Droga do Santiago, miejsce bez nazwy

Ewa Maria Slaska osiem lat temu na drodze do Santiago de Compostella

Wtorek, 18 września

Chcę dojść do Castrojeriz. To znane miejsce, wszędzie w relacjach o Camino znaleźć można to zdjęcie, droga, w oddali samotna niewysoka góra jak biust, zwieńczona zamkiem.

Jeśli nie będzie gorzej niż dziś, to powinnam dać radę. Zajrzałam wczoraj do ewangelii św. Łukasza, którą Mietek miał ze sobą w maleńkim wydaniu. Otworzyła się na rozdziale wjazd do Jerozolimy: I stanął u stóp góry zwanej Oliwną.

Czy to mi coś mówi? Czy w całym tym zgiełku w ogóle coś jeszcze człowiekowi coś mówi? Coraz mniej mi się śni, och, wiem, oczywiście, że mi się śni, ale coraz mniej pamiętam. Gdyby to dotyczyło tylko pielgrzymki, to bym powiedziała, za dużo ludzi naokoło, ale w życiu tak nie jest, a śni się mało, coraz mniej. Chciałabym, żeby coś mnie prowadziło, ale co właściwie? I dokąd? Tam, gdzie nie będzie już nędznej pracy, nędznej płacy i udawania, że jestem cool.

Wychodzę o 7.30 i o 10 mam za sobą 11 kilometrów. Cool. Droga cudowna, słońce, wiatr, wyżyny. Wielkie hiszpańskie wyżyny, ci poeci Mamy musieli o tym właśnie pisać. Wyżyna to coś wspaniałego. Nigdy przedtem nie przeżyłam tej formy geograficznej tak namacalnie i świadomie. Wielkie pofalowane przestrzenie żyznej czarnej ziemi, wielkie niebo, wiatr, słońce i chmury, wioski w kotlinach.

sant3O 12 jestem w Castrojeriz. Małe miasto, ruiny zamku na górze i pięć kościołów. Ładnie tu, ale pogoda piękna, mam ochotę iść dalej. Wchodzę do albergo po pieczątkę i gorącą wodę na herbatę. Pytam, czy mogą się przespać godzinkę na trawie? Mogę. Wodę dostaję za darmo. Pyszna herbata.

Po drodze potężne ruiny klasztoru świętego Antoniego z XIV wieku.

Droga przez wielką górę, której znowu nie ma na mojej karteczce. Najwyraźniej, tego co przygotował ten karteluszek, obchodzą tylko możliwe miejsca postoju, natomiast droga z A do B w ogóle go nie interesuje. Zgubiłam po drodze butelkę z wodą, ale na górze dostanę nową od pielgrzyma, Włocha. Zgubiłam też japonki, to spora strata, ale mam nadzieję, że w najbliższym schronisku jakieś znajdę. Idzie się lekko, dobrze, po szerokiej drodze z mostem przez wielką rzekę. Znowu góra, znowu rzeka, ale zanim tam dojdę spotka mnie… Cud!

ewamostW starym małym kościółku, z na wpół zrujnowanym dachem schronisko na 12 osób. Completo. Oczywiście komplet-omlet-klops, dlaczego akurat ja miałabym dostać nocleg w takim schronisku, o jakim przez całą drogę marzy każdy porządny pielgrzym? A jednak dostaję. Schronisko prowadzą dwaj mnisi z Ferrary. Proponują, żebym weszła i odpoczęła, zanim pójdę dalej. Mogę zjeść z nimi kolację. Pytają kim jestem, odpowiadam, że Polką. “O, to tu jest twój rodak, z Oświęcimia.” Siadam przy stole, przedstawiam się, Waldek dzieli się ze mną zapasami – chleb i ser dostał od mnichów, wielkiego pomidora zerwał w jakimś ogrodzie przy drodze.  “To nie kolacja”, mówi, “kolacja będzie potem. Na kolację przyjdą wszyscy pielgrzymi, a potem będzie…, sama zobaczysz” “Nic nie zobaczę”, mówię, “muszę iść dalej”. Ale nie, nie muszę. Waldek szepcze przez chwilę z mnichami i prowadzi mnie do jednej z 12 prycz. “Tu bądziesz spała”, mówi i zabiera swój plecak. “A ty?” “A ja? Na strychu.”

Jemy, pijemy wodę (ja) i wino (Waldek), rozmawiamy. Waldek był już dziesięć razy w Santiago. Właśnie wraca i liczy na pracę przy winobraniu w prowincji Rioja. Czasem pracuje też przy bambusach. Ciekawe, nie wiem, jak się pracuje przy bambusach? “Normalnie, żniwa”, mówi Waldek.

Na kolację zupa jarzynowa, chleb i wino, a potem wspólna modlitwa i… o tak, umywanie nóg. Siedzimy w kręgu, a nasi dwaj gospodarze myją nam stopy. Jestem tak zażenowana, że w ogóle nie wiem, jak się zachować.

Po kolacji zbieramy z Waldkiem naczynia i idziemy do baraczku w podwórku, pozmywać.

Spać. “Tu”, pokazuje Waldek, “tu jest grób”. Nie rusza mnie to, wielkie rzeczy, w kościołach zawsze są groby. “Ale to grób pielgrzyma, który umarł na drodze dwa lata temu.” To oczywiście zmienia postać rzeczy. Stajemy przy grobie, modlimy się przez chwilę. “Dobrze ma”, myślę, “dobrze tak umrzeć i tak być pochowanym.”

Kładę się do łóżka. Przez dziurę w dachu widać gwiazdy i księżyc w pierwszej kwadrze.

Prot d. Berlinerblau

Tydzień temu opublikowałam tu artykuł Michała S. Balasiewicza o znakomitym polskim chemiku z rodziny żydowskiej – Józefie Berlinerblau. Dziś jego bratanek, ojciec Tomasza Prota, który też pojawił się na tym blogu jako autor rozmyślań o tym, jak to było być po wojnie Polakiem pochodzącym z rodziny żydowskiej. W artykule o jego ojcu temat ten się jednak w ogóle nie pojawia.

Michał S. Balasiewicz

Jan (Berlinerblau) Prot

Wybitnym i utalentowanym działaczem przemysłowym stał się również bratanek Józefa Berlinerblaua, Jan Berlinernerblau. Urodził się w Warszawie 29 września 1891 r. jako syn Nikodema (Natana) Berlinerblaua, brata Józefa. Matka Jana, Jadwiga z domu Chwat, była wnuczką Berka Eljasza Chwata, oficera Legionów Dąbrowskiego oraz Księstwa Warszawskiego, wyrasta; więc w tradycji walki o niepodległość Polski. Nic dziwnego, że już na samym początku XX w. młody Jan włączył się z pełnym zaangażowaniem do walki o niepodległość Polski. W 1905 r. w szkołach średnich i wyższych dochodziło do protestów i wystąpień o przywrócenie języka polskiego w szkołach rusyfikowanych po upadku powstania styczniowego. Wybuchały strajki szkolne. Jan, będąc od 1901 r. uczniem w IV rządowym gimnazjum w Warszawie, przyłączył się do strajku szkolnego w obronie języka polskiego wraz ze swoim bratem Kazimierzem i obydwaj zostali za to usunięci z gimnazjum. Uczył się dalej w domu. W 1906 r. udało mu się znaleźć miejsce w gimnazjum prowadzonym przez Zrzeszenie Nauczycielskie, lecz to gimnazjum również dosięgły represje i zostało zamknięte przez władze. W końcu dostał się do prywatnego ośmioklasowego gimnazjum filologicznego imienia Jana Kreczmara, które ukończył w 1909 r.

Po skończeniu szkoły zainteresował się budową maszyn i poszedł do pracy w fabryce motorów naftowo ropnych Ursus koło Warszawy (Fabryka Armatur i Motorów). Po rocznej praktyce zgłosił się na ochotnika na rok do wojska, do 32 kremenczugskiego pułku piechoty w Warszawie. Podczas służby trwającej do 1 września 1911 r. ukończył szkołę podoficerską iszkołę karabinów maszynowych.

W latach 1908–1911 był członkiem Bojowej Organizacji PPS Związku Walki Czynnej utworzonej przez Józefa Piłsudskiego. Zajmował się dostarczaniem bojówkom materiałów wybuchowych. Po takim dość wszechstronnym cywilno wojskowym przygotowaniu wyjechał na studia do Austrii. Rok studiował chemię na Uniwersytecie Lwowskim oraz półtora roku w Krakowie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie poznał swoją przyszłą żonę, Zofię Deiches. W trakcie studiów był jednocześnie czynnym członkiem Związków Strzeleckich, w których używał pseudonimu Jan Prot. Przeszedł w nich kolejne przeszkolenia wojskowe w szkole rekruckiej i pod-oficerskiej, a następnie w szkole oficerskiej niższej i wyższej. W marcu 1914 r. zdał egzamin na oficera Związków Strzeleckich w Krakowie. Za ukończenie kursu oficerskiego ZS otrzymał odznakę „Parasol”, którą zawsze bardzo cenił.

janprot-2zdjeciZaraz po egzaminie wyjechał do Monachium, by na letnim semestrze studiować chemię na politechnice. Na wieść o wybuchu wojny natychmiast wrócił do Krakowa i przyłączył się do oddziałów J. Piłsudskiego. W początku sierpnia wyruszył wraz z nimi na wojnę. W dniu 9 października 1914 r. w Jakubowicach dostał nominację na podporucznika. W grudniu i w styczniu przeszedł w Austrii przeszkolenie w zakresie stosowania w walce karabinów maszynowych. Zorganizował i dowodził pierwszym w Legionach plutonem, a następnie kompanią karabinów maszynowych. W 1. pułku piechoty Legionów Polskich brał udział w całej kampanii, we wszystkich bitwach I Brygady Legionów Polskich. Dnia 1 grudnia 1916 r. został odkomenderowany do Komendy Naczelnej POW jako inspektor wyszkolenia i dowódca Szkoły Podchorążych w Warszawie. W marcu 1917 r. wrócił do 1 pułku piechoty Legionów Polskich jako dowódca kompanii piechoty. Za niezłożenie przysięgi został internowany 22 czerwca 1917 r. i osadzony w obozie dla internowanych oficerów w Beniaminowie, gdzie przebywał do końca marca 1918 r. W listopadzie 1918 r. zgłosił się ochotniczo do wojska w Lublinie. Objął dowództwo Centralnej Szkoły Karabinów Maszynowych w Lublinie, lecz już w lutym przeszedł do Grupy Operacyjnej Generała Rydza-Śmigłego. Pełnił różne funkcje sztabowe. Zwrócił na siebie uwagę zdolnościami i został skierowany na studia wojskowe. Zdał egzamin do Szkoły Sztabu Generalnego w grudniu 1919 r., lecz po kwartale odkomenderowano go do 2 Dywizji Legionów, gdzie pełnił wiele odpowiedzialnych kierowniczych funkcji sztabowych. W 1921 r. powrócił do Szkoły Sztabu Generalnego. W dniu 31 czerwca 1921 r. otrzymał na podstawie odpowiedniej ustawy sejmowej zgodę Marszałka J. Piłsudskiego na zmianę nazwiska rodowego „Berlinerblau” na nazwisko „Prot” używane w czasie pełnienia służby w Legionach Polskich. W 1921 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną i został odkomenderowany na rok w celu ukończenia studiów chemicznych. W 1922 r. ukończył Politechnikę Lwowską ze stopniem inżyniera, a na Uniwersytecie Lwowskim otrzymał absolutorium.

Pracował naukowo w laboratorium prof. Ignacego Mościckiego. W lipcu 1922 r. był członkiem ekipy zorganizowanej przez I. Mościckiego, który jako Pełnomocnik Rządu otrzymał zadanie przejęcia i uruchomienia Zakładów Azotowych w Chorzowie. Przypadły one Polsce po podziale Górnego Śląska. Zakłady te, przed oddaniem ich Polsce, zostały przez Niemców mocno zdewastowane, a obsada niemiecka je opuściła. Mimo to zespół Mościckiego uruchomił je z powodzeniem i to w ciągu trzech tygodni, ku zdumieniu świata chemicznego Europy, który nie spodziewał się, by w Polsce w ogóle znaleźli się chemicy zdolni do wykonania tak bardzo trudnego zadania.

W dniu 1 lutego 1924 r. Jan Prot rozpoczął pracę jako inżynier, a następnie jako zastępca dyrektora w Spółce Akcyjnej „Lignoza” w Krywałdzie w fabryce materiałów wybuchowych. W 1924 r. uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Lwowskim. Podjął decyzję o odejściu z wojska i w dniu 2 lutego 1924 r. przeszedł w stan nieczynny, a po roku, 1 lutego 1925 r., opuścił wojsko definitywnie, przechodząc na własną prośbę do rezerwy. Odszedł z wojska w stopniu majora dyplomowanego, odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem POW i Medalem za Wojnę 1918–1921. Później, w cywilu otrzymał jeszcze dwa Złote Krzyże Zasługi. Wyróżniał się w walce odwagą i wybitnymi zdolnościami dowódczymi, zasłużony również we wprowadzaniu do walki nowoczesnego środka walki, jakim były karabiny maszynowe.

W Zakładach w Krywałdzie pracował jeszcze dwa lata, gdy otrzymał nowe zadanie o kluczowym znaczeniu dla obronności kraju i wymagające najwyższych umiejętności kierowniczych nie tylko w kierowaniu fabryką, ale i w zarządzaniu rozwojem branży i środowiska społecznego. Przyszłość pokazała, że był to trafny wybór.

