Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.
Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.
Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.
Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.
Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.
Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.
Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką. Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.
Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.
Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.
Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.
Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.
Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.
Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.
Joghurt nach Athen
Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.
Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch
Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.
„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.
Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.
Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind
Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?
Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.
Jede Abweichung als Chance für die Poesie
Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“
Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.
Der Akzent lädt zum Reisen ein
Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.
Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.
Sophia ma 6 lat, jej babka – ponad 80. Obie spędzają lato na maleńkiej wyspie w Zatoce Fińskiej. Są tam z ojcem dziewczynki, ale ten nad czymś pracuje i praktycznie nie ma go z nimi, czasami przypływa ktoś w odwiedziny lub to one płyną do miasteczka po pocztę lub zakupy. W książce Tove Jansson „Lato” nie ma wartkiej akcji, babcia i wnuczka rozmawiają, opowiadają sobie małe historyjki, śpią pod gałęziami drzew, budują zamki na wodzie i konstruują zwierzęta z kości i gałęzi w ponurym, pokręconym przez wichry lesie. W tym roku przypada setna rocznica urodzin Tove Jansson, postanowiłam więc ją przypomnieć, ale nie Muminkami, które wszyscy świetnie znamy, ale jej piękną, melancholijną opowieścią o lecie na wyspie tak małej, że da się ją przejść w poprzek w 4 i pół minuty. Ta książka została przetłumaczona na polski, ale nie można jej nigdzie kupić, trzeba iść do biblioteki, co jest przecież jednym z najwspanialszych sposobów spędzania wolnego czasu. Musi to być jednak biblioteka w Polsce.
Jestem człowiekiem małej wiary. Na pewno tak jest, bo poprosiłam aż dwie osoby w Polsce, o skopiowanie i dostarczenie mi rozdziału z powieści Jansson. Dwie, bo pomyślałam, że jedna może nawalić, albo nie dostanie książki, a ja koniecznie chciałam w tę letnią niedzielę przypomnieć i Tove Jansonn, i to, że kiedyś w niedzielę na blogu Slaskiej były koty. Przepraszam moich wspomożycieli za brak ufności i dziękuję im obojgu: Pewnej Pannie, która znalazła tę książkę w bibliotece we Wrocławiu, oraz panu Januszowi, pracownikowi Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, za dostarczenie mi kopii rozdziału o kocie.Dziękuję też mojemu synowi za to, że dał mi tę książkę do przeczytania po niemiecku.
Tove Jansson, Lato
wyd. polskie Nasza Księgarnia, rok 1980
tłum. Zygmunt Łatkowski
Kotka
Kociak, kiedy się pojawił, był bardzo mały i mógł pić mleko tylko przez smoczek. Bogu dzięki, smoczek Sophii był jeszcze na strychu. Z początku kociak leżał w kapturze do przykrywania imbryka, żeby mu było ciepło, a kiedy już umiał sam chodzić, wolno mu było spać w przybudówce, w łóżku Sophii. Miał tam swoją własną małą poduszkę obok jej poduszki.
Była to szara kotka rybacka, która szybko rosła. Pewnego dnia opuściła przybudówkę i przeniosła się do domu, gdzie spędzała noce pod łóżkiem, w szafliku do zmywania, bo już wtedy miała całkiem własne pomysły. Sophia zanosiła kotkę z powrotem do przybudówki i robiła wszystko, żeby się jej przypodobać, ale im więcej ją kochała, tym szybciej kotka wracała znowu do szaflika. Gdy szaflik był pełny, kotka miauczała i ktoś musiał zmywać naczynia. Nazywała się Ma Petite, a wołano ją Mapi.
– Dziwna rzecz z ta miłością – mówiła Sophia. – Im bardziej się kogoś kocha, tym mniej ten ktoś lubi człowieka.
– Całkiem słusznie – nadmieniła babka – i co się wtedy robi?
– Kocha się dalej – odparła Sophia groźnie. – Kocha się coraz bardziej i bardziej.
Babka westchnęła – i nic nie powiedziała.
Mapi była noszona po wszystkich przyjemnych miejscach, które kot mógłby polubić, rozglądała się dokoła i odchodziła. Mocno obejmowana i ściskana wytrzymywała to grzecznie i właziła do szaflika.
Słuchała namiętnych zwierzeń i odwracała swoje żółte oczy. Zdawało się, że nic na świecie nie interesuje tej kotki poza spaniem i jedzeniem.
– Wiesz co – mówiła Sophia. – Czasem zdaje mi się, że nienawidzę Mapi. Nie mam już siły jej dłużej kochać i myślę o niej cały czas.
Tydzień po tygodniu Sophia chodziła za kotką. Przemawiała do niej łagodnie i darzyła ją czułością i zrozumieniem, i tylko jeden raz skończyła się jej cierpliwość, wrzasnęła i pociągnęła kota za ogon. Mapi prychnęła i schowała się pod domem, a potem miała jeszcze większy apetyt i spała jeszcze lepiej niż zwykle, zwinięta w kłębuszek o niewyobrażalnej miękkości, z łapką zgrabnie położoną na nosie.
Sophia przestała się bawić i zaczęła miewać zmory. Nie mogła myśleć o niczym innym niż o kotce, która nie chciała sie do niej przywiązać. Przez ten czas Mapi rosła i stała się chudą i dziką kotką, a pewnej pięknej czerwcowej nocy nie wróciła do swojego szaflika. Rano przyszła do domu í przeciągała się, prężąc ogon ku górze, najpierw przednie łapy, potem tylne. Zmrużyła oczy i zaczęła ostrzyć pazurki o fotel na biegunach. Następnie wskoczyła do łóżka, żeby spać, cała tchnąca spokojną wyższością.
Zaczęła polować, pomyślała babka. Miała słuszność. Już nazajutrz rano kotka przyszła i położyła na progu małego szaro-żółtego ptaszka. Gardziołko było przegryzione całkiem sprawnie, a kilka czerwonych kropelek krwi zabarwiło pięknie lśniące upierzenie. Sophia zbladła, patrzyła, nie odwracając oczu, na zamordowanego ptaka. Przeszła obok Mapi-morderczyni drobnymi sztywnymi kroczkami, odwróciła się i wybiegła z domu.
