Moje obrazy

Kasi dedykuję

Ewa Maria Slaska

Były już miasta i muzea, dziś obrazy. Patrzę na moje ulubione obrazy z dzieciństwa  i myślę sobie, że powszechny dostęp do dzieł sztuki sprawił, iż wydaje się, jakbyśmy mieli gust banalny czy tuzinkowy. Tymczasem ja po prostu nadal lubię te same obrazy, a każdy z jakiegoś powodu.

Obrazy oglądałam od najwcześniejszego dzieciństwa w książkach mojej matki. Były to przedwojenne niemieckie książki, np. Kunstgeschichte Hammanna, znalezione czy to bezpośrednio w ruinach zburzonego Gdańska czy w antykwariatach, które oczywiście czerpały je z tego samego źródła. Większość tych publikacji miała ilustracje czarno-białe. Były jednak, również niemieckie i przedwojenne, albumy, w które wklejało się obrazki z pudełek po papierosach. Matka miała albumy różowy i żółty czyli gotyk i renesans. Mój syn znalazł dla mnie te książki na rynku w Berlinie i różową i niebieską – późny gotyk. W albumach były kolorowe ilustracje, ale w tych należących do mamy jakiś poprzedni właściciel powyrwał wszystkie reprodukcje przedstawiające Wenus. Nagą, ale tego dowiedziałam się później.

Córki flamandzkiego malarza Cornelisa de Vos. Ojciec namalował je między rokiem 1630 a 1640. Bardzo je lubiłam. Myślałam sobie, że to takie same dziewczynki jak my dwie – moja siostra i ja.

581px-Cornelis_de_Vos_002

Petrus Christus 1470, Berlin, Galeria malarstwa.

Petrus_Christus_-_Portrait_of_a_Young_Woman_-_Google_Art_ProjectTen obraz jako jeden z pierwszych objawił się samoistnie w PRL, nie jako cytat z przeszłości w poniemieckich książkach, lecz obiekt dopuszczony do istnienia mocą decyzji władz. Został umieszczony na okładce książki Andrzeja Banacha: Historia pięknej kobiety (Wyd. Literackie, Kraków 1960).

Czytałam tę książkę chyba ze sto razy. Miałam 11 lat, gdy Mama przyniosła ją do domu. Od tej pory przestałam wieczorami marzyć o tym, że jestem Indianką, towarzyszką życia chłopców z książek “Błękitny ptak” Anny Müller-Tannewitz oraz “Ziemia słonych skał” Sat-Okha czyli Stanisława Supłatowicza. Jako Indianka umiałam na koniu przeskakiwać bardzo wysokie palisady. Ale przestałam być Indianką. W wieczornych marzeniach byłam teraz średniowieczną lub renesansową księżniczką.

Johannes_Vermeer_(1632-1675)_-_The_Girl_With_The_Pearl_Earring_(1665)Dziewczyna z perłą. 1665 rok. Olej na desce. Mauritshuis w Hadze. Jan Vermeer van Delft.

Moja Matka, która sama była artystką, wysoko ceniła Vermeera. Twierdziła, że malował tak, iż na końcu każdego włosa w pędzlu umieszczał kroplę farby innego koloru. Kolor mienił się więc jak tafta. Spośród obrazów Vermeera mnie najbardziej podobały się te, gdzie dziewczyna lub kobieta była sama.

Te dziewczynki i dziewczyny dorastały wraz ze mną. Gdy powoli przestawałam być dzieckiem moim ulubionym obrazem było małżeństwo Arnolfini Jana van Eycka z roku 1434, znajdujące się w zbiorach Galerii Narodowej w Londynie. Nie dlatego, że już mi się tak spieszyło do małżeństwa, ale ewidentnie już dobrze było mieć towarzysza. W prawdziwym życiu długo go jeszcze nie było, ale na obrazie pojawił się miły szczupły młody pan. Smutny, blady.

Van_Eyck_-_Arnolfini_PortraitDopiero teraz, opowiadając tę historię, widzę, że jestem nieodrodną córką hanzeatyckiego Gdańska. Wszystko co mi się podoba(ło), to malarstwo flamandzkie czy niederlandzkie. Ewidentnie ważne były też młode kobiety, od małych dziewczynek po młodą ciężarną żonę. Ale w tym podwójnym portrecie małżonków Arnolfini po raz pierwszy oprócz młodych kobiet, ich twarzy i strojów ważne stały się i inne szczegóły – pantofelki na drewnianym koturnie, mały piesek, różaniec z bursztynów, owoce na parapecie okna, no i oczywiście lustro w głębi pokoju, a w nim plecy obojga młodych ludzi, pomiędzy nimi malarz ze sztalugami, a wokół dziesięć scen przedstawiających mękę Jezusa. Wydaje mi się, że po raz pierwszy w tym właśnie obrazie zobaczyłam coś więcej niż tylko wirtualne portrety i prefiguracje samej siebie – tu po raz pierwszy zobaczyłam OBRAZ. Dorosłam. Zaczęłam się interesować malarstwem.

Miasta w sezonie / Städte in Saison

Das Rätsel wurde von Anne Schmidt gelöst: Das Städtchen heißt Köpenick, das Buch von Carl Zuckmayer – “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” und der wahre Held der Geschichte – Friedrich Wilhelm Voigt.

Jest początek lipca 2013 roku. Godzina 12 w południe. Piękna pogoda. Słońce, ciepło, ale nie upalnie, lekki wietrzyk. Pojechałam służbowo do małego miasteczka nad jeziorem.
W miasteczku jest kompleks ładnych budynków barokowych położonych na wyspie w pięknym parku.

I jest pusto. pusto. Pusto. Pusto….

Co to za miasteczko? Was ist das für ein Städtchen?

puste10 puste01 puste02 puste03 puste04 puste05 puste05a puste05b puste05c puste06 puste07 puste08
hauptmannW tym miasteczku stoi pomnik pewnego bohatera literackiego, który wzorowany był na losach pewnej autentycznej postaci.

er

Kto to? Wer ist es? Friedrich Wilhelm Voigt.
Co zrobił? Was hat er gemacht? Am 16. Oktober 1906 hat er als Hauptmann verkleidet einen Überfall auf das Rathaus der Stadt Cöpenick bei Berlin organisiert;  mit einem Trupp gutgläubiger Soldaten drang er ins Rahaus ein, verhaftete den Bürgermeister und raubte die Stadtkasse.
Kto o nim napisał? Wie hieß der Autor? Carl Zuckmayer
Jak się nazywała książka o nim? Wie hieß das Buch?
– “Hauptmann von Köpenick. Ein deutsches Märchen in drei Akten” (1931); es war nicht das erste (und nicht das letzte) Theaterstück über Voigt, dafür aber das berühmteste.

I notatka dla polskich czytelników: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kapitan_z_K%C3%B6penick

Poezja – Poesie – Poetry – Poésie / Baudelaire

It is a virtual movie of the legendary French poet Charles Baudelaire (1821 — 1867) reading his poem L’Albatros” The Albatros. Kind Regards Jim Clark All rights are reserved on this video recording copyright Jim Clark 2011

Charles Baudelaire L’Albatros / Albatros / Albatross / Der Albatross 1861

L’Albatros

Souvent, pour s’amuser, les hommes d’équipage
Prennent des albatros, vastes oiseaux des mers,
Qui suivent, indolents compagnons de voyage,
Le navire glissant sur les gouffres amers.

À peine les ont-ils déposés sur les planches,
Que ces rois de l’azur, maladroits et honteux,
Laissent piteusement leurs grandes ailes blanches
Comme des avirons traîner à côté d’eux.

Ce voyageur ailé, comme il est gauche et veule!
Lui, naguère si beau, qu’il est comique et laid!
L’un agace son bec avec un brûle-gueule,
L’autre mime, en boitant, l’infirme qui volait!

Le Poëte est semblable au prince des nuées
Qui hante la tempête et se rit de l’archer;
Exilé sur le sol au milieu des huées,
Ses ailes de géant l’empêchent de marcher.

Albatros

Czasami dla zabawy uda się załodze
Pochwycić albatrosa, co śladem okrętu
Polatuje, bezwiednie towarzysząc w drodze,
Która wiedzie przez fale gorzkiego odmętu.

Ptaki dalekolotne, albatrosy białe,
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko,
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe
I jak wiosła zbyt ciężkie po pokładzie wloką.

O jakiż jesteś marny, jaki szpetny z bliska,
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko!
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko!

Poeta jest podobny księciu na obłoku,
Który brata się z burzą, a szydzi z łucznika;
Lecz spędzony na ziemię i szczuty co kroku –
Wiecznie się o swe skrzydła olbrzymie potyka.

Tłumaczyła Bronisława Ostrowska

Albatross

Often, to amuse themselves, the men of a crew
Catch albatrosses, those vast sea birds
That indolently follow a ship
As it glides over the deep, briny sea.

Scarcely have they placed them on the deck
Than these kings of the sky, clumsy, ashamed,
Pathetically let their great white wings
Drag beside them like oars.

That winged voyager, how weak and gauche he is,
So beautiful before, now comic and ugly!
One man worries his beak with a stubby clay pipe;
Another limps, mimics the cripple who once flew!

The poet resembles this prince of cloud and sky
Who frequents the tempest and laughs at the bowman;
When exiled on the earth, the butt of hoots and jeers,
His giant wings prevent him from walking.

Translated by William Aggeler

Der Albatros

Oft kommt es dass das schiffsvolk zum vergnügen
Die albatros • die grossen vögel • fängt
Die sorglos folgen wenn auf seinen zügen
Das schiff sich durch die schlimmen klippen zwängt.

Kaum sind sie unten auf des deckes gängen
Als sie • die herrn im azur • ungeschickt
Die grossen weissen flügel traurig hängen
Und an der seite schleifen wie geknickt.

Er sonst so flink ist nun der matte steife.
Der lüfte könig duldet spott und schmach:
Der eine neckt ihn mit der tabakspfeife
Ein andrer ahmt den flug des armen nach.

Der dichter ist wie jener fürst der wolke
Er haust im sturm • er lacht dem bogenstrang.
Doch hindern drunten zwischen frechem volke
Die riesenhaften flügel ihn am gang.

Übersetzt von Stefan George

Poezja – Poetry – Poesie / Tuwim

2013 to rok Tuwima. Niezależnie od tego, czy Sejm tak chciał (a w końcu jednak chciał), albo czy Młodzieszy Wrzehpolskiej się to podoba czy nie (się nie podoba).  Poeta urodził się w roku 1894, zmarł w 1953. Ale jest inny powód, dla którego obchodzimy rok tuwimowski. Przed stu laty – 6 stycznia 2013 roku – Kurier Warszawski opublikował wiersz Prośba. Autor miał wtedy 18 lat i była to jego pierwsza publikacja. Wiersz, który dziś publikuję – Berlin 1913 – powstał dopiero kilkanaście lat później, ale chyba jasne jest, dlaczego z całego bogactwa wierszy Tuwima wybrałam właśnie ten.

Julian Tuwim, Berlin 1913, śpiewa Leszek Długosz, muzyka Leszek Długosz albo Zygmunt Konieczny, źródła plączą się w zeznaniach.

O, smętne, śnieżne, nevermore!
Dni utracone, ukochane!
Widzę cię znów w Cafe du Nord
W mroźny, mglisty poranek.

Strach, słodki strach od stóp do głów,
Dygot błękitnych, czułych nerwów,
I sen był znów, i list był znów:
Mgła legendarnych perfum.

Lecz nie ma mnie i nie ma mnie,
I nigdy w życiu mnie nie będzie.
Zostanę w liście, zostanę w śnie,
W tkliwej, śnieżnej legendzie.

Nic o tym nie wiesz. Czekasz, drżąc.
Dzień sennie sypie się i szepce.
Ach, serce moje i młodość mą
W srebrnej nosisz torebce.

Wczoraj? A co to było? Tak:
Carmen, kareta, wino, walce…
Mignęło w oczach. Nie – to ptak,
Wyszyty na woalce.

Pusto i ciepło w tym Cafe.
Zima się w oknie szronem perli.
Nie przyjdę. Idź. Nie spotkasz mnie.
… Wielki, Wielki jest Berlin.

Wiersz powstał w roku 1926. Podobno poeta nie znał Berlina, ani w roku 1913 ani 1926. Podobno było to miasto symbol wolności twórczej i mit pięknej epoki.

Oh klägliches verschneites nevermore!
Verlorene geliebte Tage!
Ich seh´dich erneut im Café du Nord
An einem frostigen Morgen im Nebel.

Angst, süßer Angst, vom Scheitel bis zur Sohle.
Ein Zittern der blauen, empfindsamen Nerven.
Und der Traum war wieder da, und der Brief war wieder da:
Der Nebel der legänderem Pärfume.

Doch ich bin nicht da und bin nicht da,
und nie im Leben werde ich da sein.
Ich bleibe im Brief, ich bleibe im Traum,
in der zärtlichen, verschneiten Legende.

Nichts weißt du darüber. Du wartest zitternd.
Der Tag plätschert schlaftrunken dahin und flüstert.
Ach, mein Herz und meine Jugend
trägst du in einer silbernen Handtasche.

Gestern? Und was war das? Ja:
Carmen, Kutsche, Wein, Walzer…
Es blinkte in den Augen. Nein – es war ein Vogel,
Gestickt an einem Hutschleier.

Leer und warm ist´s in diesem Café.
Der Winter perlt am Fenster mit Rauhreif.
Ich komme nicht. Du triffst mich nicht.
… Groß, groß ist Berlin.

Übersetzt RL Andreas, wobei RL “Reiseleiter” bedeutet. Er ist nämlich einer.

Oh, dismal, snowy nevermore!
Days lost and adored!
I see you again in the Café du Nord
On a frosty, foggy morn.

Fear, sweet fear from head to toe,
The quiver of blue and tender nerves,
A dream came so, and a letter came so:
Fog of legendary perfumes.

Though I am not and I am not,
And I will never be.
In a letter caught; in a dream, caught
In a gentle, snowy mythology.

You know not of this. Only wait, trembling.
As the day sleepily spills and whispers.
Oh, this heart of mine, this youth,
You carry with you in your silver purse.

Yesterday? But what was that?
Carmen, coaches, wine, and waltzes…
Flash before my eyes. No – a bird,
Sewn onto the veil around your hat.

It’s empty and warm in this Café.
Winter frosts the glass like skin,
I won’t come. You won’t see me. Go away.
…Great, great is the city of Berlin.

Translation Pacze Moj

Eine alte Dame und das Boxen

RIMG0077Gestern habe ich beim Boxen gelesen, heute kann man es selber lesen und, falls gewünscht, selber boxen…
Ich danke Werner Kastor für seine wunderbare Idee, das Boxen und das Lesen zu verbinden
🙂

Photo: Krzysztof Pukański 28. Juni 2013 Ufer Studios

Ewa Maria Slaska, Eine alte Dame und das Boxen

Ich habe eingeheiratet in die Geschichte Polens. In vielerlei Hinsicht. Nehmen wir zum Beispiel Palatinen oder gar „comes palatinen“, das heißt Pfalzgrafen – also die „im Palast bzw. bei Hofe“. Die Familie meines Mannes gehörte seit dem 12. Jh. zu den polnischen Pfalzgrafen, dh. wäre der König krank oder tot, oder außer Landes, würde ein Pfalzgraf seine Funktion ausüben. Es wurde mir so nebenbei beim ersten Besuch bei der Geschlechtsältesten mitgeteilt. Nicht etwa, um damit zu protzen, um Gottes Willen! Einfach so. Allerdings war das verlorene Liebesmüh, weil ich zwar das Wort  kannte, aus dem Lateinischen, aber nicht wusste, was es wirklich bedeutet. Irgendwelche alte Römer…

Und das war so.

Vor dem ersten Besuch bei der Pfalzgräfin musste ich ernsthaft überlegen, ob ich tatsächlich nur eine Viertelstunde bleiben soll, da es immer hieß: „der erster Besuch darf nicht länger als 15 Minuten dauern, die Frau behält ihren Hut an und zieht nur die Handschuhe aus“.

Es war im kommunistischen Polen. Hut und Handschuhe wirkten – so wie sie waren – total altmodisch. Oder provinziell, wenn man`s will. Erst später, als ich schon zur Familie gehörte, wurde ich – wohlgemerkt von einer Familienschneiderin! –  belehrt, dass ab Mitte August ein Filzhut zu tragen wäre und Lederhandschuhe. Kein Organzakleid, sondern Tweed und dünne Wolle.

Phi, Organzakleid. Handschuhe glaceé. Filzhut. Ich saß an einem Biedermayer-Tisch, nippte den Tee aus breiten Porzellantassen und schaute die Frau, die mir gegenüber saß, im Geiste mit breitgeöffnetem Mund an. Solche Frauen gab es einfach nicht. Ihre Adlernase, die hohe Stirn, grüne Augen, weißer Spitzenkragen am schwarzen Seidenkleid, eine Kamee…

Ich habe meinen Mann an der Uni kennengelernt. So wie es sich gehört. Er war Bruder meiner Studienkommilitonin gewesen. Mädchen aus einem Adelshause lernten so ihre zukünftigen Ehemänner kennen. In der Bibliothek und nicht in der Diskothek.

Es ist mehr als 40 Jahre her. Ich weiß nicht mehr, weshalb ich bei diesem ersten Besuch total allein war. Aber ich war allein. Und unvorbereitet. Weder auf die Schwiegermutter meiner Schwiegermutter, noch auf das Abendbrot, und am wenigsten auf Boxen und Geschichte Polens.

Mindestens eine Sache hat sich an dem Abend sofort geklärt: Mir wurde gleich gesagt, dass ich zum Abendessen bleibe. Die Sache mit den 15 Minuten. Dies hätte auch geholfen, was ich mit dem Hut und den Handschuhen hatte machen sollen. Vorausgesetzt, ich  hätte welche angehabt… Nun, ich blieb also zum Abendbrot.

Schon um das Abendbrot zu beschreiben, muss ich weit ausholen. Und danach wieder einmal, noch weiter. Zum Essen gab es Brot und Butter, und Wurst, und Schinken, und Sülze, und Kessler…  Fleisch und Wurstware. Und Fleisch und Wurstware. Und Fleisch… Über dem Tisch ein Kelim, drauf die Säbel und Ahnen-Porträts, deren Augen mich vorwurfsvoll anschauten. Zu recht. Ich gehörte nicht hierhin. Ich war fremd. Jüdisch. Blasphemisch. Anarchistisch. Linksorientiert. Frech. Das alles wusste ich noch nicht, nicht desto trotz  warf es einen langen Schatten auf die Gegenwart und Zukunft.

Nach dem Essen schaltete die Großmutter das Radio an. Wir sollten versuchen, etwas über Boxen zu erfahren!

Boxen? Boxen? Eine total verpönte Sache. Eine brutale Männerangelegenheit für die Unterschicht, Schweiß, Blut, Sand. So waren die Zeiten. Sogar den Rocky gab es noch nicht. Der Film war erst 1976 Kassenschlager und gewann im Folgejahr drei Oscars.  Es war aber erst der 1. Oktober 1975. Muhammad Ali kämpfte gegen Joe Frazier.

„It’s gonna be a thrilla // and a chilla // and a killa // when I get the gorilla // in Manila“  – das war gerade dieser Kampf.

Bist du für Clay oder für Frazier? – fragt die elegante alte Dame, indem sie mir den Tee aus der Porzellankanne „Maria weiß” eingoss. Rosenthal, sagte sie. Offensichtlich hatte sie die Tatsache nicht wahrnehmen wollen, dass Cassius Clay  Mohammedaner wurde und jetzt Muhammad Ali hieß. Die weiße Maria war ein Hochzeitgeschenk… Irgendwann sollen wir es besitzen. Be-sitzen ist jedoch ein weites Feld. Jetzt sitze ich nur, ohne Be-, auf einem Biedermeier-Sofa, mir ist nach Pipi, habe aber keine Mut, danach zu fragen. Wie fragt man so was?

– Clay, antwortete ich.
Ja nie jestem Filip Clay, ja nie jestem Doris Day, ja nie jestem także Frank Sinatra – sang polnischer Liedermacher Bohdan Łazuka vor über zehn Jahren. 1967 als ich noch in der Schule war. Ich bin kein Philip Clay, ich bin keine Doris Day, ich bin gar kein Frank Sinatra…  Damals dachte ich, dass Łazuka über den Boxer Clay, also zukünftigen Muhammad Ali singt. Erst viel später wurde mir klar, dass Filip Clay ein französischer Sänger war.  Irrungen, Wirrungen …
Eine Stunde lang versuchen wir in BBC Berichte aus Araneta Coliseum zu erhaschen. Heute lese ich, dass in die ganze Welt gesendet wurde. Aber ob es in Polen zulässig war? Ich bezweifle es. Natürlich hätte Muhammad Ali in der VR Polen beliebt sein müssen – als derjenige, der gegen den Vietnamkrieg protestierte. War er es aber? Ich habe keine Ahnung und das  Internet hilft nicht dabei. Erst ein Boxen-Journalist hat mich darüber informiert, dass er tatsächlich der Regime-Liebling war. Nicht aber so Liebling, dass man seinen Kampf zeigte. Der Radioempfang war erbärmlich, es knirschte und rasselte. Der Kampf selbst entsprach all dem, was ich vom Boxen dachte. Blut, Schweiß, Ekel. Am Ende sagte der Reporter über Fraiziers Auge, „Jesus! Dieser Ali, ein richtiger gorilla in Manila“.

Ich glaube, ich hätte selber nicht gewagt, zu fragen, wie es möglich war, dass die feinste und vornehmste Dame, die ich je in meinem Leben traf – bis heute! – sich fürs Boxen interessierte. Aber gemeinsames Boxenzuhören hat uns näher gebracht. Nach dem Kampf, der… – übrigens, wer hat eigentlich damals gewonnen? Weiß es jemand? Ja klar, Muhammad Ali. Nein, nicht Frazier. Es gab 14 Runden!  Während des Berichts ging die Dame mal Pippi, d.h. ich konnte es auch. Und nach dem Kampf machte sie das Fenster auf und sagte, ich darf RAUCHEN!  Danach redeten wir miteinander. Stundenlang. Im Laufe dieses Abends, der allmählich Nacht wurde, erfuhr ich das ganze Ausmaß der Geschichte, in die ich einheiraten mochte, wollte, sollte, Angst hatte …

Sie hat ihren Mann schon vor dem Krieg geheiratet. Er war ein polnischer Offizier, sie ein Mädchen aus einem vornehmen adeligen Haus, Schwester seines Militärkameraden. Sie haben sich bei einer Hochzeit kennengelernt und als er um sie warb, haben sie bei einem Sommerspaziergang gemeinsam die Sternschuppen fallen sehen. Er dachte sich dabei, dass er sie gern heiraten würde. Und so kam es.  Sie haben ein Gut gekauft oder er hat es bereits gehabt, das weiß ich nicht mehr, und dort gewirtschaftet.  Nach dem Krieg mussten sie vor den Sowjets fliehen. Das Gut war sowieso hin wegen der sog. Boden-Reform. Sie landeten 400 Kilometer weiter, in Großpolen, wo er seit Januar 1946 Direktor der Staatlichen Landsgüter (Państwowe Nieruchomości Ziemskie) in Posen wurde. Nach zwei Jahren wurde er inhaftiert.  1949 begann ein Schauprozess gegen die ehemaligen adligen Guts- und Landbesitzer.  1951 wurde er zu 10 Jahren Freiheitsentzug verurteilt. Saß in Gefängnissen in Posen und Warschau und danach  in Wronki, wo einst auch Rosa Luxemburg gesessen hatte. Danach arbeitete er im Bergbau Andaluzja in Schlesien. Entlassen 1956, wurde er kurz danach rehabilitiert. Vom Entschädigungsgeld hat die Familie einen Fernseher gekauft. Einen der ersten, die man in der Volksrepublik Polen erwerben konnte. Das erste Mal in der VRP gab es ein TV-Programm am 25. Oktober 1952 um 19 Uhr – eine halbe Stunde Musik und Ballett. Aber es hat gedauert, bis sich das Volk einen Fernseher kaufen konnte.

1975 stand der Fernseher immer noch da.

Aber Boxen, frag ich die Gräfin, weshalb Boxen? Am längsten saß er in Wronki. Der Zug kam um 12:27 Uhr in Wronki an, die Besuchszeit begann um 17 Uhr. Sie musste fast fünf Stunden totschlagen. Besonders an Wintertagen könnte man sich nicht in einen Park hinsetzen und lesen. Es gab kein Café, nur ein Restaurant, in dem Wodka trinkende Männer saßen. Keine Frau wagte sich allein in den 50ern in ein Restaurant, in der Provinz schon gar nicht. Manchmal gab es im Kino eine Filmvorführung am Vormittag –  für Schulen, das aber sehr selten. Sie hat zig Mal einen Film gesehen, den ich ja auch kannte – September 1939. So war es. Und auch einen über Jungs, die in den Ruinen mit den Blindgängern spielten.

Und da war dort eine Boxhalle! Es war Amateurboxen, drei Runden. Es boxten Buchhalter und Schullehrer. So ein Fight Club in der Provinz vor einem halben Jahrhundert. Die Eintrittskarten waren billig, es war warm, die Leute, offensichtlich gewohnt, dass da Fremde rein kommen, um Zeit tot zu schlagen, friedlich. Irgendwann sickerte es durch, weshalb ihr Mann im Knast saß. Diese Menschen hätten selbst für Diebstahl schon Verständnis, und erst recht für politische Gefangene. Kein Mensch hatte was gesagt, aber es war klar, er war wer, sie war wer, er war ein Held, man hat ihr dünnen süßen Tee angeboten, manchmal sogar belegtes Brot mit Mettwurst und Zwiebel. Sie lernte es zu genießen. Sie mochte es, dort unter diesen einfachen netten Leuten zu sein.

Zu Hause in Posen war das Leben so unerträglich schwer. Die alte Mutter war da, eine kleine Tochter, noch in der Schule, und der Sohn, der jung geheiratet hatte und dann in einem Flugzeugunfall, dem ersten in Polen, ums Leben kam. Übrig geblieben ist die Witwe mit zwei Kindern. Alle wohnten sie zusammen in einer 2-Zimmer Wohnung.  Eine Zeitlang war sie die alleinige Ernährerin in diesem Haushalt, der voller allzu alter, zu kranker oder zu junger Menschen war. Sie war Ehefrau eines politischen Gefangenen, sie hatte keine Arbeit, verdiente das Geld in Heimarbeit, indem sie Pullover und Socken aus Nesselgarn strickte. Und dann irgendwann starb Stalin, irgendwann konnte man hoffen, dass die Gefangenen entlassen werden. Dann, als sie irgendwann beim Boxen zuschaute, kam jemand in die Halle, den sie bereits kannte: Ein  Boxer, der als Kesselarbeiter im Gefängnis arbeitete. Er kam auf sie zu und flüsterte, ihr Mann werde gleich entlassen, und er, der Boxer, werde sie dorthin begleiten. Und so gingen sie zusammen, der Boxer und die Dame…

Sie liebt Boxen. So einfach ist es.

Kunst und Kampf

Heute… Heute lese ich. Es ist diesmal eine merkwürdige Sache. Der Text, den ich heute lese, wird man morgen hier auf dem Blog finden.  Sonst…

boks-plakatKUNST UND KAMPF IM STUDIO 14

Fightnight Events und Boxring Promotions Ltd. – 28. Juni 2013
Ufer Studios Berlin

ROCKEN, LESEN, SCHAUEN & BOXEN

Die Kapelle Weyerer ist anders. Die Musik ist zwar eingängig, aber doch mit Anspruch. Die Texte sind mal lustig, mal sentimental, aber stets überlegt. Die Arrangements klingen irreführend einfach. Der „Professor“ am Schlagzeug gibt alles – und zwar mit Gefühl. Nick Flade am Keyboard  ist einfach phänomenal. Er hat virtuose Phasen, da sitzt man auf der Stuhlkante oder lehnt sich zurück und macht die Augen zu. Der Chef, Stefan Weyerer, ist eine ganz besondere Nummer. Er macht mit seiner Stimme, was man weder ihm noch ihr zugetraut hätte.Die Süddeutsche hat es in einem Satz zusammengefasst, was ihn ausmacht: “Da steht einer, der die Ungereimtheiten des Lebens besser in Worte fassen kann als alle Söhne Mannheims zusammen…”

Bilder sind jedermanns Sache, nur wenn es auf den Geschmack ankommt, wird es kritisch. Renate Herda hat sehr verschiedene Ansätze. Sie arbeitet heute vorwiegend in ihrem molekularen Stil, zeigt im Uferstudio 14 im Wedding aber Bilder aus mehreren ihrer Schaffensperioden, also unterschiedliche Stile. Meist haben ihre Bilder Witz, es gibt auch oft einen Clou, aber keine Programmbilder. Leider nicht dabei hat sie diesmal ihre Ikonen. Das sind sehr kunstvolle, wertvolle Arbeiten. Wer Spaß an Farben, Formen und Witz hat, der kann sich mit ihren gezeigten Bildern gut eine Weile beschäftigen. Wenn die Zeit nicht reicht, kann man sie auch kaufen.

Ewa Maria Slaska hat was, was vielen deutschen Autoren fehlt. Sie kann ernste Dinge mit Humor behandeln. Sie hat zum Beispiel einen sehr unterhaltsamen Aufsatz zum 60. Todestag Josef Stalins geschrieben. Ewa hat noch eine attraktive Eigenschaft als Autorin. Sie glaubt nicht, dass Unverständliches intellektuell wäre und hält Länge nicht unbedingt für Qualität. Freuen Sie sich auf polnischen Charme im Wedding.

Das Boxen ist exemplarisch im Studio. Wir unterscheiden – Kickboxen und englisches Boxen. Technik, Stile, Stärken, was setzt sich durch? Die Profis zeigen es uns unter lokaler Beteiligung. Kraft ist nicht alles, aber Mut braucht man in jedem Fall. Und Disziplin. Wir werden sehen.

Julka auf dem FlowMarkt Neukölln

Jeden zweiten Sonntag / co drugą niedzielę
Textilienmarkt / pchli targ z tkaninami i ciuchami

Berlin Maybachufer

FlowMarkt

Julka (Julia Sokolnicka) ist dabei, vielleicht nicht immer, aber immer öfter und bietet Vintage Fashion an – na targu sprzedaje też Julia Sokolnicka. … to są za każdym razem inne sukienki, mówi, bo one są Vintage – używane, wyszukiwane.

Vintage3 Vintage1 Vintage2Ich gehe am Sonntag dorthin / wybieram się tam w niedzielę i Wam też radzę.

Poezja – Poetry – Poesie – Poesía / Lorca

IGANCIO SANCHEZ MEJIAS – a las cinco de la tarde

Federico García Lorca „LAMENT NA ŚMIERĆ IGNACIA SANCHEZ MEJIAS” (Llanto por Ignacio Sánchez Mejías, 1934, wyd. 1936). Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Czteroczęściowa, pełna przejmującego bólu, elegia poświęcona sławnemu toreadorowi, a jednocześnie przyjacielowi poety, który zginął podczas walki. Irena Kuran-Bogucka, moja matka, tłumaczka Lorki, tak napisała w komentarzach do poezji poety (Wydawnictwo Morskie 1982): Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli, rówieśnik grupy poetów pokolenie 27, ich mecenas i serdeczny przyjaciel. Zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

“Cios i śmierć” – refren “O piątej po południu” powtarza się tu 30 razy, jak bicie dzwonu, stanowiąc i litanijny odzew, i afisz corridy, i godzinę rozpoczęcia akcji i preludium tragicznego finału. Kolejne metafory stanowią zapowiedź śmierci, opis ran, agonię najpierw widzianą z zewnątrz, potem odczuwaną przez konającego torera, żałobę tłumu.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

grobISM-SewillaSewilla – Grób/ Grab / Grave – Ignacio Sanchez Meijas

1. Cogida and death

At five in the afternoon.
It was exactly five in the afternoon.
A boy brought the white sheet
at five in the afternoon.
A frail of lime ready prepared
at five in the afternoon.
The rest was death, and death alone.
at five in the afternoon.

The wind carried away the cottonwool
at five in the afternoon.
And the oxide scattered crystal and nickel
at five in the afternoon.
Now the dove and the leopard wrestle
at five in the afternoon.
And a thigh with a desolated horn
at five in the afternoon.
The bass-string struck up
at five in the afternoon.
Arsenic bells and smoke
at five in the afternoon.
Groups of silence in the corners
at five in the afternoon.
And the bull alone with a high heart!
at five in the afternoon.
When the sweat of snow was coming
at five in the afternoon.
when the bull ring was covered with iodine
at five in the afternoon.
Death laid eggs in the wound
at five in the afternoon.
At five in the afternoon.
At five o’clock in the afternoon.

A coffin on wheels is his bed
at five in the afternoon.
Bones and flutes resound in his ears
at five in the afternoon.
Now the bull was bellowing through his forehead
at five in the afternoon.
The room was iridiscent with agony
at five in the afternoon.
In the distance the gangrene now comes
at five in the afternoon.
Horn of the lily through green groins
at five in the afternoon.
The wounds were burning like suns
at five in the afternoon.
and the crowd was breaking the windows
at five in the afternoon.
Ah, that fatal five in the afternoon!
It was five by all the clocks!
It was five in the shade of the afternoon!

Translated by Alan S. Trueblood

1. Hornstoß und Tod

Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittag war es um fünf Uhr genau:
Ein Knabe brachte das weiße Leintuch
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ein Korb mit Kalk stand längst bereit
am Nachmittage um fünf Uhr.
Alles andre war Tod und nur Tod
am Nachmittage um fünf Uhr.

Der Wind trug die Watte hinweg
am Nachmittage um fünf Uhr.
Der Sauerstoff säte Kristall und Nickel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Schon kämpfen Taube und Pardel
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und ein Schenkel mit trostlosem Horn
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die tiefsten der Saiten erbrummten
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Glocken des Dunsts, des Arsens
am Nachmittage um fünf Uhr.
An den Ecken Gruppen aus Schweigen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Und der Stier nur erhobenen Herzens!
am Nachmittage um fünf Uhr.
Als dann der Schneeschweiß hervorbrach
am Nachmittage um fünf Uhr,
als mit Jod sich bezog die Arena
am Nachmittage um fünf Uhr,
legte Eier der Tod in die Wunde
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr genau.

Ein Sarg ist, mit Rädern, das Bett
am Nachmittage um fünf Uhr.
Knochen und Flöten tönen im Ohr ihm
am Nachmittage um fünf Uhr.
Ihm brüllte der Stier in der Stirn schon
am Nachmittage um fünf Uhr.
Das Zimmer erschillert vor Todkampf
am Nachmittage um fünf Uhr.
Von weither kriecht schon der Wundbrand
am Nachmittage um fünf Uhr.
Lilienjagdhorn um grüne Weichen
am Nachmittage um fünf Uhr.
Die Wunden brannten wie Sonnen
am Nachmittage um fünf Uhr,
und die Leute zerbrachen die Fenster
am Nachmittage um fünf Uhr.
Am Nachmittage um fünf Uhr.
Ach welch gräßliche fünf Uhr nach Mittag!
Auf allen Uhren wars fünf Uhr.
In des Nachmittags Schatten wars fünf Uhr!

Übersetzung von Enrique Beck

 
Dziś była najpiękniejsza i najjaśniejsza pełnia księżyca w roku 2013, już druga zresztą – zdjęcie Kamila Dobosz. Dziękuję!

ksiezyc-kamiladobosz

Ein Maler, ein Grab, ein Rätsel

Das Rätsel wurde schon heute früh von Dariusz Kacprzak vom Stettiner Nationalmuseum gelöst.

Waldsee_im_Winter_(1892)Walter Leistikow, ein deutscher Maler und Graphiker, geboren 1865  in Bromberg, heute Bydgoszcz, gestorben1908 in Berlin, wo er sich erschossen hat. Dadurch hatte die Familie Schwierigkeiten, ihn begraben zu lassen, bis  endlich Friedhof Steglitz beschloß, seine Beerdigung zu gestatten. Bei diesem Anlass sprachen unter anderen Max Liebermann und Gerhard Hauptmann.

See_bei_Sonnenuntergang_(1895)

Er wurde von der Königlichen Kunstakademie unter Anton von Werner wegen „Talentlosigkeit“ entlassen.

haus-in-Daenemark 1898Wie hieß er?

leistikow-grabFotos: Wikipedia Commons & Slaska Commons

Und…
Auf dem Friedhof, wo Leistikow begraben liegt, befindet sich auch ein Tor mit zwei Sprüchen, die schon alte Römer kannten: “Vos qui transitis, nostri memores rogo sitis: quod sumus hoc eritis, fuimus quandoque quod estis.”
Ein römischer Epitaph B 799.
Auf Deutsch sieht es so aus:

wasihrward

1913. Święto wiosny. Frühlingsweihe.

Na całym świecie lato, u nas na blogu też, a tymczasem w Szczecinie wciąż jeszcze wiosna. Ale za to – jaka!

swietowiosny-pracawreWystawa jubileuszowa w stulecie otwarcia Gmachu Głównego Muzeum Narodowego / Ausstellung zum hundertjährigen Eröffnungsjubiläum des Hauptgebäudes des Nationalmuseums
Szczecin / Stettin    http://www.muzeum.szczecin.pl

Wernisaż / Vernissage:                  21.06.2013, 18.00

do / bis:                                                         08.09.2013

Podczas trwania ekspozycji wstęp do wszystkich oddziałów Muzeum Narodowego w Szczecinie jest wolny / Während der Ausstellung ist der Eintritt zu allen Abteilungen des Nationalmuseums Stettin frei.

Text auf Deutsch: 1913-Fruehlingsweihe

swietowiosny21czerwca-8wrzesnia Celem wystawy jest zarysowanie obrazu kultury sprzed stu lat w odniesieniu do problemu dziedzictwa. Rok 1913 okazał się wyjątkową datą. Nie tylko graniczną z punktu widzenia historii politycznej, jako ostatni moment pokoju przed wybuchem Wielkiej Wojny, ale także obfitującą w przełomowe dla XX wieku wydarzenia artystyczne. Na lata 1910–1913 przypadły prace nad merytorycznym i architektonicznym kształtem prezentacji zbiorów Muzeum Miejskiego w Szczecinie, przygotowywanej pod okiem doktora Waltera Riezlera. Temu cenionemu w Niemczech reformatorowi kulturalnemu, łączącemu pasje archeologa klasycznego, krytyka sztuki nowoczesnej i muzykologa, udało się zbudować galeryjną narrację w oparciu o zabytki starożytności, kultur pozaeuropejskich oraz malarskie, rzeźbiarskie i graficzne prace mistrzów zachodnioeuropejskiej awangardy. 1913. Święto wiosny to projekt wystawienniczy, który upamiętniając otwarcie gmachu przy ówczesnym Tarasie Hakena (dziś: Wały Chrobrego), przywołuje interdyscyplinarną metodę pierwszego dyrektora tamtej instytucji – zestawia arcydzieła sztuki pierwszych dekad XX wieku z ich archaicznymi, klasycznymi i prymitywnymi źródłami inspiracji.

Wyjątkowa, reprezentacyjna forma gmachu muzealnego, ukształtowana przez miejskiego architekta Wilhelma Meyera, nadała panoramie pomorskiej metropolii nowy akcent urbanistyczny, zmieniając zarazem sposób postrzegania polityki kulturalnej magistratu. Podtytuł szczecińskiej wystawy jubileuszowej nawiązuje do innego wydarzenia artystycznego tego samego czasu, czyli wiosny 1913 roku, tym razem o skali międzynarodowej – inauguracji paryskiego Théâtre des Champs-Élysées. Otworzył on swoje podwoje głośną premierą spektaklu Igora Strawińskiego Święto wiosny, wykonanego przez Balety Rosyjskie w choreografii Wacława Niżyńskiego i scenografii Nikołaja Roericha. Zarówno oskarżany o „germańskość” budynek teatru, projektowany przez Henry’ego van de Veldego i zrealizowany ostatecznie przez Auguste’a Perreta, jego dekoracje i wyposażenie (między innymi dłuta Antoine’a Bourdelle’a), jak i estetyka wystawianych na jego deskach dzieł scenicznych stanowiły przełom w dziejach sztuki, symbolicznie otwierając nowe stulecie. Do rangi podobnego symbolu urosła również wystawa Armory Show, zorganizowana dwa miesiące wcześniej w koszarach nowojorskiego regimentu – reprezentatywny przegląd współczesnej sztuki europejskiej większości kierunków awangardowych.

Ekspozycję 1913. Święto wiosny pomyślano jako przegląd kluczowych problemów „dzieła totalnego” około 1913 roku, który okazał się także dla szczecińskiego muzealnictwa swoistym „świętem wiosny”. Motywem przewodnim wystawy uczyniono taniec – metaforę witalności i wolności. Odwołanie do trzech wydarzeń – w Szczecinie, Paryżu i Nowym Jorku – pozwala na połączenie perspektywy globalnej, europejskiej i lokalnej. Prezentowane dzieła malarstwa, rzeźby, rysunku, grafiki i rzemiosła artystycznego pochodzą z kolekcji własnej oraz Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Narodowego w Gdańsku, Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Uniwersyteckiego w Toruniu, Georg-Kolbe-Museum w Berlinie, Akademie der Künste w Berlinie, Städtische Galerie w Dreźnie, Kunstsammlungen w Zwickau, Ernst Barlach Stiftung w Güstrow oraz zbiorów prywatnych. Obiekty te tworzą zazębiające się narracje, a opowieść o źródłach odnowy sztuki została podzielona na cztery części:
1. Baśń słowiańska. Rodzima egzotyka
2. Popołudnie fauna. Nowa Arkadia
3. Wiosna w Paryżu. Artystyczna stolica świata
4. Czarna muzyka. Awangarda i kultury prymitywne

Osią koncepcyjną wystawy jest zestawienie zabytków etnograficznych i archeologicznych z dziełami takich artystów  jak: Abram Jefimowicz Archipow, Ernst Barlach, Émile-Antoine Bourdelle, Béla Czóbel, Kees van Dongen, Xawery Dunikowski, Lyonel Feininger, Marcel Gromaire, Aristide Maillol, Tadeusz Makowski, Georg Kolbe, Max Pechstein, Toma Rosandić, Karl Schmidt-Rottluff, Paul Sérusier, Franz von Stuck, Maurice de Vlaminck, Wojciech Weiss, Eugeniusz Zak i wielu innych.

Kuratorzy / Kuratoren: Szymon Piotr Kubiak & Dariusz Kacprzak

swietowiosny-pracawre2