Ministerstwo Spraw Wojskowych podjęło już w 1921 r. decyzję o rozwoju przemysłu zbrojeniowego w Polsce, a w następnym roku przystąpiono do realizacji tego zamierzenia. Postanowiono m.in. wybudować Państwową Wytwórnię Prochu i Materiałów Kruszących (PWPiMK) z lokalizacją w Kozienicach, lecz ze względu na brak zgody władz Kozienic lokalizację wytwórni umiejscowiono we wsi Zagożdżon. Prace projektowe i budowlane przedłużały się wobec zmiennych decyzji i trudności ekonomicznych w latach dwudziestych. Sytuacja uległa radykalnej zmianie po wprowadzeniu w kwietniu w życie rozporządzenia Prezydenta RP z dnia 17 marca 1927 r. o wydzieleniu z administracji państwowej przedsiębiorstw państwowych, handlowych i górniczych oraz ich komercjalizacji. Dr Jan Prot został z dniem 1 kwietnia 1927 r. powołany na stanowisko dyrektora PWPiMK w Zagożdżonie. Wybór nie był przypadkowy. Podczas swojej służby wojskowej dał się poznać jako człowiek czynu, odważny w działaniu, a jednocześnie o wybitnych zdolnościach myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania trafnych decyzji. Wykazał się również dużymi zdolnościami w nauce, uzyskując dyplom inżyniera i stopień doktora chemii. Na stanowisku dyrektora stworzył znakomity zespół dyrekcyjny i umiejętnie współpracował ze specjalistami francuskimi oraz z instruktorem francuskim, płk. inż. Henrykiem Lacape.

1935protNależy w tym miejscu powiedzieć, że zaborcy zadbali o to, by na ziemiach polskich nie było ani wytwórni uzbrojenia, ani wytwórni materiałów wybuchowych. Kadrę techniczną i naukową trzeba było stworzyć od podstaw. Rozwój zakładu w latach 1928–1939 był imponujący. Niewątpliwie miała na to wpływ samodzielność decyzyjna Wytwórni nadana rozporządzeniem Prezydenta oraz umiejętności i osobowość Jana Prota. Początkowo produkcja oparta była wyłącznie na licencjach. Powołanie Centralnego Laboratorium w 1928 r., którego dział fizykochemiczny wyspecjalizował się także w badaniach balistycznych, oraz stworzenie wszechstronnie wyposażonej stacji balistycznej pozwoliło na wprowadzanie do produkcji wyrobów opartych na własnych udoskonaleniach i patentach. Centralne

Laboratorium współpracowało również z laboratoriami zewnętrznymi, takimi jak Centralna Szkoła Strzelań w Toruniu, Fabryka Karabinów w Warszawie, Instytut Badań Materiałów Uzbrojenia, Uniwersytet Warszawski i Politechnika Warszawska, Politechnika Lwowska, Uniwersytet Poznański, Szkoła Techniczna w Radomiu i inne, w zależności od zadań. W badaniach rozwojowych brał udział również dyrektor Prot, który uzyskał kilka patentów dotyczących materiałów wybuchowych. Szkolenie inżynierów na praktykach zagranicznych zapewniało właściwą jakość produkcji. Ponadto umiejętności handlowe J. Prota sprzyjały wchodzeniu Państwowej Wytwórni Prochu na rynki zagraniczne, na których wyroby PWP z powodzeniem znajdowały nabywców, co poprawiało wynik finansowy, dawało środki na dalszy rozwój i budowało prestiż firmy. Na przykład, w 1933 r. na rynek prywatny i na eksport przeznaczono 27% całej produkcji Państwowej Wytwórni Prochu. Ze względu na rosnące kontakty zagraniczne w dniu 9 sierpnia 1932 r. zmieniono nazwę miejscowości Zagożdżon na Pionki, zmieniając jednocześnie nazwę wytwórni, by ominąć trudności w wymawianiu jej nazwy przez klientów zagranicznych.

Możliwości PWP najlepiej zilustruje znaczący udział PWP w pracach nad wprowadzeniem do uzbrojenia karabinu przeciwpancernego. Z inicjatywą uruchomienia takich prac wystąpił ppłk Tadeusz Felsztyn w 1930 r. Do pracy włączono PWP w Pionkach ze względu na wyposażenie laboratorium, jednego z najlepszych w Polsce i to wraz własnym poligonem doświadczalnym do badania prochu, amunicji i broni strzeleckiej i armat. Wzorowe współdziałanie odpowiednich jednostek polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz wysokie umiejętności współpracujących specjalistów doprowadziły do opracowania prototypu, zbadania jego parametrów konstrukcyjnych i balistycznych oraz do wyprodukowania karabinu przeciwpancernego, który został w 1935 r. przekazany na uzbrojenie wojska. Ten sukces pokazuje, że można było w kraju, zaczynając od zera, stworzyć w ciągu siedmiu lat potencjał materialny i potencjał ludzki, tak badawczy, jak i wykonawczy oraz decyzyjny, zdolny do osiągania wyników światowych.

Jest godne podziwu, że po kilku latach pracy na stanowisku dyrektora dr inż. Jan Prot postanowił jeszcze przetłumaczyć z języka niemieckiego podręcznik chemii, napisany przez Wilhelma Ostwalda pt. Zasady chemii nieorganicznej, dodając do niego własne przypisy o objętości 100 stron. Przekład ukazał się w druku w 1932 r.

Podjęcie się tej pracy świadczy o ogromnej pracowitości dr. Jana Prota i o szerokim zakresie jego wiedzy. Świadczy to również o poczuciu odpowiedzialności, dostrzegł bowiem, że rozwój fabryki wymaga kadry wykształconej na wszystkich poziomach, a do tego niezbędny jest odpowiedni podręcznik. W. Ostwald, laureat Nagrody Nobla w 1909 r., w przedmowie do swojej książki napisał: Niechaj więc książka ta, która jest poniekąd uwieńczeniem długiej i z zamiłowaniem podjętej pracy, skierowanej ku wprowadzeniu i rozpowszechnieniu nowych podstaw chemii, stworzonych przez van’t Hoffa i Arrheniusa, przyniesie zamierzoną korzyść i wykształci nowe szeregi dla zwycięskiego pochodu naszej pięknej nauki.

Natomiast J. Prot w swoim słowie od tłumacza napisał: Nie jest bynajmniej przypadkiem, że podjąłem tłumaczenie Grundlinien der anorganischen Chemie Wilhelma Ostwalda. Książki tej nie można nazwać podręcznikiem; jest to raczej piękna opowieść o chemii. Toteż w początkach moich studiów była to dla mnie najpiękniejsza lektura. […] Nie znalazłem ani jednej […] innej książki […], gdzie by jasność wykładu była tak dominująca, gdzie by poglądy i teorie chemiczne wyłożone były z taką prostotą, a jednoczenie z tak wielką dokładnością i ścisłością. Tłumacz w swoim uzupełnieniu zaktualizował podręcznik, utrzymując przy tym charakter i jasność wykładu W. Ostwalda, dodając parę nowych rozdziałów o kinetycznej teorii materii, o atomistycznej budowie elektryczności i o budowie atomów. Podręcznik miał więc ułatwić zrozumienie chemii i znaczenie praw chemicznych w praktyce chemicznej nawet na elementarnym poziomie załogi fabryki.

Dr Prot wybiegał przewidywaniami daleko w przód odnośnie potrzeb w kształceniu załóg nowoczesnych fabryk przyszłości. Rozbudowa PWP w latach 1928–1939 znacznie przekroczyła pierwotne plany, tak pod względem wielkości i asortymentu produkcji, jak i pod względem wielkości zatrudnienia.

W latach 1938–1939 PWP składała się z siedmiu fabryk wytwarzających wiele rodzajów prochów i materiałów wybuchowych, takich jak prochy bezdymne nitrocelulozowe i nitro-glicerynowe karabinowe, armatnie i myśliwskie, prochy bezrozpuszczalnikowe armatnie płytkowe i rurkowe, materiały wybuchowe górnicze i dla kamieniołomów, dynamity, nowy materiał saperski Dunit (nazwa pochodzi od nazwiska dyrektora technicznego PWP inż. Stanisława Dunin-Markiewicza), prochy czarne wszystkich gatunków, w tym górnicze i myśliwskie, oraz takie wyroby, jak eter, spirytus wysoko rektyfikowany, celuloid, ferromit służący do spawania szyn kolejowych i inne produkty. PWP posiadała swoje filie w Kielcach, gdzie produkowano wysokiej jakości kwas siarkowy do wyrobu bawełny strzelniczej i trotylu, oraz w Niedomicach, gdzie rozbudowywano produkcję celulozy, by uniezależnić się od importu. W budowie były filie w Krajowicach i w Sarzynie. Trzeba dodać, że elektrownia PWP rozbudowana była do takiej mocy, że w sieci elektrycznej stanowiła jedno z głównych źródeł zasilania radomsko-kieleckiego okręgu przemysłowe-go. PWP w Pionkach stała się największą wytwórnią prochu i materiałów wybuchowych w Europie Środkowej, produkującą wyroby najwyższej jakości, konkurencyjne z wyrobami renomowanych wytwórni światowych. W 1939 r. PWP wygrała przetarg na budowę fabryki materiałów wybuchowych w Jugosławii, co potwierdza wysokie umiejętności kadry technicznej oraz wysoki poziom organizacji PWP i wysoki poziom jakościowy produkowanych w niej wyrobów. Osiągnięto ten poziom własnym wysiłkiem, własną myślą i własną energią, wnikliwie obserwując wszelkie nowinki pojawiające się na świecie i u sąsiadów. PWP w ciągu 12 lat, zaczynając od zera, przeobraziła się z ucznia w równorzędnego partnera.

dyrekpionkiNie można pominąć ogromnej sprawczej roli dyrektora Prota i całej dyrekcji w oddziaływaniu na tworzącą się wokół PWP społeczność lokalną. Miasteczko rosło wraz z PWP, która wywierała przemożny wpływ na życie jego mieszkańców. Wieś kilkusetosobowa stała się już w 1931 r. gminą wiejską o uprawnieniach finansowych miasta, a w latach 1938–1939 liczba mieszkańców sięgała nawet 9000 osób, gdy w tym czasie zatrudnienie ogółem w PWP w Pionkach wynosiło ok. 3500 osób. PWP wybudowała domy mieszkalne wielorodzinne dla pracowników, wille dla kierownictwa i hotel. Fabryka udzielała pożyczek na budowę własnych domków na terenach wykupionych przez PWP.

kasynopionkiPowstały nowe osiedla, miasto rosło. PWP przyczyniła się finansowo do budowy szkół, szpitala, kasyna urzędniczego, stadionu i innych obiektów użyteczności publicznej. Rozwijała się infrastruktura miasteczka dla rozwoju życia kulturalnego i warunków bytowych. PWP wspierała klub sportowy i rozwijające się życie sportowe od piłki nożnej, lekkoatletykę po tenis ziemny i inne, np. szybownictwo. Dla miłośników latania dyrektor zakupił szybowiec. Z pomocą PWP wybudowany został również kościół, a dyrektorzy dr inż. Jan Prot, inż. Stanisław Markiewicz i mgr Zygmunt Rakowicz ufundowali trzy dzwony nazwane ich imionami: Jan o wadze 1200 kg, Stanisław o wadze 750 kg i Zygmunt o wadze 350 kg. Z inicjatywy żony dyrektora, Zofii Prot powstał w 1928 r. Oddział PTTK w Zagożdżonie, któremu przewodniczyła ona przez cztery lata. Rozwijał się ruch turystyczny, wytyczono szlaki turystyczne w Puszczy Kozienickiej, a kilka lat później w Pionkach wydany został przewodnik turystyczno-krajoznawczy Powiat Kozienicki.

dompionkiPrzybycie Jana Prota, kadrowego legionisty, ożywiło działalność Oddziału Związku Legionistów Polskich w Pionkach. W 1927 r. Prot został Prezesem Oddziału ZLP i kierował jego działalnością aż do wybuchu wojny.

Dr inż. Jan Prot jako członek Zarządu Związku Przemysłu Chemicznego brał udział w IV Zjeździe Chemików Polskich w Wilnie w 1938 r. Zjazd był połączony z obchodem setnej rocznicy śmierci Jędrzeja Śniadeckiego.

Wybuch wojny zastał PWP gotową do produkcji, lecz przebieg wojny uniemożliwił jej jakiekolwiek działania. PWP już w drugim dniu wojny została zbombardowana. Załogę ewakuowano do Łucka. Najazd wojsk sowieckich na Polskę w dniu 17 września zmienił sytuację wojskową. Część techników uciekła na Zachód przez Rumunię, a Jan Prot przybył do Warszawy. Sytuacja w okupowanym kraju szybko się pogarszała.