Trochę później babka wspomniała o tym, jakie to jest dziwne u dzikich zwierząt, na przykład u kotów, że nie potrafią zrozumieć różnicy między szczurem i ptakiem.
– W takim razie są głupie – powiedziała krótko Sophia. – Szczur jest wstrętny, a ptak miły. Nie będę rozmawiać z Mapi przez trzy dni. – I już więcej nie rozmawiała ze swoją kotką.
– Co noc kotka wychodziła do lasu i nad ranem zabijała swój łup i przynosiła go do domku, żeby wzbudzić podziw, í za każdym razem wyrzucano ptaka do morza. Trochę później pod oknem stawała Sophia i krzyczała: – Można wejść? Czy zwłoki już sprzątnięte? – Karała Mapi i tą niszczącą bezwzględnością powiększała swój własny ból.
Czasem wołała:
– Usunęliściejuż ślady krwi? – albo: – Ilejest dziś zamordowanych? – I poranna kawa nie była już więcej tym, czym zwykła być przedtem.
Wielka była ulga, gdy Mapi nauczyła się w końcu ukrywać swoje zbrodnie. Inna to rzecz widzieć kałuże krwi, a całkiem inna tylko o tym wiedzieć.
Przypuszczalnie Mapi miała już dość całego tego krzyku i łajania, a może sądziła, że rodzina zjada jej ptaki. Pewnego ranka, gdy babka zapalała swego pierwszego papierosa na werandzie, zgubiła ustnik, który potoczył się do szpary w podłodze. Babka podniosła deskę i wtedy zobaczyła, co zrobiła Mapi. Znalazła tam cały rządek pięknie zagryzionych małych ptaszków. Wiedziała naturalnie, że kotka dalej poluje i nie może przestać, ale następnym razem, gdy kotka przechodziła obok i ocierała się o jej nogi, odsunęła się i szepnęła:
– Ty chytry draniu! – Kocia miseczka z płotkami stała przy schodach nietknięta, pełna much.
– Słuchaj! – powiedziała Sophia. – Chciałabym, żeby Mapi nigdy się nie urodziła. Albo żebym ja się nigdy nie urodziła. Byłoby o wiele lepiej.
– Więc nadal nie rozmawiacie ze sobą? – zapytała babka.
– Ani słowa – odparła Sophia. – Nie wiem, co mam robić. A jeśli jej przebaczę, to co to za przyjemność, skoro ona wcale oto nie dba?
I babka nie znalazła na to odpowiedzi.
Mapi zdziczała i przychodziła do domku bardzo rzadko. Była tego samego koloru jak wyspa – jasna, szaro-żółta, w pręgi, jak góra albo plamy słońca na piaszczystym dnie. Gdy kotka skradała się po nadbrzeżnej łące, ruchy jej były jak powiew wiatru w trawie. Godzinami czatowała w zaroślach, nieruchoma sylwetka, dwoje spiczastych uszu na tle zachodu słońca, nagle nikły… i słychać było tylko jeden pisk. Przemykała się pod karłowatymi świerczkami, przemoknięta od deszczu i chuda jak kreseczka, i myła się z rozkoszą, gdy wychodziło słońce. Była to absolutnie szczęśliwą kotką, ale do szczęścia nie potrzebowała nikogo. Całymi dniami leżała zwinięta na gładkiej skale, a czasem zjadała trawę i wymiotowała własną sierścią, spokojnie, jak to robią koty. Ale co robiła poza tym, nie wiedział nikt.
Pewnego dnia przyjechali na kawę Övergårdowie. Sophia zeszła na brzeg, by obejrzeć ich łódź. Była duża i pełno w niej było torebek i termosów, i koszyków, a w jednym koszyku miauczał kot.
Sophia podniosła pokrywę i kot polizał jej rękę. Był duży i biały, i miał szeroki pyszczek. Nie przestawał mruczeć, gdy go wzięła i niosła na ląd.
– Aha, więc znalazłaś kota – powiedziała pani Övergård. – To miły kociak, ale myszy nie łapie, tak że chcemy go dać inżynierostwu.
Sophia usiadła na łóżku z ciężkim kotem w ramionach. Cały czas mruczał. Był miękki, ciepły i uległy. Załatwiono całą sprawę bardzo łatwo, na okres próbny, za pomocą butelki rumu jako rękojmi w tym handlu zamiennym. Złapano Mapi i ani się opamiętała, o co tu chodzi, jak już znalazła się w łodzi Övergårdów w drodze do wioski.
Nowy kot nazywał się Svante. Svante zajadał płotki i lubił pieszczoty. Przeniósł się do przybudówki i spał co noc w ramionach Sophii, a co rano zjawiał się przy porannej kawie, po czym znów zasypiał w łóżku przy kuchni. Kiedy było słońce, zwijał się na ciepłej skale.
– Nie tutaj! – wołała Sophia. – To jest miejsce Mapi – odnosiła kota nieco dalej, ten lizał ją w nos i zwijał się posłusznie na nowym miejscu.
Lato robiło się coraz ładniejsze, długi szereg spokojnych błękitnych letnich dni. Co noc Svante spał z nosem wetkniętym pod policzek Sophii. – Ze mną to jest dziwnie – stwierdziła Sophia. – Uważam, że robi się nudno z tą piękną po-
godą.
– Tak uważasz? – spytała babka. – Jesteś dokładnie taka jak twój dziadek, on też lubił sztorm. – Ale zanim zdążyła opowiedzieć więcej o dziadku, Sophia sobie poszła.
Stopniowo zaczęło wiać, najpierw którejś nocy ostrożnie, a rano zrobił się z tego porządny południowo-zachodni wiatr, który miotał pianą na całe wzgórza.
– Zbudź się – szeptała Sophia. – Zbudź się, kochanie, jest sztorm.
Svante mruczał i wyciągał rozgrzane w łóżku łapy na wszystkie strony, na prześcieradle pełno było kociej sierści.
– Wstawaj! – krzyknęła Sophia. – Jest sztorm!
– Ale kot tylko odwrócił się na miękki brzuszek
Wtedy Sophia, całkiem nieoczekiwanie, okropnie się rozzłościła, rozwarła drzwi i wyrzuciła kota na wiatr, a zobaczywszy, że kładzie uszy po sobie, krzyknęła: – Poluj! Rób coś! Bądź kotem! – a potem rozpłakała się, pobiegła do babki i zaczęła walić w drzwi.
