Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Łucja, martwi się nie martwią

Łucja Fice

Przyjdzie taki dzień-morderca
Wysączy krew z serca
Przyjdzie taki dzień
Zawołam na ratunek
Cały boski orszak
Nic nie pomoże
Gdy zastygną na ustach słowa

Rozmowa z nieżyjącym mężem

W ostatnich latach spotykaliśmy się na chwilę i szukaliśmy o omacku. Chcę z Tobą porozmawiać o mojej tęsknocie, ale jesteś zbyt daleko, by mi się nawet śnić. Przenicowałeś się na druga stronę, na planetarne chybił trafił, w ciszę Prokol Harum. Do kogo mam teraz mówić? Zapraszam Cie do mojego laboratorium snu, do tej ciszy Bacha, która już powstaje za dnia z kryształków wyobraźni. Wejdźmy TAM razem po schodkach, a później na prawo. Drzwi są otwarte. Bądź mi świadkiem, powróż mi z gwiazd, ustaw tarota. Jesteś mi to winien po tych wszystkich krzywiznach życia. Rozmawiać z Tobą mogę tylko w czasie snu. Choć sny mogą wydawać się nierzeczywiste, jednak są prawdziwe. Choć w czasie snu mogę wydawać się nieprawdziwa, będę rzeczywista. Tak! To ważne, ważniejsze nawet od Twojego cienia. Spotkajmy się w sekrecie. Obiecuję, że będę pięknie milczeć, za tajemnice zza granicy zdarzeń. Czy widzisz, że jestem jak śnięta ryba, pojedyncza, odrębna, ale mrugam do Ciebie w zakłopotaniu. Czy będziesz chciał przeprowadzić analizę snów w moim laboratorium? Zrozumiem wszystkie symbole, cokolwiek, czymkolwiek będziesz w moim śnie. Na razie doprowadzasz moją tęsknotę do wrzenia. Dla mnie przeszłość nie minęła. Wciąż istnieje. Jest w mojej teraźniejszości. To tylko złudzenie ucieczki czasu. Ciągle powracam do przeszłości, do obrazów z najlepszych lat młodości. To nie minęło, jest we mnie. Poprzez pisanie i spoglądanie na nasze zdjęcie sprzed lat, uwalniam słowa, emocje, powracam TAM, KIEDYŚ, PRZEDTEM. To ciągłość zdarzeń. Chociaż przeszłość to żal, żal tego, co się straciło. To też żal za tym, czego się nie miało. Wszystko jest już historią. Zostałam sama ze sobą, ze swoim lustrem. Wmawianie sobie, że życie przede mną, to czysta hipokryzja. Byłeś facetem z którym można było porozmawiać o Einsteinie, Newtonie, polityce i ogólnie pojętej historii. Twoja inteligencja wykraczała poza przeciętną. Tyle było w Tobie ciekawego, absorbującego, choć wiele skrzętnie ukrywałeś. Czy Cię kochałam? A może kochałam to COŚ, co było w Tobie, w Twoim wnętrzu? Proszę, czekaj na mnie z tą swoją cierpliwością, gotowy, by zatańczyć ze mną walca. Ty, w nowym garniturze, ja w pięknej sukience i lakierkach na niebieskim dywanie przy niebiańskiej muzyce. Zaczniemy nowa bajkę.

Twoja żona Luśka

List do męża z Passau I

Kochany

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać… Psy sąsiadów płaczą, że nie mogą biegać po deptaku wieczorem.

Kochany, ten spokój tutaj smakuje miętą. Chociaż… nie. Tęsknota nie ma smaku. Czuje tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM moje serce staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, to znów Ciebie zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce.

Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona

Luśka

List do męża II

Chcę wierszem o czystej urodzie pomówić o tęsknocie
Siedzę na ławce nad dunajskim brzegiem
W kamień się zamieniam
Już jestem kamieniem
A kamień słyszy szum wzbierającej rzeki
Dunaj wylewa
Zatapia kamień
Leżę już pogrążona w strumieniach i myślę
Że pogrążę rodzinę w rozpaczy bo dołączę do grona
Cycerona Einsteina Ottona
I wszystkich innych którzy byli i już ich nie ma
Choć do nazwisk wielkich nie mogę się przymierzać
To historia życia i śmierci zawsze będzie świeża
Wszak kamień też umiera

Passau, lipiec 2016

Teraz możesz wszystko

Obmyć w majestacie własne myśli
Wyskoczyć z platformy materii
Zanurkować w biofotony
Pozostawić genetyczne cechy i bez sensu epizody
Jesteś wielki w skali Plancka
Twoje myśli mogą klaskać
Możesz być oddechem skały
Zobacz! Świat się rozpadł
Ten co cię otaczał
Możesz mieć ostrogę z światła
Unieść lęki jak Giganta
Przejść po strunie z dźwięku słońca
Z cyfr złożony
Niewidzialny
Rozsypie się twój aksamitny płaszcz
Co z komórek enzymów i białek
Centrum Dowodzenia już nie działa
Skończył się fenomen twego ciała
Nie ma cię na horyzoncie zdarzeń
Nie stoisz sobie na przeszkodzie
Podróżujesz do przyszłości której ja ogarnąć nie mogę