W październiku 1939 r. na nie włączonych do III Rzeszy zajętych przez wojska niemieckie ziemiach polskich dekretem Adolfa Hitlera utworzono Generalną Gubernię. Była to strefa, gdzie od pierwszych dni stosowano metody terroru do zastraszenia ludności. J. Prot, wybitny fachowiec w zakresie materiałów wybuchowych, cenny dla polskiej gospodarki autorytet i organizator, musiał ze względu na bezpieczeństwo opuścić Generalną Gubernię i wyjechać na Zachód wraz z drugą żoną Haliną z domu Freund. Ich przerzut przez granicę został zorganizowany przez powstające tajne struktury wojskowe. W styczniu lub w lutym 1940 r. przedostali się oni przez Słowację i Węgry na Zachód. Jan Prot zatrzymał się we Francji i został przyjęty do kierowanego przez Fryderyka Joliot-Curie Laboratorium Chemii Jądrowej w Collège de France w Paryżu. Kapitulacja Francji w 1940 r. zmusiła Protów do udania się do Anglii. Jan Prot nie znalazł tam dla siebie miejsca w wojsku w służbie czynnej i przystąpił do pracy w fabryce amunicji w Grantham jako zastępca kierownika działu.

1943protW 1943 r. otrzymał powołanie do polskiego Wojskowego Instytutu w Londynie, który odkomenderował go do brytyjskiej Głównej Kontroli Chemicznej (Chief Chemical Inspection) w Ministry of Supply. Do jego zadań należała kontrola jakości i odbiór prochów produkowanych w szkockiej fabryce w Powfoot.

Po zakończeniu wojny Wojskowy Instytut Techniczny oddelegował go na Uniwersytet w Edynburgu jako wykładowcę na kursach chemicznych dla polskich żołnierzy. Kursy trwały do 1948 r. czyli do czasu demobilizacji. Podczas kursu wraz z grupą chemików dokonał przekładu uniwersyteckiego podręcznika chemii fizycznej A. Findlaya, który jednak nie ukazał się w postaci książkowej. Jednocześnie pracował naukowo na Uniwersytecie w Edynburgu i w 1948 r. otrzymał brytyjski stopień naukowy doktora filozofii. W tym samym roku zakończył pracę na tym uniwersytecie i w styczniu 1949 r. otrzymał pracę w Polish University College w Londynie na Wydziale Chemii. Wykładał i prowadził ćwiczenia laboratoryjne z chemii fizycznej. Po prawie dwóch latach zajęć, pod koniec 1950 r. przeniósł się do angielskiego katolickiego St Michel’s College w Hitchin, gdzie wykładał matematykę, fizykę i chemię.

grobprotJan Prot był członkiem Stowarzyszenia Techników Polskich, Związku Legionistów i Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. W latach 1950–1951 był członkiem Wydziału Studiów Instytutu Józefa Piłsudskiego. Członkiem tego Instytutu była również Halina Prot.

Pod koniec 1956 r. Jan Prot zmienia miejsce pracy na College w Woolwich koło Londynu z tym samym zakresem wykładów. Zmarł przedwcześnie po krótkiej, nagłej chorobie w Londynie w dniu 19 lipca 1957 r. Nabożeństwo żałobne odprawiono w Brompton Oratory w kaplicy Matki Boskiej Kozielskiej. […]

Szekspir na lato / Shakespeare für den Sommer

Berlińska gazeta TIP twierdzi, że na lato nie ma to jak Szekspir na świeżym powietrzu.
TIP Berlin meint, es gibt nicht Besseres für Sommer als Shakespeare Open Air

Kilka dni temu byłam w ruinie klasztoru franciszkanów koło Alexanderplatz na przedstawieniu grupy teatralnej Shakespeare & Partner, obejrzałam Wie es euch gefällt, było super.

szekspir (1)Wczoraj byłam na tym samym Szekspirze w teatrze Monbijou i było równie śmiesznie.  / Vor ein paar Tagen war ich in der Klosterruine, wo Shakespeare & Partner Wie es euch gefällt aufführten. Es war super, lustig, witzig, intelligent! Gestern war ich wieder zu demselben Shakespeare im Monbijou Theater und es war genauso lustig.

Wiecie, prawda? / ihr wisst schon:

All the world’s a stage, and all the men and women merely players.

W programie / Im Programm

Es gibt noch / Ponadto jest jeszcze


Naturpark-Südgelände
&
Shakespeare Company Berlin (die ist SUUUUPEEEEER!)
&
Macbeth
&
Wie es Euch gefällt

Und ausserdem / a na dodatek

Auf Deutsch und Polnisch / Po polsku i po niemiecku

Liebe Freunde, Drodzy przyjaciele,

bald ist es so weit… Am 29. August um 20.00 in der Ruinen der Altstadt in Kostrzyn, findet die Premiere von unserem deutsch-polnischen Sommernachtstraum statt.

już niedługo, 29 sierpnia, o 20.00 w ruinach starego miasta w Kostrzynie, odbędzie się premiera naszego polsko-niemieckiego Snu nocy letniej.

sommernachtstraum_einladungkostrzyn2 kostrzyn1

Droga do Santiago. Hornillos

Ewa Maria Slaska o pielgrzymce do Santiago de Compostela

Poniedziałek, 17 września, 6 dzień na trasie. Naprawdę? Dopiero szósty dzień? Liczę i liczę. Zgadza się. Noga boli coraz bardziej, wczorajsze zabiegi w ambulansie niewiele pomogły, ale też sanitariusz od razu powiedział – do szpitala. Zobaczymy, ile dam radę przejść. Wychodzę rano, bez kawy i śniadania, bo kuchnia w schronisku była jeszcze zamknięta, a automatu z kawą nie ma. Mimo bolącej nogi docieram do pierwszego postoju (i kawy!) w dwie godziny, a to dziesięć kilometrów.

Nad placykiem zbierają się ogromne czarne chmury, jakiś przechodzień uprzedza, że zaraz będzie lało jak z cebra. Wyciągam pelerynę, zakładam na siebie i plecak i, zanim zdążę się pozapinać, już leje. Mogę przeczekać w barze, mogę już tu zanocować, bo jest schronisko, mogę iść w deszczu. Do następnej wioski jest zaledwie półtora kilometra. Idę. Leje i wali piorunami, na drodze zbierają się szerokie rwące strumienie, jak to w górach. Idziemy tylko we dwie, jakaś dziewczyna i ja. Niemal natychmiast docieramy do Rabe de la Calzadas. Ona tu zostaje, przywołuje ją grupa ludzi, którzy schronili się pod wykuszem jakiegoś budynku. Inni kulą się na tarasie kościoła. Hostel jeszcze zamknięty. Jeśli się tu zatrzymam, będę stała dwie godziny w deszczu lub w jakimś prowizorycznym schronieniu, czekając aż otworzą albuergo. Następna wioska za osiem kilometrów. Wygląda na to, że czeka mnie wędrówka po płaskim, Rabe de la Calzadas leży na wysokości 830 metrów, Hornillos, gdzie chcę dojść, 820 metrów. Tylko, że moja mądralińska karteczka nie dodaje, że po drodze jest wielka mokra i śliska góra. Ale może dobrze, że tego nie wiem. Leje i grzmi. Jest pięknie.

Żółte stoki góry, bujne chwasty przy drodzie. Strumienie. Rżyska. Ciemnoniebieskie niebo. Błyskawice.

Idę powolutku, mija mnie, tak mi się wydaje, niemal każdy człowiek podążający w deszczu pod górę, a potem z góry. Nie ma ich wielu i chyba wszyscy się znamy z drogi. Zatrzymują się na chwilkę, pytają, co jest. Odpowiadam we wszystkich możliwych językach, że noga spuchła i boli. Gdy po trzech godzinach dochodzę wreszcie do Hornillos, spotkam ich wszystkich w sklepie i w barze. Za chwilę żwawo ruszają na drogę, bo wyznaczony na dziś nocleg leży siedem kilometrów dalej. Ja zostaję. Ja i grupa Węgrów. Obliczam z karteluszkiem, zegarkiem i mapą pożyczoną od koleżanki-pielgrzymki-Węgierki. Okazuje się, że tak sobie pomaleńku truchtając, dotarłam na miejsce bardzo szybko i miałam średnią 6 kilometrów na godzinę. Wciąż jeszcze musimy chwilę poczekać, zanim otworzą schronisko. Nie, to nie tak. Schronisko jest otwarte, tylko nie ma obsługi. I gdy już się rozgościliśmy, każdy wedle potrzeb i upodobań, przychodzi wreszcie obsługa i przydziela nam inne łóżka. Dzień dobry w Absurdystanie. Jeśli myśleliście, że znajdziecie to miejsce tylko gdzieś na mapie Europy środkowej i wschodniej, to informuję Was, że jest ono w ludzkich głowach i trafiasz tam także podczas wędrówki do zachodniego krańca naszego kontynentu.

Powoli zwalają się tłumy ludzi. Mają na sobie suche ubrania. To wszyscy ci, którzy przeczekali burzę w różnych barach i kościołach na trasie. Siedzę przed barem i piję kawę, gdy zjawia się Mietek. Wyszedł z Burgos dobrą godzinę przede mną, ale też przeczekiwał deszcz, i dociera do Hornillos w godzinę po mnie. Chce tu tylko odpocząć. Idziemy do sklepu po sprawunki i gotujemy sobie obiad, makaron w sosie i sałatkę jarzynową, a potem po dwie herbaty. Rozhulało się bractwo!

ewahornillosŻegnamy się na placu przed kościołem – już się nie zobaczymy, wyprzedzi mnie dziś o 18 kilometrów. Podobnie jak na pewno nie zobaczę już Jane, Dunki, z którą się polubiłyśmy i od kilku dni czasem rozmawiamy. Ma z nogą dokładnie to samo, co ja, też jej powiedzieli, że oszczędzać i do szpitala, została więc w Burgos. Już mnie nie dogoni. Od trzech dni nie widzę też miłej, potwornie grubej dziewczyny z Teksasu, wczoraj straciłam z oczu Tanję – ostatni raz widziałam ją, jak w skupieniu pokonywała kamienny labirynt na szczycie działu wód, między krzyżem a kopcem kamieni. Taki zestaw wszelkich możliwych znaków i symboli, a Tanja bardzo poważnie traktuje symbole – to zadania jakie ma do wypełnienia pielgrzym na trasie.

ewahornillos2Całe popołudnie rozmyślam o tym, co się dzieje na Camino. Coś jest nie tak. Zastanawiam się, skąd się biorą nagle ni stąd ni z owąd wszyscy ci dziwni ludzie, jakieś rozświergotane Francuzki w przezroczystych pelerynkach, jakiś nadzwyczajny przystojniak rozwalony na łóżku w schronisku w śnieżnobiałym szlafroku, Brazylijka z kosmetyczką wielkości walizki i walizką wielką jak hotel Ritz. Jedna z Francuzek dotruchtała pod parasolem do sklepiku. Widzę, że ma rękę zaobrączkowaną jakimś plastikowym pasemkiem z karteczką. Pojawia się grupa maleńkich ludzi, wszyscy mniejsi ode mnie! a ja mam 161 cm. Przelatują koło sklepu jak rój komarów. Ostatnie idą dwie kobiety, tak zagadane, że chyba nawet nie wiedzą, że idą. Jedna ma przewieszoną przez plecy dyndającą torebkę. Do torebki przypięła muszlę pielgrzyma. Idzie, gada, kręci pupą, a biała muszla podskakuje z każdym kroczkiem. Jak sarni kuper.

ewahornillos4Powtarzam sobie jak mantrę: nie uprawiaj lookizmu, nie uprawiaj lookizmu, każdy wygląda jak wygląda i nic ci do tego.

Siedzę na przyzbie, przysiadają się Węgrzy. Rozmawiamy o tych dziwnych ludziach. Okazuje się, że moi Węgrzy wiedzą to, czego ja nie wiem. Tych dziwnych ludzi przywozi się autobusami na odpowiednie, starannie dobrane odcinki trasy. Nie zasuwają 10 kilometrów po terenach przemysłowych w Burgos, nie obchodzą na piechotę ogromnych wykopów pod autostradę. Nocują w hotelach, ale raz czy drugi funduje się im też prawdziwy nocleg pielgrzyma. Na przykład tu w Hornillos. Dowozi się ich autobusami na miejsce, wypuszcza na 10 kilometrów, tak by poczuli “naturę na Camino” albo “krajobraz kulturalny na Camino” albo “prawdziwe życie pielgrzyma”, a potem jak się pojawiają tak znikają. Autobusy Group Quebeck Camino lub jakieś podobne odwożą ich dalej na kolację i kąpiel. Tak zresztą wędrował również przed dwoma laty Hape Kerkerling, słynny niemiecki komik. On rzeczywiście szedł tak jak każdy z nas, ale spał, jadł i odpoczywał po trudach dnia w hotelach, bo w schroniskach było brudno i nieprzyjemnie. Jego książka o Camino, Ich bin mal ganz weg, była niemieckim bestsellerem, podobno sprawiła, że ilość Niemców na trasie wzrosła o 75%, a teraz w roku 2014 ją właśnie filmują. No…

Granicą jest Burgos. Przed Burgos idzie pielgrzymka, za Burgos zaczyna się turystyka. W naszym stareńkim budyneczku kamiennym, w którym mieści się 30 osób, recepcjoniści pracujący jak maszyny przyjmują tłumy. Gdzie one się mają pomieścić? Udajemy się z Węgrami na poszukiwania i oczywiście znajdujemy – za kościołem stoi błyszcząca w słońcu, wymyta deszczem szklano-betonowa kostka, otynkowana na biało. Sala gimnastyczna. Jest wyższa od wszystkich okolicznych domów, malutkich, z kamienia, częściowo wkopanych w skałę. Tu układa się pokotem materace na podłodze. Tak na oko ze sto. Ci co tam nocują, mają do dyspozycji ubikacje i prysznice, ale korzystają z naszej kuchni. Jak w kuchence-dziupli, gdzie z trudem może gospodarzyć tych przewidzianych normą 30 osób, ma sobie coś ugotować 130 turystów? Gdy ta sala się wypełni, nie zdołamy zagotować nawet wody na herbatę, nie mówiąc już o zupie.