– Co tam się znów stało? – zapytała babka.
– Ja chcę Mapi z powrotem! – krzyczała Sophia.
– Ale przecież wiesz, jak to będzie – powiedziała babka.
– Będzie okropnie – odparła Sophia poważnie.- Ale ja ją kocham.
I znowu zamienili koty.
Działał w Gdańsku, Warszawie i Berlinie, w Wiedniu i Sankt Petersburgu. Jako młoda panna na życzenie Mamy oprowadzałam po Gdańsku jej zagranicznych gości i zapamiętałam Schlütera jako twórcę Kaplicy Królewskiej w Gdańsku i ołtarza w Katedrze Oliwskiej. Teraz podobno te wszystkie tzw. atrybucje zostały podważone, co uczenie udowadnia pan Michał Wardzyński w eseju opublikowanym na stronie internetowej Pałacu w Wilanowie.
Andreas Schlüter młodszy (ur. 1659 lub 1660, zm. 1714)
Artysta urodził się najprawdopodobniej w 1659 lub 1660 r. w Gdańsku jako syn miejscowego stolarza i snycerza cechowego Andreasa Schlütera starszego i Catheriny; jego bratem był zapewne rzeźbiarz Ernst Schlüter (zm. 1700), działający w Berlinie. Żonaty z Anną Elisabethą Spangenberg Andreas młodszy doczekał się czworga dzieci, z których tylko najstarszy syn David (ur. 1693, zm. po 1717) wybrał zawód inżyniera i architekta. Jego niezwykły talent oraz wszechstronne rzeźbiarskie i architektoniczne zdolności zostały docenione kolejno na dworze warszawskim Jana III (1688/89–1694), berlińskim elektora (króla) Friedricha III (I) von Hohenzollerna (1694–1713) i rosyjskim cara Piotra I Wielkiego (1713–1714). Zmarł w 1714 r. w Moskwie po opuszczeniu Sankt Petersburga, gdzie wcześniej skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji. Schlüter jest zgodnie uznawany za najwybitniejszego twórcę rzeźby doby dojrzałego baroku w Europie Środkowej, a jego tylko w części udokumentowana twórczość doczekała się od 1861 r. wielu wszechstronnych analiz (…)
Czas i okoliczności edukacji artysty pozostają właściwie nierozpoznane, przy czym we wcześniejszych badaniach ścierały się dwie generalne hipotezy wskazujące na Francję i Włochy jako dwa alternatywne miejsca praktyki zawodowej, dopiero ostatnio zaczęto rozważać dłuższy pobyt w Holandii i Niderlandach Hiszpańskich. Niewiele też wiadomo o początkach samodzielniej działalności Schlütera po powrocie do Gdańska, a przyjmowany dotąd katalog atrybuowanych prac w świetle najnowszych badań źródłowych i interpretacji materiału zabytkowego wymaga jeszcze weryfikacji.
Zapoznałam się z tym tekstem, bo w Bode Museum Berlinie trwa jeszcze do 13 lipca wystawa o Schlüterze, zatytułowana Schloßbaumeister – Budowniczy Zamku.
Schlüter to jedna z takich wspaniałych europejskich postaci, jakie dziś chętnie mianujemy patronami i symbolami zjednoczonej Europy, międzynarodowych artystów, których sztuka jak pieśni śpiew, nie znałagranic i kordonów.
Uniwersytet Techniczny organizuje właśnie poświęconą Wielkiemu Budowniczemu konferencję. W niedzielę 6 lipca można w towarzystwie znawców zwiedzić wystawę i obejrzeć budowle Schlütera, a 7 – wysłuchać na uniwersytecie referatów.
W konferencji weźmie udział cała paleta ważnych znawców sztuki barokowej, w tym również liczni Polacy, w tym również pan Wardziński. Będzie mowa o tym, co Schlüter zdziałał w Gdańsku, Warszawie, Wiedniu i Berlinie, ale, ciekawe, nie będzie mowy o tym, co tak mimochodem znaleźć można w każdej biografii artysty:
W Sankt Petersburgu skradziono mu projekty i plany urbanistyczne i architektoniczne dotyczące budowy nowej stolicy Rosji.
Afera jak w Brzuchu architekta Petera Greenawaya.
To najsłynniejsze dzieło Schlütera – barokowa przebudowa średniowiecznego zamku w Berlinie. Mistrz przeżył jednak przy tym i porażkę, bo w roku 1702 trzeba było rozebrać grożącą zawaleniem Wieżę Menniczą. Nie była to jego wina. Berlin to miasto zbudowane na podmywanym wodą gruntową piasku i w owym czasie niełatwo było sobie z tym poradzić. Niestety w dwa lata później przydarzyła się Schlüterowi kolejna katastrofa budowlana – w królewskim pałacyku w Freienwalde pod Berlinem. Architekt został odsunięty od realizowania monarszych zleceń i przeżył załamanie nerwowe.Według propagandowego filmu hitlerowskiego z roku 1942 Schlüter został za karę uwięziony i ułaskawiony tylko dzięki interwencji wiernej i kochającej żony. Film został wyreżyserowany przez Herberta Maischa, a artystę zagrał ulubieniec publiczności – Heinrich George.
Czy tak było? Nie wiadomo. Na pewno jednak to berlińskie porażki były powodem, iż architekt przyjął zaproszenie cara Piotra I i pojechał budować Sankt Petersburg. Pracował tam nad rzeźbiarskim wystrojem dwóch budowli – Pałacu Letniego oraz zespołu rezydencjonalnego w Peterhofie.
Co jednak zdarzyło się tam z jego planami urbanizacyjnymi dla stolicy Rosji? Kto je wykradł i dlaczego? Czy po to, żeby ktoś inny mógł je zrealizować pod swoim nazwiskiem czy po to, żeby to Schlüter nie mógł ich zrealizować?
Niezwykłe życie, pełne dramatycznych zakrętów i tajemnic, życie godne niezwykłego twórcy.
Niestety, szukałam informacji o tym, co przydarzyło się artyście w St. Petersburgu. Szukałam i nie znalazłam, może jednak znajdzie się ktoś, kto nam o tym opowie.
