Wielka Wojna (6)

Zadaję dziś zagadkę. Oczywiście, jak zdradza nadtytuł, będzie ona dotyczyła I Wojny Światowej. Zacytuję tu kilka fragmentów powieści, które w całości lub części, dotyczą wojny. Czy znamy te książki? Ułatwię Wam zadanie. Wszystkie cytaty dotyczą wojny widzianej od strony państw centralnych. Wszystkie są też tłumaczeniem. To przypadek, ale skoro już tak mi się te książki po kolei nasunęły, zostawię je w takim zestawie. W końcu to i tak wszystko jedno, w końcu i tak wojnę toczą władcy, wszystko jedno jacy, przeciw nam, zwykłym ludziom.

***

Pada. Nie, rzucił się tylko na ziemię, albowiem nadlatuje wyjąc piekielny pies, olbrzymi granat, diabelska głowa cukru. Leży twarzą w chłodnym błocie, z rozstawionymi nogami, odwrócone stopy wbija obcasami w ziemię. A twór zdziczałej nauki, naładowany tym, co najokropniejsze, pada jak szatan o trzydzieści kroków na ukos przed nim, zarywszy się głęboko w grunt, pęka tam z okropną mocą i wybucha wysoką fontanną ziemi, ognia, żelaza, ołowiu i rozerwanych ciał ludzkich. Leżeli tam dwaj przyjaciele, którzy przytulili się do siebie w potrzebie; teraz zmieszali się z sobą i zniknęli.
O, wstydźmy się my, którzy będąc cieniami jesteśmy bezpieczni! Przerwijmy naszą opowieść! Czy nasz znajomy został trafiony? Sądził przez chwilę, że tak. Ogromna gruda ziemi uderzyła go w udo, zabolało mocno, ale to nic. Zrywa się, zatacza się kulejąc, nogi mu ciężą i śpiewa nieprzytomnie:

A po-szum jej gałą-ęzi
Jak gdy-by wołał mnie –

I tak w zgiełku, w deszczu, w zmierzchu znika nam z oczu.
Bądź zdrów, bądź zdrów, ty poczciwy utrapieńcze! Opowieść o tobie już skończona!

***
Biwakujemy dziewięć kilometrów poza frontem. Wczoraj zluzowano nas; teraz mamy brzuchy pełne fasoli z wołowiną i jesteśmy syci i zadowoleni. Nawet na wieczór jeszcze udało się każdemu zapełnić menażkę; do tego dochodzą poza tym podwójne porcje kiełbasy i chleba – to jest coś. Podobnego przypadku nie było już od dawna: kuchta o głowie czerwonej, przypominającej pomidor, sam pcha się z jedzeniem; każdego, kto przechodzi, przyzywa swą łyżką i udziela mu porcyjki co się zowie. Jest całkiem zdesperowany, gdyż nie wie, jak ma opróżnić swą kuchnię polową. Tjaden i Müller wytaszczyli skądsiś kilka misek i polecieli wypełnić je po brzegi, na zapas. Tjaden czyni to z żarłoctwa, Müller z przezorności. Jest zagadką dla wszystkich, gdzie się to podziewa u Tjadena. Jest i będzie chudy, jak śledź. Najważniejsze jest jednak, że dostaliśmy także podwójne racje tytoniu. Dla każdego po dziesięć cygar, dwadzieścia papierosów i dwie krymki tytoniu do żucia, to wcale przyzwoicie. Mój tytoń do żucia zamieniłem z Kaczyńskim na jego papierosy, stanowi to dla mnie czterdzieści papierosów, z tym da sobie człowiek radę przez jakiś czas. Przy czym cała ta feta właściwie nie należy się nam wcale. Prusacy nie są tak hojni. Mamy ją do zawdzięczenia wyłącznie omyłce.

***
zagadka-trupy

***

Niełatwo było patrzeć, jak szeregi młodych, pełnych życia ludzi podnoszą się z ziemi i niemal w tym samym momencie padają poskręcane, pogięte, zniweczone. Właściwie nie śmierć była najcięższa, ale jej nieokiełznanie, nieposzanowanie przez nią niczego, jej niemal beztroskie igraszki. Lekceważenie życia jednostki, kopniak wymierzony przez ślepą przemoc w to, co w owym piekle zniszczenia nosiło przecież koronę, nawet jeśli była to tylko korona posłuszeństwa i dzielności. Kopniak trafiający w ludzkie twarze z bezduszną i wręcz nieprzyzwoitą pewnością kowalskiego młota.

Trudny był też wyścig ze szczerzącą zęby śmiercią, kiedy z dalekich tyłów musiało się nosić amunicję, jedzenie, albo wodę do picia. I nie dlatego wyścig ten był trudny, że mógł się zakończyć utratą własnego życia, ale przez to, że mogło się stracić pożywienie i wsparcie dla innych. Trudne było owo okropne zziajanie w biegu przez skażone bezdroża parowów, przez błyski ognistych eksplozji pocisków, o których nigdy się nie wiedziało, gdzie uderzą. Trudno było padłszy na skrwawioną ziemię leżeć z oczami wbitymi w zasłonę składającą się z ognia i cierpienia, i słuchać daremnych jęków ranionych, które nie dolatywały do ojczystych stron. Ale najtrudniejsze były myśli, jakie nachodziły człowieka, kiedy wieczorem wsparłszy się o kilka porwanych worków z piaskiem patrzyło się na dymiącą linię, która dzieliła niebo i ziemię. Widać było ziemię pustą, ziemię, z której starty został wszelki ślad człowieka, zmierzwione pole, na które spadł żelazny grad. A na tym polu rozsiano błękitne i szare plamy mundurów, jak zapomniane snopy. I czarne postrzępione drzewa, drzewa żywe, zanim bowiem się rozwiały jak mgła, płynęły z lekkim powiewem wiatru. I parowy, nad którymi owa mgła unosiła się na kształt białawych obłoków, zaś na horyzoncie wzgórza, których nazwy oddano w pacht śmierci.

Wielka Wojna (4)

Ewa Maria Slaska

Nie wiem ilu ich było na wszystkich frontach i we wszystkich armiach, nie szukałam specjalnie, napiszę tu tylko o tych, którzy pojawili się w ostatnim czasie w mojej pracy badawczej, wydawniczej i dziennikarskiej. Najczęściej na obrzeżach tego, czym się zajmuję.  Dla porządku zacznę jednak od Apollinairego, który w Poecie zamordowanym (1916) przewidział swoją śmierć podczas wojny – umarł podczas wojennej epidemii grypy hiszpanki. Nazywał się Guillaume Albert Vladimir Alexandre Apollinaire de Kostrowitzky czyli Wilhelm Apolinary Kostrowicki. Urodził się w roku 1880, zmarł 9 listopada 1918 roku w Paryżu. Był francuskim poetą polskiego pochodzenia, przedstawicielem francuskiej awangardy poetyckiej. 

No tak, Apollinaire, ale to przecież każdy wie.