Cicha kamienna wioska roi się od ludzi, tłum jak na plaży w Grecji, jak zapędzone przez przewodników masy turystów, których przywozi się na koniec wyspy Santorin, żeby obejrzeli w Oja “najpiękniejszy zachód słońca na świecie”. O tak, nie ma to jak sprawny marketing. Najpiękniejszy zachód słońca jest w Oja, najlepsze mięso w Kobe, najintensywniejsze przeżycia duchowe na Camino. To co oglądam to granica między Starym a Nowym. Gdzieś jeszcze widać jakieś kawałki starej pielgrzymkowej tradycji, tego świata, po którym wędrował królewicz Jakub Sobieski i średniowieczna księżniczka z Głogowa, którą opisała Jadwiga Żylińska. Szło się przez Maurów posady, było trudno, ale jak się wróciło, można było być dumnym. Ale to zanika pod naporem reklamy, komercji i marketingu. Corrida przestała być modna, stała się czymś właściwie wstydliwym, teraz Camino jest hiszpańską wizytówką. Nowi turyści są wrażliwymi istotami. Sumienie nie pozwala im oglądać corridy, to nie humanitarnie patrzeć na śmierć byka. Sumienie nie protestuje jednak, gdy jako masowi wędrowcy zadeptują Camino na śmierć.

Łapię się na tym, że znowu chcę stąd uciec, nie tak dramatycznie jak w St. Juan de Ortega, ale za to bardziej zdecydowanie. Dojść gdzieś, gdzie ich wszystkich nie ma, poczekać na zimę, przewędrować do Santiago drogą północną, nad Oceanem, trudną, samotną.

Idę na spacer po wciąż jeszcze wilgotnych rżyskach za wsią.

Wszędzie piękne kwiaty. Osty, dalie.

Siadam na kamieniu, piszę. Kończy mi się pierwszy długopis. Tydzień – pół zeszytu i jeden długopis.

ewahornillos3Zdjęcia w tym poście: Mietek

Berlinerblau raz jeszcze

W kwietniu za poradą Tomasza Prota, chemika, opublikowałam na blogu pierszą część znakomitego tekstu Michała S. Balasiewicza o przodkach Tomasza, słynnej rodzinie chemików – Berlinerblau. Autor poinformował mnie jednak, że nie ma on praw do tego tekstu, które po publikacji przeszły na redakcję Przeglądu Chemicznego. Przyjęłam to do wiadomości, poważnie skróciłam pierwszy wpis i doraźnie zrezygnowałam z publikacji drugiej części. Odesłałam też Czytelników do strony internetowej Przeglądu, gdzie za 6 złotych i 15 groszy mogli sobie przeczytać całość. Jednocześnie podjęłam próby skontaktowania się z redakcją, w celu wypertraktowania zgody na publikację całego tekstu na moim blogu. Próbowałam użyć argumentu (próbowałam, ale z braku kontaktu nie użyłam), że moi Czytelnicy bez publikacji u mnie na blogu nigdy nie przeczytają tego tekstu w wyspecjalizowanym czasopiśmie dla chemików, publikacja u mnie nie przyniesie więc redakcji żadnej szkody finansowej, a raczej – wręcz przeciwnie – może zachęcić nowe kręgi odbiorców do sprawdzenia, co w ogóle publikuje czasopismo, które wydrukowało taki świetny tekt, jak artykuł pana Balasiewicza. Telefony nie łączyły z nikim, dzwoniąc sobie a muzom, jak skowronki nad polem pszenicy o świcie, na maile nigdy nie przyszła żadna odpowiedź.

Minęło wiele miesięcy i postanowiłam, że zaryzykuję. Informuję, że Autor nie ma pojęcia o tym co robię i celowo z nim mojej partyzantki nie uzgadniałam. Jak mówią Anglicy, no risk no fun. Ale to moje ryzyko i moja rozrywka.

Pierwsza część pierwszej części tekstu wraz z moimi komentarzami i uzupełnieniami była TU i tu znajdzie Czytelnik informacje o dzieciach naszego dzisiejszego protagonisty. O nim samym publikuję tu całość tekstu. Druga część – za tydzień.

Michał S. Balasiewicz

Józef Berlinerblau

Wiek XIX był okresem ogromnego przełomu w chemii, był wiekiem, w którym rozpoznano podstawowe prawa chemiczne, rozwikłano zasady budowy związków organicznych, a ponadto rozpoczęto produkcję przemysłową nie tylko produktów nieorganicznych, lecz także produktów pochodzenia organicznego, które do tej pory otrzymywano z przetwórstwa roślin lub zwierząt. Od drugiej połowy XIX w. opanowanie umiejętności wytwarzania przez przemiany chemiczne nie tylko nowych substancji, lecz także substancji występujących w naturze stało się wyzwaniem nie tylko dla uczonych i przemysłowców, ale także dla światłych rządów, które w tych umiejętnościach dostrzegły możliwości szybkiego wzbogacania się społeczeństw. Wspieranie rozwoju nauki i rozwoju nauczania chemii, fizyki i innych nauk przyrodniczych stawało się najważniejszym obowiązkiem rządów oraz elit kulturalnych, politycznych i gospodarczych.
Na ziemiach polskich rządy państw zaborczych nie wspierały rozwoju, a każdy zryw do walki o wolność był karany dolegliwymi ograniczeniami nie tylko pod względem politycznym, lecz i gospodarczym. W drugiej połowie XIX w., a zwłaszcza po upadku powstania styczniowego w 1864 r., nabiera siły pozytywistyczny ruch pracy organicznej od podstaw i pomimo zakazów władz zaborczych społeczeństwo organizuje i rozwija pracę wychowawczą i kształcenie wszystkich warstw społecznych. Wiadomości dochodzące z Niemiec, Szwajcarii, Anglii i Francji wskazują na szybki rozwój przemysłu chemicznego i badań naukowych w dziedzinie chemii, oprócz rozwoju innych przemysłów. Pod koniec XIX w. na terenie Królestwa Kongresowego powstają niewielkie zakłady przemysłowe oparte na miejscowym kapitale, zarówno żydowskim, jak i polskim.

O takiej działalności myślał zapewne Izydor Berlinerblau, właściciel małej fabryczki metalowej. Pochodził on z rodziny żydowskiej. W bardzo młodym wieku brał udział w powstaniu listopadowym. Ożenił się z Dorotą z domu Silberberg. Swojego syna Józefa postanowili wykształcić w kierunku chemicznym. Józef, urodzony 27 sierpnia 1859 r. w Warszawie, ukończył szkołę średnią w drugim gimnazjum rządowym w Warszawie w 1876 r. i w tym samym roku został wysłany na wyższe studia chemiczne do Niemiec. Obrany przez niego tok studiów wyraźnie wskazuje na staranne przysposabianie się do pracy w przemyśle chemicznym w myśl najnowszych trendów.

Również wybór miejsca studiów był bardzo trafny, ponieważ w tym okresie chemia stawała się właśnie w Niemczech najbardziej rozwojowym przemysłem. Studia rozpoczął w Wyższej Szkole Handlowej w Dreźnie, a następnie studiował chemię na Politechnice Drezdeńskiej i uzyskał dyplom inżyniera chemika w 1882 r.

Roczną praktykę chemiczną odbył w znanym laboratorium prof. Hulwy we Wrocławiu na stanowisku asystenta. Na dalsze studia przeniósł się do Berna w Szwajcarii, gdzie na wydziale filozoficznym tamtejszego uniwersytetu wykonał pracę doktorską i otrzymał stopień doktora filozofii. Rozpoczął pracę jako asystent u prof. Nenckiego. Po uzyskaniu habilitacji otrzymał stanowisko docenta Uniwersytetu Berneńskiego i prowadził wykłady z syntezy związków organicznych na tym uniwersytecie.

Synteza chemiczna była również przedmiotem jego publikacji naukowych. Dokonał syntezy nowej substancji o właściwościach słodzących i nazwał ją „dulcyną”. Otrzymana substancja wykazywała właściwości słodzące podobne do sacharyny, miała jednak nad nią tę przewagę, że korzystniej działała na organizm ludzki. Józef Berlinerblau otrzymał patent na jej produkcję i sprzedał go firmie niemieckiej produkującej sacharynę. W 1884 r. przyjechał na urlop do Warszawy. Podczas urlopu otrzymał zaproszenie do zwiedzenia nowej fabryki powstałej w 1883 r., w której pojawiły się trudności rozruchowe wynikające z jakichś błędów konstrukcyjnych. Fabryka chemiczna o nazwie „Radocha” znajdowała się koło Sosnowca. Berlinerblau zaproszenie przyjął i po zbadaniu instalacji wykrył przyczyny kłopotów oraz podał sposoby ich usunięcia.

JozefBerlinerblau-zonaPo wykonaniu jego zaleceń fabryka ruszyła. Sukces ten sprawił, że w jego życiu dokonał się wielki przełom. Kierownictwo fabryki złożyło mu bowiem natychmiast propozycję objęcia stanowiska dyrektora technicznego „Radochy”. Berlinerblau również natychmiast tę propozycję przyjął. Postawił jednak warunek, że w fabryce urządzi też laboratorium badawcze, w którym będzie mógł prowadzić badania naukowe. W latach 1884–1901 był technicznym kierownikiem fabryki „Radocha”, w której m.in. wytwarzano wyroby na bazie wosku ziemnego.

rodzinaBerlinerblauW 1900 r. Berlinerblau objął kierownictwo wyprawy naukowej na Kaukaz oraz na znajdujący się po drugiej stronie Morza Kaspijskiego półwysep Czeleken w celu zbadania znajdujących się tam złóż wosku ziemnego. W tym samym okresie wyjeżdżał w celach badawczych do Zagłębia Borysławskiego. Owocem tych wypraw jest obszerna praca naukowa wydana w postaci książki pt. Erdwachs, Ozokerit und Cerezin / Wosk ziemny, ozokeryt i cerezyna. Praca ta przez wiele lat była podstawowym źródłem wiedzy o tych surowcach. Zakłady „Radocha” musiały sprowadzać wosk ziemny aż z Kaukazu ze względu na zaporowe cła na import wosku z Zagłębia Borysławskiego w Galicji. Sytuacja była analogiczna jak wprzypadku soli kamiennej z Wieliczki, której import do Królestwa był również nieopłacalny z powodu nałożenia wysokiego rosyjskiego cła.

W tym czasie pojawiło się nowe wyzwanie. Tak się bowiem złożyło, że Józef Berlinerblau był spowinowacony przez żonę Helenę z domu Oppenheim z właścicielami tak „Radochy”, jak i fabryki jutowej „Stradom”. Właściciele zaś docenili jego zdolności wynalazcze i organizacyjne i uznali, że są one niezbędne do utrzymania się „Stradomia” na rynku i dalszego rozwoju fabryki poprzez unowocześnienie przestarzałych maszyn i urządzeń włókienniczych, tym bardziej, że w Zakładach „Radocha” dyrektorem był również zdolny dr Artur Likiernik, wykształcony w Szwajcarii i z dużą praktyką przemysłową we Włoszech.

W tej sytuacji właściciele powołali Berlinerblaua do Zarządu Spółki Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom” i powierzyli mu stanowisko prezesa spółki. Nie opuścił on przy tym Zakładów Chemicznych „Radocha” i pozostał nadal członkiem zarządu. Józef Berlinerblau nie zawiódł właścicieli. W latach 1901–1914 udoskonalił i powiększył fabrykę, wykorzystując przy tym opracowane przez siebie patenty i pomyślnie wywiązał się z postawionego zadania. Józef Berlinerblau pozostał na stanowisku prezesa zarządu Częstochowskich Zakładów Włókienniczych „Stradom”, pełniąc tę funkcję od 1901 r. aż do śmierci w 1935 r. Podobnie w Zakładach Chemicznych „Radocha” pozostał członkiem zarządu aż do końca życia.

Józef Berlinerblau będąc prezesem Stradomia, nie myślał tylko o swojej fabryce, lecz pracował także społecznie nad rozwojem oświaty chemicznej, nad szerzeniem wiedzy o roli nauki w społeczeństwie, które na gruncie indywidualnej przedsiębiorczości i zbiorowej współpracy dbało o umacnianie własnej aktywności przemysłowej i naukowej, podobnie jak wówczas robiły to Niemcy i inne kraje Europy kultywujące ducha przedsiębiorczości, i to w każdej dziedzinie. Równocześnie pracował naukowo i był zaangażowany w prace organizacji naukowych, w Kole Chemików przy Muzeum Przemysłu i Rolnictwa i w Stowarzyszeniu Techników. Do dyspozycji otrzymał laboratorium w Szkole Wawelberga i Rotwanda. Kierownikiem laboratorium był Jerzy Boguski, brat cioteczny Marii Skłodowskiej-Curie. Prace naukowe w tym laboratorium Berlinerblau prowadził wieczorami i w niedziele. W Chemiku Polskim opublikował w 1903 r. przyczynek do oznaczania węglowodorów parafinowych. Brał aktywny udział w pracach sekcji chemicznej.