Ewa Maria Slaska Weszłam, jak zwykle i jak każdy do internetu, żeby poszukać informacji o Lecie leśnych ludzi. Oczywiście, ach, piękny nowy wspaniały świat! – znalazłam absolutnie wszystko, w tym książkę na chomiku oraz informację, że 30 lat temu powstał pięcioodcinkowy serial o Rosomaku, Panterze i Żurawiu oraz miejskiej murowanej stonodze przezywanej Coto, przeniesionych we współczesne czasy, ale bawiących się w parafrazę oryginału. Oczywiście w latach 80 nie mogło być mowy o tym, by ktoś odsłonił genderową warstwę powieści. W serialu tak jak w książce Rosomak, Pantera i Żuraw to mężczyźni, a nie jak w rzeczywistości – kobiety. Wyjechałam z Polski w styczniu 1985 roku, serial wszedł na ekrany we wrześniu, nie było mnie więc już w Gdańsku. Nie jestem maniaczką telewizji i nigdy nie byłam, ale jednak różne rzeczy na szklanym ekranie oglądałam. Również seriale. Czterdziestolatka, Wielką grę… Lato leśnych ludzi obejrzałabym na pewno, nie tylko dlatego, że to moja ulubiona książka, ale też gra tam mój równie ulubiony Jerzy Bińczycki. Scenariusz i reżyseria Władysław Ślesicki, również nie byle kto. Na youtubie znaleźć można chyba wszystkie odcinki serialu. Ja tu podaję linka to pierwszego, resztę znajdziecie sami.
TU link do informacji o serialu, a TU do samego źródła czyli internetowej wersji powieści Marii Rodziewiczówny. Na dole – zdjęcie bramy do Republiki Ściborskiej na Mazurach, gdzie rodzina Morsztynów buduje własnymi siłami Muzeum Marii Rodziewiczówny. Pisłam już TU o tym, a dziś ponownie proszę dziennikarzy, zapaleńców i ludzi z pomysłami i/lub pieniędzmi o pomoc dla tej inicjatwy. A tu jeszcze maleńki fragment tekstu Dariusza Morsztyna Biegnącego Wilka, zatytułowanego: Dlaczego jest niezwykła? “Twarda sztuka Bez wątpienia nikt nie był w stanie dorównać jej hartem ducha. Sama pływała łodziami (poniżej zdjęcie gdzie płynie z malarzem Chełmońskim), kilkakrotnie podnosiła z ruin własne gospodarstwo (właściwie po każdej zawierusze wojennej – 1914-18, 1917, 1920 oraz po pożarach), Powstanie Warszawskie spędziła w skrajnie trudnych warunkach będąc staruszką, itd, ale nigdy nie straciła wiary i silnego ducha.”
Przeszłam 28 kilometrów, ostatnie były już bardzo trudne. Wydaje mi się, że moja aktualna norma powinna wynosić 20 kilometrów. Najgorsze są postoje, a właściwie – posiady, bo potem tylko z najwyższym trudem można się zmusić do dalszego ruchu. Ale jak się już złapie trans, można iść i iść, szkoda tylko, że z tego transu ciągle trzeba wychodzić do realu, bo jednak należy uważać. Przede wszystkim nie wolno przegapić strzałek, które niekiedy żółcą się gęsto, ale niekiedy są rozsiane bardzo skąpo.
Camino jest jakąś wspólną magiczną zabawą pielgrzymów, którzy co jakiś czas zmieniają swe magiczne obrządki. Dziś były najpierw płoty z wplecionymi krzyżykami, ale gdy tylko droga wchodzi w góry, pojawiają się figurki ułożone z kamieni. Kamienie są okrągłe lub owalne i wcale niełatwo ułożyć z nich człowieczka, czasem też pojawiają się kopczyki, kurhanki, strzałki, małe ołtarze. Na szczycie kamienisto-gliniastej góry, kiedy mam najgorszy moment w ciągu całej dzisiejszej wędrówki, w nadludzkim niemal wysiłku z siedmiu kamieni układam magiczną figurkę dla owej młodej kobiety z rodziny, żeby już na pewno ten guzek, nie wiadomo czy rakowy, przestał ją straszyć.
Te kamienne figurki wyglądają bardzo archaicznie, jak jakieś idole plemienne z epoki kamienia. Niekiedy są wysokie, niekiedy grube i okrągłe jak Wenus z Willendorfu. Mają znaczenie nie tylko magiczne, bo tam gdzie nie ma strzałek, taka figurka też posłuży za drogowskaz.
Muchy. Nie ma co więcej pisać. Jest po prostu bardzo dużo much.
Ludzie. Na trasie jest bardzo dużo ludzi w moim wieku, a więc niemłodych, ale i sporo starszych. Jest też naprawdę dużo kobiet w moim wieku. I równie dużo kobiet samotnych, w różnym wieku. Spotykam dwóch Szkotów w spódnicach, dwóch Hiszpanów z psami, czterech Niemców. Przede mną idzie jakiś Polak, bo czasem pisze na drodze coś po polsku i podaje datę. Jest też Czech, który ułożył na ziemi dużą chustkę do nosa i przycisnął ją kamieniami. Na chustce napisał Ahoj moja Mila v Santiago.
Dzisiejsza trasa nie była gorsza niż wszystkie dotychczasowe, nie tu, wszędzie. Najbardziej może przypominała wędrówkę przez góry na greckiej wyspie Rodos i kupowanie owocowego bimbru od górali. W Grecji to legalne, bimber kupowało się w butelkach bez etykietek na wiejskim targu.
Podczas pielgrzymki najbardziej daje w kość, że musisz iść dalej, bo inaczej nie dojdziesz do schroniska. W kilka lat później w Portugalii, gdzie praktycznie rzecz biorąc w ogóle nie było schronisk, kończyłyśmy dzienny etap, gdy byłyśmy już bardzo zmęczone, a nadarzało się coś, gdzie można by było przenocować. Na camina franca człowiek jest nastawiony na nocowanie w schroniskach i na etapy podane w paszporcie pielgrzyma. Schronisko w Najera otwierano o 14.30. Ja doszłam koło 15, ale już w godzinę później odsyłano pielgrzymów z kwitkiem czyli dalej. Myślę, że tego bym dziś nie zniosła.
Spałam po prawej, pod drugim oknem.
Do schroniska nie wolno wchodzić w butach. Zostawia się je na metalowych regałach. Wspaniały widok – kilkadziesiąt par zakurzonych buciorów. Powoli uczę się, jaki jest rytm dnia. Wstajemy o 6 rano. W Najera nie będzie śniadania, to nie przytułek w parafii tylko zwykłe schronisko. Kawa z automatu, baton, magdalenka czy bułka ze sklepiku, i ruszamy. Koło 14 – 15 docieramy na miejsce, pół godziny odpoczynku, prysznic, pranie, drzemka i wyjście do miasta na obiad, zakupy i zwiedzanie. Między 21 a 22 powrót, bo o 22 drugiej zamkną schronisko na głucho. To dlatego wczoraj w Logrono mnie nie wpuścili. Czyli nie obejrzę dziś meczu Hiszpanii z Litwą (albo Łotwą). W gazecie jest napisane Letonia, a ja nie wiem, co to za państwo. Teraz sprawdzam. Jednak Łotwa. W barze zamawiam tortillę, ale jest tylko jedna mała porcja, na zimno! Więc zjadam jeszcze sałatkę ziemniaczaną. Tortilla jest OK, staram się nie zwracać uwagi na to, czy jest w niej boczek (jest!), ale sałatka to ewidentna ohyda.
W mieście dużo średniowiecznych zabytków i pomnik świętego króla Ferdynanda. Umarł w roku 1252 i wtedy przypominam sobie, że to ten, co się utopił podczas wyprawy krzyżowej. Ktoś mu zawiązał na szyi żółtą chustkę pielgrzyma. Oczywiście temu na pomniku, a nie temu, co się 800 lat temu utopił.
W schronisku odkrywam, że jest kuchnia, nawet nieźle wyposażona i że można sobie gotować, ale nie wiem, czy to kiedyś zrobię, bo kupowanie jedzenia na jedną osobę mija się chyba z celem. Zostawię tyle jedzenia (następni na tym skorzystają), że koszty będą takie same jak jakaś prosta potrawa w lokalnej tawernie. Są też komputery z dostępem do internetu i pralki. Tego wszystkiego wczoraj w schronisku kościelnym nie było, była za to miła domowa atmosfera, wszyscy ze sobą rozmawiali, a rano było wspólne śniadanie. Czyli jak zawsze – coś za coś.
W każdym razie ugotowałam sobie garnek herbaty, siedzę przed hotelem, piszę i popijam herbatę.
Jest dobrze.
Nad nami granatowe niebo, przed nami wielka skała czerwonego piaskowca ze średniowiecznymi jaskiniami wykutymi w skale, po lewej rzeka Najarillo, po prawej wąskie uliczki starego miasta. Tamtędy jutro ruszymy w drogę.
Przepisuję 10 przykazań pielgrzyma ze ściany. Jest wersja angielska i hiszpańska.
1/ Podążaj za strzałkami ponad wszystko.
2/ Nie pokonuj kilometrów nadaremno.
3/ Pamiętaj byś dzień święty święcił.
4/ Dzwoń do ojca swego i matki swojej.
5/ Nie zatrzymuj się.
6/ Nie noś brudnych skarpetek.
7/ Nie skarż się i nie narzekaj.
8/ Nie podawaj bliźniemu swemu fałszywych odległości.
9/ Nawet nie myśl, że mógłbyś przerwać pielgrzymkę.
10/ Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego w drodze, a zwłaszcza jego butelek z wodą.
A najważniejsze: idź mimo wszystko i dbaj o bagaż bliźniego swego jak o swój własny.
Odwiedziłam na tzw. Dzikich Mazurach, nieopodal granicy polsko-rosyjskiej, małą, niemal opuszczoną wioskę – Ściborki. Została uratowana od losu Sowiegorogu przez dwoje zapaleńców – Dariusza Morsztyna i jego żonę, Justynę. Przyjechali tu z dwoma synami (dziś jest już ich trzech), doprowadzili do porządku kilka chat, stworzyli muzeum indiańskie i eskimoskie, prowadzą warsztaty dla młodzieży, hodują psy husky, Dariusz jest zawodowym maszerem – człowiekiem, kierującym saniami zaprzężonymi w psy. Podczas wypraw maszerskich w ekstremalnych warunkach on i jego psy pokonują ponad 1000 kilometrów.
Morsztynowie przygarnęli na dożywocie stare zwierzęta, psy, koty, konie, zakładają muzeum rodzinne i muzeum Marii Rodziewiczówny. Założyli Republikę Ściborską, położoną w najbardziej dzikim rejonie Mazur Garbatych, na terenie gminy Banie Mazurskie. To autentyczne odludzie, kilometr od malutkiej wioski Ściborki, zamieszkałej głównie przez ludność pochodzenia ukraińskiego, na skraju Lasów Skaliskich i Gór Klewińskich. Tu samochody mogą dojechać dopiero od niedawna, nie ma zasięgu telefonu, a wokół tylko las, pasące się krowy i dzikie zwierzęta…
Nie da się o wszystkim, co robi rodzina Morsztynów, napisać w jednym poście.
Republika Ściborska Morsztynów i oni sami będą powracać na tym blogu jeszcze nie raz. Dziś najbardziej palący i aktualny ich zdaniem temat – Muzeum Marii Rodziewiczówny. Ten temat jest bliski również mnie samej. Wielokrotnie w tym wpisie wspominana powieść Lato leśnych ludzi była w dzieciństwie i młodości moją ulubioną książką. Rodziewiczówna była też ukochaną pisarką mojej teściowej. Mój (były) mąż ma na imię Marek, a dostał je na cześć bohatera powieści Dewajtis, wzruszającej kresowej historii o miłości, odpowiedzialności i cudownej przyrodzie. Egzemplarz książki, zaczytanej w strzępy przez moją ukochaną teściową, znajduje się od roku w moim posiadaniu.
