąć w proszku)
pieprz

Zimne masło pokroić w kostkę, mąkę przesiać przez sito, żółtka ubić z wodą. Wszystkie składniki stopniowo wrzucić do malaksera i ukręcić ciasto, albo zagnieść ciasto w misce. Tak czy owak powinna się zrobić nie lepiąca się do palców kula. Zawinąć w folię przezroczystą i włożyć na godzinę do lodówki.
Wyjąć, rozwałkować, natłuścić masłem okrągłą foremkę do tart, wyłożyć ciastem, pokrywając również brzegi. Ciasto nakłuć widelcem. Aby kształt placka się utrzymał, dobrze jest pokryć ciasto folią do pieczenia lub papierem i nasypać suchego grochu. Nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni. Piec 8 minut, wyjąć z piekarnika, usunąć fasolę i folię, wstawić z powrotem do pieca na 2 minuty. Wyjąć, ostudzić, posmarować musztardą i wsadzić z powrotem do pieca na 2-3 minuty. Wyjąć i schłodzić.

Ufff. Teraz farsz.

Cebulę, pory, szczaw, kiełbaski pokroić. Podsmażyć na patelni kiełbaski (na oliwie lub na boczku, jak kto woli), wrzucić cebulę i rozgnieciony czosnek oraz suszony tymianek, podsmażyć, dodać pokrojony szczaw. Raczej dusić niż smażyć, aż składniki zmiękną. Ostudzić.
Połowę sera pokroić w cienkie plasterki, połowę zetrzeć na tarce. Plasterkami wyłożyć dno tarty.
Jogurt wymieszać w miseczce z 3 jajkami, utartym serem i startą gałką muszkatołową, pieprzem, solą. Dodać świeży tymianek.
Do foremki z ciasta nałożyć farsz, zalać sosem jogurtowo-jajeczno-serowym.
Piec 20 minut, aż wierzch się zetnie i zrumieni.
Podawać na zimno lub ciepło.

No i na zimno można było ułożyć takie kawałki tarty wokół pieczonych mięsiw. Czemu nie.

Heute abend auf dem Himmel

gestern schrieb ich über metaphorische Mondgöttin, heute

Klaus-Peter Schröder

schreibt über total un-metaphorische

totale Mondfinsternis über Deutschland (Reblog)

Nur selten fällt eine totale Mondfinsternis mit der günstigsten Sichtbarkeit eines äußeren Planeten zusammen: Am späten Abend des 27. Juli 2018 steht tief über dem Südosthorizont, nur knapp sechs Grad nördlich des Roten Planeten Mars, der ebenfalls rötlich leuchtende, verfinsterte Erdtrabant. Lesen Sie hier, wie Sie diesen besonderen Anblick am besten genießen können.

Am Abend des letzten Freitags im Juli 2018, zwischen 21:30 Uhr und 23:13 Uhr, ist es endlich wieder so weit: Zur Vollmondzeit tritt der Erdtrabant in den Schatten unseres Planeten ein und schimmert dann in einem kupferroten Licht. Währenddessen leuchtet nur eine Hand breit unterhalb des verfinsterten Mondes ein weiterer Himmelskörper, der ebenfalls durch eine rötliche Farbe auffällt: Es ist der Planet Mars, der nun besonders hell ist und während der gesamten Nacht über dem Horizont bleibt. Hat jeder der beiden Akteure für sich genommen schon viel zu bieten, so ist das Rendezvous am 27. Juli 2018 erst recht ein astronomisches Highlight. Bereits die Beobachtung dieses Himmelsschauspiels mit bloßem Auge verspricht Eindrücke, die Sie sich nicht entgehen lassen sollten!

© Felix Nendzig (Ausschnitt)

Beim Betrachten durch ein Fernglas oder ein Teleskop zeigen sich im Umfeld des verfinsterten Erdtrabanten mehrere lichtschwache Sterne, die im gleißenden Licht des Vollmonds niemals sichtbar wären. Dies verleiht dem Anblick eine ungeahnte räumliche Tiefe. Hinzu kommt die ungewohnte Farbe des Mondes, die besonders zur Mitte der Verfinsterung, gegen 22:23 Uhr, die Blicke auf sich zieht.

