Marek we wtorek

Tabor Regresywny (Marek)

czyli druga wyprawa do Sokołowska

Na kolejny Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku wędrowałem w towarzystwie Gosi i Agnieszki, dwóch studentek z Krakowa. Zaczęło się od tego, że Marta Kotwica z ASP w Krakowie założyła grupę NOMADIC PLATFORM. Grupa przeszła chrzest w drodze z Ławicy do Sokołowska. Tak im się spieszyło, że przyjechały do mnie jeszcze w marcu. Marta, Michalina, Gosia i Agnieszka. Jak moja żona je zobaczyła, dała mi pieniądze na pociąg mówiąc – po pięciu kilometrach będziesz je niósł na plecach. Ale dziewczyny się uparły i ruszyliśmy w kierunku Sokołowska.

Po dwóch dniach marszu, z przygodnym noclegiem w jakiejś szopie, znaleźliśmy gościnę w fundacji In Situ w Sokołowsku. Okazało się, że festiwal będzie dopiero w lipcu, wobec czego wróciliśmy do domu, umawiając się na kolejną wędrówkę w lipcu. I tak w lipcu zjawiły się u mnie Gosia i Agnieszka. Z Martą i Michaliną mieliśmy się spotkać na miejscu. Lało, znów żona wcisnęła mi pieniądze na pociąg, tłumacząc to deszczem. Dziewczyny znów się uparły, że pójdą. Skończyło się na tym, że dojechaliśmy pociągiem do Głuszycy, a dalej ruszyliśmy pieszo w deszczu i pod wiatr.

Po paru godzinach wędrówki kompletnie przemoczeni zawitaliśmy do pensjonatu „Radosno”. Poprosiłem Radka, właściciela pensjonatu, o nocleg. Nie było wolnych pokoi. W końcu dał nam na jedną noc pokój z jednym łóżkiem małżeńskim. Trudno, ważne było, by się wysuszyć i rozgrzać. Na drugi dzień wyszło słońce, dziewczyny rozbiły namiot, a ja ulokowałem się w wózku. Dwa dni później dojechała żona i wynająła pokój. Tym razem Radek dał nam pokój z dwoma pojedynczymi łóżkami. Rano podczas śniadania mówię do Radka: – Jak przyjechałem z dwiema studentkami, dałeś nam pokój z łożem małżeńskim, jak przyjechała żona, dostaliśmy dwa pojedyncze łóżka. Rozumiem, że zarówno koszty rozwodu, jak i alimenty pensjonat „Radosno” bierze na siebie. Wyraził zgodę, na co mam świadków. Po festiwalu żona zgodziła się przejść ze mną i moim wózkiem do Głuszycy na stację kolejową, ale ani kroku dalej. Jak wsiadliśmy do pociągu, ktoś kto mieszkał na stacji zawołał z okna: a gdzie ta druga? To jest trzecia – odpowiedziałem.

W czasie festiwalu miałem piękną rozmowę z Alastairem MacLennanem z University of Ulster w Belfaście. Zasugerował, bym spróbował uchwycić w jedną całość wszystkie elementy, które składają się na cywilizację zachodnią. Przyglądając się występom artystów i wypowiedziom krytyków, nie bardzo wiedziałem, od czego zacząć. Zainspirowała mnie jednak pewna artystka, która powiedziała: – Idę się uchlać, bo czuję, że sztuka mnie nie usatysfakcjonuje. Ruszyłem tym tropem najpierw do tyłu, do Noego. On pierwszy się uchlał. Zwróćmy uwagę, że jak się uchlał, to leżał nagi w namiocie. Adam i Ewa w ogrodzie też byli nadzy, ale się nie wstydzili. No jasne, Noe też chciał być nagi i się nie wstydzić. Nie mógł tego zrobic na trzeźwo, bo od razu psychiatria. A tak, nikt nie wołał psychiatrów, każdy wiedział, że jak wytrzeźwieje, to mu przejdzie. Kilka tysięcy lat poźniej, gdy powstały kluby Anonimowych Alkoholików, Noe poszedłby na miting i opowiedział, jak to kiedyś się uchlał i leżał nago. I to mogloby go usatysfakcjonować. Zadowoliłby się opowiescią czyli namiastką rzeczywistości. Sztuka jako namiastka rzeczywistości, za którą tęsknimy skrycie, nie wszystkich satysfakcjonuje, podobnie jak mitingi AA. Na wschodzie słońca ogrodu Eden Bóg postawił na straży cheruby; jest to przedpotopowa nazwa psychiatrów. Cheruby ignorują pijaków i artystów. Problem w tym, że pijacy wracają, stąd ten kac, a artyści nie przekraczają granicy, co ich nie satysfakcjonuje i wtedy muszą się uchlać.

A kto z pijaka, jaka, jaka
śmieje się,
ten jest chamskiego rodu.

Śpiewaliśmy często przy ognisku.

Utopia i alternatywa

Składam życzenia koleżance. Kończy 76 lat, życzę jej samopoczucia, jakby miała lat 40. Solenizantka dziękuje za życzenia, ale podkreśla, że młodość nie była utopią. Myślę sobie: “no, kochana, nawet jeśli świat, jak miałyśmy lat 40, nie był optymalny, to jednak byłyśmy młode, mogłyśmy bez trudu włożyć rajstopy, zapiąć sukienkę na plecach, wyjść z wanny, otworzyć słoik, chodzić do pracy w butach na obcasie i przetańczyć całą noc”.  Sprawność fizyczna nie jest utopią. Ale utopia, jak rozumiem, przestała być miejscem bez lokalizacji, a stała się synonimem czegoś idealnego.