Dariusz Morsztyn / Biegnący Wilk
MARIA RODZIEWICZÓWNA
1863-1944
Przed wojną uznawana była za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek. Jedyna autorka, która dosłownie wprowadzała w czyn głoszone przez siebie treści. Niezwykle zaradna, pracowita kobieta. Jako siedemnastolatka, po śmierci ojca przejęła bardzo zadłużone 1500-hektarowe gospodarstwo – wyprowadziła je z długów (co nie udało się ani ojcu ani starszemu bratu), spłaciła brata i siostrę, budowała kościoły, pomniki (m.in. Traugutta), zakładała polskie szkoły, prowadziła organizację wspomagającą ziemian na Polesiu, napisała 44 powieści. Była pisarką, rolniczką, ogrodniczką, zarządczynią, pszczelarką, wyrabiała sama meble, ubierała się w tradycyjne stroje poleskie, całe miesiące spędzała w chacie leśnych ludzi, znała się na zwierzętach, była ornitologiem. Przez całe życie oddana pracy społecznej, nawet w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego z noszy pomagała powstańcom. Niezwykła patriotka, określana „strażniczką kresowych stanic”. Jej powieści, bardzo realistyczne i prawdziwe, są niezwykłą skarbnica wiedzy o przedwojennej Polsce, a szczególnie wsi.
Po wojnie znalazła się na indeksie, co związane było z faktem, że była reprezentantką Kresów i osobą antysowiecką. Dlaczego jednak to trwa aż do dziś? A przecież tak jest. Rodziewiczówna nie ma nigdzie swojego miejsca, nawet najmniejszej izby pamięci. Jej dom (zachował się nawet jej pokój) na Białorusi w Hruszowej (obecnie Gruszewo) to ruina i slums. Po leśniczówce Leonów, w której zmarła, nie ma śladu.
Dla dzisiejszego społeczeństwa to doskonały nauczyciel, patriota i Wielka Polka.
Jej powieść „Lato Leśnych Ludzi” – uznawana za najlepszą polską powieść na temat przyrody – jest już zupełnie zapomniana, tak jak inne jej dzieła…
W Ściborowie chcemy to zmienić, już teraz jest tu izba pamięci, a ma powstać poświęcone Rodziewiczównie muzeum.
Rok 2014 jest do tego idealnym momentem. To 150 rocznica jej urodzin (urodziła się po Powstaniu Styczniowym, a jej matka po urodzeniu dziecka została zesłana na Syberię) i 70 rocznica śmierci (zmarła w wyniku trudów Powstania Warszawskiego i obozu dla Warszawiaków w Pruszkowie).
Idea Muzeum Marii Rodziewiczówny
Nawet w chwili śmierci Maria Rodziewiczówna wspominała ze swoją dozgonną przyjaciółką – Jadwigą Skirmunttówną – najwspanialsze chwile w życiu, czyli te spędzone w chacie leśnych ludzi. Książka Lato Leśnych Ludzi jest niezwykła właśnie dlatego, że jest to wierny opis autentycznych przeżyć trzech wspaniałych osób. Dlatego jest taka głęboka, prawdziwa i opisuje przyrodę „od środka”. Nazywana jest „księgą ksiąg”, „leśną biblią”, „polską Księgą Dżungli”. Różnica między rzeczywistością, a opisem jest tylko taka, że w książce przygody przeżywają trzej mężczyźni (Rosomak, Żuraw, Pantera), a w rzeczywistości pod tymi postaciami ukrywają się trzy kobiety: Maria Rodziewiczówna, Jadwiga Skirmunttówna, Maria Jastrzębska.
Zarówno powieść, jak też sama autorka mogą w dzisiejszych „wirtualnych”, oddalonych od przyrody czasach odegrać niezwykle ważną rolę wychowawczą i edukacyjną. Muzeum Marii Rodziewiczówny będzie żywym elementem stałej pracy edukacyjnej i wychowawczej. Będzie można „dotknąć prawdziwej historii”, a też przywrócimy polskiemu społeczeństwu pisarkę i jej dzieło, a w szczególności powieść „Lato Leśnych Ludzi”.
Kogo to zainteresuje?
1. Młodzież. Dla nich powieść „Lato Leśnych Ludzi” wręcz powinna stać się lekturą obowiązkową. Byłaby to alternatywa do komputerowego świata, w którym uczestniczą. Urealnienie świata, przybliżenie do przyrody, a także przeniesienie w autentyczny świat Przygody jest dla współczesnej młodzieży niezwykle ważny z punktu widzenia współczesnych pułapek cywilizacyjnych.
2. Harcerze. To „Lato Leśnych Ludzi” (pierwsze wydanie w 1920 roku) miało bardzo duży wpływ na rozwój kierunku wychowawczego w harcerstwie zwanego „puszczaństwem”. Jest to system wychowawczy oparty na pracy z przyrodą, pozbawiany elementów militarystycznych. Dzisiaj niestety traktowany bardzo marginalnie. To najdoskonalszy system wychowawczy wobec przyrody, otaczającego świata.
3. Kresowiacy. Maria Rodziewiczówna, to ich sztandarowa postać, ich przewodniczka i „Strażniczka Kresowych Stanic”. Większość osób związanych z Kresami jest już w podeszłym wieku i należy się spieszyć z budową Muzeum Marii Rodziewiczówny, aby jak najwięcej osób mogło je zobaczyć. Zobaczyć swój świat i swoją ziemię z jej historią.
Taka tablica wita podróżnika u wejścia do Republiki Ściborskiej
GORĄCY APEL O WSPARCIE I POMOC
przyspołecznej budowie Muzeum Marii Rodziewiczówny
Od 6 lat prowadzimy badania związane z książką Lato Leśnych Ludzi i Marią Rodziewiczówną. Im więcej się zajmujemy tym tematem, tym bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, że tak genialne dzieło i tak niezwykła postać nie mogą pójść w zapomnienie.
Powstał unikalny zbiór eksponatów i ciągle przybywają nowe. Tylko w ostatnich miesiącach udało się zakupić m.in. książkę lato Leśnych Ludzi z 1943 roku – wydaną w Jerozolimie przez Armię Andersa! – kilka zupełnie nieznanych zdjęć Rodziewiczówny i chaty leśnych ludzi.
Zatem kolekcja do muzeum stale się powiększa – mamy już ponad 270 autentycznych eksponatów, związanych z pisarką lub jej niezwykłym dziełem – zapraszamy do Republiki Ściborskiej, gdzie można je obejrzeć.
