Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Ein schöner Sommersamstag in Berlin

Guten Tag. Am Samstag gibt es keinen Morgen. Der Berliner muss sich ausschlafen. Der Tag beginnt spät.

Sommer auf dem Balkon. Foto Michał Krenz

balkonmichalSommer im Auto oder eh ein Auto im Sommer. Foto Michał Krenz.

autkomichaFür diejenigen, die es nicht erkennen – es ist ein Volvo P1800, ein Auto wie in der TV Serie Simon Templar (The Saint) mit Roger Moore.

Foto oben aus Wikipedia. Alle andere Fotos – ich.

Ein anderes Auto.

auto2Ein Vertrauenbeweis.

vertrauen1Wir lieben Ordnung und Sauberkeit.

ordnungNimm dir ein Buch.

nimmeinbuchnimmeinbuch2Das Buch, das ich genommen habe.

meinbuchEin anderer Vertrauenbeweis.

vertrauen2Linie Eins. Ein Geiger in der U-Bahn. Er spielte so schön. Ich weiß nicht, was es war. Palestrina vielleicht. Wieso musste ich die ganze Zeit an Warschauer Ghetto denken?

geigerLinie Nummer 6. Wartend auf die U-Bahn. Der Junggesellenabschied oder ein Polterabend. Der Bräutigam las vom IPod ein Gedicht über Hämorrhoiden. Ein bißchen geschmacklos, aber, was soll es? Es ist, halt, Berlin.

hemoroidyEr wird Lisa Lukaschewitsch heiraten.

lisalukaschewitschNo comments.

no commentsNacht auf dem Balkon.

nachtaufdembalkonNacht. Der Himmel über Berlin.

gutenacht

 

 

