Rodzina z punktu widzenia filozofii Zen

Ewa Maria Slaska

Ostrowski wszędzie, nawet w Berlinie

Cioci

Kilka dni temu zaprezentowałam naszą rodzinną książkę gości. Było w niej kilka wpisów z długimi tekstami, które jednak muszę przepisać, tak by każdy mógł się z nimi zapoznać. O jednym opowiem dziś, o innych – kiedyś. A reszta wpisu to już czysta filozofia Zen – nieważne gdzie zaczynasz opowieść, po prostu zacznij, a opowieść w pewnym momencie ogarnie cały świat. A więc historia typu Zen o Ostrowski(m)(ch).

Ci, którzy wędrują za mną od blogu do blogu na pewno znają już postać Dziadka – Wiktora Ostrowskiego – Ojca naszej autorki Mirki, którą na innych blogach nazywałyśmy i nazywamy Ciotuchną.

dziadek Wiktor W książce gości znalazła się kartka, napisana przez Dziadka dla Kasi. To właśnie pokazuje na czym polega nietypowość książki Boguckich w stosunku do innych obiektów tego typu. Miejsce tej kartki na pewno powinno było być gdzie indziej, ale jakby ktoś na Grunwaldzkiej odłożył ją gdzie indziej, to byśmy jej nigdy w życiu nie znaleźli. A tak jest.

Regulamin dla miłych gości nocujących

§   1. – Nie wychodzić z domu przed przyjściem.
§   2. – Nie opuszczać domu przed napełnieniem żołądka (kałduna).
§   3. – Nie wracać do domu później niż o 4 rano.
§   4. – Chrapać z mocą maksymalną 90 decybeli.
§   5. – W toalecie – w razie (chwilowego) braku papieru używać ręcznika lub firanki – a w żadnym razie nie obrusów.
§   6. – Nie budzić się przed godz. 9 z rana.
§   7. – O nic nie prosić – tylko żądać.
§   8. – Za nic nie dziękować, bo to dowodzi braku wychowania.
§   9. – Obsługa zna 4 języki i gość nie może do niej mówić piątym.
§ 10. – Zamawiać posiłki należy na 47 minut przed terminem ich podania.
§  11. – Nic nie szkodzi.

tekstdziadkawiktoraOtóż właśnie: Nic nie szkodzi.

To chyba było dewizą Dziadka i nam, dziewczynkom, zapewniało święty spokój. Mamy, babcie, ciocie, ojcowie mogli czegoś od nas chcieć, i z reguły chcieli, ale Dziadek… no Dziadek…

Widzę go jak siedzi przy biurku i pisze ten regulamin. Nic nie szkodzi. Po to go pisze, by napisać to jedno zdanie.

Biurko-dziadkaWiktora-kleinUwaga. Tak dziś wygląda biurko Dziadka Wiktora – rzeźby i paprotka są dodatkiem współczesnym, za życia Dziadka biurko musiało być duże i puste, tak by Dziadek mógł na nim stawiać pasjanse, o czym TU

Był z nami w teatrze na Pięciu Braciach Li (o czym TU) i zrobił nam najmilsze zdjęcie z dzieciństwa: to my, cztery kuzynki, w Łazienkach Królewskich.

W zeszłym roku ukazało się nakładem Muzeum w Stutthofie II wydanie książki Dziadka Warszawiacy w Stutthofie, w tym roku jego biografia napisana przez Wirginię Węglińską, pracownicę tego Muzeum.

warszawiacy-w-stutthofiewirginia

Ponadto pisałam lub pisałyśmy o Dziadku jeszcze TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU, TU i TU, i po trochę TU, a nawet – choć zaledwie półzdaniem – TU. A jak to wszystko przeczytacie, to i tak nie będziecie wiedzieli, jaką niezwykłą postacią był Dziadek.

Po prostu był.

No dobrze, a Zen? No dobrze, a Berlin? Zen –  już wyjaśniłam, to opowieść, która chodzi własnymi drogami.  Zatem Berlin. Dziadka z Berlinem łączy wierszyk i stryjek jego żony czyli Babci Hali (jak się zresztą zaraz okaże – wcale nie stryjek tylko kuzyn).  Wierszyk był zawsze: Po Berlinie sobie tuptam, patrzę trup tu, patrzę trup tam. Ja znałam tylko tyle, ale Ciocia zna całe Dzieło. Dziadek je recytował z lubością i wszystkie to pamiętamy.

Berlin po nalotach

Jan Zaborowski


Po Berlinie sobie tuptam
patrzę: trup tu, patrzę trup tam,
Trupki całe, części trupka,
Rączka, pupka, część kadłubka,
Wyszczerzają w niebo ząbki.
Dziur jak w gąbkach, to od bombki,
W krąg współbraci chodzą grupki,
Układają trupki w kupki,
Czasem szepcą coś najciszej.
Cicho, ciszej, Himmler słyszy;
A tam wciąż gdzieś jeszcze w kątach
Wisi “V” na wszystkich frontach!

1943 r. “Luźna Kartka”

No tak, tyle w dzieciństwie wiedziałam o Berlinie. Po Berlinie sobie tuptam… Cóż to za wspaniały utwór. Pomyślmy – rok 1943,  wojna trwa już tak strasznie długo, ale jeszcze nie pojawiło się przypuszczenie, zamieniające się stopniowo w pewność, że Hitler kaputt. Mrok wojennej nocy bez końca. A tu pam pam pam pam, po Berlinie sobie tuptam...

…patrzę trup tu, patrzę trup tam, może nawet stryjek. Bo z tym stryjkiem to problem. Z jednej strony zniemczona gałąź rodziny, kto by to lubił przed wojną i podczas wojny, a i po wojnie – nie, ale z drugiej strony zza żelaznej kurtyny dobiegają wieści, że stryjek przeżył, że okazał się bardzo uczciwym człowiekiem, i na dodatek ważnym. Ciocia z lekka niepewnie potwierdza, że tak, że był stryjek Ostrowski w Berlinie. Był burmistrzem jakiejś dzielnicy, ma nawet jakąś ulicę. Ale gdy zaczynam szukać i znajduję Ottona, Ciocia się waha. No niby burmistrz, ale Otto! Z daty urodzenia wynika zresztą, że to nie tyle stryj, ile starszy syn stryja. Czyli dla Cioci – kuzyn.

Otto Ostrowski, (1883-1963).

Oto relacja Cioci: Wiem, że rodzina z Berlina gdzieś w początku XX wieku gościła w Warszawie, a raczej w Sulejówku u Dziadków Ostrowskich. Mama moja była wtedy kilkuletnią dziewczynką. Stryjostwo przyjechali w okresie Wielkiej Nocy. Jak miał na imię stryj, nie wiem, ale zgodnie z tradycją rodzinną najstarszy syn miał zawsze na imię Ryszard. Mój Dziadek urodził się w 1861 r., był najstarszy i miał tak na imię. Następny syn musiał mieć jakieś inne imię i mógł być ojcem Ottona. W czasie pobytu w Sulejówku stryjostwo byli z jednym dzieckiem, chłopak miał na imię Wilhelm, a jego matka – Matylda.

Gdyby Otton był tym “legendarnym” burmistrzem, co jest możliwe, to i tak o jego działalności niewiele było w rodzinie wiadomo. Ta niemiecka gałąź rodziny była pomijana przez polską rodzinę.

ostrowski-strNo tak, ale nazwa ulicy – Ostrowski a nie Ostrowsky – wskazywała by, że jednak rodzina była z Polski.

Był burmistrzem dzielnicy Prenzlauer Berg do roku 1933. Gdy Hitler doszedł do władzy, Otto został zwolniony z funkcji i aresztowany. Po zwolnieniu pracował jako zarządca domów mieszkalnych, imał się też innych dorywczych zajęć. Pomagał Żydom, prześladowanym i opozycjonistom. Był pierwszym po wojnie burmistrzem Berlina (1946-1947).

Ale najciekawsze w jego życiorysie jest to, że zdołał się narazić wszystkim po kolei partiom i rządom niemieckim. Mefistofeles – duch, który wiecznie przeczy.

Ciekawe, czy miał poczucie humoru?

Dziewczyna z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Użycie w tytule słowa dziewczyna jest oczywiście niezgodne z podstawowym jego znaczeniem, bo chodzi tu o młodą mężatkę, ale wydaje mi się, że już od dawna wyraz ten oznacza po prostu młodą kobietę, a w szczególnych wypadkach po prostu kobietę (Golden Girls, Calendar Girls). A poza tym tak czy owak musi być dziewczyna, bo w poprzednich tygodniach Tomasz Fetzki i ja pisaliśmy o dziewczynach z cmentarzy.

Julia

Picture1

Tu spoczywa
Julia z Zapletiałów de Bereźnicka
zmarła w wieku życia lat 24
w dniu 30. Maja 1856
Żona czuła, dobra matka
przyjaciółka szczera
Pamiątka iey zostanie każdemu
że ią znał droga y miła

Cmentarz Katedry św. Jadwigi Śląskiej w Berlinie na Liesenstraße

Nie jest to najstarszy grób polski w Berlinie, bo grafik Daniel Chodowiecki zmarł w roku 1801, a generał i pisarz Karl Andreas von Boguslawski w roku 1811, ale jest to najstarszy “grób prywatny”, jaki znalazłam podczas mych wieloletnich poszukiwań.
Muszę tu Czytelnikowi wyjaśnić, dlaczego były to, a i są nadal, poszukiwania wieloletnie. W Berlinie jest mianowicie 270 cmentarzy (z tego 240 wciąż jeszcze używanych, ale to nie ma nic do rzeczy, bo szukać trzeba i na cmentarzach powoli likwidowanych) i są w tej liczbie różne cmentarze specjalne, wojenne i wojskowe, francuskie, prawosławne, żydowskie, nawet dla samobójców, ale nie ma cmentarza polskiego. Nie ma również list osób pochowanych na cmentarzach. Tych kilku sławnych Polaków, którym zresztą często nie pisze się na grobach, że byli Polakami, znaleźć można z łatwością, no powiedzmy – w miarę łatwo, ale setki tysięcy tych, którzy pochodzili z Polski, tu mieszkali, żyli, pracowali i umarli, to nie znamienitości, lecz zwykli ludzie i nikt ich nigdzie nie wymienia. Ale to właśnie im czasem ktoś napisał coś po polsku, nie z obowiązku historycznego, lecz z potrzeby serca. Nie wiadomo zatem, gdzie są te groby, trzeba ich szukać, chodząc, chodząc, i jeszcze raz chodząc, a  tego chodzenia na każdym cmentarzu jest dużo, bo są to przede wszystkim rozległe cmentarze o charakterze parkowym, a nawet leśnym, z niedużą ilością grobów na hektar.