Bei einer solchen totalen Mondfinsternis steht der Erdtrabant der Sonne am Himmel gegenüber: Sonne, Erde und Mond sind dann entlang einer Linie aufgereiht. Gleiches gilt an diesem Tag für den Mars: Wie der Vollmond, so geht auch er zu Sonnenuntergang im Südosten auf und zu Sonnenaufgang im Südwesten unter – man sagt, der Planet befindet sich in Opposition zur Sonne.

© SuW-Grafik (Ausschnitt)

Der Erdschatten: Gar nicht so finster

Bereits um 20:24 Uhr MESZ beginnt der Ostrand des Mondes etwas angeknabbert auszusehen. Allerdings ist diese Phase der partiellen Verfinsterung nur in den östlichen und südöstlichen Teilen Europas gut sichtbar. In Mitteleuropa erreicht der Mond erst ab etwa 21:30 Uhr ausreichende Höhen über dem Horizont und ist dann bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetaucht. Erheblich besser lassen sich die partiellen Phasen der Mondfinsternis nach dem Ende der Totalität, ab 23:13 Uhr, verfolgen.

© Fred Espenak / NASA / SuW-Grafik (Ausschnitt)

Verlauf der Mondfinsternis | Am 27. Juli 2018 durchläuft der Mond den Erdschatten nahezu zentral und erscheint daher besonders dunkel. In weiten Teilen Mitteleuropas steht er ab etwa 21:30 Uhr MESZ hoch genug über dem Horizont, um in einem Fernglas sichtbar zu sein. Zu dieser Zeit ist er bereits vollständig in den Kernschatten der Erde eingetreten.

Hätte die Erde keine Atmosphäre, so wäre der Mond während der totalen Phase der Finsternis unsichtbar. Die Brechkraft der irdischen Luftschichten lenkt aber ein wenig Sonnenlicht in den Kernschatten der Erde hinein, der in Mondentfernung etwa noch zweieinhalb Monddurchmesser groß ist. Ein Astronaut auf dem Mond würde unseren Planeten in diesem Moment als dunkle Scheibe mit zwei Grad Durchmesser wahrnehmen, die sich vom umgebenden Weltraum durch einen dünnen, feurig roten Lichtsaum abgrenzt: Aus seiner Sicht würde die Erdatmosphäre von hinten beleuchtet.

Es ist dieses vom Staub und Dunst der Atmosphäre rot gefilterte Licht, in dem wir den verfinsterten Vollmond am irdischen Himmel sehen. Besonders eindrucksvoll ist der Anblick, wenn Sie ein Fernglas benutzen – denn im Vergleich zu einem herkömmlichen Teleskop bietet dieses kompakte optische Gerät den Vorteil, dass Sie mit beiden Augen zugleich hindurchsehen können. Da der Mond den Erdschatten diesmal nahezu zentral durchläuft, erscheint er während der Totalität besonders dunkel.

Das Ende der totalen Verfinsterung ist um 23:13 Uhr erreicht; etwa um 23:45 Uhr erscheint der Mond noch halb verfinstert. Was ihn dann jedoch von einem gewöhnlichen Halbmond im letzten Viertel unterscheidet, ist sein Anblick im Fernglas oder Teleskop: Im letzten Viertel fällt das Sonnenlicht nahe der Hell-Dunkel-Grenze unter einem sehr flachen Winkel auf die Mondoberfläche, so dass hier Kraterwände und Gebirge lange, schwarze Schatten werfen. Entlang der reichlich unscharfen Hell-Dunkel-Grenze einer Mondfinsternis erscheinen diese langen Schatten jedoch nicht, denn das Licht trifft ja nun weiterhin direkt von oben auf die Mondoberfläche – und nicht von der Seite, wie beim echten Halbmond.

Um 00:19 Uhr MESZ ist auch der letzte fehlende Bissen am Westrand des Mondes verschwunden; der Mond hat dann den Kernschatten der Erde vollständig verlassen. Den Kernschatten der Erde umgibt eine ringförmige, weniger dunkle Zone, der Halbschatten. Er verrät sich kurz nach dem Ende der Totalität durch eine geringe, sehr diffuse Abschattung in der Nähe derjenigen Stelle, an welcher der Kernschatten soeben noch auf den Vollmond fiel.

Seltenes Ereignis

Das schöne Schauspiel einer Finsternis tritt nicht bei jedem Vollmond ein, denn dazu müsste die Mondbahn genau innerhalb der Erdbahnebene liegen. Tatsächlich ist die Bahn jedoch um rund fünf Grad geneigt. Dies hat zur Folge, dass der Mond die Erdbahnebene während eines vollen Umlaufs an zwei Punkten durchquert: an den so genannten Knotenpunkten. Durchläuft der Mond die Erdbahnebene von Nord nach Süd, steht er im absteigenden Knoten. Ihm gegenüber befindet sich der aufsteigende Knoten, in dem er die Erdbahnebene von Süd nach Nord durchläuft.

Stellung des Mondes zur Erde | Am 27. Juli 2018 steht der Erdtrabant zur Vollmondzeit in der Nähe des Punktes, in dem er die Erdbahnebene von Nord nach Süd durchquert: im absteigenden Knoten seiner Bahn. Die nun eintretende totale Mondfinsternis wird von zwei Sonnenfinsternissen flankiert, denn rund zwei Wochen zuvor, am 13. Juli, und zwei Wochen danach, am 11. August, befindet sich der Mond zur Neumondphase nahe dem aufsteigenden Knoten zwischen Erde und Sonne. Allerdings ist keine dieser partiellen Finsternisse von Mitteleuropa aus sichtbar.

Demzufolge müsste sich der Erdtrabant zur Vollmondzeit genau in einem der Knotenpunkte befinden, damit eine Finsternis eintreten kann. Dank der Größe des Erdschattens, der in Mondentfernung mehr als zweimal so groß ist wie der Mond, genügt es jedoch, wenn der Vollmond einem der Knoten sehr nahe kommt. Zumeist läuft er aber zu weit nördlich oder südlich am Erdschatten vorbei, so dass keine Finsternis eintritt. Und selbst wenn die Bedingung erfüllt ist, kann es vorkommen, dass wir in Mitteleuropa keine Finsternis erleben können, denn schließlich muss unser Kontinent zur passenden Zeit dem Mond zugewandt sein, so dass er für uns während der Nacht über dem Horizont steht.

Beispielsweise konnten wir die totale Mondfinsternis am 31. Januar 2018 nicht sehen, weil sich Mitteleuropa zur fraglichen Zeit auf der mondabgewandten Seite der Erde befand. Meist muss ein ortsgebundener Beobachter ein bis zwei Jahre auf die nächste totale Mondfinsternis warten. Partielle Verfinsterungen, bei denen der Trabant nur teilweise in den Schatten der Erde eintaucht, sind etwas häufiger.

Günstige Sichtbarkeit mit Handikap

Unser äußerer Nachbar Mars erreicht während seiner diesjährigen Opposition einen Winkeldurchmesser von rund 24 Bogensekunden, was beinahe der größtmögliche Wert ist. Auch seine scheinbare Helligkeit ist Ende Juli maximal. Dies hat einen einfachen geometrischen Grund: Sonne, Erde und Mars liegen am 27. Juli ja aufgereiht auf einer Linie. Der Planet steht dabei nahe am sonnennächsten Punkt seiner Bahn, dem Perihel. Gleichzeitig steht die Erde im Juli noch nahe an ihrem sonnenfernsten Punkt, dem Aphel. Somit kommen sich Mars und Erde während ihrer Begegnung diesmal viel näher als in durchschnittlichen Oppositionen. Der Abstand beider Planeten beträgt am Monatsende nur rund 58 Millionen Kilometer, während er in ungünstigen Fällen bis zu 101 Millionen Kilometer betragen kann.

Doch leider gibt es einen Wermutstropfen: Auf Grund der räumlichen Lage der Marsbahn ereignen sich Periheloppositionen stets im weit südlich gelegenen Teil des Tierkreises. Am 27. Juli steht Mars im westlichen Teil des Sternbilds Steinbock, das in Mitteleuropa niemals hoch über den Horizont gelangt. Das vom Planeten kommende Licht muss somit einen relativ langen Weg durch die Erdatmosphäre zurücklegen, bevor es das Teleskop des Beobachters erreicht. Deshalb ist es auch wahrscheinlich, dass die allgegenwärtige Luftunruhe die Sichtbarkeit feiner Details deutlich einschränkt.

Oppositionsschleifen von Mars, Saturn und Pluto | Die hellen Planeten Mars und Saturn tummeln sich derzeit im südlichen Teil der Ekliptik, in den Sternbildern Steinbock beziehungsweise Schütze. Hier, vor dem sternreichen Hintergrund der Milchstraße, zieht auch der lichtschwache Zwergplanet Pluto seine Bahn.

Unser roter Nachbar im Teleskop

© NASA / USGS (Ausschnitt)

Landkarte unseres Nachbarn | Viele der hellen und dunklen Gebiete, die auf diesem Gesamtbild der Marsoberfläche sichtbar sind, lassen sich unter günstigen Bedingungen schon in einem Amateurteleskop erkennen. Die Karte entstand aus Aufnahmen der NASA-Sonden Viking Orbiter 1 und 2, die den Roten Planeten ab 1976 mehrere Jahre lang erforschten.

Der Mars benötigt für eine volle Umdrehung rund 37 Minuten länger als die Erde. Beobachtet man ihn also täglich zur gleichen Uhrzeit, dann bemerkt man von Nacht zu Nacht eine kleine Verschiebung der Oberflächenstrukturen. Dem Zeitunterschied entspricht im Gradnetz des Mars ein Längenunterschied von rund neun Grad, so dass allmählich neue Gebiete auf den sichtbaren Teil der Marsscheibe vorrücken. Besonders deutlich wird dies, wenn das große, dunkle Hochplateau Syrtis Major auf der Vorderseite des Planeten angelangt ist. Diese Region wurde bereits im Jahr 1659 von dem niederländischen Physiker und Astronomen Christiaan Huygens (1629–1695) entdeckt. Schon in den ersten Julinächten wird sie kurz nach Mitternacht sichtbar sein.

Dunkles Gebiet auf dem Mars | Auf der Oberfläche unseres Nachbarplaneten Mars zeigen sich im Teleskop dunkle Gebiete. Am auffälligsten ist die Region Syrtis Major. Reinhard Neul fotografierte sie am 16. April 2014. Am 27. Juli 2018 steht der Rote Planet in Erdnähe.

Ein weiterer Leckerbissen ist die weiße Polkappe auf der uns zugeneigten Hemisphäre des Mars. In den Monaten vor der Opposition verringert sich ihre Ausdehnung im Verhältnis zum zunehmenden scheinbaren Marsdurchmesser, denn auch auf dem Mars gibt es Jahreszeiten. Ein Rotfilter verstärkt bei solchen Beobachtungen die Kontraste der Bodenformationen, weil das von der Oberfläche reflektierte rötliche Licht den bläulichen Dunst der darüberliegenden Atmosphäre besser durchdringt.

Keine technische Maßnahme hilft allerdings gegen einen Staubsturm auf dem Mars, der sich binnen ein bis zwei Wochen wie ein gelbes Tuch auf dem Planeten ausbreiten kann und dann den Blick auf die Oberfläche verhindert. Gerade in den Periheloppositionen kommen solche Stürme häufiger vor, weil die nun stärkere Sonneneinstrahlung mehr Energie in die Marsatmosphäre pumpt – ein Effekt, den wir beim Blick auf unseren atmosphärelosen Mond nicht befürchten müssen.


Der Autor ist Professor für Astrophysik an der Universität Guanajuato in Zentralmexiko. Als Student beobachtete er über viele Jahre hinweg regelmäßig mit dem eigenen Teleskop; heute sind die stellare und solare Aktivität seine Forschungsschwerpunkte.

Caption text

Nico, eine Mondgöttin

Sie liegt auf dem Selbstmörder Friedhof in Berlin begraben, obwohl sie gar keine Selbstmörderin ist, sondern ist auf Ibiza vom Fahrrad gefallen und gestorben. Am 18. Juli 1988.

Nico…

Von Andy Warhol entdeckt, kam sie zu Ruhm als weib­liche Stimme des ersten Albums von The ­Velvet Underground  und, wie Berliner TIP behauptet, werden ihre Soloplatten bis heute immer dann angehört, wenn man einmal so richtig tief depressive Musik hören möchte.

Sie war vielleicht keine Selbstmörderin, das ja, aber, na ja, sie war heroinsüchtig und depressiv, wirkte selbstzerstörerisch und ihr Leben war zu letzt lediglich ein Haufen dubiöser Umstände…

Ihr Grab ist eine Pilgerstätte für viele ihre todessehnsüchtigen Fans aus aller Welt, die dort eine Blume, aber auch einen Joint, eine Schnapsflasche oder eine ­Heroinspritze niederzulegen pflegen.

Anne Schmidt

schrieb über sie zum Buss- und Bettag letztes Jahres…

Es gibt Gräber, die muss man suchen, wenn man sie besuchen will.

Sie wurden anonym angelegt, weil die dort begrabenen Personen mit ihren Geschichten zur Zeit ihres Todes als Aufrührer oder gar Verbrecher galten, deren Gräber keinesfalls zu Pilgerstätten werden sollten.

Andere wiederum wünschten sich schon zu Lebzeiten ein idyllisches Plätzchen an einem weltfernen Ort für ein ewiges Ausruhen nach einem ruhmreichen, turbulenten,

Christa Päffgen, besser bekannt unter ihrem Künstlernamen „Nico”, hatte sich schon in noch unbeschwerten Jugendjahren den Waldfriedhof am Schildhornweg im Grunewald als letzten Ruheort ausgesucht. Dort findet man auf einem Grab unter dem Stein mit ihrem und dem Namen ihrer Großmutter ein gerahmtes Foto von ihr, das in ihrer glücklichen Zeit als Sängerin und Muse von Jim Morrison gemacht sein dürfte.

Wie lange man sie dort noch besuchen kann, ist der Wilmersdorfer Gemeinde überlassen, die den Friedhof aus Kostengründen schließen will.

Die russichen Selbstmörder, nach denen der Friedhof benannt ist, die vielen Toten einer Bombennacht im Jahre 1945 würden dann genau wie Nico und Rolf von Zukowsky umgebettet werden müssen oder dem Verfall preisgegeben werden.

Die Wildschwein rotten um den Friedhof herum, warten schon jetzt auf ein Offenlassen der Pforte.

Foto Elżbieta Kargol


Im Kino gibt es jetzt ein Film über sie. Ein, wie TIP Berlin es bezeichnet, beeindruckendes Biopic über die Spätphase der gefeierten Popikone: Nico, 1988.
I/B 2018, 93 Min., R: Susanna Nicchiarelli, D: Trine Dyrholm, John Sinclair, Anamaria Marinca.
Eine Geschichte über zwei letzte Jahre Nicos Leben.
Trine Dyrholm, die Nico spielt, singt im Film alle Lieder selbst.

Der Film ist fantastisch. Und es gibt gar eine merkwürdige halluzinatorische Vision Polens AD 1987 im Film. Polen an Allen Toten Tag.

Zwei ihre Aussagen, die sich einem für eine Ewigkeit einprägen.
– Bin ich hässlich? Ja? Gut. Ich war sehr unglücklich, als ich schön war.
Und
– Ich war ganz oben und ich war ganz unten. Auf den beiden Orten ist man verdammt allein.