Vergessene Texte

Ewa Maria Slaska

Selbstmord und andere Liebesgeschichten

– Komm rein, sagt die Frau. Du bist doch die Gewittertochter, oder?
Sie nickt, öffnet das Gartentor und kommt rein. Die Frau stellt den Korb mit Iris auf den Rasen.
– Ich bin Julia, sagt Julia.
– Julia, sagt die Frau. Ich bin Helga. Dein Vater hat heute Geburtstag. Hast gerade den richtigen Tag gewählt, um hierher zu kommen.
– Sie wissen also von mir? fragt Julia unsicher.
– Nein, nichts, aber… du wirst sehen.
Sie gehen ins Haus hinein.
– Dirk, ruft die Frau, komm mal her, wir haben Besuch.
Dirk kommt aus der Küche, mit einer großen Schürze um. Er schaut sie an.
– Es ist Julia, sagt Helga, deine Gewittertochter.
– Julia, sagt Dirk. Wir müssen wohl Julia holen.
Ich bin doch da, will Julia erwidern, schweigt aber, denn sie spricht auch sonst nie viel.
– Julia, ruft Dirk nach oben.
– Komme gleich, antwortet eine junge Frauenstimme, noch eine Sekunde.
Meine Schwester, denkt Julia. Und so ist es, Julia ist so alt wie sie. Und sieht wie sie aus. Ein bisschen pummelig, nach dem Vater halt, schwarzes Haar, rosa Gesicht, braune Augen. Wir sehen wie Schwestern aus, keine Frage. Dies erklärt natürlich schon viel, ohne dass man es erklären muss.
– Julia, sagt Dirk, das ist deine Schwester Julia.
– Kann man wohl sagen, sagt die andere Julia und schaut sie an. Wie alt bist du?
– Na, sagt Helga, fünfundzwanzig, oder? Zweiundachtzig geboren.
– Im Februar.
– Fische also, sagt die andere Julia. Ich bin Schütze, Aszendent Schütze. Einundachtzig geboren. Drei Monate älter als du.
– Ich weiß, murmelt Julia unsicher.
– Bin Schauspielerin, viel unterwegs, sagt die andere Julia, und selten anzutreffen. Heute aber, da Papa grad fünfundfünfzig wird, weile ich ausnahmsweise sozusagen im Schoß der Familie. Hast Glück gehabt, heute kommen alle.
– Und deine Mutter, fragt Helga, wollte sie nicht kommen?
– Sie lebt nicht mehr, sie hat sich vor zwei Monaten umgebracht. Bei einer Mondfinsternis. Schweigen, na klar, was sonst. Soll ich sie ihnen erzählen, die Geschichte von Klaudias Selbstmorden? Dass sie es immer wieder versucht hat. Dass es ihr so oft nicht gelungen ist, dass es schon lustig war. Selbst Klaudia tat es als lustig ab. Es war aber gar nicht lustig und hörte nie auf. Und dann, einmal, gelang es.
Vielleicht war jetzt nicht die richtige Zeit, sofort mit dieser Information bei diesen lautfremden Menschen reinzuplatzen, aber wann ist dann der richtige Augenblick? Wenn man bestimmte Sachen nicht sofort sagt, kann man sie womöglich nie mehr erzählen. Und dann ist es wie mit Grass, sechzig Jahre Schweigen.
Also Schweigen. Es dauert eine Weile bis Dirk seine Hand verlegen ausstreckt und Julia die Wange streichelt.
Sie war siebenundfünfzig, wäre im September achtundfünfzig geworden. Wird es nun nie werden.
– Eine Liebesgeschichte, sagt Julia und schweigt wieder.
Geschichte einer unwirklichen Liebe zu einem Dämon. Ach Mama. Und dabei hat Klaudia nie mit diesem Mann geschlafen. Mit einem Dämon schläft man nicht, behauptete sie immer. Das haben sich nur die Inquisitoren für die Hexen ausgedacht. Vielleicht erzählt sie es ihnen doch, sie müssen solche Sachen verstehen, wenn sie sie selbst Gewittertochter nennen. Plötzlich fiel ihr auf, dass sie alle gleich aussehen, sie selbst, die andere Julia, Dirk, der Dämon und fast alle Männer, die in Klaudias Leben eine Bedeutung hatten. Als ob sie überall nur diesen einen gesucht hätte, mit dem sie diese eine Gewitternacht verbracht hat. Den Dirk also. Einen schönen jungen Mann mit braunen Augen, grader Nase und einer Mähne dunkler, lockiger Haare.
– Selbstmord. Liebesgeschichte. Mondfinsternis, sagt die andere Julia. Hast es nicht leicht gehabt mit deiner Mama, oder?
– Nein, bejaht Julia. Sie war eine Polin, wusstet ihr das? Eine Jüdin aus Polen.
Dirk nickt mit dem Kopf.
– Oje, sagt Julia und nimmt Julia an die Hand. Wir gehen jetzt nach oben, ihr schafft es wohl ohne uns, da in der Küche.
Sie bekommt ein Zimmer im Dachgeschoß zugewiesen, ein kleines Zimmerchen mit winzigem Bad und einer Küche wie im Puppenhaus. Jetzt sitzen sie zusammen auf einem niedrigen Bett, trinken Tee und rauchen.
– Hast du auch Angst vor Gewittern? fragt die andere Julia.
– Nein, aber Mama…
– Ja, ja, klar, das wissen wir. Das Einzige, was wir immer wussten. Von dir wussten wir nicht, von ihr wenig, aber davon, dass sie Angst vor Gewittern hatte, das wussten wir immer. Papa hat es reumütig sofort Mama erzählt, als er von diesem Seminar zurück nach Hause kam. Und dann alle Jahre wieder. Diese Geschichte war immer ein Partyhit. Wirst sehen, heut Abend. Wie war sie?
– Strange. Der Liebe ausgeliefert. Liebesabhängig. Aber ich weiß nicht viel, ich wohnte lang woanders… Sie meinte, jede ihre Wohnungen in Berlin war mit einem Mann verbunden. Sie hatte in Berlin in sieben Wohnungen gelebt. Wenn ihr eine Liebe zu Ende ging, versuchte sie sich umzubringen.
Julia schweigt wieder. So viel auf einmal hat sie seit langem nicht gesagt. Eigentlich hat sie seit Klaudias Tod kaum mit jemandem geredet. Sieben Wohnungen, denkt sie jetzt, ja, sicher. Und sieben Männer. Manche Wohnungen waren für mehrere Jahre, manche für nur ein paar Wochen. So wie die Männer.
– Schrecklich.
– Ja und Nein. Sie war eine Dichterin und mystisch.
– New Age?
– Nein, irgendwie anders. Kein Esoterikkram. Alles nur im Kopf und erlebt. Ihr passierte immer Ungewöhnliches. Es übertrug sich auf mich. Irgendwie. Bei jedem Mann, der mit ihr zusammen war, hatte ich andere Träume, auch wenn ich nicht bei ihr war, sondern bei Oma.
– Glaubst du daran?
– Nein, aber es ist eine Tatsache. Ich träumte ihre Träume. Auch von Selbstmord.
– Gott, wie unglücklich sie war…
– Aus all dem wurde immer nichts. All diese Männer, alle für die Katz.
Julia war drei als sie nach Berlin umzogen. Nach einem Jahr kam ihre polnische Oma und nahm sie mit nach Polen. Und so blieb es die ganze Zeit. Mal hier, mal da, Schule in Berlin, jeder freier Tag in Posen. Zweiundzwanzig Jahre lebte Klaudia in Berlin, in sieben Wohnungen, mit sieben Männern und sieben Todesarten. Als Julia 16 wurde, starb die Oma und Julia blieb in Berlin. Sie wohnten eine Zeitlang zusammen, dann zog sie aus, in eine WG.
– Immer wollte sie sterben, sagt Julia, schon als Kind. Sie hat stets darüber Gedichte geschrieben.
– Wie hat sie es gemacht?
– Sie ist zur Zugspitze gefahren, dort bis nach Betriebsschluss geblieben, mit Schlaftabletten eingeschlafen und erfroren. Man hat sie zwar gesucht…
– Wieso?
– Wegen der Zugkarte. Bei der Zugabfahrt gibt es einen automatischen Fahrkartenzähler. Wie viele Karten nach oben befördert wurden, so viele müssen auch zurück nach unten. Und da die eine Karte fehlte… Aber es war zu spät. Sie starb im Krankenhaus. Außergewöhnlich.
– Wieso? Selbstmord ist Selbstmord.
– Naaa. Sie machte es ohne Wasser, sonst hat sie es immer mit Wasser versucht.
Sie schweigen.
– Ich würde gern ein Bisschen schlafen, sagt Julia.
– Ach je, klar, sorry, aber …
– Klar, sagt Julia.
Der erste Traum an einem neuen Platz soll sich erfüllen. So sagt man. Julia träumt von ihrer Mutter. Es ist sie selber in diesem, in jedem Traum, aber sie träumt von ihrer Mutter. Sie hat noch keine echte Liebesgeschichte erlebt, nur Liebeleien, Affären, kleine Dinge halt, und keinen Selbstmord. Bis jetzt.
Sie sitzen in einem Jazzclub zusammen, Rafal, den ihre Mutter Dämon genannt hat, und Julia, die ihre Mutter Klaudia ist. Ein alter, zahnloser Penner kommt vorbei und schaut sie an.
– Wieso verliebt ihr euch nicht ineinander? fragt er.
– Schon gehabt, spottet Julia, erschrocken, dass der Typ ihren inneren Gedanken so hervorholt und auf den Tisch knallt. Sie hofft, dass ihre Ironie diese schreckliche Tatsache wegkaschiert. Sie schämt sich ihrer Liebe. Zumal Rafal sichtlich genervt ist.
– Gehen sie, sagt er, lassen sie uns in Ruhe.
Der Mann bleibt aber stur bei ihrem Tisch stehen und schaut Julia an. Wer weiß wie ein Himmelsbote auszusehen hat. Vielleicht grad so.
– Du wirst ihn hinkriegen.
Julia im Traum sieht ganz anders aus als Julia im Leben. Im Leben kommt sie in allem nach ihrem Vater, im Traum sieht sie wie Klaudia aus, dichte, rotbraune Locken, graue Augen, Sommersprossen, Silberblick. Eine Hippiebraut.
Mit dem letzten Satz des Penners ist Julia wach. Wieso hast du dich also umgebracht? fragt sie wortlos, wieso? Er hat dir doch versprochen, dass du ihn bekommst.
– Nein, sagt Klaudia in ihrem Kopf, es hätte nie klappen können. Er war kein Mann, er war meine letzte Lebensprobe.
– Und ich? fragt Julia, schläft wieder ein und gelangt in einen ihr sehr gut bekannten Traum von einer Prinzessin, die in einem großen, leeren Palast wohnt, umgeben von einem großen, menschenleeren Garten. Julia steht am Teich, schaut auf die glatte Wasseroberfläche, wo im Teich ihre Mutter reglos liegt, von Blumen umgeben. Der Tod sollte mit dem Wasser verbunden sein, das sagte sie doch immer. Klar, sauber, viel Grün, weiße auf dem Wasser verstreute Blumen. Rosen oder so.
Und Tabletten. Tabletten und Wasser. Ein nie erreichtes Ideal. Aber vielleicht ist Schnee doch auch Wasser. Und er ist weiß, Klaudias Lieblingsfarbe.
Rafal ist ja auch wieder da, in Julias Traum. Ein schöner Mann. Groß, schlank, intelligent, nett und charmant. Ein schönes Wesen. Braune Augen, dunkles Haar. Eine große grade Nase. Ein Unheilsbote. Ein Erzengel, wie sein Name. Gott heilt, bedeutet sein Name. Gott heilt. Er gibt ihr ein Glas Orangensaft. Und sie trinkt.
– Was zum Trinken? fragt die andere Julia.
Es ist schon dunkel und es ist Julia, die ihr ein Glas Saft gibt.
– Davon habe ich geträumt. Von Orangensaft.
– Geht in Erfüllung und zwar sofort. Wir müssen nach unten. Die Gäste sind schon eingetroffen.
Julia schaut auf die Uhr.
– Es ist erst sieben.
– Auf sieben ist auch eingeladen worden.
– In Berlin wären sie dann um elf gekommen.
– Wir sind in der Provinz, merk dir das. Hast du überhaupt Klamotten mit, die zu einer Gesellschaft in der Provinz passen oder soll ich dir etwas leihen?
Julia zieht ihr blaues Kleid aus dem Rucksack. Bissl zerknittert, wird aber gehen. Und ein Geschenk. Sie holt ein Päckchen hervor, eingewickelt in gelbgoldenes Papier.
– Was ist das denn?
– Ihr letzter Text, per Hand geschrieben. Dirk kommt auch drin vor. Daher.
– Dünn, sagt die andere Julia.
– Ist ja auch kaum was drin, nur eine Auflistung: Liebe, Wohnung, Träume, Todesart.
– Gott, wie makaber!
Julia zieht sich um. – Weißt du, sagt sie aus dem Badezimmer, sie hat auch kein Grab. Wollte keins.
Keine Beerdigung, kein Sarg, kein Grab. Ein Pappbeutel sollte es sein. Ist aber in Deutschland verboten. Musste aus der Schweiz geliefert werden, so eine Pappmachebox, wie für Eier…
Sie kommt wieder ins Zimmer, setzt sich auf das Bett, seufzt.
– O Gott, wie müde ich bin, als ob es mein Leben wäre und nicht das ihre.
– Bist du deshalb hierher gekommen?
– Kann sein, weiß nicht so genau. Ich brauchte etwas hier, unsere Familie in Polen existiert kaum, Juden halt, sind seit dem Krieg nie große Stämme…
Sorgfältig malt sie sich die Augen, Kajal, blauer Lidschatten, weiße und schwarze Mascara.
– Schluss, sagt Julia, mehr brauchst du nicht. Jetzt wird gegessen, getrunken, geredet und gelacht. Träumen wirst du später, du kleine Träumerin. Du hast deine Augen mindestens dreimal geschminkt.
Julia schaut in den Spiegel.
– Gelacht, sagt sie.
– Aha, erwidert Julia, kluge Köpfe lachen nicht, ja? Na dann komm mal, mal sehen, ob dich die Gewitterstory á la Dirk amüsieren wird.
Sie gehen nach unten. Als sie fast unten sind, sagt Julia wie beiläufig:
– Übrigens, er war zwanzig Jahre jünger als Mama und sah wie dein Vater aus.
– Unser Vater, antwortet Julia mechanisch, Vater unser, bete für uns… Dann hielt sie plötzlich inne. – Was haste gesagt? Wer war zwanzig Jahre jünger?
– Der siebente Mann.
Sie schauen sich an. – O Gott, sagt Julia. – Ja, stimmt Julia zu, wie doof. Und dabei war sie so klug.
Sie kommen ins Zimmer ein, wo sie ein allgemeines „Ah“ begrüßt.
– Meine Damen und Herren, sagt Dirk, der ihnen, zwei Gläser Champagner auf einem kleinen Tablett, entgegen kommt, meine Damen und Herren, eine Geburtstagsüberraschung. Meine Töchter, Julia und Julia! Ein lauter Applaus! Julia und Julia! So ähnlich! So schön! Wer? Was? Ach ja, natürlich, die Tochter der Gewitterfrau! Du alter Schuft, doch geschafft! Doch wahr die Geschichte, keine Erfindung! Sieh mal einer an! Und auch Julia? Woher der Name? Ach, Romeo und Julia, sehr romantisch, jaja, ausgesprochen romantisch. Und wie bist du, wie sind Sie hierher gekommen?
Helga kommt zu ihnen, legt ihre Arme um beide Julias, als ob sie sie schützen wollte.
– Hab gesucht, antwortet Julia. Im Internet. Es waren drei.
Dirk nickt mit dem Kopf. Stimmt ja, da sind noch zwei andere Dirks, Geister im Netz, ein Fregattenkapitän und ein Fußballer.
– Ich hab halt gewählt, sagt Julia. Wollte unbedingt einen Prof.
Alle lachen. Julia hatte Recht. Es wurde viel gegessen, getrunken, geredet, gelacht, getanzt und gesungen.
Sie gehen in den Garten, setzen sich auf dem Gras. Der Vollmond steht klar am Himmel, silbern, kühl. Die Leute um sie herum sprechen leise miteinander. Sie weiß, dass manche von ihnen von Klaudias Selbstmord sprechen. Es kann nicht anders sein. Aber es stört sie nicht. So ist es halt im Leben, es gibt eben Leute, die sich umbringen.
Dirk setzt sich neben sie, holt das kleine Büchlein von Klaudia aus seiner Jackentasche heraus.
– Hast du es gelesen? Klar, sicher hast du es gelesen.
– Sie hatte mehrere Male versucht, sich umzubringen. Das wusste ich sowieso, auch ohne ihr Büchlein.
– Dass sie die anderen Selbstmorde überlebt hatte…
– Wegen des Instinkts, antwortet Julia.
– Die sieben Männer…
– Mama war symbolisch. Ich hätte wissen müssen, dass es beim siebenten Mal klappen wird. Ihr ganzes Leben war ein Symbol…
– Und die Männer bekamen ihre Nummer.
Der Dirk bekam die Null.
Um sie herum wird jetzt getanzt. So wie Julia es gesagt hatte. Zuerst wird gegessen und getrunken, zwischendurch gelacht und erzählt. Die Gewittergeschichte von Klaudia und Dirk war Der Partyknaller.
Sie haben nur eine Nacht miteinander verbracht, die Nacht des Gewitters. Sie waren in Merl in einem Bildungshotel des Innenministeriums. Zu dem Seminar: Die Situation der Migrantinnen. Na eben. Nachts nach der Abschiedsparty gab es ein fürchterliches Gewitter. Der ganze Himmel ergoss sich bei einem ohrenbetäubenden Gedonner. Blitze zuckten durch die dunklen Wolken wie flammende Schlangen. Im Park am Teich brannte ein alter Baum. Klaudia lief panisch über den langen grauen Flur und kam in das erste Zimmer, dessen Tür sich öffnen ließ. Sie sah wunderschön aus. Am nächsten Tag hatte Dirk sich entschuldigt und gesagt, es würde nichts daraus werden, er sei verheiratet. Glücklich. Seine Frau erwartete gerade ein Kind. Selbstverständlich, soll Klaudia gesagt haben. Der Rest war Julia. Und Schweigen.
Auch jetzt schweigen sie mehr als sie reden.
– Hat sie all die Männer so geliebt? fragt Dirk.
– Nein.
– Sieben Männer deiner Mutter, hat dich das gestört?
– Acht. Du bist auch da, sagt Julia, sich vom Gras erhebend.
Sie gehen tanzen.