Nie ma co do tego wątpliwości – Muzeum Marii Rodziewiczówny i książki Lato Leśnych Ludzi – musi powstać aby było miejsce gdzie tą wiedzę można będzie stale stosować do rozwijania puszczańskich i ekologicznych idei oraz aby wiedza o polskiej księdze dżungli nie wygasła. Do działań włączyli się pierwsi wolontariusze. Ale sami nie damy rady – potrzebujemy Waszej pomocy.
Co teraz robimy?
Ten rok to 150 rocznica urodzin pisarki (jej rodzice za udział w Powstaniu Styczniowym zostali zesłani na Syberię. Matce pozwolono tylko urodzić córkę Marię i 10 dni później musiała udać się na wschód…) i 70 rocznica śmierci (trudy Powstania Warszawskiego wykończyły już i tak wiekową pisarkę – można w najnowszym filmie “Powstanie Warszawskie” zobaczyć autentyczne kadry z jej udziałem).
Czyli – jak nie teraz, to kiedy?
Przygotowujemy cały cykl upamiętnienia udziału Marii Rodziewiczówny w Powstaniu Warszawskim. Będzie specjalna gra miejska śladami pisarki z udziałem grup rekonstrukcyjnych, wystawa, uroczystości na Powązkach przy grobie Rodziewiczówny oraz spotkanie z prezentacjami na jej temat. Już teraz zapraszamy do udziału w tych działaniach.
Udało się nam przekonać władze, parafię, gimnazjum i radnych gminy Skierniewice aby upamiętnić miejsce śmierci pisarki w Żelaznej – powstaną dwa obeliski, Gimnazjum w Żelaznej zorganizuje konferencję, a także są plany stworzenia szlaku edukacyjnego – wszystko w dniu jej śmierci – 6 listopada.
Trwają prace nad projektem architektonicznym budowy repliki chaty leśnych ludzi jako miejsca Muzeum Marii Rodziewiczówny.
Wszystkie dotychczasowe badania, działania, zakupy eksponatów są realizowane ze środków prywatnych. To działalność niekomercyjna – jakże jednak potrzebna.
My angażujemy w to bardzo dużo swoich środków – niestety budowa muzeum przekracza nasze możliwości.
To od nas wszystkich zależy czy chcemy aby tak wspaniała powieść – Lato Leśnych Ludzi i jej autorka – nie odeszły do historii.
Teraz szczególnie potrzebujemy pomocy:
– przy promocji zbiórki funduszy
– wolontariackiej pomocy przy promocji projektu oraz oprawie graficznej, (sami jesteśmy słabymi internautami….. i mamy zbyt wolny internet)
– organizacji spotkań autorskich z których dochód zostanie przekazany na budowę muzeum.
ZA WSZELKĄ POMOC W IMIENIU IDEI DZIĘKUJEMY.
Na naszych stronach internetowych publikujemy felietony związane z Marią Rodziewiczówną, naszymi badaniami. Będziemy podawali tam informacje zupełnie dotąd nieznane – ZAPRASZAMY DO CYKLICZNEJ LEKTURY i przekazywanie tych informacji dalej.
Wstaję o 6 rano. W kuchni śniadanie przygotowane dla pielgrzymów przez wolontariuszy obsługujących schronisko. Kawa, pieczywo, margaryna, nutella, dżemy. Proszę o pieczątkę w paszporcie pielgrzyma, ale stempel trzeba było wziąć wieczorem od miłej Holenderki, która mnie wpuściła. Dziś nie ma ani Holenderki, ani pieczątki. To ma być mój pierwszy stempel, nie chcę rezygnować. Wychodzę na spacer, oglądam kościół św. Jakuba. Z zaułków wychodzą pielgrzymi i idą na zachód. OK, a zatem wiem, w którą stronę mam iść. Robię rundkę w małym labiryncie na placu Santiago i idę do schroniska, do którego się wczoraj nie dostałam. Dziś wychodzą stąd mnogie rzesze. Intuicja mnie nie zawodzi. Dostaję stempel, wracam po plecak i ruszam.
W mieście trasa świetnie oznaczona niebieskimi szyldami, ale za miastem gubię się natychmiast. Ktoś zawraca mnie z drogi i pokazuje żółte strzałki. Żółte strzałki, łamago, każdy pielgrzym wie, że to po strzałkach dojdzie aż do katedry św. Jakuba w Santiago. Każdy, ale nie ja, bo ja dopiero ruszyłam, a przedtem się w ogóle nie przygotowałam. Nie chciałam czy nie pomyślałam? Nie wiem. W każdym razie nie mam mapy, przewodnika, opisów, mam tylko paszport pielgrzyma, karteczkę, którą znalazłam przed chwilą na podłodze w schronisku, a która pokazuje codzienne odcinki trasy, i nieograniczone pokłady ufności, że dotrę do celu. Chłopak, który za Logrono pokazuje mi strzałki i prawidłowy kierunek, jest na pewno wysłannikiem Opatrzności, która ma nade mną czuwać i czuwa.
Trasa wiedzie pięknym parkiem nad jeziorem. Wzdłuż drogi mnóstwo jeżyn. Po raz pierwszy widzę spontaniczną twórczość pielgrzymów, a może to zresztą magia a nie sztuka – wplecione w płot małe krzyżyki z gałązek. Wplatam i swój w intencji młodej kobiety z rodziny, która czeka na wyniki badań onkologicznych. Na końcu parku sklecona z desek buda – Officio Marcelinho. W budzie mnich w brązowym habicie przybija pieczątki, rozdaje jabłka, herbatniki, kamyki z żółtą strzałką i kostury.
Kamień od Marcelinha
Po trzech godzinach pierwszy postój, w ruinach szpitala z XII wieku. To szpital dla pielgrzymów ufundowany przez donę Marię Ramirez.
Navaretta, śliczne kamienne miasteczko, placyk z ujęciem wody, kawiarnia, targ, kościół, jakich potem w drodze będzie jeszcze bardzo dużo – kamienna surowa budowla a w środku barokowy ołtarz skąpany w złocie. Przy ołtarzu bocznym rusztowanie, a na nim cztery kobiety gwarzą i czyszczą to złote bogactwo. Kościół tonie w ciemnościach, widać tylko te cztery kobiety i złotą figurę Matki Boskiej. Potem ktoś zapala światło, tajemniczy połyskujący mrok znika i zostaje tylko złoty barokowy jarmark.