Ja natomiast zajmowałam się… I o tym napiszę, też zresztą, Boże uchowaj, nie pretendując do wyczerpania tematu.

O (trzech) poetach w armii pruskiej

HulewiczWitold Hulewicz

Urodził się w Kościankach w roku 1895. Był synem ziemianina i pianistki Heleny z domu Kaczkowskiej. Jako osiemnastolatek został powołany do Armii Pruskiej, walczył we Francji i Belgii. Po powrocie z wojny wziął udział w Powstaniu Wielkopolskim, walczył w wojnie ze Związkiem Sowieckim w roku 1920.

Był współwydawcą czasopisma Zdrój, pierwszego wydawnictwa w Polsce poświęconego sztuce awangardowej. Był poetą i tłumaczem, przekładał między innymi dzieła Manna, Goethego i Rainera Marii Rilkego.

Podczas II wojny światowej był redaktorem naczelnym wydawanego w Warszawie konspiracyjnego pisma Polska żyje. 2 września 1940 został aresztowany przez Niemców, prowadzenie pisma objął wówczas jego brat Jerzy. Wiadomo, że w więzieniu poeta był torturowany. 12 czerwca 1941 Witold Hulewicz został rozstrzelany w Palmirach.

Polak-Niemiec-HulewiczMOGIŁA NA SKWERZE

Nogą można potrącić, tuż obok rynsztoka
w biednych kwiatach i hełmu stalowym rynsztunku.
Krzywy napis: “Nieznany” – i z błota powłoka,
i słowa twardej chwały: “Padł na posterunku”.

Jemu to się należy najszczerszy z pacierzy,
co umierając szeptał: Warszawy nie damy!
Grób na skwerze ulicznym, krzyż z okiennej ramy…
Taka mała mogiłka, a w niej wielkość leży.

kubicki kolumnaStanisław Kubicki (1886-1942), polski poeta i grafik, żyjący w okresie międzywojennym w Berlinie, pojawiał się już w tym blogu wiele razy. Tu więc napiszę tylko kilka słów o jego udziale w Wielkiej Wojnie. Przy okazji dodam, bo potem może to umknąć, że to właśnie podczas pogrzebu Witolda Hulewicza w roku 1942 na cmentarzu w Palmirach, Kubicki, który się już od dłuższego czasu ukrywał, wyszedł z ukrycia i został aresztowany, co w rezultacie doprowadziło również do jego śmierci – i on został w tym samym miesiącu zamęczony na Pawiaku.

stasmalgosiaKubicki został powołany do wojska zaraz po wybuchu wojny. Początkowo odbywał służbę z dala od frontu i twierdził, że jego żołnierskie obowiązki polegają na malowaniu kiczowatych obrazów na ścianach stołówki w koszarach. W roku 1915 został przeszkolony na piechura i wysłany na front wschodni. Ranny w stopę podczas walk nad Niemnem, przyjechał w roku 1916 do szpitala w Berlinie, skąd został odesłany do lazaretu w Bunzlau (Bolesławiec). W październiku tego samego roku został skierowany do straży granicznej w Schömbergu (Chełmsko Śląskie). 22 grudnia tegoż roku wziął ślub z niemiecką malarką, Margarete Schuster, która od ślubu podpisywała się Małgorzata Kubicka. Wsparcie finansowe żony umożliwiło artyście wynajęcie prywatnej kwatery. Małgorzata zaopatrywała też męża regularnie w gazety i książki oraz przybory do grafiki, rysunku i malarstwa. Okres służby w Schömbergu zaowocował całą serią grafik, w których dały już o sobie znać ekspresjonistyczne tendencje.

schoembergW roku 1917 Kubicki został przeniesiony do Poznania, co zaowocowało przyjaźnią z trójką braci Hulewiczów. W ramach służby wojskowej został przeszkolony do służb kwatermistrzowskich, ale chociaż przebywał jako kwatermistrz w Warszawie i pełnił służbę w Belwederze, niedługo już pozostawał na żołdzie pruskim. Podobnie jak Hulewicz i setki, a może tysiące innych Polaków wcielonych do wojska pruskiego, skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji i zdezerterował.
W tym samym roku zaczął pisać wiersze, które już tu (po części) publikowałam.
Zobacz TU i TU.

kraftPaul Kraft

Przez ostatnie pół roku odwiedzałam związane z I wojną światową cmentarze i miejsca pamięci w Berlinie, poszukując, prawdę mówiąc, Polaków. Kraft Polakiem nie był, był niemieckim Żydem. Jest pochowany na wielkim cmentarzu żydowskim, na tzw. Polu Chwały, upamiętniającym żołnierzy żydowskich poległych podczas I wojny. 200 tysięcy Żydów służyło w armii pruskiej, 12 tysięcy – poległo lub umarło wskutek odniesionych ran lub nabytych chorób. Na miejscu pamięci pochowano ich zaledwie 400. Dla wyjaśnienia napiszę, bo może nie każdy to wie, że to armia pruska wysyłała swoich żołnierzy do Francji, Belgii czy Rosji, ale, jeżeli polegli z dala od jednostki macierzystej, ich ciała zostawały na obczyźnie, chyba, że rodzina podjęła wysiłek i poniosła koszty sprowadzenia męża, brata czy syna “do domu”. Nota bene, nie wiem, jak to jest i było w innych armiach i w innych czasach – będę wdzięczna, jeśli ktoś, kto wie więcej niż ja, napisze o tym w komentarzu.

Sabine Hank i Hermann Simon opracowali ich losy w wydanej przez Centrum Judaicum książce Bis der Krieg uns lehrt, was der Friede bedeutet (Aż wojna nas nauczy, co znaczy pokój). W książce nie ma ani słowa o Polakach, mimo że zapewne co najmniej część owych żołnierzy, urodzonych w Gdańsku, Giżycku, Wrocławiu, Bydgoszczy, Kwidzynie czy Kamieniu Pomorskim, to byli polscy Żydzi. O jednym z nich, lotniku, jeszcze napiszę.

grobycmentzydWróćmy jednak do Krafta. Hübner pisze, że gdy Kraft szedł na wojnę, był już uznanym poetą ekspresjonistycznym. Miał za sobą kilka publikacji, niewiele ich było, ale tej klasy, że kazały zwrócić uwagę na świetnie się zapowiadającego młodego twórcę. Taki niemiecki Baczyński, tylko o jedną wojnę wcześniej. Wiadomo też, że szedł na wojnę jako zadeklarowany pacyfista, nastawienie sto lat temu bardzo rzadkie, zwłaszcza w obliczu niepohamowanego, entuzjastycznego wybuchu patrotyzmu, jaki w Niemczech towarzyszył Wielkiej Wojnie w pierwszych miesiącach. Poeta dał wyraz swoim poglądom w wierszu Der Krieg (Wojna): Paul Kraft Krieg.

Kraft zmarł w listopadzie 1922 roku na gruźlicę płuc, której nabawił się podczas wojny.