Kilka dni później w lokalnej lewicowej gazecie taz znajduję artykuł-pytanie – co nam zostało z “alternatywy”? Kontekst jest oczywisty – tryumfalny pochód AfD czyli nacjonalistycznej i ksenofobicznej partii Alternative für Deutschland, której siłę mogą wzmóc kolejne fale uchodźców na granicy Europy. Założyciele partii użyli słowa alternatywa jako innej opcji czy innego rozwiązania, tymczasem niemiecka lewica odczytała to słowo tak jak sama go używała przed pół wiekiem. Lewica przypomniała sobie swą młodzieńczą filozofię i poczuła się okradziona. Dzisiejsza lewica niemiecka wyrosła przecież w atmosferze protestów politycznych i społecznych podczas i po rozruchach studenckich w roku 1968. Ich owocem była zarówno kultura alternatywna, jak i sama partia, która nazwała się wówczas Lista Alternatywna (LA). Potem berlińska LA połączyła się z zachodnioniemieckiem ruchem Zielonych, powstała partia Zielonych, a potem jej ideały zmieszczaniały, a partia doszła do władzy. Lub może było na odwrót – partia doszła do władzy, a jej ideały zmieszczaniały. Z alternatywnej koncepcji życia pozostało müsli na śniadanie. A teraz taz pyta o to, czyją własnością jest słowo “alternatywa” i nie ma na myśli innej opcji, tylko swoje własne korzenie.

Dwa słowa, które zmieniły znaczenie. Oba związane z ideałami społecznymi mojej młodości, czasu gdy miałam lat 30, 35, 40…

Na pytanie, do kogo należy “Alternatywa” odpowiedziało kilka osób. Oto pierwsza z odpowiedzi, którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć, wydała mi się ciekawa, bo dotyczy alternatywy, utopii, lewicy i jeszcze na dodatek literatury, co, jako żywo, składa się na baratarystykę. Wyślę linka do tego wpisu do autora, mam nadzieję, że będzie zadowolony. Zresztą, czy ma alternatywę?

Enno Stahl

Utopijne projekty społeczne

Czy Literatura jest z natury rzeczy czymś Innym? Tym, co się, pozytywnie lub negatywnie, odróżnia od Normy? Bo jeśli tak, to właśnie Literatura byłaby Alternatywą – nie służy bowiem pragmatycznym celom. Jednak raczej tak nie jest, tak tylko może być. Prawo bycia Alternatywą trzeba sobie wypracować. Również Literatura musi na to miano zasłużyć, uwolnić się od towarowości, która jej niemal nieustannie towarzyszy, nawet jeśli towarem ma być tylko uwaga czytelników.

Stosunek Literatury i Alternatywy może przyjąć dwojaką formę. Literatura może bezpośrednio kształtować Alternatywę, tworząc utopijne projekty społeczne. Może też sama w sobie – w treści i formie – stać się Alternatywą do literackiego (a przeto i spoiłecznego) mainstreamu. Utopia literacka należy do klasyki, Thomas Morus, Tommaso Campanella, Francis Bacon. Ex negativo klasyką będzie też literacka dystopia, ukazująca Alternatywę społeczną, po to by przestrzec społeczeństwa przed konsekwencjami ich decyzji –  np 1984 Orwella czy Nowy Wspaniały Świat Huxleya.

Jeśli Literatura chce być sama w sobie Alternatywą, musi zrezygnować z tematów i form powszechnie akceptowanych przez Rynek. Język, narracja, przedstawione osobowości muszą być inne niż to, co jest, eksperymentalne. Trzeba sięgnąć do alienacji, zwiększyć stopień trudności odbioru, stworzyć dzieło hermetyczne lub przeciwnie akrobatyczne. Można użyć treści subwersywnych politycznie, lub naukowo analitycznych. Tylko tak może się jeszcze zdarzyć, że Literatura dołoży swoją cegiełkę do procesu zmian cywilizacyjnych – nawet jeśli będzie wkład minimalny.

Obawiam się, że Redakcja taza obcięła autorowi dalszą część wywodu. Zastanawiam się, co pan Stahl chciał nam w tym tekście jeszcze powiedzieć. A zatem pytam, czy pan Stahl jest baratarystą czy też nie jest?

Barataria w wersji Cervantesa była wg klasyfikacji autora utopijnym projektem społecznym, ale była też okrutną dystopią. Gdy Don Kichot uczy giermka, jak ma postępować, żeby być dobrym gubernatorem, widzi wyspę Sancho Pansy jak państwo idealne, samego zaś poczciwego wieśniaka plasuje w roli idealnego władcy. Gdy jednak okazuje się, że wyspa Barataria nie jest wyspą, doradcy szkodzą władcy, nikogo nie obchodzi los poddanych, a właściciele miasteczka okrutnie sobie ze wszystkich kpią – idealne państwo przestaje być utopią i staje się dystopią. Nie wierz bogatym, przestrzega autor, bo zawsze cię wystrychną na dudka. Jeśli coś dadzą, to zrobi ci to krzywdę, jeśli coś miałeś, to ci to odbiorą, i nawet jeśliś mądry i przebiegły, to na nic ci się to nie przyda. Jak w filmie Parasite – bogaci i biedni żyją na dwóch odrębnych planetach, nigdy się nawzajem nie zrozumieją i nigdy nie dojdzie między nimi do porozumienia. Bogaci wykorzystują biednych, żyją ich kosztem i bawią się ich kosztem. Biedni oszukują bogatych, ale też oszukują siebie nawzajem. Nawet śmierć, morderstwo, przelana krew niczego tu nie zmienią. Co najwyżej możesz dołożyć wszystkich starań, żeby przestać być biednym i stać się bogatym. Przegrasz i tak, a rzadko kto ma tyle mądrości, by, jak Sancho Pansa, dobrowolnie z tego bogactwa zrezygnować.

Sanczo padł na kolana przed Księciem i Księżną, i rzekł:
– Obdarzyliście mnie, wasze wyniosłości, tym urzędem, którego w głupocie swojej
pragnąłem, ale już nie pragnę i nie zapragnę. Jak rządziłem, doniosą wam inni; choćby mylili się lub łgali, ich sąd o mnie będzie bardziej się liczył niźli mój własny. Co na wyspie zostanie po moich rządach, okaże się później; mnie nie zostało nic; goły do Baratarii przybyłem i goły powracam; trochę nawet straciłem na ciele dzięki medykowi przybocznemu i innym; tego sobie już nie odbiorę, niech będzie moja strata; zresztą źle mówię, bo jest i coś, co zyskałem – to przekonanie, że nie zależy mi na rządzeniu ani wyspą, ani królestwem, ani całym światem.
Dziękuję tedy waszym podniosłościom za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obsypali, całuję wasze ręce i stopy, i jak dzieci, gdy się bawią w komórki do wynajęcia, opuszczam tę komórkę, niech w nią wskoczy kto inny, a ja wskakuję w moją starą komórkę, czyli przechodzę na giermkowanie panu mojemu, Don Kichotowi z La Manczy, zwanemu też Rycerzem Lwów, za którym strasznie się stęskniłem, nie mówiąc o tym, że, jak mi szepnął, oczka mu puściły na zielonej pończosze i nie miał ich kto załapać, ale zdaje się, że za długo już przemawiam, więc na tym kończę.

Na tym i ja zakończę dzisiejszy wpis, pokażę jedynie znaleziony ostatnio w sieci kolejny autoportret Jacka Malczewskiego, tym razem w jakuckiej czapce. Pisałam już o autoportretach tego artysty, bo często wyglądał na nich jak Don Kichot, ale tego akurat wtedy nie pokazałam.

No cóż, Brodowski tym razem o kobietach

Tym razem, bo ostatnio Brodowski poświęca teksty bezpośrednio polityce, np. opiewając życie i cuda pewnego pana z Warszawy i grona jego partyjnych wyznawców. Dziś natomiast o kobietach, i to nawet w niewielkiem stopniu politycznie. Nawet, rzekłabym, jeśli jest tu polityka, to całkiem zawoalowana. Chociaż może i za to możemy dostać “bana”, on i ja. Niedawna katastrofa, kiedy to tydzień temu WordPress z sekundy na sekundę zlikwidował całego bloga i poinformował mnie, że popełniłam wykroczenie przeciw regułom korzystania z ich usług, nastąpiła w momencie, gdy właśnie wstawiłam TE wiersze na bloga i chciałam je zapisać jako wpis na dziś… Nie wiem, czy to dlatego. Bo powody mogły byś jakieś inne, np. haker albo wirus (Corona?). Ale jednak płachtą na byka mógł się okazać nasz autor, którego na Facebooku banują regularnie. Jak dotąd myślałam, że blogi są wolne od fejsbukowej zabawy w banowanie, ale może właśnie przestały. WordPress nie poinformował mnie, dlaczego mnie zatrzasnął, nie podał też, co sprawiło, że przywrócił mi łaskawie prawo funkcjonowania. Zobaczymy, co się zatem stanie dziś 🙂

Roman Brodowski

Nieco apokryficzna satyra
„W obronie moich pań“

Dwa sorty są na ziemi ludzi
Innymi słowy On no i … Ona
On to mężczyzna, respekt budzi
Ona Kobieta, mężczyzny żona.

On w domu jest ogniska panem
Ona w posługach dlań się wije
Dla niego ponoć wszystko dane
Ona, po prostu przy nim żyje.

Tak mówi pismo bożej dobroci
W wyznaniu, ponoć wiary miłości
Pierwszy mężczyzna powstał – człowiek
Kobieta? po nim…. z jego kości

Można by na tym skończyć wierszyk
Kto? komu? i dlaczego tak?
Mężczyzna pośród stworzeń pierwszy.
Kobieta jego pomocnicą – fakt.

Ja z takim faktem się nie zgodzę
Jakiem romantyk, fan demokracji
Często w spór z katodogmą wchodzę
W imię mądrości populacji.

Spójrzmy odważnie prawdzie w oczy
Na “chłopski rozum” wam tłumaczę
Kobieta jest jak zamek do drzwi
Mężczyzna? – kluczem, nie inaczej.

A klucz bez zamka, zamek bez klucza
Cóż warte jedno bez drugiego?
Niech ksiądz w kościele nas nie poucza.
Kobiecie równym być, cóż złego

Powiem Wam więcej drodzy Panowie
Kończąc morałem, nieco bajecznie
Bez naszych kobiet, świat był bu smutny
A słuchać księży? … niebezpieczniejsze.

02.03.2016

Romantyczny interes

Ktoś zamówił u mnie rymowankę
Zwykły, prosty wierszyk o miłości
Panegiryk sławiący wybrankę
Jej urodę, mądrość, no i… “wypukłości”

Przysłał zdjęcie średniego formatu
Na nim temat i westchnień i wzruszeń
Można rzec by, anioł w ludzkiej skórze
Piękna bestia, przyznać szczerze muszę

W jej spojrzeniu dzikie pożądanie
Drogi mleczne kuszące do grzechu
Kibić smukła, rzec by można, łania
Tajemnica pragnień zawarta w uśmiechu

Wykonałem zadanie mistrzowsko
Proste rymy płynęły wprost z duszy
W słowach moje subtelne wyznania
Które mogły najtwardsze z serc skruszyć

Cóż romantyk tworząc potrafi też marzyć
Zwłaszcza kiedy pisze o pięknej kobiecie
Nie ważne mu wówczas, że za kogoś myśli
Eros go popycha do aktu…. no wiecie!

Więc serce nastawia dla Amora strzały.
Kusząc niby Ewa, zmysły ciała swego
I szuka okazji by owoc wziąć w dłonie
W swoim pożądaniu nie widząc nic złego.

Czasami się uda skosztować nie swoje
Przeżyć cudną chwilę z muzą sam na sam
Poczuć się sokołem, pawiem lub motylem
Poeci kochają piękno młodych dam.

Więc drodzy mężowie i panowie panien
Wyznawajcie miłość nie poety słowem
Pamiętajcie zawsze o zmienności Kobiet
Dla poezji potrafią „przystroić“ wam głowę.

Kobiety zmienne są – albo marcowy sen“

Kiedy przybliża się dzień kobiet
Za oknem ciepło i wiosennie
Męczą mnie nocne sny koszmarne
Od wielu lat już tak…, niezmiennie.

Dlaczego? – pyta we śnie zmora –
Mimo lat wielu w jednym cieście,
Nie wiem jak czynić i co czynić
By radość sprawić mojej niewieście.

To prawda, nie wiem, taki jestem
Choć ją rozbieram i …. Ubieram
To nie potrafię jej dogodzić
Zawsze nie tak jest, nawet teraz.

Ot, dla przykładu sen z przed laty:
Z pracy wróciłem wcześniej nieco
By niespodziankę sprawić żonie,
By poczuć znowuż jej kobiecość…

A żonka do mnie już od progu
Co dziś tak wcześnie? – czy zwolnili?!
Wiedziałam że, tak kiedyś będzie.
Rodzice dawno mi n mówili…

Spojrzałem na nią smutnie nieco
Ciało złożyłem na kanapie
Dotknąłem dłonią jej sukienki
A ona przy mnie stoi, sapie.

Popatrzcie, mówi głosem drwiącym
Oto król w naszym małym gronie
Nie jak mężowie przyjaciółek
Oni śpią zawsze przy swej żonie.

Z radością wstałem więc z kanapy
By jak mężczyzna się zachować…
Lecz ona do mnie, – nie dotykaj!
Tę twoją miłość możesz schować!

Do dzisiaj tego nie rozumiem
Cóżem uczynił wówczas złego
Chciałem poprostu być z mą Panią
Bo wciąż mi było mało “tego”.

Innym zaś razem prosto z pracy
Wróciłem później – przed wieczorem,
By dać czas wolny mej kochanej
I…, okazałem się potworem

Gdzie się szlajałeś do tej pory
Kochanka jeść i pić nie dała?!
Takimi słowy moja żonka
Tegoż wieczora mnie witała.

Nic nie odrzekłszy (bo cóż mówić)
Przeszedłem obok zapłakanej.
A w mym sumieniu, jak w wulkanie
Współczucie wybuchnęło dla niej.

Tak przecież dłużej być nie może
By z mojej winy wciąż cierpiała
Postanowiłem żonkę mą opuścić.
Pragnąc by wolność odzyskała.

Okno pospiesznie otworzyłem,
Rzekłem jej coś na pożegnanie
Nogę uniosłem, by wyskoczyć
Lecz ona wzięła mnie za ramię.

Poczekaj, nie rób jeszcze tego
Prosiła głosem już spokojnym
Jak by coś chciała wytłumaczyć,
Jakby nie chciała zwady, wojny.

Potem do kuchni szybko poszła
A z niej przyniosła z kubła śmieci,
I do rąk moich je wcisnąwszy
Rzekła – no teraz możesz lecieć.

Skoro wychodzisz w tamtą stronę,
To bez różnicy, dziś czy jutro,
Śmieci wyrzucić i tak trzeba…
Wtem coś przerwało scenę smutną.

To budzik nagle mnie obudził
Przed tym dramatu zakończeniem.
Spojrzałem na bok, leży przy mnie
Moje kochane przeznaczenie.

Takie to sny mnie dręczą nocą
Kiedy nadchodzi dzień wasz – Kobiet.
Na szczęście jawa jest piękniejsza
Żona zaś moja…, dobry to człowiek.

Na zakończenie dramsatyry
Powtórzę myśl z klasyki wziętą
“Kobieta zmienną jest” i tyle
Postskriptum: dla mnie niepojętą.

04.03.2017.

Od startu do mety – Ty

Wplecione w warkocz
Kwiaty bzu
Wiosenna piosnka
Przy gitarze
Szmer wiatru w liściach
Pierwsza miłość
To czas spełnienia
Naszych marzeń<

Na twojej twarzy
Dziewczęcy śmiech
Usta płonące
Pożądaniem
Zapach dziewictwa
Przytulenie
I nasze pierwsze
Miłowanie.

To się spełniło
Tam, w szuwarach
Przy srebrno białym
Gwiazd lampionie
Blasku jeziora
Leśnym mroku
Na mchu matczynym,
Przyjaznym łonie

Młodość odeszła
Wraz z latami
Czas dodał pięknu
Doświadczenie
A w duszy mojej
Trwa niezmiennie
Wyznanie wówczas
Przyrzeczenie

Wiele przeszliśmy
Wspólnych zdarzeń
Pamięć te chwile
W nas odkłada
Tamte pieszczoty
Tamte słowa
W leśnych szuwarach
Żyją nada

29.03.2004

#Frauentag

Falls du nicht weisst, wie du morgen in berlin protestieren kannst oder sollst, oder whatever…
#ichstreike & #globalscream
8 March 2020 is on Sunday, so striking is less possible. Let’s strike symbolically on Sunday!
#IchStreike #Istrike #Strajkuje #WomensStrike
Are you ready?
Berlin: https://www.facebook.com/events/485240448816256/
https://www.facebook.com/events/539735906651212/

Jeśli zastanawiacie się co się będzie działo 8 marca, to będzie się działo dużo! Między innymi o 16 będzie akcja!

#GlobalScream
8.3.2020 | 4 PM
Es every year, on the International Women’s Day (8.3.2020) there will be thousands of people on the streets worldwide, all protesting for the same, against the same, regardless of nationalities, location, gender, and ideological differences. Womxn of the World will fight for their rights.…

Mehr anzeigen

Sąsiedzi 11

Teresa Rudolf

Regina

W szpitalu policyjnym, na trzecim piętrze, korytarzem podążała pewnym, prawie żołnierskim krokiem szczupła, średniego wzrostu, rudomiedzianowłosa kobieta, około pięćdziesiątki. Ubrana była w czarne wąskie spodnie i czarny obszerny płaszcz, a wokół szyi miała luźno okręcony, pomarańczowoczarny szal.
Na pierwszy rzut oka można by pomyślec, że to tylko przeciętna kobieta, idąca właśnie odwiedzić kogoś chorego.
Po uważniejszym przyjrzeniu się widać było jednak zacięty wyraz twarzy, a interesujące szmaragdowe oczy były kompletnie nieobecne, zamyślone, było wręcz dziwne, że kobieta w ogóle coś widzi i tak pewnie podąża w określonym celu.
Po drodze zatrzymała przechodzącą pielęgniarkę i zapytała, gdzie leży pan Lesław M.
Siostra oddziałowa, pani Zofia, wskazała drzwi, mówiąc:
– Akurat właśnie stoimy przed jego pokojem, ale uprzedzam, pacjent jest ciagle na silnych środkach przeciwbólowych, dużo śpi, no i właśnie w tej chwili również… A można wiedzieć, kim Pani jest, żeby można było mu powiedzieć, kto przyszedł do niego w odwiedziny?
– Jestem byłą żoną Lesława, nazywam się Regina M. Wejdę jednak, może się akurat obudzi.
Weszła i zobaczyla Lesia w bandażach i gipsach. Twarz miał całą zabandażowaną.
Zapytała cichym, dość niskim głosem: – Śpisz?
Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi. Usiadła na krześle stojącym przy łózku.

Klara i Filomena szły korytarzem prowadzącym do pokoju Lesia.
Uslyszały głos oddziałowej:
– Poczekajcie Panie, chcę uprzedzić, że Pan Lesław ma gościa o imieniu Regina, czyżby to była ta kobieta z jego koszmarnych snów???
Sąsiadki spojrzały na siebie ze zdumieniem, Filomena pobladła, a Klara dostała rumieńców.
Nie wykrztusiły ani słowa i jak dwa roboty poszły dalej.
Przed salą Lesia stanęły i ponownie krótko spojrzały na siebie..
Klara powiedziała tylko szorstko: – Damy radę!
I weszły…
Zobaczyły Reginę, siedzącą przy łóżku Lesia.
Filomena nie wytrzymała napięcia na widok tej kobiety, tak ważnej kiedyś w życiu pana Lesia, a obecnie znęcającej się nad nim, we snach i we wspomnieniach na jawie.
– Ach, to paaaaani… Tak sobie właśnie Panią wyobrażałam, powiedziała i spojrzała z nieukrywaną niechęcią na rudowłosą intruzkę.
Klara rozbawiona pomyślała:
Ach… skąd ja znam to “powłóczyste spojrzenie” Melci… oj, będzie się działo, oj będzie…
Regina, zdumiona popatrzyła pytająco na “dwie jakieś wredne baby”. Wstała z krzesła i przedstawiła się wyniośle:
– Regina M. była, ale ciągle zaprzyjaźniona z nim, żona obecnego tu Lesława M.
– No, to chyba się Pani troszkę w głowie z tą przyjaźnią pomieszało, powiedziała Klara. Miejmy nadzieję, że Lesio, jak się zbudzi, nie zejdzie nam na zawał serca, jak panią w naturze tu zobaczy, chyba profilaktycznie pójdę już po siostrę oddziałową. Klara mówiła coraz głośniej.
W tym momencie Lesio otworzył oczy. Były niewidoczne, ale usłyszały jego głos, a raczej ciche syknięcie: – Znów te koszmary, znów ta Regina, co to za jakiś obłęd… Znów te rude wlosy, która z nich obu mi się w tej mgle tu pokazuje… Chyba zwariuję, szeptał…
Filomena zwycięsko spojrzała na swą przeciwniczkę i powiedziała
– No, to teraz szybciutko zjeżdżaj, moja miła, i żebyś się tu więcej nie pokazywała, dodała.
Ale tu już trafiła kosa na kamień.
Regina, cedząc słowa, odezwała się wyniośle:
– A kimże ty jesteś, kobieto, by mi tu rozkazywać, znamy się, a skąd to ty???
Przemowę jej przerwał zupełnie obudzony już Lesio:
– Chryste Panie, Regina, ty tu jesteś naprawdę!? Po czternastu latach!? Znów chcesz mi rozwalić życie??? Czegoż ty tu chcesz?
– Czytałam w gazetach o tym nieszczęściu, które cię spotkało, więc w imię naszej dawnej miłości szybko tu przybiegłam. Może czegoś potrzebujesz???, pytała.
– Zawsze, kiedy wkraczasz w moje życie, przynosisz mi pecha, proszę zostaw mnie w spokoju, kobieto…
– Chciałabym jeszcze odebrać od ciebie też nasz album ze zdjęciami ze Stanów, z tych naszych dobrych czasów…
Klara i Filomena przysłuchiwały się tej pełnej napięcia rozmowie, aż w końcu Klara nie wytrzymała:
– Przepraszam, że państwu przerwę, pogadacie sobie później, chciałabym, panie Lesiu, donieść, że Salomon już je, a nawet wyjada również Salci z jej miski, na co mu ona zresztą pozwala, ale ja nie, bo ona schudła już około kilograma, a on właśnie o dwa kilo przytył, powiedziała, uśmiechając się figlarnie i ciepło.
Regina skwitowała natychmiast jej wypowiedź, kierując się do Lesia: – Aaaach, to o tego twojego  kota chodzi, tego wstręciucha, a jest jeszcze jakiś drugi? Ty naprawdę zwariowałeś??? To już taki stary kocur, cud, że on  jeszcze w ogóle żyje!!!
Lesio odpowiedział nerwowo i coraz głośniej, prawie krzycząc:
– Regina, idźżesz ty wreszcie, skąd przyszłaś, pewnie chcesz się teraz przykleić do mego odszkodowania, ty pazerny, chytry babsztylu!! I odstawiasz mi tu jakiś teatr z dawnymi sentymentami… Filomeno, byłabyś tak dobra? Wyprowadź tę kobietę i zamknij za nią drzwi.
Regina ironicznie spojrzała na rywalkę i nie omieszkała powiedzieć:
– Ale w rudych, jak już kiedyś zagustowałeś, tak ci zostało, co?
Filomena z wyższością odpowiedziała za Lesia:
– Kolor włosów można zawsze zmienić, ale tak skrajnie parszywego charakterku, to nie bardzo.

Spotkania z Księciem Ciemności 9

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Rozłożył się wygodnie. Leży.

Nic szczególnego się nie stało. Wiele razy rozkładał się już i leżał w przeróżnych miejscach, kątach, zakamarkach. Nic szczególnego – na pozór.

Książę nawiedza nas łaskawie od kilku miesięcy. Przychodził przez całą zimę. A przez cały ten czas w kominku palił się ogień. Nie mogło być inaczej, bo co prawda tegoroczna zima była wyjątkowo łagodna, ale kominek to jedyne źródło ciepła w naszym mieszkaniu: temperatury panowały zazwyczaj dodatnie, ale nie do tego nomen omen stopnia, by nie trzeba było palić. Przeto codziennie, podczas prawie każdej wizyty Księcia, płomienie wesoło tańczyły za szybą.

Ale… dopiero dziś Pan Puszysty po raz pierwszy rozłożył się właśnie na kominku.

Było to na tyle niezwykłe, że przykuło bardzo skutecznie uwagę tak mojej Żony, jak i, całkiem niezależnie, moją.

Dlaczego? Chyba dlatego, że właśnie pierwszy raz. I po tak długim czasie.

To jest moment na przywołanie kolejnej postaci z galerii słynnych kotów. Jeśli dobrze policzyłem, już czwartej. Zapewne nie ostatniej: cóż robić – starsi ludzie tak mają. Oboje z Żoną (całkowicie niezależnie, bo wówczas nie mieliśmy nawzajem pojęcia o swym istnieniu; chociaż… chyba coś czuliśmy… przeznaczenie? diabli wiedzą) wychowaliśmy się na bajce Dziwny świat kota Filemona. Nie o Filemona jednak tym razem chodzi. Bynajmniej. Ważny jest stary, doświadczony, mądry, czarny kocur Bonifacy, który, jak być może pamiętacie, całe dnie spędzał na zapiecku. Jako miłośnicy wspomnianej bajki, zarówno Żona jak ja, uważaliśmy za coś oczywistego, że koty ciągną do ciepła. A tu tymczasem zima mija, kominek codziennie płonie, a Książę nic. Aż do dziś.

Leży. A dobrze mu tak, że ho ho!

Czy to coś znaczy?

Jam jest Książę Ciemności!

Dekameron

Oczywiście, jak zawsze, pierwszy był poeta

Tibor Jagielski

cisza w mediolanie

ta cisza jest inna
zwiastująca niebezpieczeństwo
zamykam się na cztery spusty
i czytam decamerone

tylko gołębie na placu del duomo
uwijają się jak gdyby nigdy nic

24.02.2020

Sejm RP
Choroba zakaźna COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2, pojawiła się w grudniu w Wuhanie w środkowych Chinach. Od 31 grudnia 2019 r. do 1 marca br. zanotowano 87 tys. 24 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 2 tys. 979 zgonów – podał w niedzielę Główny Inspektorat Sanitarny.

2.03.2020

Tabor Regresywny

Co nam biednym ludziom pozostało, gdy medycyna rozkłada bezradnie ręce, gdy politycy jak zwykle coś kręcą, gdy biznes liczy straty, a spekulanci zyski? Nam biedakom nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do średniowiecznych sposobów i wyruszyć na pielgrzymkę. Pytanie tylko dokąd? Miejsc świętych już nie ma, Ziemia Święta wcale nie jest taka święta. Może do Wałkonii, krainy wolnej od śmieci, bo nikt ich nie produkuje, wszyscy się wałkonią.
Przyjechałem kiedyś moim wozem na konferencję pt. Koniec świata i co dalej? Konferencję zorganizował Papieski Uniwersytet Teologiczny w Krakowie. Po wystąpieniach plenarnych były pytania z sali. Zabrałem głos jako ostatni:
– Przyjechałem tu z Ławicy, małej wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Proszę moją wypowiedź traktować jako wypowiedź wieśniaka z Ławicy. Mam taki problem. Spytałem syna, kim chciałby być, jakby nie był tym kim jest. Odpowiedział: wałkoniem. On jest wybitnym wałkoniem amatorem. Potrafi przez kilka miesięcy włóczyć się po Europie, ale przez resztę roku ciężko na to pracuje. A ja bym chciał, żeby przeszedł na zawodostwo, rzucił pracę i żył z emerytury babci. Ale jeden warunek. Babcia ma być przeszczęśliwa. Ani syna, ani teściowej nie mogę do tego przekonać. Możecie mi pomóc, jakoś teoretycznie to uzasadnić? Wszystkich zatkało. Jakiś dr ksiądz czegoś nauczał, że może na innej uczelni za pieniądze mi pomogą. Atmosfera robiła się nieprzyjemna. Wtedy wstał wysoki mężczyzna z imponującą łysiną i odwracając się do mnie powiedział.
– To jest cynizm. To jest cynizm w tym najpiękniejszym Greckim wydaniu, za którym kryje się głęboka etyka. Ja panu bardzo dziękuję za tę wypowiedź.
Na dworzec wracałem w towarzystwie dwóch kobiet, wózek ciągnął syn jednej z nich. Corona wirus jest tak skonstruowany, że najwieksze żniwo zbiera wśród emerytów i rencistów. Nie mam zamiaru oddawać emerytury bez walki. Żal mi tylko młodzieży, dla której może nie starczyć. Na waszym miejscu postawiłbym ultimatum. Najpierw emerytura a potem praca. Jak sie nie zgodzą, to chodźcie z nami.

03.03.2020

TIP (Jacek Slaski)

Kwarantanna w Berlinie. Planszówki, telewizja, wyspać się (Zachód). Piec ciasteczka z dziećmi, ćwiczyć na skrzypcach. Spandau (Szpandawa). Chleb chrupki, zupki w proszku. Panika. Seks, poliamoria. No sex, please. Wina Merkel (być może po polsku powinno się przetłumaczyć jako Wina Tuska). Prywatnym samolotem na prywatną wyspę. Queer-Sex. Marihuana i play station. Planszówki, telewizja, wyspać się (Wschód).

Jak chomikuje Berlin? Piwo, chipsy, karma dla psów (Zachód). Tofu, soja, mieszkanie na poddaszu. Spandau (Szpandawa). Czerwone wino, krakersy serowe. Sushi & szampan. Olewam. Chomiki. Płaski ekran 70 cali. Wołowina z Kobo i Dom Perignon. Kondomy. Karty pamięci i orientalne klopsiki. Piwo, chipsy, karma dla psów (Wschód).

Berliner Zeitung, Pieniądze albo będę kichał…

Znalezione na Facebooku. Ula Ptak. Zdjęcie zrobione w metrze. Zakupy jakiejś syryjskiej współpasażerki.