Picture2

Wróćmy jednak do Julii. Urodziła sie w roku 1832 czyli była dzieckiem po-powstaniowym. Pochodziła z rodziny Zaplietało i, co ciekawe, takiego nazwiska nie ma i nie było ani po polsku, ani po litewsku, rosyjsku czy białorusku! Nie ma też takiego słowa. W ogóle poza czeskim – nie ma takiego wyrazu. Po czesku słowo zaplietalo oznacza, że coś się zaplątało, i są ludzie, którzy się nazywają Zapletal. Jednak kochający mąż zapisał to nazwisko w wersji polskiej – z ł. Zresztą sam kochający mąż, de Bereźnicki, czyli człowiek, którego nazwisko dwukrotnie podkreśla pochodzenie szlacheckie, poprzez de oraz poprzez końcówkę -cki, też poniekąd nie istnieje. Sama rodzina oczywiście jest jak najbardziej, sama byłam niedawno w Sopocie na otwarciu wystawy słynnego spocianina – Kiejstuta Bereźnickiego, ale w genealogii rodziny Bereźnickich nie ma nikogo z Berlina, nikogo, kto by się pisał de Bereźnicki i nikogo, ktoby się ożenił z Julią – już mniejsza o nazwisko panny, z jakąkolwiek Julią!

Sądzę zresztą, że państwo Bereźniccy nie mieszkali w Berlinie, bo nie ma ich w księgach adresowych ani z roku 1856 ani, co też sprawdziłam, z roku 1857 (na wypadek gdyby właśnie zamieszkali, co by znaczyło, że zostali zapisani dopiero w rok później).  Czyli tylko przejeżdżali przez Berlin, podążając czy to do wód w południowych Niemczech, czy to do Francji, czy, jak np. Sienkiewicz w 20 lat później, do Ameryki. Jeżeli przejeżdżali, to i tak nie wiadomo skąd jechali. Z Warszawy jeszcze nie mogli, jak Sienkiewicz, dojechać wygodnie koleją, bo ta w w połowie XIX wieku jeszcze nie łączyła bezpośrednio Warszawy i Berlina. Jeździło się dyliżansem, kursowym, lub wynajętym na potrzeby grupy przyjacielskiej czy rodzinnej. Być może pani i pan Bereźniccy jechali karetą, oczywiście na resorach, może nawet tzw. landarą czyli najlepszą kareta w Europie, produkowaną w mieście Landau w niemieckim Palatynacie. Czyli nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo dokąd, wiadomo jednak, że w maju 1856 roku byli w Berlinie.

W połowie XIX wieku w królewskim Berlinie mieszkało już wielu Polaków, ale ich masowy napływ do stolicy miał się zacząć dopiero po roku 1870, kiedy miasto zostało mianowane stolicą cesarstwa. Zanim się tak jednak stało, do Berlina przyjeżdżało się w trzech celach – po nauki, jak Chopin, który słuchał tu wykładów Hegla, do wojska, jak rodzina Bogusławskich, lub do pracy w administracji królewskiej, gdzie  najwyższe stanowiska zastrzeżone były dla arystokracji. Po to przyjechali do Berlina Radziwiłłowie i Raczyński. Arystokracja nie umie wszak żyć bez dworu władcy i tylko król może dać jej zatrudnienie. Czy Bereźnicki też po to przyjechał. Nie był arystokratą, ale może był szlachcicem w służbie Radziwiłłów? Na tym samym cmentarzu, na którym pochował żonę, jest też grób Feliksa Hilarego Podlewskiego, nauczyciela książąt Radziwiłłów.

podlewski

Tu spoczywa
śp. Feliks Hilary Podlewski
ur. d. 4 Stycznia 1801 roku
w Branicach pod Krakowem
zm. d. 24 listopada 1897
w Berlinie
Serdecznemu przyjacielowi
i nauczycielowi
Xiążeta Radziwiłłowie
R.I.P.

Podlewski i Julia zostali pochowani na Cmentarzu św. Jadwigi, katolickiej patronki miasta, należącym do Katedry św. Jadwigi. Był to najstarszy cmentarz katolicki w mieście, założony w roku 1834. Niemiecki impresjonista Franz Skarbina (1849-1910) namalował w roku 1896 obraz przedstawiający Dzień Zaduszny na tym cmentarzu:

Ale to wszystko później, i pogrzeb Podlewskiego, i obraz, i kolej, i napływ Polaków biorących udział w rozbudowie stolicy. Na razie miasto jest jeszcze wciąż dość prowincjonalne i daleko mu do europejskich stolic jak Paryż czy Rzym.

Niewiele mam czasu na uboczne zadania, moim głównym zajęciem są poszukiwania rodzinne, ale wykonuję kilka ruchów, które być może umożliwią mi znalezienie Julii i jej kochającego męża. Składam wniosek reszerszerski do administracji cmentarza (tak, mają księgę za rok 1856, jak zapłacę z góry 29 euro, dostanę dokumenty, oczywiście jeżeli coś się znajdzie – zapłaciłam, ale na razie, gdy to piszę minął ponad tydzień, nic nie dostałam) i idę do biblioteki, zobaczyć, co pisały gazety i czy Bereźnicki znajdował się w księdze adresowej Berlina. Z poszukiwań bibliotecznych nic nie wynika. Nie ma Bereźnickiego, nie ma Zaplietałów. Nie ma Julii. Jest tylko grób.

Interesujące, że przez ponad 160 lat go nie usunięto, przecież nikt o niego nie dbał.

Książka gości na Grunwaldzkiej

Ewa Maria Slaska

Oczywiście książka gości na ulicy Grunwaldzkiej wcale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj wyglądają takie wolumina, i właściwie wcale nie była książką gości. To moja siostra Kasia zebrała kiedyś latające luzem kartki z adresami ludzi, którzy czasem dodawali do tego jakiś rysunek lub tekścik. Kasia oprawiła te kartki w jedwab z podszewki naciągnięty na tekturę, nadając chaosowi typowy dla Boguckich pozór ładu.

ksiazka gosciRzecz się przyjęła na tyle, że Mama potem latami dokładała tam, co jej w rękę wpadło. Jak zwykle z wdziękiem, ale nadal bez ładu i składu. Z ogromnej masy kart, kartek i karteluszków wybieram kilka, takie które mają dla mnie specjalne znaczenie.

aramrybickiMaciek Grzywaczewski, Aram Rybicki i Anna Walentynowicz. Aram i Ania nie żyją. Zginęli w samolocie, który leciał do Smoleńska. Oboje zostali pochowani na “naszym” cmentarzu na Srebrzysku.

AnnaWalentynowicz***
Były i inne kartki niewątpliwie polityczne. Wizyta trzech Chińczykow w roku 1958. Przy podpisie jednego z nich Mama dodała, że był pracownikiem biura współpracy. Pamiętam bardzo dobrze ich wizytę. Przynieśli w prezencie niezwykłe wycinanki chińskie delikatne jak jedwab, były w domu jeszcze całe lata. Na odwrocie kartki z podpisami szkic Mamy, jeśli to jeden z tych Chińczyków, to przystojny był facet…

chinskiepodpisychinczyknaodwrocie***
Najbardziej przejmujący jest jednak wpis o tzw. “Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas wystepów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś  fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.

Dalej pewnie i Kasia może opowiedzieć, jak było, bo oczywiście obudziła się, i też brała udział w tym festynie. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.

chilijcy
Wszyscy się zapisali na kartce, Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

viktojarajara-podpisA potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973) – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci gen. Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

***
Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysz, o której niedawno pisał u nas jej syn. Jej wpisów w książce było więcej. W jednym skarży się, że nie chce się wpisywać do książki gości, bo przecież jest myszą a nie gościem.

mysz-w-ksiazce-gosci mysz-w-ksiazce-gosci (2)Zofia Radwańska-Paryska. Wraz z mężem Witoldem pisali książki o Tatrach. Poznałam ich dzięki Karusi podczas wspólnych wakacji w Tatrach. Nawet nie pamiętałam, że Zofia z jakąś inną osobą odwiedziła nas w Gdańsku.

radwanskaparyskaPoniżej kartka o naszzm ślubie (Marka i moim), śmieszna, bo…

slubEwaMarekSylwester przebierańców, też śmieszny…

sylwester1978sasiedzi-bal-przebierancowI ja przebrana za Hinduskę z dzbankiem, którego nie było (rysunek Mamy)

ja-balprzebierancow

Mama i Mascha, Memento mori

wirwarennachbarnFür meine deutschsprachigen Leser: Kommt morgen ins Rathaus Schöneberg zu feierlichen Wiedereröffnung der Ausstellung Wir waren Nachbarn. John-F-Kennedy-Platz 1, 10825 Berlin. Um 17:00 Uhr Vernissage, um 19:00 Uhr – Lesung.

Ewa Maria Slaska

Memento mori

Mama umarła w sierpniu 1995 roku. 20 lat temu. Patrzę z niedowierzaniem na to, co napisałam. 20 lat, powtarzam w myśli, 20 lat. 20 lat temu rozmawiałam z moją siostrą przez telefon. Napisz nekrolog, mówi Kasia. Nie mam żadnego wzoru, jak się pisze nekrologi, nie mam pojęcia, co bym miała napisać, ale nie dyskutuję.

Z odległości kilkudziesięciu lat słyszę głos Mamy, jak nie wiesz, co pisać, użyj cytatu – porada inteligentnej matki dla odrabiającej lekcje licealistki.

Wyciągam numery WIR-u. To wydawnictwo, które założyłam rok wcześniej i przy którym Mama współpracowała ze mną czy raczej z nami – z Iwoną Mickiewicz i Brittą Wuttke. Do pierwszego numeru – Doppelte Identität / Podwójna tożsamość – tłumaczyła wiersze Ottona Ericha Hartlebena. Do drugiego – Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel – wiersze Maschy Kaléko i Martina Pohla. W czwartym numerze – Träume, Vorahnungen / Marzenia, sny, przeczucia – jej tekst o mało znanej sztuce Lorki, A kiedy minie pięć lat…
Była ważnym człowiekiem w naszym wydawnictwie. Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka poezji hiszpańskiej i niemieckiej.

Otto Erich Hartleben
By cię powalić, łamie wicher drzewa
By cię pogrzebać, toczą sie lawiny.

Piękny wiersz, ale nie pasuje mi do Mamy, do nekrologu, do grobu. Wicher, lawiny, syczące płomienie… Mama była mocna, ale nie była to moc natury, lecz woli i sztuki. Nie pień morwy, lecz nić jedwabna. Nie do zerwania. Do czasu jednak.

Kolejny wiersz Hartlebena – Morituri
Zamiera krzyk. Świadkowie leżą niemi na drodze. Wieńczy ich pobladłą skroń chłodny blask chwały wstającego słońca.

Chłodny blask chwały, piękny wers, ale do wykucia spiżem na marmurze, a to Mama umarła, a nie posąg się przewrócił. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Moje są zawsze zimne jak żaba, a jej były miękkie i ciepłe. Chyba zawsze takie były, nawet wtedy, gdy cięła drzeworyty.

mamacieciegrafiki Sięgam po mój ulubiony wiersz Martina Pohla w jej tłumaczeniu.