W 1905 r. w Chemiku Polskim pojawiła się informacja, że w jednym z punktów porządku dziennego zebrania Sekcji Chemicznej p. dr J. Berlinerblau zademonstruje zamianę magnezu w azotek magnezu oraz przedstawi ogniotrwałe chemiczne naczynia z masy korundowej. Z wielkim zaangażowaniem J. Berlinerblau występował na rzecz rozbudzenia w Polsce zainteresowania sprawą stworzenia własnej krajowej bazy surowcowej do produkcji i oczyszczania terpentyny, kalafonii i innych substancji znajdujących się w żywicy drzew iglastych. Berlinerblau prowadził takie badania w lasach kieleckich. W 1907 r. Chemik Polski doniósł, że w dniu 23 marca w Sekcji Chemicznej porządek dzienny wypełnił odczyt dra Józefa Berlinerblaua o żywicy sosnowej i sposobach jej otrzymywania.

Interesująca jest zamieszczona relacja z tego spotkania: Prelegent poświęcił kilka słów wstępnych historycznemu rozwojowi produkcji ciał organicznych w ogóle, w którym po okresie wyłącznego korzystania z zasobów roślinnych i zwierzęcych, nastąpił wielce owocny okres spożytkowania zasobu związków organicznych kopalnych, a tym samym objęcia roli syntetyka jakim była przyroda przez człowieka. Okres ten jak przewidzieć łatwo skończyć się musi, gdyż źródła węgla kamiennego wyczerpią się z czasem. Czy wrócimy wówczas znów do korzystania z chemizmu roślin i zwierząt? Prelegent zaprzecza możliwości tego kroku wstecz, a przewiduje natomiast, że zdołamy, nim chwila ta nastąpi, naśladować czynność twórczą roślin budujących najbardziej złożone związki organiczne z CO2, H2O i N. Zwracając się do właściwego tematu prelegent przedstawił szczegółowo następujące jego strony: Skład chemiczny żywicy i jej produktów przerobu: terpentyny i kalafonii. Pochodzenie żywicy: gatunki drzew smołowych, ich budowę, a w szczególności powstawanie i rozmieszczenie przewodów smolnych. Techniczną stronę eksploatacji drzew żywicznych, stosowanej na szeroką skalę w Ameryce Północnej, południowej Francji i Lasku Wiedeńskim, a posiłkującej się umyślnym nacinaniem (kaleczeniem) drzew. Kwestię podjętą przez siebie wprowadzania tego przemysłu w naszym kraju. Zajmujący odczyt […] wysłuchano z wielką uwagą i uznaniem […] przeto szczegółowe zbadanie kwestii „żywicowania” u nas, zainicjowanej przez p. dra Józefa Berlinerblaua, godne są uwagi naszych chemików.

patentBerlinerblauW lutym 1910 r. na posiedzeniu Koła Chemików, któremu przewodniczył J. Boguski wybrano delegację Koła na zebranie organizacyjne Koła Przemysłowców, które otrzymało pozwolenie na przekształcenie się w Towarzystwo Przemysłowców z prawem tworzenia kół. Delegatami zostali wybrani panowie Boguski, Berlinerblau i Drozdowski. W dniu 9 marca 1910 r. odbyło się zebranie organizacyjne grupy chemicznej Towarzystwa Przemysłowców guberni Królestwa Polskiego. Po ukonstytuowaniu się grupy odbyło się zaraz drugie zebranie grupy chemicznej pod przewodnictwem Tomasza hr. Potockiego w sprawie żywicowania sosny naszych lasów. Postanowiono założyć cztery fabryki, przy czym: do projektowanej destylarni w Bliżynie zgłosili się pp. Jan i Władysław hr. Zamoyscy, Z. hr. Wielopolski, S. hr. Dembiński, St. ks. Lubomirski i J. hr. Tarnowski […], do destylarni wileńskiej zapisał się B. hr. Tyszkiewicz […], do destylarni homelskiej należy p. Seweryn Doria-Dernałowicz, a przyszła destylarnia święciańska ma deklarację p. Wład. Łęskiego. Uczestnicy zgłaszali również powierzchnie lasów, które miały zostać objęte przedsięwzięciem żywicowania. Znaczne udziały zadeklarowali również przemysłowcy, jak pan Serejski, który rocznie importuje z Ameryki Północnej 200 tysięcy pudów tych produktów, p. D. Kraushar i inni. Idea Józefa Berlinerblaua nabierała realnych kształtów. Niestety wybuch wojny w 1914 r. zdezaktualizował to przedsięwzięcie.

J. Berlinerblau aktywnie uczestniczył również w pracach nad utworzeniem Polskiego Towarzystwa Chemicznego. W 1908 r. ukazał się w Chemiku Polskim projekt statutu Polskiego Towarzystwa Chemicznego opracowany przez dr J. Bieleckiego, dr J. Berlinerblaua, Wł. Lepperta, dr. Bolesława Miklaszewskiego i T. Miłobędzkiego. Na uwagę zasługują odczyty i artykuły J. Berlinerblaua obrazujące charakter i trendy rozwojowe przemysłu i nauki w Europie Zachodniej. W Chemiku Polskim w 1905 r. ukazał się w siedmiu odcinkach obszerny artykuł pod tytułem Rozwój przemysłu chemicznego nad Górnym Renem, w którym Berlinerblau napisał: Dziś, kiedy stoimy w przededniu naszych ceł ochronnych i kiedy skutkiem oczekiwanych reform ustroju społecznego spodziewać się można bez wątpienia w niedalekim czasie nowego powiewu ożywczego ducha przedsiębiorczości i pracy, jest może na dobie opowiedzieć czytelnikom naszym, w jaki sposób powstał ten olbrzymi przemysł chemiczny w nadreńskiej dzielnicy niemieckiej. Artykuł ten powstał na podstawie odczytów wygłoszonych w Mannheimie przez Henryka Caro, byłego dyrektora BASF i wybitnego uczonego. W 1908 r. Berlinerblau zwiedził wystawę francusko-angielską, która odbyła się w Londynie na terenach wystawowych w Shepherd’s Bush. Swoje spostrzeżenia i refleksje przedstawił w odczycie opublikowanym w Chemiku Polskim pt. O udziale chemii naukowej w przemyśle angielskim, który zakończył słowami: Nie wątpię ani na chwilę, że w krótkim względnie czasie będziemy świadkami, jak duch badań naukowych będzie stopniowo, co raz więcej przenikał do angielskiego przemysłu chemicznego w ten sam sposób, jak to miało miejsce w Niemczech.

Trzeba powiedzieć, że J. Berlinerblau nie pomylił się w swojej ocenie, tym bardziej, że w obecnym czasie duch badań naukowych rozprzestrzenił się na cały świat i zajął naczelne miejsce w działalności ludzi.

Józef wraz z żoną Heleną udzielali się społecznie także w sferze socjalnej i od 1911 r. byli członkami Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”, biorąc czynny udział w jego pracach. W tym samym Towarzystwie działał również Janusz Korczak.

J. Berlinerblau przez pierwszy rok wojny przebywał przymusowo w Szwajcarii. Do Polski, do Warszawy, wrócił na początku 1916 r. Od razu przystąpił do pracy w „Stradomiu” i mimo ogromnych trudności udało mu się doprowadzić do uruchomienia tam produkcji szpagatu oraz tkanin z przędzy papierowej. Uchroniło to fabrykę przed zarekwirowaniem maszyn i urządzeń przez okupacyjne władze niemieckie, które na ziemiach polskich traktowały niewykorzystany park maszynowy jako niepotrzebny i podlegający rekwizycji i wywozowi do Niemiec.

Po odzyskaniu niepodległości natychmiast pojawił się problem finansów i uzyskania kredytu na uruchomienie Stradomia. Berlinerblau udał się w tym celu do Anglii, gdzie taki kredyt otrzymał. Innym bardzo ważnym problemem był rozwój, powiększanie produkcji i asortymentu produktów. Pracował też nad zelektryfikowaniem napędu maszyn włókienniczych. Uzyskał wiele patentów, tak krajowych, jak i zagranicznych. Rozbudowywał fabrykę.

Po wojnie niestrudzenie propagował uprawę lnu w Polsce. Wspólnie z ziemianami zakładał trzeparnie do oczyszczania lnu na Wileńszczyźnie i w województwie poznańskim. Brał czynny udział przy organizowaniu Polskiego Urzędu Patentowego, przy układaniu taryf celnych i taryf kolejowych. Nie trzeba dodawać jak ważne dla fabryki były te działania, ponieważ właściwe ustawienie ceł i taryf decyduje o opłacalności produkcji i o konkurencyjności wytwarzanych wyrobów, nie-kiedy w większym stopniu niż doskonalenie technologii. Ponadto ten zewnętrzny zespół czynników, jakimi są taryfy i cła ma wpływ na wysokość płac, niezależnie od gospodarności samej fabryki. Dzięki swojej rozległej wiedzy i aktywności Berlinerblau został wybrany do Zarządu Związku Przemysłu Włókienniczego w Łodzi. Był również członkiem Rady Centralnego Związku Przemysłu Polskiego. Niewątpliwie wyższe studia handlowe, które ukończył w Niemczech dały mu do takiej rozległej działalności szczególne kwalifikacje. Uczestniczył w tworzeniu Polskiego Towarzystwa Chemicznego i był jego aktywnym członkiem. W dniu 11 listopada 1929 r. dr Józef Berlinerblau, Dyrektor Zarządzający Sp. Akc. „Stradom”, wybitny znawca zagadnień przemysłu chemicznego został odznaczony, z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości, Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Tak szeroka działalność J. Berlinerblaua nastawiona na pomoc przemysłowi, ludziom i państwu w jego rozwoju znalazła swój wyraz w pięknym i ciepłym wspomnieniu pośmiertnym napisanym na łamach czasopisma Przemysł Chemiczny: Dr Józef Berlinerblau był przemysłowcem wielkiej miary. Cechowała go prawość charakteru, niezwykła pracowitość i umiejętność kojarzenia badań naukowych z działalnością techniczną. Wielka energia wewnętrzna i szeroka skala zainteresowań dra Józefa Berlinerblaua sprawiły, że nie ograniczał się do pracy ściśle zawodowej, lecz pracował również na polu społecznym. Przyjmował gorliwy udział w pracach Polskiego Towarzystwa Chemicznego, oraz zrzeszeń gospodarczych […], a sfery przemysłowe otaczały go przez wiele lat szacunkiem i sympatią. Dr Józef Berlinerblau został pochowany na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

Zacierki, mleko i ziemniaki

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Zacierki i mleko

Nie mam pojęcia dlaczego i skąd, może nauczyła się tego od Babci Hali, ale Mama wspaniale potrafiła robić zacierki. Moja siostra twierdzi, że mąka w dzisiejszych czasach już nie jest tą samą mąką, którą sprzedawano w sklepach w latach 50 i 60, bo od lat 70 przetwarza się genetycznie pszenicę, która przez to ma coraz więcej glutenu i… Okropieństwa, nawet nie chce mi się o tym pisać, ale rzecz w tym, że rzeczywiście nie da się już zrobić zacierek takich, jak je robiła Mama. Małe, zwarte i ścisłe, ale wcale przez to nie twarde kulki. Mama ugniatała sporą kulę z mąki i wody. Wkładało się ją do miski i palcami odrywało z niej małe kawałki, które szybko trzeba było obrócić między palcami – każdą grudkę osobno – tak by stały się zaokrąglone. Gotowe niewielkie porcje trzeba było albo od razu ugotować w osolonej wodzie i wyjąć łyżką cedzakową na półmisek, albo rozłożyć na ściereczce, żeby się nie posklejały i lekko przeschły, a potem ugotować wszystkie razem. Zacierki można było jeść z rosołem, co uwielbiałam lub z zupą mleczną, czego nie cierpiałam, ale ja w ogóle nie lubiłam zup mlecznych, bo mleko często się przypalało, a zawsze były w nim kożuchy. Odrazę do kożuchów miałam po Mamie i po jej wujku, Dziadku Wiktorze.

O Dziadku przechowała się opowieść z czasów jego uwięzienia w obozie w Stutthofie. Dziadek był elektrykiem i funkcyjni obozowi często go wzywali, żeby im coś naprawił. Dostawało się za to na pewno dodatkową porcję zwykłego jedzenia, a często wręcz jakiś smakołyk. Zdarzyło się, że kucharz, Polak, więzień zresztą, dał Dziadkowi w nagrodę kubek gorącego mleka z grubą (pożywną!) warstwą kożucha. Dziadek odmówił wypicia tego świństwa, czym się bardzo i autentycznie naraził.

Klasyczny przepis na zacierki jest TU, ale wydaje mi się, że Mama nie dodawała jajka.

mamababciahalaMama z Babcią Halą, żoną Dziadka Wiktora.
Dla wyjaśnienia: Halina i Wiktor Ostrowscy byli rodzicami Janiny Kowalskiej, mojej ciotki, i dziadkami Małgosi i Marii, moich kuzynek. Byli jednak również naszymi Dziadkami, bo rodzice Mamy zginęli podczas wojny, a Ojca umarli wkrótce po wojnie. Natomiast Babcia Hala i Dziadek Wiktor wspaniale spełniali w stosunku do nas obowiązki rodzonych dziadków.