Am nächsten Tag sitzen sie alle beim Frühstück im Garten. Klaudias goldenes Büchlein auf einem freien Gartenstuhl
Sie hatte es bei sich gehabt. Sie nannte es „Notizen aus dem Todesjahr“. Die letzte Notiz ist auf der Zugspitze eingetragen, ein paar Minuten bevor Klaudia herausging, um eine zu rauchen.
Die Zugspitze war der einzige Ort in Deutschland, wo es in diesem warmen Winter Minustemperaturen gab. Auf der Zugspitze lief alles schief. Von Anfang an. Sie wusste nicht, dass man von oben her sich nirgendwohin entfernen kann, weil man wie in einem Kessel eingesperrt ist. Sie hatte es sich anders vorgestellt. Sonne, Winter, weißer Schnee. Sie geht spazieren, weit von dem Touristenpack, das da auf der Piste Ski fährt. Dann ist sie allein auf einer Alpenwiese, schluckt ihre unsterblichen Tabletten und erfriert romantisch. Dies war aber völlig unmöglich. OK, dann eine andere Version, viel weniger angenehm und romantisch. Sie wartete ab, bis sie irgendwann alleine dort oben zurückblieb. Als der letzte Zug nach unten fuhr, schlich sie aus dem Wartesaal nach Draußen. Es war schon dunkel, windig und kalt. Der Vollmond, der sich ein paar Stunden später während der Finsternis braun färben sollte, stand kalt und silbern am Himmel. Sie lief um die Gebäude herum und setzte sich hinter eine Hausecke.
Es war ein relativ kurzer Text. Jetzt haben ihn schon alle gelesen.
Die sieben Männer, die nach Dirk kamen, waren allesamt, meinte Klaudia, kaum was wert. Daher bekamen sie keine Namen. Nur Dirk hatte einen Namen. Und Klaudia. In ihrem Text schonte Klaudia ihre Männer nicht, sich selbst aber noch weniger. Als sie jung war, dachte sie, dass ihr in einer Beziehung die Intelligenz des Mannes fehlte, weil sie sich selber für intelligent, aber nicht schön hielt. So hatte es in ihrer Kindheit ihre Mutter bestimmt und so ist es geblieben. Als sie jung war, liebten die Männer schöne Frauen und die Welt war voll von ihnen. Nur sie alleine in der Welt war keine Schönheit. Jetzt, wo sie alt geworden war, lieben die Männer junge Frauen und die Welt ist voll mit jungen Frauen. Zuerst war sie also nicht schön, jetzt – nicht jung. Sonst ist alles ein und dasselbe. Nur die Haut zählt. „An meiner Haut bin ich gescheitert“, schrieb sie in ihrem Text.

Mann 1.
Mann 1. war fünf Jahre jünger. Sie waren alle jünger. Ein politischer Flüchtling und kluger Informatiker. Einmal sagte er ihr, sie hätten in ihrem Büro in Polen eine Mitarbeiterin gehabt, die sehr gut im Programmieren war. Für eine Frau erstaunlich gut. Sie sinnierten ein wenig darüber, bis sie entdeckten, dass ihre Beine stark behaart waren. Und dann war ihnen alles klar. Sie verstand es nicht. Was war euch klar? fragte sie. Was denn? Ist doch klar, sie war gar keine Frau, sie hatte viel zu viele männliche Hormone.
Sie wohnten in seiner kleinen Wohnung in Reinickendorf. Ein Zimmer, ein Tisch, zwei Stühle, ein Bett. Leer, alles eingepackt. Das war die Zeit, als Klaudias Mutter das erste Mal aus Polen zu Besuch kam und als sie weg fuhr, nahm sie Julia mit. Daher war es überhaupt möglich, dass Klaudia mit dem Mann 1. etwas hatte. Er war dabei, nach Amerika auszuwandern als sie sich kennen lernten. Seine Freundin war schon seit ein paar Monaten drüben. Sie war für ihn ein Lückenfüller, er für sie bloß ein Halt.
Die Träume, die sie bei ihm träumte, waren politisch. Man glaubt, man würde zwangsweise zurück in die Heimat gebracht, wo alles grau und politisch ist. Man wacht schweißgebadet auf. Alle Emigranten träumen davon. Manche schreien.
Sie schrie. Er schrieb darüber. Er war ein Schriftsteller, naja, so was in der Art. Sie waren alle in der Art schreibende Wesen gewesen, er arbeitete in einer polnischen Exilzeitschrift, wo auch sie angefangen hatte zu arbeiten.
Nach drei Monaten flog er nach New York.
Sie fühlte sich einsam und verlassen. Dem Leben ausgeliefert. Sie wollte nicht zurück, war aber auch nicht richtig da.
Daher.
Selbstmord á la Virginia Woolf. Steine in die Manteltaschen und ins Wasser gehen. Die Taschen unbedingt vorher zunähen, sonst spült das Wasser die Steine heraus. Und ohne Steine lässt sich der Körper nicht ertränken. Er kämpft, auch wenn er nicht schwimmen kann. Und gewinnt. Der Instinkt zu überleben lässt sich nicht so einfach überlisten.