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Lot dzikich gęsi

Dokądże, o dzikie gęsi, biegnie wasz lot?
Kto wam wiatry polotne powierzył?
Lecimy twym śladem, Święty Marcinie,
Odkąd Król Karol przebywał w Rzymie,
dzikich gęsi klucz do Polski bieży.

Co wy wiecie, dzikie gęsi, o pewnym kraju,
co w niewoli trwa przez władców więziony?
Pieśń Święty Marcin wyśpiewał, jak wokół
zielenią się pola w jesiennym mroku,
pola Polski nigdy nie straconej.

Zaczekajcie, dzikie gęsi, ruszymy z wami,
cichą stopą pomykając po suchej ziemi.
Niech nasz krzyk was powiedzie, siwki zaprzęgajcie,
naszym siostrom, białym gęsiom, wolność oddajcie,
gdy wiatr świtu się nad Polską czerwieni.

1980 / 88

Piękne te polskie gęsi Martina Pohla, zawsze mi jakoś raźniej, jak sobie przeczytam ten wiersz.

Ale i tak już wiem, że to, czego szukam, to Memento Maschy Kaléko.

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
— Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakze mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

grobmamytatynowyNapisałam nekrolog, wszyscy to przedrukowali. Wiersz Maschy w tłumaczeniu Mamy znalazł się na poziomej płycie na jej grobie. Po 20 latach wcale go nie widać, ale my przecież wiemy, że tam jest. Tata, który towarzyszył Mamie, gdy tłumaczyła wiersze Maschy, opowiadał, że Mama była nią zauroczona, jakby po latach odnalazła siostrę, której nigdy nie miała.

Była pierwszą tłumaczką wierszy Maschy w Polsce.  Tłumaczenie Memento na polski znalazło się teraz w aktach Maschy na wystawie Wir waren Nachbarn – Byliśmy sąsiadami. To stała wystawa, zawsze możemy tam pójśc i ją obejrzeć.
I przeczytać Memento przetłumaczone
przez Irenę Kuran-Bogucką.

Zapraszam na jutrzejszy wernisaż do Ratusza Schöneberg.

Göttinnen

Innana, Herrin der Wilden Tiere (Pani Dzikich Zwierząt) ist meine Lieblings Göttin. Daher lade ich ein.

Inanna/Ishtar in British Museum

Elżbieta Bednarska

Inanna in den Katakomben
Theaterinszenierung nach Motiven des Romans AnnaIn in den Katakomben / Anna In w grobowcach świata von  Olga Tokarczuk.
„AnnaIn in den Katakomben“ ist die Bearbeitung eines der ältesten der uns bekannten Mythen über eine sterbende und wiederkehrende Gottheit, den Weg des Menschen zur
Freiheit entwerfend. Auf diese Reise begibt sich Inanna, die sumerische „Königin des Himmels“, Göttin von Liebe und Krieg und Herrscherin über die Stadt Uruk, im Zweistromland von Euphrat und Tigris gelegen, dem heutigen Irak. Uruk als Ursprung
urbaner Zivilisation und gegenwärtiges Zentrum von Verwüstung ist dabei die Metapher für den zeitlosen Ort der Reise des Menschen zwischen Schöpfung und Zerstörung.

Inanna (2)
Die Inszenierung versetzt den Mythos in unsere Gegenwart. Wie leben die mächtigen mythologischen Bilder in uns, wie offenbaren sie sich und beeinflussen uns? Welcher Unterwelt begegnen wir heute? Die Entscheidung zwischen Schöpfung und Zerstörung ist eine jeweils individuelle und sie kann keinem Menschen von irgendeiner anderen Macht abgenommen werden. Freiheit ist nur als Verantwortung lebbar – für jeden an dem Ort und zu der Zeit, wann und wo sie von ihm gefordert wird.

Inanna (1)Inanna in den Katakomben
Nach AnnaIn in den Katakomben von Olga Tokarczuk in der deutschen Übersetzung von Esther Kinsky
Regie: Elżbieta Bednarska
Mit: Friederike Frerichs, Paolo Masini, Anna von Schrottenberg, Johannes Stubenvoll, Juliane Torhorst
Musik: Natalia Roginska, Konrad Roginski
Kostüme:Petra Korink
Licht: Luigi Kovacs
Skulpturen / Bilder: Werner Kließ
Multimedia:Roger Rossel
Plakat: Leszek Zebrowski
Textfassung: Pamela Dürr / Elżbieta Bednarska
Deutsche Uraufführung am Freitag, den 05. Juni 2015 um 20 Uhr im Kühlhaus Berlin
Weitere Vorstellungen am Samstag, den 06. und Sonntag, den 07. Juni 2015, jeweils 20 Uhr
Kühlhaus Berlin | Luckenwalder Straße 3 | 10963 Berlin
Kartenpreise 8 € / 15 €
Informations- / Kartentelefon: 030-78 71 23 77
Kartenbestellung unter: inannakatakomben@yahoo.de

Im September 2015 wird die Produktion im Browar Mieszczański in Wrocław gespielt.
Ein Projekt der Stiftung Begegnungen / Fundacja Spotkania in Kooperation mit dem Kühlhaus Berlin. Gefördert durch die Stiftung für Deutsch-Polnische Zusammenarbeit.

Inanna (0)

Bunt

Uwaga uwaga! W Poznaniu ostatni dzwonek!

Finisaż wystawy
Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda
w Muzeum Narodowym w Poznaniu

Dziś, 31.05.2015 dobiega końca premierowa odsłona wystawy „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Kolejne odsłony obejrzeć będzie można już wkrótce w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy, a następnie w Muzeum im. Kraszewskiego (Kraszewski Museum) w Dreźnie i w Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” we Wrocławiu.

O wystawie tej pisaliśmy już na naszym blogu (TU, TU i TU).

Ekspozycja w Muzeum Narodowym w Poznaniu skoncentrowana była głównie na prezentacji daru prof. St. Karola Kubickiego, syna polsko-niemieckiej pary artystycznej dla tej instytucji, nie tylko darowizny z 2015 roku, ale i tych wcześniejszych – z roku 1978 i 2004. Ponadto objęła ona prace Stanisława Kubickiego znajdujące się w stałej ekspozycji galerii sztuki 20-lecia międzywojennego i  postimpresjonistyczno-ekspresjonistyczne obrazy tego artysty z zasobów muzeum w Poznaniu.

Wernisaż w dniu 19.04.2015, a także oprowadzania kuratorskie i program dydaktyczny towarzyszący wystawie cieszyły się dużym zainteresowaniem publiczności.

1 BUNT Wernisaz MNP 19 04 15 Adam Socko, Lidia Gluchowska, Agnieszka Salamon
2 BUNT Wernisaz  19 04 15 Adam Socko, Lidia Gluchowska, Agnieszka Salamon
Wernisaż wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda”, Muzeum Narodowe w Poznaniu, 19.04.2015, dyr. dr Adam Soćko, dr Lidia Głuchowska, Agnieszka Salamon-Radecka

Na otwarcie wystawy przybyli m.in. krewni prof. St. Karola Kubickiego, który w ramach obecnej i poprzednich donacji ofiarował Muzeum Narodowemu w Poznaniu, Muzeum Narodowemu w Warszawie oraz Muzeum Okręgowemu im. Leona Wyczółkowskiego ponad 90 prac artystów grupy Bunt (1918-1922). Wernisaż uświetnili swą obecnością także tak znakomici badacze sztuki awangardowej i kuratorzy związanych z nią wystaw jak dr Timothy O. Benson (LACMA, Los Angeles) i zasłużony, nieodżałowany poznański historyk sztuki, prof. Piotr Piotrowski (†3.05.2015). Obaj mieli możliwość poznać osobiście prof. Kubickiego i jego kolekcję przy okazji berlińskiej edycji wystawy „Central European Avant-Gardes. Exchange and Transformation 1910-1930” (Martin Gropius Bau 2002-2003).

3 BUNT wernisaz Grazyna Halasa Lidia GluchowskaGoście wernisażu, 19.04.2015, Grażyna Hałasa, kierownik Gabinetu Rycin, dr Lidia Głuchowska, kuratorka tournée

4 BUNT vernissage 19 04 15 Piotr Piotrowski and Timothy O BensonMuzeum Narodowe w Poznaniu, Wernisaż wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda”, prof. Piotr Piotrowski, dr Timothy O. Benson

W ramach programu dydaktycznego towarzyszącego wystawie „Bunt – Ekspresjonizm –Transgraniczna Awangarda” prace grupy Bunt, interpretowane w szerszym kontekście sztuki polskiej i powszechnej, przybliżyły publiczności m.in. pani Joanna Bryl z Działu Edukacji w wykładzie pt. „Bunt i ekspresjonizmy europejskie w sztukach plastycznych” w ramach „Nocy Muzeów” (16.05.2015), kurator Gabinetu Rycin, pani Grażyna Hałasa w wystapieniu pt. „Bunt wobec dwóch pokoleń niemieckiego ekspresjonizmu” oraz pani dr Maria Gołąb z Galerii Sztuki Polskiej od XVIII w. do 1945 roku, w prelekcji „Spotkania nowoczesnych. Stanisław Kubicki w Galerii Sztuki polskiej dwudziestolecia międzywojennego“.

5 BUNT Noc Muzeow 16 05 15 Lidia Gluchowska a“Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego, czyli 100 lat międzypokoleniowego BUNTU w POZNANIU”

"Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. S. Karola Kubickiego, czyli 100 lat międzypokoleniowego BUNTU w POZNANIU"

Noc Muzeów, 16.05.2015, Muzeum Narodowe w Poznaniu, oprowadzanie kuratorskie, dr Lidia Głuchowska (na zdjęciu z Krzysztofem Kubickim, kuzynem donatora)

7 ULOTKA Squat OdZysk 16 06 15 stelaze

Wernisaz, Ulotka, Od:zysk, Noc Muzeów, Poznan

Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, kurator dr hab. Maciej Kurak, stelaże z prezentacją 31 grafik nawiązujących do twórczości grupy Bunt

Począwszy od edycji bydgoskiej aż do końca serii czyli podczas pokazów w Dreźnie i Wrocławiu projekt ten, podobnie jak projekt „Ich 7” , obejmujący dzieła nieformalnej grupy 7 artystów współczesnych, swym składem nawiązującej do składu grupy Bunt, prezentowany będzie łącznie z pracami z okresu I wojny światowej i początków okresu międzywojennego. W Muzeum Narodowym w Poznaniu natomiast można było obejrzeć zrealizowany częściowo przez tych samych grafików projekt „Refleks” (2014-2015) oraz logo tournée autorstwa prof. Andrzeja Bobrowskiego. Praca ta jest transformacją autoportretów rodziców donatora, Margarete i Stanisława Kubickich z lat 1917/1918, a zarazem ich portretem podwójnym i pars pro toto nie powstałego nigdy zbiorowego portretu grupy Bunt. Graficy współcześni postanowili ofiarować je prof. Kubickiemu wraz z listem intencyjnym jako symboliczne podziękowanie arystów polskich za dar z Niemiec. Uroczyste przekazanie pracy kuratorce tournée nastąpiło na wernisażu projektu „Ulotka” na squacie Od-Zysk w Poznaniu, a ona nazajutrz wręczyła ją prof. Kubickiemu w Berlinie. Całe wydarzenie dokumentowała ekipa filmowa realizująca film na temat tournée (koncepcja i wykonanie: Anna Kraśko, Lidia Głuchowska).