Ziemniaki

Mama nie lubiła gotować ziemniaków, zapewne dlatego że nie lubiła ich obierać, bo jak mogła dopaść którąś z nas (niestety, byłam to głównie ja), to natychmiast zasadzała ją do obierania ziemniaków. Siedziało się nawet nieźle, bo można sobie było z Mamą pogawędzić, ale samo obieranie nie było przyjemne.

Po pierwsze zaczynało się od tego, że trzeba było iść do piwnicy i przynieść ziemniaki w misce lub wiaderku. Mama tego nigdy nie robiła. Nie wiem, czy przez całe swoje życie na Grunwaldzkiej choć raz była w piwnicy. Mogę ją zrozumieć. Trzeba było wyjść na dwór, obejść schody na około i tam z boku było wejście do piwnicy. Często było tam ciemno, bo żarówki nie było, przepaliła się albo ktoś ją ukradł, co dziwne, bo obok piwnic była też kotłownia, w której zimą codziennie o świcie palił pan Sarnecki, i było też mieszkanie. Czyli palacz i lokatorzy musieli tamtędy chodzić, trudno więc zrozumieć, dlaczego było ciemno. Ale było. Piwnica była zatęchła, a jak był przednówek i góra kartofli zmieniała się w brudne klepisko, z którego trzeba było wybierać pojedyncze okazy, na bocznej ścianie piwnicy pokazywały się drzwi. Były na stałe zamknięte i łączyły się prawdopodobnie po prostu z sąsiednią piwnicą, ale we mnie budziły jasną zgrozę. W ogóle piwnica kojarzyła się w sposób straszliwy z wojną i trzeba było siły woli, żeby tam wejść, wrzucić nie patrząc porcję kartofli do pojemnika i jak najszybciej uciec.

Ale również ziemniaki kupione w sklepie były paskudne. Dziś już pewnie tego nikt nie pamięta, ale ziemniaki za czasów komuny były zawsze oblepione błotem. Jeśli błoto było zaschnięte, to trzeba je było z trudem odłupywać, a jeśli było mokre, oznaczało to zazwyczaj, że pod spodem znajduje się gnijący ziemniak i śmierdzi.

Mama, jeśli już w ogóle musiała obierać ziemniaki, robiła to w gumowych rękawiczkach, jeśli oczywiście akurat je posiadała, ja jednak nie znosiłam pracy w rękawiczkach (zostało mi do dzisiaj). Tu jednak muszę dodać, że jestem wprawdzie archeolożką, ale nie znoszę mieć brudnych rąk. Jeśli połączyć to z awersją do rękawic domowych, kuchennych czy ogrodniczych, uzyskamy obraz kompletnej niemożności, do której się jednak będąc dzieckiem czy młodą dziewczyną nie miało prawa.

No więc obieram ziemniaki. Nie wychodzi mi to zgrabnie, ziemniaki są prawie kwadratowe w przekroju, obierki grube i nieforemne. Oczywiście po pewnym czasie uczę się, jak to zrobić, żeby obrany ziemniak przypominał raczej kulę lub jajo niż kostkę. W wieku 11 lat potrafiłam już ugotować wszystko, umiałam też porządnie obierać ziemniaki. Gdy miałam lat 12 i Mama wyjechała do sanatorium, a Karusia była w szpitalu, to ja prowadziłam dom. No tak, to o czym to ja… ach, ziemniaki. Obieranie ziemniaków trwało w nieskończoność, a one same, już po obraniu, zawsze były brudne.

Po jakimś czasie z nadzieją w głosie pytałam Mamę, czy starczy, a Mama, nieodmiennie, nie patrząc w ogóle do garnka, żeby ocenić mój urobek, odpowiadała: jeszcze ze trzy…

Ostatnim problemem komunistycznych ziemniaków było to, że nie dawało się ich ugotować tak, żeby na końcu otrzymać suche, gorące ziemniaki. Dziś robimy to odparowując resztki wody i potrząsając garnkiem z pokrywką, ale albo Mama nie znała tego sposobu, albo, co też możliwe, garnek z ziemniakami był za ciężki i Mama nie była w stanie go odparować i nim potrząsnąć. Ja jako dziecko też nie. Zresztą byłam po prostu za mała. Były to czasy, kiedy się jadało znacznie więcej niż dziś i na pięć osób plus nieodłączni goście trzeba było ugotować duży sagan kartofli.

PS

Moi kochani Czytelnicy, wydawałoby się, że nie ma najmniejszego powodu, żebym tu pisała o zacierkach i ziemniakach. Ale otóż powód jest. Jak już zapewne wiecie, po kilku latach pisania o Mamie dorywczo na różnych blogach, próbuję w tej chwili stworzyć o niej książkę. Materiału mam dużo i musiałam go jakoś ogarnąć. Wprowadziłam więc dość surowe ograniczenia:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co pamiętam i o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam (a i to nie wszystko), a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo prowadziłam ich w sumie pięć. I wszędzie pojawiała się również Mama.

Te zasady już tu gdzieś opublikowałam, ale muszę je przypomnieć z uwagi na zacierki. Bo podczas pisania książki zebrałam, głównie zresztą z ukochanego blogu Jak udusić kurę…, sporo opowieści o tym, jak Mama funkcjonowała w kuchni. Pojawił się ryż, była herbata, zielona galaretka, omlet. Myślałam, że to starczy, ale zacierki i ziemniaki przypomniały mi się któregoś dnia tak dobitnie, że musiałam o nich napisać. A skoro tak, to żeby się samej dopasować do własnych zasad, musiałam te dwa rozdzialiki umieścić również na blogu.

Smacznego.

I była chwila ciszy…

Lektury

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

Podobnie jak rozmowy, tak i lektury bardzo silnie związały mnie z Mamą. Przejęłam chyba cały zestaw jej ulubionych książek, których nie wolno było za żadne skarby świata nikomu pożyczyć. I ja, mimo iż miałam do własności, swojej i cudzej, stosunek nader lekceważący (nadal mam), chyba rzeczywiście nigdy nie nikomu nie pożyczyłam żadnej z ukochanych książek Mamy. We wpisach na blogach w różnych kontekstach pojawiła się większość tych książek, ale chyba nie wszystkie. Nie pretendując do jakichkolwiek prób usystematyzowania wiedzy o lekturach Mamy, wymienię tu te, które do dziś zachowałam w pamięci.

szekspir-dulacBolesław Chrobry Antoniego Gołubiewa, 7 tomów
W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, również 7 tomów
Tajemnice motyli Stefanii Szuchowej w wydaniu z lat 30 z ilustracjami Norblina
Cóż za pomysł Tato! Williama Saroyana
Siedemnastolatek Bootha Tarkingtona
Kubuś Puchatek A.A. Milne’a
Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej
Burza Szekspira w oryginale w wydaniu z roku 1908 z ilustracjami Edmunda Dulaca
Saga rodu Forysthe’ów Johna Galsworthy’ego
Saga rodu White’oków, a zwłaszcza I tom – Jalna Mazo De La Roche
A lasy wiecznie śpiewają Trygve Gulbranssena
Imitacja życia Fanny Hurst
Tajemniczy opiekun Jean Webster
Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery, tej od Ani z Zielonego Wzgórza
Byłam brzydką dziewczyną Anne-Marie Selinko
Berenika obcina włosy opowiadanie Francis Scotta Fitzgeralda z tomu Odwiedziny w Babilonie
Spowiedź Chinki Pearl S. Buck
Moja piękna Mama Mathilde Walewskiej

Siedem ostatnich pozycji to w gruncie rzeczy wciąż ta sama historia o brzydkim kaczątku, które staje się piękną, podziwianą i kochaną kobietą, przy czym w Imitacji życia jest to jeszcze kobieta, która samodzielnie osiągnęła nie byle jaki sukces finansowy. Szekspir i Szuchowa znalazły się na tej liście przede wszystkim z uwagi na wydanie i wspaniałe secesyjne ilustracje. Mama wprawdzie twierdziła, że nie lubi secesji, ale jak się wyrastało jako młoda panna w latach 30 ubiegłego wieku, nie można było nie polubić na całe życie ideału urody tamtych czasów, ideału bezwzględnie opartego na secesyjnych wzorcach, z lekka tylko unowocześnionych po I wojnie światowej. Te wszystkie obcięte na pazia rude kobiety z połyskującym hełmem gładkich włosów. Cudo! Obie sagi i Trygve Gulbranssen, podobnie zresztą jak Gołubiew, to po prostu wspaniałe historie rodzinne, wielopokoleniowe, skomplikowane, pozwalające na długo, na bardzo długo uciec od rzeczywistości, Proust to europejskie wyzwanie kulturalne, polski sprawdzian europejskości, a reszta to po prostu miłe książki dla dzieci i młodzieży, nie skażone komunistyczną retoryką i stylistyką.

Dziwnym wyjątkiem jest na tej liście Bożek ciepła rodzinnego Marii Opolskiej, polska współczesna powieść nikomu nie znanej pisarki, dodajmy nieznanej ani przedtem ani potem. Książka została wydana w roku 1962, nikt jej nigdy nie wznowił, a w antykwariatach można ją kupić za 3 złote. Książki nie ma na chomik.pl ani w biblionetce, w sieci nie ma recenzji ani opisów. Nie potrzebuję ich, świetnie pamiętam tę książkę, ale chciałam sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie ją jeszcze wspomina. Po długich poszukiwaniach znalazłam jedno zdanie na jej temat: Książka opowiada o troskach i radościach inteligenckiej polskiej rodziny, jej przyjaciół i znajomych. To prawda, o tym jest ta książka, ale aż się prosi, by ktoś jej dodał w opisie to obleśne słówko, bez którego dziś nie ukaże się żadna współczesna powieść przeznaczona dla kobiet: ciepła. Człowiekowi się z mety odechciewa czytania pozycji, którą tekściarz wydawnictwa określił tym słowem. A jednak, jak teraz myślę o Bożku ciepła rodzinnego, to wiem, że gdybym była tekściarzem, to bym opisała tę powiastkę tym właśnie cholernym słowem: ciepła!
Czy muszę dodawać, że bożkiem ciepła rodzinnego jest kot?
Myślę, że to w tej książce Mama widziała siebie współczesną – zwykłą kobietę, żonę, obarczoną zwykłymi kłopotami, w rzeczywistości, która nie wywoływała żadnego entuzjazmu, ale nie przywalała też grozą. W 1962 roku pamięć tragedii wojennej już nieco zblakła, po prawie 20 latach można było chyba mieć nadzieję, że to, co człowiek aktualnie ma – zwykłe życie – będzie w miarę trwałe. Minęło już kilka lat od ostatniego polskiego przewrotu, października, kiedy zaczęła się odwilż, a więc i ustrój też już nie był wiszącym na co dzień nad głową mieczem Damoklesa. I dodajmy, ohyda rozgrywek wewnątrzpartyjnych i nagonki antysemickiej jeszcze się nie zaczęła. Było życie codzienne, na tyle miłe, na ile my sami i nasi przyjaciele mogliśmy je sobie miło ukształtować. Było raczej biednie, ale przecież nie nędznie, a przy tym właściwie, poza prywatną inicjatywą i jednym czy drugim lekarzem praktykującym prywatnie, nikt w otaczającym świecie nie żył lepiej czy bogaciej. I była chwila ciszy, i powietrze stało…

A był jeszcze w książce Opolskiej jeden czy drugi prościutki symbolik wskazujący, że nasze prywatne życie, to z ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu, życie artystki i żeglarza z dwiema córkami, znajduje tu swoje odzwierciedlenie. I nie był to bynajmniej tylko kot, bo książka zaczynała się (mniej więcej) tak: Podczas niedzielnego spaceru w pobliskim lesie odkryliśmy całą masę ścieżek nie tkniętych ludzką stopą…

No to przecież my, my Boguccy, na takie właśnie spacery chodziliśmy. Cały świat był pełen ścieżek nie tkniętych ludzką stopą!

biwak-maleTam chodziliśmy na biwaki i spacery, nawet Mama wtedy jeszcze chodziła, szliśmy i szliśmy, aż Tata pokazywał w oddali jakiś siniejący punkt i mówił, tam, za tym drzewem zrobimy obiad. I tam, za tym drzewem, gotowało się makaron, wydobywało mielonkę turystyczną z puszki, kroiło na plastry ogórki z wielkimi pestkami. I zawsze był sierpień i już niedługo trzeba było iść do szkoły, ale jeszcze były wakacje, a potem kładliśmy się na wydmach, Kasia się bawiła jakimiś trawami, Tata natychmiast zasypiał, a my z Mamą czytałyśmy.

Droga do Santiago. Burgos

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze niedziela, 16 września

jezuswspodnicyPrzez wielką warowną bramę wchodzę do miasta, na plac z ogromną katedrą Najświętszej Marii Panny. Potęga. Wspaniały hiszpański gotyk. Dziesiątki kaplic, ołtarzy,  sarkofagów. Złote schody, srebrny rzeźbiony wóz, grób Cyda i Xymeny, klasztor z olśniewającymi krużgankami. Katedra jest biała i ma w sobie mnóstwo światła. Wszystkie zabytki związane ze świętym Jakubem zabrano na wystawę o Camino (obejrzę ją jeszcze, ale na razie tego nie wiem, oglądam więc tylko kolorowe obrazki), także Madonna Memlinga w stylu “flamenco” (flamandzki, jak sądzę) pojechała do Prado. Ciekawe, czy na zawsze? Natomiast na miejscu pozostał najważniejszy zabytek przechowywany w katedrze, też jak Memling z XIV wieku – krucyfiks z wychudzonym Jezusem w bordowej, aksamitnej spódnicy. Na zdjęciu znalezionym w sieci Jezus ma akurat białą spódnicę, ale jak to w Hiszpanii, świętych się przebiera co i rusz w nowe szaty – jak tam byłam, spódnica była bordowa, a tło, moim zdaniem, białe. Ale kto wie, może niedokładnie pamiętam. Na pewno jednak nie przypominała przylegających do ciała halek, jak tu na zdjęciu, tylko zawadiacko odstawała od nóg Jezusa, tworząc coś w rodzaju trapezu.

