Ela Kargol
Byłam w Lublinie
Przyjechałam pociągiem z Berlina, Stacja Lublin Główny. Przywitała mnie gwałtowna burza, błyskawice, zacinający deszcz i XIX‑wieczny budynek z dużo młodszym napisem DWORZEC. Naprzeciwko konstrukcja zupełnie inna. Nowoczesna. Bez nazwy, bez szyldu, jakby jeszcze nie zdecydowała, czym chce być. Z daleka przypominała palmiarnię bez palm, choć jej ażurowe, białe słupy miały w sobie coś z pni egzotycznych drzew. Więc zapytałam: „Dworzec autobusowy?”, „Tak”,odpowiedział pan ochroniarz. I myśląc, że szukam w plecaku papierosów, wskazał miejsce, gdzie można zapalić. A ja szukałam telefonu, żeby zrobić zdjęcie obu budynkom.


Temu staremu i temu nowemu, stojącym naprzeciw siebie jak dwa różne światy. Uzupełniające się, a jednocześnie odpychające. Z jakiś powodów nie mogą się połączyć, ale to doczytałam później. I to, że dworzec wcale się nie nazywa dworcem autobusowym tylko DWORCEM LUBLIN i jest centralnym dworcem aglomeracji lubelskiej.
Padało, więc nie podeszłam bliżej. Przyglądałam się ażurowym pniom – niepniom podtrzymującym dach dworca. Dach jest podobno pokryty roślinnością, a cały budynek skrywa w sobie rozwiązania ekologiczne, cokolwiek miałoby to znaczyć.
„Bardzo ciekawy ten dworzec” — powiedziałam. „Tak? Dziwne, że się Pani podoba” — usłyszałam w odpowiedzi.
Była środa, gdy przyjechałam. W czwartek poszłam na Czwartek, bo Lublin zaczął się od Czwartku. Spojrzałam z góry na miasto i już wiedziałam, że wszystkiego nie zobaczę. Choć jeszcze piątek, sobota i niedziela były przede mną. I siedem wzgórz, a może jednak dwa jak w wierszu, „Tobie śpiewam, Lublinie, na dwojgu wzgórz rozłożony…“. Tym drugim było dla mnie Grodzisko.


Nie te wzgórza miała na myśli autorka wiersza Franciszka Arnsztajnowa, ale każdy ma prawo do swoich wyborów i swoich wzgórz.
Jeszcze w środę wybrałam się na Wzgórze Staromiejskie zostawiając po lewej Wzgórze Zamkowe.

Szłam nieistniejącą już ulicą Szeroką w stronę Bramy Grodzkiej, zwanej też Żydowską, bo była kiedyś przejściem między Starym Miastem, a dzielnicą żydowską.






Brama Grodzka, to nie tylko brama prowadząca do grodu, to instytucja ponadwymiarowa, którą tworzą ludzie.To opowieści wysłuchane z troską i zapisane, fotografie zebrane, kręte schody i kręte historie, a za oknami gwar współczesnego miasta. Wystarczy zamknąć oczy albo spojrzeć na stare zdjęcia, by usłyszeć stukot końskich kopyt na bruku, nawoływania Ryfki, poczuć zapach cebularza unoszący się nad ulicami. Można by pomyśleć, że tamtego Lublina już nie ma. A jednak jest. Obecny w historiach opowiedzianych i zachowanych dla przyszłych pokoleń.



https://pl.wikipedia.org/wiki/O%C5%9Brodek_%E2%80%9EBrama_Grodzka_%E2%80%93_Teatr_NN%E2%80%9D



Lublin bez Bramy Grodzkiej jest jak Poznań bez koziołków.
Pochodzę z Poznania i zawsze myślałam, że koziołki należą wyłącznie do mojego miasta. Okazało się, że również Lublin wiele im zawdzięcza. Pierwszego koziołka w Lublinie spotkałam pod zamkiem. Na imię ma Jędrek i jest malarzem fresków w Kaplicy Trójcy Świętej na Zamku. I to on mnie do niej zaprowadził.



W Bramie Grodzkiej usłyszałam o Heniu Żytomirskim i jego krótkim życiu. Henio mieszkał przy ulicy Szewskiej 3.
Stoję pod kamienicą. Na balkonie pojawiają się dwie dziewczynki w wieku, w jakim Henio mógł tu biegać przed wojną. Pozdrawiają mnie głośno, przekrzykują się swoim „dzień dobry!”, chowają się, wychylają, znów wołają. Macham ręką, pozdrawiam i odpowiadam kilkakrotnie na ich “dzień dobry”. Zaglądam do klatki schodowej i znowu słyszę donośny głos z góry. Tym razem męski. Starszy pan pyta, co tu robię i skąd jestem.

„Szukam Henia”, odpowiadam głośno, choć wiem, że go tu już nie ma.
https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/henio-zytomirski-historia-jednego-zycia
To nie ten adres. A może jednak ten, tylko sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Starszy pan przedstawia się: Bracławski, rodem z Bracławia, ze szlachty polskiej. Zaprasza mnie do siebie. Widzi moje wahanie, więc schodzi na dół. Pokazuje kilkanaście ustawionych pod murem donic z zielistkami. Historii Henia nie zna. Ale zielistki uprawia, żeby potem ustawić je na placu Ofiar Getta Lubelskiego. Pan Bracławski opowiada, ja słucham. Bierze jedną doniczkę i prowadzi mnie na plac. I tam zostawia swoją roślinkę.

Dalej opowiada o Lubartowskiej, o przejściach podziemnych, o podwórkach i kamienicach, których okres świetności już minął. Nie jestem pewna, które historie są prawdziwe, a które powstają w jego wyobraźni. Zastanawia mnie tylko, dlaczego Plac Ofiar Getta trwa w stanie niekończącej się przebudowy. Pan Bracławski też nie zna odpowiedzi. Idziemy dalej Lubartowską. Ulica jest głośna, pełna małych sklepów i podwórek, które pamiętają dawny handel. Przy starej bożnicy Pan Bracławski zatrzymuje się i dziwi, że drzwi są zamknięte. Mówi, że kiedyś można było wejść bez problemu.
A ja doczytuję później, że Pani Luba Matraszek, dzięki ktrórej bożnica przetrwała ponad sto lat, zmarła kilka lat temu.


Spacerując w kierunku Starego Miasta, na ścianie jednej z kamienic, jak się póżniej okazało, bardzo starej, pamiętającej jeszcze XVI wiek, zobaczyłam sześć kluczy. Zebrane w pęk, powiększone kilkadziesiąt razy, ułożone z kamyków, szkiełek i ceramicznych odłamków. Teraz już wiem, że był to projekt polsko – ukraiński zatytułowany w „W poszukiwaniu domu”. Interpretacje nasuwają się przeróżne. Od historii samej kamienicy i setek jej mieszkańców. Klucze zgubione, pozostawione, zabrane w pośpiechu. Klucze, których po wojnie nikt już nie szukał. Klucze do domów, których nie ma na mapie. Klucze właścicieli, którzy zniknęli z miasta. Ci ostatni spoglądają dziś z fotografii umieszczonych w oknach kamienic, jakby wciąż byli obecni, choć ich mieszkania otwierają już inni ludzie innymi kluczami.

W tym pęku kluczy jest nie tylko pamięć o przeszłości, lecz także pytanie o przyszłość.
Temat kluczy pojawił się jeszcze raz dość wyraźnie, wtedy, gdy chciałam wejść na stary cmentarz żydowski. Bez klucza ani rusz. A klucz można było wypożyczyć w byłej Jesziwie czyli w teraźniejszym hotelu Ilan. W Jesziwie byłam, ale dopiero następnego dnia. Zobaczyłam synagogę, ale nie zdążyłam już zobaczyć ani pożyczyć kluczy na cmentarz. Obeszłam cmentarz wzdłuż wysokiego muru dookoła, zaglądając przez pręty w furtce, potem w bramie nie widząc nic, oprócz wybujałej zieleni.
https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/jesziwa-wyzsza-uczelnia-rabinacka-w-lublinie

https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/stary-cmentarz-zydowski-w-lublinie
Lublin pachnie miastem jak każde inne. Albo nim nie pachnie. Plac Rybny nie pachnie już rybami. Choć wyobrażam sobie, że kiedyś tak było. Wtedy, gdy łowiono jeszcze ryby w Czechówce. Dziś Czechówka to skromny potok, uregulowany, przeniesiony do betonowego koryta, częściowo zasypany.


O morzu Kokebebe przeczytałam w drodze do Lublina w ksiązce Piotra Nazaruka. Szłam wzdłuż Czechówki szukając morza i wypatrując ryb, wdychając spaliny szerokiej arterii. Ryby spoglądały na mnie z murali. A zapach cebularza zlewał się z zapachem pizzy i kebaba.






Rozglądałam się bez przerwy: zaglądałam na podwórka, wchodziłam do bram, dotykałam murów, patrzyłam pod nogi i wysoko w górę. Ciągle pytałam o drogę. Nie zawsze trafiałam tam, gdzie chciałam. A kiedy trafiałam gdzie indziej, najczęściej byłam mile zaskoczona.
Wielu miejsc nie zobaczyłam albo nie umiałam do nich dotrzeć. Tak było z kuczkami.


Kuczki to niewielkie drewniane budowle – choć nie zawsze drewniane – związane z tradycją żydowską.
Samo słowo brzmiało znajomo i przypominało mi wyrazy, ktrórych znaczenie znałam. Przecież wiem, co to kucki, kucać, siedzieć w kucki, ale nie byłam pewna, czy to to samo.
Znałam adresy siedmiu kuczek w Lublinie. Udało mi się odnaleźć tylko jedną, przy ulicy Olejnej, inne się schowały, albo źle szukałam. Później się dowiedziałam, że każda jest trochę inna, a ja szukałam tych drewnianych.
https://teatrnn.pl/leksykon/artykuly/kuczki-w-lublinie
Ulica Olejna wróciła do mnie kilka dni później, gdy w radiu słuchałam audycji o Aleksandrze Głowackim, późniejszym Bolesławie Prusie. Mówiono o jego pobycie w więzieniu na Zamku Lubelskim i o mało znanym pseudonimie, który wywodził się właśnie z Olejnej, gdzie mieszkał jako młody człowiek. W 1864 roku w Kurierze Niedzielnym ukazał się jego wiersz Do Pegaza, podpisany pseudonimem Jan w Oleju.






Lublin został wybrany Europejską Stolicą Kultury 2029. Miasto już teraz zachowuje się tak, jakby szykowało się do tej roli. Stroi się w kwiaty, w barwy, w murale i instalacje, jakby codziennie przygotowywało nowy spektakl dla przechodniów. Opowiada historię obrazem, sztuką, słowem, czasem wprost, czasem poprzez detale, które trzeba umieć wypatrzyć. A czasem poprzez elementy tak duże, że wypatrywać nie trzeba.
Ogromne maki kwitnące na kamienicy przy rynku i kolorowe balony unoszące się nad ulicą Bramową. Oba dzieła to instalacje Jarosława Koziary.


Dziś znam ich interpretację, ale zanim poznałam zamysł artysty, zapamiętałam przede wszystkim wielkość i kolor. Intensywną czerwień maków, która odcina się od elewacji, oraz wielobarwne baloniki zawieszone nad głowami przechodniów. Jest jeszcze sztukmistrz z małpką przechadzający się po linie, kolejny element miejskiej opowieści, nawiązujący do tytułowego bohatera powieści Isaaca Bashevisa Singera. Wskazuje na tradycję kuglarzy, na literacki mit, na to, że Lublin lubi balansować między historią a widowiskiem.


Lublin potrafi przyciągać uwagę: instalacjami, kolorami, detalami, które łatwo zapamiętać. Ale jest jeszcze inny Lublin, ten z opuszczonymi kamienicami, niedokończonymi inwestycjami, niezagospodarowanymi przestrzeniami, obok których przechodziłam, wiedząc o nich niewiele. Cztery dni w mieście to za mało, by zrozumieć, co kryje się pod warstwą dekoracji.
Żeby naprawdę zrozumieć miasto, trzeba do niego wracać, wypatrywać nowego, patrzeć, sluchać, zapisywać, zapamiętywać. Miasto nie odsłania się od razu. Trzeba je odkrywać powoli, krok po kroku, ulicę po ulicy.