Tęsknię

Skurczył się mój świat bez Ciebie
Wlokę swój cień każdego dnia
Mam połowę serca
Co wieczór odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym będzie tak jak było
Pragnę wyrwać ciebie z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Kiedy przekroczę próg zaproś mnie do walca

Wspomnienia o Maryli (18)

Magdalena Ciechomska

Dzieciństwo to taki czas w życiu człowieka, który nosi znamiona mitu arkadyjskiego. Mówimy: mit dzieciństwa, czas niewinności, kraj lat dziecinnych, dzieciństwo to czas pogody, szczęścia, beztroski. Ostatnio daje się zauważyć tendencję do demitologizacji dzieciństwa. Coraz częściej mówi się, że dzieciństwo nie musi być szczęśliwe, podejmuje się temat traumatycznych przeżyć, toksycznych relacji z rodzicami, dysfunkcyjności rodzin. Okres dzieciństwa przestaje być traktowany jak czas święty, często nabiera charakteru dramatycznego, przedstawiany jest jako pełen napięć i mocno przeżywanego bólu egzystencjalnego.

Maryla niekiedy wspominała, że dla niej takim czasem był okres dojrzewania, zwłaszcza lata szkoły średniej, zresztą jednego z najlepszych warszawskich liceów, VI LO im. Tadeusza Rejtana. Samą szkołę wspominała raczej dobrze, zwłaszcza nauczycielkę języka polskiego, która uważała ją za najlepszą polonistkę w klasie. Zdecydowanie nie lubiła nauczyciela matematyki, twierdziła, że z jego powodu znienawidziła sam przedmiot. Utrzymywała stale kontakt z kolegami z klasy, przyjeżdżała z Berlina na jubileuszowe spotkania. Na pogrzebie Maryli była też grupa „Rejtaniaków”.

Wspominając czas dojrzewania Maryla często mówiła o problemach z własną cielesnością, z nieakceptowaniem swojego wyglądu, kompleksami na jego tle. Dla wszystkich, którzy znali ją jako piękną kobietę, zapewne jest to zaskoczeniem, ale ja pamiętam, jak opowiadała mi, że jako nastolatka wstydziła się swojej – wtedy – lekko korpulentnej figury, widziała siebie jako grubą i niezgrabną. Do tego dochodziły, typowe dla wielu dziewcząt, problemy z bolesną menstruacją, a także migreny, na które miała cierpieć do końca życia. I poczucie własnej nieatrakcyjności, spowodowane zapewne skromnością ubioru, co z kolei było skutkiem panującego w domu niedostatku. Naznaczył on całe dzieciństwo Tadka i Maryli. Nie była to może bieda, na pewno nie chodzili głodni i zaniedbani, ale żyło się w ich domu naprawdę skromnie. Widziałam to, kiedy zamieszkałam z moim mężem. Styl życia moich teściów uważałam za przesadnie oszczędny, Maryla i Tadeusz byli tego samego zdania, próbowali przekonać rodziców, że naprawdę nie ma powodu odmawiać sobie aż tylu rzeczy. Widziałam, jak skromnie się ubierali. Maryla próbowała to zmienić, przywożąc im ubrania z Berlina. Kiedyś podarowała ojcu porządny wełniany płaszcz. Gdy jednak przyszły jesienne chłody, teść nadal chodził w swoim starym, wytartym paletku, a na uwagi córki przypominającej o nowym płaszczu odpowiadał, że szkoda mu nosić go na co dzień, będzie go miał od święta. Po śmierci ojca, porządkując jego rzeczy, Maryla natrafiła na ten płaszcz i ze smutkiem stwierdziła: „No tak. Ojciec chciał oszczędzać ten płaszcz. I oszczędził. Nie nachodził się w nim długo.”

Było kilka przyczyn tego, jak żyła rodzina mojego męża. Teściowie nie zarabiali zbyt dużo. Teść, z wykształcenia magister farmacji, początkowo pracował w aptece, później w stacji sanitarno- epidemiologicznej. Pracownicy SANEPID-u przeprowadzali kontrole w zakładach przetwórstwa spożywczego i sklepach. Często brali łapówki od właścicieli, więc ta praca uchodziła wówczas za lukratywną. Mój teść był tu absolutnym wyjątkiem. Uczciwy do bólu i niezwykle skrupulatny, budził wśród współpracowników i przełożonych szacunek pomieszany z obawą. No i nie miał ze swojej pracy nielegalnych profitów. Teściowa, z wykształcenia chemiczka, od wielu lat nie pracowała z powodów zdrowotnych. Rodzina była więc na utrzymaniu ojca. Dodatkowo, przez jakieś czterdzieści lat borykali się z uciążliwym lokatorem, który opuścił ich dom dopiero pod koniec lat 70 ub. wieku. Zatem dzieciństwo Maryli i Tadka upływało w atmosferze wiecznych trosk, w cieniu wlokących się latami procesów sądowych, pochłaniających znaczną część dochodów ojca, w pięknym domu, którego połowę zajmował złośliwy, nieżyczliwy człowiek, a rodzina właścicieli musiała pomieścić się w dwóch pokojach z kuchnią. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ich dzieciństwo pozbawione było radości. Oboje często opowiadali mi przeróżne zabawne anegdoty, np. to jak układali razem żartobliwe wierszyki. Pamiętam jeden, zdecydowanie pozbawiony politycznej poprawności, w którym chodziło o to, żeby przedstawić sytuację w najwyższym stopniu nieprawdopodobną: „Ojciec nasz jest nic nie warty/ Przegrał dom do Żyda w karty…”

Albo taki, gdy podczas wspólnej modlitwy śmieszyło ich archaiczne słowo „raczył”: „Abyś nas rakami uraczyć raczył…” Inna zabawna historyjka związana była z osiemnastymi urodzinami Maryli. Lokator wówczas jeszcze nadal zamieszkiwał piętro domu, a na parterze, w mieszkaniu rodziny, urządzono imprezę. Ponieważ był ciepły, majowy wieczór, towarzystwo przeniosło się do ogrodu, na pięterko małego budynku gospodarczego, stojącego w zacisznym kącie pod starą jabłonką. Ponieważ zdążyli już wypić parę butelek wina, zebrało im się na chóralne śpiewy. Na tradycyjny repertuar biesiadny lokator jakoś nie reagował, ale gdy zaintonowali hymn państwowy, nie zdzierżył i wezwał milicję… Przed domem zaparkował radiowóz i w jednej chwili zrobiło się cicho.

Najlepsze wspomnienia z dzieciństwa Tadka i Maryli związane były z dwiema miejscowościami. Jedna z nich to Mogielnica, miasteczko położone niedaleko Grójca, gdzie spędzali wakacje w domu dziadków ze strony matki. Drugim były Michałowice pod Warszawą, tam miały dom ciotki ojca. Mój mąż do dziś wspomina ich letni ogród pełen poziomek, z których przyrządzały dzieciom pyszne desery.

Maryla zawsze kochała koty, znosiła je do domu, mimo dezaprobaty rodziców, pełnych obaw natury higienicznej. Sojusznikiem za to zawsze był Tadek. Oboje hołubili koty, rozpieszczali je. Wymyślili państwo o nazwie Kocja , gdzie koty były najważniejsze. Znane wiersze i piosenki przerabiali na takie o kotach, w rodzaju: „O ty nasz kocie, będziesz jadał na złocie…”, tworzyli listę pieszczotliwych przydomków kota, obejmującą kilkadziesiąt wyrazów…

Wyniesiona z domu umiejętność minimalizowania swoich potrzeb widoczna była chyba w berlińskim życiu Maryli. Skrupulatnie prowadziła swoje rachunki, kontrolowała wydatki. Wśród jej rzeczy moją uwagę zwrócił kosz pełen kolorowych skrawków tkanin, łatek, które wykorzystywała do różnego rodzaju napraw krawieckich. Miała mnóstwo rzeczy, jak mówiła „z odzysku”. Niektóre z tych sprzętów przywoziła do Warszawy. Jej styl w pełni zasługiwał na miano „zero waste”. Ale nigdy nie odrzucała prostych przyjemności i chętnie korzystała z uroków życia. Lubiła dobre jedzenie, choć nie była łakoma. Lubiła podróżować, zwiedzać, kochała piękno przyrody, zarówno to widoczne w prostych kwiatach wyhodowanych w skrzynce na balkonie, jak i w malowniczych krajobrazach. No i kochała muzykę, która towarzyszyła jej zawsze, przy różnych codziennych czynnościach.

Myśli (2)

Teresa Rudolf

Nie ma bardziej bezwarunkowej niewinności, czystości, jak ta w naturze.

Obraz oglądany z otworu w murze lub ścianie, to tylko drobny wycinek kompletnie innego, tajemniczego świata.

Motyl, narcyz wśród owadów, poszeleści tiulowymi skrzydełkami w efektowne wzorki, pomiesza w głowach kwietnych dam i, spijając nektary miłości, odleci. Oszust matrymonialny!

Wspomnienia z dzieciństwa z jednej strony bywają niezwykle żywotne i kolorowe, ale z drugiej – kamieniejesz w zdziwieniu, że to o ciebie chodzi.

Niektóre wspomnienia z dzieciństwa mogą być tak przeróżne, jak różne bywają rodzaje kwiatów, ożywiających pamięć świeżym kolorem, zapachem i wzruszających swym pojawieniem się. A inne, znów sztywnieją w swojej niezmienności i w bólu, czasem nigdy nie zapomnianym.

Żadnej żaby udającej żabę nie zamienisz w prawdziwego księcia… i… tu kończy się ta  bajka.

Przyjaźń może sięgać najwcześniejszych lat, ale może  też z czasem powolutku “wyłysieć” i wówczas przerwie się to najwspanialsze połączenie.

Czas upływający musi się nagle tak zatrzymać każdemu, jak rzeka zastygła w swym ruchu, na zdjęciu.

Kiedy masz sto kolorowych parasolek do wyboru, nie polecisz na żadnej nigdzie jak na miotle i nie osłonisz się też przed słońcem… I tu, i tu potrzebujesz tylko jednej, tej właściwej. 

Ileż to…

Teresa Rudolf

Ach, ileż to…

Ileż to moich śladów,
ileż odcisków stóp,
bosych i w różnych
butach w świecie?

Ileż to słów, zdań,
wypowiedzianych,
niewypowiedzianych,
urodzonych we mnie?

Ileż to skurczów serca,
z radości lub z bólu,
z nadziei i beznadziei,
z miłości i żałoby?

Ileż to oddechów pełnią
płuc, szybkich, głębszych,
zwolnionych, płytkich, 
aż do tego ostatniego…

…kiedyś.

A w niej szkatułka skarbów…

Miała taki naszyjnik
z samych kolorowych, 
ciepłych wspomnień
z polnych kwiatów.

Miała też naszyjnik z pereł
uroczystych, gdy była piękną 
w czyichś zakochanych,
zachwyconych oczach.

Miała też i taki  naszyinik,
z zielonymi kamieniami,
jakby z dziwną trawą morską,
gdy coś w niej dojrzewało. 

No i miała czarny naszyinik
z drogocennych kamieni,
z dziwnym połyskiem,
by odwrócić  uwagę…

…od smutku,
…od żalu,
…od siebie.

była wyjątkowo…
elegancką kobietą…
była… a szkatułkę
zabrała ze sobą.

Z wolnej stopy 44

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa po raz drugi

Mój młodszy brat, Mariusz, który mieszka w Deggendorfie, jest jedynym krewnym, który regularnie czyta moje wpisy na tym blogu. To mi oczywiście pochlebia, ale też zmusza do ostrożności w pisaniu, bo jak coś przeinaczę, on to od razu wyłapuję, no i jest obciach. Chodzi zwłaszcza o familijne historie, o których od czasu do czasu rozprawiam; Mariusz zajmuje się zbieraniem informacji o swojej rodzinie już od początku lat 90. ubiegłego stulecia, czyli dłużej ode mnie. Ma pokaźny zbiór wiarygodnych dokumentów, ściągniętych z różnych miejsc w świecie, wszystko jest zdigitalizowane, uporządkowane – kapelusz z głowy, tym bardziej, że zawodowo bliżej mu do maszyn sterowanych cyfrowo niż archiwistyki.

Nie zapytałem go, kiedy przeczytał moje Życie od nowa z serii W górę rzeki, publikowanej tutaj w latach 2014-2015, ale z tych maili, które niedawno od niego otrzymałem wynikało, że dla przyzwoitości powinienem napisać ten odcinek od nowa. Przynajmniej w części dotyczącej losów Eugeniusza Bołtucia, męża siostry naszego ojca, o którym wiedziałem kilka lat temu mniej niż dzisiaj.

Zatem do rzeczy:

Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu – opowiadałem przed laty. To była prawda, ale w lipcu 1940 roku, kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno, zaczęli od czystek wśród niepokornej, polskiej ludności. Wtedy trzydziestoletni Eugeniusz za przynależność do związku Polskiej Młodzieży Walczącej został zesłany do jednego z syberyjskich łagrów na dziesięć lat katorgi. Miał i tak dużo więcej szczęścia niż młodsza siostra ojca, Stasia, którą zesłano do Kazachstanu i już stamtąd nie wróciła, bo Eugeniusz wyszedł zza kolczastych drutów po roku. Wraz z tysiącami innych Polaków, na mocy układu Sikorski – Majski, został objęty amnestią i mógł i on, i inni, wstąpić do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, czyli Armii generała Władysława Andersa. Po jej ewakuacji z ZSRR i przejściu na Bliski Wschód, do brytyjskiej strefy wpływów, Eugeniusz walczył m.in. w obronie Tobruku, a w 1944 roku – pod Monte Cassino. Swój szlak bojowy zakończył w Palestynie. Dlaczego znalazł się w tamtejszym obozie dla uchodźców i czym się w nim zajmował, tego nie wiem, ale tam poznał Barbarę Wołoszyn z Suwałk, z którą postanowił ułożyć sobie życie.

Dalszy rozwój wydarzeń mógłby posłużyć za fabułę do filmu akcji:

Obóz odwiedza grupa jakichś oficjeli, wśród których znajduje się polski poseł. Eugeniusz, czyli Gienek, sprawia temu posłowi lanie (za co? – proszę mnie również nie pytać ) i trafia do pudła. Ucieka zza kratek, łapią go i znowu idzie siedzieć, tym razem oskarżony o dezercję z Wojska Polskiego (a więc nadal musiał w nim służyć ). Więzienie znajduje się w Nablus, w Palestynie. Stamtąd Eugeniusz śle pismo do I.R.O. w Genewie, Międzynarodowej Organizacji Uchodźców (następczyni UNRRA ), zajmującej się ich ewakuacją i repatriacją. Pełnomocnik organizacji, odpowiedzialny za Jerozolimę, proponuje mu powrót do Polski, gdzie Gienek obawia się represji ze strony komunistycznych władz, prosi więc o objęcie go programem ewakuacji do Europy Zachodniej. Tej prośby I.R.O. (finansująca obydwa programy ) nie może spełnić, ponieważ Eugeniusz jest wojskowym dezerterem. To się Eugeniuszowi wcale nie podoba, w ramach protestu robi więc dwutygodniową głodówkę i nagłaśnia sprawę w prasie, co mu prawdopodobnie pomaga wyjść warunkowo z więzienia. Przesądza jednak jego ostateczna, oficjalna zgoda na repatriację do Polski. Jest jednym z uprzywilejowanych, polskich więźniów, którzy mają dołączyć do rejsu pasażerskim samolotem do kraju, ale kiedy przychodzi czas odlotu, nie ma go na płycie lotniska.

Później – nadal z wolnej stopy – zagrywa rodzinną kartą. Blefuje, że jego przyjaciółka Barbara, która jest mamą trzyletniej córeczki, to jego żona, a jej córka to jego dziecko; obydwie są objęte programem ewakuacji na Zachód, więc pełnomocnik I.R.O. nie może zabronić mężowi wspólnego wyjazdu. Urzędnicy sprawdzają te informacje, kłamstwo wyszło na jaw. Para żyła w nieformalnym związku, a ojcem dziecka był inny mężczyzna. A jednak Eugeniusz postawił na swoim. Kiedy 15 lutego 1948 roku Barbara Wołoszyn wraz z córeczką Bogumiłą, która urodziła się w Tel Avivie, wsiadły w Lyddzie do pociągu, jadącego do Egiptu, Eugeniusz Bołtuć im towarzyszył. Nieformalnie co prawda, ale świadkowie donieśli pełnomocnikowi I.R.O., że widzieli go w pociągu. Punktem docelowym podróży Barbary była strefa francuska w Niemczech i tam cała trójka szczęśliwie dotarła.

Jak udało się Bołtuciowi przeszmuglować z Palestyny do Niemiec, tego też nie wiem. Władze więzienia w Nablus stwierdziły, że nie posiada on żadnych dokumentów tożsamości, ale pewnie w podróży do Niemiec miał je już przy sobie. Z dokumentów wynikało, że jest tapicerem, a taki fachowiec jak wiadomo zna różne meble na wylot, może udało mu się je ukryć przed strażami granicznymi i rewizorem za ścianą jakiejś salonki pierwszej klasy, albo pod dachem pociągu. Był zwinny, szczupły i gotów na wszystko. W papierach Barbary Wołoszyn widniała informacja, że jest telefonistką, ale czy wszystkie dane w dowodach tożsamości były prawdziwe, to jest zupełnie inna sprawa. W każdym razie we troje dotarli z dzieckiem najpierw do okupacyjnej strefy francuskiej w Niemczech, a później do amerykańskiej. 16 kwietnia 1949 roku, w Reute, koło Ravensburga, zawarli związek małżeński, po czym w Monachium Eugeniusz dowiedział się od kogoś, że jego legalna żona, czyli ciocia Maria, żyje i znowu jest w Wilnie.

Pierwsza informacja była prawdziwa. Siostra ojca przeżyła obóz pracy przymusowej w Darmstadt, w którym osadzeni wykorzystywani byli przy produkcji szkodliwych dla zdrowia odczynników chemicznych i chyba przez Czerwony Krzyż dowiedziała się, że Gienek jest w Monachium. Sama mieszkała już jednak w Polsce, więc wileński adres nie istniał. Historia milczy, jak wyglądało rozstanie Gienka z Barbarą i jak potoczyło się jej dalsze życie z córeczką. On sam załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem – relacjonowałem w starym wpisie. Maria ze swoim bratem, czyli moim ojcem, znalazła go w Poniewieżu pod Wilnem i sporo zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. Jednym słowem znalazł się tam, gdzie wcześniej nie chciał – los bywa przekorny. Zamieszkali z ciocią Marią w Szczecinie, w którym ostatecznie zakotwiczył też i ojciec. Czy władze komunistyczne miały Bołtuciowi za złe jego służbę u generała Andersa? Tutaj również brak jakichkolwiek konkretnych informacji, ale na podstawie faktów historycznych wiemy, że za przynależność do tej formacji ludzie trafiali do więzień i tracili życie.

Osobiście nigdy go nie poznałem. W pamięci mojego młodszego brata zachował się pozytywnie, choć obraz wraz z upływem lat robi się coraz bardziej mglisty. Ciocia Maria była matką chrzestną Mariusza, często gościła z mężem w ich domu na Goleniowskiejw Szczecinie. Brat był podrostkiem, kiedy na wczasach w Muszynie Złockiej poznał dziewczynę z bułgarskiego zespołu folklorystycznego i zadurzył się w niej. Pochodziła z Silistry i urzekła brata do tego stopnia, że później pisali do siebie listy, zaś wujek Gienek był bardzo pomocny w tłumaczeniu korespondencji, która odbywała się w języku rosyjskim. Brat pamięta też jego wojenne opowieści, np. jak podczas obrony Tobruku brakowało wody i żołnierze pili własny mocz, cedzony przez onuce wypełnione piaskiem pustyni. Albo jak w kampanii włoskiej, w wiejskich piwnicach znaleźli wino w beczkach, które miało już postać galarety i kiedy tego spróbowali, to się porządnie upili. Pamięć Gienek miał bardzo dobrą, całą Redutę Ordona potrafił wyrecytować na jakimś rodzinnym przyjęciu, a liczył wtedy chyba już sześćdziesiąt lat, albo i więcej. Mariusz nie wie dokładnie, jak długo po wojnie żyli razem z ciocią Marią, ich małżeństwo w końcu się rozpadło. Nie podoba mu się jednak fraza, którą napisałem onegdaj:

To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu.

Może i tak było, nie wiem – mówi – ale nie nam go oceniać. Wojna niejednemu człowiekowi zniszczyła życie.

Przyznaję mu rację, także w tym, że jego chrzestna była bardzo atrakcyjną kobietą. Dowiaduję się, że kiedy po powrocie z Niemiec do Polski dały o sobie znać szkodliwe chemikalia, które wdychała w fabryce, zauroczeni nią lekarze w szpitalu na Unii Lubelskiej zrobili wszystko, żeby wróciła do zdrowia. Najważniejsze, że im się to udało, ale żadnego odszkodowania od Niemców za roboty ciocia Maria nigdy nie dostała. Sam pomagałem jej na starość pisać pisma do Darmstadt w tej sprawie, były jednak jak groch o ścianę. Jeżeli zaś chodzi o jej męża, to w sumie postrzegam go jako szczęściarza, bo skosztował zakazanego przez europejską jurysdykcję wielożeństwa, bez prawnych, przykrych konsekwencji.

Ciocia Maria (z prawej) z przyjaciółką w Darmstadcie. To zdjęcie Maria wysłała w czasie wojny ukochanej mamie.

O tęsknocie za polskim chlebem, pisaniu książek i morsowaniu

Aleksandra Puciłowska

Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.

Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.

O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.

Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.

Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.

Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.

Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.

Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.

Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.

Mank oder Hearst? Wer ist hier Don Quijote?

Für Tomasz, den ich nicht kenne, der mich aber in einem Kommentar auf diesen Film aufmerksam gemacht hat

Mank, ein Film darüber, wie ein sturer Drehbuchautor ein Drehbuch über einen Sturer Zeitungsverleger durchboxt. Eine wahre Geschichte. Am Ende des Kampfes bekommt der Schriftsteller einen Oskar, einen einzigen den der Film bekommen hat, obwohl er in neun Kategorien nominiert war.

Alles alte Geschichte, über Kreativität, Freundschaft, Sturheit, Loyalität, Treue den Anderen und sich selbst und Armut des Sturen in der Welt der reichen Opportunisten.

Auf Wikipedia liest man:

Mank ist eine US-amerikanische Filmbiografie von David Fincher, die am 4. Dezember 2020 von Netflix veröffentlicht wurde. Der Regisseur widmet sich in seinem Film der wahren Geschichte des Hollywood-Drehbuchautors Herman J. Mankiewicz, gespielt von Gary Oldman, und dessen Streitigkeiten mit Regisseur Orson Welles über das Drehbuch für Citizen Kane, ein Film aus dem Jahr 1941. Das Drehbuch schrieb Jack Fincher, der verstorbene Vater des Regisseurs. Im Rahmen der Oscarverleihung 2021 erhielt der Film in zehn Kategorien eine Nominierung, so als bester Film, David Fincher für die beste Regie und Gary Oldman als bester Hauptdarsteller. (…) Der Protagonist des Films ist Zeitungsverleger William Randolph Hearst, dem der Drehbuchautor vorwirft, seine eigene Jugendideale verraten zu haben und mit dem Nationalsosialismus in Deutschland zu sympathisieren.

Manks Drehbuch, zunächst America betitelt und dann von Oskar Welles als Citizen Kane verfilmt, ist zu einer ganz persönlichen Abrechnung mit Hearst und einem anti-liberalen Hollywood geworden. Die Gerüchte um das Drehbuch kochen in Hollywood hoch, Hearst und Mayer (der Chef von MGM – Metro Goldwyn Meyer) versuchen eine Verfilmung zu verhindern und Mank mit Versprechungen des Geldes und Einflusses zum Rückzug zu überreden, doch er bleibt standfest. Mankiewicz verlangt schließlich auch, neben Welles in den Credits zum Drehbuch des Films genannt zu werden, was Welles widerwillig hinnimmt. Citizen Kane wird in neun Sparten für den Oscar nominiert und erhält die Auszeichnung für das beste Originaldrehbuch.

Schon vor ein paar Wochen schrieb hier auf dem Blog ein Kommentator, dass der Film eine moderne Version der Don Quijote-Geschichte ist:

In dem Film von David Fincher, der gerade für Oscar nominiert wurde (in zehn verschiedenen Kategorien!) Mank, die Hauptfigur – gespielt von Gary Oldman – zitiert und paraphrasiert nicht nur, sondern ist es auch! DQ. Und sein Sancho ist eine Frau, oder es sind gar die Frauen. Der in Schwarz-Weiß gedrehte Film bezieht sich auf Citizen Kane (Gewinner des Oscar für das beste Originaldrehbuch von 1941 und nominiert in neun Kategorien), dessen Drehbuch von Herman J. Mankiewicz (Spitzname Mank) geschrieben wurde und hier eben von Oldman gespielt. Die Handlung basiert auf Manks wahrer Geschichte und seinen Auseinandersetzungen mit Regisseur Orson Welles. Der Charakter von Kane war – wie wir wissen – dem Geschäftsmann William Randolph Hearts nachempfunden, dem Verleger und Pressemagnaten, den Mank kennengelernt und mit dem er sich angefreundet hatte. Diese Freundschaft hat sich – wie es manchmal bei Freundschaften der Fall ist – verschlechtert. Citizen Kane – so offiziell, distanziert und cool benannt – wurde aus der Manks Perspektive geschrieben, dazu auch seine persönliche Beziehungen mit Hearst und seine Ansichten des antiliberalen Hollywoods gehören. In der Ära von #meetoo, #fakenews, Ausbeutung und Regierungspropaganda werden beide Filme mit vage Freude betrachtet.
Und in welchen Kategorien Mank-DQ gewonnen hat, werden wir wahrscheinlich am 25. April während der Oskar-Preisverleihung herausfinden
.

Also gerade eben.

Ich habe den Film schon gesehen und “mache es hiermit kund”, dass es eine doppelte Don Quijote Geschichte ist. Einerseits sagt Mank, dass es der Hearst ist, der Don Quijote verkörpert. Andererseits aber ist es der Mank selber…

***
Also Hearst.

Am Ende des Films findet ein Empfang statt, bei dem alle wie Zirkussartisten verkleidet sind. Zirkus der Reichen und Schönen. Mank kommt zu spät, ist nicht verkleidet und sichtlich besoffen. Er wird reden. Er beginnt seine Rede damit, dass er mit dem Messer absichtlich so stark in ein Glas voller Wein stösst, dass das Glas zerbricht und Wein und Glassplitter in alle Richtungen springen. Der Wein ist rot. Mank steht auf.

– Ich habe eine fabelhafte Idee für einen Film, Louis (gemeint ist Hearst, der Gastgeber des Empfangs). Ein Film, den ihr alle lieben werdet. Eine moderne Version von Don Quijote. Ich weißt zwar, dass keine von ihnen liest, aber sie wissen worum es in der Story geht. Um einen alten verrückten Adliger, der gegen den Windmühlen kämpft. Also, wie übertragen wir diese Geschichte in unsere moderne Zeit? Wie wäre es, wenn wir aus unserem Quijote einen Zeitungsmann machen? Wer sonst verdient sein Lebensunterhalt mit dem Kampf gegen die Windmühlen? Aber das reicht nicht! Er will nicht nur die Leserschaft. Er will mehr als nur Bewunderung. Er will Liebe. Deshalb kandidiert er für einen öffentlichen Amt und weil er reich ist, gewinnt er. Bemerken wir es, ein, der reich und mächtig ist, kann kein Publikum gewinnen. Es sei denn, er bekennt sich in letztem Akt zu seiner Fehler. Merken wir es uns dazu noch, dass wenn man reich und mächtig ist und braucht sich nie für seinen Taten zu entschuldigen, ist nur in echtem Leben bewunderswert. Habe ich nicht recht, Louis?

Er zündet sich eine Zigarette von einem großen offenen Kaminfeuer.

– Also was tun wir? Wir geben ihm Idealen, mit denen sich das bettelarme, wirtschaftskrisemüde Publikum identifizieren kann. Er, unser Don Quijote, ist gegen die Großkonzerne, für den achtstundigen Arbeitstag, für faire Einkommensteuer, bessere Bildung und sogar Verstaatlichung der Eisenbahn. Und wie nennen wir solche Menschen?
– Kommunisten!
– Sozialisten!

– Nein! Unser Don Quijote ist ein schlagfertiger Skandalreporter. Manche prophezeien, dass er eines Tages die Präsidentschaft gewinnt, also Präsident wird und als solcher Initiative unternimmt, dass es dazu kommt, Achtung! dass er die sozialistische Revolution einleitet!

Er lacht.

– Was für ein Schwachsinn!
– Ach ja? (…) Unser Don Quijote, er hungert, er giert, dürstet danach, dass die Wähler ihn lieben. Ihn genug lieben, um ihn zu Präsidenten zu machen. Aber das tun sie nicht. Sagen Sie, wie konnte das passieren? Könnte es sein, dass sie im tiefsten Inneren ihrer Herzen wissen, dass ihm die Macht mehr wert ist als die Menschen? Vom Kongress enttäuscht…

Die Empfangteilnehmer erheben sich nacheinander und gehen.