Miałam rację.

christos-de-burgosPodoba mi się ten kościół, ale od wczoraj mam trochę obaw, gdy wchodzę do hiszpańskiej świątyni. Im starsza i bogatsza, tym bardziej grozi wspomnieniami inkwizycji. Inkwizycja to musiał być biznes, jak przypuszczam, bo wszak nikt za darmo nie zajmował się przez kilka stuleci ściganiem odstępców, więzieniem ich, torturowaniem i paleniem na stosach. Inkwizycja działała od XIII wieku do XIX, siedemset lat. Kawał czasu. Potrzebna była infrastruktura i wykwalifikowani pracownicy. Inwestycje. Nakłady, które zgodnie z biznesplanem musiały się najpierw zwrócić, a potem zacząć przynosić zyski. Nam się wydaje, że to Eichmann był pierwszym człowiekiem, który stechnicyzował okrucieństwo i zamienił je w sprawnie funkcjonujący biznes, ale na pewno podobne założenia przyjęli twórcy gułagów, a przed nimi zapewne inkwizytorzy.

Siedzę na schodach za katedrą i cieszę się spokojem. Ponieważ jestem za katedrą i nic tu nie ma, nie ma też turystów. Ale jest tu zapewne jakiś śmietnik w okolicy, bo są muchy. Muchy! Cholery można dostać! Wracam przed katedrę.

O godzinie 19.30 będzie msza, ale nie wiem, czy dotrwam, bo to jeszcze 1,5 godziny, a ja jestem piesko śpiąca, zmęczona i głodna. Może raczej wrócę przez park do schroniska i podumam przez chwilę pod pomnikiem świętego Dominika de Calzada, o którym napis głosi, że był inżynierem Camino. Inżynier jako ten, kto zmienia, kto buduje. Na Drodze  było kilka takich postaci, które budowały i konstruowały – mosty, schroniska, przejścia, szpitale i cmentarze.

Burgos to bardzo ludyczne miasto. Na placu przed zamkiem rodzaj cyrku średniowiecznego, ale takiego, który tu i ówdzie przetrwał nawet do lat 20 ubiegłego wieku. Są budy z potworami (wstęp dozwolony dopiero od 8 lat), jakieś pseudopornosy na żywo (tylko dla dorosłych), teatrzyk cieni. Całe miasto pełne jest gier i teatrzyków. Natykam się na kościelny moralitet, a kawałek dalej na clowna, który bardzo śmiesznie gra na fortepianie. Pytanie, czy to akcja na zamówienie władz miasta, czy wciąż żywa tradycja?

Dziewczynki na skwerze uczą się grać na kastanietach. Piękna promenada z kunsztownie poprzycinanymi bukszpanami. Rynek z rzeźbą zegara. Placyk brukowany malutkimi kamyczkami. Kościół św. Agaty a obok Pescaria y Marinera Sant’Agata. Przez plac przechodzą muzycy, czy mi się wydaje, czy mówią po niemiecku? Przed domami suszarki, suszą się kolorowe ręczniki. W sklepach obłędnie kolorowa moda dla dzieci i szaro-czarna dla kobiet. Z odrobiną fioletu. Idę na mszę.

W kazaniu ksiądz mówi o miłosierdziu, Janie Pawle II i Faustynie Kowalskiej. Mężczyźni wchodzą do kościoła z ręką w kieszeni. Jeden w krótkich spodniach, jeden żuje gumę. Kobety w mocno wydekoltowanych sukienkach mini bez rękawów.

Gdy po mszy wychodzę przed katedrę jest chłodno i pada deszcz. Na kamiennej promenadzie jest ślisko, japonki ślizgają się paskudnie, mogę iść tylko drobnymi kroczkami – jak Japonka.

promenadeburgosMama miała rację, gdy jest ciężko, najpierw trzeba zadbać o konkrety, a dopiero potem płakać. First things first, jak mówią Anglicy. Czasem po zorganizowaniu rzeczy pierwszych już nie ma powodu, żeby płakać.

Dobranoc.

 

Wielka Wojna (12)

31 lipca 1944 w tajemniczych okolicznościach zginął Antoine de Saint-Exupéry. Wystartował z lotniska Bastia-Borgo na Korsyce i miał wykonać lot zwiadowczy nad Grenoble. Spadł do morza nieopodal wyspy Riou koło Marsylii. Do dziś nie wiadomo, czy pisarz był już za stary na wykonywanie takich zadań (pomyśleć, że miał zaledwie 44 lata) i zawiodły go siły i umiejętności, czy został zestrzelony, czy popełnił samobójstwo.

Małemu Księciu wpis ten dedykuję.

Ewa Maria Slaska

Przygody pilota Artura Chazanowicza podczas Wojny Światowej

chasanowiczDane mu było żyć bardzo krótko. Urodził się w rodzinie żydowskiej w roku 1982, zginął w roku 1915.
Jego rodzina pochodziła z Grodna i w literaturze (bądź co bądź wymienia się go w dwóch pozycjach książkowych – w obu ze zdjęciem) określa się go jako “Russe” – Rosjanin.  To oczywiście mogło oznaczać rzeczywiście Rosjanina, ale najczęściej oznaczało Polaka. Artur skończył studia, wybuchła wojna i chłopak postanowił zaciągnąć do armii. Był inżynierem, interesowały go maszyny, starał się więc o przyjęcie do jednostek piechoty zmotoryzowanej. Niestety kolejne komisje lekarskie wykrywały u niego niedomogi serca i odrzucały jego wniosek o wcielenie do armii pruskiej. Chłopak był jednak ambitny i uparty. Zgłosił się sam na badania do szpitala Charité, gdzie wydano mu atest, zaświadczający, że cierpi wprawdzie na silną neurozę serca, nie jest jednak chory i nie ma żadnej wady serca. Zaopatrzony w odpowiedni dokument zgłosił się do oddziału pilotażu wojskowego w Adlershof-Johannisthal. Został przyjęty z datą 1 lutego 1915 roku.

samoloty wojenne-kulikowska

Samoloty wojenne, rysunek wykonany przez Katarzynę Kulikowską specjalnie do naszej serii Wielka Wojna.

Przeszedł szkolenie piechura w Alt-Glieniecke koło Adlershofu, po czym zdał egzamin pilota w szkole w Johannisthal i został skierowany do szkoły zwiadowców w Jüterbog. Wysłany jako pilot z Berlina do Wrocławia (był to lot specjalny, ale o tym za chwilę), zginął podczas lotu powrotnego. Samolot nie poderwał się prawidłowo nad lotniskiem Breslau-Gandau (Gądów Mały).

kleingandauTu wszystkie dane są już poplątane. Miał polecieć we wrześniu i umrzeć po 4 dniach od katastrofy, 1 października. Ale może jednak poleciał w sierpniu, a umierał kilka tygodni, a nie kilka dni. Napis na grobie podaje inne dane niż obie książki, w których jego przypadek został opisany. Nie bądźmy drobiazgowi. Był młodym pilotem, został wysłany z “misją specjalną” do Wrocławia i podczas wypełniania obowiązków służbowych zginął.

judischefliegerNie zginął jednak w żadnym wypadku na polu bitwy, lecz…

chazanowiczlistOddajmy głos samemu zainteresowanemu.
W książce Doktora Feliksa Aarona Theilhabera pt. Jüdische Flieger, wydanej w roku 1919 w Berlinie, znalazł się bowiem list napisany przez młodego pilota do rodziców. Artur opisuje lot do Wrocławia i podaje, że następnego dnia leci z powrotem, a mianowicie do Drezna. Tego następnego dnia samolot uległ wypadkowi, a w jakiś czas potem Chazanowicz umarł. Sylwetka młodego pilota została też wymieniona w publikacji Simona i Hank o poległych żołnierzach żydowskich pochowanych na tzw. Polu Chwały (Ehrenfeld) na cmentarzu żydowskim w Weissensee w Berlinie. W obu książkach nie ma mowy na ten temat, dlaczego doszło do wypadku i w rezultacie do śmierci młodego pilota. Czy był zbyt niedoświadczony czy też dostał maszynę, w której coś się zepsuło, czy też zawiodła służba naziemna na lotnisku?

Wrocław, 25 sierpnia 1915 roku.

Kochani Rodzice!

Po czterogodzinnym locie, który cudownym zdarzeniem przebiegał przy wspaniałej pogodzie, wylądowałem we Wrocławiu. Takiego pięknego lotu jeszcze nigdy nie miałem i naprawdę mogłem dziś doświadczyć, jak piękny jest sport powietrzny. leciałem nad Spreewaldem, nad pojezierzem śląskim i dużymi miastami śląskimi, które się bez końca ciągną wzdłuż szos. Najpiekniejszy był jednak widok Sudetów, których sylwetki mieniącym się ciemnym błękitem odcinały się na tle jasnego nieba. Wysoko w górę wznosiła się Śnieżka, którą jakże chętnie odwiedziłbym z powietrza. Równie piękna była zaczynająca się za Sudetami Kotlina Kłodzka i wspaniała panorama Czeskich Gór. Pogoda się wprawdzie popsuła, gdy nadleciałem nad Odrę z jej statkami, które wyglądały jak małe kolorowe punkciki, ale szczęśliwie dotarłem do Wrocławia. Sam lot był wprawdzie nieco męczący, to był też jednakże najpiękniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory odbyłem. Na pokładzie miałem porucznika, który nie był najmilszy, ale to mi nie przeszkadzało. W ten sposób bowiem, samolotem, dotarł on z wizytą do Babci, by złożyć jej życzenia z okazji 75 urodzin. Na pewno będzie się tam niemożebnie puszył, czego to on nie może, może sobie na przykład kazać zaprząc do dorożki i wydać polecenie, “Dorożkarz, lecieć prosto do Wrocławia…”

W obu książkach nie pojawia się też pytanie, jak to było możliwe, że jakiś porucznik mógł sobie zaordynować lot samolotem wojskowym do miasta odległego o 400 kilometrów, po to, żeby odwiedzić babcię? Niestety Artur nie podaje nazwiska swojego pasażera. Ale historia podobała by się Szwejkowi i na pewno chętnie by ją opowiadał w sytuacjach, kiedy trzeba by było udowodnić, że prywata i znajomości nie popłacają. I że na takich machinacjach można nie tylko stracić życie, ale i zniszczyć mienie Armii Pruskiej, tak potrzebne na froncie.

***
PS. Z postacią Artura Chazanowicza zapoznałam się pisząc referat na temat tego, co można powiedzieć o obecności Polaków w Armii Pruskiej na podstawie grobów, cenotafów i tablic upamiętniających śmierć żołnierzy poległych podczas I Wojny. Referat zostanie odczytany dziś podczas konferencji, która odbyła się na Uniwersytecie w Kuala Lumpur w dniach od 6 do 8 sierpnia 2014 roku.

Reblog: Wielka Wojna (7)

I to się zdarzyło sto lat temu!

Jan Józef Kasprzyk

Wymarsz ku wolności

Latem 1914 roku spełniała się modlitwa, jaką w „Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego” zanosił do Boga Adam Mickiewicz. Zbliżała się „wojna powszechna za wolność ludów”. Konflikt między państwami, które w końcu XVIII w. doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej, rodził szansę powrotu Polski na mapy świata.

Symbolicznym aktem końca zaborów stało się obalenie słupów granicznych w podkrakowskich Michałowicach przez strzelców I Kompanii Kadrowej. Rankiem 6 sierpnia 1914 r. rozpoczął się ich marsz ku wolności, którego zwieńczeniem stał się po czterech latach 11 listopada 1918 roku.

Hej, strzelcy wraz

Serce ruchu niepodległościowego biło przed I wojną światową w Galicji. Dzięki autonomii, jaką Polacy mogli się cieszyć w zaborze austriackim, Józef Piłsudski i jego współpracownicy tu właśnie szkolili kadrę przyszłej armii. Kraków, Lwów, Stanisławów, Brzeżany i całe Podhale tętniły życiem strzeleckim. Jak słusznie zauważał w 1910 r. minister spraw wewnętrznych Rosji Makarow: „centrum polityczne sprawy polskiej leży obecnie nie w Królestwie, ale w Galicji. W Królestwie wszystko jest spokojne, w Galicji natomiast wszystko wre, tam organizują się półjawnie i jawnie oddziały strzelców pod wodzą Piłsudskiego, któremu lekkomyślnie pozwoliliśmy ujść z więzienia”.

Do organizacji strzeleckich zgłaszali się masowo młodzi studenci, robotnicy, chłopi, aby w szeregach „Strzelca” zdobyć umiejętności niezbędne do prowadzenia przyszłej walki. Ćwiczyli musztrę, strzelectwo, poznawali topografię zaboru rosyjskiego. Mundury kupowali za własne oszczędności, broń – często przestarzałą – dostarczali Austriacy. Dla większości z nich był to pierwszy kontakt z karabinem. Trudno zresztą się dziwić. Przeważali bowiem studenci i absolwenci medycyny, prawa, kierunków technicznych i… malarze.