9 ULOTKA Sqat OdZysk praca do przekazania

Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, logo tournée wystawy „Bunt – Ekspresjonizm -Transgraniczna Awangarda” autorstwa Andrzeja Bobrowskiego gotowe do przekazania prof. St. Karolowi Kubickiemu jako podziękowanie artystów polskich za dar z Niemiec

10 ULOTKA artysci podpisuja list a - Kopie
Noc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, artyści poznańscy, autorzy projektów „Ulotka“ i „ich 7“ podpisują list do prof. St. Karola Kubickiego. Na zdjęciu Małgorzata Kopczyńska i Andrzej Bobrowski

KurakNoc Muzeów, Poznań, 16.05.2015, squat Od-Zysk, wernisaż projektu „Ulotka”, Maciej Kurak w imieniu artystów współczesnych z Poznania przekazuje Lidii Głuchowskiej list do prof. St. Karola Kubickiego

Muzeum Narodowe w Poznaniu uhonorowało donację prof. Kubickiego nie tylko wystawą, lecz i luksusowo wydaną publikacją „Bunt – Ekspresjonizm – Transgraniczna Awangarda. Prace z berlińskiej kolekcji prof. St. Karola Kubickiego” (red. Lidia Głuchowska), dedykowaną pamięci Piotra Piotrowskiego. Poświęcimy jej uwagę w osobnym wpisie.

Koordynator i kuratorka tournée wystawy donacyjnej, Ośrodek Kultury i Sztuki w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Artystycznego i dr Lidia Głuchowska serdecznie dziękują Dyrekcji Muzeum Narodowego w Poznaniu, a także współkuratorce edycji poznańskiej, pani Agnieszce Salamon-Radeckiej, jak i wszystkim zaangażowanym w realizację ekspozycji. Szczególne podziękowania należą się Romanowi Nowakowskiemu, kierownikowi Działu Organizacji Wystaw oraz kierowniczce Działu Wydawniczego – Urszuli Namiocie. Wyrazy wdzięczności zechcą przyjąć także panie redaktorki polskiej i niemieckiej wersji językowej tej przepięknej publikacji, Julia Sworowska i Margit Jäkel.

Zdjęcia: Jarosław Łukasik, Anna Kraśko, Mariola Nehrebecka

Slaski Kopciuszek

Ewa Maria Slaska

czyli o zamiłowaniu do czytania napisów

Przyjechałam do Opola w smętne popołudnie wyborcze. Spotkałam się z kim trzeba, ustaliłam co trzeba na dzień następny, odstawiłam walizkę w akademiku, zagłosowałam i poszłam na leniwy niedzielny spacer. Nie miałam nic do roboty, po prostu chodziłam, oglądałam i… czytałam. Opole to miasto do czytania. Jest tu dużo napisów i jeszcze więcej podpisów.

napisy1Zdjęcia są za małe i nie widać. Na czerwonej kartce na słupie został naklejony zakaz naklejania!

wybierajdudeTu z kolei równie nieczytelny przedsmak wyborczego wieczoru. Wśród karteczek naklejonych bez ładu i składu (ale wybitnie patriotycznie!), na dole, na poziomie bruku, obszarpany kawałek gazety zachęcający, żeby wybierać Dudę.
Może stąd wieczorne ogłoszenie wyników nie było zaskoczeniem. Po prostu wiedziałam, że wygra Duda.
Głos ulicy jest głosem ludu, a głos ludu nie może się mylić.

Opole bardzo mi się podoba. Jest ładne, czyste, miłe dla przechodnia. Nic tu nie straszy. Najładniejszą częścią tego nader ładnego miasta jest wzgórze z rzeźbami. Rzeźb różnych ważnych dla kultury ludzi, zjawisk i postaci jest dużo, w Gdańsku siedzi na ławeczce Oskar Matzerath, w Warszawie – Osiecka, w Łodzi – Tuwim,  w innych miastach są krasnoludki i gęsiarki, we Wrocławiu anonimowi przechodnie wchodzą i wychodzą z podziemia, w Berlinie dzieci wyjeżdżają na wieś w ucieczce przed nalotami aliantów, w Opolu stoją i siedzą na Wzgórzu Uniwersyteckim Niemen, Osiecka, Grechuta, Starsi Panowie, Grotowski, a od wtorku doszlusował do nich Osmańczyk, którego ja jeszcze zobaczyłam opakowanego w groszkowaną folię plastikową.

rzezbynagorce4male rzezbynagorce grechutaWiększość tych rzeźb widziałam już kilka lat temu, ale widocznie nieuważnie patrzyłam, bo nagle kawałeczek dalej, wśród muz, jako muza Terpsychora, pojawia się pomnik pięknej pani z harfą, którego przed kilku laty nie widziałam, a na pewno już tu stał.

slaskikopciuszek (2)Zwracam jednak uwagę na tę rzeźbę nie z uwagi na jej walory artystyczne, tylko przez napis, który głosi że jest to SLASKI KOPCIUSZEK. Oczywiście wiem, że kreseczki i ogonki nad i pod literami po prostu szybciej się zatarły niż same napisy, ale przyznaję, że zawsze z przyjemnością znajduję w różnych miejscach na Śląsku moje nazwisko, bo kreseczki zniknęły. Najczęściej robi to oczywiście internet, gdzie są miliony takich nazw jak Slaska Biblioteka Publiczna i Slaski Wywóz Śmieci, ale czasem Slascy i Slaskie bez kreski nad S i ogonka pod A pojawiają się także w realu.

napisy2Po powrocie do Berlina sięgam do internetu, żeby się dowiedzieć, kim była owa pani, nazywana SLASKIM KOPCIUSZKIEM? I czytam o niezwykłej, bajkowej historii. Jak to miło, że bajki czasem się zdarzają naprawdę! Poniższy tekst zaczerpnęłam z Wikipedii, nieco go  skracając i dodając mu nieco literackiego polotu.

Joanna Schaffgotsch z domu Grycik (niem. Johanna Gräfin von Schaffgotsch, ur. 29 kwietnia 1842 w Porembie, obecnie dzielnicy Zabrza, zm. 21 czerwca 1910 w Kopicach) – dziedziczka fortuny Karola Goduli, nobilitowana w 1858 roku z dodaniem do nazwiska von Schomberg-Godula, żona hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha. Czasami jej nazwisko jest pisane w formie Gryzik. Znana jako śląski kopciuszek.

Ojciec Joanny, komornik, zmarł, gdy dziewczynka miała trzy lata, mama nie miała ochoty zajmować się dzieckiem i Joannę wychowała służąca w majątku Karola Goduli. Właściciel majątku był człowiekiem nadzwyczajnie wręcz majętnym, ale ponurym i nielubianym, a ponieważ zajmował się po amatorsku chemią, lud uważał go za wcielonego diabła. Tymczasem mała Joanna nie bała się mrukliwego brzydala, czym zaskarbiła sobie jego łaski.

Pamiętacie Szaleństwa Panny Ewy? To taka historia!

Godula zaopiekował się sierotką. Wprawdzie zmarł, gdy Joasia skończyła zaledwie 6 lat, ale…

Ustanowił ją swą uniwersalną sukcesorką, a swych krewniaków, do których nie miał zaufania, zadowolił jedynie legatami pieniężnymi. Joanna odziedziczyła: 4 kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, 6 kopalni węgla, 4 majątki ziemskie − Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki − łącznie prawie 70 tys. mórg pola i prawie 3,5 tys. mórg lasu. 6 października 1858 roku król pruski Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern nadał jej szlachectwo zmieniając nazwisko na Gryzik von Schomberg-Godula i nadał herb. Znalazły się w nim błękit i złoto, barwy Górnego Śląska oraz górniczy młotek i pyrlik, aby każdy z potomków wiedział skąd wzięła się fortuna Joanny.

Dodajmy dla wyjaśnienia, bo wikipedia tego w tym miejscu nie wyjaśnia, że ów galman to ruda cynku, na masową skalę wydobywana na Górnym Śląsku w XIX wieku, co przyczyniło się do znacznego uprzemysłowienia tego regionu, a więc również wzrostu jego bogactwa. A pyrlik… No, pyrlik w ogóle nie ma odpowiednika w polszczyźnie. Jest to rodzaj narzędzia górniczego przypominającego duży młotek. Razem z żelazkiem, które wygląda jak młotek!, stanowi herb górniczy.
Po lewej pyrlik, po prawej – żelazko.

15 listopada 1858 roku Joanna została żoną hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha z Cieplic (w 7 pokoleniu potomka generała Hansa Ulryka Schaffgotscha i piastowskiej księżniczki z Brzegu Barbary Agnieszki). Różniło ich wszystko − on raczej niemajętny (rodową fortunę odziedziczył stryj) ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona córka służącej, ale za to bajecznie bogata, z dopiero co zdobytym tytułem szlacheckim.

Choć mariaż był planowany, to podobno okazał się niezwykle udany. W szczęściu i wzajemnej miłości przeżyli ze sobą kilkadziesiąt lat.

Ach te bajki, które się spełniły!

W Kopicach koło Grodkowa małżonkowie wybudowali bajkowy pałac, gdzie mieszkali aż do śmierci. Był to zamek średniowieczny, przebudowany w 1864 r. według projektu architekta Karla Lüdecke z Wrocławia oraz mistrza budowlanego Konstantego Heidenreicha z Kopic. Po przebudowie pałac zyskał charakter neogotycki z elementami neorenesansowymi.

Przed śmiercią Joanna podzieliła swój majątek równo pomiędzy  dzieci i wnuki.

Zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. W 1945 żołnierze radzieccy wyciągnęli stamtąd ciało jej i męża i sprofanowali. Zwłoki zostały następnie pochowane w zbiorowej mogile obok mauzoleum.

Pałac zniszczał.

Dziewczyna z cmentarza w Sopocie (2)

Anna Przybyszewska-Drozd & Ewa Maria Slaska

cmentarz-dziewczyna-zagadka (08)Tydzień temu napisałam tu o Charlocie Biełousow, która przyjechała do Sopotu z Warszawy, tu umarła w roku 1923 i została pochowana na żydowskim cmentarzu bractwa pogrzebowego Chewra Kadischa. Miała 18 lat.