Mann 2.
Mann 2. war zehn Jahre jünger. Ein Schriftsteller. Darüber hinaus ein romantischer. Das lag daran, dass er sehr jung war.
Bei ihm träumte sie sehr oft ihre typischen KZ-Träume. Sie faszinierten ihn und sie schrieb sie für ihn auf. Es ist nicht ausgeschlossen, dass er diese Träume in einen seiner Texte einmontiert hatte. Ihre Texte wanderten immer wieder zu den anderen. Auch ihre Sachen, Bücher, Klamotten. Natürlich auch Geld. Alles war flüssig und spülte sich aus ihrem Leben in das Leben der Anderen. In diesen Träumen war es immer ihre Mutter, die sie ins KZ schickte. Ihre jüngere Schwester durfte mit Mama zu Hause bleiben, nur sie musste hin. Fast jede Nacht.
Du machst deine Mutter zur Kripo, sagte der Mann 2. Sie schaute ihn an. Quatsch, sagte sie, meine Mutter hat das schon alles durchgemacht, jetzt bin ich an der Reihe. Und deine Schwester? fragte er. Ja, meine Schwester, sagte sie. Ich weiß nicht, das betrifft nur mich. Weil du wie eine Jüdin aussiehst und sie nicht, sagt er.
So einfach ist das.
Daher.
Sie wohnte bei ihm, in seiner dunklen Wohnung in der Sonnenallee. Die Wohnung war so dunkel, dass man am Tage immer, sogar im Sommer, Lampenlicht brauchte.
Er betrog sie.
Dann vielleicht daher.
Mann 2. schlief. Sie stand auf und ging sehr leise aus der Wohnung aus. Zum Urbanhafen am Landwehrkanal. Sie wollte ins Wasser gehen, ihre Tabletten schlucken und beim Einschlafen ins Wasser fallen. Der Mann 2. ist von seinem Hund geweckt worden. Er zog sich an und lief los. Er hätte verschiedene Straßen durchsuchen können, hat aber gerade die als erste genommen, die ihn zum Urbanhafen brachte. Hat sie noch am Leben und gerade beim Tablettenschlucken erwischt, weil sie ziemlich langsam ging, und er lief, und außerdem wollte sie noch vorher eine Zigarette rauchen.
– Die Enten, sagte sie, als der Mann 2. und sein Hund sie gefunden haben. Sie stand schon im Wasser. Es war kalt, aber es machte ihr nichts aus. Sie wollten nicht, dass ich hineingehe, sagte sie noch. Und schlief ein.
Sie glaubte, sie habe ihn geliebt. Er verließ sie. Für eine jüngere Blondine. Zehn Jahre später wollte er zu ihr zurück. Auch zwanzig Jahre später. Sie wollte das nicht. Zehn Jahre später graute ihr vor der Vorstellung, mit ihm Liebe zu machen.

Mann 3.
Den Mann 3. hatte sie sich „zugelegt“ als sie sich von Mann 2. trennte. Er war sieben Jahre jünger. Ein Araber, der in ihr Leben die ganze Palette der Requisiten einbrachte, die zum Bild der romantischen Liebe, Ausgabe orientalisch, dazugehören. Dem ist schwer zu widerstehen. Sie wohnte in Wedding, in einer Hinterhof-Einraum-Ofenheizung-Wohnung, direkt an der Mauer. Vor der Mauer gab es S-Bahn-Gleise und dahinter Häuser. Sie wohnte dort zwei Jahre und hatte nie jemandem aus dem Fenster schauen gesehen. Manche Leute meinten, dort wohnte niemand, die Häuser stünden leer. Andere wiederum behaupteten, da wohnten Stasimitarbeiter und sie schauten sehr wohl aus dem Fenster, bloß heimlich. Für den Mann 3. war sie zu dünn, er fütterte sie mit Nutella und Sahne. Es war keine Liebe, sie brauchte Trost und er eine Aufenthaltserlaubnis, und da sie ihn nicht sofort heiraten konnte, suchte er zwischendurch andere Frauen. Einmal ging sie mit ihm in eine Araber-Afrikaner-Disco. Alle Frauen waren älter als ihre Tänzer. Manche sahen fürchterlich aus, dick, wabbelig, große weiße schwammartige Gesichter. Da machte sie Schluss. Sie warf ihn raus. Obwohl er meinte, sie würde es nicht aushalten, jetzt ohne ihn zu leben, weil er sie mit Sex verwöhnt habe, und es würde ihr fehlen. Ja, sagte sie, vielleicht haste Recht. Und jetzt geh. Beim Weggehen hat er sie noch beklaut. Sie ekelte sich von sich selbst.
Daher.
Eine Ausnahme. Ein Freitodversuch ohne Wasser. Dafür aber mit einem Ofen. Ein Versuch sich mit Kohlendioxid zu töten. Lächerlich. Gehört zur Literatur des 19. Jahrhunderts, als alle Wohnungen mit einem Ofen beheizt wurden. Mit richtigen Kohlen. Mit Braunkohlen aber… wie konnte sie so dumm gewesen sein? Nichts außer Kopfschmerzen und einen Text, den sie am nächsten Morgen in ihrer Schreibmaschine fand: „Der Ofen wurde in der Volkskultur europäischer Länder als Symbol der Verbindung zwischen Himmel und Hölle betrachtet…“ Eruditen bleiben also auch unter Wirkung von Kohlendioxid kluge Menschen.

Mann 4.
Sie wohnten ein paar Jahre zusammen in einer Wohnung in Moabit, in der Nähe vom Moabiter Gefängnis. Er war siebzehn Jahre jünger. Der Einzige ihrer Liebhaber, der kein Schriftsteller war. Dafür aber klug und intelligent. Er liebte sie. Wollte sie heiraten, ein Kind haben. Auf seine Art liebt er sie bis heute. An einem fürchterlich kalten Gründonnerstag entdeckte sie, dass er ein Homosexueller ist und dass sein bester Freund sein Liebhaber ist.
Er hat sie belogen. Jahrelang. Baute um sie herum eine Mauer aus Lügen, die von allen, die ihn kannten, aufrechterhalten wurde. Alle wussten, dass er ein Schwuler ist, nur sie nicht.
Daher.
Sie erzählte überall, dass sie zu Ostern wegfährt, schloss sich in ihrer Wohnung ein, schrieb ein paar Gedichte, schluckte 90 Tabletten, trank zwei Gläser Wein und verstreute weiße Rosen in der Badewanne – für diejenigen, die ihre Leiche entdecken. Zwei Tagen später wurde sie tatsächlich entdeckt, aber doch sie und nicht ihre Leiche. Sie lebte. Mit hundert Schlaftabletten lebte sie zwei Tage. Hatte sogar Hunger inzwischen, war aus der Badewanne rausgekrochen und hatte sich ein paar Brote geschmiert. Nicht aufgegessen jedoch. Sie lagen in der Küche auf dem Fußboden. Mann 4. hat sie und ihre Brote entdeckt, weil er sich aus ihrer Wohnung ein paar Bücher holen wollte. Er rief die Feuerwehr an. Ein großer Sanitäter trug sie in den Armen aus ihrer Wohnung. Sie wurde in die Psychoanalyse geschickt und träumte von Reisen weit weg, nach Tibet oder Venezuela, wo sie nie gewesen ist.