Urzędy

Szkoła zamknięta. W Berlinie już trzy szkoły zamknięto. Ale może tylko dwie. Prasa podaje różne wersje.

Pracuję w ministerstwie. Na korytarzu przy wejściu ustawiono przenośny dezynfekator rąk. Ale nikt nie kontroluje, czy go używamy.

Ktoś z rodziny jest w szpitalu. Poszłam go odwiedzić. Ani lekarze i personel, ani pacjenci nie noszą masek. Dezynfekatory w każdym pokoju, ale tu też nikt nie kontroluje, czy się dezynfekuje ręce.

Odwołano Festiwal książki w Lipsku, berlińskie Targi Turystyczne i wycieczkę z Nowego Targu.

My

Jadę metrem. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna, widzę miodowego koloru płaszczyk, cienkie czarne rajstopy i gładkie czarne włosy. W pewnej chwili dziewczyna zaczyna kaszleć. Rzucam okiem na jej twarz. Być może azjatycka, ale może “tylko” ukraińska lub serbska. Patrzę na kobietę, która siedzi naprzeciwko. Uśmiechamy się do siebie. Smutno. No bo nawet jeśli to Chinka, nawet jeśli kaszle, bo jest chora, nawet jeśli właśnie nas zaraża, to co my możemy w tej sytuacji zrobić? Co w ogóle możemy my, ludzie, z tym zrobić?

Pancernik

Podobno tym razem to on, ale może zresztą nie on, wyprodukował wirusa. Mały pancernik. Zwierzę pod całkowitą ochroną. Mimo to łapie się go, zabija i zjada. Bo smaczny i bo wzmacnia potencję. Jeśli to naprawdę on, to jest to wręcz symboliczne. Nasza żarłoczność i nasz niepohamowany popęd seksualny jako przyczyna epidemii. Czy to Apokalipsa? Czy to wojna światów? W imieniu Natury, w imieniu Ziemi, pancernik rozpoczął z nami wojnę.  Aurora? Pancernik Potiomkin? Schleswig-Holstein?

Materiały źródłowe
wolnelektury.pl

Giovanni Boccaccio, Dekameron

Tłumaczył Edward Boyé

Zaczyna się księga Dekameron, w której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.

Prolog

Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, mające następnie wystąpić, zebrały się tutaj i gawędzą społem, pod przewodem Pampinei rozprawia się o tym, co każdemu najbardziej przypada do smaku.

Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie, i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tym samym, czym dla wędrowców stroma i spadzista góra, za którą skrywa się miła i piękna równina. Im trudniejsze było wejście i zejście, tym słodsze jest później odetchnienie.

Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnić bym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.

Wóz i chusta Hellera

Tabor Regresywny alias Marek

Sterroryzowałem ZUS absurdem. Do tego stopnia, że przyznali mi rentę z tytułu niechęci do pracy. Widzimisię urzędników jest odporne na racjonalne argumenty, ale w obliczu absurdu zachowuje się jak kobra przy dźwiękach fletu. Wszystko opowiem w drodze. Tu opiszę tylko zakończenie tej historii.
Wyruszyłem wózkiem „Doktor H” (to ten po lewej) w kierunku Wałbrzycha na spotkanie z dyrektorem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Nie byłem umówiony. Najkrótsza droga prowadziła przez Czechy.
W drugim dniu wędrówki przekroczyłem granicę w Tłumaczowie, minąłem Broumov. Do Polski wjechałem pod Mieroszowem. Zbliżał się wieczór. Ktoś mnie ostrzegł, że w nocy zapowiadają niebezpieczną burzę z silnymi opadami. W Sokołowsku znajduje się zaprzyjaźniony pensjonat z dużą drewnianą wiatą. W sam raz dla mnie i dla mojego wozu. Zboczyłem z drogi i wjechałem w sam środek czegoś, co było Międzynarodowym Festiwalem Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku. I dosłownie wjechałem w sam środek, bo właśnie była przerwa i wszyscy siedzieli po obu stronach ulicy przed Kinem „Zdrowie”. Nasunąłem kapelusz na oczy, licząc, że nikt mnie nie zauważy i tak dojechałem do pensjonatu „Radosno”. Radek, właściciel pensjonatu, udostępnił mi wiatę i zaprosił na obiad.
– Jedz, nie przejmuj się, wszystko zapłacone w ramach festiwalu, a nie wszyscy przyjechali. Na drugi dzień poszedłem zobaczyć, co się dzieje. Trafiłem na piękny performans Alistera MacLenana a następnie na prezentacje kompozycji muzycznej. Koło mnie stali robotnicy budowlani remontujący kino. Kazano im przerwać pracę i posłuchać. W pewnym momencie jeden mówi do drugiego:
– Ty, Antek, słyszę twoją betoniarkę, a teraz szuflujesz.
– Panie, zwrócił się jeden do mnie, to myśmy zwariowali czy oni?
A ja mu na to:
– Oni bardzo chcą zwariować, ale się boją, dlatego udają, że zwariowali.
Po występie podszedłem do kuratorki festiwalu, Małgosi Sady, i pokazałem jej „Chustę Michała Hellera”, którą akurat miałem przy sobie i która stała się przepustką do występu na festiwalu. Musiałem tylko poczekać na jakieś okienko. Występ zatytułowałem „Wędrowna Klinika Psychiatrii Absurdalnej”. Celem Wędrownej Kliniki Psychiatrii Absurdalnej jest harmonijne rozwijanie schizofrenii, aż do uzyskania renty z tego tytułu. Nie ma się czego bać pod warunkiem, że będziecie wariować w mojej Wędrownej Klinice Psychiatrii Absurdalnej, a wariując będziecie udawali artystów. Jakoś to powiązałem z „Chustą Michała Hellera”, ale już nie pamiętam jak. Gdy festiwal miał się ku końcowi, spakowałem się i ruszyłem o świcie w kierunku Wałbrzycha.
W ZUS-ie byłem przed ósmą. Wjeżdżam na teren, zatrzymuje mnie ochroniarz, podobał mu się wózek, pytam, czy dyrektor już jest w zakładzie. Okazuje się, że nie. Pytam, a którędy wchodzi. Przyjeżdża samochodem i staje przed głównym wejściem, jest tam zarezerwowany miejsce dla niego. No to zatrzymałem się obok. Czekam, a dyrektora jak nie ma, tak nie ma. W wozie zawsze jest coś do roboty, zaczynam szyć, a tu podchodzi do mnie elegancka kobieta, okazało się, że sekretarka dyrektora.
– Panie Marku, czeka pan na dyrektora?
– Tak.
– Jest już w zakładzie i czeka na pana, zrobić panu kawę?
Okazało się, że dyrektor jak mnie zobaczył, to objechał zakład i wszedł tylnymi drzwiami.
Jedyne, co mi przychodzi do głowy na zakończenie tego tekstu, to słowa piosenki:

Wejdźmy w wodę kochani po szyję,
Dosyć tego brodzenia przy brzegu
Zmoczyliśmy już po kolana
Nasze nogi zmęczone po biegu
Na moje bezwzględnie wyrażone życzenie autor wyjaśnia, co to jest owa pojawiająca się w powyższym tekście chusta Hellera:
W książce „Szczęście w przestrzeniach Banacha” Michał Heller przedstawia dwa spojrzenia na czasoprzestrzeń – nazywa je ontologią płynącego czasu i ontologią Wszechświata bloku. Wg ontologii płynącego czasu przeszłość już nie istnieje, przyszłości jeszcze nie ma, teraźniejszość jest granicą między tymi dwoma obszarami nieistnienia. Z kolei wg ontologii Wszechświata bloku zarówno przeszłość jak i przyszłość cały czas istnieją, a nasza świadomość styka się z tym blokiem w jednym punkcie, który przesuwa się po Wszechświecie bloku.
Rilke wyraził to tak: Podobnie jak przez długi czas błądziliśmy co do ruchu Słońca, błądzimy jeszcze ciągle co do ruchu przyszłości. Przyszłość stoi w miejscu, drogi panie Kappus, to my zawsze poruszamy się w nieskończonej przestrzeni.
Na budynku Muzeum Współczesnego we Wrocławiu znjduje się mural Klepsydra Stanisława Drożdża (Foto Dorota Cygan). Ilustruje on ontologię płynącego czasu.
Miałem chustę w formacie flagi, podzieliłem ją na dwie połowy, na jednej stronie skopiowałem Klepsydrę Drożdża, a na drugiej połowie powtórzyłem tę samą klepsydrę, wszędzie pisząc jest. Czyli przedstawiłem ilustrację Wszechświata bloku. Byłem na spotkaniu z prof. Michałem Hellerem; na zakończenie składał autografy na swoich książkach. Podszedłem, pokazałem mu chustę i poprosiłem, by podpisał pod ilustracją ontologii, w ramach której spodziewa się pojawienia oczekiwanej M-teorii. Prof. Michał Heller z szelmowskim uśmiechem podpisał się pośrodku. Świetnie oddaje to sytuację we współczesnej fizyce. Fizycy nie wierzą już w obowiązujący obraz świata, ale nie mają odwagi przejść do innego, który z drugiej strony ciągle postulują. I właśnie tę chustę z podpisem prof. Hellera pokazałem Małgosi Sady, kuratorce Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Efemerycznych, i dzięki tej chuście dostałem prawo głosu.
Niestety chustę gdzieś zgubiłem, albo mi ją ktoś dmuchnął.

Don Kichot udomowiony

Nazbierało się po domu donkichotowych drobiazgów i trzeba je udostępnić publiczności.

Będą filmy (no, nie przesadzajmy – filmiki) i muzyka, której posłuchamy oglądając filmiki. Ale najpierw jeszcze Mrożek, Sławomir z książeczki wydanej 30 lat temu, a zatytułowanej najprościej jak można: Rysunki (Oficyna Literacka, Kraków 1990). Rysunki odkrył i przysłał Wiadomo Kto czyli Arkadiusz Łuba.

Don Kichot po polsku. Obok Hamlet, ale zostawiłam ich obu, to w końcu bracia, i duch ich łączy, i epoka ta sama. Warto o tym pomyśleć, że czas złota, walki, odkryć geograficznych, podbojów i królów, wydał też takich jak oni, niedopasowanych fantastów. W średniowieczu, jeśli udało im się uniknąć wypraw blisko i daleko i nie poginęli w krucjatach, zostawali trubadurami na dworach opuszczonych przez mężów-rycerzy pięknych dam, którym śpiewali o miłości. Dlatego po niemiecku nazwano ich Minnesänger, ci co opiewają miłość, Minne. Podobno zresztą byli stale na haju, tak jak zapewne cała ludność Europy, bo wszyscy jedli zboże zatrute sporyszem, z którego (jak wiemy) można uzyskać LSD.
W renesansie, kiedy zaczynał się już prawdziwy podbój świata, a nie jakieś średniowieczne wyprawy łupieżcze, Minnesängerzy zniknęli, ale świat nie może tylko produkować i ujarzmiać, świat potrzebuje również tych, co myślą, marzą i miłują. Tak pojawili się neurotycy i już nie zniknęli. Póki wy (my?) zajmujecie się czynieniem sobie ziemi poddaną, oni (my?), oddając się szaleństwu, sprawiają, że sztuczny świat sztucznych ludzi w ogóle jest zdolny do istnienia. Bo może nie wiecie o tym, ale jak to kiedyś w wierszu, dawno temu, napisał Leszek Szaruga: jeśli nie będzie poetów, nie będziecie umieli nawet wywieźć śmieci. Dziś, po 30 latach, wiemy że tak jest, za mało zwracaliśmy (zwracaliście) uwagi na szaleńców i nawet nie umiemy wywieźć śmieci.

 


KLICK (Tu jest cała płyta w streamingu)

Meditaciones Sobre el Quijote
na gitarze gra Giuliano Belotti
muzyka Francisco Fleta Polo, Erik Marchelie, Peter Toth. 

14. Sancho Panza na wyspie Barataria, komp. Fleta Polo


Filmiki nakręcili Konrad i Anton, używając aplikacji StopMotion z WhatsAppa. Obiektu, będącego ewidentnie Don Kichotem, dostarczył Wiadomo Kto.

Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?