Za poradą Tomasza Fetzkiego napisałam do Pani Anny Przybyszewskiej-Drozd z Działu Genealogii Żydowskiego Instytutu Historycznego im. Emanuela Ringelbluma w Warszawie czyli  w ŻIH-u.  Odpowiedź przyszła właściwie natychmiast. Tak, Bielousowie to znana rodzina warszawska, zajmowali się między innymi czapnictwem, a Ilja (Hilel) Biełousow ożenił się z Fani Tylewicz z Sopotu (chyba z Sopotu), a więc być może Charlotta przyjechała do Zopott odwiedzić babcię i dziadka, Chasię i Szewela Tylewiczów, a być może nawet przyjechała z Mamą. Mama zresztą też umrze w Sopocie 1 września 1935 roku i tu zapewne zostanie pochowana, choć urzędnik zapisał, że były to Zappaty. Chasia i Szewel też zamieszkali w Warszawie, na Kapucyńskiej 16, o trzy domy od Hilela. Drugich dziadków Charlotty pochowano na cmentarzu żydowskim na ulicy Okopowej w Warszawie (Babcia, Fejga – Fenia – po lewej).

Zacznijmy jednak od tego, że niepoprawnie odczytałam imię ojca Charlotty, Anna P.-D. pisze:

Sądząc z nazwiska i imienia Hilela (Ilja) rodzina pochodzi ze Wschodu (może z Rosji). Wg tworców bazy danych indeksu nagrobkow na cmentarzu w Sopocie ojciec miał na imię Iluscha. Ilja vel Hilel BIELOUSOW, syn Jakuba, zginął w czasie wojny w 1941 roku, jest pochowany na cmenatrzu w Warszawie. Jego ojciec, też Jakub zmarł w roku 1924, jego mama, Fania Fejga RABINOWICZ, pochodzila z Sokolki (Sokółki), urodziła się w 1860 roku, jej ojciec był tam przewodniczącym sądu rabinackiego. Jakub prawdopodobnie urodził się około roku 1860.

Pierwsza wzmianka o Jakubie w Warszawie pojawia się pod koniec XIX wieku:
Warszawa 1896
CZAPNICZE PRZYBORY.
Nalewki 28 Biełousow J
Biełousow Jakób. Nalewki 28. Skł. przyborów do czapek.
W 1901:
Daszki (do czapek). Biełousow Jakób, Winnica, gm. Jabłonna. Poczta Jabłonna, tel. Jabłonna

Syn Jakuba, Hilel vel Ilja, ojciec Charlotty, przemuje interes rodzinny lub również się tym zajmuje:
Warszawa 1908

BIELOUSOW Ilja kupiec, Nalewki 39.

Nie jest jednak wykluczone, że na Nalewkach był sklep czy fabryczka, a rodzina mieszkała na Dobrej 28. Charlotta ma trzy lata. W dwa lata później:

Biełousow J., fabryka daszków do czapek. Rok założenia: 1893. Adres; gub. Warszawska, poczta Jabłonna, w. Dąbrówka. Robotników: 14 (u). Roczna produkcja: 4,500 rb. (u).

Jakub umiera w roku 1924, rok po śmierci Charlotty.

Interes rodzinny dobrze prosperuje, a nawet się rozwija, skoro w roku 1928 (Ilja się ożenił, urodziła mu się córka, skończyły się zabory, powstała Polska, Charlotta umarła) Biełousow Ilja mieszka na Kapucyńskiej 13, a książka telefoniczna z roku 1930 podaje, że:

Biełousow I., fabr. cerat, apteczn., impregn. papier, izolac. elektr. i radjow., opakow. reklamow., daszków do czap., Kapuc. 13
oraz
Bielousów Ilja, fabr. plakatów, i ar— I tecine art.— fabr. de plaques pour réclames, de bottes à mécanique et produits pharmaceutiques, Kapucyńska 13.

Fabryczka istniała aż do wybuchu wojny, a Hilel po śmierci pierwszej żony w roku 1938 ożenił się po raz drugi z Mirą Fisz.

Hilel miał szczęście, bo umarł w  styczniu 1942 roku i został pochowany na cmentarzu. Cóż za niezwykłe żydowskie szczęście mieć w tamtych czasach kamień nagrobny na cmentarzu.

Absurdalne rozmowy

Agnieszka Wesołowska

Atelier

Słuchowisko absurdalne w IV krótkich aktach

(Osoby: Ona, On, On [sic], Chochliki
Wszystko dzieje się w atelier lub tuż obok, za ścianą, w magazynie. Dramat opowiada o ludziach, którzy nie do końca potrafią się rozpoznać we współczesnym świecie, a może po prostu w świecie. Dlatego nie mają imion, choć ich używają. Najlepiej byłoby, gdyby wypowiadali je – te imiona – trochę niepewnie, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. Może temu towarzyszyć lekki zgrzyt w eterze, fałsz, załamanie dźwięku. Sugerowana muzyka na początku – Bacha „Koncert na dwoje skrzypiec d-moll”. Między aktami i na końcu – tenże koncert przeplatany jakąś etiudą na skrzypce solo.
Mimo że rozmowy są dość błahe, chodzi w nich jednak i o miłość, i o przypadek, i o przeznaczenie, i o różne strachy. Czasem nie chodzi o nic, ale to właśnie jest element czegoś, co można nazwać życiem permanentnym.)

Akt I

(Głosy mocno skontrastowane – kobiecy i męski. Słychać je jakby przez mikrofon. Może być lekkie echo. I oprócz tego cisza)

On: A co panienka robi w tym atelier?

Ona: Nie pojmuję gdzie jestem. Widzę dziewczęta co się puszczają, więc jakby burdel. A w kącie wariatka jakaś płacze z wewnętrznej przyczyny. Może to gabinet psychoterapeuty. Albo pracownia mistrza Witkacego.

On: Panienka nie szasta bo już szastali. Już wyśmiali, już oswoili, już przegadali. Nam tu deja vue nie trzeba. Niech panienka się zajmie pończoszkami, co je panienka ma na sobie. To wstyd tak ciągle zaczynać od nowa. I w takim stylu pretensjonalnym jak sukienka panienki. Kto to widział tak się wyrażać i nosić pończochy. Czy panienka nie rozumie że tu się wszystko liczy. A ta mi tu będzie wywoływać Freuda z lasu. Albo kurtyzany czy nie daj Bóg artystów.

Ona: Kogo tu nie ma, mądralo?

On: Że co?

Ona: Kto wyszedł, zanim przyszłam. Zanim ty przyszedłeś. Do kogo należy to łóżko, krzesło, stolik? Dlaczego tu jesteśmy? Dlaczego możemy tu być?

(Głosy normalnieją. Wymowa staje się naturalna, codzienna. Toczy się zwykła, nieważna rozmowa. Nie ma już echa)

On: Zawsze jest otwarte. Kiedy Max wychodzi otwarte jest zawsze.

Ona: Kiedy wychodzi? Jak to kiedy wychodzi?

On: No bo jak jest, to się zamyka.

Ona: I co robi?

On: A co panienkę obchodzi? Może pisze. Może zarządza. Może okrada ludziom konta.

Ona: Panienka, panienka. Pretensjonalna panienka. A ten twój cynizm, cygaro, ta twoja bezdomność, ta bezgranicznie śmieszna i niewiarygodna paradoksalność twojego życia. Łachy i tytoń. Smród i panienka. Słaniasz się z nóg, bo nie masz gdzie spać i gadasz jak Francuz.

On: Dlaczego Francuz?

Ona: No to jak Niemiec. Nieważne. Naprawdę nieważne.

On: Panienka się uspokoi.

Ona: Ty idioto, rozmawiamy jak bohaterowie spektaklu.

On: Jesteśmy bohaterami, panienko.

Ona: Nawet nie wiesz, co mówisz. Nie wyobrażasz sobie. Nie przeczuwasz..

On: No to… panienko…

Ona: Tak, Michaiłko.

On: Zróbmy przedstawienie.

Ona: Ha! Świetnie. Ogłaszam akt pierwszy. Uwaga, uwaga! Atelier na parterze starej kamienicy, tuż za bramą, u wejścia na podwórze. Łóżko, krzesło, stolik. Na ścianie słomiana mata z małymi karteczkami. Istna awangarda. Na karteczkach krótkie informacje. Kupić chleb. Zadzwonić do Magdy. Egzystencjalizm ma za mało zwolenników i nie da się go przeforsować w sejmie. Członkowie klubu trzymają formę. Żyją. Rewolucja marcowo-kwietniowa upadła. Wymyślić nową. Obraz dla Heńka. Namalować.

On: Panienka w czerwonej sukience i w pończoszkach chodzi w te i we wte. Ma podwiązki, które podtrzymują coś bardzo tajemniczego, coś bardzo kuszącego, coś bardzo…. Pokaż panienko.

Ona: Michaiłku… Wszystko zepsujesz. Musimy się trzymać scenariusza. Czyli przeznaczenia. Rozumiesz. Słyszałeś, że życie jest teatrem.

On: A teatr jest zatęchłą norą, w której zmagamy się z ciemnymi siłami pożądania. Kryzys wartości. Słyszałaś? Słyszałaś kiedyś, kurewko, o kryzysie wartości? O scenie, na której przedmioty grają siebie, a ludzie kogoś innego niż są w rzeczywistości. Słyszałaś o tym? Zobacz, zobacz zresztą jak zaciskasz te nóżki z tymi pończoszkami. Tak, jesteś bohaterką. Jesteśmy bohaterami. Ty dziewicą przyodzianą w habit z czerwonej koronki, ja dżentelmenem, który cię pragnie.

Ona: (tonem zrezygnowanym i przyzwalającym) No dobrze… dobrze…

On: No dobrze?! Ty mi tu będziesz mówiła „no dobrze”!?! W imię czego (pytanie zadane bardzo łagodnym, anielskim głosem)? W imię prawdy? (tak samo). Bo przestraszyłaś się kłamstwa, które chcesz odkupić grzechem (ton banalnego kazania)? Droga poniekąd słuszna. Chyba jedyna.

Ona: Dość, dość Michaił. Oprzytomnij, proszę. Do kogo ty mówisz. Rozejrzyj się. Tu jestem tylko ja. Małgorzata, którą zawsze kochałeś. Prosta Małgorzata z zawikłaną przeszłością. Dziewczyna z domu towarowego. Z domu publicznego. Przecież to się zdarza. Te wszystkie Julie, Beatrycze, Laury. Ludzkie historie. Sens refrenu. Istota przemienienia. (patetycznie)

On: Teraz będziesz mi tu odgrywać zagubioną bystrą dziwkę? Dość, dość Małgorzato. Oboje wiemy, kim jesteś. Porozmawiajmy jak ludzie kulturalni.

Ona: Porozmawiajmy jak ludzie.

On: Kobiety (ironicznie, chwila ciszy). Dobrze, porozmawiajmy jak ludzi… Tak jakby słuchali nas ludzie.