All diese misslungenen Todesfälle. Und immer von neuem Tabletten sammeln. Das ist eine mühsame Aufgabe. Man muss neue Ärzte suchen, sich neue Geschichten einfallen lassen. Man bekommt höchstens 20 Tabletten im Monat. Um an einem vernünftigen Vorrat von circa 100 Tabletten zu gelangen, muss man sich schon ein halbes Jahr bemühen. Die Ärzte immer wieder anlügen, sie sehr klug und lebensfreudig anlächeln, sonst schöpfen sie Verdacht und ade du romantischer Tod mit Wasser und Tabletten.
Man kann natürlich auch ohne Tabletten und Wasser ist immer da. Aber auch dabei kann sich das Schicksal einmischen.

Mann 5.
Den Mann 4. hat sie also rausgeworfen. Ein paar Wochen danach kam der Mann 5. unerwartet aus Polen nach Berlin. Er war sieben Jahre jünger, sah wie Hugh Grant aus und war ein Schriftsteller. Und er war Jesus. Das glaubte er und sie glaubte ihm. Obwohl sie selber dachte, er sei Thanathos, der junge griechische Todesgott. Sie hatten sich vor Jahren in Polen kennen gelernt. Es war nichts daraus. Sie hatten sich jahrelang nicht gesehen und sie hat eigentlich nie erfahren, wie und wozu er sie nach all diesen Jahren suchte und in Berlin fand. Es sei denn, er kam, Hermes Psychopompos, um ihre Mutter auf ihrem letzten Weg zu begleiten. Nach ihrem Tod kam Julia für immer zurück nach Berlin und Klaudia trennte sich von dem Mann 5. Er war der schönste Mann, mit dem sie je zusammen gewesen war. Alle Frauen schauten ihn mit geöffnetem Mund und geöffneten Beinen an. Sie wohnten zusammen bei ihr in der Wohnung am Chamissoplatz oder bei ihm in einem alten Dorfhaus in den Sudeten. Er war ein typischer Intellektueller, der sich aus Warschau in die Natur zurückzog. Sie fuhr fast jede Woche mit dem Zug nach Görlitz, ging mit einem kleinen Köfferchen zu Fuß über die Grenze und nahm einen Bus zu einem Dorf, von dem man zwei Stunden über die Berge gehen musste, um zu ihm zu gelangen. Als sie das erste Mal dorthin kam, war es Mai, überall blühten weiß die Obstbäume und nachts kamen in Garten die Rehe. Sie liebten sich im Obstgarten und im Wald, sie schaute in die Sterne, die viel größer waren, als in Berlin. So waren auch ihre Träume, wie von Mozart. Fantastische Nachtlandschaften. Der Mann 5. hatte noch eine Wohnung in Warszawa und dort eine andere Freundin, die eine Jungfrau war. Das war ihm plötzlich sehr wichtig. Total altmodisch, sagte sie. Ich kann nichts dafür, erwiderte er. Du bist intelligent und begabt, das ist mir schier wichtig, aber ich brauche eine Ehefrau, eine Mutter meiner Kinder und… Er wollte sie beiden haben, diese Jungfrau in Warszawa und sie in Berlin. Nein, daraus wird nichts, sagte sie.
Daher.
Pulsadern in der Badewanne. Man muss aber wissen, wie man schneidet. Und vor allem ist das Wasser später rot. Sieht nicht so aus, wie es aussehen sollte. Es hat doch klar, sauber und durchsichtig zu sein. So oder so. Einmal ausprobiert. Falsch geschnitten. Quer statt längs. Dauerte lange bis sie in der Badewanne ohnmächtig wurde. Und dann hat sich ihr ohnmächtiger Körper aus der Badewanne rausgeschleppt und sich die Wunden verbunden. Der Instinkt zu überleben… usw.
Das ist eben das größte Problem, dass ab einem gewissen Moment, wenn der Wille und der Verstand ausgeschaltet werden, der Körper selber die Initiative ergreift und das Seine tut. Eigentlich hat sie das immer gerettet. Der Instinkt, den sie nicht auszuschalten wusste.
Julia war gerade bei einer Kanufahrt mit ihrer Klasse. Als sie zurückkam, war alles schon längst vorbei. Nur, dass Klaudia jetzt an beiden Handgelenken frische Narben hatte.

Mann 6.
Bei dem Mann 6. hatte Klaudia sehr farbige Träume. Oft träumte sie, dass sie ein Auto fährt, was sie im Leben nicht kannte. Sie führ mit ihrem Auto durch grüne Landschaften an große blaue Seen heran, und überall blühten große bunte Blumen. Sie wohnten in einer Altbauwohnung in der Nähe vom Hermannplatz. Mann 6. war der erste, der ausnahmsweise zwei Jahre älter und nicht zig Jahre jünger war als sie. Er war ein Versager, ein Melancholiker, ein Philosoph, und ein Nachttaxifahrer. Er sah gut aus. Ein wirrer Philosoph mit wirrem grauem Lockenhaar. Wie Einstein ungefähr, nur besser. Sonst aber war alles wie gehabt: Er schrieb und hatte einen sehr schwierigen Charakter. Daher war Klaudia sicher, dass sie ewig zusammen bleiben würden. Wie zwei alte Schildkröten. Alt und klug, und treu. Sie waren lange zusammen. Am längsten eigentlich. Und doch unterschätzte sie seinen Charakter. Oder den ihren. Sie hielt es nicht aus. Acht Jahre mit einer schwer depressiven, unzufriedenen Schildkröte wuchsen ihr über den Kopf. Als sie erklärt hatte, weshalb sie meint, sie sollten sich trennen, hoffte sie, dass er es als Warnung nähme und sich ändert. Er warf ihr aber ihre Schlüssel auf den Tisch und ging.
Sie weinte fürchterlich, als er ging. Julia wohnte schon in einer WG in Friedrichshain.
Daher.
Klaudia saß in der Badewanne voll warmem Wasser und zog einen Elektroheizlüfter in die Badewanne hinein. Es war eine schneevolle Silvesternacht, sie blieb am Leben, verursachte nur einen Kurzschluss und zwang das ganze Haus, ohne Strom auszuharren. Sie wusste nicht, dass in Deutschland die Badewannen geerdet sind.

Sie ließ alle rettenden Zufälle geschehen, aber der Lebenswille fehlte ihr nach wie vor. Sie lernte zu ironisieren. Sie nahm mit Bitterkeit wahr, dass sie wahrscheinlich unsterblich sei. Aber Ironie ersetzt das Gefühl der Wertlosigkeit nicht. Und man ist auch nicht schöner durch sie. Und nicht jünger.

Mann 7.
Dann lernte sie den 7. Mann kennen. Für drei Jahre. Nach drei Jahren trennten sie sich, freundlich, aber für immer. Er war 20 Jahre jünger und konnte sie nicht lieben. Er hätte sich nicht dazu zwingen können. Das waren seine Worte und das war der Grund, weshalb Klaudia diesen Satz über die Haut schrieb. Sie wusste: Er kann sich nicht zwingen, weil ein Mann eine junge Haut braucht. Sie bekam einen Hautausschlag, als sie den Satz geschrieben hatte. „Bei mir werden alle Symbole sofort Realität“, schrieb sie. Aber sonst war er eigentlich besser als alle anderen. Trug sie in den Armen, bewarf mit Blumen und Geschenken, schwärmte von ihrem Stil und Charakter, von ihrer Schönheit und Klugheit, meinte, sie sei die wichtigste Person in seinem Leben und weinte, wenn sie ab und zu sagte, ihre Beziehung habe keinen Sinn, sie sollten beide damit aufhören, sich gegenseitig zu belügen, die Sache sei sowieso nicht von Dauer.
War sie auch nicht. Klar. Er ging mit einer Frau weg, die mehr als 30 Jahre jünger war als Klaudia. Es war übrigens auch nicht von Dauer, aber danach kam eine neue, die noch jünger war als die erste. Klaudia saß in ihrer schönen großen weißen Wohnung in Kreuzberg und wusste, dass sie hilflos ausgeliefert war. Mit ihm ging nicht nur ihr Lebenssinn verloren. Sie verlor ihre Arbeit, hatte kein Geld, wurde plötzlich von allen möglichen Krankheiten befallen. „Ich bin jetzt alt“, schrieb sie. „Alt und zerbrechlich. Man kann mich so einfach verletzen und damit umbringen“. Als er ging, träumte sie von ihrer gestorbenen Mutter und anderen, die gestorben waren. Sie riefen sie zu sich.
Daher.
– Daher, sagte Dirk, als er das goldene Heft wieder ablegte.
– Nein, sagte Julia. Das ist ein falsches Wort.
– Wieso?
– Weil das bedeuten würde, dass diese Männer daran schuldig waren. Und sie waren es nicht.
– Sondern? fragte Helga.
– Sie selber. Sie konnte nicht leben. Die Männer, so lange sie sie liebten, schützten sie vor dem Tod. Als sie allein war, entstand in ihr eine Leere. Sie musste geliebt werden. Sonst hatte sie keinen Halt.
– Liebe, sagt die andere Julia, staunend. Sie wurde doch geliebt.
– Aber nicht bedingungslos und nicht ohne Abstriche.
– Platon, sagt Dirk. Ein Ideal der Liebe, das es nie und nirgendwo gibt.
– Und jetzt gibt sie es auch nicht mehr, sagt Julia. Daher. Sie nimmt wieder Klaudias Buch in die Hand.
Das letzte, was sie gesehen hatte, war der zahnlose Penner. Du wirst ihn hinkriegen, sagte er. Zu spät, erwiderte Klaudia, ich möchte schon niemand mehr kriegen.

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.

Kupała w Skiroławkach

Poprosiłam Zbyszka Milewicza, naszego specjalistę do spraw cielesnych, żeby przygotował jakiś wpis na Kupałę, a ten wykpił się na całej linii, napisał mianowicie: Ewuniu, nie napiszę nic na święto Kupały, bo kawał lenia ze mnie. Chciałem podeprzeć się prozą Zbigniewa Nienackiego, który w Raz w roku w Skirolawkach dał bardzo soczysty obraz tych pogańskich obrzędów, ale nie mogłem nigdzie znaleźć jego książki. Może Tobie by się udało, w Berlinie.

Porządnemu redaktorowi naczelnemu zawsze się udaje spełnić życzenia swoich autorów. Opis wprawdzie nie jest tak soczysty, jak to Zbyszek zapamiętał, ale proszę bardzo, przypomnijmy sobie niewinny świat PRL (był rok 1983!), w którym Skiroławki zakwalifikowane zostały jako ubrana w pozory literatury pornografia. I tak to zapamiętaliśmy, seks na każdej stronie… Ach.

Zbigniew Nienacki

Raz w roku w Skiroławkach
Rozdział 34
O kwiecie paproci i krótkiej chwili szczęścia

Z początkiem czerwca w Skiroławkach noc trwa już zaledwie niecałe osiem godzin, przez co — zdaniem proboszcza Mizerery — diabeł ma mniejszy dostęp do człowieka, gdyż jako Król Ciemności lubi przede wszystkim mrok nocny. Tedy zaraz po święcie Bożego Ciała Mizerera bierze urlop i wyrusza nad morze, gdzie wdycha zapach jodu. W tym czasie duszpasterstwem zajmuje się wikary oraz częściej niż zazwyczaj przyjeżdża pastor Dawid Knothe i po okolicznych wioskach w prywatnych domach lub kaplicach odprawia swoje protestanckie nabożeństwa. Bóg jest bowiem jeden, natomiast zło jawi się w rozmaitych postaciach i na wszelkie sposoby należy z nim wojować. Umówił się więc proboszcz Mizerera z pastorem Knothe, że gdy któremuś z nich urlop się przydarzy czy choroba albo, jak to było w przypadku pastora, że na uniwersytecie przewód doktorski otworzył o pieśniach ludowych zebranych przez pastora Gizewiusza, jak nie jeden, to drugi będą dbali o to, aby do ludzkich serc nie wkradło się zwątpienie czy niewiara.

Myliłby się bowiem ten, kto by sądził, że Szatan tak zupełnie w czerwcu próżnuje. Czy to nie koło świętego Jana zdarzają że od wieków wśród ludu rozmaite zberezeństwa, panny łatwiej tracą cnotę, a mężatki chętniej decydują się na zdradę swych mężów? Tak mówi tradycja, którą szanuje pisarz Lubiński, choć doktor Niegłowicz odrobinę z niej pokpiwa, twierdząc, że kobieta przez cały rok wytwarza ciała naukowo zwane ciałami rujotwórczymi, tedy cały rok skazana jest na cielesne pokusy, ale w czerwcu są one po prostu bardziej widoczne, gdyż noc trwa krócej i ciemność ich nie osłania. Kto ma rację -trudno tę sprawę rozstrzygnąć. Jedno wydaje się pewne, a to mianowicie, że o kobietach, dobrze lub źle, przyjemnie się w czerwcu rozmawia, podobnie zresztą jak w każdym innym miesiącu.

Z początkiem czerwca jezioro zmienia swoją barwę. Z modrego, jak oczy zmarłej córki Jonasza Wątrucha, staje się ciemnoniebieskie, a potem zielonkawe. W Skiroławkach przekwitają bzy, nad łąkami latają motyle, a nocami krąży wokół stodół gacek wielkouch. W zbożach zakwitają pierwsze chwasty — purpurowoliliowe kąkole, ciemnoniebieskie ostróżeczki i rumian polny. A w okopowych kwitnie różowy groszek bulwiasty i żółty szczawik.

Na bagnach i torfowiskach za domem doktora na kępach turzyc pokładają się pędy przytulii błotnej okrytej białym kwieciem. Żółci się tojeść, jak gwiazdy skrzą się kwiaty jaskra wielkiego, a na pełzających po ziemi pędach żurawiny pokazują się malutkie ciemnoróżowe płatki kwiatuszków. W lasach kwitną głogi, kalina, berberys, znaleźć można kwiat lilii złotogłowej, a z nią i fijołek leśny. Na sosnach widać młode szpilki, a na szczytach świerków sterczą czerwonawe szyszeczki podobne do kolorowych świeczek.
Zielonymi liśćmi okryte są już nawet najstarsze dęby, które ostrożnie i nieufnie otwierają pąki. Powiadają ludzie, że w czerwcu w lasach na jedną noc zakwita paproć, a kto ją ujrzy — staje się szczęśliwym. I jest to szczerą prawdą, ponieważ człowiek bywa szczęśliwym tylko na jedną noc, na krótki czas. Nigdzie nie jest powiedziane, że człowiek ma być szczęśliwym zawsze, przez całe swoje życie i to rozumie mędrzec, który tylko czasem, na krótką chwilę, czuje się szczęśliwy. Natomiast głupiec i prostak idzie do lasu, aby szukać kwiatu paproci, znajduje go jednak tylko w baśniach, gdyż głupiec i prostak nie wiedziałby nawet, co robić ze swoim szczęściem.

Wie o tym doktor Niegłowicz i nie chodzi do lasu po kwiat paproci, a tylko leczy ludzi w ośrodku zdrowia. Wie o tym również pisarz Lubiński i dlatego jeśli w czerwcu zagląda do lasu, to tylko po to, aby pani Basieńce przynieść bukiecik leśnych fijołków. Po kwiat paproci wybrała się jedynie pani Luiza, nauczycielka tuż przed emeryturą, gdyż nigdy przez całe swoje życie nie czuła się ani przez chwilę szczęśliwą. Lecz tego dziwnego kwiatu należy szukać o dwunastej w nocy, a ona zawróciła o zmroku, aby, broń Boże, ktoś sobie coś złego o niej nie pomyślał.

Tak naprawdę to ten kwiat znalazła tylko piękna Brygida, lekarka weterynarii z Trumiejek, choć wcale nie poszła po niego do lasu. Ze swoim chorym dzieckiem przyjechała do doktora na półwysep, gdyż tego dnia doktor miał dzień wolny od pracy, a ona nie darzyła zaufaniem pani doktor Kuraś. Niegłowicz osłuchał dziecko, tu i ówdzie dotykał swoimi palcami tak delikatnie, jakby to nie istota ludzka była a jakiś drobny kwiatek. Dał Brygidzie butelkę z kroplami i powiedział, że dziecku już pod wieczór minie gorączka, a za trzy dni będzie zupełnie zdrowe.
— Myślałam, że dziecko wypełni mi cały świat i zabierze całe serce. Ale ono zabrało mi tylko połowę świata i połowę serca — powiedziała do doktora Brygida, jakby tłumacząc się mu, że ma nieślubne dziecko, nawet nie wiadomo od kogo.
Popatrzył też doktor w duże, dziwnie smutne oczy Brygidy, które były jak oczy jałowicy, pogłaskał Brygidę po jej czarnych puszystych włosach i także smutnie się uśmiechnął.
Zapragnęła Brygida powiedzieć doktorowi coś miłego i serdecznego, ale ilekroć znalazła się przy nim, niczym nie wyjaśniony i nawet dla niej samej niezrozumiały gniew ją ogarniał na niego i jego sposób życia. Głośno bowiem było w okolicy, że stara Makuchowa kobiety mu na noc drzwiami z tarasu do sypialni sprowadzała jak loszki do knura. I dlatego, choć winna mu była słowa podziękowania za zbadanie dziecka i lekarstwa na chorobę, szykując się do opuszczenia gabinetu lekarskiego nie potrafiła się powstrzymać, aby nie napytać złośliwie:
— Czy wciąż jeszcze, doktorze, musi pan najpierw kobietę upokorzyć, zanim w nią pan wejdzie?
— Tak — wyznał szczerze.
I ta jego po prostu bezczelna szczerość jeszcze większą złość w niej rozbudziła.
— Pan nie jest chyba zdolny do prawdziwej miłości —zawołała. — Nigdy też pan nie będzie miał do czynienia z kobietą wartą miłości. Bo czy taka kobieta pozwoli się upokorzyć mężczyźnie? Mamy takie same prawa jak mężczyźni, nie jesteśmy gorszymi od mężczyzn istotami. Nie pozwolimy się upokarzać.
— Nie namawiam pani, panno Brygido — odparł jej doktor — choć przyznaję, że jest pani najpiękniejszą kobietą w całej gminie Trumiejki. Wiele razy myślałem, że można by panią zaprosić do mojej sypialni, wiem jednak, że nie da się pani upokorzyć.
— Nigdy! Nigdy! — oświadczyła z mocą Brygida.
— To i lepiej — powiedział doktor.
— Dlaczego “lepiej”? — spytała.
— Nie interesują mnie kobiety warte miłości. Byłem już raz w życiu zakochany. Otrzymałem w zamian tylko cierpienie. Nie pragnę, aby to samo powtórzyło się po raz wtóry.
Ucieszyła się Brygida, że powiedział o niej jako o kobiecie wartej miłości, ogromna radość i wielka tkliwość wypełniła jej serce. Ale nie chciała mu tego okazać. Wzięła dziecko na rękę i zaraz odjechała. Ale była przez chwilę szczęśliwa, chyba bardzo krótko, przez taką chwilę jak kwitnie paproć.

Nadzieję na krótką chwilę szczęścia przeżyła i pani Halinka Turlej, gdy wracając z początkiem czerwca ze szkoły liczyła sobie, ile to jeszcze dni pozostało jej do końca roku szkolnego, a także myślała o tym, że przed trzema dniami zepsuł się silnik w hydroforze leśniczówki, wstąpi więc do Porwasza i zapyta go, czy może wykąpać się w jego łazience ze starą armaturą. Niestety, nadzieja zaraz prysła. Już z daleka zobaczyła, że u Porwasza okna są szeroko otwarte i gruba żona gajowego Widłąga myje szyby, wypinając w stronę drogi swój szeroki zad. Na ten widok zrobiło się pani Halince bardzo smutno, minęła dom Porwasza, a w leśniczówce zrobiła awanturę mężowi, że nie stara się o naprawę hydroforu. Kładąc się spać dwukrotnie przekręciła klucz w drzwiach do swego pokoju.


Wioska Jerzwałd, pierwowzór Skiroławek

Papież awangardy

slupEwa Maria Slaska

o wystawie Tadeusza Peipera w Warszawie

Stoję w Warszawie przed dworcem i patrzę na słup ogłoszeniowy. Tadeusz Peiper – Papież awangardy. Muzeum Narodowe w Warszawie. Wstyd się przyznać – wcale nie wiedziałam, że był malarzem. Poetą, owszem, ale skoro ma wystawę w Muzeum Narodowym, to widocznie również malował.
Nie mam czasu niczego sprawdzać, nie przygotowałam się więc na całkowite zaskoczenie. Docieram do Muzeum, biorę gazetkę, ale postanawiam ją przeczytać potem.

Wchodzę więc na wystawę i nadal nic nie wiem. Nie, jednak już coś wiem, wiem mianowicie, że na wystawę składają się dzieła artystów współczesnych poecie – Borges, Chaplin, Delaunay, Gris, Kobro,  Leger, Malewicz, Pankiewicz, Strzemiński, Witkacy… Oni też nie wszyscy byli malarzami czy rzeźbiarzami.

plakatWędrując przez sale muzealne, podziwiając portret Nerudy, wiersze Vicenta Huidobro i dzban Władysława Jahla, Polaka, jednego z najważniejszych ultraistów madryckich, wciąż jednak podświadomie czekam na odkrycie, na to, co nieznane, na obraz Peipera.

Dopiero dobrze w połowie wystawy, tam gdzie pojawia się Zwrotnica, pojmuję, że nie będzie żadnego Dzieła, bo Peiper żadnego Dzieła plastycznego nie stworzył. Dobrze wiedziałam.
Kuratorzy, dr Piotr Rypson we współpracy z Moniką Poliwką i Juanem-Manuelem Bonetem, piszą, że być może istniał gdzieś kiedyś jakiś wykonany przez Peipera rysunek, ale że oczywiście Peiper był przede wszystkim poetą, krytykiem literackim, wydawcą.

zwrotnica Na stronie Muzeum Narodowego poświęconej wystawie czytamy:
Tadeusz Peiper znany jest w Polsce jako najbardziej prominentna postać środkowoeuropejskiej awangardy i założyciel Zwrotnicy (1922). Niewiele osób wie o jego związkach ze środowiskiem awangardy hiszpańskiej i hiszpańskojęzycznej. Lata 1915-1920 spędził Peiper w Madrycie, w otoczeniu silnie związanym z hiszpańskim ultraizmem. W tym czasie w stolicy Hiszpanii przebywali Robert i Sonia Delaunay, Guillermo de Torre,  Vicente Huidobro, rodzeństwo Jorge Luis i Norah Borges, Rafael Barradas, a także Polacy – Józef Pankiewicz, Jan Wacław Zawadowski i związani z ultraistami Władysław Jahl oraz Marian Paszkiewicz.

ultraGdy kończy się wojna, Peiper wraca do Polski, do Krakowa, gdzie zakłada pierwszą Zwrotnicę, czasopismo bez którego nie byłoby polskiej sztuki awangardowej. Publikowali tu Władysław Strzemiński i Kazimierz Malewicz, książki i poezje Peipera ilustrowali Juan Gris, Mojżesz Kisling, Fernand Léger. Każdy kto liczył się w polskiej Awangardzie prędzej czy później musiał się pojawić w  Zwrotnicy.
ustaPierwsza ukazywała się w latach 1922-1923, druga w okresie od roku 1926 do 1927, a współpracowali z nią przede wszystkim futuryści i formiści: Leon Chwistek, Stanisław Młodożeniec, Tytus Czyżewski, Bruno Jasieński, Anatol Stern, Aleksander Wat. Dzięki kontaktom nawiązanym przez Peipera w Paryżu i Madrycie w Zwrotnicy pisali tacy przedstawiciele międzynarodowej awangardy jak Filippo Tommaso Marinetti i Tristan Tzara. W drugiej Zwrotnicy pojawili się Julian Przyboś, Jan Brzękowski, Jalu Kurek. Program poetycki Peiper zawarł w szkicach: 1925 – Nowe usta, 1930 – Tędy.

blokAutor wpisu o Peiperze w Wikipedii pisze: Wysiłek poety Peiper porównywał do trudu rzemieślnika, dlatego też wszystko w poezji powinno być zaplanowane, podobnie jak w produkcji. Określił symbole nowoczesności jako: miasto, masa, maszyna, a ich skrót “3×M” stał się hasłem Awangardy. Jego teoria poezji odrzucała melodyjność wiersza, sylabizm, dopuszczała wiersz wolny i tylko takie metafory, które mogą być jednoznacznie interpretowane. 

Rola Peipera jako Papieża Awangardy skończyła sie w latach 30, bo skończył się czas Awangardy – okazała się zbyt naiwna i zbyt idealistyczna, a jej hasła stały się symbolem komercji i populizmu w sztuce, a potem totalitaryzmów, wojny, terroru i katastrofy.

ulicaPeiperPeiper żył jeszcze wiele lat, zmarł w roku 1969, ale nikogo już nie interesował. Tak dalece, że autorzy wystawy zapomnieli napisać, że umarł i kiedy umarł. Dla nich w latach 30 umarł Wielki Symbol, człowiek, który po nim pozostał był bez znaczenia.

 

Reblog: Co się z nami stało???

Z reguły nie interesują mnie poradniki, a jednak… Zaproszenie do zapoznania się z tekstami Bartka Popiela przysłała mi pani Monika Wędrocha z wydawnictwa Złote Myśli. Już od jakiegoś czasu dostaję od nich informacje o nowych publikacjach. Wprawdzie nie pamiętam, jak to się stało, że weszłam na ich listę mailingową, ale zawsze porządnie czytam, co właśnie oferują. Mail sprzed dwóch dni zaczynał się tak:

Złote Myśli * Zmieniamy punkt wi(e)dzenia
_______________________________________________

„Mój dziadek mieszkał na wsi. Miał dużo ziemi,
którą uprawiał i dwa hektary sadu.
Poza tym hodował krowy, konie i świnie.

Jednak praca na roli, to nie było jego
jedyne zajęcie. Był w miejscowej szkole
nauczycielem matematyki.

Poza tym… miał sześcioro dzieci.

Wstawał codziennie o 4:00, żeby wszystko
oporządzić przed wyjściem do pracy.

Nigdy w życiu nie powiedział, że mu się nie chce,
albo, że dzisiaj nie wyprowadzi krów
i nie nakarmi świń, bo…
brakuje mu motywacji do działania.”

Spodobało mi się. Poprosiłam o zgodę na reblog. Pani Monika Wędrocha odesłała mnie bezpośrednio do blogu Bartka Popiela, ten do pani Oli, a ta natychmiast przysłała zgodę. I tak oto w nadzwyczajnym tempie udało mi się uzyskać pozwolenie zreblogowania wpisu, który jednak wcale nie zaczyna się opowieścią o dziadku. Szkoda, bo ta opowieść przypomniała mi wiersz Seamusa Heaneya…

Bartek Popiel

jaksieW poniższym nagraniu poznasz najskuteczniejsze moim zdaniem sposoby na wzbudzenie i utrzymanie motywacji. To moje osobiste TOP 10. Jednak jeśli chcesz poszerzyć wiedzę z tego zakresu, to zachęcam do pobrania ebooka: „Przestań jęczeć i weź się wreszcie do roboty!” Możesz go pobrać w panelu po prawej stronie całkowicie za darmo. Jednak najpierw zobacz video, ok?

No dobrze, a teraz rozsiądź się wygodnie, zobacz nagranie i jeśli masz jakieś pytania, to zapraszam do rozmowy w komentarzach.

***
Nie wiem, czy te porady mogą się przydać, ale na pewno warto co pewien czas przypomnieć sobie opowieść o dziadku, który wstawał o 4 rano.

Dziewczyna z cmentarza w Szczecinie

Ewa Maria Slaska

Toni

Dwa lata temu przygotowałam wspólnie z różnymi ludźmi i instytucjami wystawę o polskich grobach w Berlinie. Pisałam o niej TU i TU. Drugą, niezależną, częścią tej ekspozycji była wystawa o niemieckich grobach na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, przygotowana przez Stowarzyszenie Nasze Wycieczki. Gdy teraz zaczęliśmy z Tomaszem Fetzkim publikować tu wpisy o dziewczynach z cmentarzy, przypomniała mi się też dziewczyna z cmentarza w Szczecinie. Miała na imię Toni. Tyle pamiętałam. Napisałam więc do autorów wystawy i zapytałam, czy pozwolili by mi skorzystać z informacji, jakie znalazły się na wystawie, bądź, może, zechcieliby sami napisać coś o Toni. Przyszła krótka i węzłowata odpowiedź odmowna.

Dla wszystkich, którzy się będą teraz doszukiwać plagiatu i naruszenia praw autorskich, podaję do wiadomości: dane dostarczone na wystawę mam oczywiście nadal w komputerze. Nie skorzystałam z nich jednak, nie zajrzałam tam nawet, aby sprawdzić jak Toni miała na nazwisko. Można mi oczywiście nie wierzyć, ale tak było. Natomiast nie ulega wątpliwości, że to Naszym Wycieczkom zawdzięczam informację o dziewczynie z cmentarza w Szczecinie. Bardzo dziękuję.

Wiedziałam więc tylko tyle, że dziewczyna była jak Julia (ta sprzed tygodnia) naprawdę mężatką, że miała na imię Toni i że młodo umarła. Wrzuciłam do googla hasło Toni grób Cmentarz Centralny  Szczecin i sprawdziłam zdjęcia. Fotografii grobu Toni nie znalazłam. Weszłam więc na informacje słowne i oto niejaki poczciarz podał na stronie o zabytkowych nagrobkach na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie następujące informacje:

Nazwa: Nagrobek rodziny Meister
Autor: warsztat nieznany
Rok powstania: 1920
Opis lokalizacji: al. Okólna, przed kwaterą 1B

Pomnik nagrobny rodziny Meister – pas zieleni przy al. Okólnej przed kwaterą 1B. Utrzymany w formach klasycyzującego modernizmu. Dzieło rzeźbiarza Christiana Nüssleina z Cassel. Czas powstania ok. 1920 r. Pomnik o wym. wys. 220 cm x szer. 390 cm x głęb. 102,5 cm, wykonany został z piaskowca z użyciem technik kamieniarskich i rzeźbiarskich. Złożony z umieszczonej na postumencie rzeźby przedstawiającej siedzącą postać kobiety, tulącej nagie dziecko oraz z dwóch niskich, kamiennych ścianek ustawionych po bokach, na narysie półkola. Na niskim cokole, stanowiącym integralną część rzeźby, z lewej strony widoczna sygnatura: „CHR. NŰSSLEIN CASSEL”. Na frontowej (krótszej) stronie właściwego cokołu napis: „MEISTER”. Na stojących po obu stronach cokołu ściankach bocznych inskrypcje: na lewej – „GUSTAV MEISTER/ *31.8.1855/ +21.6.1939”, na prawej – „TONI MEISTER GEB. WOLF/ *11.12.1898/ +3.4.1920”.

To ONA! Toni Meister z domu Wolf. Miała 22 lata. Czytam opis pomnika Toni. Pamiętałam niejasno postać stojącej kobiety, a tymczasem dziewczyna na pomniku siedzi i tuli do piersi noworodka. W zdjęciach, które przed chwila przejrzałam, było i takie. Wracam do google’a. Na hasło toni meister cmentarz szczecin na stronie internetowej Cmentarza Centralnego pojawia się identyczny jak powyżej tekst o nagrobku i trzy zdjęcia.

W Wikipedii znajdzie się kolejna informacja: jest to pomnik kobiety z dzieckiem upamiętniający Toni Meister zmarłą podczas porodu; autorem rzeźby jest Christian Nüsslein z Cassel. Pomnik ten często jest błędnie interpretowany jako przedstawienie Madonny z Dzieciątkiem.

Google podsuwa również artykuł Anny Kamińskiej w Wysokich Obcasach, gdzie znajdę dodatkowe informacje: Toni wyszła za mąż za Carla Meistera, a ich syn miał na imię Wolfgang. Leżący w tym samym grobie Gustav Meister to nie mąż Toni, lecz jej teść.

Krok po kroku gromadzę informacje o dziewczynie z cmentarza w Szczecinie. Już nie jest anonimowa, ma męża, teścia, syna…