Im TIP erzählt der Musiker Lüül (Lutz Graf-Ulbrich) über seine einstige Liebe und ihr Grab. Er war Musiker der Berliner Krautrockbands Agita­tion Free und Ashra, Mitglied des Kollektivs 17 Hippies – und Nicos ehemaliger Gitarrist und Liebhaber.

„Es gab niemanden, der etwas Vergleichbares machte“, sagt Lüül. Er hat ein Buch geschrieben über seine Jahre mit Nico und es „Im Schatten der Mondgöttin“ genannt. Darin beschreibt er seine erste Begegnung mit ihr in der Pariser Opéra Comique 1973: „Nur ein Scheinwerfer. Dann kam sie. Nico. Überirdisch. Unnahbar schön. Allein mit ihrem indischen Harmonium.“ Magisch hat das damals auf Lüül gewirkt. Ja, und auch er hat sie angehimmelt. „Sie war ­sagenumwoben“, erinnert er sich. Wie von einem Nebelschleier umgeben, all die Geschichten, die man so von ihr erzählte und die sie über sich selbst erzählte, blieben vage, halb erlebt, halb erdacht. Die Kult- und Kunstfigur Nico lebte von ihrer Aura und dem Mysterium, das sie um sich herum schuf. „Sie war unergründlich“, sagt Lüül.

Schleierhaft ist ihm bis heute auch, weshalb sie sich ausgerechnet ihn ausgesucht hat, damals bei der ­Party des gemeinsamen Managers Assaad und später im Backstage-Zelt eines Festivals in Frankreich. Weshalb sie sich im Hotel vor ihm auszog und nackt aufs Bett legte. Vielleicht waren sie sich ja doch gar nicht so fern: Sie aufgewachsen in Schöneberg, im KaDeWe als Model entdeckt, er Musiker aus Charlottenburg, beide Kinder des Nachkriegsberlins. So jedenfalls kam die Mondgöttin ins Leben des 14 Jahre jüngeren Lutz Ulbrich und verlieh ihm ungeahnte Größe. Es folgte: „die wilde Zeit“. Ein Leben aus dem Koffer, von Paris nach Amsterdam, immer dem billigen Heroin nach, die Konzertreisen durch die USA. Apropos Heroin: Es machte sie selbstsicherer, sagt Lüül, aber auch selbstsüchtiger. „Sie war die egozentrischste Person, die ich je kennengelernt habe. Alle halten sie ja so hoch, aber hey, sie war auch eine Bitch! Sie hat Menschen betrogen.“ Doch so wie sie nicht vom Heroin loskam, kam er nicht von ihr los.

Dann das große Finale im Chelsea Hotel, New York. Einem Drehbuchautor würde man diese Szene wohl aus seinem Skript streichen, weil maßlos übertrieben: Nico auf Methadon und Alkohol, es kommt zum Streit, ein Bügeleisen fliegt durchs Fenster (Lüül: „Ich hätte es sonst voll in die Fresse gekriegt.“), sie spuckt ihm ins Gesicht, er würgt und schlägt sie, bis sie fällt und liegen bleibt (Lüül: „Ich dachte schon: Jetzt biste ein Mörder!“), doch sie lebt, die Polizei kommt, der Vorhang fällt. Im wahren Leben geht die Geschichte weiter, die beiden bleiben „in Freundschaft verbunden“, wie man so sagt, sie singt das Lied „Reich der Träume“ für ihn ein, er organisiert ihr letztes Konzert im Planetarium Berlin, sechs Wochen vor ihrem Tod, von dem Lüül am Telefon erfährt. Am 18. Juli 1988 fällt sie in Ibiza vom Fahrrad. Gehirnblutung.


Ein Kinotrailer, huch, so was habe ich noch nie gesehen. Ist 20Uhr51, ich klicke den Trailer an und lese eine merkwürdige Zeile: Aus jugendschutzrechtlichen Gründen darf dieser Trailer nur zwischen 23:00 Uhr und 06:00 Uhr abgespielt werden. Sogar den link zum Trailer kann man vor 23 Uhr nicht kopieren…

Hmmmm… Na egal… Der Trailer