(Słychać brzęk naczyń, wodę z kranu, ktoś myje naczynia.)

Ona: Słyszysz, Michaił?

On: Co?

Ona: Posłuchaj… Cssyt… Szumi woda

On: Tak… To ty zmywasz po kolacji.

Ona: Ale przecież nie jedliśmy kolacji.

On: Przecież także jesteś obok mnie i bynajmniej nie masz umoczonych rączek.

Ona: Więc jak?

On: To pieśń przyszłości. To się rozgrywa na papierze. Wiesz, ta historia z rękopisami. Ohydna sprawa. Jesteśmy jak marionetki. Sami siebie tworzymy. Pociągamy za własne sznurki.

Ona: Byle nie za mocno. Wisielec-widelec. Zmywam naczynka jak grzeczna dziewczynka (szalony, szatański śmiech).

On: Małgorzato, czy my się aby czasem nie zapominamy. O ile się nie mylę, miałaś być kurwą.

Ona: Też tak mi się zdaje, dziubusiu. Tak mi się zdaje, dziubusiu (jak słodka idiotka)

On: (przestraszonym, gwałtownym głosem) Słyszałaś? Spadamy. Max wraca.

Akt II

(Cały czas szeptem, cały czas słychać szuranie w sąsiednim pomieszczeniu, otwieranie i zamykanie szuflad, kroki, nerwowe stukanie palcami w biurko. Ona i On – wciąż ci sami. Gdzieś w magazynie obok)

Ona: Maksymilian to brzmi dumnie. Najwygodniej jest mu w trumnie.

On: Przestań, przestań ciągle wracać do przeszłości. Zrozum, już nie jesteśmy artystami. Ani ty muzą, ani ja pisarzem. Nasze miejsce jest teraz w magazynie atelier tego gościa, co najwyraźniej zapomniał o czymś. Cicho, żeby nas nie usłyszał.

Ona: Tak, chyba o czymś zapomniał. Zobacz. Jaka wielka teczka. Może jest malarzem.

On: Tu chodzi o coś innego. Max jest przedstawicielem klasy minimalistycznej. Rozumiesz. Żyje na maxa minimalnym kosztem. Dlatego się nim interesuję.

Ona: Dlatego się nim interesujesz?

On: Tak, właśnie dlatego. Chcę napisać o nim powieść.

Ona: Ale mówiłeś…

On: Mówiłem, mówiłem (ze złością, ze zniecierpliwieniem wielkim). Sama widzisz jak komicznie wyglądamy w tych rolach. Nie umiesz być kurwą, Małgorzatko. Przykro mi, bo wiem, że się starasz. I w pewnym sensie zawsze nią byłaś. Zawsze miałaś na sobie pończoszki. Nawet w szlafroczku. Nawet na mrozie. Wiem, jakie to upokarzające, kiedy mężczyzna mówi kobiecie, że nie nadaje się do burdelu. Bo burdel to miejsce mimo wszystko poetyckie. Bardziej poetyckie niż zmywak, niż wózek widłowy, niż cała ta Irlandia. Na pocieszenie masz to, że w czasach, w których obecnie jesteśmy i ten czar powoli pryska. Świat zalewa fala francuskich call-girls, japońskich gejsz i innego dziadostwa. Właśnie przez takich ludzi jak Maksymilian. Nie miałabyś ochoty na zawsze zostać moją Małgorzatą w żółtym sweterku?

Ona: Mogę spróbować. Ale…(wybucha strasznym płaczem)

On: Nie rycz. Damy sobie radę. Ty i ja. Mistrz i Małgorzata.

Ona: Ale to jest przecież szaleństwo. To jest niebezpieczne. Supermarkety, sąsiedzi, rezurekcje wielkanocne. Nie mogę ciągle chodzić w tym wytartym swetrze. Kwiaty. Kwiaty w wazonie dawno uschły.

On: Ach, Małgorzato. Reguła rozpustnic jest bardzo surowa, nie na dzisiejsze czasy, a przecież o taki burdel nam chodziło. Interes sypnąłby się, zanim na dobre by ruszył. Poza tym zaraz zaczęliby gadać, że coś musiało się stać. Że może matka, ojciec, kochanek, przyjaciółka, dyrektor teatru, redaktor naczelny, szef kuchni, życie, choroba, śmierć. Poza tym jesteś za wrażliwa, przyjmujesz człowieka w całości, potem płaczesz. A biznes jest biznes. Zostawmy takie sprawy ludziom takim jak Max.

Ona: A my? Co będzie z nami?

On: Każdego wieczora, przez okrągły rok, będę wrzucał do twojej skrzynki na listy kopertę. Będzie w niej złożona poczwórnie kartka papieru. Spiszę na niej wszystko, co przydarzy ci się następnego dnia. Jeśli przetrwamy zimę, to potem jakoś pójdzie. Będziesz istnieć, przysięgam ci, kochana.

Ona: A jeśli zechcę żyć inaczej?

On: Być albo nie być (wyniośle i prześmiewczo). To tak jakbyś mnie opuściła (szorstko i rzeczowo).

Ona: A może ty odejdź? Tak jak Dominik Matei opuścił Weronikę, żeby ta mogła żyć?

On: Nie rozmawiajmy o książkach. Zwłaszcza tych nie napisanych przeze mnie.

Ona: Więc obiecujesz, że się uda?

On: Tak, obiecuję. Oczywiście.

Ona: A co zrobimy z Maxem?

On: Nie wiem, może podetniemy mu skrzydła.

Ona: A może podetniemy mu gardło? Zasłużył sobie. Żałosny Michał Anioł. Spec od fotografii, powieści realistycznych i reklamy.

On: Małgorzato, nawet by nie poczuł. Czas takich okrucieństw dawno minął. Zostawimy mu wiadomość, że żyjemy. Jak Wielka Księżna Anastazja. Jak Herodot.

Ona: Ale dlaczego on nas nie słyszy, ten cały Max?

On: Bo rozmawiamy szeptem, dzisiejsi ludzie nie słyszą szeptu (tajemniczo).

Ona: Czasem cię nie rozumiem, Michaił. Nie rozumiem tych twoich metafor, aluzji. Dzisiejsi ludzie nie słyszą szeptu (z przekąsem). A skąd wiesz?

On: Przesadzasz. To akurat jest proste. Przecież szepcemy na okrągło i jakoś nikt nigdy nas nie słyszał. Jak tylko podniesiemy głosy, od razu chcą z nami dyskutować. Mogą się później chwalić, że znają Mistrza i Małgorzatę. A poza tym o co ci chodzi? Nie powiesz mi chyba teraz, po tym co razem narobiliśmy, że jesteś po stronie takich jak Max?

Ona: Nie zapominaj, że przyszłam właśnie do Maxa. Nie wiedziałam, że tu będziesz. I ta sukienka była dla Maxa. I te pończoszki. I to on po mnie dzwonił. Czekał na mnie, ale się spóźniałam. A kiedy wrócił po… po te, no… projekty, których wcześniej zapomniał, ja byłam już Małgorzatą z twojej bajki. Tak naprawdę wstydzę się go teraz. Dopiero teraz, kiedy spotkałam ciebie.

On: Ach więc to tak? Kopciuszek, dziwka, królowa Margot. Doprawdy zawrotna kariera.

Ona: Michaile, nie prawmy sobie tych złośliwości. Nie zapominaj, że to jednak banał.

On: Teraz mi to mówisz? Teraz, kiedy jesteś skończona…. Skończona idiotka! I co to jest banał? Czy gniew jest banałem, czy moje słowa dla ciebie? Czy może oboje z banału powstaliśmy i w banał się obrócimy?

Ona: Kto to wie.

On: Dobrze. Trudno. Idź z nim i niech ci się powiedzie. Mój świat i tak już się skończył. Jeśli staniecie się arcydziełem, wybaczę wam.

Akt III

(On – Michaił znika. Ma się wrażenie, że nic wcześniej się nie wydarzyło. Po prostu dwoje ludzi próbuje rozmawiać. Liczy się tu i teraz i to powinno być do wysłyszenia)

Ona: Powiedz mi Max, dlaczego ty nie poszukasz sobie kobiety. No wiesz… Dzwonisz do mnie każdego wieczora. Chodzisz w brudnych butach. Nieważne zresztą, sama czasem w takich chodzę. Nie zamierzam ci prawić kobiecych mądrości. O ile mądrość ma płeć, wiesz, to takie pytanie na czasie. Chyba możemy czasem pogadać. Wiem, za co mi płacisz, ale czasem przeglądam ambitne gazety. Nie uważasz, że na swój sposób jestem bizneswoman, nawet kiedy stoję w bramie? No więc nawet nie chodzi o to, że chcę się na czymś znać. Po prostu lubię myśleć. Kiedyś się zamyśliłam nocą w nieodpowiednim miejscu. No wiesz. Zgodziłam się i tak już zostało.

On: Dziwna jesteś, tyle ci powiem. Prawie się nie odzywałaś, ale ja wiedziałem, że jesteś jakaś taka…

Ona: To znaczy jaka? O ile mi wiadomo jesteś artystą. Pewne rzeczy są naprawdę bardzo proste. Zresztą to akurat wiem od Michaiła. A może on ode mnie. Nieważne.

On: Nieważne, nieważne, dla ciebie wszystko jest nieważne (z irytacją; Małgorzacie przypominają się słowa Mistrza, które słychać w oddali: „Mówiłem, mówiłem….. Sama widzisz jak komicznie wyglądamy w tych rolach”). A w ogóle kto to jest ten Michaił?

Ona: Jesteście wszyscy tacy sami. My też jesteśmy takie same. Nawet jeśli cudownie się różnimy, to w którymś momencie pobrzmiewa w nas zupełnie bez sensu identyczny ton. I w was, i w nas. Jesteśmy do re mi w różnych rejestrach. Pośpiewamy? (przy tym pytaniu znowu zaczyna się echo; na początku podkreślało niedorzeczność czy niesamowitość; teraz towarzyszy także rozleniwieniu i znudzeniu; dalsza rozmowa toczy się bez emocji, czyli inaczej niż powinna) Proszę. Chociaż ponućmy. Każdy na swoją nutę. Lubię nucić pod nosem. To takie uspokajające.

On: Kto jest Michaił?

Ona: Wreszcie jakieś sensowne pytanie.

On: Już je zadałem, widocznie nie słyszałaś.

Ona: Widocznie.

On: Więc kto to jest.

Ona: Nie wiem.

On: Jak to nie wiesz.

Ona: Po prostu. Nie wiem. Spotkałam go u ciebie dziś wieczorem.

On: Spotkałaś go u mnie dziś wieczorem?

Ona: Tak, spotkałam go u ciebie dziś wieczorem. I muszę ci powiedzieć, że nie był to niestety duch ani skrzat, pies ani twoje alter ego.

On: Więc kto?

Ona: Człowiek. Jakiś bezdomny. Nie wiem, może imigrant, może cyrkowiec, może czarnoksiężnik.

On: Ale jak? Po prostu był? Po prostu z nim zostałaś? Widziałaś go kiedyś?

Ona: Oooo. Nasz artysta zaczął zadawać dużo pytań. Filozofialno-narcystyczna faza rozwoju. Owszem widziałam. Tylko nie wiem gdzie i kiedy.

On: Ktoś tu chyba oszalał (wciąż tak samo, ospale i bez większego zainteresowania).

Ona: Tak, ktoś oszalał.

On: Chcesz mi powiedzieć że wdałaś się z obcym mężczyzną w pogawędkę w mojej pracowni? A potem po prostu tu zostałaś i czekałaś aż przyjdę, żeby mi o tym powiedzieć?

Ona: Nie nazwałabym tego pogawędką.

On: Nie irytuj mnie.

Ona: Nie irytuj się. A niby po co każdej nocy zostawiasz otwarte drzwi? Czy nie dlatego, że czekasz, żeby coś się wydarzyło? Coś ważnego? Coś na co nie będziesz miał wpływu, tak jak masz wpływ na te swoje powiastki i fotosy? Czy nie rozumiesz, że tam gdzie jest Małgorzata, musi pojawić się Mistrz? Nie pamiętasz, co ona powiedziała? (koniec echa)

On: Jesteś p o p i e p r z o n a. (wolno i z naciskiem)

Ona: Jestem popieprzona (łagodnie i lekko)

On: Posłuchaj, kochanie. Czy nie mogłabyś przypadkiem wyjść i nigdy nie wracać? Byłbym ci naprawdę bardzo wdzięczny. Idź do tego swojego mistrza. Tylko uważaj, bo mistrzowie bywają ulegli.

Ona: Ależ oczywiście, mój drogi Alexandre Dumas. Uwielbiam, jak błyskasz inteligencją. Nie ma nic bardziej uroczego i rozbrajającego. Jak myślisz? Czy my rozmawiamy o sztuce?

On: Myślę, że powinnaś już iść.

Ona: Zaczynasz mi imponować, Max. Niby taki pisarz z atelier, a jednak ma podejście do oszalałej kobiety. Posłuchja, kochanie… Czy nie mogłabyś… Byłbym... No, no. Spokojnie możesz przystąpić do pisania powieści psychologicznej. Tylko uważaj na szczegóły, bo diabła jeszcze ciągle nie umiałbyś wziąć za rogi.

On: Małgorzato!

Ona: Wyjdę, wyjdę Alexandre (z egzaltacją; ale też wiarygodnie). Jeszcze tylko podziękuj mi za te wszystkie noce.

On: Dziękuję, dziękuję…

Ona: Jesteś skończonym durniem. Nigdy nie dziękuj dziwkom. Natomiast z nieznajomymi radziłabym ci jednak rozmawiać. Mimo wszystko.

Akt IV

(Znów nowa sytuacja. Znów przedstawienie zmienia tor. Mężczyźni znikają. Pojawiają się Chochliki – ich głosy są pogrążone w echu, przedrzeźniające, nieznośne. Jeden grubszy, drugi cieńszy. Trochę przypominają głosy Jego i Jej (lub można powiedzieć Michaiła i Małgorzaty) z pierwszego aktu. Ona – w pierwszym akcie pełna życia (podkreślone), w drugim znudzona (podkreślone), teraz przestraszona.)

Chochlik I: Małgorzata jest smarkata

Chochlik II: A smarkata Małgorzata nie dożyje tego lata.

Ona: O mój Boże! Co wy mówicie!

Chochliki (razem): Małgorzata jest dla świata,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxa ty nie bądź Małgorzatą
xxxxxxxxxxxxxxxxxxty się zajmij swoją chatą

Chochlik I: No właśnie, kobito. Zobacz, co z tego wyszło. Wszystko się pomieszało. Michaił zniknął. Max się wściekł. Wyrzucili cię z roboty. Gdzie tu miłość? Jak ty komu wytłumaczysz, że pod adresem Kota w Butach 5 była też miłość?

Ona: Spędziłam w tym atelier prawie całe życie. Max nigdy tego nie podejrzewał, ale mieszkałam tam, zanim on urządził sobie pracownię. Przychodzili tam różni ludzie, pewnie też przychodził Michaił. Musiał przychodzić, bo jestem pewna, że znamy się od dłuższego czasu.

Chochlik II: Małgorzatko, lepiej stąd chodźmy. Maksymilian przyjdzie lada chwila. Nie spodziewa się tu ciebie. Myśli, że odeszłaś na zawsze.

Ona: Bo odeszłam. Tak jak od Mistrza. Muszę teraz od nowa wadzić się z historią. Muszę stać się Małgorzatą bez Mistrza. Muszę tu posprzątać.

Chochlik I: Zostaw. Zostaw i już chodź. Odstaw te szklanki. Nie są twoje. Wiesz, do kogo należą.

Ona: A właśnie nie wiem.

Chochlik I: A właśnie wiesz.

Ona: Złośliwe stworzenie z ciebie.

Chochlik I: Że jak proszę?

Ona: Nic tu do nikogo nie należy.

Chochlik I: Z rozmazanej trzydziechy nie masz uciechy.

Chochlik II: Czytaj – to nie jest śmieszne.

Chochlik I: He He. Robota dom robota dom. A chłopcy czekajom

Ona: Wcale że nie mam tylu lat (obrażona). Zresztą niezbyt obchodzi mnie, na co cierpią dwudziestolatki ani trzydziestolatki ani czterdziestolatki ani…

Chochlik I: Jak to? (wtrąca się)

Ona: Jakoś.

Chochlik I: Typowe.

Ona: Co typowe?

Chochlik I: Dla takich jak ty. Dla takich, co im wszystko jedno.

Ona: Mnie nie jest wszystko jedno. (Z naciskiem)

Chochlik I: Oho. To zrób coś. Napisz reportaż, książkę, nakręć film, wyjedź. Zapomnij. No wiesz. O Maxie, Michaile.

Ona: Nie chcę nic robić. Nic poza tym, co pozwala pamiętać. Nic poza tym, co jest konieczne i co przynosi mi radość.

Chochlik II: Małgosia nam się sentymentalnie zamyśliła. Wpadła w nastrój zwany melancholijnym. Ogłaszam alarm! (Słychać werble i takie bezmyślne chochlikowe „tadam”)

Chochlik I: Dlaczego ona jest taka dosłowna? Tak się wyrażać, to nie przystoi młodej damie. Terefere! (Śmiech)

Chochlik II: Może naprawdę już chodźmy. Przecież on zaraz tu przyjdzie.

Ona: No i co? A nie możemy żyć obok siebie? Jest kilka garnków, kilka talerzy, są materace. Odnajdziemy Michała. Pożenimy się i powydajemy za mąż.

Chochlik I: Ech, dzieci…

Chochlik II: Do czego zmierzasz, Małgosiu?

Ona: Nic. Nie zrozumiecie.

Chochlik I: Panienka jeszcze nigdy nie była sama? Panienka może nie ma siły się rozstać?

Ona: Milcz, głupcze.

Chochlik I: Znów ta górnolotność. Już raz nie wyszła panience na dobre.

Ona: Mnie wszystko wychodzi na dobre. Nawet złość. Tylko że ty tego nie możesz zrozumieć, bo jesteś tylko chochlikiem. Błędem w sztuce.

Chochlik I: To niech panienka Homerowi wytłumaczy.

Ona: Nie bądź taki hej do przodu.

Chochlik II: Nie chciałbym się wtrącać, ale trochę nie mogę zrozumieć, po co mielibyście żyć wszyscy razem.

Chochlik I: Jak mnisi tybetańscy. (Chichot)

Ona: A żebyś wiedział! Zresztą nie chodzi o to, żeby razem, ale o to żeby w ogóle. Oni się rozpłynęli. Zostałam sama. Bez rękopisów. Bez telefonów w nocy.

Chochlik I: Znajdzie sobie panienka innego. Ups… Innych. W burdelach też pewnie potrzebują dziewcząt. Niech panienka nie płacze.

Chochlik II do Chochlika I: (Szeptem) Nie rozumiesz, cymbale, że to wszystko to jest taka przenośnia?

Chochlik I: Nie, nie rozumiem. A ty może rozumiesz?

Chochlik II: Nie i ona też nie rozumie. Ani nikt inny. Ale Homer faktycznie pisał coś o radości. Pamiętasz, mówiła coś takiego. A poza tym była też taka książka. O Mistrzu właśnie. Ten Max jest tu chyba trochę na gapę.

Chochlik I: To wszystko się nie trzyma kupy.

Ona: Możecie mówić normalnie. Ja słyszę wszystkie szepty. Niepotrzebnie się kłócicie. Max jest po to, żeby wszystko mogło się rozpaść. Żeby mogło runąć. A ja bym chciała, żeby to atelier przetrwało, dlatego pomyślałam, że gdybyśmy tu zostali…

Chochlik I: To może my spadamy. Cześć panienko. Niech się panienka raczy trzymać, bo panienka jest od jakiegoś czasu pod naszą opieką. Mistrz nas przysyła.

Chochlik II: Zamknij się, idioto.

Ona: Uspokójcie się. Teraz naprawdę wszystko się zacznie. Tak, idźcie sobie, żebym wreszcie mogła chwilę odpocząć. Tu ciągle ktoś czegoś chce.

(Słychać jak chochliki wybiegają)

 Ona: Dzięki Bogu.

(Słychać jak zaczyna myć naczynia. Nuci sobie coś pod nosem. Potem wszystko cichnie, tylko z kranu uporczywie kapie woda.)

Ona: Kap sobie, kap. I tak nikt cię nie naprawi. Panowie poszli. Chochliki poszły. Mam dużo czasu. Mogę zacząć od początku. Tu, w tym atelier. W tej pracowni, w której byli i Max, i Mistrz, i chochliki. Ściany ciągle są na swoim miejscu. A także wiele niepotrzebnych przedmiotów. Za dużo garnków, za dużo jedzenia w lodówce. Ciągle się tu pałętają nasze rozmowy, niezadane pytania, przedwczesne odpowiedzi. Za oknem deszcz. Mżawka. Na szybie kropelka. Bardzo prosty symbol. Łza. Oczyszczenie. Prawie alegoria. Gdyby tak było z nami. Gdyby łatwiej można było nas odczytać. Gdybyśmy sami to potrafili. Chodzi lisek koło drogi… Ale to nic. Ale mogę zacząć od początku. Tu albo i nie tu.

Drzwi się otwierają a potem zatrzaskują. Słychać jak Ona zbiega po schodach.