Nie bez powodu krakowską Akademię Sztuk Pięknych nazwano w II Rzeczypospolitej kuźnią generałów. Sztalugi malarskie zamienili na mundur strzelecki Edward Rydz-Śmigły, Józef Kordian-Zamorski czy Czesław Jarnuszkiewicz. Młodzieży tej brakowało wprawdzie doświadczenia bojowego, a jako pokolenie „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu” nie poznali dotychczas, jak smakuje niepodległość, jednak nie brakowało im zapału. Jak stwierdzał obserwujący ich wysiłek Stefan Żeromski, byli przepojeni „niewzruszoną wiarą” w sens walki zbrojnej o wolność. Wierzyli w słowa Piłsudskiego, który przekonywał, że „w kryzysach i w boju zwycięstwo dokonuje się w tajnikach duszy ludzkiej. Szala zwycięstwa rozstrzyga się w sercu, woli, charakterze i umiejętności trwania u człowieka. W kryzysie technika ustępuje miejsca charakterowi”. Gdy wybuchła wojna, ruch strzelecki liczył kilkanaście tysięcy ludzi oddanych bezgranicznie sprawie niepodległości.

Ułani, ułani

Nieopodal krakowskich Błoń miłośnicy kwiatów, krzewów i drzew mogli podziwiać ciekawą ekspozycję otworzonej w 1912 r. Wystawy Architektury i Wnętrz w Otoczeniu Ogrodowym. Do sceny letniego teatrzyku prowadził szpaler pachnących oleandrów. W upalne lato 1914 r. słowo „oleandry” nabrało nowego znaczenia. W miejscu pelargonii, cyprysów, rozmarynów i malw zakwitły „żelazne kwiaty” – chłopcy w szarych mundurach i maciejówkach z polskim orłem, którzy przybywali na tereny powystawowe z różnych zakątków Polski, a także ze środowisk emigracyjnych, wykonując rozkaz mobilizacyjny swego Komendanta.

Wojna wisiała na włosku. Nadchodził czas „ugrania polskiej karty”. W nocy z 2 na 3 sierpnia, gdy pogasły już ogniska strzeleckie na Oleandrach, w stronę granicy z Rosją wyruszył siedmioosobowy patrol dowodzony przez Władysława Belinę-Prażmowskiego. Szli pieszo z rozkazem dokonania rozpoznania w pasie przygranicznym i z nadzieją, że… uda im się pozyskać gdzieś we dworach konie, bo – jak mówili – „marny jest zwiad spieszony”.

Zadanie było niebezpieczne, na miarę bohaterów powieści Sienkiewicza, który kształtował ich pokolenie. Nie bez przyczyny wybierali sobie pseudonimy odnoszące się do bohaterów Trylogii. Jeden z siódemki – Ludwik Skrzyński – wyruszał na zwiad, obrawszy sobie pseudonim „Kmicic”.

Dotarli ponad 50 km w głąb zaboru rosyjskiego. Konie pozyskało tylko pięciu, dwóch nosiło przez pewien czas siodła na plecach. Jak wspominał Kazimierz Sosnkowski: „wykonali znakomicie powierzone zadanie. Patrol spenetrował Słomniki, Miechów i Jędrzejów, ukazując się tu i ówdzie w mundurach i w pełnym uzbrojeniu. Lotem błyskawicy rozeszła się wieść o inwazji ’wielkich sił strzelca’. Drobne oddziały straży granicznej i policji uchodziły pospiesznie na północ. Jeszcze w tydzień później, podczas marszu na Kielce, mogłem na własne oczy oglądać w Jędrzejowie ślady popłochu, a więc akty mobilizacyjne, walające się po podłodze w urzędzie powiatowym”.

Siódemka powróciła szczęśliwie do Krakowa 4 sierpnia. Chyba nikt nie spodziewał się, że patrol Beliny otworzył nową kartę w dziejach polskiej kawalerii i że za sześć lat kawaleria ta, licząca na razie tylko siedmiu ułanów, rozgromi wielką Armię Konną Budionnego pod Komarowem.

To Pierwsza Kadrowa na wojenkę rusza

„Spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć za oswobodzenie ojczyzny”. Tych słów Komendanta Piłsudskiego wysłuchało ze wzruszeniem blisko 160 strzelców zebranych na zbiórce w Oleandrach późnym popołudniem 3 sierpnia 1914 roku.

Strzelcy z Komendantem Józefem Piłsudskim w Oleandrach – sierpień 1914 r. Fot. CAW

Pierwsza Kompania Kadrowa, nazwana popularnie Kadrówką, sformowana została z wyróżniających się członków Związku Strzeleckiego i Polskich Drużyn Strzeleckich. Organizacje te konkurowały dotychczas ze sobą, choć – rzecz jasna – miały ten sam cel działania. Aby zatarły się jakiekolwiek różnice i aby dokonać symbolicznego połączenia obu formacji tworzących Kadrówkę, Piłsudski odpiął ze swej maciejówki orzełka Związku Strzeleckiego i wręczył go dowódcy kompanii Polskich Drużyn Strzeleckich Stanisławowi Burchardt-Bukackiemu, otrzymując od niego w zamian tzw. blachę, czyli owalne oznakowanie noszone na czapkach członków PDS. W ślad za tym gestem wszyscy żołnierze powołani w skład kompanii dokonali między sobą podobnej wymiany. Od tej pory – jak stwierdzał Komendant – „jedynym waszym znakiem jest orzeł biały”.

Było to niezwykle młode wiekiem wojsko. Najmłodszy – Jerzy Morris-Malcolm ps. „Poraj” – przed dwoma tygodniami ukończył zaledwie 14 lat. Ponieważ wyglądał nad wiek dojrzale, podawał w ewidencji strzeleckiej fałszywą datę urodzin, dodając sobie pięć lat życia. Rzecz sprostował dopiero w okresie międzywojennym, gdy służył w baonie wartowniczym w Warszawie i Policji Państwowej.

Nieco starsi byli Adam Buczma i Józef Sujkowski, liczący sobie niespełna 16 lat. Pierwszy z nich służył później jako wachmistrz w Szwadronie Przybocznym Prezydenta RP, drugi po latach został wybitnym profesorem geologii i mineralogii na Uniwersytecie Warszawskim, a w czasie II wojny światowej kierował najpierw Biurem Studiów Kedywu Armii Krajowej, a później Wydziałem Operacyjnym Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza.

Z kolei najstarszym kadrowiakiem był Ignacy Boerner, przy czym słowo „najstarszy” jest i tak przesadne, jako że liczył sobie 39 wiosen. Ten syn pastora ewangelicko-augsburskiego, wybitny inżynier, miał za sobą już wspaniałą przeszłość niepodległościową. W 1905 r. był prezydentem tzw. Republiki Ostrowieckiej, tworzył struktury Związku Walki Czynnej i „Strzelca”. W latach międzywojennych piastował wiele funkcji w Wojsku Polskim i administracji cywilnej, których ukoronowaniem był urząd Ministra Poczt i Telegrafów sprawowany w kilku gabinetach.

W Oleandrach wszyscy byli równi stopniem. W rozkazie wygłoszonym do strzelców Piłsudski stwierdzał wyraźnie: „Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami. Nie naznaczam szarż, każę tylko doświadczeńszym wśród was pełnić funkcje dowódców. Szarże uzyskacie w bitwach”.

Nad nami Orzeł Biały

W inny sierpniowy czas tłumy warszawiaków stały na stokach Cytadeli. Wyrokiem sądu rosyjskiego na ustawionej szubienicy kończyli życie członkowie Rządu Narodowego na czele z Romualdem Trauguttem. Aby jeszcze bardziej upokorzyć przywódców powstańczej Polski, rosyjska orkiestra grała tanecznego walca. Na przekór tej hańbie lud stolicy runął na kolana przed Rządem Narodowym i śpiewał ze łzami w oczach suplikacje „Święty Boże, Święty mocny…”.

Dokładnie pół wieku później, 5 sierpnia 1914 r., w Oleandrach trwali w gotowości bojowej spadkobiercy insurekcji 1863 roku. Nazajutrz, jeszcze przed wschodem słońca, ogłoszono alarm. Ulicami uśpionego Krakowa Kadrówka ruszyła na północ – ku granicy z imperium rosyjskim. W Michałowicach przed posterunkiem granicznym dowódca kompanii Tadeusz Kasprzycki zatrzymał strzelców. „Przed nami ziemia od lat w niewoli! Idziemy ją wyzwolić!” – zawołał.

Świadomość dowodzenia pierwszym polskim oddziałem od czasów Powstania Styczniowego potęgowała poczucie ogromnej misji i obowiązku wobec Polski. Kasprzycki nie krył wzruszenia, gdy po śmierci Piłsudskiego spisywał jako minister spraw wojskowych swoje wspomnienia. Nie krył go również wtedy, gdy na kilka lat przed śmiercią powracał do sierpnia 1914 r. w audycjach emitowanych na falach Radia Wolna Europa w latach 60. Na jego rozkaz obalono słupy graniczne rozerwanej przez zaborców Polski i podeptano portret cara wiszący w komorze celnej.

Ruszyli ku Kielcom. Pierwsi od pół wieku żołnierze z polskimi orłami i polską komendą wkroczyli na teren zaboru rosyjskiego. Pierwsi polscy żołnierze w tej wojnie… Towarzyszyła im pieśń, której brzmienie przerwali brutalnie Rosjanie, pacyfikujący Powstanie Styczniowe: „Hej, strzelcy wraz! Nad nami Orzeł Biały…”. Wierzyli, że z tą pieśnią poderwą Naród do kolejnego powstania. Wzmacniał tę wiarę Piłsudski, ogłaszając, że w Warszawie powstał Rząd Narodowy, pod którego przewodnictwem muszą zjednoczyć się wszystkie siły polskie. Była to wprawdzie swego rodzaju polityczna fikcja, ale miała służyć obudzeniu zastraszonego i uśpionego po klęsce ostatniej insurekcji społeczeństwa.

A nasi strzelce zdobyli Kielce

Pułkownik Józef Piłsudski ze sztabem przed Pałacem Gubernialnym w Kielcach w 1914

Rosjanie na wieść o maszerujących oddziałach polskich opuszczali swoje posterunki w Słomnikach, Miechowie, Jędrzejowie i Chęcinach. Wraz ze strzelcami wracała Polska. Ustanawiano komisariaty wojsk polskich i usuwano z gmachów publicznych napisy w języku rosyjskim, zastępując je polskimi.

W ślad za Kadrówką nadciągały następne kompanie dowodzone przez Mieczysława Norwid-Neugebauera, Stanisława Zosika-Tessaro, Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza. Siły strzeleckie liczyły już ponad tysiąc sześciuset żołnierzy. W okolicach miejscowości Brzegi strzelcy sforsowali Nidę. W Słowiku pod Kielcami, gdzie zatrzymano się na nocleg, zawiązany został Batalion Kadrowy, którego dowództwo objął Kazimierz Herwin-Piątek. 12 sierpnia Batalion wkroczył do Kielc. Strzelcy zajęli ważne punkty miasta, m.in. dworzec kolejowy i stoczyli walki z Rosjanami na folwarku Czarnów, a także w okolicach Szydłówka i Zagórza. Niestety, nazajutrz wobec okrążenia miasta przez przeważającą liczebnie armię rosyjską musieli opuścić Kielce i przez Karczówkę, Brusznię, Białogon i Słowik wycofać się do Chęcin.

Odwrót był bolesnym doświadczeniem, ale znacznie bardziej bolał brak oczekiwanego wsparcia ze strony społeczeństwa, któremu nieśli wolność. Piłsudski pisał: „że szabla nasza była mała, że nie była godna wielkiego, dwudziestomilionowego narodu – nie nasza w tym wina. Nie stał za nami naród, bojący się spojrzeć olbrzymim wypadkom w oczy”. W pamiętnikach tamtego czasu znalazło się wiele przepełnionych goryczą relacji. Kapelan oddziałów strzeleckich kapucyn o. Kosma Lenczowski opisał, jak na jarmarku w jednej z miejscowości przemówił do tłumów, kończąc swe wystąpienie okrzykiem: „Niech żyje Polska!”. „Jedna tylko staruszka – wspominał – zawołała nieśmiało: ’niech żyje’ i nie dokończyła. Ktoś ją szarpnął za zapaskę i umilkła”. Zbyt silny był lęk przed powrotem Rosjan i represjami, jakie mogły spotkać każdego, kto udzieliłby pomocy polskiemu wojsku. Pamięć o szubienicach wystawionych na rynku kieleckim i tysiącach zesłanych na katorgę budziła ogromny lęk, którego nie było w stanie przełamać niesione przez strzelców umiłowanie wolności.

Ale strach ten topniał z miesiąca na miesiąc. Wkraczających ponownie z końcem sierpnia 1914 r. do Kielc żołnierzy Legionów Polskich nie witały już zamykane okiennice, ale wdzięczność. Historia przyznała im rację. Udowodnili, że są – jak stwierdzał po latach Piłsudski – „spadkobiercami godnymi wielkiej przeszłości polskiej”.

Autor jest historykiem, prezesem Związku Piłsudczyków i Komendantem Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej.