Nieśmiertelność

Ten tekst lata temu miał się ukazać w „Czasie kultury” w Poznaniu. Jak zwykle nie wiem, czy został opublikowany. W pierwotnej wersji był bardzo długi. Skracałam go wielokrotnie. Ostatnią wersję odesłałam do redaktora dokładnie 12 lat temu, w Sylwestra. Opatrzyłam go następującym przesłaniem: Niech Pan zrobi, co Pan uważa, bo ja już nie mam pomysłu. Z poważaniem. Dziś dopisuję jeszcze życzenia noworoczne – bądźcie szęśliwi, a jak chcecie to i nieśmiertelni.

Ewa Maria Slaska: Zacznijmy od prostego pytania – czy chciałbyś / chciałabyś być nieśmiertelny/a?

Nie. Nie chciałabym być nieśmiertelna. Odpowiedź jasna i prosta.

Rzecz ciekawa. Zadawałam to pytanie różnym ludziom, i otóż… odpowiedź udzielana przez kobiety brzmiała niemal zawsze – nie, przez mężczyzn zaś prawie bez wyjątku – tak.

Przyznaję, że ten aspekt sprawy wcale nie był przedmiotem moich rozważań. Pytałam, żeby zobaczyć, czy ten temat w ogóle ludzi interesuje, a jeśli tak, to jakie jego aspekty. Pod jednym względem nie pomyliłam się. Moim rozmówcom, tak jak i mnie, temat wydawał się interesujący. I to nie jako przenośnia. Więc nie nieśmiertelność duszy, ducha, rodu i rodziny i nie próby ożywiania martwych i tworzenie sztucznych istot żywych lub niby-to-żywych, bo nie chodzi o ożywianie ciała po śmierci, bo nie chodzi w ogóle o ciało, lecz o człowieka.

I o to, że może żyć i nie umierać. Żyć i nie umierać!

Mężczyzna chce żyć i nie umierać. Wie, że kiedyś umrze, bo mu to powiedziano, ale sprzeciwia się temu całą mocą swego męskiego ja. W dyskusji o nieśmiertelności mężczyzna jest jedną wielką niezgodą.

Kobieta też chce żyć, ale wie, że kiedyś umrze i nie sprzeciwia się temu. W dyskusji o nieśmiertelności kobieta jest jedną wielką pokorną zgodą. Często nawet trochę tęskniącą.

Możemy zacząć od Raju. Niby nie zostało to powiedziane otwarcie, ale Raj był przecież obietnicą wiecznego życia… Czyli marzeniem o życiu wiecznym. O wiecznym życiu i wiecznej młodości ciała… Nie sprzeczajmy się tu o to, czy ten mit stworzyli ludzie, czy też naprawdę istniał stworzony przez Boga Raj, bo to nieważne. Ten mit stworzyli mężczyźni.

A zatem nie powinien mnie zaskakiwać wynik mojej domorosłej ankiety. Mężczyźni chcą być nieśmiertelni. Zawsze chcieli. Ciekawe tylko, że już wtedy, gdy powstawał mit, wiedzieli, że kobiety nie chcą być nieśmiertelne.

Teza pierwsza. Raj istniał naprawdę i został stworzony przez Boga. Bóg w Raju stworzył kobietę, która nie chce być nieśmiertelna, i mężczyznę, który koniecznie chce… Bóg tak chciał. Ciekawe dlaczego.

Teza druga. Raj nie istniał. Religię żydowską stworzył Mojżesz, który na początku Wielkiej Księgi zapisał sumeryjską bajkę, przekazaną przez Abrahama, który pochodził z Ur.

Zręby religii żydowskiej powstały podczas czterdziestu lat wędrówki przez pustynię. Wtedy to banda nieposłusznych, niestałych, zdradliwych niewiernych i niewierzących niewolników zmieniła się w karny lud, pełniący dobrowolnie i z niepojętym oddaniem wiekuistą służbę bożą. Mojżesz ustalił wszystkie szczegóły tej służby, ilość gwoździ w belkach, ilość złota na miskę, ilość bisioru, kadzidła, placków jęczmiennych, mięsa, tłuszczu… Żydowska służba boża jest mocno osadzona w życiu, a Numeri – największe dzieło Mojżesza – są niezwykłą książką o społecznej organizacji życia, ogarniającą wszelkie jego aspekty, poczynając od miesiączkowania kobiet i skrofułów mężczyzn, a kończąc na cechach przydanych Jedynemu Bogu. Mojżesz wszystko wiedział, wszystko przewidział, rozłożył życie ludzkie na nierozkładalne dalej atomy i przydał im nazwy i zasady tak proste, że po czterech tysiącach lat można bez wahania ustalić, czy dinozaur jest koszerny i jaki jest stosunek Boga do komputera. Mojżesz zatem wiedział – z obserwacji albo z podszeptu boskiego – że kobiety nie żałują Raju i nie chcą być nieśmiertelne. Był to pewnik mocnej próby, skoro daje się zastosować także w epoce feminizmu, społecznego, intelektualnego i uczuciowego wyzwolenia kobiet, ogólnej liberalizacji oraz uwolnienia religii od przymusu i strachu.

Skąd Mojżesz wiedział, że nie chcę być nieśmiertelna? A jak nie chcę, to nie będę, bo punktem wyjścia do nieśmiertelności jest stan umysłu, w którym trzeba ze wszelkich sił chcieć. A nie można ze wszelkich sił chcieć czegoś, czego się nie chce. Nieśmiertelność jest grą intelektu dla mężczyzn. Grą na życie przeciw śmierci.

Założenie gówne głosi, że umieramy, bo zostaliśmy zaprogramowani na śmierć. Wbudowano nam program samoniszczący, charakterystyczny dla wszystkich organizmów biologicznych, które umierają po spełnieniu funkcji rozrodczych. Ale umieramy też, ponieważ społeczeństwo oczekuje naszej śmierci w momencie, gdy spełniliśmy długofalowe biologiczne funkcje rozrodcze i krótkoterminowe funkcje społeczne. Moment samoczynnego włączenia biologicznego stymulatora samoniszczącego ulegał zmianie. Obecnie w kręgu cywilizacji zachodniej uaktywnia się, gdy nosiciel osiąga wiek czterdziestu lat. Od czterdziestki w każdej chwili możemy umrzeć. Samoczynne włączenie społecznego stymulatora samoniszczącego następuje w wieku emerytalnym.

Stymulator samoniszczący działa jak wirus komputerowy, raz wprowadzony, uruchamia się w określonym momencie, rozprzestrzenia się po całym systemie, niszcząc programy sterujące kolejnych funkcji. W świecie komputerów zapotrzebowanie na ochronę antywirusową zostało zinstytucjonalizowane. Programy antywirusowe – choć nie zawsze spełniają swe funkcje – obejmują całokształt problematyki. W odniesieniu do życia ludzkiego instytucjonalizacja  koncentruje się na biologicznym aspekcie śmiertelności i ogranicza do przedłużania życia poprzez likwidację chorób i urazów. Działanie instytucjonalne nie sięga do poziomu programu życia biologicznego i pomija całkowicie program społeczny.

Osobnik chcący uzyskać nieśmiertelność musi samodzielnie zmienić program sterujący swojego życia, usuwając zeń oba stymulatory samozniszczenia. Musi mieć świadomość tego, co chce uzyskać, musi sobie uświadomić, że jest to jego sprawa prywatna i musi chcieć zrealizować założony cel.

Planując samodzielną nieśmiertelność dobrze zrobimy, jeżeli na początek poprzestaniemy na tysiącletnim żywocie biblijnym. Nieśmiertelności „na zawsze“ w ogóle nie sposób sobie wyobrazić, natomiast tysiąc lat jest już podatne na pewne przybliżenia. Tysiąc lat to dziesięć razy dłużej niż „najdłuższe życie“. Potraktujmy te symboliczne tysiąc lat nie jako przedłużone / wydłużone życie, lecz jako ograniczoną nieśmiertelność, moduł nieśmiertelności, nieśmiertelność na próbę. Człowiek, który z powodzeniem zrealizuje tysiąc lat nieśmiertelności i nadal będzie CHCIAŁ, może z kolejnych modułów zbudować całą wieczność.

Najpierw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie – po co? Po co chcemy być nieśmiertelni? Wydaje się, że odpowiedzi, które uzyskiwałam w mej nieprofesjonalnej, ankiecie wynikały nie tyle z „po co“, ile z „dlaczego“. Męska odpowiedź brzmiała zatem, „tak, chce być nieśmiertelny, bo nie chcę umrzeć“. Ale: po co? Przyduszeni do muru interlokutorzy udzielają zazwyczaj najprostszych odpowiedzi: Ciekawscy chcą zobaczyć, jak rozwinie się świat w przyszłości. Chorzy wierzą, że przyszłość wymyśli kurację dla ich chorób. Sfrustrowani mylą nieśmiertelność z potrzebą trochę większej niż przeciętna ilości czasu na realizację niespełnionych marzeń młodości. Zachłanni i chaotyczni też mylą nieśmiertelność z czasem potrzebnym, bo dokończyć, to co się właśnie robi lub zrobić jeszcze coś ponadto. Stosunkowo rzadko pada odpowiedź egoisty: bo jestem tak wartościowy, że nie powienienem umierać, gdyż byłoby to stratą dla przyszłych pokoleń. W niewypowiedzianym podtekście tej odpowiedzi kryje się żądza wielkości – sławy, kariery, władzy.

W grze o nieśmiertelność żadna z tych odpowiedzi nie gwarantuje choćby jakich takich szans wygranej, nawet ta ostatnia, bo wciąż jeszcze jest za bardzo egoistyczna, a za mało egocentryczna. Jest wystarczająco egoistyczna w swej pysze, natomiast za mało egocentryczna, gdyż uzależnia ową wspaniałą wartość jedynego i niedającego się zastąpić „ja“ od stosunku owego „ja“ ze światem zewnętrznym. A to błąd. Prawdziwe „chcenie“ nieśmiertelności zaczyna się dopiero tam, gdy osoba chcąca skoncentruje się tylko i wyłącznie na sobie. Gdy pominie wszelkie ewentualne korzyści płynące z przedłużenia życia w przyszłość, a skoncentruje się tylko i wyłącznie na potrzebie życia wiecznego. W grze o nieśmiertelność tylko o nią chodzi.

Nie zapominajmy o jeszcze jednym aspekcie. Mimo wszelkich zastrzeżeń, że sprawa jest poważna, ale zarazem normalna, słowo „nieśmiertelność“ wywołuje pewne bajkowe skojarzenia. Podobne jak inne równie bajkowe. Nagminnie używane w czasach komuny określenie „przed wojną“ albo „na Zachodzie“ zakładało podświadomie, że mówiący zalicza się do ludzi, którym przed wojną lub na Zachodzie powodzić się miało po królewsku. Nikt nie widział siebie przed wojną w roli nędzarza i na Zachodzie w roli bezdomnego. Nieokreśloność tych stwierdzeń była jednoczesną gwarancją osobistego powodzenia. Podobny proces musi automatycznie zachodzić w umysłach osób pytanych o nieśmiertelność. Nikt bowiem nie chce nieśmiertelności, by żyć jako skrofuliczny nędzarz. Akceptacja nieśmiertelności jest zarazem bajkową wiarą w pozytywną i trwałą, wspaniałą odmianę losu.

To kolejny błąd. Tyle błędów, już w założeniu. Tym niemniej istnieje teza, że ktoś jednak tę grę podejmuje i prowadzi. I że dzieje się tak w każdej epoce. Nieśmiertelni, albo przynajmniej ci, którzy o nieśmiertelność grają, są zatem wśród nas. Kusząca jest myśl, że gdzieś, może tuż obok nas, spotyka się dwoje nieśmiertelnych. Albo dwóch.

Jak stali się nieśmiertelni?

Pokonanie stymulatora biologicznego jest w teorii dość proste. Podobno, jeżeli nie będziemy chcieli umrzeć to nie będziemy się też starzeć. Wystarczy chcieć. W kultowej powieści na ten temat, „Panaroma“ Toma Robbinsa, zapobieganie starzeniu się jest jednak bardziej skomplikowane i, choć bohaterowie powieści dochodzą do praktyki w tej materii na drodze instynktownej, autor, żeby ich w ten instynkt wyposażyć, musiał dokonać dogłębnej analizy rozmaitych, stosowanych w różnych kulturach, zwłaszcza azjatyckich, metod zachowywania długowieczności. Jego bohaterowie żyją w zgodzie z czterema żywiołami – powietrza, ognia, wody i ziemi. Powietrze to jogistyczny system oddychania. Ogień to żywiołowy i radosny seks. Element wody zapewniają długie naprzemienne gorące i zimne kąpiele. A ziemią będzie zdrowe, naturalne pożywienie. Dodatkowymi warunkami długowieczności są: radosna akceptacja siebie, świata i swego w nim istnienia, miłość oraz życie bez wyrzutów sumienia. I to najlepiej stosunkowo proste, bo im mniej potrzebujemy, tym mniej frustracji.

Wszystko to znamy, przynajmniej w teorii. Niektórzy z nas coś z tych teorii stosują, ale ponieważ czynimy to albo połowicznie, albo fanatycznie, a nigdy całościowo, i nie prowadzi nas w tym chęć bycia nieśmiertelnym, to też i nie stajemy się przez to nieśmiertelni. Krótko mówiąc, brakuje nam znanego ze szkoły chcenia wewnętrznego, które by skutecznie zablokowało nasz biologiczny stymulator samoniszczący.

Oczywiście, powie ktoś, wszystko to jest dobre tylko do czasu, póki nie zagrozi nam coś z zewnątrz – powódź, lawina, wojna, pożar, morderstwo, wypadek. Być może. Ale – tu wkraczamy już na nieco grząską domenę ezoteryki – podobno, jeżeli naprawdę potrafimy sterować naszym stymulatorem, to nie spotka nas też żadne nieszczęście zewnętrzne. Bo, podobno, nawet nieprzewidywalne przypadki i złowrogie decyzje są w świecie, w którym przypadków nie ma, wywołane naszą podświadomością, która każe nam umrzeć. Nieśmiertelny nie musi być więc nawet specjalnie ostrożny. Tam, gdzie będzie szedł, nie spadnie ani grom z jasnego nieba, ani doniczka z balkonu, ani topór katowski. Jak jest naprawdę, nie wiadomo. Ci, którym przypadek zewnętrzny przeciął życie, nie są już nieśmiertelni i nie ma ich wśród nas. Powieściopisarze twierdzą zresztą, że prędzej czy później, nawet nieśmiertelny znuży się życiem i umrze. Próba nieśmiertelności zawsze więc pozostanie tylko próbą, życiem niewyobrażalnie długim, ale przecież ograniczonym czasowo.

A zatem, kiedy należy wyłączyć stymulator biologiczny? Decyzja jest ważna, bo raz ustaliwszy wiek, będziemy go po prostu mieli na wieki. Odpowiedź jest prosta: zanim się włączy, czyli między trzydziestką a czterdziestką. Trzydziestka wydaje się wiekiem dość sensownym. W ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat mężczyzna koło trzydziestki był społecznie postrzegany jako człowiek dojrzały, już nie młodzik, ale jeszcze nie starzec. Taki wiek średni powinien się więc sprawdzić i przez następne dwa tysiące lat.

Bardziej skomplikowane, a jednocześnie mniej klarowne są zalecenia, jak zahamować społeczny stymulator samozniszczenia, a ich skuteczność jest zdecydowanie utrudniona przez samo społeczeństwo, które oczekuje naszej śmierci. I to nie tylko wtedy, gdy zdrowa i w sile wieku klasa rządząca obcina chorym i starym pieniądze na renty, zasiłki i pomoc lekarską. To tylko drastyczne przypadki. To przede wszystkim sam system społeczny od dnia naszych urodzin przygotowuje nas na śmierć. Nasza socjalizacja opiera się na przemijaniu. Żyjemy w cywilizacji morbidalnej i nekrofilnej. Kultura i tradycja nie tylko wyrosły na śmierci, nie tylko się nią karmią i żywią, ale jednocześnie oswajają nas z nią, wbudowując do mózgu „chip“ nietrwałości. Wydawałoby się, że społeczeństwa robią to nieświadomie, ale doprawdy dla grających w nieśmiertelność społeczeństwo będzie znacznie gorszym wrogiem niż ich własne ciało. Bo, jak w „Paragrafie 22“ Hellera, wszystko wokół nas sprzysięgło się, żeby nas zabić.

Jak żyją nieśmiertelni?

Po pierwsze w zagrożeniu demaskacją. Przy tym zauważmy, że nieśmiertelność nigdy, jak dotąd, nie została(by) potraktowana poważnie, będąc zawsze tylko herezją, objawem nawiedzenia lub obłędu. W ciężkich, pełnych nieufności czasach demaskacja nieśmiertelności może zatem zaprowadzić na stos lub zgotować inną, adekwatną karę społeczną, w lepszych czasach zaprowadzi do więzienia lub zakładu psychiatrycznego. Żadna religia i żaden system społeczny nie przewidują i nie tolerują nieśmiertelności. Być może w czasach, kiedy, powoli, cywilizacja zachodnia rozwija się ku równouprawnieniu i tolerancji, przynajmniej w teorii umożliwiając ludziom, bez względu na różnice płci, wieku, religii, koloru skóry i światopoglądu, życie bez skrywanych hańbiących tajemnic, kiedy nie trzeba już ukrywać faktu, że jest się kobietą, Żydem, homoseksualistą czy artystą, outing nieśmiertelności jest w tej chwili ostatnią ludzką tajemnicą, która – wydana na światło dzienne – może człowiekowi zagrozić. Oczywiście, być może kiedyś i to się zmieni. Jak dotąd jednak wszystkie uciśnione grupy i mniejszości społeczne wywalczyły swoje prawa dlatego właśnie, że były grupami, a nieśmiertelność jest grą indywidualną. Demaskacja nieśmiertelności przestanie być społecznie groźna dopiero wtedy, gdy stanie się zadaniem grupowym, co musi oznaczać, że społeczeństwo bądź to zgodzi się na zaakceptowanie nieśmiertelnych, bądź nawet samo postanowi się przekształcić w zbiorowość nieśmiertelnych. To jednak na razie bardzo odległa wizja. Niewykluczone zresztą, że kiedyś zostanie wprowadzona w życie, ale póki co, nieśmiertelny jest w swej grze sam przeciwko Bogu i reszcie świata.

Pierwszą konsekwencją zagrożenia demaskacją jest prawdopodobnie konieczność poprzestawania na małym. Oczywiście pisarze, zajmujący się tym tematem, wyposażają swoich bohaterów w życie nadzwyczaj ciekawe, pełne przygód, ucieczek, prześladowań, z których nieśmiertelny jakoś zawsze cudem się wywikła. Chodzi tu bowiem o fikcję literacką, rządzącą się specjalnymi prawami przyciągania uwagi czytelnika, a literacka nieśmiertelność jest ekranem, na który pisarze projektują swą wizję historii i ocenę współczesności. Ale nawet w literaturze nieśmiertelni przechodzą przez Historię na pozycjach nic nie znaczących. Są pionkami i służącymi tych, którzy tworzą Historię. Bo nieśmiertelność to przetrwanie. To wieczna maska. Mimikra. Tom Robbins w swojej powieści widzi to jak najbardziej realistycznie. Jego bohaterowie przez całe swe długie życie produkują perfumy. Wszelkie nadmierne wybijanie się grozi karą. Przetrwają najmniejsi, a nie najsilniejsi.

Już na tym etapie okazuje się, że nawet mężczyźni, którzy rzekomo chcą zostać nieśmiertelni, nie są w stanie sprostać założeniom gry, ponieważ tak naprawdę chodzi im o sławę i władzę, a nie o nieśmiertelność. Cel najwyższy żąda likwidacji wszelkich pomniejszych celów życiowych. Życie przez wieki nie będzie jedną wielką karierą bez końca. Wręcz przeciwnie – aby trwać przez wieki, trzeba będzie w tych dziesięciu, stu czy tysiącu żywotów ludzkich, jakie staną się naszym udziałem, poprzestać na małym. Na trwaniu. Na bytowaniu na uboczu. Nie rzucając się w oczy i nie żądając niczego oprócz wiecznej nagrody głównej. Nic bardziej dramatycznie nie podkreśla różnicy między egoizmem a egocentryzmem niż ta właśnie konstatacja. Mężczyzna, żądny nieśmiertelności, jest trawiony pychą własnego „ja“. Chce i to bardzo mocno. Ale to, czego chce, nie jest nieśmiertelnością, lecz apologią własnego „ja“. Mężczyzna, grający w grę o nieśmiertelność, musi skazać to pełne pychy „ja“ na banicję lub śmierć. Kobieta twierdzi, że nawet tej gry nie zacznie, a mężczyzna być może zacznie i potknie się o własne „ja“.

Założenie poprzestawania na małym będzie trudne. Ktoś, kto świadomie podjął decyzję nieśmiertelności będzie zapewne człowiekiem wybitnym. Już chociażby dlatego, że inaczej nie doszedłby do takiego intelektualnego poziomu rozwoju, który pozwoliłby mu na teoretyczny ogląd własnej decyzji. Jest więc wybitnym egocentrykiem. Jak wybitny egocentryk, przez swą wybitność skazany na imponowanie, a może nawet przewodzenie innym, zdoła się nagle zmienić w pokorną owieczkę? Jak, po to by unikać wrogów i zagrożeń, zdoła pohamować swe ambicje? A jeżeli nawet pohamuje ambicje, to jak pohamuje instynkty? Istnieje teoria psychologiczna głosząca, że ludzie odważni są odważni nie dlatego, że podejmują takie decyzje, tylko dlatego, że inaczej nie mogą. Jednym słowem, jeśli jesteśmy odważni, to dlatego, że nasze „ja“ tak postanowiło, a nasze „ja“ jest silniejsze od nas. Ostatnio potwierdziły to badania czynności mózgu. To on, jak komputer sterujący, podejmuje nasze decyzje, zanim jeszcze my sami je podejmiemy. Pewnie, można powiedzieć, że nasz mózg to my. Ale to jednak niedokładnie to samo. On wie wcześniej czyli reaguje jak układ wegetatywny, wykluczając świadomość z prawdziwego udziału w decyzji.