 Koniec

 

Reblog: Dzienniki statecznej panienki

Mój kuzyn, Jan Kozłowski, ten od kota i Prota, opowiedział mi o dziennikach Róży Łempickiej, spisanych i wydanych w 10 egzemplarzach przez panią Marię Prosnak-Tyszkową. Jeden z tych egzemplarzy znajduje się w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie i, zachęcona przez kuzyna, sięgnęłam po to unikatowe wydanie, a jak zaczęłam czytać, to nie mogłam się oderwać, i wreszcie postanowiłam, że przepiszę tu dla moich czytelników maleńki fragmencik tej niezwykłej literatury. I pomyśleć, że to kilkunastoletnia panienka napisała te linijki.  Urodziła się bowiem 9 listopada 1826 roku, miała więc lat 19, a zaczęła pisać dzienniki już kilka lat wcześniej, bo w roku 1841. Zakończyła prowadzenie dzienniczka w chwili zamążpójścia, był to więc dosłownie, Pamiętnik statecznej panienki, przy czym, w przeciwieństwie do Simone de Beauvoir, Róża była – rzeczywiście a nie ironicznie – stateczną panienką, wychowywaną w statecznej polskiej rodzinie szlacheckiej.  Zimę rodzina spędzała w Warszawie i tego własnie okresu roku 1845 dotyczy cytowany tu fragment Dzienników.

A zatem przed 170 laty w Warszawie…

roza1Róża Łempicka

Franciszek Liszt

Rok 1845

15 marca

(…) uśmiecha nam się tylko koncert Liszta, który do nas zawitał. Panna Tekla i kilka innych panien będą brać lekcje od niego w czasie całego pobytu. Lekcja taka kosztuje zp. 200. I my tam będziemy bywać, boć przecie widzieć i słyszeć taką znakomitość już wiele znaczy.

Tak, niewątpliwie widziałyśmy go, słyszały. Bóg piętnem sławy oznaczył go. Franciszek Liszt nie ma dotąd, jako mistrz tonów, wyższego od siebie, a grzmiąca muzyka jego jest wielkością niedościgniętą przez nikogo. Mechanizm rąk jego tak rozwinięty, że nie widząc nie podobna uwierzyć, że ten nawał tonów wywołują dwie ręce tylko. Jest to całkowita orkiestra, którą Liszt wprowadził w fortepian i przywołał zaklęciem do pomocy swojej.

Mówią wszyscy i jest to prawda, że grę jego oznacza jakaś gwałtowność, która być może, że zagłusza i zaciera śpiewność tą szaloną harmonią tonów. Jednakże jest to właśnie nowy typ genialnego poczucia, a jak wróży sam Liszt, są to pierwsze dźwięki muzyki przyszłości, którą on pierwszy rzuca jako treść do rozwinięcia znakomitościom muzykalnym. Nie zbywa jednakże chwilami i Lisztowi na uczuciu, a wszystkie kompozycje Chopina oddaje tak, że płakać nad nimi można. Przyjaźń tych dwóch wielkich muzyków zaznaczyła czułość prawdziwa, a obecnie Liszt mówi, że wiele zawdzięcza wpływowi Chopina i że on odzywa się w nim zawsze, gdy rzewność uczucia zapanowywa w grze jego. Kompozycje Chopina Liszt tylko umie wykonać z całą ich prawdą i przejęciem. Opisać grę Liszta jest mi niepodobna, każda wykonana sztuka okazuje wielkość, a dalszy ciąg muzyki jego wprawia w nienormalny stan. Słyszy się, czuje tam wszystko – i burzę straszną, śmiech i jęki, wiosnę w całej naturze, pełnię życia, szczęście jasne i trwałe, upadek, starość, długie konanie, spokój śmierci – i pamięć, pamięć wszystkiego wieczną.

Liszt w zachwyt wprowadza słuchaczy, których też wdzięczność nie ma granic. Czuję to sama na sobie, jestem w dziwnym jakimś stanie drżenia i uniesienia. Złożyło się na to i pobyt na koncercie kilkogodzinnym i przebyte z nim parę godzin u pp. Brykczyńskich, bo już wszystko minęło, a w mej wyobraźni i słuchu grzmi wciąż ten chaos burz, płaczu i śmiechu. Widziałem coś sześć razy Liszta i oto co się o nim dowiedziałam: ma on lat około trzydziestu, urodził się na Węgrzech niedaleko Pesztu, gdzie ojciec jego był oficjalistą w dobrach ks. Esterhazego i miał wielką przyjaźń z Haydnem. Spostrzegłszy zdolności syna, od szóstego roku zaczął go uczyć muzyki, a pomimo przeszkód w delikatności zdrowia dziecka, młody Franciszek Liszt mając zaledwie lat dziewięć, dał się słyszeć publiczności, a nawet już wtedy słyszano jego własne improwizacje. Te występy zjednały mu protektorów, postanowili oni, aby się kształcił w Wiedniu, tam więc przez lat parę pobierał lekcje od Czernego (Carl Czerny) i sędziwego Sulíriego (Antonio Salieri). Następnie dał się słyszeć publicznie i wtenczas już największych nawet znawców zachwycił, bo wykonywał najtrudniejsze kompozycja Beethovena i Hummla od ręki. Potem udał się do Paryża, a pracując tam usilnie, sam musiał myśleć o dalszym kształceniu, bo jako cudzoziemcowi wszędzie utrudniano drogę. Grając po całych dniach tak wysoce udoskonalił mechanizm rąk, że gdy dał następnie parę koncertów w teatrze Wielkiej Opery, taki sobie zjednał rozgłos, że o niczym nie mówiono w Paryżu, tylko o małym węgierskim artyście, a najwięcej arystokratyczne domy rozrywały go sobie. Sława jego już odtąd stała się głośna, a gdy się udał do Londynu przyjęli go tam z niesłychanym entuzjazmem. Odtąd pracując ciągle jeździł po znaczniejszych miastach Anglii i Francji i dawał koncerty. Żyjąc z osobami wyższymi wytworzyła się w nim chęć świetnienia i w innych umiejętnościach – i to mu się powiodło. Wykształcenie jego i wyrażanie się jest znakomite, posiada wiele języków europejskich, występuje jako literat, posiada dyplom na doktora filozofii Uniwersytetu Królewieckiego. W roku 1835 Liszt rozpoczął prawdziwie tryumfalną podróż po Europie, gdzie spotykają go przyjęcia tak głośne jak żadnego dotąd artystę, uniesienia publiczności dochodzą do szału, zwłaszcza, że Liszt umie ją ująć sobie, a i powierzchowność jego, układność i szlachetność czynów, rozum, wszystko przemawia za nim. Otóż i nas spotkał w tym roku ten zaszczyt, a chcąc nie pokazać się niżej od innych miast Warszawa wysila się na świetna przyjęcie wielkiego mistrza tonów, w czym wszystkie koterie idą jej w pomoc. Odwdzięcza się też on Warszawie za te przyjęcia grając na każdym koncercie i wieczorze zawsze coś narodowego i wpinając w swój amarantowy krawat naszego białego orła. Znam kilka pięknych dam, które biorąc do ręki i przyglądając się temu drogocennemu klejnotowi przedstawiającemu herb naszego państwa obsypują go pocałunkami i łzami. My na wieczorach i lekcjach u pp. Brykczyńskich więcej panujemy nad sobą, choć w sercach naszych jest dużo wdzięczności dla tego, który nam to widzieć i słyszeć daje.

Fi. Liszt jest co się zowie ładnym młodzieńcem, ma zaledwie lat trzydzieści, jest wzrostu średniego, nadzwyczaj zręczny w ruchach. Twarz blada, podłużna, oczy niebieskie, jakby trochę w dole, ale z wyrazem bardzo miłym i inteligentnym, czoło wysokie, otwarte, a z niego błyska ku nam to namaszczenie, które nas odurza i zachwyca. Włosy ma jasno blond, nosi je długie tak, że nawet zarzucone na tył głowy, sięgają pleców. Wymowa, wyrażanie się pełne elegancji, słowem doskonałość kompletna. Zostawił nam wszystkim swoje własnoręczne podpisy, a gdy na pożegnalnym wieczorze u pp. Brykczyńskich wszyscy się do niego cisnęli prosząc o pamiątki, podając papier do podpisu, rwąc rękawiczki, ja nie chcąc się cisnąć i sprawiać mu ambaras, ufając zresztą, że za instancją pokrewnej mu talentem pani Tekli, zawsze pamiątkę otrzymam, siedziałam sobie spokojnie i nawet zdaje się, że w tej właśnie chwili coś zupełnie innego zajmowało myśl moją. Tymczasem Wielkość ta raczyła to spostrzec, a zbliżywszy się ku mnie zapytała, czy nie życzę sobie pamiątki po tym, który szczęśliwy był, że mógł talentem swym zabawić chwilowo cny naród polski, którego on kocha i wielbi jak żaden, bo same już narodowe pochodzenie zbliża go ku nam. Węgrzy tak wiele mają sympatii i uczucia dla nas. Odpowiedziałam, że aczkolwiek nie sądzę, abym kiedykolwiek w życiu mgła zapomnieć, żem widziała i słyszała tak wielkiego mistrza, który w sobie łączy wszystko, by świat cały zdumiewać i zachwycać, jednakże miło by mi było także mieć choć drobną jaką pamiątkę. Z ślicznym ukłonem i minką dosyć zarozumiałą podał mi Liszt bladoróżową rękawiczkę i wypisał aż trzy razy swoje imię i nazwisko – to jest dla mnie i dla rodziców. Nie chcąc krzywdzić te hojne dary umyśliłam zaraz podzielić się tym z takimi, które nie zdołają się docisnąć do łaski pańskiej. Co prawda Liszt popsuty jest tą nieustanną owacją i entuzjazmem, a najwięcej wykwintne damy ukazują mu uwielbienie, że nawet szklanki, kieliszki i wiele innych rzeczy, których on się dotknął lub używał, staja się jakąś drogocenną pamiątką. To mi się znów zdaje trochę za wiele. Najwięcej ujął on sobie publiczność występem swoim w amatorskich porankach muzykalnych na rzecz Dobroczynności, dochód był znaczny, a przewidując to, wdzięczne ubóstwo przybrawszy się w świąteczne szaty otoczyło na końcu Liszta ślicznymi zielonymi wieńcami, którymi on znów dzielił się z występującymi amatorami. Publiczność sypała brawo i okrzyki. Liszt zdawał się rozczulony i mówił, choć z cicha, jednakże słyszeli to wszyscy: “Niech odżyje i żyje szlachetny, gościnny i wielki naród polski”. Pamięć Liszta będzie u nas długo, pisma wszystkie zapełnione nim, a i prywatni składają też na papier wrażenia swoje. (…) Złośliwość ludzka zawsze i wszędzie coś dopatrzeć musi, mówią niektórzy, że Liszt jest Żydem, nie wierzymy jednak temu, bo gdyby tak było – tak świetnie od natury uposażony – potrzebowałby się zapierać swego pochodzenia? Ktokolwiek by on był, geniusz jego stawia go w rzędzie znakomitości europejskich.

roza2