***

PS. Wydaje mi się, że wszyscy trzej mogli się znać (to znaczy Kubicki i Hulewicz znali się na pewno, ale mogli też obaj znać Krafta), bo wszyscy współpracowali z Franzem Pfemfertem
i jego niezwykłym awangardowym pismem Die Aktion.

Polak-Niemiec-Hulewicz2Zeszyt specjalny Die Aktion poświęcony Hulewiczowi.

kubicki-dieAktion

Die Aktion tom 8, nr 21/22 – na okładce grafika Kubickiego.

pfemfertFragment tekstu o Paulu Krafcie, wymieniający jego publikacje w Die Aktion.

Porady kulturalne

Ewa Maria Slaska

Ani na imieniny

latozimaOd przedwczoraj lato w Berlinie przestało być wściekłym, upalnym postrachem człowieka i stało się tym, co w Berlinie jest najlepsze pod słońcem – pogodą bez pory roku. Jest chłodno i pada, mogłaby być jesień lub wiosna, mogłaby być ciepła zima, ale oczywiście może też być lato. Tak jak na tej kartce obok. Lato w Holandii, zima w Holandii. Wytrawni berlińczycy nie mają w szafach ubrań i obuwia na dwa tygodnie prawdziwego lata i dwa tygodnie mroźnej zimy – tyle tego mamy rocznie – nie warto. Bo w Berlinie, jak to kiedyś napisał Kurt Tucholsky, nie ma pogody. Zresztą, jak berlińczyk ma zauważyć pogodę, skoro spędza życie knajpie lub w kinie. Knajp mamy w Berlinie niezliczone ilości, co jest bezkonfliktowym przejściem od dawnych czasów do epoki nowego wspaniałego świata. Do lat 20 XX wieku w mieszkaniach berlińskich było paskudnie, zimno, wilgotno i ciemno, i lepiej było przeczekać w knajpie tych kilka godzin dzielących człowieka od końca pracy do momentu, kiedy trzeba iść spać. Ogólnie rzecz biorąc była praca, po pracy się szło do knajpy, a potem spać. W międzyczasie sytuacja uległa zmianie, pracy nie ma, mieszkania są ładne, ale co w nich robić 24 godziny na dobę? Ani czytać się nie da przez tyle godzin, ani siedzieć przed telewizorem ani nawet grać w gry komputerowe – lepiej iść do knajpy. Po prawie stu latach treningu knajpianego, berlińczyk stał się już nową odmianą człowieka i bez knajpy po prostu nie przeżyje. Przyjezdni stosują prawo mimikry i żeby nie podpaść, też chodzą do knajpy. A w Berlinie jest dużo przyjezdnych – już prawie sto lat temu ówże Tucholsky pisał, że przeciętny berlińczyk pochodzi z Poznania lub Wrocławia i nie ma czasu. I tak nam to zostało.

A jak nie do knajpy, to do kina. Tak też robiłam przez ostatnie tygodnie, a teraz podsumuję: byłam w kinie na Idzie, na Boyhood, na Grand Budapest Hotel, na Snowpiercer, na Dwóch twarzach stycznia i wreszcie na Fack ju göhte. I udzielę wam takiej oto zbiorowej porady kulturalnej. Warto! O dziwo, z jakichś powodów, za każdym razem innych, warto iść na każdy z tych filmów.

Ida, polski film Pawła Pawlikowskiego, z ubiegłego roku, zapowiadany jest w Niemczech jako road movie (co jest bardzo dziwną klasyfikacją, mimo iż zaiste bohaterki sporo w nim jeżdżą samochodem) i film rozgrywający się pomiędzy polskim antysemityzmem, polskim stalinizmem i polskim katolicyzmem. Uważam ten czarno-biały, powściągliwy w warstwie widokowej i słownej obraz za jeden z najlepszych fimów, jakie w życiu widziałam, choć mam do niego również pewne zastrzeżenia ideologiczne. Ale zastrzeżenia, if any, niech sobie każdy sam wypracuje.

Boyhood, to niezwykły amerykański projekt filmowy, realizowany przez Richarda Linklatera przez 12 lat. W filmie występują zawodowi aktorzy: Patricia Arquette i Ethan Hawke oraz Ellar Coltrane, z którymi reżyser nakręcał co roku zaledwie kilka scen, dokumentując w ten sposób autentyczne dorastanie, fizyczne i psychiczne, małego chłopca, który na naszych oczach staje się młodym dorosłym mężczyzną.

Snowpiercer to ewidentna bzdura, zresztą nic nowego, bo stanowi nowoczesne i wcale chyba nie lepsze od pierwowzorów połączenie Matrixa i Seksmisji, ale mimo to trzyma w napięciu. Jest to pierwszy angielskojęzyczny film słynnego reżysera z Korei Południowej Bong Joon-Ho. Obejrzałam ten film pewnego upalnego dnia wieczorem w kinie na świeżym powietrzu i bardzo to było… odświeżające przeżycie.

Grand Budapest Hotel Wesa Andersona z Ralphem Fiennesem i Tonym Revolori jest po prostu nadzwyczajnie zabawny. O nic w nim nie chodzi i jest od początku do końca bez sensu, ale jest dobrym slapstikowym kawałkiem komediowego kina, a to warto docenić w czasach, gdy za komedię uchodzi wszystko co nie kończy się krwawą jatką, a widz się czasem nawet uśmiechnie. Tu tymczasem się śmieje.

Dwie twarze stycznia to amerykański kryminał wg powieści Patricii Highsmith, znakomite rzemiosło literackie i filmowe, choć niestety obarczone jedną ciężką ułomnością. W powieści dwaj zupełnie sobie obcy mężczyźni, jeden młody, drugi w średnim wieku, są do siebie podobni jakby byli ojcem i synem. To ważny wątek filmowy i ważna motywacja działania obu protagonistów. Tymczasem w filmie Hosseina Aminiego (to już zresztą druga adaptacja filmowa tego kryminału) postaci te grają przepiękny Oskar Isaac i Viggo Mortensen, który zresztą też całkiem całkiem wygląda. Ale nie są do siebie w ogóle podobni! O tym podobieństwie, które musi tu być, a go nie ma, wciąż jest mowa, a widz patrzy i patrzy, i nic nie rozumie. Bo można przecież znaleźć dwóch aktorów, starszego i młodego, którzy są podobni do siebie. Myślę, że Jerzy Zelnik spokojnie mógłby grać rolę (pseudo)ojca Oskara Isaaca.

Fack ju göhte, niemiecki film dla każdego, kto jest nauczycielem i im bardziej jest nauczycielem w jakimś nietolerancyjnym środowisku polskim, tym bardziej powinien dla otuchy obejrzeć ten film, który jest zarazem śmieszną i bardzo barwną komedią, a jednocześnie ostrą krytyką społeczną. Turecko-niemiecki reżyser Bora Dagtekin wyprodukował w zeszłym roku prawdziwy hit kinowy.

A ta Slaska tylko o małpach…

No tak, to prawda. Jak nie o kotach…

Ewa Maria SlaskaCamille Alaphilippe1874-1934 La Femme au singe2 Camille Alaphilippe1874-1934 La Femme au singe1

Ale jak nie pisać
o małpach w obliczu TAKIEJ sztuki. Oczywiście, nawet nie warto dodawać, sztuki nadesłanej przez
Marynę Over.


Camille Alaphilippe

X

Kobieta z małpką. Jaka kobieta, jaka suknia, jaka fryzura! Tylko ta małpka trochę mizerna, malutka, chudziutka i na dodatek na smyczy.

Nie znalazłam w sieci niczego na temat pani i jej małpki, oprócz tego, że to rzeźba z roku 1908 znajdująca się w zbiorach Petite Palaise w Paryżu, a i na temat samego artysty znajdzie się w sieci doprawdy niewiele. To znaczy, jak to zawsze w sieci, jest dużo, ale w kółko to samo. Wiadomo, że urodził się w roku 1874 we Francji, ale jego śmierć jest już niewiadomą. Wikipedia podaje, że zmarł po roku 1934 w Algierii. Po roku 1934! I co?

Alaphilippe studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Paryżu. Gdy miał lat 24, a więc zaraz po studiach, otrzymał prestiżową francuską nagrodę zwaną Prix de Rome za rzeźbę zatytułowaną Kain po śmierci Abla ścigany przez pomstę niebieską czy też: Kain po śmierci Abla wysłuchuje wieczystej klątwy. Nota bene nagroda nazywa(ła) się rzymska, bo łączyła się ze stypendium na pobyt w Rzymie i to ni mniej ni więcej, tylko w willi Medici.

Céramic Hôtel, wikipedia commons

Gdyby człowiek wiedział, co ogląda, to by wiedział, że jeśli był w Paryżu dłużej niż jeden dzień, to widział najsłynniejsze dzieło artysty czyli tzw. Céramic Hôtel na avenue de Wagram 34. Budynek, jeden z najbardziej typowych przykładów Art Nouveau, został wzniesiony w roku 1904 przez architekta Julesa Lavirotte. Wspaniały ceramiczny wystrój budynku stworzyli rzeźbiarze Alexandre Bigot i nasz Camille Alaphilippe.

Pomnik poległych w Philippeville / wkipedia commons

Po zakończeniu Wielkiej Wojny Camille, chory i zrujnowany, przenosi się, właściwie już na stałe, do Algierii, gdzie w roku 1926 zostało odsłonięte jego wielkie dzieło, Pomnik Poległych w Philippeville (dziś Sukajkida), przeniesiony w roku 1969, po zakończeniu wojny algiersko-francuskiej, do Tuluzy. Pomnik upamiętnia żołnierzy poległych podczas Wielkiej Wojny w latach 1914-1918, nie tylko w Philippeville, ale także w Aïn Témouchent, Batna, Béjaïa (Bougie), Bordj Bou Arréridj, Bordj el kiffan,Guelma, Mostaganem, Saïda, Tebessa, Tipaza…

Pomnik w Algierii; do Tuluzy przeniesiono tylko rzeźby brązowe, cokół i nadbudowa pozostały na miejscu.

Na zakończenie ponawiam pytanie, które zadałam już powyżej: jakie były losy Alaphilippa w Algierii i dlaczego nie wiemy, gdzie, kiedy i jak umarł?

Droga do Santiago. Z Juan Ortega do Burgos

Ewa Maria Slaska

Sobota 15 września – niedziela 16 września

Uciekłam więc. Przed strasznymi pielgrzymami, którzy pielgrzymami nie są, i przed myślami o inkwizycji. Pędzę przez las, jeszcze chyba nigdy tak szybko nie pędziłam. Nawet nie czuję, że mam jakiś plecak. Pędzę. Droga wiedzie przez pastwisko. Na pastwisku krowy, rzecz jasna. Boję się. Z przyczyn nie wartych, by je tu opisywać, boję się krów. No ale idę, nie mam wyjścia. Widzę je, leżą, są piękne, białe i beżowe, łagodne. Idę, stawiając czoła własnej próbie. Z lasu wychodzi równie piękny biały byk. A ja nic, ja idę.

mark-ariu.de

Byk.

I nic. Idę.

Dochodzę do Ages – śliczna wioska, domy z ogrodami, stara kobieta podlewa malwy. W albergo tłum – wesoły, rozgadany, kolorowy. Mam miejsce w pokoju czteroosobowym!  Rano będzie śniadanie. Przed albergo Tanja, która uciekła z St. Juan wcześniej niż ja. Pytam, dlaczego? Pluskwy. Inkwizycja, krowy, brud, pluskwy – do wyboru. Siedzę przed schroniskiem, piję herbatę. Obok Szkoci, znamy się z drogi, wędrują w czerwonych i zielonych spódnicach, ten w zielonym kilcie ma czerwonego irokeza, ten w czerwonym – zielonego. Jeden z nich ciągnie za sobą gitarę na smyczy z kółkami. Szukam w sieci, czy ktoś im może zrobił zdjęcie po drodze, ale nie ma. W kuchni na czteropalnikowej kuchence ktoś przygotowuje paellę w ogromnej patelni.

Powoli spływa ze mnie groza tej samotnej, pełnej bólu wioski w górach.

Rano obudziłam się płacząc. Wychodzę ze schroniska jako ostatnia, co nic nie znaczy, bo jest jeszcze ciemno. W rowie przy drodze siedzi człowiek, który mnie o coś zagaduje. Przysiadam obok. Polak, Mietek. Idzie tak jak ja, z Logrono, ale robi dwa odcinki dziennie. Wędruje z małym prymusikiem na gaz. Sypia gdzie popadnie, owinięty w śpiwór, gotuje zupy z proszku na tej mini maszynce. To on mi powiedział, że pielgrzymka to pielgrzymka, musi być ciężko. Niesie ze sobą kamień w kształcie serca dla żony. Przysłał mi potem trochę zdjęć z Camino i przez lata składał mi zawsze życzenia noworoczne. (Dopisek z roku 2026: Kiedyś zacznę publikować na blogu jego wiersze i sprawozdania z coraz bardziej niezwykłych wypraw rowerowych.)

serce

Przechodzimy przez miejscowość Atapuerca, gdzie, jak głoszą plakaty, były wykopaliska “homosapiens”, ale muzeum otworzą o 11, a jest 8 rano. Rozmyślam nad tym, czy czekać czy iść, ale w końcu idę. Piję świetną kawę w Cardenuela i ruszam, sama, Mietek opuścił mnie już po pierwszych dwóch kilometrach i popędził przed siebie.

Droga wspaniała. Przecinamy pasmo wzgórz dzielących zlewiska rzek Ebro i Duerro, podążamy w górę i w dół, w górę i w dół, a droga nas sama niesie, w górę i w dół. Nabieram tempa, idę jak burza, ale od Orbaneja wędrowanie zmienia się w czyściec. Pierwszy krąg zaczyna się, gdy musimy obejść, nadkładając dobre 5 kilometrów, rozkopy pod autostradę. Dochodzimy do Villafria, gdzie jakaś litościwa dusza napisała na bruku “A – 9 km”, do albergo 9 kilometrów. Rzadka inormacja, najczęściej nie ma się pojęcia, co człowieka jeszcze czeka. Te 9 kilometrów to ewidentna groza – kolejne kręgi czyśćca. Najpierw rozkopy i śmietniska. Gdzieś pośrodku śmietnika ogromna tablica z wianuszkiem gwiazdek UE i napisem: “Camina cultura Europa”. Hehehe! Gdy wysypiska się kończą, zaczyna się kolejny dantejski krąg – super nowoczesne fabryki ze szkła. Są zupełnie puste, otoczone wielkimi płotami i połaciami gładko wystrzyżonych trawników. Ani żywej duszy. I wreszcie ostatni krąg: nie kończące się osiedla, nawet dość ładne, ale ich ilość przytłacza. Tu mieszkają ci, których los skazał na pracę w tych fabrykach, ale rozwój kapitalizmu ich stamtąd wygnał. Tam pracują same roboty, tu mieszkają wyrzutki ery poprzemysłowej.

Jesteśmy w Burgos. Piękne miasto, cudowna katedra.

Nie ma strzałek, ale każdy wie, dokąd mamy iść i usłużnie pokazuje. Schronisko wielkie i dobrze zorganizowane – wieczorem przyjedzie nawet ambulans, gdzie możemy opatrzyć rany i dostać środki przeciwbólowe – ale potwornie daleko za miastem, tak daleko, że zdołaliśmy już z powrotem wejść do czyśćca – mijamy kolorowe osiedla i wchodzimy pomiędzy fabryki. I tak idziemy – trójka Francuzów w podeszłym wieku i ja. Francuzi idą jak trzy maszyny, każda zaopatrzona w dwa postukujące na każdym kroku kijki. Ponieważ nosiciele kijków idą nierównym krokiem, kijki nierówno postukują. Właściwie nie do zniesienia, właściwie chciałabym od nich uciec, ale nie dam rady, nie przegonię.

Docieramy. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły wejść na piętrowe łóżko. Pytam faceta, który ma łóżko na dole, czy mógłby się ze mną zamienić, ale nie mógłby. Siadam na podłodze i płaczę. I wtedy przypomina mi się Mama. Mówi, jak to ona, że człowiek powinien się zachowywać jak Odys i jego załoga. Najpierw trzeba dobić do brzegu, zdobyć woły (ukraść – czy jak?), rozpalić ognisko, upiec mięso, zjeść, wypić wino i wtedy można opłakiwać zmarłych. Nie wiem, kto mi niby umarł, może ja sama, ta wytrwała i dzielna, którą mi od wczoraj podmieniono na beksę, ale wstaję i idę jak księżyc “chusty prać”, pić kawę z automatu i pisać pod drzewem. A gdy tak siedzę pod tym drzewem stuletnim, widzę chmary – naprawdę chmary – ludzi. Nie wiem, skąd się wzięli, na drodze nie było aż takich tłumów. Nie ma miejsc.

Zmartwienia sceptyka

Ewa Maria Slaska

W sobotę na krótko przed północą znalazłam na Facebooku taki wpis:

Tomek Motyliński

tescoPrzed Tesco podszedł i zapytał, czy nie mam 10gr, bo na chleb zbiera. Wyglądał schludnie, nie zalatywało od niego alkoholem więc dostał 2 zł. Po chwili stał przed sklepem z bochenkiem chleba i jadł go tak, jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wziąłem go do sklepu i pozwoliłem zrobić zakupy. Oto co wybrał, przy czym jajka, kiełbasę i masło dołożyłem mu do koszyka ja, bo on wybierał chleb ten a nie tamten, bo ten 12gr tańszy, przy każdym produkcie przy okazji pytając, czy na pewno może. Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował… Głodnego trzeba nakarmić – wyryjcie to sobie we łbach, szczególnie, że mówi to Wam ateista…

Wzruszyłam się na chwilę, potem jednak włączyłam myślenie.

Bon na obrazku ma wczorajszą datę. Pojawił się w sieci 18 lipca koło godziny 22. Paragon został wystawiony o 22:27, czyli wszedł do sieci NATYCHMIAST! Tomek zrobił zakupy biednemu, sfotografował bon i tak naprawdę nawet nie miał czasu w aucie zapłakać, bo już wstawiał zdjątko do sieci i pisał komentarz.

Po 23 godzinach, gdy go znalazłam była godzina 23.oo dnia 19 lipca, a usługa Facebooka podawała mi uprzejmie, że wpis pojawił się przed 23 godzinami.

Gdy na to spojrzałam wpis miał
115.351 lajków
28.9228 szerków
144 komentarze
oraz
wpis na portalu Zaskakujące: http://zaskakujaca.pl/2950/nie_badzmy_obojetni_na_ludzi

Jak mówię, wzruszył mnie ten wpis, ale te masy lajków wydały mi się jednak podejrzane. Po kilku minutach miałam poczucie, po kilku godzinach niemal pewność, że to co wygląda na gest dobrego człowieka, jest zapewne zaplanowaną akcją marketingową Tesco – jazdą po naszym naiwnym poczuciu solidarności i społecznej empatii, po to byśmy zapamiętali, że przed Tesco nakarmili biednego, a chleb w Tesco jest pyszny.

Tomku, jak to jest?

Sprawdzam w sieci: strona którą wspieram od wielu miesięcy, Clean Clothes Polska, ma, gdy to piszę, 3104 lajki, a strona istnieje na Facebooku od 2009 roku!

Martwię się sama sobą, bo jeśli mój sceptycyzm jest nieuzasadniony, to znaczy że zrobiłam się okropnie podejrzliwa. Po co być sceptykiem, skoro lepiej jest być dobrym człowiekiem. Wpis Tomka zebrał w ciągu jednej doby kilkanaście tysięcy lajków i mnóstwo komentarzy. Ale niewykluczone, że jednak dobrze jest być sceptykiem. W końcu wiadomo, że każda korporacja, każda firma i każdy biznes prowadzi buduje swój wizerunek i prowadzi kosztowny marketing.

Według danych Kantar Media w ub.r. cennikowe wydatki reklamowe Tesco Polska (bez uwzględnienia internetu) wyniosły 150,6 mln zł, o 86 proc. więcej niż rok wcześniej.

Heniu i Krysia, animowane ludziki z kreskówek reklamowych Tesco, już od kilku miesięcy nie reklamują sieci, ale w czasach prosperity ich fanpage na Facebooku zebrał 540 tys. fanów.

Stosunkowo niedawno przeczytałam gdzieś, że reklama poprzez niby to autentyczne wpisy normalnych użytkowników Facebooka jest prężnie rozwijającą się nową gałęzią marketingu. Nie pamiętam już ile wpisów można uzyskać za tysiąc złotych, a ile za dziesięć tysięcy, ale dużo. Eksperci podawali przy tej okazji, iż ważne jest, by byli to prawdziwi ludzie a nie cyborgi.

W każdym razie dobrze jest, by cyborgi sprawnie udawały prawdziwych ludzi.

W komentarzach do wpisu Tomka z uporem godnym lepszej sprawy pojawiają się zwroty “serducho”, “szacun” i “szacunek”.  Najwyraźniej komentuje specjalna społeczność, używająca takich sformułowań. Wygląda na to, że marketingowcy z Tesco zapomnieli o jednej z podstawowych zasad marketingu w mediach społecznościowych. Musi go uprawiać kilka osób, które mają inny zasób słów, inną stylistykę i inną empatię.

Tomku? Wykorzystali cię czy ci zapłacili?

Nie dalej jak wczoraj nasz autorka Krystyna Koziewicz napisała we wpisie:

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Kto szuka, ten znajdzie. Nie znalazłam wprawdzie artykułu z gazety, którego szukałam, ale na początek niech nam wystarczy ta oto definicja z wikipedii:

Marketing wirusowy (zw. reklamą wirusową; ang. viral marketing) jest specyficznym rodzajem działań marketingowych. Polega na zainicjowaniu sytuacji, w której potencjalni klienci będą sami między sobą rozpowszechniać informacje dotyczące firmy, usług czy produktów. Nie zawsze musi to być konkretna informacja, może to być tzw. budowanie świadomości marki oraz jej pozycjonowanie, czyli wywoływanie pożądanych skojarzeń z nazwą, logo firmy.

Szary viral czyli nie podpisany uważany jest za część guerilli marketingowej. Dla firm zdecydowanie bardziej opłacalny jest biały viral z imieniem, nazwiskiem i twarzą.

Tomku?

Tymczasem świat zachwyca się Tomkiem (oto wywiad z nim), a ja nadal jestem nieufna.

Uwierzcie mi, ciężko jest być nieufnym sceptykiem, ale nie mam innego wyjścia. Jak skorpion – po prostu taka jestem.

Małpy

Ewa Maria Slaska

Przywołała je Powsinoga we wpisie o japońskich kotach w Nikko, trzy słynne azjatyckie małpki, jedna nie widzi, druga nie słyszy, trzecia nie mówi. Według Kopalińskiego symbolizują one “mądrość zapewniającą spokojne życie”.

Nikko-monkeysthreeHidari Jingoro (około 1596-1644) wykonał tę rzeźbę dla kompleksu świątyń z mauzoleami szogunów rodu Tokugawa w Nikko. Jego proste rzeźby (najsłyniejszy to Nemuri neko – śpiący kot, o którym pisała Powsinoga), zdecydowanie inne od  rozbuchanej, kapiącej od złota stylistyki epoki Edo, ustanowiły w Japonii nową epokę artystyczną.

Już wtedy, w maju, gdy Powsinoga pisała dla nas o nemuri neko, wiedziałam, że te małpki będą musiały jeszcze wrócić, bo prędzej czy później sięgnę przecież po temat małp w sztuce. Zacznijmy od Berlina.

Anna Krenz, Monkey and Jacek as African King, 2008
acryl on canvas
from “Monkeys” series

affe_1_krenz_jacek_africanKing_krenz_150Poniżej: Zygmunt Menkes, Autoportret z małpką
reprodukcja nadesłana przez Marynę Over

Ciekawe, że na obrazie małpka zachowuje się poważniej niż jej właściciel.

Zygmunt Menkes autoportret-z-malpka

Istnieje też namalowany przez Menkesa Autoportret z sową, 1930, zbiory Muzeum Narodowego w Warszawie

mpw816Maryna Over wie wszystko o wszystkich artystach polskich i prawie wszystko o prawie wszystkich artystach światowych. Zawstydza tym każdego, oczywiście również mnie. Gdy przysłała mi na Facebooka ten obraz, zawstydziłam się więc, nie po raz pierwszy zresztą, bo nigdy nie słyszałam o Zygmuncie Menkesie, a tymczasem… Zresztą sami sobie poczytajcie, co Maryna o nim pisze. TU. Na potrzeby wpisu niech nam wystarczy, że żył w latach 1896-1986, urodził się we Lwowie, zmarł w Riverdale koło Nowego Jorku, był polskim malarzem i rzeźbiarzem pochodzenia żydowskiego i większość życia spędził za granicą, a gdy zmarł, jego prochy zostały rozsypane nad Izraelem.

***

Tę średniowieczną małpkę francuską, która pociesza psa, też przysłała mi Maryna Over.

malpy France1412 - 1415To fragment miniatury przedstawiającej Jana bez Trwogi. Władca planuje właśnie zamach na wuja, Ludwika Orleańskiego, sprawującego regencję w imieniu nieobliczalnego króla Karola Szalonego. Zamach się udał, a Jan poprosił doktorów Sorbony o oświadczenie, że Ludwika trzeba było zabić, bo był tyranem. Zaświadczenie niewiele mu pomogło, w kilka lat później, 10 września 1419 roku na moście w Montereau książę został zabity przez dworaka zamordowanego tyrana. Książę spotkał się na moście z delfinem Karolem, by po raz drugi potwierdzić chęć zawarcia pokoju. Jan rządził już Paryżem, od lat trwała wojna Anglii z Francją, znana potem jako wojna stuletnia (1337-1453), spotkanie na moście mogło było obrócić losy Europy. Tak się nie stało.
Pewien mnich miał ponoć wskazać na dziurę w głowie księcia Jana i powiedzieć, że “to jest właśnie dziura, przez którą Anglicy weszli do Paryża”.
Jan bez Trwogi nie żył, Karol w trzy lata później został królem, a Anglicy w roku 1431 spalili Joannę d’Arc.

copie_85W tym kontekście pies i małpka są zapewne zwierzętami symbolicznymi. Nasz niezastąpiony Kopaliński twierdzi, że w sztuce średniowiecznej pies oznacza “kuszenie do złego, zawiść, gniew; wierność i wiara; biały pies zwykle przedstawia dobro i pobożność osoby, przy której nogach się pojawia”, czyli obraz ma przedstawiać to samo, o czym zaświadczać miał certyfikat uczonych doktorów z Sorbony – niewinność człowieka, który zabił tyrana. Ale jest przecież i owa małpa, która “w chrześcijańskiej literaturze i sztuce (…) jest przeważnie emblematem grzechu, występku, upadku duchowego, chytrości, chciwości, chuci, złości, gnuśności,  ślepoty duchowej.”

Oj!

 

Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze piątek, 14 września / sobota 15 września

Wieczorem spotykam przed kościołem dwie Polki. Z daleka zwracają uwagę, bo jedna z nich ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Zadają mi pytanie o duchowe przeżycia w drodze. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnych, że idę i jestem zmęczona, ale że może jest to stan “jeszcze nie” – jeszcze nie mam duchowych przeżyć. Wtedy jedna z nich mówi, że one też się na to skarżą (a czy ja się skarżyłam!?), ale zapewne wynika to z faktu, że źle się przygotowały, bo powinny były więcej czasu poświęcić czytaniu Pisma Świętego i zabrać ze sobą Biblię, a nie tylko kserokopię. Patrzę na nie z otwartą buzią i nic nie rozumiem. Bo dlaczego kserokopia jest gorsza od Pisma Świętego? Dlaczego trzeba było więcej czytać przed drogą? Czy wtedy by się więcej rozmyślało o sprawach Ducha? Nasze rozważania rozmijają się całkowicie. Mnie chodzi o własną myśl, im o lepsze rozumienie Biblii. Moje rozmyślania sprowadzają się do drogi i do tego, jak łatwa stała się pielgrzymka, myślę o pielgrzymkach autobusowych i o tych ludziach, którzy stracili życie gdzieś pod Grenoble. Dziś to już zamierzchła przeszłość, ale wtedy prasa mnóstwo o tym  pisała, bo to był wstrząsający wypadek. Dziennikarz jednej z gazet napisał wówczas, że w pielgrzymce obowiązuje już to samo, co w całym życiu – więcej, szybciej, taniej. Tymczasem w książce o najniezwyklejszych metodach uzdrawiania, w tym poprzez pielgrzymkę, przeczytałam, że jeżeli pielgrzymka w ogóle może w czymś pomóc – uleczyć, rozwiązać problem, udzielić porady – to tylko wtedy, kiedy jest trudna, i że przede wszystkim liczy się wysiłek.

Po mszy ksiądz udziela błogosławieństwa pielgrzymom. Mówi o trzech wielkich celach pielgrzymkowych Europy – Jerozolima, Rzym, Santiago. Byłam wszędzie, ale tylko Santiago to pielgrzymka, Rzym i Jerozolima to były zaledwie wycieczki. Za łatwe, za szybkie, choć w przypadku Jerozolimy na pewno nie za tanie. Ale też niczego od tych miejsc nie chciałam, chciałam je po prostu zobaczyć. Teraz, po raz pierwszy w życiu, podjęłam wysiłek i jeszcze za niego płacę. Nie w drodze, bo w drodze jest tanio, śpimy za grosze, jemy byle co, pijemy głównie wodę, ale przedtem, gdy trzeba kupić wyposażenie, książki, bilety.

Oczywiście niosę ze sobą problem, który wymaga rozwiązania i kamień za grzechy. Kamień nie jest wielki, ale też mój grzech chyba nie jest taki strasznie wielki. W średniowieczu mój problem wymagałby może ogromnego głazu, ale dziś… Cosi fan tutte.

Montes_de_Oca_Heidekraut

Źle spałam, ale wychodzę na czas i przez pierwsze półtorej godziny idę jak maszyna do chodzenia. W Villafranca w połowie drogi zakupy, bo w Belorado kierownik hostelu uprzedzał, że w Ortega nie ma nic, a potem jest niedziela i nigdzie nie ma nic. Pewnie nie warto się było tym przejmować, bo w Ortega rzeczywiście nie ma sklepu, ale jednak jest knajpa, mogłam więc nie dźwigać bułek pod górę. A zaraz za Villafranca zaczyna się góra i jest dość ciężka, co oznacza, że jest ciężko, ale można wytrzymać. Podejście jest jednak dość łagodne, a widoki i tzw. okoliczności przyrody cudowne. Przechodzimy przez pasmo wysokich kopulastych gór, porośniętych dębowymi lasami. U stóp dębów gęsty las paproci, a na obrzeżach drogi niekończące się wstęgi ciemnofioletowego wrzosu.

800px-San_Lorenzo_desde_El_hombre

Dochodzę na szczyt góry, przebieram się, bo rano było zimno, a teraz już pali słońce. Ruszam w dół, przede mną 9 kilometrów do celu, bez żadnej góry pod drodze. Wydawałoby się – luzik. Ale nic nie jest takie, jak się nam wydaje. Te 9 kilometrów to dotąd najgorszy odcinek całej wędrówki. 9 kilometrów przez rozpalony las sosnowy, niski, a więc taki, który nie daje cienia, piaszczysto-kamienną drogą. 9 kilometrów, wciąż tak samo, piach, upał, droga, las sosnowy, piach, upał, las sosnowy. Tracę poczucie rzeczywistości, ta droga trwa, i trwa, i trwa, i nawet nie mam kryzysu zmęczeniowego, ale po prostu nie daje się wytrzymać tej monotonii.
Trudną sobie wybrałam drogę do oświecenia, ale po kilku dniach wiem wreszcie, czego właściwie chcę. Niezależności od uczuć innych. Chcę przejść od życia z innymi do życia ze sobą. Nie chcę być eremitką, to nie, ale chcę być niezależna.

monotoniaNa drodze ktoś ułożył pomnik z butów. Jeden zieje paszczą oderwanej podeszwy.

Wreszcie wychodzimy z tego upiornego lasu. W oddali kościół w St. Juan de Ortega. Wszyscy przyspieszamy i niemal biegniemy przed siebie. Jest jeszcze gorącej niż w lesie, ale jest coś i to coś dodaje skrzydeł.

juanortegaWioska składa się z kilku domów, kościoła i klasztoru i ogromnego placu. W przybudówce kościelnej schronisko, jakieś prywatne pomieszczenia i bar, najwyraźniej nowy, bo nie ma go na mojej mądrej kartce, no i hospitalero w Belorado nic o nim nie wiedział. Bar jest pełen, ale są to jacyś dziwni ludzie. Na pewno nie mieszkańcy i na pewno nie było ich w drodze, i tacy są głośni. Dobrze, że kupiłam te bułki w Villafranca.

Rozpakowałam się, umyłam, zapłaciłam za nocleg w schronisku, siedzę na ławce i myślę. Najpierw rzeczy najprostsze, OK, hostel prymitywny, nie ma kuchni, brzydkie betonowe łazienki z rurami strzelającymi na odległość lodowatą wodą, nie ma gdzie prać, ale nie to jest w tym miejscu najgorsze.  Jest tu coś obcego, odstręczającego.

Idę do kościoła. Zimno, pusto. Grób świętego Jana, mnicha, opiekuna pielgrzymów, tak jak Dominik. Wykuta w skale krypta, ciemna, zimna, ponura. Uświadamiam sobie, po raz pierwszy, że jestem w Hiszpanii, że to tu narodziła się inkwizycja i że obowiązki inkwizytorów wypełniali Dominikanie. Wiem, jestem niesprawiedliwa,  św. Dominik z Calzady i św. Jan Ortega nie byli inkwizytorami, ale myśl raz puszczona w ruch, nie może się zatrzymać. Ciemny pachnący wilgocią loch już mi się z niczym innym nie może skojarzyć, bo moja podświadomość już mu na swoją modłę zbudowała synapsy. Trzęsę się z zimna i strachu.