Idę dalej, nie zatrzymując się na kawę w kawiarni. Jestem nowa w drodze, jeszcze nie wiem, jak ważna jest na trasie kawiarnia.
Po drodze gałązki i badyle dosłownie oblepione przez ślimaki.
Ventosa. Do Najery jeszcze 10 kilometrów. Droga paskudna, ubita glina wzdłuż autostrady. Szlak pielgrzymi szedł przedtem tam, gdzie teraz pędzą auta. Wszędzie po drodze będzie widać, że Camino to wprawdzie dziedzictwo kulturowe Europy, i w Hiszpanii się o nie dba, ale nie aż tak, żeby można było obronić pielgrzymie drogi i dróżki. Przez stulecia ludzie wybierali optymalną drogę, a potem wylano ją asfaltem i oddano pojazdom. Nie ma cienia, nie ma wody. Siedzę na betonowym mostku ponad suchym rowem na poboczu. Po szosie pędzą ciężarówki, gdy widzą pielgrzyma – trąbią i porykują.
Przed wyjazdem obejrzałam w Berlinie francuską komedię „San Jaques”. Zabawna, miła. Jeden z bohaterów wyrusza w drogę bez niczego i całą drogę nic nie ma. Ale po prawdzie na Camino jest inaczej, jak nic nie masz, to w każdym schronisku jest coś, co zostawili inni – plecaki, swetry, latarki, kosmetyki. Możesz się zaopatrzyć, ale możesz też zostawić to, czego nie potrzebujesz. Nie musisz, jak dwoje innych bohaterów, ukradkiem wyrzucać na pobocze zbędnych rzeczy – zostawiasz je dla innych.
Na wzgórzu stoi ul z kamienia, czyli coś w rodzaju włoskiego trullo. To pomnik ku czci Rolanda, który pokonał tu jakiegoś syryjskiego olbrzyma, namiestnika Najery. Przeciwnik Rolanda miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad 200 kilo. Walka trwała cały dzień, noc i dzień następny aż do wieczora.
O 14.30 docieram do Najery. Ostatnie 2-3 kilometry drogi, już na obrzeżach miasta, to jakiś jawny koszmar. Cementownie, żwirownie, upał, kurz i końca nie widać. Muchy. Na przydrożnym murze wiersz o pielgrzymie. Podobno jest też po niemiecku, ale ja widziałam tylko ten.
W schronisku przechodzę chrzest bojowy pielgrzymki. Jest kolejka, a jak wreszcie dochodzę do celu, dowiaduję się, że schronisko składa się z jednej tylko sali, ale za to na sto osób. Pierwszy prawdziwy pielgrzymi nocleg. Ale jak to mi potem powie jeden ze spotkanych na trasie Polaków, to pielgrzymka, a nie spacer dla przyjemności po ukwieconych łąkach. Nie wiem, czy zasnę w sali ze stu innymi osobami, ale 28 kilometrów w nogach, upał, pranie białych dżinsów w kamiennym korycie z zimną wodą i zwiedzanie miasta robią swoje. Zasypiam jak zabita.
No proszę, jak na razie pierwsza i jedyna dziura w tym, co przygotowałam na czerwiec i co w międzyczasie samo przyszło. Miał być tekst o mazurskiej hortiterapii, ale nie dotarł na czas. A zatem, zgodnie z zapowiedzią, pierwszy tekst z pielgrzymki do Santiago de Compostela w 2007 roku. Kolejne będą się pojawiać, ale, uprzedzam, nader nieregularnie.
Ewa Maria Slaska
Wtorek 9.09.07
W nocy śni mi się, że wyjechałam do Hiszpanii bez butów do wędrowania, tylko z kozaczkami na obcasie.
Wychodzę z domu o 8. W kościele św. Bonifacego biją dzwony.
W metrze cztery starsze panie. Jadą do sanatorium z intencją, wir ärgern uns nicht, egal was kommt. (Nie będziemy się wściekać o nic). Moja intencja. Też ją trzeba w tym miejscu napisać wyraźnie. Dojść do Santiago de Compostela, a potem do Finisterre. I wejść do morza.
Przez ostatnie miesiące tylko myśl o Santiago i Finisterre pomagała mi wytrzymać. Jestem koszmarnie przygnębiona. Robię to, co trzeba zrobić, pracuję, wypełniam obowiązki, uśmiecham się. Jakie to fałszywe.
W Madrycie postanawiam wsiąść do pierwszego autobus dojeżdżającego do jakiegoś miasta na trasie do Santiago. Stoję przed okienkiem z paszportem pielgrzyma w ręku, patrzę na listę miejscowości i pytam. Puente la Reina? Jutro. Estella? Jutro. Pampluna? Jutro. Logrono? Za dwie godziny. Tak to jadę do Logrono, skąd jest równo 600 kilometrów do Santiago, 700 do Finisterre. W Logrono był właśnie zamach ETA. Autobus stoi w czarnych czeluściach dworca autobusowego jak w Hadesie. Wyjeżdżamy czarnym tunelem.
W autobusie rozmawiają tylko kobiety, wszyscy mężczyźni milczą. Na trasie pielgrzymki czekają mnie bezpańskie psy, dzikie byki i jadowite węże. W każdym razie takie informacje przekazali mi przed wyjazdem ci, którzy tam byli i coś wiedzą. Póki co jednak w autobusie luksusowo – klimatyzacja. Telewizja, woda, podwieczorek, gazety.
Zdjęcie z tzw. wspólnych zasobów. Most przez rzekę Ebro, po prawej katedra Santa Maria Redonda.
Santa Maria Redonda, kościół św. Jakuba
No to Logrono. Piękne miasto. Romańskie kościoły i XIX-wieczne ulice, cudowne, szerokie, pełne kwiatów, fontann i latarni. Do schroniska doszłam prawie jak po sznurku, ale jest już wieczór, schronisko jest zamknięte. Pukam, ale nie było mi otworzone. Idę tuż obok, do kościoła świętego Jakuba, to w końcu musi być pielgrzymkowy kościół i tam, proszę, pukam i zostaje mi otworzone. Jest schronisko, nie ma miejsca, ale widocznie z kościoła nikogo się nie odsyła z kwitkiem. Dostaję kanapę w biurze parafialnym. Zasypiam przy dźwięku dzwonów.