Kocie zagadki

Koty w pomorskiej wiosce Poczernin. Jest to jedyna w Polsce wieś, gdzie istnieje oficjalny, kościelny ośrodek leczenia za pomocą egzorcyzmów. Egzorcystów kościelnych jest w Polsce kilkuset, ale tylko jeden ośrodek. Mieści się w starym młynie, obok zbudowano mały klasztor i erem. Gdy byłyśmy tam z koleżanką w grudniu 2017 roku, budowano właśnie obok centrum pielgrzyma. 
Ale dość już o egzorcystach, przechodzimy do zagadek. Proszę podać tytuły i autorów książek, z których pochodzą te cytaty. Zdjęcia mają się nijak do tego, o co chodzi w cytatach. Po prostu nadeszła pora, żeby je wreszcie wstawić do jakiegoś wpisu…


1.

Trzecim w tej kompanii był kocur, który nie wiadomo skąd się wziął, wyposażony w zawadiackie wąsy kawalerzysty, olbrzymi jak wieprz, czarny jak sadza lub gawron. Cała trójka ruszyła w ulicę Patriarszą, przy czym kocur szedł na tylnych łapach.
Iwan pobiegł za łajdakami i od razu przekonał się, że dogonić ich będzie bardzo trudno.
Trójka błyskawicznie przemknęła przez ulicę i znalazła się na Spirydonowce. Choć Iwan nieustannie przyspieszał kroku, odległość miedzy nim a ściganymi nie zmniejszała się. Poeta ani się obejrzał, jak przemierzył Spirydonowkę i znalazł się przy Bramie Nikickiej, a tam jego sytuacja znacznie się pogorszyła. Tu już było tłoczno. W dodatku szajka złoczyńców właśnie postanowiła zastosować wypróbowany bandycki fortel i uciekać w rozsypce. Regent nader zręcznie wprasował się do autobusu, który na pełnym gazie pędził w kierunku placu Arbackiego, i umknął. Iwan, zgubiwszy jednego ze ściganych, całą uwagę skoncentrował na kocurze i zobaczył, że dziwny ów kot podszedł do drzwi wagonu motorowego linii “A”, który stał na przystanku, bezczelnie odepchnął wrzeszczącą kobietę, chwycił za poręcz i nawet wykonał próbę wręczenia konduktorce dziesiątaka przez otwarte z powodu upału okno.
Zachowanie się kota wstrząsnęło Iwanem do tego stopnia, że zastygł nieruchomo obok sklepu kolonialnego na rogu i wtedy zdumiał się po raz drugi, i to znacznie silniej, tym razem za przyczyną konduktorki. Ta, skoro tylko zobaczyła włażącego do tramwaju kota, wrzasnęła dygocąc z wściekłości:
– Kotom nie wolno! Z kotami nie wolno! Psik! Wyłaź, bo zawołam milicjanta!
Ani konduktorki, ani pasażerów nie zdziwiło to, co było najdziwniejsze – nie to więc, że kot pakuje się do tramwaju, to byłoby jeszcze pół biedy, ale to, że zamierza zapłacić za bilet!
Kot okazał się zwierzakiem nie tylko wypłacalnym, ale także zdyscyplinowanym. Na pierwszy okrzyk konduktorki przerwał natarcie, opuścił stopień i pocierając monetą wąsy usiadł na przystanku. Ale gdy tylko konduktorka szarpnęła dzwonek i tramwaj ruszył, kocur postąpił tak, jak postąpiłby każdy, kogo wyrzucają z tramwaju, a kto mimo to jechać musi. Przeczekał, aż miną go wszystkie trzy wagony, po czym wskoczył na tylny zderzak ostatniego, łapą objął sterczącą nad zderzakiem gumową rurę i pojechał, zaoszczędziwszy w ten sposób dziesięć kopiejek.

W kawiarni Coffee Point w Szczecinie.


Drzwi prowadziły do straszliwie zadymionej kuchni. Księżna siedziała pośrodku na stołku o trzech nogach, piastując dziecko. Nad paleniskiem pochyliła się Kucharka, mieszając zupę w wielkim rondlu.
„Stanowcze musi być za dużo pieprzu w tej zupie” – pomyślała dziewczynka powstrzymując się od kichania.
W powietrzu unosiło się również zbyt wiele tej przyprawy. Nawet Księżna kichała od czasu do czasu, dziecko zaś na zmianę kichało i wrzeszczało bez wytchnienia. Jedynymi istotami uodpornionymi na tę ilość pieprzu w atmosferze byli: Kucharka oraz wielki kot, który siedział przy kuchni i uśmiechał się od ucha do ucha.
– Czy nie zechciałaby mnie pani poinformować – odezwała się dziewczynka trwożliwym głosikiem, nie była bowiem pewna, czy powinna odzywać się nie pytana – czy nie zechciałaby
mnie pani poinformować, dlaczego ten kot tak dziwacznie się uśmiecha?
– To jest Kot-Dziwak (…) – odpowiedziała Księżna – i w tym tkwi cała przyczyna. Prosię!
Ostatnie słowo Księżny padło tak nagle i gwałtownie, że dziewczynka aż podskoczyła z
przerażenia. Po chwili jednak zorientowała się, że słowo „prosię” było skierowane do niemowlęcia, nabrała więc znowu odwagi i rzekła:
– Nie sądziłam, że koty-dziwaki tak się uśmiechają. Nie przypuszczałam, że koty w
ogóle umieją się uśmiechać.
– Umieją doskonale – odparła Księżna. – I większość z nich uśmiecha się.
– Nie widziałam nigdy przedtem uśmiechającego się kota – rzekła dziewczynka, zadowolona
z nawiązania rozmowy.
– W ogóle mało jeszcze widziałaś – odpowiedziała Księżna. – I w tym tkwi sedno rzeczy.
(…) nagle ze zdumieniem ujrzała na jednym z pobliskich drzew Kota-Dziwaka. Na jej widok Kot uśmiechnął się swym zwyczajem od ucha do ucha.
„Wygląda raczej dobrodusznie – pomyślała – ale ma jednak bardzo długie pazury i całe mnóstwo zębów, trzeba więc traktować go uprzejmie”.
– Drogi panie Kiciu-Dziwaku – zaczęła raczej nieśmiało, ponieważ nie wiedziała, czy
forma ta przypadnie Kotu do gustu. (Kot uśmiechnął się jeszcze szerzej. Widzę, że mu się
spodobało” – pomyślała dziewczynka). – Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy
powinnam pójść? – mówiła dalej.
– To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść – odparł Kot-Dziwak.
– Właściwie wszystko mi jedno.
– W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
– Chciałabym tylko dostać się dokądś – dodała dziewczynka w formie wyjaśnienia
– Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.

(…) spojrzała w górę i znowu dostrzegła Kota siedzącego na gałęzi.
– Czy powiedziałaś, że dziecko zmieniło się w prosiaka, czy w psiaka? – zapytał Kot.
– Powiedziałam, że w prosiaka – odparła Alicja. – A w ogóle wolałabym, żeby pan nie
znikał i nie pojawiał się tak nagle. Można od tego zgłupieć.
– Zgoda – rzekł Kot i tym razem zaczął znikać bardzo powoli, zaczynając od końca
ogona, a kończąc na uśmiechu, który pozostał jeszcze przez pewien czas, zawieszony nad
gałęzią.
„Widziałam już koty bez uśmiechu – pomyślała dziewczynka – ale uśmiech bez kota widzę po raz pierwszy w życiu. To doprawdy nadzwyczajne!”

Zdjęcie to było podpisane “Kot w Iraku”, ale nie wiem skąd je mam i nie wiem, czy to naprawdę kot w Iraku, czy ja to tylko tak sobie wymyśliłam. Kot się nie uśmiecha.


Słuchaj, Kochanie, i dobrze uważaj, bo to, co ci chcę opowiedzieć, działo się przed bardzo dawnymi laty, kiedy zwierzęta obecnie oswojone żyły jeszcze w stanie dzikim. Dziki był Pies i dziki był Koń, i dzika była Krowa, i dzika była Owca, i dzika była Świnia – tak dzika, jak tylko zwierzę dzikim być potrafi. I wszystkie te dzikie zwierzęta chodziły po Wilgotnych, Dzikich Lasach, samotnymi, dzikimi ścieżynami. Ale najdzikszy ze wszystkich dzikich zwierząt był Kot. Sam zawsze chadzał własnymi drogami i było mu wszystko jedno kędy.

Naturalnie, że Człowiek był także dziki. Strasznie dziki. A zaczął się oswajać dopiero wówczas, gdy spotkał Kobietę, która mu powiedziała, że wcale nie ma ochoty prowadzić takiego dzikiego życia, jakie on dotąd prowadził. I zaraz wyszukała ładną, suchą Jaskinię i oświadczyła, że w niej będzie sypiać, a nie na kupie mokrych liści; następnie wysypała całe wnętrze Jaskini suchym, miękkim piaskiem, a w głębi roznieciła ogień; wnijście zaś do Jaskini zasłoniła skórą końską zawieszoną ogonem na dół i rzekła:
– Odtąd, mój Kochany, musisz sobie wycierać nogi wchodząc do mieszkania, bo zaczniemy prowadzić porządny dom.
Tego wieczora, Kochanie, jedli już na kolację pieczeń z dzikiego barana, upieczoną na gorących kamieniach i przyprawioną dzikim czosnkiem i dzikim pieprzem; i dziką kaczkę z dzikim ryżem i dzikim bożym zielem, i dzikim anyżem; i kości szpikowe z dzikiego wołu, i dzikie czereśnie, i dzikie owoce granatu.
A po tej kolacji Mężczyzna położył się w pobliżu ogniska, ogromnie zadowolony i szczęśliwy; Kobieta natomiast zaczęła rozczesywać długie włosy. I wzięła kość z pieczeni baraniej, płaską kość łopatkową, i długo wpatrywała się w wyryte na niej znaki, następnie dorzuciła drew do ogniska i uczyniła Czar. Pierwszy Czar na świecie – Czar Śpiewu.
A z Wilgotnych, Dzikich Lasów wybiegły wszystkie dzikie zwierzęta i zgromadziły się wmiejscu, skąd mogły widzieć światło ogniska, i dziwiły się, nie wiedząc, co to ma znaczyć.
A Dziki Koń tupnął dzikim kopytem i rzekł:
– O Przyjaciele moi i Nieprzyjaciele! Powiedzcie, dlaczego Człowiek i Żona jego rozłożyli tak wielki ogień w tej wielkiej Jaskini i jaką on nam wyrządzi szkodę?
A Dziki Pies począł węszyć dzikim nosem i poczuł woń pieczonej baraniny, i rzekł:
– Muszę tam pójść i zobaczyć, i dowiedzieć się, bo zdaje mi się, że jest tam coś dobrego. Chodź, Kocie, pójdziemy razem!
– Nie! Nie! Jestem Kotem, który zawsze sam chadza własnymi drogami, i wszystko mi jedno kędy! Nie pójdę z tobą!
– Nigdy już więc nie będziemy przyjaciółmi – rzekł Dziki Pies i sam ruszył w stronę Jaskini.
Ale zaledwie uszedł kilka kroków, Kot mruknął do siebie:
– Wszystko mi jedno, kędy chodzę. Dlaczego nie miałbym pójść także do Jaskini i zobaczyć, i oglądać, i powrócić, kiedy mi się spodoba? – I cichutko, na palcach, pomknął za Psem i ukrył się w pobliżu Jaskini, skąd mógł wszystko i słyszeć, i widzieć. I zobaczył, jak Dziki Pies, doszedłszy do Jaskini, podniósł głową skórę końską, wiszącą u wnijścia ogonem na dół, i począł węszyć przyjemną woń pieczonej baraniny; a Kobieta, przyglądająca się właśnie łopatce z barana, na widok Psa zaśmiała się i rzekła:
Oto pierwszy! Dzika Istoto z Dzikich Lasów, czego potrzebujesz?
A Dziki Pies rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, jaka to woń rozkoszna rozchodzi się po lasach?
Wówczas Kobieta wzięła kość z pieczeni baraniej, rzuciła ją Dzikiemu Psu i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, spróbuj i pokosztuj!
Pies ogryzł kość, która była smaczniejsza od wszystkiego, co kiedykolwiek był jadł, i rzekł:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, daj mi jeszcze jedną!
A kobieta odparła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, pomagaj memu Mężowi polować w ciągu dnia, a w nocy strzeż Jaskini, a będziesz miała tyle kości z pieczeni, ile sama zechcesz!
– Ach! – szepnął Kot, który podsłuchiwał. – Ta Kobieta jest bardzo mądra, ale nie taka mądra, jak ja.

Gdy już nie tylko pies, ale koń i krowa poszli do Jaskini i zawarli układ z Kobietą…

Kot ukrył się, jak zwykle, i czekał, czy znów jakieś dzikie zwierzę nie pójdzie do Jaskini; nikt się jednak nie ruszył z Wilgotnych, Dzikich Lasów. Wówczas Kot sam się udał do Jaskini i zobaczył, jak Kobieta doiła Krowę, i poczuł przyjemne ciepło bijące od ogniska i zapach ciepłego mleka. I spytał:
– O moja Nieprzyjaciółko i Żono mego Nieprzyjaciela, powiedz, dokąd poszła Dzika Krowa?
A Kobieta zaśmiała się i rzekła:
– Dzika Istoto z Dzikich Lasów, wracaj, skąd przyszłaś, bo zaplotłam już warkocze i odrzuciłam kość czarnoksięską, i nie potrzeba już więcej przyjaciół ni sług w naszej Jaskini!
A Kot rzekł:
– Nie jestem ani przyjacielem, ani sługą, lecz Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, a teraz chciałby wejść do waszej Jaskini.
(…)
Przebiegły Kot, opiekując się Dzieckiem i polując na myszy, doprowadził jednak do tego, że i Kobieta, i Mężczyzna i Pies zawarli z nim układ, i zdarzyło się, że wprawdzie, że…

Mężczyzna rzucił za kotem butami i kamiennym toporkiem, a Kot wybiegł z Jaskini i ścigany przez Psa, wdrapał się na drzewo, ale od tej chwili, Kochanie, na pięciu prawdziwych Mężczyzn trzech z pewnością rzuca za Kotem butami, a wszystkie prawdziwe Psy gonią go i prześladują. Ale Kot także dotrzymuje warunków układu. Łowi myszy i dobry jest dla Dziecka, dopóki go nie targa za ogon.

Ale spełniwszy swe obowiązki, od czasu do czasu urządza sobie wycieczki, a zwłaszcza podczas jasnych nocy księżycowych staje się znów Kotem, który zawsze chadza własnymi drogami, i wszystko mu jedno kędy. I wówczas pędzi do Wilgotnych, Dzikich Lasów lub wdrapuje się na Wilgotne, Dzikie Drzewa i Wilgotne, Dzikie Dachy i wywijając dzikim ogonem, biega po Dzikich, Wilgotnych Ścieżynach.


Kot nad morzem w Albanii. A może w Grecji. Chyba że są to jednak Indie…

Ulice Berlina – Plac Hanne Sobka

Ewa Maria Slaska

Wielu z nas odjeżdża do Szczecina, a i dalej do Kołobrzegu, Gdańska, Olsztyna i Białegostoku z dworca Gesundbrunnen.

Z reguły nie mamy czasu na dworcu, wyskakujemy z metra i pędzimy na peron, może w biegu wskoczymy jeszcze po kawę to go, zwaną przez berlińczyków kawą Togo, i już, pach pach, jedziemy. Mało kto ma więc okazję, żeby w ogóle zauważyć, że na samym środku hali dworcowej stoi tablica informacyjna.

Ale jest lato 2o18 roku. W komunikacji miejskiej wciąż coś nawala. Kolejka miejska, która ostatnio nagminnie się spóźnia, spóźnia się i dziś, zanim dotrę na dworzec, pociąg o 8:05 dawno odjechał. Muszę czekać na następny. Tracę godzinę z pospiesznego życia mieszkańca metropolii, godzinę, która odbije się na napiętym harmonogramie całego dnia, godzinę, która okaże się jednak zyskiem. Na początku wcale to tak nie wygląda. Kawa wypita, pobliskie centrum handlowe jeszcze zamknięte, gazeta nudna, książki “się nie wzięło”, bo w pociągu “miało się” sprawdzić wymagający korekty tekst w komputerze. Nerd by w takiej sytuacji natychmiast otworzył laptopa, ale mnie się nie chce. Młodzi spędziliby taką godzinę z nosem w komórce, ale ja już jadąc tu sprawdziłam, co w poczcie i też mi się nie chce. Zarzucam torbę na ramię i wolnym krokiem obchodzę dworzec.

Widzę szereg mrówek niosących duże białe jajka. Idą przez halę dworcową, jakby to był ostęp leśny. Naprawdę, rację mają ci, którzy głoszą, że natura nas w ogóle nie zauważa i nic z nas sobie nie robi, że nie obchodzą jej nasze zniszczenia, bo nie zależy jej na poszczególnych gatunkach, lecz po prostu na życiu, a ono przetrwa wszystko.

Odrywam nos od ziemi i w ostatniej chwili udaje mi się nie wpaść na tablicę, która mi wyrosła dosłownie przed tymże nosem. Duża tablica informacyjna ze zdjęciami i tekstem. Dar z nieba, jest co czytać! Potem się dowiem, że tablicę odsłonięto niedawno, bo w czerwcu 2016 roku. Przedtem była tu przez lata jedna wielka budowa. Przy okazji nazwano plac przed dworcem imienniem Hanno Sobka: Hanne-Sobek-Platz.

To jemu poświęcono tablicę na dworcu. Piękna historia, piękny człowiek, nigdy o nim nie sałyszałam. Hanne Sobek był pierwszą prawdziwą gwiazdą niemieckiego futbolu, a może nawet europejskiego.

Tu na Weddingu, w pobliżu obecnego dworca, mieściła się główna siedziba berlińskiego klubu piłkarskiego Hertha i własny stadion klubu czyli Die Plumpe. Stadion, wciśniąty między budynek dworca a most, zwany Millionenbrücke, bo tyle kosztowała jego budowa.

Kapitanem drużyny był Hanne Sobek, jego żona prowadziła knajpę Lichtburg w pobliskim kinie i teatrze. Wedding był robotniczy i rewolucyjny, a Hertha była jego sercem. To były czasy! Nic z nich nie pozostało. Owszem, Hertha nadal istnieje, ale już dawno odcięła się od swych proletariackich korzeni. Sobek dostał plac przed dworcem i tablicę na dworcu…

Klub Hertha został założony 25 lipca 1892 roku nie tu, lecz troszkę dalej, na pewnej ławce na Placu Arkona. Pierwsza knajpa klubu mieściła się nieopodal na Oderberger Straße. Ławka (ale czy ta sama?) wciąż jeszcze jest, podobnie knajpa. Teraz to hipsterska dzielnica, nikt tu nie kopie w piłę, a w knajpie można zamówić bezglutenowe kluseczki z bezmięsnym gulaszem w bezlaktozowym sosie śmietanowym.

Sześć razy pod rząd Hertha prowadzona przez Sobka weszła stąd, ze stadionu Plumpe na Gesundbrunnen, do finałów mistrzostw Niemiec. Cztery razy przegrała, dwa razy wygrała. Zdobycie tytułu w roku 1931 wywołało prawdziwą euforię. Po rozegranym w Kolonii meczu, gdzie Hertha wygrała 3:2 z 1860 München, 15 czerwca 1931 roku na dworcu Friedrichstraße tysiące berlińczyków czekały na drużynę i odprowadziły ją w tryumfalnym pochodzie do  Gesundbrunnen.

Johannes Sobek, zawsze nazywany ‘Hanne’, urodził się 18 marca 1900 roku, w Mirow w Meklemburgii. Od dzieciństwa kochał piłkę nożną, w latach 1920 – 1925 grał w drużynie Alemannia 90. On sam 10 razy grał w mistrzostwach Niemiec, po raz pierwszy właśnie w Alemanii. W roku 1925 został napastnikiem w berlińskiej drużynie Hertha BSC i współtworzył jej legendę, legendę Biało-Niebieskich. W roku 1930 Hertha wygrała 5:4 z  Holsztynem Kilonią, a w roku 1931 z Monachium. W obu  meczach Sobek strzelił po dwie bramki. Po wojnie Sobek był trenerem piłkarskim.

Berliński autor Oliver Ohmann, który napisał książkę o Sobku, pisze: “Hanne Sobek był cudem, na który od dawna czekali początkujący piłkarze – charyzmatyczny, pełen pasji, genialny.” Jeden z kolegów piłkarzy ujął to prościej “Hanne Sobek był według mnie największym berlińskim piłkarzem.”

Sobek zmarł 17 lutego 1989 roku w Berlinie. W roku 1999 jego imieniem nazwano zespół sportowy przy placu Louise Schröder, w roku 2006 Sobek został patronem placu przed dworcem Gesundbrunnen.

Barataria 73: baratarystyka

Do Wesela poety Antonia Skármety wrócimy, obiecuję, ale wciąż mam w Berlinie tylko kartki po hiszpańsku i egzemplarz po niemiecku, a polski, już zakupiony w bydgoskiej szperalni, czeka na lepsze czasy. Te zaś nastąpią pod koniec miesiąca…

Ewa Maria Slaska

Baratarystyka czyli co jest czym czego?

Jeden z blogowych autorów, Lech Milewski, zwany też Pharlapem, został przeze mnie mianowany baratarystą. Autor tytuł przyjął, ale wyraźnie miał wątpliwości, bo zapytał mnie niedawno, jak się właściwie szuka, a raczej – znajduje Baratarię. Odpowiedziałam coś od ręki, nie było to jednak jasne, bo odpowiedź brzmiała, że trudno mi jakoś trafić do Baratarii…

Mnie właściwie też. Przypominam jednak, że baratarystyka jest nauką młodą, powstała zaledwie przed rokiem i jej założenia metodologiczne mogą, a nawet muszą z biegiem czasu ulec / ulegać zmianie.

Przyznam też, że choć to ja wymyśliłam baratarystykę, sama nie zawsze wiem, jak ją rozumieć i w jakim kierunku ma się rozwijać. W ciągu minionego roku poszliśmy co najmniej dwukrotnie tropami, które prowadziły do nikąd.

Przypomnijmy więc, że Barataria jest czymś w rodzaju nowożytnej Atlantydy, o ile jednak Platon poświęcił Atlantydzie całe ustępy dwóch swych ksiąg, Kritiasa i Timajosa, o tyle Barataria została przez swego wynalazcę, Miguela Cervantesa de Saavedra, wspomniana zaledwie raz – w części II Don Kichota. Sprawa zaczyna się jednak już na samym początku wędrówki Rycerza i giermka. Don Kichot bowiem od razu uprzedza Sancho Pansę, że nie będzie mu płacił pensji, ale przy nadarzającej się okazji, gdy walcząc z wrogami w obronie pięknych księżniczek, zdobędą jakąś wyspę, Sancho zostanie jej gubernatorem.  Ta wyspa pojawia się w całej książce, a również i w filmie właściwie bez końca i nawet wydaje się to dziwne, że do realizacji obietnicy dochodzi dopiero w II części, która przecież mogła w ogóle nie zostać napisana. W II części księżna i książę wycinają giermkowi paskudnego psikusa, ofiarowując mu ową wyspę, gdzie wszyscy i wszystko sprzysięgają się przeciwko niemu. Ale wyspa nazywa się wszak Barataria, co po hiszpańsku oznacza Oszustwo, a już samo jej położenie zapowiadało Wielkie Łgarstwo, bo była to wyspa na lądzie.

To jest zatem pierwszy i najważniejszy przedmiot badań baratarystyki – donkiszotowska Barataria.

I od razu kolejny przedmiot badań – różne wyimaginowane (a i prawdziwe) krainy oszustów. Najchętniej na wyspach. Tu, przypominam, znajduje się też dobrze w miądzyczasie zbadana wyspa San Escobar.

Oczywiście nie ma mowy, żeby badacze księgi rycerskiej o Don Kichocie nie próbowali zlokalizować miejsca, gdzie wielki pisarz umieścił ową wyspę na lądzie. Kolejnym zadaniem są więc poszukiwania Baratarii na mapie Hiszpanii.

Przygotowując giermka do objęcia funkcji gubernatora wyspy, Don Kichot wyjaśnił mu, jak ma wyglądać idealne państwo i jak ma się zachowywać idealny władca, a to kieruje nas oczywiście od razu ku wszelkim utopiom państwowotwórczym od Platona i Morusa poczynając, po nowe miejsca idealne, które teraz już przestały się nazywać utopiami, a zostały określone mianem dystopii. Znaleźliśmy w ciągu minionego roku wiele dystopii literackich, jedna z nich nazwana została nawet Baratarią.

Okazało się też, że niektóre dystopie ktoś gdzieś zrealizował i uzyskał  p o z y t y w n e  wyniki, tworząc samowystarczalne komuny lub zamieniając pustynie w kwitnące ogrody. Oczywiście prawdziwe Baratarie są nader ważnym przedmiotem badań baratyrystyki.

Już w tym samym XVII wieku, gdy Cervantes opisał Baratarię, nazwę tę nadano wyspie i zatoce w Zatoce Nowoorleańskiej. Geografia, przyroda i historia wyspy Barataria to oczywiście konieczny temat, jakim baratarystyka musi się zajmować, a który, przyznajmy, wciąż jeszcze traktujemy po macoszemu, zwłaszcza w zakresie botaniki, zoologii i geografii. Na szczęście historia wyspy była tak ciekawa – była ona siedzibą słynnego szelmy – pirata Lafitte’a, że poświęciliśmy jej już sporo uwagi. Pirackie historie o Baratarii pozwoliły nam też poznać dwie opowieści dla dzieci i młodzieży, związane z geograficzną Baratarią. W obu nie widać, by autorów w ogóle interesował literacki pierwowzór Baratarii.

Nauka nasza poszła jednak nie tylko tropem geografii i postdonkiszotowskich dystopii geograficznych, bo zajęła się też problematyką władzy – idealny władca Baratarii to przecież Książę Macchiavellego czy Dworzanin Górnickiego. Również tu poszukujemy dalszych wzorów idealnego systemu władzy. Tak miejsca jak władcy idealni okazali sią w większości przypadków wzorami antyidealnymi, bo w międzyczasie okazało się przecież, że systemy idealne prowadzą do totalitaryzmu, co udowodnił przede wszystkim Stalin. Idealnym władcą był na przykład Król Mrówek, o którym opowiedział nam Zbigniew Herbert.

Sancho Pansa stawia czoła wymaganiom, jakie ciążą na gubernatorze, nie daje się omamić dworakom, wykonuje swoje zadania w sposób inteligentny i skuteczny, w sprytny sposób oszukując sprytnych oszustów. Rozsądzanie spraw – tak, to wielki temat baratarystyki, a wzorem oczywiście sam Król Salomon.

Przygody pana i giermka, które zawiodły ich do Baratarii, są same w sobie tematem baratarystycznym, wykorzystywanym wielokrotnie w literaturze i filmie, co objaśniliśmy sobie szczegółowo na przykładzie dwóch literackich opowieści przygodowych: Rękopisu znalezionego w Saragossie i Przygód Sindbada Żeglarza. A więc baratarystyka literacka – nader ważny przedmiot badawczy. Zajęły nas jednak również opera, balet, muzyka wojskowa (jaka lekka, jaka radosna), jazz, teatr, film… Kultura po-cervantesowska okazała się pełna kulturowych Baratarii. Tym niemniej, tak dziś to oceniam, fałszywym tropem okazało się dokładne przypominanie przygód książkowych awanturników “w stylu” Cervantesa. Trzeba o nich czytać i tam też, do źródła, odsyłać Czytelnika. Cóż jednak, był rok Leśmianowski i tak wyszło…

Ale i sam Sancho Pansa jest figurą literacką realizującą dwa tropy literackie – po pierwsze jest to szelma i prześmiewca jak Zagłoba, Falstaff czy wojak Szwejk, bohater umożliwiający krytykę, ba, rozsadzanie sztywnych systemów społecznych nie tylko w literaturze ale i w rzeczywistości. Ale, po drugie, jako gubernator wyspy, przez kilka dni giermek nasz był figurą Karnawałowego Króla, postaci właściwie już mitologicznej, znanej od starożytności, której niezliczone odmiany znaleźć można w barokowym malarstwie, ale która istnieje zawsze. To ten, który cieszy się wolnością błazna, igra z losem, wciąż naraża się na śmierć, a władztwo jego trwa krótko…

Sancho Pansa uwielbiał przysłowia tak bardzo, że sam stał się przysłowiem, podobnie jak i jego pan. I dał tym samym asumpt do opierania różnych opowieści o przysłowia, czego przykładem był Teatr Dworski Barataria, zapomniane dzieło literackie, które tak chętnie bym przywróciła nam współczesnym (szukam sponsora!).

Sancho Pansa wydaje się osobą bardzo jednolitą, jak uciosaną z jednego prostego i swojskiego kawałka pnia. Gada co mu ślina na język przyniesie i wciąż troska się o rzeczy materialne. A tymczasem… A tymczasem Sancho osiąga niewiarygodną wielkość, gdy dobrowolnie rezygnuje z władzy i porzuca gubernatorowanie, gdyż uważa, że nie stanął na wysokości zadania! Naszym światem rządzą ludzie żądni władzy i dałby Bóg, żeby nauczyli się od prostego giermka, jak odejść, gdy się widzi, że się źle i niegodnie rządzi… Nota bene mistrz Kaczmarski też sugeruje, że można zrozumieć i Don Kichota i Sancho Pansę całkiem na odwyrtkę…

I uwaga, niezależnie od tego, którą gałęzią baratarystyki chcemy się zająć, pamiętajmy, że jest to nauka zobowiązana celem nadrzędnym do odkrywania wędrówek po kulturze, w czym doprawdy celuje wspomniany już na początku tego wpisu Lech Milewski, mianowany pierwszym baratarystą! Ale też, przypomnijmy, że u źródeł baratyrystyki leży niewielka powieść Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, która beztrosko chodzi sobie po rupieciarni mitów, motywów i motywacji kulturowych, czerpiąc z niej pełnymi garściami, w celu uzyskania radosnej, dowcipnej i ironicznej opowieści. Bo ironia, i jej siostra bliźniaczka syjamska, autoironia, wydaje się tu niezbędną cechą wytrawnego baratarysty.

Szukamy też oczywiście wszystkich miejsc, które ktoś kiedyś nazwał Baratarią, próbując zarazem dociec, co go do tego skłoniło i czy linia przyczynowo-skutkowa doprowadzi nas do Don Kichota czy do piratów na Karaibach, bo to są dwa główne ciągi inspiracji. Tu dużą pomoc okazał Mieczysław Węglewicz, odnajdując i Bar Barataria w Warszawie, i poemat teatralny Gałczyńskiego Noc cudów czyli babcia i wnuczek. Sam zresztą też napisał wiersz, w którym Barataria to rym do… Ewa Maria! No, że też sama tego wcześniej nie odkryłam!

Istnieje oczywiście motyw ogólniejszy, szerszy niż Barataria, jak na przykład mistyka wysp, o której wspominał między innymi prawdziwy, choć zapewne, w przeciwieństwie do Lipki, nieświadomy baratarysta – Piotr Wojciechowski w kultowej swego czasu powieści Czaszka w czaszce. Niestety przyznaję, że zwiedziona należącą w pełni do baratarystyki mistyką wysp, przez jakiś czas skoncentrowałam się na wyspach w ogóle i w szczególe. To jeden z tych tropów, które prowadziły w niesłusznym kierunku. Udało mi się wprawdzie na tej błądnej trasie stworzyć (lub zreblogować) parę wcale smacznych kawałków, jak Wyspy Bożego Narodzenia i Wyspa Wielkanocna, ale generalnie zwykłe wyspy geograficzne, bez dodatkowego powodu, nie mogą być przedmiotem zainteresowania baratrystyki. Nie zapominajmy jednak, że powód się zawsze znajdzie.

Paweł Kuczyński 2015

Nie umiem tego udowodnić, ale jestem zdania, że przypadek i zbieg okoliczności, deja vu i koincydencja, skrawki i strzępki też mieszczą się w granicach baratarystyki. To sienkiewiczowskie prawo alibo pozór. Proszę bardzo, częstujcie się…

Na zakończenie prolegomeny do wstępu do baratrystyki przypomnę pewną regułę, o której pisałam już przed rokiem, a której trzymam się od zawsze, od czasów, gdy po raz pierwszy ułożyłam dwa zdania koło siebie, tak by miały sens, i kiedy to wcale jeszcze nie słyszałam o Baratarii. To reguła opowieści w duchu Zen: zacznij gdziekolwiek, a i tak kiedyś opowiesz cały świat. I to jest właśnie Barataria – cały świat

Procol Harum and a whiter shade of pale

I was reading a wonderful book of W. G. Sebald, a German writer which left Germany in early 60. and went to Manchester. He is one of the best writer I ever read in my whole life, better as Marcel Proust. It means something when I say something like that. His book, Die Ausgewanderten / The Emigrants I am reading ever and ever again… It was published in German 1992 and in English 1996. Sebald won with it the Berlin Literature Prize, the Literatur Nord Prize, and the Johannes Bobrowski Medal. Wikipedia says: The Emigrants is largely concerned with memory, trauma, and feelings of foreignness. All the characters in the work are emigrants who have left Germany, mostly Jewish and mostly self-murder. In the 3rd novel in a scene which takes place in a bar in Deauville, he writes.

Die Instrumentalisten waren vier schon etwas gealterte Jünglinge mit lockigem Haar. Sie spielten songs aus den sechziger Jahren, die ich in der Union Bar in Manchester ich weiß nicht wie oft gehört hatte. It is the evening of the day. Hingebungsvoll hauchte die Vokalistin, ein blondes Mädchen mit noch sehr kindlicher Stimme, hinein in das Mikrofon, das sie mit beiden Händen ganz dicht an ihre Lippen hielt. Sie sang in englischer Sprache, aber mit deutlichen französischen Akzent. It is the evening of the day, I sit and watch the children play. Manchmmal, wenn sie die Worte nicht richtig erinnern konnte, ging ihr Gesang in ein wundervolles Summen über. Ich setzte mich auf einen der weißen Schleiflacksessel. Die Musik erfüllte den ganzen Raum. Rosarote Quellwolken bis unter den goldumrankten Plafond. Procol Harum. A whiter shade of pale. Die reine Rührseligkeit.

I needed urgently to listen to it…

Original lyrics were written by Keith Reid

We skipped the light fandango
turned cartwheels ‘cross the floor
I was feeling kinda’ seasick
the crowd called out for more
the room was humming harder
as the ceiling flew away
when we called out for another drink
the waiter brought a tray

and so it was that later as a mirror
told its tale that her face
at first just ghostly turned
a whiter shade of pale

She said: “There is no reason
and the truth is plain to see”
but I wandered through my playing cards
would not let her be one
of sixteen vestal virgins
who were leaving for the coast
and although my eyes were open
they might just as well’ve been closed

and so it was that later
as the miller told his tale
that her face at first just ghostly
turned a whiter shade of pale.

But all that was nothing in comparison to what was written underneath. So I just quote it, reading a book of Sebald and listening ever und ever again to Procol Harum, which I liked so much as I was young, and then forgot them totally till bei reading Sebald the 10th time or so I found them again. Rührselig.

Anyway, did you know it?

could you please stop commenting about it being ‘originally written by’ Johann Sebastian Bach? I tried to find similarities with “Air on G String”, “Ich steh mit einem Fuß im Grabe” (BWV 156), “O Mensch bewein dein’ Sünde groß” (BWV 622), “Sleepers, Wake!” from Bach, but honestly: None of them warrant the claim that the melody is borrowed from any of them. It’s quite a stretch to find similarities, even, between chord-schemes, bass-lines, and the two or three tone-sequences that match with aforementioned pieces by Bach; You could then say the same about ALL pop hits! To claim it borrows ideas from “When a Man Loves a Woman” (Percy Sledge) is like saying every pop-song in C-minor borrows ideas from songs with the same tempo. This composition stands tall on its own. Every song out there is *inspired* by those from other songwriters, you don’t need to brag about your miracle discovery; I’m holding a do-I-give-a-shit-o-meter in my hand, and the needle’s not moving.

Mmmmm… it was published on you tube on 09.09.2007 and since then people listened to it (only here of course) 89.577.793 times (the last  ten times it was me listening to it). 89 millions! It was commented 22 009 times.

I copied only comments from today and yesterday, I finished by a comment from somebody remembering Poland…

Do not forget to listen to the music by reading:

Qué lindo recuerdo, escuchar un tema tan lindo
I first saw this video on a “video jukebox” in a corridor in a mall in Quebec City in about 1967. There was a selection of less than a dozen videos to choose from, and you had to stand at the jukebox to see the film projected onto a small screen within the box. In the meantime, the music was almost drowned out by the passing shoppers and tourists. This was truly groundbreaking at the time.
💙💙💙💙💙💙💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔💔🌷🌷🌷🌷🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹🌹💕💕💕💕💕💕❤❤❤❤
l’humour avant tout !!!
BROKER FISHER c’est PROCOL !!!
Make me feel in peace…
Una de las mejores canciones de todos los tiempos!
When I was a teenager I would leave the radio on all night….this is the only song that would wake me up no matter what time in the wee hours it came on….always gave me goosebumps
MAGNIFICOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOO
Esta é a música mais marcante da minha vida!!!!❤❤❤😘😘😂😂💏💏🌷🌷🌻🌻🌞🌞
прекрасная песня . настальгия 70х. Procol Harum такой музыки больше не будет. Олег Г. 2.07.18.
A whiter shade of pale has been N0 one a long time in 1967. One of the greatest year for music. What a thrill it was on Radio Caroline. How great it was to be in England for sweet Summer of Love..!!!
le batteur n’est pas gay malgré son gros sexe !!il n’a pas de slip !!!
Sad world
Me encantó, que temas x favor.
dancei muito beijei muito vila Primavera soci da Vila Formosa feras do jd Primavera saudades das minhas namoradas e dos amigos.
The Commitments 😊😊😊🙋🙋🙋🙌🙌🙌
música lindona por demais que nós envolve por inteiro dessa banda inglesa que arrebatou os corações apaixonados em 1.976 na Hippoputumus disco Club em São Paulo, Dancei por demais.
En complacencias en tj,México yo escuchaba esta canción en 1972, mi hermana, Yani,amigas Irma,laya,maria vivíamos en colonia libertad p/a saturnino herrant,serca de iglesia Loreto y tienda maiza, my novio que quise mucho Victor lo recuerdo con estas cansiones,samba pa ti Santana ,color my world,Chicago,have you seen her,chi-lites,my world bee gees, my mama ya se fue en enero 22,2017 en San Diego ella escuchaba complacencias radio de tj, los Freddy’s moonlights,solitarios,los dos oros cros,
London is finished. Sad but thats liberalism for you
Happy days when London the capital city of Great Britain was full of white people
Look at those street scenes! When London was white!
I heard this at a karaoke, now I’m hooked. timeless indeed.
Lovely and haunting….
EVERY PERSON FADES WITH THE PASSAGE OF TIME AND POP MUSICIANS ARE NO EXCEPTION.
Sad that these boys are old men or gone, in what seems like a moment, as are we….
Probably my all time favorite…
En 1971 sonaba esta cancion en Colima Mexico un muchacho la cantaba con su guitarra sin saber Ingles la cantaba espectacular.
arrebentou meu coração…
There is a nice place – SĘPÓLNO KRAJEŃSKIE. First summer song, first young, no strings, love. Just crazy youngsters. Never to be forget!!!

and so on and so on…

Reblog z samej siebie, wiśnie (Recyckling 3)

Był to jeden z pierwszych wpisów na blogu Jak udusić kurę…, opublikowany 9 lipca 2011 roku. Wpis o niczym. Ulubiona nasza forma wpisu.

Blog Jak udusić kurę, czyli co każda młoda panna po trzydziestce musi wiedzieć, a (dziwnym trafem) jeszcze nie wie, powstał latem owego roku 2011, po roku przekształcił się we wpis Qra czyli Kuchnia i kultura, a potem rozpadł na dwa inne blogi (altanę i salon) i kury tytułowej pierwotnej już nie uświadczysz, choć oczywiście wiemy, że internet przechowuje cały intelektualny śmietnik świata, a więc tam wciąż jest i nasza wesoła beztroska kura… Blog, zwany w skrócie Kura, zniknął, pozostawił jednak gromadce współautorek (zwanych pannami) i jednemu współautorowi (zwanemu paniczem) niezapomniane wrażenia letniej i swobodnej radości życia…

Dlatego w środku pięknego lata, dokonując recycklingu z samej siebie, przywołuję dziś blog z Wielkiego Bloga Matki Założycielki Kury… Zresztą byłyśmy ostatnio, choć oczywiście w innym składzie, w ogródku Eli Kargol, a tam wiśnie, agrest i porzeczki… A Ania podarowała mi prawdziwą łyżkę drewnianą do mieszania w konfiturach… Och, lato…

Same zdjęcia, letnie i czerwone

Idę spać, ale jeszcze wrzucę tu kilka zdjęć, bo po prostu przyszła na nie pora – na straganach pojawiły się wiśnie! Jest lato! Zdjęcia, a i to co na zdjęciach, to dzieła rodzinne. Konfitury do bieżącego jedzenia smaży (niesamowicie szybko) mój szwagier, a nalewki nalewa moja siostra.

wisnie

Wiśniowe i/lub czereśniowe konfitury mojego szwagra (te z obrazka poniżej) robi się w patelni ceramicznej; wrzuca się wypestkowane owoce i cukier, miesza łyżką drewnianą, a jak mikstura zacznie wrzeć, to zmniejsza się ogień i pichci jeszcze jakieś 15 do 30 minut.
I już. Na stół i jeść.

konfitury jacka

Podobnie robiła konfitury śniadaniowe nasza znajoma Greczynka, niestety przepis daje się zastosować tylko w słonecznych krajach, bo tam owoce są same z siebie pełne cukru – Teresa przynosiła z ogrodu jedną wielką, słodką, kapiącą od soku brzoskwinię, obierała ją ze skórki, odcinała od pestki i wrzucała na 3 minuty do garnka. Miąższ musiał się zagotować i pogotować. I tyle filozofii.

Komentarz Katarzyny:

Do wiśni dodam komentarz w postaci SOSU WIŚNIOWEGO: 250 g wypestkowanych wiśni + 50 g cukru + sok z 1 pomarańczy + 1 posiekana szalotka + 1 chili + 1 kieliszek porto. I tak jest w oryginalnym przepisie zamieszczonym w “Avoca Cafe Cookbook 2”. Ale ja po prostu wkrapiam kropelkę tabasco, a oprócz porto dla podbicia aromatu dodaję też ciut skórki pomarańczowej. Wszystko razem wkładamy do garnuszka i gotujemy na malym ogniu 10 min., aż sos lekko odparuje i się zeszkli Do schabu, szynki etc. znakomity, podobnie jak staroangielski sos agrestowy, który uwielbiam… Robisz konfiturkę z agrestu, a potem dodajesz łyżkę masła, skórkę otartą z cytryny i na końcu świeżo mielony biały pieprz do smaku.

Komentarz Ewy Marii:

Nie mogę się oprzeć. Muszę tu opowiedzieć o Marii Skłodowskiej-Curie. W książce “Maria Curie”, napisanej przez jej córkę, Ewę, zostały opublikowane fragmenty pamiętników naszej wielkiej rodaczki, dwukrotnej noblistki. To rzadkość wielka! Polska Wikipedia pisze: “Do dziś (maj 2011) pozostaje jedyną kobietą, która tę nagrodę otrzymała dwukrotnie, a także jedynym uczonym w historii uhonorowanym Nagrodą Nobla w dwóch różnych dziedzinach nauk przyrodniczych”. Chodziło o chemię i fizykę.
W pamiętniku Skłodowska zapisywała postępy prac nad odkryciem radu, ale między doniesieniami z laboratorium notowała też np. jak rozwijają się jej córki, albo że zrobiła konfiturę z czarnej porzeczki.


Takich drewnianych łyżek latem AD 2018 już nigdzie nie ma. Łyżki są teraz zakończone płaskim kółkiem, bo tak je można wykonać mechanicznie. Łyżka, która wygląda jak łyżka, czyli ma łyżkowate wgłębienie, musi zostać wyrzeźbiona ręcznie. Fabryczna łyżka to co najwyżej mieszadło. Moja przyjaciółka Ania kupiła łyżkę-łyżkę na targu we Wrzeszczu…

Die Heilige Mutter der „Solidarität“ (Berlin – West)

Tibor und ich haben uns in Mały książe, einem polnischen Café gegenüber von der polnischen Kirche an der Grenze zwischen Neukölln und Kreuzberg verabredet. Ich bekam einen Strauss von Kornblumen (meine Lieblingsblumen!), bevor wir aber zum Kaffeetrinken kamen, sagte mir Tibor, wir sollen uns etwas in der Kirche anschauen. Erst nach einer Weile erfuhr ich, dass wir ein Bild suchen. Es gab es aber nicht. Die Büroangestellte in der Kirche wusste sogar nicht wovon wir überhaupt reden. Erst Herr Priester wusste es. Wir gingen in die… Kaiserloge. Der Name klang vielversprechend, die Realität war wie immer… nich besonders reizend. 

Tibor Jagielski

Das Bild wurde von einer Vereinigung der polnischer Exilanten in Auftrag gegeben und in Westdeuschland,
von einem Flüchtling aus, durch den Kriegszustand (1981-83) erschütterten, Polen gemalt,
Wie die Ikone genau enstanden ist weiss ich nicht zu berichten, ausser daß hier auch meine Mutter, Magdalena Jagielska,
eine Rolle gespielt hat.
Die Einweihung fand (1985?) in der kleinen polnischen Kirchengemeinde in Mariendorf statt, und es hing dort,
bis zum Mauerfall an der Wand und fand allgemeines gefallen sowie genoss verehrung.
Doch, vermutlich nach dem Umzug der Gemeinde in die geräumige Basilica in
Kreuzberg verschwand es,
wie ich und Frau Ewa Maria es neulich festellen mussten, in der Rumpelkammer.
Persönlich finde ich das Bild schön, harmonisch, sanft und milde,
und vielleicht gerade deswegen passt
sie, diese Mutter der Hoffnung, nicht in die, ehrlich gesagt, grauenvolle und gruftartige Austattung der Kirche.

Barataria 71 Kino, stolica i król

Barataria jest wokół mnie, znajduję ją wszędzie, gdziekolwiek by mnie nie zawiodły obowiązki lub zachcianki. W biblioteczce siostrzeńca i w pokoju gościnnym przyjaciółki moich rodziców. Sięgam ręką i jest.

Zanim więc wrócimy do Antonia Skármety i Wesela poety, najpierw poznajdowane w ostatnich dniach wielkie dzieła baratarystyki i jej nic nie znaczące okruchy. Marek Ławrynowicz, Kino Szpak. Wzruszający zapis młodości innej niż moja, bo chłopczyńskiej w podwarszawskiej Falenicy, podczas gdy ja, dziewczyna z pograssowskiego Wrzeszcza, a przecież podobnej. Oni do kina Szpak, ja do kina Leningrad, żeby oglądać Help – oni 5, 6, 7 razy, ja – o! ja! – 15. Piętnaście. Nic dziwnego, że Beatlesi zajmują ponad połowę okładki, mimo że w samej książce wspomniani są zaledwie raz czy dwa razy. Ale 7 razy do kina na Help, to naznaczy na całe życie.  Nie wzruszajmy się jednak, autor ma rację, nie ma podróży sentymentalnych, są tylko wyprawy donikąd.

Zatrzymuję się na chwilę. Donikąd? A nie do nikąd?

Nieważne. Rozdział Fryś. To nazwisko dyrektora liceum w Falenicy. Kurdupla. Rozmawia właśnie z matką Ryszarda Borówy. Ojciec i matka Borówy mają po 195 centymetrów wzrostu, sam Borówa przerósł ich (już) o dwa centymetry. Ojciec jest chudy jak szczapa, matka przepotężna.

Kolejna heca.

Mamusia Borówy, zatroskała się bardzo (…) i dzięki temu już w trzy dni potem nasze liceum mogło ujrzeć w swych progach monstrualną postać Borówowej. Gdy szła korytarzem, szyby brzęczały w oknach, a strop podejrzanie trzeszczał. Wchodząc do sekretariatu niechcący urwała klamkę, a gdy już weszła, strąciła telefon i wdeptała go w dywanik. Widząc spustoszenia czynione przez mamusię Ryśka w sekretariacie, kurdupel zaprosił ją bezzwłocznie do swojego gabinetu, usadził w fotelu i pilnował, żeby z niego nie wstawała. Siedziała zatem jak trusia, a Fryś perorował. W miarę opowieści ujawniała sią coraz bardziej miłość macierzyńska Borówowej. (…) Potem z gabinetu dobiegł żałosny skrzyp fotela, brzęk tłuczonego szkła w sekretariacie, a na koniec ukazał się kurdupel, prowadzący za łokieć starą Borówy. Wyglądał jak mały, chudy Don Kichot z monstrualnym Sancho Pansą…


Zdjęcie z czerwca 2018. Okładka Don Kichota z lat 50 – z rysunkiem Picassa. Gdy okładka się zniszczyła, właścicielka wycięła Picassa, oprawiła i powiesiła na ścianie. W latach 50 w PRL nikt przy zdrowych zmysłach nie wyrzuciłby reprodukcji Picassa do kosza na śmieci.


Robert Menasse, Stolica. Kontrowersyjna powieść o Brukseli. Słynna. Z dwoma istotnymi wątkami polskimi. Po pierwsze morderca (wiem, wiem, zdradzam tajemnicę, ale autor sam ją zdradza niemal natychmiast) jest Polakiem, żołnierzem Chrystusa, sterowanym  przez NATO za pośrednictwem Archidiecezji Poznańskiej, chyba że jest na odwrót i coś mi się pomyliło, i to Watykan za pośrednictwem Poznania steruje NATO, a ta niby stolica Europy, Bruksela, siedziba EU, to jakaś nic nie znacząca paranoja, cierpiąca pod ciężarem procedur biurokratycznych, gwałtownego ocieplenia klimatu i … świń. Takich prawdziwych, co to ważą ze 300 kilo. W tle czuje się kryzys, jaki wywołali uciekinierzy, jednak żadni uciekinierzy nie docierają na ulice stolicy. Po raz drugi Polska pojawia się w powieści zaraz po świni i jej obecność nie tylko w powieści, ale i w Europie zaznacza się nader intensywnie, bo to w Polsce leży Auschwitz. Taka jest Polska widziana z Austrii i z Europy – wtyka Watykanu i miejsce, gdzie Niemcy zbudowali najsłynniejszy (można tak powiedzieć?) obóz koncentracyjny.

Adam Krzemiński tak pisze w Twórczości o tej powieści:

Co innego Stolica Roberta Menasse, pierwsza powieść 0 Unii Europejskjej. Po części dreszczowìec, po części polityczna satyra, a po części historiozoficzny traktat o kondycji Europy. Początek jest groteskową metaforą. Po Starym Rynku Zbożowym w Brukseli biega świnia. Może to demonstracja producentów wieprzowiny. A może tylko przywidzenie, metafora, że UE to chlew, a może jednak świnka-skarbonka. (może dodajmy: to może też być świnia z niemieckiego powiedzenia “mieć świnię” czyli mieć fart).
Z tym że u Menassego kilka osób, które widziały tę świnę, szczęścia nie miało. 11 marca znajdą się wśród trzydziestu dwóch ofiar islamistycznego zamachu na stacji metra Maelbeek. Pochwalną recenzję Stolicy »Neue Zürcher Zeitung” zatytułowała Jeszcze Europa nie zginęła. Ale w powieści nic się nie udaje. Wielki Jubilee Project, który ma tchnąć duszę w jednoczenie Europy, nie wypala. Pełen dobrej woli austriackj eurokrata proponuje wprawdzie, by ideę UE osnuć wokół Auschwitz i tam też zorganizować rocznicowe obchody, zapraszając wszystkìch żyjących jeszcze byłych więźniów…

ale pomysł zostanie odłożony ad acta. Oczywiście nie wypali również prowokacja pewnego znanego austriackiego profesora, który chce, by z pamięci ludobójstwa i zagłady uczynić nowy symbol i wznieść stolicę Europy w Oświęcimiu.

Powieść się świetnie czyta (ale chyba na razie nie ma tłumaczenia na polski, zresztą – książki przecież najlepiej czytać w języku oryginału), mnie jednak najbardziej zafascynowały nie ironiczne pomysły na Europę XXI wieku, lecz te fragmenty, gdzie Menasse pisze o Wielkiej Utopii – o idei, która przyświecała ojcom i matkom założycielom Unii Europejskiej. To czysta baratarystyka, a jaka piękna… W styczniu 1945 roku, po wyzwoleniu obozu w Oświęcimiu, narody Europy, pochylając się z szacunkiem nad ofiarami niemieckiej zbrodni i wstrząsając się z przerażenia na widok jej grozy, kierując się najszlachetniejszą ideą – Nigdy więcej Auschwitz! Nigdy więcej rasizmu! – postanowiły zbudować wspólną Europę, która wyzbędzie się okowów nacjonalizmu, ten bowiem ową niewiarygodną zbrodnią wywołał i on za nią odpowiada…

I co? I Brexit!
I co? I Polska…

Na dziś wystarczy, Króla mrówek trzeba jednak przenieść na następny tydzień…

O recyclingu własnych tekstów w sezonie ogórkowym 2

Niedawno postanowiłam, że od czasu do czasu będę tu ponownie publikowała wpisy, któore uważam za najlepsze. Nie zastanawiam się, pozwalam im, by same przychodziły do głowy. Dziś wpis z 8 sierpnia 2013, tamten był w kalendarzu rocznym trochę za późno, czas czereśni dawno już minął, dziś, gdy tamten stary wpis rebloguję, czereśnie wciąż jeszcze są na drzewach, na przykład z tyłu za budynkiem policji…

Ciekawe, że ten wpis musi być dla mnie bardzo ważny, ważniejszy niż bym to świadomie oceniła, bo właśnie odkryłam, że już go raz reblogowałam – w czerwcu 2017 roku. Dopisałam wtedy dedykację dla nas wszystkich, dziś nie zmieniam w niej ani słowa. 

Jeszcze może kilka słów o owocach – wiśnie czy czereśnie? W różnych językach różne się dzieją rzeczy z tym dwoma rodzajami owoców, użytkownicy tych języków plączą je i mieszają, jak nie przymierzając żabę i ropuchę albo żmiję i węża. Na pewno i wiśnie, i czereśnie znane były od starożytności, ale w Europie pojawiły się najpierw na stołach bogaczy. W Wikipedii czytamy, że nazwa czereśnia pochodzi od starożytnego miasta Cerasus (obecnie Giresun w Turcji), skąd rzymski wódz Lukullus przywiózł na zachód pierwsze okazy tej rośliny. Lukullus, wielki pan. A wielcy panowie, wiadomo… Stąd takie niemieckie powiedzonko, cytowane przeze mnie np. TU, że niełatwo jest jeść wiśnie z możnym panem.

Jednak: wiśnie czy czereśnie? W potocznej niemczyźnie to już na pewno wiśnie i, co ciekawe, opuściły już stoły możnowładców – teraz o każdym człowieku z trudnym charakterem można powiedzieć, że to taki typek (albo typica), z którym niełatwo jest jeść wiśnie. Ale u źródeł tego przysłowia tkwi sens zgoła inny – wiśnie i czereśnie były drogie, aby je z możnym panem zjeść, trzeba było zostać przez niego zaproszonym. A jak? Za nazwisko? Za zasługi? Za urodę? Za służalstwo i pochlebstwo? A możny pan zawsze mógł swojemu gościowi, niżej usytuowanemu na drabinie społecznej, napluć w gębę…


„Czas wiśni” czy też “Czas czereśni” odkryłam na facebookowej grupie Anatola Borowika „Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Piosenkę bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie „Szkarłatny pilot” w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo „Le temps de Cerises” to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises


Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dziś, po pięciu latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas wiśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

***
Gdy rebloguję to po raz drugi, w czerwcu 2018 roku, dziwię się, że nie mogę znaleźć tej piosenki po polsku. Stanisława Celińska mówi w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z maja 2015 roku, że śpiewała tę piosenkę w roku 1969. W tym samym czasie śpiewał ją też Piotr Loretz. Ale w  sieci nadal ani słów ani nagrań. Jedynie link do mojego własnego wpisu. I jeszcze znaleziony miły wpis z bloga o znamiennej nazwie  – to mój kawałek podłogi! Słów też nie ma, ale jest piosenka po francusku, i lektura romansu w sam raz na lato, i knajpki paryskie nazywające się “Le temps de cerises”…

Über die Zufälle: Ochsen und Zebu am Strand

Ewa Maria Slaska, Johanna Rubinroth, Tanja Krüger, Adam Soboczynski und…

Johanna und Tania waren in Indien. Das wissen wir, hier habe ich schon auf dem Blog mehrere Sontage ihre Fotos und Eindrücke veröffentlicht.

Aber ein Foto war nicht dabei. Ein Foto von einem Zebu am Strand. Dieses Foto habe ich analog als Geschenk bekommen.

Zebu wanderte zu den blauen Büchern…

Abends stand ich neben dem Zebu und suchte mir etwas zum lesen. Ich wahle meistens ziemlich wahllos. Das Buch lag schon lange unter den blauen Büchern und wartete drauf, dass ich es wahllos wähle. An dem Abend war es so weit. Ob der Zebu vom Foto etwas dabei mitgeholfen hat?

Sie sahen ziemlich ähnlich aus, der Hund und der Zebu. Und dann erst der Beginn des Buches…

Sieht ihr es? Seite 8, gerade Beginn des Buches. Der Maler Hans Weinling, der Protagonist des Buches ist, wurde berühmt durch sein Bild, das Ochsen am Strand zeigte. Und seitdem malte er nur Tiere an Strand…

Ochse, Zebu, Rind, Hund, Tier am Strand… Zufall? Sicher, aber welcher!

Ich schau in Impressum:

Umschlag: Anzinger / Wüschner / Rasp München
Unter Verwendung des Bildes “Beach Dog II” von Ben Schonzeit
1990. Private Collection / Lahr & Partners for Ben Schonzeit/
Bridgeman Art Library / Bridgeman Images

Ich suche den Schonzeit im Netz. Der Mensch malt imposant. Wirklich imposant. Sehet mal. Er malt viel und sehr verschieden, nicht nur Tiere am Strand.

“Beach dog” ist unter dem Begrif “realistic painting” zu finden:


A Beach Dog, 1986. Acrylic on Canvas, 32″ X 36″

Das Buch über den Maler, der nur die Tiere am Strand malt, ist gut (obowhl nicht SO gut, wie es sich ansagt, zum Ende verläuft sich alles irgendwie, obwol die Kritiker meinen, dass es sich in dem Moment gerade wunderbar zuspitzt), aber ich finde, dass die Malerei von Schonzeit noch besser ist. Daher so ein Vorschlag für Summer time… Buch, Hund, Zebu und Ochse mitnehmen und zum Strand!

Oder ein Bild kaufen?

Hazy Lake Placid II, 2008. Acrylic on Linen, 48″ X 48″