Na placu pojawia się wędrowiec w szacie pielgrzyma, nawiedzony jak hinduski sadhu. Towarzyszy mu śliczna chuda dziewczyna w rajstopach. Przechodzą koło mnie i chyba wcale mnie nie widzą. Idą dalej. I nagle czuję, że nie chcę tu nocować, tylko że też chcę iść dalej.

Pakuję plecak i idę.

 

Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad “naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. “Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. “Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Rzuciłam pytanie

Najpierw w rubryce “Myśli dnia”, a potem na Facebooku. Okazało się istotne, postanowiłam je więc przenieść do wpisów.

Ile razy pójdzie się w Berlinie do muzeum lub na wystawę, słyszy się naokoło głównie język polski. Niekiedy na wystawie są SAMI Polacy. Czy nie znaczy to przypadkiem, że muzea powinny wprowadzić podpisy i opisy po polsku? Tylko proszę – porządnie przetłumaczone, a nie wrzucone do google’a!

Pergamonmuseum_FrontPytanie dostało jednego szerka, wiele lajków i wiele komenarzy:

Krzysztof Ruchniewicz: Pani Ewo, zgadzam się z Panią całkowicie. Ostatnio w Berlinie obejrzałem wystawę o I wojnie światowej. Wystawa b. dobrze zrobiona. Niestety, nie znalazłem żadnych informacji po polsku. Wiele lat temu w tym samym muzeum pokazywano podobną wystawę. Zadbano o materiały po polsku dla nauczycieli i uczniów. Tu dochodzimy do sedna sprawy: kto ma się tym zająć? Nie sprawdziłem, być może audiguide jest po polsku… Może innym wyjściem byłoby zatrudnienie polskich studentów do oprowadzania polskich grup? Tylu ich studiuje w Berlinie, kilka euro do stypendium może się przydać…

Kasia Krenz: Niechby chociaż było po angielsku i francusku, już byłoby nam łatwiej się poruszać.

Michael Weintraub: Próbowaliśmy, jeszcze jako Polska Rada w Niemczech – nix…

Krzysztof Ruchniewicz: Wystawa o I wojnie światowej jest i po niemiecku, i angielsku…

Iga Bolechowska: nie wyda, bo skoro polski, to dlaczego nie francuski czy hiszpanski… W większości istnieją napisy po angielsku, i mam wrazenie, że “ci” Polacy calkiem nieźle znaja angielski

Krzysztof Ruchniewicz: Myślę, że z wystawami czasowymi może być faktycznie problem. W przypadku wystaw stałych jest inaczej. Jeśli nie katalog po polsku, to przynajmniej podstawowe informacje o wystawie na stronie internetowej… Jeden dwa teksty pogłębiające temat też nie zaszkodzą. Mogę wskazać kilka przykładów, że takie podejście jest możliwe. Ostatnio pisałem o wystawie poświęconej losom przedstawicieli Polonii po 1939 r. http://krzysztofruchniewicz.eu/polska-mniejszosc-w…/ Katalog ukazal sie po polsku i niemiecku…


Ewa Maria Slaska
: No tak, ale chodzi o prostą, rzekłabym – merkantylną, zasadę. Francuzi czy Hiszpanie nie chodzą do muzeów w Berlinie, chyba nigdy żadnego nie spotkałam. Trudno się dziwić – sami mają lepsze. Co do angielskiego, to powiem szczerze, że zawsze sprawdzam jakość tłumaczenia na angielski i na wystawie o Schlüterze były rażące błędy. Jeśli mielibyśmy rozpatrywać rzecz pod kątem demokratyczno-poprawnej sprawiedliwości, to na pewno by się okazało, że trzeba by robić napisy w 189 językach różnych nacji mieszkających w Berlinie. Ale jeśli pominiemy zasady poprawności, to Polacy chodzą do Muzeów i nie są to (tylko) mieszkańcy, ale przede wszystkim – przyjezdni.

Piotr Olszówka: zbiory drezdeńskie mają polski audioguide (tłumaczyłem i współnagrałem, poddaję się krytyce), wiele berlińskich zbiorów stałych nie ma, np. “mój” Bauhaus Archiv – może napisz (prosto do Annemarie Jeaeggi, mi nie wypada) jako oburzona Polka, że mają w ośmiu (chyba) językach, a po polsku nie? Chętnie to dla nich zrobię. 🙂 Masz niestety wiele racji żywnościowych.

Anna Nacher: skoro są po rosyjsku, to dlaczego nie da się po polsku? to samo zresztą dotyczy muzeów paryskich.

Piotr Olszówka: poważnie: z Polakami, którzy chodzą do muzeów jest pewien kłopot: znają fantastycznie angielski i/lub niemiecki i się nie upominają o “swoje” 🙂

Ewa Maria Slaska: Bym się z przedmówcą szanownym nie zgodziła. Oczywiście, są tacy, którzy znają fantastycznie angielski, niemiecki i francuski, i nawet rosyjskim (jeszcze) władają, ale są jednak i tacy, którzy tych języków “nie posiadają”. Zdarza mi się bardzo często obserwować wianuszek osób, które zbierają się wokół mnie, gdy w muzeum opowiadam po polsku o tym, co akurat oglądamy. I to niezależnie od tego, czy opowiadam to profesjonalnie grupie, którą oprowadzam, czy nieprofesjonalnie Cioci Kici i kuzynce Bietce.

Piotr Olszówka: Dakordeon, pozdrowienia dla Kici i Bietki (czyż one nie były Szwedki?)

Ewa Maria Slaska: Wiecie co, na FB wszystko znika. Napiszcie (Wy, inni, ci, co jeszcze nie napisali, a tylko dali lajki i szerki, lub i nie dali), co Wam serce dyktuje, a ja zrobię z tego wpis na środę, a potem wyślemy linka dalej i tak to może zaczniemy, mówiąc uczenie i nowocześnie, jakąś kampanię społecznościową.

Roman Brodowski: Masz rację. Z tym problemem spotkałem się kilkakrotnie podczas pobytów z moimi przyjaciółmi z Polski.
Poza „Pergamonem” – gdzie można otrzymać garść podstawowych informacji dotyczących wystawy, wszędzie muszę „pracować” za tłumacza.
Spotkałem się z tym, że i na polskich wystawach brak jest opisów w naszym języku. Szkoda. Chociaż wydaje mi się, że umieszczenie informacji po Polsku w Muzeach i na wystawach tu, w Niemczech, jest walką z wiatrakami, to jednak jako wielka Diaspora w tym kraju, powinniśmy dbać o to, żeby to co nas dotyczy, było jednak opisywane w naszym języku, zwłaszcza tam gdzie sami coś organizujemy

Pozdrawiam Cię cieplutko