Wiemy już, że ci, co wybrali nieśmiertelność są skrajnymi egocentrykami, narcystycznie zaprogramowanymi tylko na własne wieczne życie. Są to na pewno mocne osobowości, indywidualności na sporą miarę. Czy można w ogóle przyjąć, że będą w stanie prowadzić życie stróża nocnego? A jeśli tak to, czy po całych eonach godzenia się z losem, jednak się nie wściekną, nie oburzą, nie staną okoniem? Jak szybko i jak automatycznie przejmuje się role przywódcze, bohaterskie, awanturnicze?

Zasadniczo więc człowiek wybierający nieśmiertelność powinien unikać wszelkich wiążących i angażujących sytuacji politycznych i społecznych, bo kryją w sobie niebezpieczeństwo uwikłania. Powinien żyć sam dla siebie. Na początek przyjmijmy, że nieśmiertelny, zgodnie z wybitnymi cechami własnego ja, będzie żył jako samotny filozof. Ale z czego będzie żył? Sprzedaż własnej filozofii, wymiana myśli intelektualnej na dach nad głową, opał, ubranie i chleb, jest już uwikłaniem. Filozof żyjący z filozofii nie spełnia idealnego warunku, jakim jest kompletna izolacja. Może więc zostanie księdzem albo, jeszcze lepiej, mnichem? Ale po pierwsze, zapewne taki wybór opierać się będzie na idealizacji i w rzeczywistości zawód mnicha okaże się równie uwikłany, jak każdy inny, a po drugie – będzie mnichem fałszywym, nie wyznającym naprawdę tego, co powinien. Pokora mnicha ma służyć Bogu, bezpośrednio lub pośrednio, przez pokorną służbę ludziom. Mnich, zorientowany na przeżycie jako nieśmiertelny, pokorny po to, by żyć wiecznie, kiedyś się zdemaskuje. Maska nieśmiertelności, wystarczająco ciężka do noszenia w roli stróża nocnego, mnichowi czy księdzu, żyjącemu w wiecznym kłamstwie, przeżre sumienie na wylot.

Filozof wybierający się w nieśmiertelność dobrze zatem zrobi, jeśli wyuczy się jakiegoś skromnego zawodu, na przykład szewstwa. To profesja wymarzona dla nieśmiertelnych i co najmniej już raz sprawdzona, bo Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz był podobno szewcem. Ale był nim póki nie został skazany na nieśmiertelność i nie poszedł, by iść po wieczne czasy. Czy można jednak spędzić wieczność reperując buty? Tysiąc lat w pochyleniu nad kopytem, przybijając młoteczkiem fleczki… Szewc to piękny zawód. Historia i literatura znają szewców-filozofów, bo pochylenie nad butem daje ogromne szanse tym, którzy lubią myśleć. Rutyna wykonuje pracę, a mózg myśli. Piękna wizja. Może i tak. Ale tysiące lat w pochyleniu… I to w czasach, kiedy już dzisiaj każdy z nas w ciągu normalnego życia wykonuje co najmniej kilka zawodów  i staje się to obowiązującą regułą. A my nic, tylko nad kopytem…

I wszystko w milczeniu, w niemożności rozmowy z kimkolwiek o tym, co nas zżera. Bo każda rozmowa to demaskacja. Nie można porozmawiać z przyjacielem, psychoanalitykiem, księdzem. Nigdy z nikim. Pod groźbą utraty „normalności“ wedle kryteriów obowiązujących w danej społeczności. Jednakże milczenie też grozi utratą normalności i tym razem tej autentycznej.

Równie poważnym mankamentem nieśmiertelności jest samotność. Nieśmiertelny ma właściwie dwa wyjścia. Albo będzie się wiązał z wciąż nowymi partnerami, a ci, siłą rzeczy będą umierać, co kiedyś doprowadzi go do refleksji owej starszej pani, która miała powiedzieć, że czuje się już strasznie stara, bo przeżyła osiem psów. Nieśmiertelny przeżyje dziesięć kobiet. Lub dziesięciu mężczyzn. Nieważne. Na pewno będzie żył dłużej.

Drugim wyjściem jest przysposobienie sobie towarzysza lub towarzyszki nieśmiertelności. I? No właśnie. I… Istnieje teza, że małżeństwo zostało kiedyś uznane za instytucję trwałą, bo ludzie żyli krótko. Większość małżeństw i innych dwuosobowych związków partnerskich nie ma trwałości wystarczającej dla zapewnienia prawdziwej, głębokiej, opartej na zaufaniu wspólnoty na całe życie. Związki albo się kończą znacznie wcześniej, albo trwają formalnie, ale rozsadza je od spodu niewierność fizyczna lub duchowa. Długie życie to, powiedzmy siedemdziesiąt lat. Wystarczająco długie, by nie sprostać wymogom monogamii. Żyjemy w poligamii, symultanicznej albo chronologicznej. Jak więc w tych warunkach można sobie wybrać partnera na nieśmiertelność? Wyobraźmy sobie przez chwilę zbrodnicze myśli nieśmiertelnych, usiłujących po pięciuset latach wspólnego, szczęśliwego pożycia, pozbyć się nagle niechcianego towarzysza wiecznego życia. Wiedzą, że nie umrze sam z siebie. A więc trzeba go zabić. A czy w ogóle można go zabić?

Rzecz jasna, nieśmiertelni nie powinni mieć dzieci. Z jednej strony nie muszą, bo sami są sobie własnym dzieckiem, niosącym w przyszłość genialne geny rodzica (jeżeli nie są genialne, to chyba nie warto walczyć o bycie nieśmiertelnym). Z drugiej strony, nie wiadomo, może w ogóle nie chcą mieć żadnych dzieci. W ogóle nie wiadomo, co z popędem seksualnym… Być może nasz organizm, nastawiony na przetrwanie własne, a nie rodowe, wyłączywszy po długim nieużywaniu popęd rodzicielski, wyłączy zarazem seks… No, ale może nie. Załóżmy jednak, że wszystko zostaje po staremu, i popęd rozrodczy, i seksualny. To i tak dla własnego zdrowia psychicznego lepiej wyrzec się dzieci, bo przeżyjemy je, tak jak przeżyjemy chomiki, koty, psy i kobiety lub mężczyzn.

Fatalnym obciążeniem nieśmiertelności jest problem motywacji. Jakiejkolwiek motywacji do czegokolwiek. Nie bez racji był to zawsze jeden z pierwszych argumentów społecznych przeciw nieśmiertelności. Nazywano go tylko inaczej – sensem śmierci. Dopiero przez śmierć czyli ograniczony czas zyskujemy napęd wewnętrzny, warunkujący rozwój. Indywidualny i społeczny. Jak w ogóle można się zmusić do zrobienia czegokolwiek, jeżeli ma się przed sobą całą wieczność?

I wreszcie pytanie, w co się bawić? Co ma przez wieczność robić umysł, który wymyślił sobie nieśmiertelność? Opisywać ten wciąż od pokoleń zmieniający się na naszych oczach świat, odpowiedzą intelektualiści. Tworzyć jedyne w swoim rodzaju, bo jedyne autentyczne świadectwo tego, jak naprawdę rozwijała się nasza cywilizacja i nasza kultura. I? I co z tym, co zapiszemy? Takie zapiski z tysiąca lat… Spróbujmy sobie wyobrazić, że ktoś próbuje dziś coś takiego opublikować. Wiemy dokładnie – fikcja literacka, taka sama dobra jak ta, którą stworzyły setki innych pisarzy. Jasne, wcale nie taka sama. O niebo lepsza. Bo prawda, a nie fikcja. Bo my jesteśmy nieśmiertelni, a oni napisali fikcję… Stop. Taka myśl łamie od razu dwie, a może nawet trzy żelazne reguły życia nieśmiertelnych. Więc nie ma mowy o opublikowaniu tych zapisów, a właściwie nawet ich prowadzenie jest już niebezpiecznym krokiem w kierunku samodemaskacji… Więc co robić? Czym, na miłość boską, zająć myśli i wolny czas… Jak się nie nudzić sobą i światem?

Zajęciem marginalnym, ale zarazem pewną rozrywką w monotonii życia nieśmiertelnych jest na pewno konieczność znikania w jednym miejscu i osiedlania się w jakimś innym. Nieśmiertelny nie może bowiem spędzić tysiąca lat w tym samym miejscu bez wzbudzania podejrzeń otoczenia. Nieśmiertelny z wyboru dobrze zrobi, jeżeli co trzydzieści lat przeprowadzi się w nowe miejsce, najlepiej zupełnie odmienne od poprzedniego. Jest to uciążliwe, nie tylko z uwagi na ciągłą konieczność przeprowadzek. Nie można zniknąć ot tak sobie, bo policja zacznie człowieka szukać, czasem znajdzie, a to czasem zwielokrotnione przez nieskończoność starczy, by ktoś kiedyś zadał sobie o jedno pytanie za dużo. Więc albo wieczne, regularne symulowanie własnej śmierci i ucieczka, albo uzasadnianie przeprowadzki. Wprawdzie nie bardzo wiadomo, jak ją uzasadnić. Czemu właściwie jakiś byle jaki szewc, który nie ma ani ojca, ani matki, ani żony, ani dziatek, nigdzie się nie udziela, dzień w dzień, piątek, świątek i niedziela siedzi w swoim warsztacie i reperuje buty, dlaczego taki facet nagle się przeprowadza? No ale mamy w końcu całą wieczność, by sobie wymyślić jakieś sensowne wyjaśnienia. Zawszeć będzie czym zająć umysł.

W przerwach natomiast należy się poważnie zastanowić nad tym, czy przy próbie nieśmiertelności ciała, nieśmiertelność duszy nadal jest równie ważna, jak wtedy, gdy wiemy, że czeka nas śmierć. Bo czy naprawdę ciało może być nieśmiertelne, tego jako autorka nie wiem, ale, jestem za to głęboko przekonana, że dusza jest nieśmiertelna. I na zakończenie rozważań o nieśmiertelności dzielę się z Czytelnikiem straszną wizją – otóż zaiste uda się nam realizacja nieśmiertelności ciała, a wskutek tego obumrze nam dusza…

Berlin, 1.11.2000 – 31.12.2000

Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę,
Cóż Ty większego mogłeś zrobić – Boże?
Adam Mickiewicz, Dziady cz. III

Brückner

Ewa Maria Slaska

GrobBrueckner2 GrobBrueckner3

Rok temu rozpoczęłyśmy we dwie z koleżanką z Zarządu Towarzystwa WIR akcję, nazwaną przez nas roboczo “grób Brücknera”. Napisałyśmy wówczas szereg listów o takiej mniej więcej treści.

Zarząd Towarzystwa WIR zwraca się z prośbą o zajęcie się sprawą grobu profesora Aleksandra Brücknera. Konieczne jest bowiem zarówno przedłużenie statusu grobu honorowego jak też ustalenie, kto dysponuje prawami użytkowania tego grobu.

Aleksander Brückner (ur. 29 stycznia 1856 w Brzeżanach, zm. 24 maja 1939 w Berlinie) był polskim profesorem, filologiem i slawistą, historykiem literatury i kultury polskiej. W Niemczech uważany jest za założyciela slawistyki. Aleksander Brückner był przez 44 lata profesorem slawistyki na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie.

Aleksander Brückner został pochowany na Tempelhofer Parkfriedhof.

W roku 1992 grób Profesora Brücknera został decyzją Senatu Berlina zakwalifikowany jako grób honorowy. Status ten przyznawany jest na 20 lat. W roku 2012 status powinien więc zostać przedłużony. Trzeba napisać pismo w tej sprawie i ważne jest, by z pismem takim wystąpiła jakaś ważna instytucja, kierując je do Kancelarii Senackiej.

Bardzo prosimy, by zechciał Pan w imieniu swojej instytucji wysłać takie pismo.

W piśmie należy podkreślić, że profesor Brückner jest postacią ważną dla państwa polskiego, dla Polonii w Niemczech i w Berlinie, ale także dla niemieckiego środowiska naukowego.

Można też napisać, że Towarzystwo WIR od lat dba o ten grób, składając kwiaty z okazji Święta Zmarłych. Dla Senatu Berlina jest bowiem istotne, że tzw. „Polish Community” pamięta o tym grobie.

Przedłużenie statusu grobu honorowego nie jest bowiem tylko kwestią aktualnych ambicji, lecz koniecznością, która umożliwi podjęcie decyzji, co dalej ma się stać z tym grobem. Cmentarz, na którym znajduje się grób profesora Brücknera, znajduje się bowiem w stanie likwidacji. Już w tej chwili nie odbywają się tu pochówki i stopniowo przenosi się w inne miejsce, bądź niweluje znajdujące się tu groby. Za 15 lat, w roku 2027 cmentarz zostanie całkowicie zlikwidowany. Do tego czasu trzeba ustalić, co stanie się ze wszystkimi istniejącymi tu jeszcze grobami, w tym również z grobem Profesora.

Jeżeli grób otrzyma przedłużony status grobu honorowego, będzie mógł pozostać na aktualnym miejscu aż do całkowitego zamknięcia cmentarza. Niestety w tej chwili nie jest jeszcze wiadomo, jak zostanie zagospodarowany ten teren. Istnieje możliwość, że zostanie przeznaczony na park i wtedy, oczywiście po stosownych negocjacjach w tej sprawie z Senatem i przyszłym użytkownikiem, zaistnieje możliwość, by grób pozostał na tym samym miejscu. Jednak jest to szansa minimalna i należy jak najszybciej zacząć się zastanawiać (znowu – wspólnie z Senatem), gdzie, jak i kiedy należy przenieść ten grób.

Jeżeli natomiast nie zrobi się nic w obu tych sprawach to przy założeniu, że nie ma w Berlinie bliskiej rodziny Profesora, w momencie, gdy prawa użytkowania grobu nie zostaną przedłużone – grób może ulec likwidacji!

1 listopada 2012 roku na blogu QRA
http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/11/Groby-blisko-i-daleko.html ukazał się następujący wpis:

Jest godzina 16. Właśnie wróciłam. Pada, zimno, szaro, listopadowy dzień roboczy w mieście, w którym nie obchodzi się tego święta. Tym bardziej było dla mnie zawsze bardzo ważne, że szłyśmy tego dnia z koleżanką na grób profesora Brücknera.
W tym roku byłam sama, nikt nie mógł ze mną tam dzisiaj pójść.

Byłam sama i gdy wchodziłam na wielki pusty cmentarz po prostu się bałam. Nie duchów, oczywiście, ludzi. Cóż jednak robi towarzystwo choćby drugiej, tak samo jak ja słabej i bezbronnej kobiety. Gdy chodziłyśmy tam we dwie – nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się bać.

Ten cmentarz jest już nieużywany i z roku na rok pustoszeje.

Grób profesora jest coraz bardziej samotny. Do niedawna towarzyszył mu przynajmniej nadal używany cmentarzyk dla psów i kotów, teraz już nawet zwierzaków nie ma.

Profesor Brückner pochodził z niemieckiej rodziny spod Tarnopola, która w ciągu trzech pokoleń jego rodziców i dziadków zachowała wprawdzie niemiecką pisownię nazwiska, ale poza tym się całkowicie spolszczyła. Aleksander studiował we Lwowie i Wrocławiu, został jako młody obiecujący indogermanista powołany na Uniwersytet w Berlinie, założył tu, pierwszą w Niemczech, katedrę slawistyki i kierował nią do emerytury. Był niespożytym badaczem i wspaniałym pisarzem, bo choć pisał o sprawach naukowych, nie pisał jak naukowiec lecz jak pisarz. Jego zasługi dla lingwistyki polskiej są równie ogromne jak dla niemieckiej. Jest, był jednym ze świetnych przykładów, że mamy, Niemcy i Polacy, osoby, z których wspólnie możemy być dumni.

Możemy….

Za 12 lat cmentarz w ogóle zlikwidują. Od czasu, gdy to wiemy, próbujemy przekonać ludzi i instytucje, w Polsce i w Berlinie, by zechcieli i zechciały zająć się tym, co się stanie z  grobem profesora za te 12 lat? Nie będę ich tu wymieniać, ale wierzcie mi, były to wielkie instytucje i wspaniałe osoby. Nasze prośby pozostawały bez odpowiedzi, ale słyszałyśmy czasem, że nie tylko nas to obchodzi i nie tylko my dwie tam chodzimy, bo jeszcze ci czy owi tam bywają.

Nie bywają. Przez rok nikogo tu nie było!
I nikogo nie było dzisiaj. Na grobie leżą porozrzucane ogarki i świeczniki, które zapaliłyśmy z Anią dokładnie rok temu.
I tylko te, żadnych więcej.

W tym roku przyniosłam aniołki. Na świeczkach i do ustawienia. Może one coś zrobią.

Kończy się rok. Aniołki niestety nic nie zdziałały. Zastanawiam się, dlaczego mi tak bardzo zależało na tym, by ktoś się zajął tą sprawą. To tylko grób, kogo to dziś obchodzi? I dlaczego w ogóle obchodzi mnie, skoro sama wcale nie chcę mieć grobu?

***
1 listopada 2013 rozpocząłam akcję na FB. Wtedy nie wiedziałam zresztą, że będzie to akcja. Napisałam rozgoryczona, że nikogo sprawa tego grobu nie obchodzi. Okazuje się, że obchodzi ona wiele osób. Z jednego wpisu zrobiła się wielka akcja społecznościowa, w którą przede wszystkim zaangażowali się dziennikarka Monika Stefanek, poeta Dawid Jung oraz filolog i rekonstruktor zdarzeń historycznych Łukasz Narolski. Dzięki tej akcji już wszyscy wiedzieli, że trzeba się tym zająć. Dziś wiadomo już, że RP nie zapomni i nie zaniedba tej sprawy i że status grobu honorowego Profesora zostanie przedłużony. 14 marca 2014 roku Marszałek Sejmu Bogdan Borusewicz w towarzystwie delegacji polskich parlamentarzystów, członków niemieckiego Bundesratu i Konsula Generalnego RP w Berlinie złożył kwiaty na grobie profesora. Ania i ja byłyśmy przy tym, ja jestem na zdjęciu, Ania to zdjęcie zrobiła.

Der wahre Zweck und Aufgabe der Literatur und damit AUCH der Literaturgeschichte ist die BEFREIUNG! Befreiung des menschlichen Geistes von den Fesseln des Alltags, aus einem banalem Dasein, von all den Ketten, die wir mit uns schleppen. / Rzeczywisty sens i zadanie literatury a zatem również historii literatury jest wyzwolenie! Wyzwolenie ludzkiego ducha z pęt codzienności, z banalności życia, ze wszystkich łańcuchów, które za sobą ciągniemy.
Aleksander Brückner

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Auch dieser Text wurde im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB) 2007/2008 veröffentlicht und auch er ist im Internet nicht vorhanden.

Dorota Cygan

Von der Polyphonie des inneren Monologs oder Wenn das Radio fehlt

Na, dann iss was, es hat doch keinen Sinn zu hungern, die zwei Würste vorher waren wohl ein Witz und die kleine Suppe auch eher dünn, das bisschen Schokolade und Eis tagsüber brauchst du gar nicht zu zählen, wo kämen wir denn hin, wenn alle ab jetzt nix mehr essen, ach was, Orangenhaut ist erblich und von Rettungsringen sollen die da nicht reden, wenn sie selber Augenringe haben, diese Arbeitsfetischisten und Zeitungsfreaks, selbsternannte Ernährungsberater im hysterischen Krampf auf der Suche nach Themen und  druckreifen Ratschlägen, die sich möglichst in Versform zu geflügelten Worten reimen und dauerhaft einprägen sollten, vergiss sie, iss was, der Abend ist noch lang, es geht nichts über ein Stück Schokolade, geistige Nahrung braucht mal auch eine konkrete Grundlage, allein ist sie bloß Ersatz, nee, stimmt gar nicht, ist nicht die zweite Tafel, der kleine Riegel zählt ja nicht, na dann nimmst du dir gleich alles Wichtige vor, was gestern liegen geblieben ist, ja, den alten Artikel auch, der vorige Woche hätte abgegeben werden können, wenn er nicht so offensichtlich unvollkommen gewesen wäre, machst halt ein paar Striche, hier und da ein Komma, eine treffende Metapher, subtile Pointe, streust ein paar Gedankenblitze und fertig, Magenkrämpfe haben noch keinem beim Schreiben geholfen, kein Wunder, dass du nichts zustande bringst, wenn der Bauch schnalzt und der Darm pfeift, für einen genialen Wurf brauchst du Energie, und wenn sie erst mal da ist, kannst ja gleich die Notizen vom vorigen Jahr suchen, liegen wohl unterm Bett, sicherlich runtergerutscht beim Nickerchen, ja, alles verstaubt sofort, diese Umweltverschmutzung, da waren doch, weißt du noch, ein paar geniale Ideen für drei neue Artikel, könnte man gleich einen ersten Entwurf machen und am Wochenende den Rest, ja vielleicht am besten gleich zwei, wenn man schon in Fahrt ist, dem Prof würden sie sicher gefallen, wenn er sie schwarz auf weiß vor sich hat, so bloß erzählt mag er sie nicht mehr, er sei schon zu alt, meinte er letztens, ja, Geschriebenes hat schon was, beruhigende Buchstabenreihen in klarer Abgrenzung vom Hintergrund, guter Kontrast, Schärfe der Argumentation und disziplinierte Gedankenführung, Ordnung des Gemachten,  fertiggestellte und abgeschlossene Größe, die – in Worte gebannt – nie mehr wachsen, geschweige denn über den Kopf hinauswachsen kann, tote Materie, die sich nicht verselbständigen kann, um in der Nacht herumzuspuken, ja, es hat schon was … wie auch diese Milka mit Joghurt-Füllung, gar nicht schlecht, viel Milch und Fruchtgeschmack, wie damals, als noch keine Diss im Raum stand, als Fahrradfahren und Fußballspielen zur normalen Fitness und die ersten peinlichen Gedichte zur gewöhnlichen Selbstprofilierung  gehörten, ach, eigentlich ist es wie gestern, kein großer Zeitsprung, immer noch derselbe Geschmack und dieselben Pickel, wenn du dich zusammenreißt, sieht man weder den Bauch noch die seichten Stellen im Textgefüge, noch ist alles möglich, jetzt um den Jahreswechsel hast du doch alles Vergangene weit hinter dir zurück gelassen, es holt dich nicht so schnell ein, nimm jetzt den richtigen Anlauf und dann fließen die Gedanken nur so hin, geordnet, gefügig und soooo schön, dass man sich nicht satt sehen kann – die längst überfälligen Sätze, endlich zu Papier gebracht, markieren die Grenze zum Neuen, und hinter dieser Grenze erstreckt sich eine weite Fläche ungeahnter Möglichkeiten, – die Freiheit, alles essen, denken, verbrechen, lieben und hassen zu können, was das Herz begehrt, vor lauter Übermut eine, zwei, drei oder vier weitere Dissertationen zu schreiben, ohne dass das Gefühl eigener Omnipotenz angesichts solch totaler Lebensentwürfe schwächelt, mehr noch –  ich sage dir, du wirst es noch heute schaffen, du wirst noch in dieser Nacht zu schreiben anfangen, du wirst Schriftstellerin, es ist die Geburtsstunde deines Genies. Du wirst es.

P.S. Hiermit schreiben wir einen Wettbewerb aus: Gesucht wird ein würdiges Pseudonym für die werdende Schriftstellerin ohne Werk. Gestiftet wird ein Preis in Höhe von 5 Euro für seriöse Vorschläge. Die Autorin tauscht die Urheberrechte für den vorliegenden Text gegen ein Radio oder eine psychedelische CD, die sie davor bewahrt, in der Stille ihres Arbeitszimmers Texte von solch peinlicher Offenheit zu produzieren, nur um die klirrende Stille der schalldichten Wohnzelle zu übertönen.

„Einsame Wörter“

Ich lade Autoren ein,  ihre Texte an diesem Blog zu veröffentlichen. Als erste hat Dorota Cygan, Linguistin, auf diese Einladung reagiert. Sie stellte mir ihren Text „Einsame Wörter“ zur Verfügung, der zwar im Jahrbuch des Internationalen Studienzentrums Berlin (ISB) 2005/2006 veröffentlicht wurde, den man aber im Netz nirgendwo findet.

Dorota Cygan
„Einsame Wörter“ oder Von der Poesie des Deutschunterrichts

Dichter sind sie eigentlich, ja, Dichter, ohne es zu wissen. Ausländer, die sich mühsam in das steife Korsett der deutschen Syntax zwingen, dafür aber in der Wortbildung in vollen Zügen die Freiheit genießen und sich manchmal bis in die sprachliche Anarchie vorwagen. Solange, bis die Lehrer, trostlose Besserwisser, ihnen den anarchischen Spaß vertreiben und das Richtige beibringen. Bis dahin ist es aber, Gott sei Dank, ein langer Weg, auf dem ein aufmerksamer Pädagoge (kein Sprachmoralist) manch eine Perle aufzulesen vermag. „Einsame Wörter“ – ich fand diese Verbindung in einem zu korrigierenden Beitrag und konnte mich nicht entscheiden, ob mich die frappierende Schönheit dieser Wortkombination mehr entzückt oder die tiefe Wahrheit über die existentielle Lage der besagten Wörter. Wenn man statt „einzelne Wörter“ – „einsame Wörter“ schreibt, ist man doch einen gewaltigen Schritt weiter als die nüchternen Linguisten, die ein Sprachphänomen, eben ein einzelnes Wort, isoliert betrachten wollen. Man ist mit dieser Kombination in einem einzigen (nicht einsamen!) Schritt direkt auf der existentiellen Ebene. Denn: Ist nicht alles Einzelne nicht auch ein wenig einsam? Liegt nicht ausgerechnet darin, in dieser misslichen Ausgangssituation das Bestreben der Wörter begründet, sich zu Paaren, Dreieckkombinationen und Ketten zu schließen? Weil man nämlich als Wortkette eine ernst zu nehmende kommunikative Einheit zu bilden vermag und einen gewissen Anspruch auf größere Ausdruckskraft gewinnt? Sicher ja, deshalb sei hier etwas zur Verteidigung der armen „einsamen Wörter“ gesagt, die sich, wenn sie einzeln auftreten müssen und keinen Schutz des ganzen Kollektivs von weiteren Wörtern genießen können, gar nicht trauen, als Einzelne zu bestehen und ihre Wahrheit laut zu verkünden. Diese „einsamen Wörter“ seien hier mal in Schutz genommen. Sie sind aussagekräftiger als Wortkaskaden. Und vor allem: Sie sind die BASIS. Ohne sie wäre ja nichts mit Deutschlernen. Als ich (bitte verzeihen Sie mir diese persönliche Einlage) vor einigen Jahren meine ersten Wörter der deutschen Sprache aufschnappte, besetzten sie, langsam aber sicher, alle Winkel meines Gehirns und ließen wenig Speicherplatz für Matheformeln und Geschichtsdaten. Nachts krochen sie hervor und meldeten sich ununterbrochen – alle einzeln, ohne jeden Zusammenhang. Ich träumte Wörter, immer nur Wörter. Sie waren nicht wegzukriegen aus dem Gedächtnis. Sicherlich ging es Größeren dieser Welt ähnlich, wenn ich in dem Zusammenhang Arno Schmidt zitieren darf, der mal schrieb: „Vielleicht bin ich von Mutter Natur ausdrücklich als 1 Gefäß für Worte angelegt.“ Doch diesen Satz kannte ich damals nicht. Und irgendwann aber traten die Wörter glücklicherweise aus der Isoliertheit (oder Vereinzelung) heraus und begannen Zusammenhänge zu bilden. Dass es jetzt, nach vielen Jahren, hauptsächlich auf die Zusammenhänge ankommt, soll uns jedoch nicht darüber hinwegtäuschen, dass einzelne, zunächst einsame Wörter die eigentlichen Bausteine des gesamten Sprachgebäudes sind. Bei aller Liebe für komplexe Redewendungen serviere ich im Deutschunterricht deshalb Wörter gerne auch einzeln, und zwar sowohl den Anfängern in meinem Deutschkurs, als auch den fortgeschrittenen Studenten, die sich ihre poetischen Kombinationen selbst erfinden dürfen und sie mir dann auch bitte schenken sollen. Aus all den Geschenken wird vielleicht eines Tages ein kleines poetisches Brevier entstehen – aus Wörtern nämlich, die entgegen der herrschenden Konvention etwas willkürlich nebeneinander aufgestellt werden und einen Hauch des Neuen, Kreativen haben. Zum Beweis dafür, dass in ausländischen Lernenden manchmal Dichter stecken.

Für die „einsamen Wörter“ sei der Autorin jenes Beitrags, den ich korrigieren sollte, an dieser Stelle herzlich gedankt. Diese Wörter ruhen jetzt in der privaten Schatzkammer und glänzen dort – sogar in guter Gesellschaft.

Übrigens hat auch die StaBi Anflüge sprachlicher Kreativität: Dort stand vor ein paar Jahren auf einem Verbotsschild: „Die Tische und Stühle dürfen nicht verrückt werden.“ Der Satz gehört ja auch in die Schatzkammer, oder? Ob er wohl von einem Dichter stammt?

Grass

Referat “Günter Grass, wolność i ja” wygłosiłam na konferencji historyków w Bydgoszczy w roku 2009. Nie jestem “historykiem” ani “historyczką”, nie wiem nawet, co skłoniło organizatorów do poproszenia pisarki o wykład inauguracyjny. Ale i oni, i ja byliśmy bardzo dumni z siebie, że udało się rozpocząć konferencję tak nienaukowo.

Ewa Maria Slaska, Co widzieliśmy?

Żyć dla biografii

Są ludzie, którzy pracują na dorobek i są tacy, którzy pracują „na biografię”. Ja na pewno pracuję na biografię, bo dorobić się nigdy nie potrafiłam. Jest to zresztą tradycja rodzinna, której zapewne nie wolno się sprzeniewierzać. W każdym pokoleniu co najmniej jeden z moich przodków wyczuwał autentyczny trend współczesnych sobie czasów i próbował chwycić Los za rogi, aby przemienić je w nowoczesne rogi obfitości. I wszyscy ponosili klęski. Mój pradziadek – Julian Krynicki, który być może chciał zostać Rockefellerem – zbankrutował na nafcie w Borysławiu na przełomie wieków XIX i XX. Moja babka, Maria Bogucka poszła śladami Heinza, podjęła produkcję ketchupu w Warszawie w latach 30 i niestety też zbankrutowała. Mój ojciec – Dariusz Bogucki – zbankrutował na próbach zostania Onassisem czyli na prywatnej budowie statków pod koniec minionego stulecia. Rockefeller, Heinz i Onassis dorobili się, my – nie.

Nie mam wyjście, muszę więc pozostać przy biografii jako jedynym dorobku życiowym. A ponieważ jestem pisarką, piszę i jest to główna część mojej biografii, a gdy piszę – zapisuję czas.

Zapisywać czas

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego Colas Breugnon, który dzięki temu zleceniu kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście wiem, że z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć, co jest domeną twórczości literackiej. Pisarz ma więc znacznie większą swobodę niż naukowiec, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Obecni na konferencji naukowcy wiedzą lepiej niż ja, że im dłuższy okres dzieli nas od daty napisania dzieła literackiego tym większa jest szansa, że zostanie ono uznane za źródło naukowe. Iliada i Odyseja są uprzywilejowane w stosunku do „Pawia królowej”. Tym niemniej w ostatnim czasie pisarz ma się lepiej jako świadek swojego czasu, co pewnie wiąże się z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie oczywiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story”.

Literatura jako źródło historyczne nadal jednak nie jest zbyt wysoko ceniona, bo, podobno, autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, choć może to nie wiadomo jak przeinaczyć lub pominąć to, co wie. Ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Mimo więc, że pisarz tworzy fikcję, to jest ona pewnym rodzajem faktu rzeczywistego, choć zapewne nie jest faktem historycznym. Ale autor to szczególny kronikarz, miewa skłonności do idealizowania, a jeśli zwraca uwagę na istotne struktury świata realnego, to czasem nawet nie wie, że tak jest. Literatura zatem to dobre – bo jak obraz w lustrze – mimowolne odbicie zainteresowań, trosk i radości swojej epoki i zbiorowości. W tym sensie pisarz jest świadkiem, zapisującym swój czas.

Konstatacja ta była mi potrzebna, bo właściwie nieco mną wstrząsnął fakt, że mam tu wystąpić niejako jako świadek czasu, to znaczy człowiek, który nie tworzy swego wystąpienia, lecz opowiada, co mu się zdarzyło i co widział. Postanowiłam więc wesprzeć się w tym zadaniu, wybierając sobie na towarzysza – skromnie i bezpretensjonalnie – jednego z najsłynniejszych pisarzy europejskich.

Günter Grass

Oboje jesteśmy z Gdańska, a nawet z Wrzeszcza, i oboje wyjechaliśmy z tego miasta do Berlina. Oboje urodziliśmy się jesienią, on w znaku Wagi – 16 października 1927 roku, ja 2 września 1949 roku w znaku Panny. Znamy się osobiście i to by było na tyle, gdyby nie fakt, że o ile ja nie odgrywam najmniejszej roli w życiorysie Grassa, on w moim – owszem.

Nie jest mi Grass ani wzorem ani mentorem, ale na pewno jest stałym punktem na mapie Historii, według którego oblicza się koordynaty. Dopiero teraz, przygotowując się do wystąpienia na tej konferencji, stwierdziłam na przykład, jak często w moich tekstach odwołuję się do tekstów Grassa. Co więcej, to odwołanie zwalnia mnie niejako z obowiązku zapisu pewnych faktów, zakładam bowiem, że Czytelnik jest ich świadomy, podobnie jak ja, że czytał wszystko co Grass napisał, zna to na pamięć zdarzenia, fakty, interpretacje. Sądzę, że to samo, choć może na innym poziomie, dzieje się z dwoma gdańskimi pisarzami – Stefan Chwin i Paweł Huelle, którzy też piszą o Gdańsku, też najwyraźniej mierzą się z Grassem. Weisser Dawidek to brat Oskara Mazeratha. Może jest tak, że nikt z nas, tych pisarzy, dla których Gdańsk jest punktem wyjścia i odniesienia, nigdy nie będzie wolny w swych twórczych zamierzeniach, bo zawsze będzie pochylał się nad nami cień Wielkości. I zawsze też być może powinniśmy zadać sobie pytanie, czy w ogóle warto, byśmy sami coś pisali, skoro już wszystko zostało powiedziane. I to jak powiedziane!

My, Grass i ja. Pochodzimy z Gdańska, mieszkaliśmy w Berlinie. Naznaczyły nas miasta, które mają ze sobą coś wspólnego, ten niezwykły rys, wyodrębniający je od innych miast w Europie. Miasta wydzielone, którym przypadła do odegrania historyczna rola w dziejach współczesnej Europy. Niewątpliwie jesteśmy dumni z tego, pewne cechy naszych osobowości i naszego pisania przypisujemy niewątpliwie dziedzictwu, jakie nałożyły na nas nasze miasta. Zapewne brak nam tu owej wspaniałej skromności, która zwykłemu człowiekowi mówi, że ważne jest tylko to, co osiągnął on sam, bez odwoływania się do przodków i genius loci. Pisarz jednak wie, że Duch Miejsca to ważny bóg i nie darmo Rzymianie składali mu ofiary w każdym nowym mieście, które włączyli do Imperium.

Grass, urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku, przeżył w nim początek wojny, i upadek miasta, najpierw tego Wolnego, a potem w ogóle miasta, po czym pojechał do Berlina i przeżył tam moment, gdy władze NRD wzniosły Mur Berliński. Ja zaś, urodzona w Gdańsku w kilka lat po wojnie, mieszkałam tam, z przerwą na studia, do roku 1985 i przeżyłam w tym mieście Solidarność i wybuch stanu wojennego, a potem zamieszkałam w Berlinie Zachodnim i byłam świadkiem upadku Muru, co przecież było berlińską kontynuacją tego, co zaczęło się w Gdańsku.

Wybuch wojny – koniec wojny – podział Europy – wzniesienie Muru – strajki na Stoczni – upadek Muru – zjednoczenie Niemiec – zjednoczenie Europy. Gdańsk i Berlin odegrały tu kluczową rolę. To miasta, które stworzyły Historię. A my braliśmy w tym udział. Günter Grass i ja.

Zapisałam to i stwierdzam, że naprawdę jesteśmy świadkami Historii, świadkami czasu. Zeitzeuge – mówią Niemcy. Jestem świadkiem dwóch wielkich zdarzeń w dziejach naszego kontynentu.

Przygoda z Grassem 

Moja przygoda z Grassem zaczęła się od takiej książeczki na żółto-burym szorstkim papierze z niebieską tekturową okładką. Ktoś mi ją pożyczył na jedną noc i powiedział, że to powieść o tym, jak Ruscy spalili Gdańsk. Był to pewnie Karol Krementowski, mąż mojej starszej przyjaciółki, Teresy, bo to on dbał o moją edukację polityczną, gdy jako młoda mężatka w ciąży wróciłam po studiach z Poznania do Gdańska. Był rok 1976, pewnie wiosna. Radom zdarzył się, gdy już urodziłam syna. Siedziałam na krześle w pokoju ojca, który na razie dostaliśmy z mężem do dyspozycji. Był to dobry pokój dla młodych rodziców, bo z balkonem. Za oknem było słonecznie, w skrzynkach kwitły piękne złociste kwiaty, których nazwy nie pamiętam. Karmiłam syna piersią, słuchałam radia i płakałam. Myślę, że nic nie rozumiałam, oprócz tego, że przeganiano robotników między dwoma szpalerami milicjantów, którzy ich pałowali. Strasznie się boję bólu zadawanego przez kogoś z zewnątrz. I zawsze utożsamiam się z bólem, który zadaje się innym. Zwłaszcza, gdy ten inny to bezbronny człowiek, zdany na łaskę oprawcy. To pewnie moje żydowskie dziedzictwo, o którym zresztą wtedy w ogóle jeszcze nie miałam pojęcia.

Wieczorem przyszli Teresa i Karol, i Karol tłumaczył mi, na czym polega perfidia systemu, w którym żyjemy i jak powinniśmy się bronić. A co więcej, co ja miałabym w tym ogólnonarodowym zadaniu do zrobienia. Te rozmowy trwały kilka lat i ustaliły kształt mojego życia.

Zanim jednak, po Radomiu, doszło do rozmów, a potem do zadań, zaczęło się od lektur. Karol niestrudzenie dostarczał mi wydawane nielegalnie książki, najczęściej publicystykę. Powieść była czymś nowym. Nazwisko Grass na okładce nic mi nie mówiło. Jakiś Niemiec. Nie bardzo mnie to brało. Nie lubiłam specjalnie ani literatury rosyjskiej ani niemieckiej. Wychowywałam się na polskim eseju filozoficzno-kulturalnym, literaturze angielskojęzycznej i Marcelu Prouście. Oczywiście czytałam podstawowy kanon lektur niemieckojęzycznych. Już Brecht mnie niepomiernie nudził, Fontane był nie do strawienia, Mann mnie w owym czasie niezbyt fascynował, znacznie bardziej Hesse, w czym oczywiście byłam nieodrodną córką mojej własnej hippisowskiej epoki. A tu jakiś tam Grass.

Ciekawe, że gdy w 10 lat później przyjechałam do Berlina i jak śliwka w kompot wpadłam w towarzystwo niemieckich feministek, jedna z moich pierwszych lektur niemieckich też odwoływała się do „Blaszanego bębenka”. Svende Merian w „Śmierci księcia z bajki” oburzona napisała o filmie, że jest pogardliwy dla kobiet, bo Kolijaczek gwałci babkę Oskara na polu kartofli.

Dla zaangażowanych działaczy polskiej opozycji był to więc tekst o tym, że Ruscy spalili Gdańsk, o czym oficjalnie nigdy się nie mówiło, dla niemieckich feministek, dowód na maczyzm, o czym mówiło się wówczas wszędzie.

O tym, jak ciężkim doświadczeniem było czytanie tzw. bibuły nie będę się tu rozpisywała. Temat został już omówiony przez innych. Spędziłam noc na czytaniu wyblakłej kopii „Blaszanego bębenka” i rano byłam kompletnie nieprzytomna. Mąż wyszedł do pracy, ja poszłam odnieść książkę do jakiejś pani, która była po mnie następna w kolejce, i wróciłam do łóżka. Śniło mi się, że Oskar siedzi na wieży Katowni i rozbija okna teatru.

Po raz kolejny Grass pojawił się w okresie Solidarności. W klubie studentów politechniki Kwadratowa zorganizowano nielegalny, a może tylko ćwierć czy pół legalny pokaz najnowszego filmu Schlöndorfa, przemyconego przez kogoś z zagranicy. Oskar siedział na wieży Katowni i bębniąc rozbijał okna teatru. Ruscy wkraczali do Gdańska, paląc, mordując i gwałcąc.

Przez te cztery lata między Radomiem a strajkami w Gdańsku, między lekturą a projekcją „Blaszanego bębenka”, zdarzyło się wszystko, co miało zadecydować o moim i o naszym życiu.

Wszystkie inne książki Grassa przeczytałam znacznie później, albo w polskich wydaniach legalnych, albo już po niemiecku. Ale żadna nie może się równać z nocną lekturą „Blaszanego bębenka” w kuchni, czemu towarzyszyło picie ogromnych kubków herbaty. I żadna nie była dla mnie aż tak ważna.

Sierpień z małej i z dużej litery

Kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że przez przypadek opowiedziałam się nie po tej stronie, co trzeba. Po tej, która przegrywała. Nie wiedziałam, że tak będzie, a jednak powtarzalność tego oznacza, że Los, zgodnie z moim znakiem Zodiaku, nie przewidział dla mnie miejsca na górze. Pierwszym takim momentem, kiedy odczułam, że Los tak chce, był sierpień 1980 roku czyli Sierpień.

Byłam zatem zaprzyjaźniona z Karolem Krementowskim, który w okresie między rokiem 1976 a 1980 pouczył mnie wreszcie, że jako przedstawicielka inteligencji i „panienka z dobrego domu” nie wiem nic o tym, jak naprawdę wygląda życie w PRL i jakie są moje obowiązki obywatelskie. Przez niego też poznałam Andrzeja i Joannę Gwiazdów i innych działaczy nielegalnych związków zawodowych.

W początku sierpnia 1980 roku przyjechał na wakacje do Polski znajomy moich rodziców, Dick Verkijk, dziennikarz radia holenderskiego. Chciał podczas tych wakacji przeprowadzić wywiady z przedstawicielami opozycji demokratycznej. Zapytał mnie, czy mogłabym mu w tym pomóc, jako tłumaczka i organizatorka tych spotkań. Zgodziłam się i w ciągu dwóch pierwszych tygodni sierpnia rozmawialiśmy z Karolem Krementowskim, przedstawicielem WZZ w Unimorze, Andrzejem Gwiazdą, Bogdanem Borusewiczem oraz – już po rozpoczęciu Strajków – z Leszkiem K. Moczulskim i Aleksandrem Hallem. Ciekawe, że Dick Verkijk zrezygnował ze spotkania z Wałęsą, twierdząc, że ma już wystarczającą ilość informacji i ograniczył się do przekazania mu przez Andrzeja Gwiazdę pewnej sumy pieniędzy.

I tak to Los po raz pierwszy sprawił, że dokonałam złego wyboru. Ciekawe, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym jednak przekonała Dicka, że powinniśmy się spotkać z Wałęsą? Wtedy, gdy był wyrzuconym z pracy robotnikiem z gromadą małych dzieci, a nie w trzy tygodnie później, gdy znał go już cały świat. Bo, na życzenie Dicka, spotkaliśmy się z nim jednak w pierwszych dniach września i było to już całkiem inne spotkanie.

Ale o tym za chwilę. Bo to już było po Sierpniu, po Strajkach, po podpisaniu Porozumień, a ja jeszcze muszę opowiedzieć o tym, jak to było w sierpniu, kiedy jeszcze nie pisało się tej nazwy z dużej litery. Ze wszystkich tych spotkań, które odbyliśmy z Dickiem, najmilej wspominam wywiad z Borusewiczem, był dowcipny, skromny, inteligentny, ale najbardziej znamienny wydał mi się wywiad z Gwiazdą. Andrzej opowiedział, że WZZ przygotowały listę postulatów, na której było kilkanaście żądań skierowanych do władz zakładowych, lokalnych i państwowych. Były one uszeregowane od najprostszych, takich jak odzież ochronna, a kończyły się żądaniem prawa do utworzenia Związków Zawodowych niezależnych od partii. I, podkreślił Andrzej w rozmowie z Dickiem, władze wojewódzkie oficjalnych związków zawodowych przyjęły cztery z tych postulatów i postanowiły przedłożyć je na zbliżającym się właśnie zjeździe ogólnopolskim! Cztery! I Andrzej był dumny, że tyle udało się już osiągnąć. Tak było w sierpniu.

W Sierpniu zaś ci ludzie z WZZ stworzyli NSZZ “Solidarność”, a Solidarność zażądała realizacji wszystkich postulatów i dodała jeszcze kilka od siebie.
Nota bene warto czasem przypomnieć sobie, jaka to była lista, czego żądali wówczas stoczniowcy, a z nimi miasto i kraj. Zostały one napisane na drewnianych tablicach i wywieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej 18 sierpnia 1980 roku. I wydawały się niemożliwie wręcz odważne. Stałam pod bramą wraz z innymi kobietami, których mężowie byli na Stoczni, czytałam te postulaty i nie wierzyłam własnym oczom. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak skromne to były żądania. Tak naprawdę tylko pięć z nich miało charakter polityczny, reszta dotyczyła życia, zaopatrzenia w żywność, poprawienia sytuacji mieszkaniowej, wprowadzenia sobót wolnych od pracy. Chociaż oczywiście w czasach komuny wszystko to było niesłychanie odważne. Np. postulat 10: Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.

Tak więc stałam przed Bramą Stoczni, a mój mąż był za nią. Znalazł się tam 18 sierpnia (nie, jednak już Sierpnia) rano, gdy strajk stoczniowy, po przepychankach między Wałęsą a Gwiazdą i Borusewiczem, przekształcił się w Strajk Solidarnościowy i do Stoczni zaczęli napływać ludzie z zakładów pracy Trójmiasta. Był to pomysł Marka, żeby w ten poniedziałkowy poranek zwołać zebranie w swym miejscu pracy. I zakład wysłał go jako swojego przedstawiciela.

Gdy pojawił się na stoczni i otrzymał przepustką, miała ona jeszcze stosunkowo niski numer, a wielka sala BHP, w której odtąd miały się odbywać narady świeciła pustkami. Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Następnego dnia Marek zabrał ze sobą Dicka i załatwił mu dziennikarską przepustkę strajkową. Tak to Dick był pierwszym zachodnim dziennikarzem, który w ogóle wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze informacje dziennikarskie na Zachód. Nadawał je wieczorami z naszego mieszkania, gdy obaj wracali do domu. Obaj potwornie głodni. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Marek twierdzi, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego zapewne, co dostarczały na Stocznię różne zakłady pracy, biorące udział w Strajku, ale też i z tego, co my, te czekające pod Bramą żony, pakowałyśmy do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom jakieś druki, informacje i dyspozycje, a przy tej okazji zabierał też zapasy. Nie było to zresztą łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Po pierwsze cały czas nas straszono, co chyba bardziej uderzało w nas, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą.

Byli to zresztą przeważnie ludzie młodzi, mówiło się, że to brodaci, trzydziestoletni post-hippisi zrobili Solidarność, mieli młode żony i małe dzieci. Byłyśmy grupą społeczną wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazałyśmy się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. My też byłyśmy dzielne. Zajmowałyśmy się dziećmi, stałyśmy w kolejkach, gotowałyśmy jedzenie, piekłyśmy chleb i placki drożdżowe i chodziłyśmy pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale, gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota na wystawie Drogi do Wolności, to groza. A to my właśnie tam stoimy za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego Komuną.

Nie opowiadam tu Historii, bo Historię każdy zna. W Sali BHP koło figury Lenina podpisano Porozumienia Gdańskie, a Wałęsa – jaki był młody, jak bardzo w stylu lat 70 – wszedł na Bramę i obwieścił to urbi et orbi.

W dwa dni później, gdy Strajk już się zakończył, Solidarność dostała swą pierwszą siedzibę, w Hotelu Morskim na Grunwaldzkiej, w siedzibie Hodowców Kanarków. Poszliśmy tam z Dickiem, który teraz właśnie postanowił wreszcie porozmawiać z Wałęsą. Konflikt, który miał potem rozerwać Solidarność, rozłam między grupą Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy a Wałęsą już płonął pełnym ogniem. Był sam początek września. Dowiedzieliśmy się od Gwiazdy, że pracownicy owego pierwszego Biura Solidarności są przez Wałęsę okropnie traktowani i … grożą strajkiem. Dick się wściekł i powiedział Wałęsie, co o nim myśli. A ja to tłumaczyłam! Z przekonaniem i żarliwie. Wałęsa wyrzucił nas za drzwi.

No cóż, tak wygląda moje życie. Zawsze mi się zdaje, że staję po słusznej stronie i zawsze się okazuje, że to samobójczy wybór. Ale nie mogę się skarżyć, takie rzeczy są zapisane w gwiazdach albo w genach, co na jedno wychodzi. A ta została napisana przez gwiazdy i Andrzeja Gwiazdę.

Między Sierpniem a stanem wojennym

Po Sierpniu Grass stał się już nieodłącznym elementem naszego życia intelektualnego, ale też i naszej myśli o Gdańsku. Docierało do nas wprawdzie, że u siebie, w Niemczech, wcale nie jest tak dobrze odbierany jak w Gdańsku, ale to tym bardziej zachęcało nas do opowiadania się po jego stronie. Chyba nie dotarło do nas, że Grass się opowiedział po stronie reżimu komunistycznego, który zwyciężył w Nikaragui w roku 1979. Tego dowiedziałam się dopiero jak przyjechałam do Berlina.

Na razie jednak wciąż byłam w Gdańsku, a Solidarność istniała legalnie. To, co zaczęło się jako przysługa dla Dicka, stało się moim pro-solidarnościowym zadaniem. Znałam angielski i miałam pośredniczyć między dziennikarzami z Zachodu a Polską. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale czasem prosiłam o przywiezienie książek i masła z orzeszków ziemnych, potrzebnego dla jakiegoś uczulonego na laktozę dziecka.

Jako dziennikarka współpracowałam w owym czasie prasą legalną i solidarnościową, w tym z Czasem, Głosem Elbląskim, Punktem; najsłynniejszym moim tekstem była krótka notatka o aresztowaniu strajkujących w Bydgoszczy, mimo że śpiewali Hymn narodowy, wydrukowana w redagowanym przez Donalda Tuska dodatku solidarnościowym w Dzienniku Bałtyckim.

Jako dziennikarka obserwowałam również I zjazd Solidarności w Hali Olivii jesienią 1981 roku. Zabierałam na ten Zjazd mojego syna, Jacka, który do dzisiaj twierdzi z dumą, że był najmłodszym uczestnikiem Zjazdu.

Podczas Zjazdu wraz z Leszkiem Sławińskim, wówczas redaktorem czasopisma Solidarności Kwadrat w Szczecinie, rozpoczęliśmy prace przygotowujące wydawanie ogólnopolskiego tygodnika związkowego, który miał nosić nazwę MY, a którego 1 numer miał się ukazać 13 grudnia 1981 roku. W redakcji MY zajmowałam się działem historycznym. Oczywiście czasopismo się nie ukazało, natomiast w dzień przed wybuchem stanu wojennego ukazał się w Wydawnictwie Morskim mój debiut książkowy.

To zresztą kolejny przykład wpływu Losu na moją biografię. Ta książka mogła się ukazać tydzień wcześniej i wtedy zdążyłaby już zaistnieć, ale mogła być zaplanowana na tydzień później czyli nie ukazałaby się wcale. Co jednak debiutujący pisarz ma z tego, że jego książka ukazała się, a mimo to – jakby jej nie było? Również fizycznie. Ponieważ ów Los mój uporczywie powtarza chwyty, które mu się dobrze udały, taką sytuację przeżyłam raz jeszcze – gdy już w wolnej Polsce, a jakże, moja książka ukazała się w momencie, gdy wydawnictwo, od dawna szykujące się do wewnętrznej wojny domowej, właśnie ją wszczęło, i wszystko, co się akurat ukazało, padło ofiarą owej machiny wojennej. Nie miesiąc wcześniej i nie miesiąc później, tylko dokładnie wtedy. I tak jak wtedy moja powieść wpadła w czarny dół. Można by powiedzieć, że narzekam, w końcu w międzyczasie ukazało się parę jeszcze moich książek, w tym jedna – o stanie wojennym „Dochodzenie” – w paryskiej Kulturze. Tę pisałam na bieżąco, rejestrując jednak nie tyle sam stan wojenny, co sytuacje w świecie zwanym Komuną, gdzie dla każdego można było znaleźć powód, aby go prześladować i zamknąć. Rękopis dzięki pośrednictwu Macieja Łopińskiego został przekazany Komitetowi Kultury Niezależnej; otrzymałam stypendium Komitetu (wypłacone mi już po wyjeździe do Niemiec), a książkę przekazano do wydania do paryskiej Kultury, gdzie ukazała się jesienią 1985 roku. Można by więc rzecz, że jedno mi się udało. Ale niestety, nie. Bo podobno, podobno, Książę Giedroyc był przekonany, że ta jakaś Ewa Maria Slaska (nazwał mnie zresztą Ślaska) w ogóle nie istnieje i że jest to pseudonim Stefana Kisielewskiego czyli popularnego Kisiela z Tygodnika Powszechnego. Gdy nagle zjawiłam się Targach Książki we Frankfurcie i powiedziałam, że to właśnie ja, rozczarowany Książę zignorował mnie. Powinnam była wiedzieć, że jak Los się uśmiechnął, to tylko dlatego, że ktoś się pomylił. I jeszcze mnie wziął za mężczyznę.

Stan wojenny w oczach świadka czasu to nie to samo, co historyczny stan wojenny. Ale i dla świadka napięcie tamtego czasu dziś jest już nie do odtworzenia. Pamiętam, że jeden z owych dziennikarzy holenderskich, którymi się zajmowałam, znajdował się w Polsce po wybuchu stanu wojennego i postanowił nakręcić film o ludziach, którzy działają w podziemiu. Pomagałam mu w tym, udzieliłam też wywiadu dla potrzeb filmu. Jak to łatwo dziś napisać, a jak strasznie skomplikowane to było w realizacji. I jak strasznie się bałam!

Miałam małe dziecko, mój mąż wskutek swej działalności solidarnościowej stracił pracę, pisałam książkę, działałam czyli robiłam najróżniejsze rzeczy. Byłam nieprawdopodobnie wprost zajęta. Współpracowałam jako dziennikarka i pomoc techniczna z gazetą zakładową w Unimorze (Karol Krementowski się ukrywał, ale gazeta nadal istniała), pisałam teksty dla Macieja Łopińskiego, który był wówczas redaktorem legendarnego podziemnego Biuletynu Stoczniowego, pierwszej gazety solidarnościowej, która ukazywała się od pierwszego dnia strajku na stoczni. Obaj, i Krementowski, i Łopiński ukrywali się, Łopiński napisał potem o tym słynną książkę „Konspira”, ale w przeciwieństwie do Krementowskiego, który nigdy nie został złapany, Łopiński został aresztowany, a ja od pierwszego dnia po jego aresztowaniu pomagałam jego żonie, która została sama z małą córeczką. Wspólnie też podejmowałyśmy działania prawne i inne, jak list do Jagielskiego czy zbieranie zaświadczeń lekarskich dotyczących jego stanu zdrowia, co odniosło skutek, bo po trzech miesiącach Maciej Łopiński został zwolniony z więzienia właśnie ze względu na zły stan zdrowia.

Byłam jedną z osób, które w pierwszych tygodniach stanu wojennego organizowały w Gdańsku tzw. pomoc zimową, czyli rozdział darów z paczek i zbieranie pieniędzy dla osób żyjących w biedzie. Paczki do rozdzielania dostawaliśmy zarówno z kościołów, ale spływały też one do nas bezpośrednio drogą pocztową z Zachodu, o co dbali Dick Verkijk i inni dziennikarze.

Podjęłam też pierwszą próbę zainicjowania samoorganizacji artystów i dziennikarzy. W Domu Prasy odbyło się ogromne spotkanie, które zaowocowało powołaniem do życia Spółdzielni Plastyków Format, w której pracowałam jako rzecznik prasowy do momentu wyjazdu z Polski w styczniu 1985 roku.

W dniu 23 grudnia 1982 roku, w ramach słynnej akcji zastraszającej zorganizowanej tuż przed złagodzeniem stanu wojennego w dniu 1 stycznia 1983 roku, kiedy to jednorazowo zatrzymano kilkaset osób, przeprowadzono w moim mieszkaniu rewizję, a ja zostałam aresztowana i przesłuchana pod zarzutem udziału w działalności grupy „Remiszewska i inni”. Przetrzymywano mnie zaledwie 24 godziny, kiedy to zostałam dwukrotnie przesłuchana, a dodatkowo poddana szykanie: wieczorem po przyjeździe do aresztu dostałam szklankę herbaty ziołowej, a potem do godziny 14.00 następnego dnia nie pozwolono mi skorzystać z toalety. Zostałam zwolniona z zarzutów, które zresztą z założenia nie miały mieć nic wspólnego z rzeczywistością, a moje przyszeregowanie do tej właśnie grupy (jeśli w ogóle istniała) brało się tylko z faktu, że byłam córką słynnego żeglarza, Dariusza Boguckiego. Podczas rewizji nie znaleziono niczego konkretnego (bo i nie szukano odpowiednio dokładnie), ale zarekwirowano mi starą maszynę do pisania, której zwrotu zażądałam pisemnie i którą mi po kilku miesiącach przywieziono do domu.

Od momentu aresztowania byłam bez przerwy śledzona, czego zresztą nie ukrywano, ponieważ był to element zastraszenia a nie próba dowiedzenia się o mnie czegokolwiek. Na przeciw mojego domu stało na zmianę dwóch panów, którzy patrzyli na dom i towarzyszyli mi, gdy dokądkolwiek wychodziłam. Zastraszanie to wspierały jeszcze informacje przekazywane mi „poufnie” przez sąsiada, który nie ukrywał, że był w latach 50 współpracownikiem bezpieki i że wciąż „ma kontakty i źródła”. To on informował mnie (zresztą nie złośliwie tylko z serdeczną troską o moje bezpieczeństwo), żebym uważała, bo odnośne służby wszystko o mnie wiedzą i że przecież rozpoznaję już owych śledzących mnie „panów”.

W końcu nie wytrzymałam. Pod koniec stycznia 1985 roku wyjechałam z Polski.

I co?

I nic. Zawsze twierdzę, że gdybym działała w Pcimiu, byłabym miejscową bohaterką, bardzo szanowaną lokalną „ciotką rewolucji”. Ale działałam w Gdańsku, mieście, w którym aż roiło się od bohaterów. Pomagałam im jak umiałam. To wszystko. Nie ma za co zbierać laurów.

Pisarze nie kierują naszym życiem, ale jeśli dobrze piszą, piszą zdania, które możemy sobie wziąć na drogę przez życie. Ja mam w podręcznym bagażu kilka takich zdań, wszystkie, jak przystało na pisarkę, zaczerpnięte z literatury lub filmu, który w końcu jest literaturą, tyle że z ruchomymi obrazkami. Grass dostarczył mi zdania: nigdy nie siedź przed trybuną. Miejsce artysty jest albo na trybunie, albo pod nią. Być może, gdybym mieszkała w Pcimiu, miałabym teraz, a w każdym razie kiedyś, miejsce na trybunie. Ale byłam z Gdańska i wciąż siedziałam pod trybuną.

W Berlinie

Wyjechałam na zaproszenie Dicka Verkijka. Pojechałam do Berlina Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się i omówiliśmy możliwości dalszego mojego działania. Przez Dicka poznałam również bardzo aktywnego na rzecz pomocy dla struktur podziemnych Polaka z Holandii, Jana Minkiewicza, przez którego z kolei nawiązałam w Berlinie kontakty z grupami zbliżonymi do późniejszej partii Zielonych (wówczas Lista Alternatywna), którzy również wspomagali ruchy demokratyczne w Polsce, w tym przede wszystkim ROPCiO. Przedstawiciele ROPCiO odwiedzali mnie w Berlinie, tłumaczyłam ich ulotki na niemiecki, uczestniczyłam jako tłumaczka w ich spotkaniach z zielonymi, organizowałam pieniądze na publikacje i zorganizowałam dotację w postaci maszyny drukarskiej i jej transport. Również inni przedstawiciele opozycji korzystali z mojej gościny i pomocy, np. Adam Kinaszewski, autor książki Lecha Wałęsy, „Drogi nadziei” czy Lothar Herbst, słynny opozycyjny poeta z Wrocławia.

W roku 1986 moje podanie o azyl polityczny w Niemczech zostało rozpatrzone pozytywnie, co dało mi prawo pracy i umożliwiło podjęcie jej w Niemieckim Czerwonym Krzyżu jako opiekunki socjalnej uciekinierów politycznych z Polski w schronisku dla tzw. „azylantów” w berlińskiej dzielnicy Spandau.

W roku 1986 założyłam wraz Grzegorzem Ziętkiewiczem i prowadziłam przez 1,5 roku Polską Telewizję Niezależną, która co miesiąc nadawała godzinny program pt. Magazyn Wyspa – Insel. W magazynie prezentowaliśmy m.in. takich działaczy opozycyjnych, jak Lothar Herbst, Leszek Szaruga, Lech Dymarski czy Jerzy Holzer; wyemitowaliśmy wywiady z Tadeuszem Mazowieckim, Władysławem Bartoszewskim, Julianem Kornhauserem czy Adamem Zagajewskim. Przeprowadziliśmy też wywiad z tegoroczną laureatką nagrody Nobla – Hertą Müller.

Od początku pobytu w Berlinie Zachodnim współpracowałam ze wszystkim ukazującymi się tam czasopismami polonijnymi o charakterze opozycyjnym – Pogląd, Archipelag i Słowo. Współpracowałam też z rozgłośnią polską Radia Wolna Europa oraz paryską Kulturą, a jednocześnie z czasopismami i mediami niemieckimi, jak berliński dziennik listy alternatywnej TAZ czy ogólnoniemiecki FAZ. Byłam autorką tekstów i referatów o sytuacji kobiet w Polsce, m.in. referatu na światową konferencję kobiet w Nairobi, który został wielokrotnie przedrukowany w prasie niemieckiej. Nie tylko brałam udział w konferencjach międzynarodowych, ale też sama je organizowałam (np. w r. 1986 konferencja o polskiej literaturze niezależnej w Berlinie z udziałem profesor Marii Janion, czy w rok później we Vlotho nad Wezerą z udziałem Leszka Szarugi). Telewizja ogólnoniemiecka program I ARD nakręciła w roku 1986 film o mnie pt. „Ewa Maria, 38 J., aus Polen”, nadawany wielokrotnie przez wszystkie programy telewizji. Kolejny taki film nakręcił Wolfgang Kübel w bieżącym roku dla berlińskiego programu „Kowalski trifft Schmidt”.

W roku 1994 zakończyłam pracę etatową i zajęłam się już tylko działalnością kulturalną i społeczną na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego. Prowadziłam różne projekty, m.in. słynny Polsko-Niemiecki Statek Literacki, ale najważniejszą częścią tej mojej działalności jest założenie w roku 1994 Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego „WIR”, które postawiło sobie za cel wspieranie w różny sposób polsko-niemieckiego życia literackiego, poprzez publikacje, warsztaty, stypendia, organizację imprez i festiwali. WIR wydał kilkanaście książek o tematyce polsko-niemieckiej, w tym o takich tematach jak tożsamość czy kontakty polityczno-literackie PRL i NRD. Jesteśmy też pierwszym wydawnictwem, które postanowiło przybliżyć publiczności polskiej i niemieckiej osobę polskiego kubisty, czynnego w latach 20 i 30 w Berlinie, Stanisława Kubickiego. Na łamach WIR-u publikowali m.in. tacy bardzo znani (dziś, a wówczas nieznani) pisarze polscy jak Radek Wiśniewski czy Michał Witkowski. Od 6 lat istnieje przy Towarzystwie WIR również galeria (Galeria ZERO), wspierająca polsko-niemieckie i międzynarodowe kontakty dziennikarskie, polityczne, ekologiczne i artystyczne (sztuki piękne, muzyka, performance).

A Grass?

W Berlinie mój stosunek do Grassa się skomplikował. Pisałam już po niemiecku i napisałam opowiadanie o nim i o tym, jaką rolę odegrał w moim życiu, i o naszej wspólnej najmniejszej ojczyźnie Wrzeszczu – Langfuhr. Chodzimy w tym opowiadaniu tymi samymi ulicami i ja wciąż wywołuję jego ducha. Wysłałam mu to opowiadanie i zaczęłam niecierpliwie czekać na odpowiedź… Wydawało mi się, że historia musi mu się spodobać. Każdemu by się spodobała. Była też chyba dobrze napisana. W końcu przyszedł list, grzeczny, zdawkowy. Dziękuję, to interesujące odnaleźć siebie samego w czyjejś twórczości. Pozdrawiam. I tyle. Ale poprzez znajomego przesłał mi swoją grafikę. Było to 20 lat temu, więc nie umiem już odtworzyć moich uczuć. Dziś wiem, że postanowiłam być zadowolona, że dostałam od Grassa jego grafikę. Tak zadowolona, że dopóki nie zaczęłam pisać tego tekstu, nie wiedziałam, że nadal jestem przede wszystkim rozczarowana. Sobą, nie Grassem. Gdybym bowiem umiała lepiej pisać, gdybym napisała inaczej, gdybym… Gdybym była coś warta, tak, to jest to najgorsze podsumowanie, które muszę teraz wyciągnąć na światło dzienne i podać je publicznie do wiadomości. Gdybym była coś warta… Grass wyprowadził się w międzyczasie do Lubeki, ale przyjeżdżał wielokrotnie do Berlina. Mamy wspólnych znajomych, mógł mnie odnaleźć, gdyby w ogóle pamiętał, że istnieję. Kilka razy w różnych berlińskich instytucjach zorganizowano mu gdańskie spotkanie, zaproszono mu do towarzystwa Pawła Huelle i Stefana Chwina, o mnie nie pamiętał. Gdybyśmy oboje byli z Pcimia byłoby może inaczej. Ale jesteśmy z Gdańska.

Tym niemniej nadal zachłannie czekałam na jego książki. Niektóre mnie rozczarowały, choć niemal zawsze występował w nich Gdańsk, ale kilka uważam do dziś za świetne świadectwo czasu. Kilka z nich zrecenzowałam – „Szczurzycę” dla paryskiej Kultury i Wolnej Europy, „Pełzanie rakiem” dla gdańskich 30 dni. Ale za najwspanialszą jego powieść po „Blaszanym bębenku” uważam niewątpliwie „Rozległe pole”. I tak jak trylogia gdańska jest może najlepszym zapisem faszyzmu w Gdańsku, tak na pewno „Rozległe pole” jest najlepszą książką o zjednoczeniu Niemiec, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Jest rozwlekła i nudna, to prawda, ale tym jakimś specjalnym rodzajem nudy, od której nie można się oderwać. I chyba jedyny to znaczący głos współczesnej literatury, który widzi rok 1989 w dwóch perspektywach – jako fakt historyczny, ale jednocześnie jako zwycięstwo bezwzględnego i nienasyconego kapitalizmu, który pożera wszystko, co mu stanie na drodze. Tedeschi lurchi, nienasyceni Niemcy, pisze Dante w „Piekle” i tacy są też u Grassa ci Niemcy z Zachodu, którzy otwierają ogromne paszcze, by połknąć swoje własne ziemie podbite. Zresztą może nie jest to nienasycony kapitalizm, może bardziej właściwe byłoby staroświeckie słowo imperializm, a może wręcz przeciwnie – pisarz, który uważnie obserwuje świat jest pierwszym, który zauważył, że idzie nowe, i choć chyba nigdzie nie użył słowa globalizm, to już wiedział, że to, co idzie, będzie jeszcze gorsze od tego, co było. Chińczycy mają takie przysłowie, nie marz, bo jak ci się spełni to, o czym marzyłeś, to pożałujesz. Oto teza Grassa w „Rozległym polu” – Niemcy chciały się zjednoczyć, a jak im się to spełniło, to pożałowały.

Czytałam „Rozległe pole” wielokrotnie i wciąż jestem tego zdania – to świetna książka. Ciekawe, sama przecież obserwowałam ten sam świat, ten sam Berlin w momencie przełomu i po nim. Zapisywałam oczywiście różne fakty, obserwacje, zjawiska. Ale gdy po latach myślę o Berlinie w latach 1989-1990 pamiętam zdania z powieści Grassa lepiej niż moje własne myśli.

Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie, to związane z powieścią „Przy obieraniu cebuli”. Myślę, że zrobię tu to samo, co kiedyś zrobił Darek Foks. Byliśmy na konferencji poświęconej Szymborskiej. Jak o każdym, tak i o Szymborskiej krążyły informacje i pomówienia, że współpracowała z komuną. W programie przeczytaliśmy, że Darek przygotował wystąpienie pod tytułem „Szymborska i system”. I przeczytał wiersz w stylu O’ Hary. O miejscu Szymborskiej w jego własnym systemie poetyckim. Ja chyba też przeczytam wiersz w stylu O’Hary.

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie kamienie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
ja na pewno skłamałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie mogę rzucić kamieniem
mogę go zanieść
na żydowski cmentarz
lub górę żelaza
lub tam gdzie grzesznicy
katedrę budują z oknami pełnymi światła

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie będziesz miał bogów cudzych przede mną
miałam
nie będziesz używał imienia pana boga swego nadaremno
używałam każdy używa
kto nigdy nie używał
niech się schyli podniesie i rzuci
pamiętaj abyś dzień święty święcił
nie pamiętałam
czcij ojca swego i matkę swoją
starałam się
ale doprawdy czasem było to zbyt trudne

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
starałam się jak mogłam
ale nie zawsze wychodziło
bo są krzywdy urazy i węzły psychoanalityczne
i kamienie na drodze z dzieciństwa w dorosłe życie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
nie zabijaj
pigułka zabija spirala zabija palenie zabija
zabijałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie cudzołóż
nawet myśleć nie warto
kto nigdy nie spał w cudzym łóżku
niech się schyli podniesie i rzuci
a ja spałam w łóżku Grassa
w tym domu we Wrzeszczu
z którego wyjechał jakiś Niemiec
więc mógł to być i on
a gdy wyjechał, wywędrował, uciekł
wprowadziła się tam moja rodzina
i w pokoju od okna wstawiła łóżeczko
żebym miała gdzie spać
i było to cudze miejsce i cudze łóżko
cudzołożyłam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie kradnij
ach mój Boże
wszędzie pełno kamieni
nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu
jeśli zatem sam nie możesz rzucić kamieniem
bo mówiłeś fałszywe świadectwo
to zostaw w spokoju tego chłopaka
który miał siedemnaście lat
i coś sobie myślał

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
Niemcy zawsze sobie coś myślą
tak twierdził Heine
i może to było fałszywe świadectwa
niech się zatem schyli podniesie i rzuci
wszędzie pełno kamieni
nie pożądaj żony bliźniego swego
no proszę nie pożądałam
ani wołu ani osła ani żadnej rzeczy która jego jest
nawet tej sukienki od stefanellego
choć to tak samo trudne jak czcić ojca swego
i chyba się po prostu nie da

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie pełno kamieni
siedzimy przy stolikach na placu budowy
pijemy grappę i mojito
a kto nigdy nie chciał tej sukienki od stefanellego
ni wołu ni jaguara ni porscha ni nagrody Nobla
niech się schyli podniesie i rzuci
w tego chłopaka
co przyznał się po latach obierania cebuli

Gentryfikacja

W roku 2011 ten tekst ukazał się w miesięczniku „Odra”, a potem powielony został przez  O.pl: TU

Ciekawe, że portal nie zapytał mnie, czy może ten tekst upowszechnić i pozmieniać, ale za to nie pozwala nikomu tego robić bez zgody jego redakcji.
Ciąg dalszy TU

Ewa Maria Slaska, Ryż, mysz i sztokfisz

Zbrodnia

Jesienią 2010 roku pojawiła się w Berlinie z kolejną wystawą Yoko Ono, słynna japońska artystka konceptualna. Jak to w sztuce konceptualnej bywa, Ono zaproponowała widzowi wieloraki interaktywny udział w wystawie. Była więc sala, gdzie można się było sfotografować, sala, gdzie widz niszczył lub – przeciwnie – naprawiał fragment ekspozycji i sala, gdzie miał wbić szpilkę w jakieś miejsce na mapie Berlina, które kojarzy mu się z przestępstwem. Przestępstwo, wykroczenie – to słabe słowa, widzowie niemal automatycznie sięgali po wyrazy mocniejsze. Pojawiło się więc słowo „zbrodnia”. Jeszcze dziesięć lat temu kontekstem berlińskim słowa zbrodnia był Holokaust. W roku 2010 jednoznaczny kontekst „zbrodni” brzmiał: gentryfikacja.

Gentryfikacja to proces społeczno-urbanistyczny, zupełnie normalny. Tak rozwijają się miasta. I jeśli patrzeć na nie z daleka, jeśli czytać o przesuwaniu się modnych dzielnic w Nowym Jorku czy w Warszawie, to można się z tym zgodzić – takie są procesy.

W Berlinie jednakże gentryfikacja  to zbrodnia. Być może zawsze, jeśli jest się na miejscu i to na naszej skórze, zapisują się prawidłowości, to odczuwamy to jako zbrodnię. W każdym razie ja też wbiłam szpilkę w mapę miasta, bo rok wcześniej sama stałam się ofiarą gentryfikacji i nie był to proces lecz zbrodnia.

Zanim jednak opowiem tu dramatyczną historię mego własnego udziału w procesie gentryfikacji Berlina, chciałabym się przez chwilę zastanowić nad etymologią tego słowa. Bo otóż gent to w różnych językach wyraz oznaczający pierwotnie człowieka, wtórnie natomiast szlachcica. To logiczne, człowiek, to ten, któremu przysługują prawa. Znamy na przykład angielskie słowa Gentry i Gentelman. Gentryfikacja zatem, proces zmiany struktury społecznej, a co za tym idzie poprawianie substancji budowlanej biednych dzielnic, przejmowanych przez bogatych, oznacza jednocześnie proces “uszlachcania” czy też „uszlachetniania” danej dzielnicy.  Cóż jednak znaczy słowo szlachta, szlachetny? Czym jest czyn szlachetny i szlachetny człowiek? Słowo to pochodzi z niemieckiego i oznacza schlacht – bitwę, walkę. I tak jak niemieckie słowo kriegen – „otrzymać” jednoznacznie wiąże się z wojną (Krieg) i łupem wojennym (Kriegsbeute), tak polskie słowo „szlachcic” oznacza tego, kto wraz z władcą „dzielnie stawał w polu”. To mu zapewniało otrzymanie dóbr, bogactwo i prawa. Gentryfikacja przestrzeni miejskiej przypomina więc, że to łupieżca otrzymywał miano człowieka, prawa i przydomek „szlachetny”, kiedyś – wojownik, potem – po prostu bogaty. Być może, gdy Ruth Glass tworzyła ten termin (choć przecież nie zjawisko) w latach 60, aby określić napływ ludzi zamożnych do robotniczej dzielnicy Islington w Londynie, ci nowo napływający rzeczywiście byli zubożałą szlachtą, na pewno tak mogło się stać w XIX wieku w miastach polskich, gdzie zbiedniałe po powstaniach ziemiaństwo przekształcało się w inteligencję miejską i, kto wie, może wyganiała z ubogich chałup miejską biedotę Warszawy czy Krakowa, ale dlaczego bogaci, którzy zajmą moje mieszkanie mają być socjologicznie bardziej szlachetni niż ja? To niesprawiedliwe.

Ale po prawdzie cały proces jest już w genezie swej niesprawiedliwy. Bo oto od lat co najmniej stu gentryfikacja europejska przebiega tak, że najpierw w dzielnicy biedoty pojawiają się artyści i studenci, którzy sprawiają, że okolica staje się atrakcyjna, a potem bogacze zajmują ich miejsce. Tyle tylko, że to nie bogaci są tu pierwszymi najeźdźcami – oni tylko podbijają to, co już kilkadziesiąt lat wcześniej już zostało podbite, wtedy, gdy pierwszy przymierający głodem artysta wprowadził się do mieszkania, zajmowanego uprzednio przez robotnika z fabryki. To była ta pierwsza gentryfikacja, kiedy to „czysty duch” wyzuwał z miejsca biedaka. Gdy się to jednak działo, robotnik, przyzwyczajony do wyzysku, nie protestował. Dopiero w kilkadziesiąt lat później, gdy burżuje wyrzucają z mieszkań artystów, „dzieje się krzywda”. A dzieje się, bo ci teraz wyrzucani, umieją ją zwerbalizować i nagłośnić.

Oczywiście słowo gentryfikacja zostało kiedyś użyte zgodnie z jego aktualnym, nie-etymologicznym sensem. Gdy wyludnia się śródmieście i na jego miejsce wchodzi skryminalizowana biedota, próba rewitalizacji będzie procesem uszlachetniającym.

Ale akurat tak być może było na krakowskim Kazimierzu czy w warszawskiej Pradze (nie wiem, nigdy tam nie mieszkałam), ale na pewno nie było tak na berlińskim Kreuzbergu, gdzie do zeszłego roku mieszkałam, ale już nie mieszkam.

Osobisty ogląd typowych procesów społecznych

Śniła mi się mysz. Nie przepadam za myszami, ale specjalnie się ich nie boję, poza tym mam kota, widuję je więc rzadko, mimo iż mieszkam na parterze. Śniła mi się, była mała i skulona w kącie kuchni. Zapaliło się światło i mysz zamieniła się w mężczyznę. Miał ciemne włosy, które lekko sterczały w górę jak pozostałość po mysich uszach i ciemny trzydniowy zarost, może nawet czterodniowy. Mężczyzna stał na schodkach prowadzących do mojej maleńkiej sypialni i opierał się łokciami o mój materac.

Patrzył na mnie, a ja na niego. Milczał dość długo, zanim powiedział pierwsze zdanie.

– Przykro mi, ale dostałem zlecenie od administracji domu, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii, administracja chce się wszystkich pozbyć.

Powtórzył to zdanie jeszcze dwukrotnie, zanim w ogóle do mnie dotarło.

Nie wiedziałam o tym, ale okazuje się, że składam się z dwóch różnych kobiet. Jedna z nich w tej chwili panicznie się boi i serce wali jej jak trzy młoty pneumatyczne, druga – myśli. Myśli i… wierzy.

Wierzę mu, to, co mówi, zgadza się. Administracja domu chce się nas pozbyć, wyremontować ten stary zniszczony dom „na luksus” i drogo sprzedać mieszkania nowym berlińczykom, a Berlin jest pełen opowieści o tym, jakimi metodami się to odbywa. Zasadniczo dwiema – albo się płaci lokatorom, żeby się wynieśli, albo się ich terroryzuje. Terror przybiera różne postaci. U nas od roku wokół domu stoi osłonięte siatkami rusztowanie, choć nie prowadzi się jeszcze żadnych prac remontowych. Jest ciemno, ponuro i niebezpiecznie. Zwłaszcza na parterze. Zresztą sam remont też jest dobrą metodą wyganiania ludzi. Remont i koszmarni współlokatorzy. Pakistańczycy, rytualnie zabijający koźlęta na podwórku, arabskie rodziny z dziesięciorgiem rozwydrzonych dzieci, angielscy młodociani turyści upijający się do nieprzytomności i rzygający na schodach. Nigdy jednak nie słyszałam o tym, żeby właściciel domu kazał zabijać lokatora. Albo więc czasy się zmieniły, albo ta mysz mnie tylko straszy. Poza tym, jakby facet-mysz chciał mnie zabić albo zgwałcić, to mógł to już dawno zrobić. Czyli – albo ma zamiar zabijać mnie tak, żebym długo i potwornie cierpiała (serce tej drugiej ja wali już teraz wszędzie, w głowie, w stopach, w brzuchu), albo znowu to samo – tylko gada. Straszenie jest oczywiście jednym z elementów terroru. Bardzo skutecznym.

– Dostałem zlecenie, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii… – facet powtarza to już chyba dwudziesty raz. A ja tylko patrzę. Siedzę oparta o ścianę, on po drugiej stronie pokoiku, oparty łokciami o moje łóżko. Dzieli nas tylko długość materaca. Dziwne, ale jest jeszcze jakaś trzecia ja, która wprawdzie też myśli, ale jakoś tak głupkowato. Bo myśli, „jak to dobrze, że mam na sobie koszulę nocną”. Ma niewątpliwie rację, gdybym spała nago, moja sytuacja byłaby znacznie gorsza. Ale mam na sobie długą pomarańczową bawełnianą koszulę. Jakoś mi ta myśl pomaga i przywraca do czegoś, co można by nazwać normalnością. Już to przeanalizowałam i wiem, że nie ma sensu krzyczeć, nikt mnie nie usłyszy – znajduję się w całkowicie pustej części domu, tam gdzie są kuchnie i łazienki, tylko ja śpię w służbówce nad łazienką, reszta lokatorów używa tych pomieszczeń jako lamusa.

Nie ma po co krzyczeć i nie ma jak uciec. Drzwi blokuje mysz, a na okienkach stoi mnóstwo pamiątkowego badziewia, głównie wielkie muszle. Zanim zdołam je usunąć, otworzyć okienko i wydostać się na rusztowanie, facet mnie sto razy dopadnie.

– Mówisz po rosyjsku? – pytam. Skoro jest z ruskiej mafii… Ale nie ma akcentu, a u Rosjan akcent zawsze słychać.

– Nie – odpowiada – kiedyś mnie uczyli, ale nic nie umiem.

Niemiec ze Wschodu, myślę, tylko ich uczyli kiedyś rosyjskiego, ale nic nie umieją.

A zatem rozmawiamy. Czyli jest jakaś szansa. Rozmowa daje czas, do namysłu, do rana, do momentu, kiedy sąsiedzi z naprzeciwka wejdą do kuchni i będzie można krzyczeć. Moje pytanie zmienia zasadniczo tenor rozmowy.

– Muszę to zrobić, muszę cię zabić, tak mi kazali – mówi człowiek-mysz –  ale nie mogę. Ukarzą mnie za to, ale to już moja sprawa. Muszę to wziąć na swoje barki. Jestem dobrym człowiekiem. Nie wolno robić nikomu krzywdy.

Wszystkie trzy ja patrzymy na niego ze współczuciem. Jednej z nas chce się siku.

– Może napijemy się kawy – mówi ta w koszuli nocnej.

Mysz też się chce napić kawy.

Ta w koszuli gramoli się spod kołdry i stara się to robić z godnością. Uciszyła trochę tę z sercem. Ta od myślenia – myśli. A ponieważ myśli, to przychodzi jej na myśl Szecherezada.

Na zegarze w kuchni w pół do trzeciej. Szecherezada będzie musiała gadać ze trzy godziny, a może nawet cztery, zanim wstaną sąsiedzi, którzy mieszkają na przeciwko. Wtedy będzie można rzucić kamieniem w okno (to nie przenośnia, na oknie leżą kamienie) i zacząć wrzeszczeć. Na razie kawa, mleko, cukier, kubki. I przyjrzeć się facetowi, żeby go kiedyś rozpoznać. Wysoki, chudy, zadbany, ale brakuje mu zęba. Ciemne ubranie, znakomite skórzane buty. W mrocznej kuchni trudno rozpoznać – ciemny szatyn, brunet czy ciemny blondyn. Ciemny. Mysz rozsiada się wygodnie i sięga po moje papierosy. I zaczyna gadać. Ta od myślenia uważnie pilnuje rozmowy i podrzuca coraz to nowe pytania. A kim jest, a co robi, a jak mu na imię, a czy był żonaty, a czy ma dzieci? Mysz gada i gada, jakby to ona musiała przetrwać noc do rana, a nie my trzy.

Anioł stróż nade mną czuwał. Po dwóch godzinach rozmowy, udało mi się przekonać faceta, że jestem niegroźną panią, z którą się miło rozmawia. Opowiedział mi mnóstwo rzeczy o sobie, w tym jedną, w którą wtedy jeszcze nie uwierzyłam – że mieszka w naszym domu. Ma 41 lat, w wojsku zdobył wykształcenie komandosa, umie zabić rękami i nogami, ale umie też zastrzelić, kiedyś zastrzelił na ulicy jakiegoś Albańczyka, układa kable elektryczne, miał żonę i córkę, teraz nie ma, bo żona go zdradziła z przyjacielem, potem miał przyjaciółkę Albankę, która miała siedmioro dzieci. W końcu zapytałam go, jak się dostał do mojego mieszkania? Nie wiedział, pewnie nie chciał wiedzieć. Przekonałam go, że wszedł tylnymi drzwiami. Byłam pewna, że jak się kładłam spać, to drzwi były pozamykane. Facet spojrzał z pogardą na to mizerne kuchenne wejście i powiedział, że taki zamek można otworzyć kawałkiem plastikowej butelki. I że mi pokaże. Czy mam butelkę? Powiedziałam, że nie mam, choć przecież miałam, stała na stoliku za jego plecami. Powiedział, że zaraz przyniesie i wyszedł. Zatrzasnęłam drzwi, założyłam łańcuch, przekręciłam klucz, zabarykadowałam kamienną płytą.

W dwa tygodnie później nowy właściciel domu zaproponował nam wszystkim pieniądze. W trzy miesiące później mieszkałam już gdzie indziej. Moi sąsiedzi też.

Facet rzeczywiście mieszkał w naszym domu, ale to już zupełnie inna historia.

Kreuzberg, Friedrichshain

Gentryfikacja, ta, którą teraz odczuwamy jako zbrodnię, zaczęła się w Berlinie właściwie natychmiast po upadku Muru. Niesubordynowani mieszkańcy Kreuzbergu, którzy 20 lat wcześniej zrobili z tej dzielnicy symbol kultury alternatywnej, znany w całej Europie, natychmiast, jak to było możliwe i jeśli to było możliwe, zaczęli się przenosić “na Wschód” czyli do dzielnic byłego Berlina Wschodniego. Zaczęło się od Mitte czyli Śródmieścia, które dzięki temu tak szybko stało się taką atrakcja turystyczną, że nie dało się tam w ogóle mieszkać. Berlin stał się modny, przebijał popularnością nie tylko zaśniedziałe stolice europejskie jak Rzym, Londyn czy Paryż, ale nawet Barcelonę. Modne było zamieszkać w Berlinie, zwłaszcza jeśli się było artystą czy studentem, a już zwłaszcza, jeśli za studiowaniem i sztuką stali zamożni rodzice z Niemiec Zachodnich lub Teksasu. Zjawisko rzadkie w dziejach gentryfikacji, ale ci, którzy podbijali Berlin Wschodni, nie byli biedakami. Pielęgnowali wprawdzie wizerunek alternatywnych artystów, dla których pieniądze są nieważne, ale były one nieważne, bo były i nie trzeba się było o nie martwić.

Zamożna młodzież podbiła Prenzlauer Berg i Friedrichshain, zacierając różnicę między nowymi mieszkańcami tych dzielnic, a turystami, którzy też byli młodzi, a przybywali coraz liczniej, przyciągnięci nieprawdopodobną ilością nowopowstałych knajp i klubów. Wokół klubów wyrosły jak grzyby po deszczu młodzieżowe hotele i hostele, wcale już nie takie tanie jak schroniska i inne tradycyjne noclegownie dla młodych ludzi.

To ci młodzi ludzie sprawili, że w lutym 2011 roku prasa z dumą podała, iż statystyka turystów, którzy odwiedzili Berlin w roku ubiegłym przeszła wszelkie oczekiwania – było ich ponad 9 milionów!

Młodzi ludzie zamieszkali w “nowych” dzielnicach (to by tłumaczyło sens synonimu gentryfikacji: yuppizacja) i nikt z nas przez dobrych 20 lat nie zapytał, dokąd poszli właściwie poprzedni mieszkańcy tych domów? Komuś ewidentnie stała się krzywda i była to krzywda milcząca.

Tymczasem Kreuzberg, opuszczony przez alternatywnych i dzikich, zasiedliła generacja post-hippisów, czyli ludzi dokładnie takich jak ja. Umiarkowanie lewicowych, umiarkowanie artystycznych, umiarkowanie wiekowych. Kupowaliśmy jedzenie w sklepach z żywnością organiczną, w arabskich budkach i na tureckim targu, piliśmy herbatę ze specjalnych herbaciarni i kawę, którą prażono dla nas w lokalnej kawiarni, nie nosiliśmy futer ani kożuchów, nie kupowaliśmy tanich produktów z Chin, dużo czytaliśmy, gotowaliśmy w domu przynajmniej raz na tydzień  i wierzyliśmy w sprawiedliwość społeczną. Byliśmy alternatywni, ale chodziliśmy codziennie do pracy. Zarabialiśmy codzienne pieniądze, ale nie byliśmy bogaci. Dzięki nam Kreuzberg przestał być dziką dzielnicą, której bał się każdy mieszczuch, ale nie stał się też przybytkiem nowej generacji i nuworyszów. Jeśli mieliśmy szczęście (ja miałam) to mieszkaliśmy w starych XIX-wiecznych kamienicach, zniszczonych, nie odnawianych, podupadłych, ale gwarantujących niezwykły komfort życia – było w nich chłodno latem i ciepło zimą, mieliśmy parkiety, stiuki na suficie i stare piece po kątach, ale oprócz tego nowoczesne ogrzewanie. A mój dom stał jeszcze przy ulicy wiodącej do wodospadu. Mieszkanie tam było po prostu bajką, która minęła i która nigdy już się nie powtórzy. Przez 20 lat żyło się nam jak w raju i nie zastanawialiśmy się nad tym, że Mitte, Prenzlauer Berg i Friedrichshain padały po kolei ofiarą gentryfikacji. Aż któregoś dnia obudziliśmy się w domu, który wciąż jeszcze był nie odnowiony, ale już powieszono na nim plakat wielki jak góra, głoszący, że tu właśnie powstanie „Pałac”. Nie żartuję! www.palais-am-hofgarten.de – nagle wróciliśmy do pra-znaczenia słowa gentryfikacja: pałac czyli coś dla arystokracji! Dopadła nas super-gentryfikacja, a jak się dokona, będzie sobie można zakupić mezonet z balkonem, albo poddasze z ogrodem na dachu. A w mojej sypialni pojawił się włamywacz, który w gruncie rzeczy nic mi nie zrobił, tyle, że sprawił, iż zarówno ja, jak i inni lokatorzy posłusznie i pospiesznie się wyprowadziliśmy, ustępując miejsca nowym mieszkańcom.

Pokolenia

Ewa Maria Slaska
Nowa emigracja a stara Polonia

Referat wygłoszony na konferencji “Monitor emigracji zarobkowej” w Berlinie w październiku 2012 roku. Umieszczam go tu ze względu na pewien osobisty problem, który nurtuje mnie od prawie 30 lat, a którego nigdy przedtem nie zapisałam.

Za czasów kiedy przyjechałam do Berlina – był rok 1985 – stara Polonia w Berlinie to byli polscy berlińczycy, którzy tu mieszkali już przed wojną, działacze starych organizacji polonijnych jak Rodło czy Związek Polaków w Niemczech, w najlepszym wypadku nieliczni emigranci z lat 1968-70. My – emigracja postsolidarnościowa, a było nas w Niemczech w sumie około miliona, w Berlinie podobno ok. 80 tysięcy – byliśmy nową Polonią.

Minęło 30 lat. Teraz to my jesteśmy „starą Polonią”.

W ostatnim dziesięcioleciu, a już zwłaszcza po roku 2004, czyli przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, do Niemiec i do Berlina napłynęła duża grupa nowej migracji z Polski. Bardzo powierzchownie została ona nazwana grupą zarobkową, co być może w Niemczech jest prawdą, tak jak jest prawdą w odniesieniu do Irlandii czy Anglii, ale na pewno nie jest tak w Berlinie.

Tu przyjeżdżali przede wszystkim artyści, studenci, młodzi poszukiwacze sensu życia i życia ciekawego. Ci, których przyciągało hasło burmistrza Berlina, „jesteśmy biedni, ale sexy”.

Grupa ta szybko nawiązała kontakt z tzw. drugim pokoleniem emigracji z lat 80. Wspólnie nowi przybysze i dzieci starych stworzyli grupę nazywaną „młoda emigracja”.

A więc od samego początku grupa nazywana umownie „młodzi Polacy w Niemczech” rozpada się na dwie części – na Piłkarzy i Kosmopolaków.

Piłkarze

Badacze i media mówią często o naszych dzieciach, że jest to „generacja Podolskiego i Mirka Klose”. Basil Kerski przypisał im tożsamość hybrydową, co oznacza, że biorą z dostępnych im opcji, niemieckiej i polskiej, to, co im najlepiej odpowiada. Polską serdeczność i niemiecką solidność. O pokoleniu „Piłkarzy” mówi się też, że są to ludzie myślący „w kategoriach postnarodowych”.

Tym niemniej ja osobiście sformułowałabym na temat tej grupy kilka odmiennych tez.

1/ To nie pokolenie Podolskiego i Klosego, to grupa do której obaj piłkarze też należą, grupa dzieci wywiezionych ukradkiem czyli absolutnie nieprzygotowanych na szok zmiany.

2/ Ucieczka była często połączona z rozpadem rodziny. Emigracja miała zastąpić rozwód albo go powodowała.

My, rodzice solidarnościowi, obciążyliśmy nasze dzieci trwałą traumą. Szok ucieczki, szok zmiany środowiska, bezradność wobec nowej sytuacji, pogłębiona rozpadem rodziny.
Nasze dzieci to grupa znakomicie zasymilowana, zsocjalizowana w Berlinie, co do której wg tradycyjnych oczekiwań można było mieć nadzieję, że sobie nie tylko „poradzi”, ale osiągnie „normalną” (czytaj: niemiecką) pozycję społeczną i zarobki, a tymczasem jej przedstawiciele często „wybierają wolność” rozumianą jako powrót do Polski. Jest to nader częste – młodzi ludzie zawierają małżeństwa i związki partnerskie nie tyle nawet w obrębie  „Polonii”, ile po prostu z partnerami „z Kraju”, co w wielu przypadkach  prowadzi do powrotu do kraju: na studia, do pracy czy z uwagi na partnera.

Kosmopolacy

Czyli nowi. Ci, którzy najchętniej definiują się jako lokalni patrioci lub przez pryzmat wykonywanej pracy. Twierdzą, że są na wskroś Europejczykami, korzystającymi z wolności w zjednoczonej Europie bez granic. Cenią sobie swobodę poruszania się w obrębie Unii Europejskiej, zwłaszcza po ostatecznej liberalizacji europejskich rynków pracy. Są kulturowymi Nomadami. Twierdzą też, że – w odróżnieniu do starszych pokoleń – mniej znają historię, ale za to są bardziej zorientowani na przyszłość.

Wspólnie – Piłkarze i Kosmopolacy – są niejednorodni, ale są też świadomi swojej niejednorodności i postrzegają to jako atut.

I nawet gdy – jak niektórzy z nich – nazywają się autoironicznie Polskimi Nieudacznikami, to nie chcą być nieudacznikami. Mało tego, to grupa bez kompleksów, która  wie, że ma potencjał, by wzbogacić nie tylko zaśniedziałe życie polonijne, ale też wielokulturowe społeczeństwo Niemiec.

Nie da się ukryć – obie grupy razem zapewniają powiew świeżości tak w światku polonijnym, jak i w relacjach polsko-niemieckich.

Wartość nowej generacji pozostaje jak dotąd niedoceniona przez polityków i słabo zbadana przez naukowców, a tradycyjna, stara Polonia widzi w niej przede wszystkim uciekającą od zaangażowania społecznego emigrację zarobkową. W przeciwieństwie jednak do Anglii czy Irlandii nowa emigracja w Berlinie to przede wszystkim przedstawiciele branży kreatywnej i reprezentanci mediów, którzy w ubiegłym dziesięcioleciu zapoczątkowali liczne inicjatywy kulturalne, stając się animatorami współpracy polsko-niemieckiej. Często wcale nie zajmuje ich zdobywanie pieniędzy, wręcz przeciwnie zasilili szeregi berlińskiego prekariatu kreatywnego.

Inną zauważalną grupą nowej generacji są ludzie z różnego rodzaju mniejszości (z losu lub z wyboru) – punki, homoseksualiści, bezdomni. Również ta grupa odcina się od konserwatywnie pojmowanej polskości i buduje zmianę generacyjną, choć oczywiście jej społeczna siła nośna jest znacznie mniejsza, a często może nawet wydawać się negatywna. Jednak i oni mają swój udział w budowaniu społeczeństwa otwartego i tolerancyjnego, tak w Berlinie, jak i w Polsce.

Razem młodzi przyjaciele…

Piłkarzy i Kosmopolaków wiele więc dzieli, ale też – pokoleniowo – wiele łączy. Najważniejsze być może jest to, że odchodzą od patriotyzmu do wielokulturowości. A poza tym: że są nowocześni.

Najlepszym przykładem mogą być portale i strony internetowe – o ile starsza generacja potrzebuje miesięcy a nawet lat i wielkiego wsparcia finansowego, żeby zrealizować funkcjonujący portal, który częstokroć szybko przestaje być aktualizowany i okazuje się niepotrzebny, o tyle młodzi robią to niemal lewą ręką, nie generując żadnych istotnych kosztów, a ich działania medialne są potrzebne i skuteczne.

Siłę tej grupy dało się zaobserwować podczas wyborów w roku 2007, gdy Donald Tusk rzucił wyzwanie ówczesnemu premierowi Lechowi Kaczyńskiemu. Obserwatorzy byli zdania, że jednoznaczna proPO-owska postawa młodej Polonii przeważyła szalę na rzecz Tuska.

Kolejną różnicą pomiędzy „starymi” a „młodymi” jest to, że grupa ta nie postrzega siebie w ogóle w kategorii migrantów i podkreśla europejskie prawo swobodnego wyboru miejsca zamieszkania.

Młodym Polakom zależy na integracji w niemieckim społeczeństwie, które szanują jako tolerancyjne i otwarte na świat. Nie chcą izolować się w odrębnych, zamkniętych światach etnicznych. Są dobrze zintegrowani, co sprawia, że stają się „niewidzialni”, wtopieni w społeczeństwo przyjmujące. Dla świata zewnętrznego migracyjna przeszłość młodych Polaków jest często niezauważalna. Można to dwojako interpretować. Bo jest to być może przykład wzorowej integracji, ale też może być to przejaw wynikającej z kompleksów nadgorliwej asymilacji.

Generalnie uważa się, że stara Polonia jest patriotyczna, a nowa europejska. Tym niemniej ja osobiście i wielu moich przyjaciół już 25 lat temu pielęgnowaliśmy szacunek dla Polski w połączeniu z integracją o europejskim charakterze.

Jeden z badaczy określa potencjał konfliktu między obiema grupami jako różnicę pomiędzy „patriotami o nastawieniu narodowym” a „europejskimi pragmatykami”.

Na pewno jest tak, że grupa patriotyczna oczekuje wsparcia od obu rządów – niemieckiego i polskiego – w zakresie stworzenia polskiego systemu oświatowego o charakterze polsko-narodowym, żąda dostępu do mediów i wsparcia finansowego dla kulturalnej i instytucjonalnej działalności polonijnej.

Kosmopolacy są natomiast zdania, że prawdziwą niezależność gwarantuje przede wszystkim integracja, czyli dobra znajomość języka, dobra praca i wysoka pozycja społeczna. Wynika z tego akceptacja niemieckiego państwa prawa i możliwość korzystania z prawa jako instrumentu do uzyskania przywilejów przysługujących de facto mniejszościom narodowym.

My i oni

Na zakończenie – gorzka nieco, a nieco filozoficzna – próba odpowiedzi na pytanie, czy istnieje konflikt generacyjny? Moja odpowiedź brzmi – tak, istnieje, ale nie tam, gdzie się go popularnie sytuuje. Na pewno nie jest prawdą, że młoda generacja się nie angażuje społecznie – angażuje się, robi to jednak inaczej. Podstawowe różnice – unikanie wielkich słów, funkcjonowanie w lub za pomocą sieci i forów społecznościowych, otwarcie na świat.

Myślę, że nie dlatego nowi są osobno i „starzy” osobno, że coś ich dzieli. Są osobno, bo nie chcą być razem. Czy w ogóle chcemy i możemy to przełamać?

Jeden z dawnych działaczy polonijnych mówi: „Pytanie, czy mamy siły i środki, żeby dotrzeć do młodej generacji? Uważam, że możemy młodym pomóc (jak zechcą) w organizacji itp., natomiast sami mogą się organizować i proponować takie formy działania, jakie im odpowiadają. My możemy im w tym pomóc, ale inicjatywa musi wyjść od nich samych.”

Rzecz w tym, że moim zdaniem nie wyjdzie, bo nasze doświadczenie nic tu nie wnosi. Możemy im pomóc, jeśli zdejmiemy im z głowy problemy biurokratycznej organizacji działań i pomożemy zdobywać pieniądze (choć i to ulega zmianie, bo dziś inaczej się zdobywa pieniądze niż nawet 10 lat temu), ale musimy czy też będziemy musieli się trzymać z daleka od wszelkich decyzji programowych i reprezentacyjnych. Musimy też zaakceptować, że nowi nie będą pamiętali o naszych dokonaniach, bo one nic ich nie obchodzą. Nie będą mieli skrupułów, jeżeli przyjdzie im skorzystać i zabrać sobie to, co my przedtem żmudnie budowaliśmy, i nawet jeśli sami tego nie zrobią, nie zaprotestują, gdy media przystroją ich w cudze piórka. Nasze piórka. Również to będzie trzeba przełknąć, próbując robić coś razem z nowymi.

A mimo to uważam, że jesteśmy związani ze sobą, my – starzy, i wy – młodzi, bardziej niż się to nam i wam wydaje. To, że możecie funkcjonować w Niemczech jako kosmopolici i Europejczycy, jako grupa otwarta, tolerancyjna i akceptowana, jest oczywiście wynikiem wielkiej polityki, ale wielka polityka składa się z małych kroków.

A te małe kroki wykonywaliśmy my. Gdy 30 lat temu pojawiliśmy się w Berlinie, po pierwszym okresie cmokania z zachwytu nad „bohaterskimi Polakami”, bardzo szybko pokazano nam miejsce, w którym mamy się ulokować. Polacy na budowie, Polki jako sprzątaczki. Nielegalnie i było to zaprogramowane. Zaprogramowano też to, że zjawiskom nielegalnym towarzyszyły w pełni kryminalne – nielegalna prostytucja, handel żywym towarem, złodziejstwo…

Społeczeństwo niemieckie od czasów Bismarcka nie lubiło Polaków, teraz, skonfrontowane z kryminałem, nie lubiło ich jeszcze bardziej, czemu w codziennym obcowaniu bez zahamowań dawało wyraz. Stara emigracja dobrze pamięta upokarzającą stygmatyzację, dyskryminację, niemieckie myślenie stereotypami z czasów Hakaty. W latach 80 i 90 bycie Polakiem w Berlinie naprawdę było nieprzyjemne i ciężkie.

Byliśmy niewygodni. Potrzebni, tak, ale niewygodni. To dlatego dbaliśmy o to, żeby nie było nas widać. Polacy, których widzieli berlińczycy, to nie byliśmy my. To byli przyjezdni. Jakaś straszna polska żulia, bandy złodziejaszków, potem jeszcze handlarze, którzy na pustych placach organizowali „polskie targi” i wreszcie pociągi pełne polskich sprzątaczek. To też byli i są Polacy w Berlinie, ale to nie my.

My w zbiorowym wysiłku, choć wcale się nie umawialiśmy, że tak właśnie będziemy postępować, przez dziesięć lat wydobywaliśmy się z życia sprzątaczek i nielegalnych robotników budowlanych, uczyliśmy się języka, szliśmy do pracy, urządzaliśmy mieszkania. I zaczęliśmy mówić swoim głosem. Nagle, w dziesięć, piętnaście lat po przyjeździe zaczęliśmy tworzyć teatry, otwierać galerie, zakładać sklepy. Już nie odcinaliśmy kuponów solidarnościowych i nie budowaliśmy etnicznej odrębności. W wielokulturowym Berlinie kreowaliśmy nowoczesną polską ofertę kulturalną, wcale nie tylko dla siebie, ale i dla naszego miasta. Nasze dzieci uczyły się polskiego, ale były super uczniami w niemieckich szkołach. Nagle staliśmy się „pieszczoszkami” społeczeństwa przyjmującego, które pojęło, że nie udała mu się wizja multi-kulti. Ale my się udaliśmy! O własnych siłach wydobyliśmy się z dna, staliśmy się klasą średnią. Możemy jak równy z równym rozmawiać z każdym, kogo interesuje Berlin. Mamy swój honor i dumę. I tak jest dobrze.

Walczyliśmy zębami i pazurami, ale też uśmiechem, pracowitością i ambicją o to, żeby zaczęto w nas widzieć Europejczyków. Gdy Wy tu przyjechaliście, myśmy już dla Was ciężką pracą przygotowali miejsce, gdzie mogliście i możecie żyć jak Europejczycy.

Nie musicie być wdzięczni, ale może postarajcie się pamiętać o tym.

Ale ta symbioza Starego i Nowego ma też drugą stronę. Zajęliśmy się walką o naszą pozycję społeczną, zatraciliśmy gdzieś na trasie ducha swobody i wolności, staliśmy się ciężkim, nudnym, zapiekłym w swarach, konserwatywnym światkiem, i już bardzo było nam potrzebne, żeby przyszedł ktoś, kto nam pomoże to wszystko przewietrzyć, przesiać, odcedzić, kto nam przypomni, że i my kiedyś ponad wszystko ceniliśmy wolność. Kto pozwoli oderwać się od komunałów i polecieć…

I na zakończenie uwaga o tym, kim my właściwie jesteśmy? Nie dla nas samych, tylko dla obu naszych krajów – tego, z którego wyszliśmy i tego, w którym mieszkamy.

Więcej od nas oczekuje kraj, z którego wyszliśmy. Kraj w którym mieszkamy, chce przede wszystkim, byśmy nie sprawiali kłopotu.

Dla Polski natomiast w czasach niewoli byliśmy „skarbnicą” patriotyzmu, w czasach kryzysu ekonomicznego – i dla państwa i dla rodziny – byliśmy skarbonką. A my obie te funkcje łykaliśmy.

Po raz pierwszy dziś sami, a zawdzięczamy to nowej emigracji, patrzymy na siebie przez pryzmat nas samych. Zmieniło to też naszą funkcję.

Społeczeństwo niemieckie dojrzewa powoli do zrozumienia, że polscy Niemcy czy też niemieccy Polacy pełnią rolę pośredników między oboma państwami i kulturami. W Polsce brakuje jeszcze tej świadomości, ale wszystko przed nami…

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012

Wywiad

Wywiad przeprowadziła w roku 2006 Izabela Drozdowska-Broering do powstającej wtedy pracy doktorskiej pt. “Topografie spotkania. Młoda polska i niemiecka proza ‘pograniczy’ po 1989 roku”. Izabela obroniła doktorat wprawdzie już w 2008 roku, jednak przygotowania do publikacji książkowej pracy ruszyły pełną parą dopiero teraz. I teraz przysłała mi go do autoryzacji. Przeczytałam i przyznam, że zdziwiłam się. Nie pamiętałam w ogóle, co mówiłam, nie pamiętałam w ogóle o całej sprawie, aż tu nagle przyszedł tekst, którego w ogóle nie trzeba się wstydzić. Taki “wywiad w ogóle”.

–          Chciałabym spytać o okoliczności powstania działającego w Polsce i w Niemczech Towarzystwa „WIR”. Szczególnie interesuje mnie, czym kierowali się Państwo zakładając towarzystwo?

–         Generalnie założenie było takie, że było nas kilka osób piszących, które się znały czy poznały i chcieliśmy wspólnie wydać, jak to się na początku nazywało, „broszurkę” z naszymi tekstami po to, żeby pokazać, że istniejemy. Wtedy, to był początek lat dziewięćdziesiątych, wszystko kojarzyło się z tymi, którzy pracowali na czarno. Nie z „Solidarnością”. Nikt nie traktował nas jako uciekinierów politycznych, tylko uważało się, że te wielkie grupy ludzi, które tu przyjechały, ewentualnie korzystają z plakietki „Solidarność”, ale tak naprawdę to są ludzie, którzy próbują sobie urządzić życie, po części pracując na czarno. Już wtedy się zaczęły problemy z handlem, z kradzieżami samochodów, a grupa polska, zwłaszcza ta świeżo napływająca, miała bardzo złą opinię. Jednak na pewno nie można powiedzieć, żeby to był główny motyw. Głównym motywem było dla nas to, że znalazło się parę osób, głównie zresztą kobiet, które piszą, które chciałyby pokazać, że istnieją. Ale była w tym również myśl, żeby pokazać, że ta grupa polska to nie tylko ci, którzy nam robią złą opinię, tylko, że są tam też inni ludzie, między innymi również osoby piszące. Na początku wydawało nam się, że wydamy jeden mały zeszycik, czy małą broszurkę, żeby była dokumentacja, tego, że istniejemy, i że będzie to tylko literatura kobieca, bo tylko kobiety się wtedy spotkały. Ale potem okazało się, że jedna z tych piszących kobiet przyprowadziła na pierwsze zebranie mężczyznę (było to potem komentowane przez różne niemieckie feministki, że one by się w życiu na to nie zgodziły). Był to Piotr Lachmann, pisarz pochodzący z rodziny niemieckiej, ale mieszkający w Polsce. W związku z tym, że pojawił się już przy zakładaniu grupy, stwierdziłyśmy, że nie będzie to w takim razie grupa kobieca tylko mieszana. Potem doszliśmy do tego, że skoro mamy wydawać broszurkę, to lepiej wydajmy coś, co będzie wyglądało. Następnie pomyśleliśmy, to jeśli ma już to wyglądać, to może wydawajmy to seryjnie, bo samo określenie do niczego nas nie zobowiązuje: albo będziemy to wydawać albo nie, albo będziemy mieli siły, pieniądze, czas albo nie. I tak właściwie z pomysłu, że wydamy kobiecą broszurkę narodził się „WIR”. Do rejestracji stowarzyszenia doszło po paru miesiącach – myśmy się spotkali w lutym 1994 roku, a rejestracja była 21 września 1994 roku. W tym czasie zaczęliśmy szukać pieniędzy jak i tematów, i ludzi do pracy.

–          Po niemieckiej stronie jednym z założeń było poprawienie wspomnianego po części fałszywego i zdecydowanie negatywnego obrazu Polaków. A jak wyglądało to po stronie polskiej?

–         Polaków to mniej interesowało niż Niemców i niż Polaków mieszkających w Niemczech. Główne zainteresowanie przez wiele lat było ze strony ambasady polskiej – ambasadzie na tym zależało, żeby poprawiać wizerunek, a myśmy byli wtedy jedyną taką organizacją, która wypowiadała się na temat kultury w imieniu Polaków mieszkających w Berlinie, tych Polaków, którzy napłynęli w fazie posolidarnościowej. Teraz jest tutaj tak dużo rozmaitych instytucji i organizacji, że trudno sobie wyobrazić, jak to wtedy było. Z jednej strony było nam bardzo trudno, bo byliśmy pierwsi – przedtem istniały dwa periodyki, ale oba przestały istnieć – Archipelag i Pogląd. Gdyby wtedy jeszcze istniały, prawdopodobnie nie podjęlibyśmy decyzji o działalności. Pogląd miał profil antykomunistyczno-polityczny, ale zajmował się też kulturą, Archipelag był natomiast stworzony na wzór Zeszytów Literackich – była to głównie literatura i mały procent tekstów socjologiczno-politycznych. Jak wspomniałam, naszą działalnością interesowali się głównie Niemcy, bo zawsze istnieje grupa tak zwanych „dobrych Niemców”, którzy się nami interesują, a z drugiej strony Ambasada, Konsulat RP. Dlatego prezentację pierwszego numeru czasopisma zorganizowała nam Ambasada. Oczywiście dodało nam to splendoru. Na promocję pierwszego numeru przyszło kilkaset osób. Nie spodziewaliśmy się, że będzie to tak duże wydarzenie. Ambasada też się tego nie spodziewała – zabrakło krzeseł, skończyły się bigos i wódka…

–          Jak Pani wspomniała, obecna sytuacja znacznie różni się od okresu, w którym powstawał „WIR”. Szczególnie Berlin wydaje się być zagłębiem różnych ośrodków kulturalnych, związków, inicjatyw. Jak odbiera Pani chociażby działalność „Klubu Polskich Nieudaczników”?

–         Wolałabym nie wypowiadać się na temat innych instytucji, chociaż ogólnie mogę powiedzieć, że im więcej nas jest, tym nam jest trudniej o pieniądze i o publiczność, ale z drugiej strony im więcej nas jest, tym jesteśmy silniejsi. W związku z tym każdą taką inicjatywę uważam za bardzo dobrą. Nawet, jeśli istnieją ośrodki o tym samym lub podobnym profilu, to ludzie, którzy daną rzecz robią, nadają jej własne piętno. Czyli nawet, jeżeli istnieją dwie galerie polskie, trzy czasopisma, jedno wydawnictwo i pięć klubów, to nadal będą to różne instytucje, a jednocześnie wszystkie będą mówiły: ci Polacy, którzy tutaj są, coś robią, coś sobą reprezentują. Im szersza paleta ofert, tym więcej różnych grup zainteresowań jesteśmy w stanie dosięgnąć. Uważam, że to bardzo istotne, niezależnie od tego, czy wszystko, co dane redakcje czy dane kluby, czy galerie robią mi osobiście jako Ewie Marii Slaskiej, jako osobie się podoba czy nie. Jako szefowej „WIR-u” podoba mi się wszystko, bo przez to jesteśmy silni. Jest tu nas dużo i powinniśmy być szeroko reprezentowani.

–          Jeśli spojrzy się na niektóre publikacje członków „Klubu Nieudaczników”, rzuca się w oczy ich prześmiewczy charakter, niekiedy absurdalne poczucie humoru. Śmieją się oni z siebie samych jako Polaków i grają cały czas ze stereotypami, które o Polakach krążą. Czy śmiech może być potencjałem obalającym mury i uprzedzenia?

–         Wszystko może być takim potencjałem. Polskie piwo, polskie imprezy, polski śmiech, polska żałoba, polski płacz – wszystko jedno. Każda rzecz, która dociera do publiczności, może obalić część uprzedzeń. Dlatego mówię, że im więcej tego jest, tym lepiej. Oczywiście poczucie humoru, prześmiewczość, groteska jest bardzo dobra, ale z drugiej strony, jeżeli człowiek oprze się tylko na tym, jeżeli dziesięciu ludzi przez dziesięć lat robi to samo, opiera się na tym samym rodzaju gry ze stereotypami, to w pewnym momencie przestaje to działać. Ale powiedziałabym, że są to już indywidualne decyzje osób piszących jak i „Klubu Nieudaczników”, sponsora, wydawcy, mecenasa, czy patrona takiej grupy. To jest grupa bardzo męska, powiedziałabym też, przez to bardzo jednotorowa. To są bardzo interesujące teksty. Dwa lata temu organizowałam „Dzień słowa polskiego” w Instytucie Polskim w ramach Międzynarodowego Festiwalu Literatury, udało mi się praktycznie zaprosić wszystkich, oprócz dwóch osób. Wiem, że z jednej strony to bardzo się podobało, co ludzie z tej grupy czytali, ale z drugiej strony, ja osobiście miałam takie poczucie, że jak wychodzi czwarta osoba, która czyta coś w tym samym stylu, to przestaje to już bawić.

–          Powracając do „WIR-u” – byliście Państwo współorganizatorem „Statku Poetów”. Czy braliście Państwo udział we wszystkich edycjach?

–         „Statek Poetów” był organizowany pięć razy i ja osobiście brałam we wszystkich tych imprezach udział, natomiast udział „WIR-u” jako organizacji wzrastał z edycji na edycję i ostatni „Statek Poetów” zorganizowaliśmy sami.

–          To było w 1999 roku?

–         Tak, w ’99.

–          Jak ocenia Pani rozwój tej imprezy, jak zmieniała się ona z biegiem lat?

–         Weszliśmy w strukturę, która już była ustalona i ta struktura była dziełem dwojga ludzi, dwojga Niemców, Hansa Häuslera – pisarza i grafika i jego żony Sigrid Pohl-Häusler. Oni to organizowali najpierw w ramach Nowego Towarzystwa Literackiego – Neue Gesellschaft für Literatur, a potem jakby dokooptowali „WIR”. Następnie NGL się wycofało a „WIR” został. Wiązało się to poniekąd z tym, że jak z każdą rzeczą i tutaj przy „Statku Poetów” z roku na rok było trudniejsze finansowanie. To powiedziałam już w sprawie „WIR-u”; jak byliśmy sami, to mieliśmy trudno, ale mieliśmy też łatwo, bo na przykład pierwsze pieniądze na wydanie naszych gazet, naszych pierwszych numerów, dostaliśmy prawie że bez wysiłku, no po prostu byliśmy jedyni i dostawaliśmy pieniądze. A potem im więcej jest organizacji, tym mniej się tych pieniędzy dostaje, tym trudniej jest o te pieniądze, tym więcej trzeba składać podań, żeby w ogóle cokolwiek dostać, a takich sum, jakie myśmy na początku dostawali na jeden numer i za to byliśmy w stanie wydać trzy numery, to po prostu już teraz nie ma. Albo są, ale wtedy trzeba mieć już jakieś wyjątkowe dojścia. Ale to jest pewien proces, który jest ogólnospołeczny. On się nie wiąże z jakością Statku Literackiego, czy z jakością „WIR-u”, czy czegokolwiek innego, tylko takie są prawa marketingowe. Jak coś jest nowe, to wszyscy to kupują i mogą to kupić drogo. Potem to musi tanieć, potem się pojawiają konkurenci, ale jeszcze dbający o jakość. A potem się pojawiają już wszyscy i proponują, nie wiem, zarówno hulajnogę jak i cukierki, jak festiwal literacki. Za produkcję czegoś takiego biorą się ludzie w szopach i innych piwnicach, robią to bardzo szybko i tanio i biorą na to pieniądze, albo sprzedają te swoje cukierki, wszystko jedno. Cukierki się sprzedaje po produkcji, a podanie na organizację festiwalu składa się przed produkcją, tym niemniej proces jest taki sam. W pewnym momencie rzecz albo się stabilizuje na rynku, na poziomie ceny średniej i kiedyś wyrzuca tę tanią konkurencję, albo znika. I ze „Statkiem Poetów” tak było, że po prostu zniknął. Myśmy przeszli przez cały proces marketingowy od nowości i „ach, jak super” po „ach, teraz to wszyscy to robią, dlaczego mamy wam dawać pieniądze”.

–          Szczególnie chodzi mi tutaj o uczestników, czy o formę samego statku.
O reakcje publiczności po obu stronach.

–         To było jako koncepcja znakomite. To było znakomite, bo poniekąd szukano wprawdzie dużych nazwisk, ale brało też udział dużo normalnych, mało znanych poetów, a statek zawijał też do małych miasteczek i wiosek. Bardzo często byliśmy w stanie zdobyć dużą publiczność, choć często to były bardzo małe imprezy. Ale za to obejmujące wszystkich mieszkańców danej wioski. W takim razie trudno powiedzieć, czy jeżeli przyszło sto osób, z takiej wioski na przykład jak Moryń, na imprezę, gdzie wystąpiło dwóch poetów przywiezionych z Berlina, jeden wysłany z Polski i dwóch lokalnych, to jak przyszło sto osób z wioski, która liczy 150 mieszkańców, to było to dużo czy mało. To było bardzo dużo. To tak, jakby w Berlinie przyszły trzy miliony.

–          Czy różniło się przyjęcie poetów po stronie polskiej i niemieckiej?

–         W małych miejscowościach nie. Te małe miejscowości, nawet bardziej powiedziałabym po stronie niemieckiej, były tak wygłodniałe, tak zainteresowane, tak szukały jakiegoś kontaktu i tak żyły tym, że teraz tam, po drugiej stronie Odry jest sąsiad, z którym się normalnie będziemy mogli kontaktować, poznawać go. Moim zdaniem reakcja była taka sama po obu stronach, i to bardzo dobra, ciepła i z dużą ilością zainteresowania. Tam nie potrzeba było wielkich nazwisk, bo tym ludziom i tak te wielkie nazwiska mało mówiły, one tylko mówiły coś tym, którzy dawali nam pieniądze. Ale w wiosce Neuzelle albo w wiosce Moryń, tam gdzie przyjechał Stasiuk albo Tanja Dückers, te nazwiska nikomu nic nie mówiły. Przyjechali pisarze i możemy ich dotknąć, możemy ich posłuchać, możemy z nimi porozmawiać. To było ważne i to bardzo mi się podobało.

–          Tak zachowywała się publiczność, a jeżeli chodzi o same kontakty między pisarzami? Przypuszczam, że takie było jedno z założeń, żeby również oni nawiązali między sobą kontakt.

–         To jest bardzo różnie, muszę powiedzieć, że nawet tam, gdzie głównym celem jest integracja pisarzy, może się to nie udać, ponieważ wbrew temu, czego byśmy chcieli, czyli chcielibyśmy, żeby się ludy, narody i grupy integrowały, to każdy ma tendencję, żeby przebywać w swojej grupie, bo tak jest wygodniej. Wygodniej jest ze względu na język, przyzwyczajenia. Nawiązuje się łatwiej kontakt nie tylko na poziomie dosłownym, ale też, jeśli chodzi o aluzje, odnośniki, dowcipy.

–          Chodzi o inne zaplecze kulturowe?

–         Tak jest. Ono nie jest ani lepsze ani gorsze, po prostu jest inne. Ma to teraz nawet socjologiczne uzasadnienie. W Stanach Zjednoczonych powstała już teza, że nie ma sensu przeciwstawiać się gettoizacji kulturowej, na przykład w miastach, ponieważ powoduje to wprawdzie izolację od poszczególnych grup, ale pozwala zmniejszyć ilość konfliktów. Nie musi się mieszkać obok sąsiada, którego się w gruncie rzeczy nienawidzi. Ujęłam to bardzo brutalnie i krótko. Oczywiście są to dwie tendencje i my wszyscy mamy oczywiście nadzieję, że zwycięży tendencja zmierzająca do likwidacji gett, ale nie wiemy tego tak do końca. W związku z tym mogę powiedzieć, że to znowu jest bardzo indywidualna sprawa. Czasem wychodzą z tego piękne rzeczy łącznie z romansami, miłościami i ślubem, bo myśmy nawet ślub organizowali i to dla uczestników statku: pisarki z Polski i pisarza i piosenkarza z Niemiec, którzy poznali się na jednym statku, a na następnym brali ślub. Po części uroczystość odbywała się na moście pomiędzy Słubicami a Frankfurtem. Ale jak powiedziałam, w takich kontaktach możemy się spodziewać wszystkiego – od miłości, poprzez fajne kontakty towarzyskie, poprzez jakieś pomysły wspólnych projektów, po niechęć a nawet wrogość czy nienawiść.

–          Bodajże po pierwszej edycji imprezy przeczytałam w „Börsenblatt für den deutschen Buchhandel” artykuł, gdzie jedna z niemieckich uczestniczek, pisarka, wypowiadała się na temat imprezy bardzo negatywnie, twierdząc między innymi, że nadal istnieją przepaści kulturowe, a Europa kończy się na Odrze.

–         Myśmy mieli więcej takich doświadczeń. Pewnie dlatego że Hans Häusler jak i jego żona, i ja mamy bardzo demokratyczne spojrzenie na świat, to na przykład, jak mieliśmy imprezy, a po imprezach odbywały się uroczystości, kolacje, przyjęcia, zawsze zabieraliśmy naszych kierowców, czy to byli kierowcy niemieccy, czy polscy. To zostało skrytykowane przez dziennikarza niemieckiego, piszącego dla „taz-a”, który stwierdził, że zamiast gromadzić razem tylko pisarzy, organizatorzy zawsze brali ze sobą kierowców. Ja uważałam, że jest to poniżej godności pisarza, pozwolić na to, żeby kierowca siedział w samochodzie i czekał. Integracja jako hasło słabo funkcjonowała. Przez ostatnie 20 lat mało kto zajmował się integracją, każdy robił coś dla siebie. Takich instytucji jak „WIR”, jak „Statek Poetów”, które od razu powiedziały, my chcemy polsko-niemieckiej imprezy, było początkowo bardzo mało. Przy czym powiedziałabym, że integracja dotyczy nie tylko spraw polsko-niemieckich, ale również paru innych wymiarów. Ale w pewnym momencie to słowo się pojawiło i zaczęło wypierać ulubione słowo lat 90 czyli „multi-kulti”. Teraz wiadomo, że to nie o to chodzi, żeby każdy tańczył swojego krakowiaka, niech sobie tańczy jak chce, ale to jest już przebrzmiała idea, przebrzmiały model współżycia między kulturami. Co jest potrzebne, to pielęgnowanie swojego języka ojczystego, bo to wzbogaca i pomaga chociażby uczyć się innych języków. Języki są potrzebne. Natomiast wszystkie inne zjawiska kulturowe, niech każdy pielęgnuje jak chce, ale to, co powinno nas interesować, to kontakt z tym drugim społeczeństwem. Integracja pojawiła się teraz jako słowo, ale oczywiście jest łatwiej mówić o tym teoretycznie i abstrakcyjnie, a znacznie trudniej realizować to na miejscu, gdzie na przykład Polak pije za dużo wódki – bo to były także takie problemy, kiedy Polacy się upili i zrobili sobie ognisko nad wodą i wrzeszczeli, śpiewali pijackie piosenki i słychać było po obu stronach Odry. Ale to przeszkadzało nie tylko Niemcom, to przeszkadzało również nam. To nie są tylko różnice kulturowe, to są też różnice ekonomiczne. Te wszystkie elementy, czy chcemy je brać pod uwagę, czy nie, powodują, że integracja jest rzeczą trudną. Ale z drugiej strony jest możliwa.

–          Czyli dialog jest bardzo trudny już przy bezpośrednim kontakcie, na płaszczyźnie międzyludzkiej.

–         Tak, ale tylko tam możemy tak naprawdę ten dialog uzyskać.

–          Czy istnieje w takim razie coś takiego jak dialog literacki?

–         Pisarze nie tylko komunikują się ze sobą, tłumaczą sobie na wzajem rzeczy, ale również widziałam to w tekstach, które oni piszą. Po stronie polskiej było w nich więcej opisów przyrody, Boga, matki, rodziny i miłości. Po stronie niemieckiej było więcej twardego „ja” i krytycznego spojrzenia na siebie i to, co nas otacza. „Statek Poetów” trwał pięć lat, a „WIR” istnieje od dwunastu lat i po niektórych tekstach można zauważyć, że polskie teksty stają się mniej religijne, mniej sentymentalne, znika trochę chmur z nieba, jest trochę mniej wiatru i liści, które ten wiatr miota po chodniku, ale one pojawiają się u Niemców. Powiedziałabym, że jest to bardzo piękne nawet jako metafora, że te spojrzenia się „przewiały”. I to jest może to, co miałam na myśli mówiąc o stylu „Nieudaczników”, że gdyby oni się otworzyli na inne grupy, chociażby na kobiety, to byłyby tam pewne przepływy, bo nie chodzi o to, żeby pojawiły się kobiety, które próbują pisać jak ci faceci.

–          Zakładając, że istnieje dialog polsko-niemiecki na polu literatury, chciałabym się odnieść do Klausa Bachmanna, dziennikarza niemieckiego, który ukuł pojęcie „kiczu pojednania”.

–         Wszystko ma kicz, wszystkie rzeczy mają w sobie kicz.

–          Czy ten kicz jest potrzebny?

–         Nie, to jest inaczej. To znowu jest pewien proces, to jest proces społeczny. Jak pewne pomysły wychodzą od pojedynczych zapaleńców, chociażby jak grupy Niemców, którzy w roku ’46 postanowili pojechać do Oświęcimia i tam pomagać w przygotowywaniu ekspozycji muzealnej. Tak się każdy pomysł zaczyna, potem trzeba mu nadać pewnego rodzaju strukturę i pewnego rodzaju nazwę, chociażby dlatego, że takie są wymogi formalne, kiedy chce się uzyskać pieniądze na daną rzecz. Potem ta struktura zaczyna się rozrastać. Żeby ją sfinansować, trzeba gdzieś składać uzasadnienia, co teraz nazywa się podaniem. Wtedy następuje taki etap, kiedy pewne słowa, czy pewne kalki językowe są bardzo potrzebne. Bo każdy decydent, który nie był osobiście zainteresowany jeżdżeniem do Oświęcimia i grabieniem alejek wokół krematorium, musi jednak zrozumieć, o co chodzi. I to dla niego tworzy się te sformułowania. One nie powstają dla ludzi naprawdę zaangażowanych, tylko na potrzeby urzędników decydujących o pieniądzach, o lokalach i na potrzeby prasy. Tam dociera się do ludzi, którzy muszą dostać łatwo strawne, przyswajalne rzeczy. Te sformułowania zaczynają się usamodzielniać, obrastają pewną retoryką, i w pewnym momencie zarówno ci ludzie, którzy pojechali po raz pierwszy do Oświęcimia, jak ci, którzy nie chcą już jeździć do Oświęcimia, bo już nie mogą wytrzymać tego natłoku pewnych sformułowań, zaczynają szukać nowych wyrazów, i tak się dzieje z każdą ideą. Czy to jest jedno słowo, czy cała koncepcja intelektualna, to jest wszystko jedno. Zaczyna się od bardzo dobrej intencji, potem to rośnie, staje się powszechne, traci siłę, traci na znaczeniu i można to wyśmiać. I dlatego żaden Klaus Bachmann nie odważyłby się nazwać w ’47 roku akcji „Sühnezeichen” kiczem. Natomiast w roku ’70, wszystko, co się tworzyło wokół pojednania, było już nie do wytrzymania. Właściwie dlatego że się zdeprecjonowało, rozmyło, weszło na usta tych wszystkich, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Straciło siłę, straciło nośność. To tak, jak z „multikulturelle Gesellschaft” – kiedy to wymyślono, to to nie był kicz. Integracja też się stanie kiczem. Na razie wszyscy się tak przerazili tym, co się może zdarzyć, po Madrycie i po Londynie, bo nawet nie po 11 września, że jeżeli pozwolimy tym, którzy tu mieszkają, popaść w getta, to oni zabiją wszystkich, nawet się nie obejrzymy. Póki problemem integracji interesują się politycy ze strachu, to jeszcze nikt nie powie, że to jest kicz, ale za chwilę tak się stanie.

–          Innym z często używanych ostatnio terminów są tak zwane miejsca pamięci. Wszyscy szukają miejsc pamięci, czy to w Niemczech, czy we Francji. Szuka się również wspólnych polsko-niemieckich miejsc pamięci. Czy możliwe jest, żeby w jakimś umownym miejscu pamięć dwóch narodów była symetryczna?

–         Myślę, że w Gnieźnie – Otto III i Bolesław Chrobry. Wtedy było to możliwe, tylko, że Otton III niedługo po tym umarł. Myślę, że po pierwsze jest to bardzo rzadkie, ale nie należy ustawać w poszukiwaniach. Jeśli jest to możliwe, to proszę bardzo. Jeśli znajdziemy takie postaci lub miejsca, to dbajmy o nie. Ja również nie mam nic przeciw temu, żeby dbać o te niesymetryczne miejsca pamięci. Chociaż jako Ewa Maria Slaska powiedziałabym, że mnie to mniej interesuje, bardziej interesuje mnie dialog polsko-niemiecki, na przykład nad grobami czy popiołami. Ale te rzeczy są nierówne, prawdopodobnie dopóki Niemcy są silne, a Polska słaba, to nigdy nie będą równo rozłożone.

–          Czy w takim razie zainteresowanie drugim narodem i kulturą ma podłoże ekonomiczne?

–         Wszystko ma podłoże ekonomiczne. Wydaje mi się, że oprócz tych rzeczy, o których cały czas mówię, gdzie jest albo jednostka, którą coś pociągnęło, zapaliło, poruszyło, albo pojawiła się miłość, lub chociażby wielka przyjaźń, wszystko inne, powiedziałabym, że nie jest nasze, indywidualne, nie jest z serca. Wszystko inne musi mieć podłoże ekonomiczne. Nawet jak na początku nie ma, to potem musi. My jako ludzie zajmujący się kulturą możemy zadawać pytania, czy to sobie, czy innym. Na przykład Niemcy, nie jestem w stanie ocenić ile, ale na pewno dają pieniądze na utrzymanie Oświęcimia, jako muzeum. Czy dają pośrednio, czy bezpośrednio, czy sami, czy na podstawie umów i traktatów, trudno mi powiedzieć, nie mam pojęcia. Ja jestem ostatnią osobą, która by powiedziała, że nie należy dawać na to pieniędzy. Ale z drugiej strony jestem zainteresowana głównie dwoma sprawami – kulturą i sprawami społecznymi. Jeśli jest za mało tych pieniędzy, to powiedziałabym: może przestańcie dawać na Oświęcim, a dajcie na slawistykę w Berlinie.

–          Jest Pani zdania, że bardziej należy obrać kurs na przyszłość?

–         Tak, zdecydowanie. Co nie znaczy, że chcę powiedzieć, że należy zapomnieć o przeszłości. Oczywiście, jeśli nie będziemy tych miejsc pamięci z przeszłości ożywiać stałym dopływem idei a zatem pieniędzy, to zastygną w coś takiego, co już niczemu nie będzie służyło. Prawdopodobnie należy też temu przeciwdziałać. Tym niemniej ja osobiście, przerażona tym, że jak pani to opublikuje, to zostanę skrytykowana ze wszystkich możliwych stron, powiem szczerze i uczciwie: jeżeli jest to kwestią wyboru, to należy dawać pieniądze na to, co gwarantuje porozumienie w przyszłości. Na germanistykę w Polsce i na slawistykę czy polonistykę w Niemczech.

–          Uprzedziła Pani w pewien sposób moje następne pytanie, bo chciałam się spytać, czy przeszłość jako taka, szczególnie w kontekście polsko-niemieckim, także ta nasza wspólna bolesna przeszłość, może być mimo wszystko szansą na nawiązanie dialogu.

–         Kiedyś myślę, że tak. Kiedyś to było tak, że na pewno ta świeża przeszłość odgrywała tak wielką rolę, w tym, że ludzie, większe lub mniejsze grupy, czasem pojedyncze osoby, a czasem Episkopat Polski, podejmowali decyzję, że wyciągniemy rękę. I wtedy ból tej przeszłości, tragedia, niewyobrażalna tragedia tej przeszłości, która nad nami ciążyła, była niezwykle ważnym, intensywnym motorem działań pojednawczych, a zatem działań, które dziś mogłyby prowadzić czy doprowadziły do tego, że możemy mówić o integracji europejskiej, czy to polsko-niemieckiej, czy europejskiej. Przeszłość na pewno uczy i nie można jej pominąć. Widzimy, jak wygląda bez niej płytkie dziennikarstwo, polityka i szkolnictwo, które nie opiera się na ciągłości tradycji. I to na rzeczywistej ciągłości, a nie, że musimy to i to odhaczyć. Bez przeszłości staje się to wszystko martwe i płytkie i nie ma się do czego odwoływać. Ja czasem patrzę na dziennikarzy niemieckich, którzy nie znają własnej niemieckiej tradycji, nie mówiąc już o europejskiej, albo wschodnioeuropejskiej. I myślę sobie, że to niemożliwe, żebyś ty dziennikarzu miał 35 lat i nie wiedział, że Walter Benjamin był waszym filozofem i lingwistą przed wojną i zginął śmiercią samobójczą po ucieczce z Niemiec. Jest niemożliwe, żebyś ty publicznie mówił, że ten facet umarł w latach 70, bo wtedy jego książki odkryto na nowo. Tradycja jest moim zdaniem niezwykle ważna, bo inaczej sprowadzimy całą kulturę do poziomu call-center i supermarketu. Mówię to po studiach archeologicznych i historia jest jedną z rzeczy, która mnie wybitnie interesuje, może najbardziej obok tradycji społeczno-kulturowej Europy. Niemniej jednak nie możemy oglądać się tylko do tyłu, tylko na to, co było. Ważne elementy, to kształcenie i praca. Jeżeli damy młodym ludziom odpowiednią motywację i obietnicę, że będą potem mogli pracować, a zatem normalnie żyć, czyli, motywacja się opłaca, to możemy im spokojnie zafundować również sporą porcję tradycji i historii i nic im od tego nie będzie, nie będą się przed tym bronili. Natomiast, jak im nic nie dajemy na przyszłość, to przeszłość ich też nie interesuje.

–          Jeśli chodzi o literaturę, to biorąc pod uwagę prozę polską i niemiecką wydaną po ’89 roku, bo ta najbardziej mnie interesuje, jeśli młodzi niemieccy pisarze podejmują wątki polskie, to mimo wieku jako odnośnik głównie wybierają II wojnę światową i losy swoich rodzin pochodzących czy to z Prus Wschodnich, czy ze Śląska. Wydaje mi się to jednostronne: mianowicie, że wspomniani pisarze szukają w Polsce siebie, a nie Polaków. Czy Pani również ma takie wrażenie?

–         Na pewno. Oprócz takiego trendu literackiego, który jest oczywiście najsilniejszy, istnieje jeszcze trend literacko-publicystyczny, polegający na tym, że ja – Niemiec nie mający nic wspólnego z Polską jadę do Polski, żeby ją odkryć. Dla siebie, ale również dla moich czytelników i dla mojego narodu, bo tak to trzeba odbierać. Bardzo często są to teksty takie jak…

–          Może Michael Zeller?

–         Tak, Michael Zeller na przykład. Przy czym Zeller jest bardzo otwartym pisarzem. Widoczny jest u niego pewien protekcjonizm, ale jest on czytelny dla takich osób jak my, które wiedzą, że taki protekcjonizm istnieje. Natomiast myślę, że normalny czytelnik tak tego nie odbiera, ani polski, ani niemiecki. Natomiast czasami są to rzeczy wręcz dramatyczne. Najbardziej typowym przykładem takiej literatury byłby, to jest akurat Austriak, a nie Niemiec, Retho Henny. On napisał książkę (tytuł brzmiał chyba Chodzenie po dnie mojej czaszki), w której jedzie do Polski i zabiera ze sobą jedynie zachodnioeuropejskie problemy. Czyli albo oni tam jadą i traktują nas jak Zulusów, i im to pisarstwo jest lepsze, a autorzy inteligentniejsi, tym bardziej jest to ukryte, oczywiście. Jak mówię, Zeller jest najlepszym przykładem na to, że to można tak ukryć, że tego już prawie nie ma. Może on też nie ma takiej cechy, tylko wyrósł z takiego nurtu. W drugim przypadku pisarze zabierają swoje problemy ze sobą.

–          Może jest to typowe dla fali pisarzy-stypendystów. Zeller też dostaje jedno stypendium za drugim. Tanja Dückers tak samo.

–         Ale u Tanji Dückers i u Zellera – akurat ja ich oboje znam trochę lepiej – wiem, że u nich obojga, a na pewno u Tanji Dückers, to zainteresowanie było wcześniej. Również jej matka się tym interesuje. Teraz interesuje się tym również Tanja. O ile pamiętam z pierwszych rozmów z Zellerem, a znam go już tak długo, że nie pamiętam, jak to wszystko narastało, ale też mam wrażenie, że najpierw było to zainteresowanie, a potem zaczął dostawać stypendia. Tym niemniej są to stypendyści. Podobnie, jak wydania dwujęzyczne. To jest osobny problem. Wydania dwujęzyczne, czy to mieszanej literatury, czy Zielona Góra, Saksonia, Turyngia, zrobiły się modne. Niestety również przez takie wydawnictwa, jak „WIR”. Myśmy mieli ambicje, myśmy chcieli skonfrontować ludzi, którzy coś potrafią, mają coś do powiedzenia. Ale potem zaczęło się robić tak, że pieniądze na takie dwujęzyczne wydania w ramach różnych układów, podpisanych umów, czy też pewnych kalkulacji, zaczęły wchodzić w gestię urzędników. Urzędnicy województwa zielonogórskiego dają na dwujęzyczne propagowanie literatury zielonogórskiej. To jest skrót myślowy, ale to coś mówi. To mówi mianowicie, że w pewnym momencie przestaje chodzić o wartości i chodzi o miejsce: do głosu dochodzą różni ludzie, którzy może nie musieliby dojść do głosu. Obniża się wartość. Mało tego – wydania dwujęzyczne spowodowały coś, czego nikt z nas nie przewidział – co oznacza, że byliśmy idiotami. Spowodowały one to, że jeżeli po lewej stronie jest wiersz po polsku, a po prawej po niemiecku, to bierze się jakby taką maszynkę do kręcenia głową, jakby do oglądania meczu tenisowego czy ping-ponga i sprawdza się: aha – tu jest taki wyraz, a tu jest inny – to jest źle przetłumaczone. I naprawdę bardzo często myśmy nie byli w stanie wytłumaczyć, że coś ma prawo przejść do innej linijki, albo w ogóle ma się prawo użyć innego obrazu. To spowodowało potworne tłumaczenia, które się ukazały drukiem – mam tego całą kolekcję. Nikomu tego nie pokazuję, bo nikogo nie chcę obrażać. Mam całą kolekcję tłumaczeń, gdzie „Ferngespräch” został przetłumaczony jako „daleka rozmowa”, tłumaczenia słowo w słowo. To nawet w tłumaczeniach biurokratycznych i przemówieniach politycznych nie może funkcjonować, nie ma prawa funkcjonować w literaturze prozą, a na poziomie poezji to jest po prostu morderstwo, morderstwo z premedytacją na żywym ciele i to takie: odkroimy po kawałku, niech cię to boli przy każdej linijce. Tak że, jak twierdzę, dialog jest możliwy, natomiast upowszechnienie pewnych zjawisk stało się bardzo potrzebne, może było i jest nadal potrzebne. Ale moment, w którym straciliśmy czujność i przestaliśmy uważać, na to, co się robi, bo publikacje literackie, dbałość o tradycję, czy o kontakty literackie polsko-niemieckie przeszły w gestię urzędników, spowodował sporo krzywd i problemy z dialogiem. Ja się pokłóciłam z całą masą ludzi między innymi o takie rzeczy. Powiedziałam, że nie będę wydawała takich książek. Jak ja mam na takie rzeczy dostawać pieniądze, to „do widzenia”, to nic nie będę wydawała.

–          Jeżeli miałaby dokonać Pani przeglądu: co uważa Pani za największy sukces, za największe osiągnięcia „WIR-u” i innych organizacji i ugrupowań propagujących kulturę, a w szczególności literaturę polską na terenie Niemiec w ostatnich latach, a z drugiej strony, jakie zadania lub działania należałoby podjąć, żeby zmienić obraz Polski?

–         Na temat tej reszty nie będę się wypowiadała, bo nie mam pojęcia, a jeżeli chodzi o osiągnięcia „WIR-u”, to to, że dokonała się zmiana pokoleniowa. W momencie jak mój syn przyszedł do mnie ze swoimi kolegami-poetami i zapytał, czy nie zrobilibyśmy pierwszych warsztatów literackich, to było w cztery lata po założeniu „WIR-u“, czyli w 1998 roku, to poprowadziliśmy pierwsze warsztaty literackie i potem oni to zaczęli przejmować. Zaczęli przejmować warsztaty, zaczęli przejmować redakcję, zaczęli przejmować dobór tekstów – to była pierwsza faza. Druga faza zaczęła się wtedy, kiedy kilka lat temu Jacek Slaski i Ania Krenz przyszli i powiedzieli, że będą zakładali galerię, co przesunęło oczywiście ciężar z literatury na kulturę ogólnie, bo oni robią masę koncertów, performance i tak dalej, ale również wieczorów autorskich. Powiedziałabym, że trzeba to zmieniać: jeżeli założyliśmy nawet najbardziej świetną instytucję, mieliśmy super pomysł i pozwolimy mu trwać 20 lat bez zmiany, a co gorsza z tymi samymi ludźmi, to umarliśmy i nasza instytucja też umarła. Dlatego jestem bardzo zadowolona. Ludzie patrzą i mówią: wykopali cię, a ja mówię: nie, ja czekałam na to. Ja chciałam tego i ich sobie w pewien sposób wychowałam, żeby mnie „wykopali”. Trzeba tego pilnować, bo inaczej wszystkie instytucje się zestarzeją, i następne pokolenie jak przyjdzie, to opluje nas, bo język brutalnieje z pokolenia na pokolenie, i usłyszymy coś powiedzianego językiem Witkowskiego i Masłowskiej, jak: a co wy tu, starzy nieudacznicy, wy nie jesteście nieudacznikami, wy jesteście stabilizacją. Teraz tak to nie funkcjonuje, ale za parę lat może zacząć tak funkcjonować. Nie możemy tworzyć rzeczy dla siebie; nawet jak było to nasze ukochane dziecko, to ono musi dorosnąć i musi mieć swoje dzieci – musi się rozwijać. Powiedziałabym, że „WIR-owi” to się udało, nie oceniam natomiast innych instytucji.

Wywiad z marca 2013  z EMS.

Blog

Ewa Maria Slaska

Nowy blog

Jednak nie było wczoraj końca świata. Zaczynam zatem. Z niepokojem, bo mam już za sobą cztery blogi. A nawet pięć, choć ten piąty nie do końca spełnia wymagania blogu – nie jest bowiem zapisem na bieżąco.

Pierwszy był po niemiecku, nazywał się “Chinesen” i miał się stać zaczątkiem nowej książki. Z pomysłu nic nie wyszło, nawet nie wiem, dlaczego. Pewnie za dużo chciałam. Często mi się to zdarza.

Drugi był po polsku, dotyczył starzenia się i chyba też miał być zaczątkiem nowej książki. Z jakiegoś względu, którego dziś nie potrafię nawet odtworzyć, kiedyś w przypływie nagłej niechęci do siebie samej i swojego marudzenia, skasowałam ten blog, jak się okazało – bezpowrotnie. W zakamarkach komputera pozostały dwa lub trzy teksty, wyrwane z kontekstu i gołe.

Oba blogi ulokowane były na niemieckiej platformie “Blogspot”. “Starość” zniknęła, ale “Chińczycy” nawet trzymają się mocno i można sobie poczytać, że tak naprawdę o nic mi nie chodziło.

W roku 2011 przeniosłam się na polską platformę blox.pl, stworzyłam nowego bloga i ten był naprawdę ukochany. Nazywał się “Jak udusić kurę czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a (dziwnym trafem) nie wie”. Słowa “dziwnym trafem” są w nawiasie, bo tytuł był za długi i musiałam je usunąć, ale ten traf powinien tam być.

“Kurę” prowadziłam przez rok, zapraszając do współpracy różne osoby. Był to blog bardzo ambitny – miał być zarazem lekki, łatwy i przyjemny, interesujący i różnorodny, ale zarazem uczciwy, z głębszym sensem, pięknie pisany, a przede wszystkim miało w nim o coś chodzić. Jak się próbuję nad tym zastanowić, o co?, to nawet nie umiem tego nazwać. Czyli nie wiem, o co miało chodzić, ale gotowa byłam dać się pokrajać, żeby to coś uzyskać. I chyba się udało, bo blog “Jak udusić kurę…” nie istnieje już od ponad pół roku, a nadal ma kilkanaście tysięcy czytelników tygodniowo.

Na “Kurze…” dużo się działo. Były zagadki literackie czy szerzej kulturalne z nagrodami, były przepisy i porady dla (młodych) panien po trzydziestce, które nagle chciały się nauczyć, jak zrobić lasagne i dowiedzieć się, że Niepokalane Poczęcie nie dotyczy faktu, że Matka Boska była dziewicą. Było sporo poczucia humoru i zdrowej postmodernistycznej autoironii.

To mi się podobało, ale skoro już było tak, że był to blog, gdzie wiele osób miało coś do powiedzenia, to po roku działalności “Kury” zamknęłam ją w kurniku, a powołałam do życia platformę społecznościową “QRA czyli Nowa Kura, Kuchnia i Kultura”.

Uzgodniłam z moimi dotychczasowymi współautor(k)ami, kto się będzie zajmował redakcją i ze zdumieniem zauważyłam, że niby nic się nie zmieniło, a mimo to blog coraz bardziej oddala się od pierwotnego wzoru. Myślałam, że jak nas na stałe będzie więcej i poczujemy wspólną odpowiedzialność, to będzie nam łatwiej zachować to “coś”, coś nie wiadomo co, ale ważne. Tymczasem…

Tymczasem w międzyczasie powstał jeszcze, jak to się czasem zdarza, króciutki i stabilny, nie rosnący blog “Camino Costa Portuges”, ale był to tylko przerywnik…

… bo tymczasem na blogu głównym doszło do buntu załogi. Poszło o tekst o jedzeniu muchomorów z cytatem z Olgi Tokarczuk, a może o Tokarczuk samą, a może o coś jeszcze, czego nikt nie powiedział wyraźnie, a co przecież wyraźnie było – o to coś, co z dnia na dzień zmieniało jakość, a co, jak nagle poczułam, było mną. Najpierw więc usunęłam inkryminowany tekst, a potem sama się usunęłam.

Dowiedziałam się (od specjalisty), że zawsze było moją cechą niszczenie tego, co sama stworzyłam.

Nie umiem z tym polemizować, bo może z zewnątrz widać to coś, czego ja nie widzę… Cały czas coś.