– Ist er nicht imstande in zwei Amtszeiten ein einziger Gesetz einzubringen. Können Sie das fassen? Sowas muß gut geschreieben werden.
Er wird als Präsidentschaftskandidat nomniniert, aber… er ist zu radikal für Hintermänner. Er scheitert, aber wir erreichen etwas. Und daraus können wir etwas machen. Wir bauen Sympathie auf. Zurückgewiesen flüchtet er ins Paradies. Ins Lotusland, wo sein treuer Troll Sancho ein Märchenreich vorbereitet hat. Der treue, treue Sancho, der wunderbare mythisches Königsreich… Warten sie mal, die romantische Heldin habe ich vergessen. Ihr Name… Dulcinea. Witzig, abenteuerlustig, klüger als sie sich gibt. Sie ist ein Revue-Girl, gesellschaftlich unter seine Schicht, aber es passt. Denn die wahre Liebe auf der Leinwand ist, wie wir alle wissen, ideal also… blind. Und sie… ja… sie liebt ihn auch. Also nimmt er sie mit in sein mythisches Märchenland.
Und jetzt, Auftritt von Nemesis. Das ist griechisch für “schwarzer Hut”.

Die Partygäste verliessen den Saal. Und ich weiß, dass der Paradies Barataria heißt.

Aber Mank hat noch eine Parabel im Ärmel. Eine Geschichte, die ein paar Jahre vorher passiert ist, als ein sozialistisch veranlagter Schriftsteller, Upton Sinclair, fürs Amt des Gubernators Kaliforniens kandidierte. Damals hat die gemeinsame Aktion von Hearst and Mayer seine Chancen zunichte gemacht.

– Es kommt Nemesis! Nemesis kandidiert als Gouverner und hat beste Chancen zu gewinnen. Wieso? Weil er exact so ist, wie unserer Don früher mal gewesen ist. Ein Idealist. Verstehen Sie? Und nicht nur das. Er ist auch derselbe Bursche, der mal vorausgesagt hat, dass unser Don Quijote eine sozialistische Revolution einleiten würde. Unser Quijot sieht in den Spiegel seiner Jugend ein und beschließt, diesen Spiegel zu zerbrechen. Und somit den Mann zu zerbrechen, den er einmal war. Mithilfe seiner getreuen Sanchos. Und mit allen Mittel der Schwarzen Magie (gemeint ist der Film als Medium), die ihm zur Verfügung stehen, tut er genau das. Und damit vernichtet er nicht nur einen Mann, sondern zwei.

Der Partyraum ist schon fast leer.
Mank ergibt sich.
Hearst begleitet ihn zum Ausgang und erzählt ihm eine Anekdote. Anekdote über den Affen des Leierkastenspielers. Der Affe denkt, dass er entscheidet und der Spieler dann spielt, wenn er, der Affe, Lust hat, zu tanzen. In der Tat aber ist es natürlich umgekehrt.

Nemesis, das sei aber im Film nicht gesagt, Nemesis war eine griechische Göttin des gerechten Zorns.

Ist also Hearst der Don Quijote? In einem gewissen Sinne – ja, aber andererseits ist vor allem Mank selber der Don Quijote, ein Mann von einer festen Überzeugung geleitet, dass es seine Mission ist, die Machenschaften der Film- und Zeitungsindustrie zu enthüllen und an Pränger zu stellen. Ein allein kämpfender Ritter der verlorenen Sache: Der Warheit, Treue und sozialer Gerechtigkeit.

Ein sehr guter Film. Möge er alle seine Oskars bekommen, zu denen er nominiert wurde.

PS am Montag früh: Nix hat er bekommen bei Oskarverleihung, nicht Mal eine müde Statuete für Make-up.

Reblog o przyjaźni

Jacek Slaski w audycji standPUNKTwidzenia

Cosmo - Radio po polsku 

Emigrując, tracimy przyjaźnie

Na ten temat napisano mnóstwo powieści i nakręcono tysiące filmów. Miliony wierszy, piosenek i ballad opiewają tę wyjątkową więź, jaka łączy przyjaciół, uczucie, które tak naprawdę dopiero czyni nas ludźmi. Czasami myślę, że przyjaźń jest nawet wyższym uczuciem niż miłość, bo chce mniej, a może dać więcej. Nie ma w niej tylu oczekiwań, jest trwalsza, często bardziej szczera i nie krzywdzi tak, jak może skrzywdzić miłość.

Z drugiej strony przyjaźń może być wszystkim. Może być głęboka, pełna sympatii i zaufania, intrygująca i inspirująca lub błaha, małostkowa i fałszywa. Temat wielki. Dlatego pomyślmy tutaj nie o przyjaźni we wszystkich jej aspektach, lecz o przyjaźni i emigracji. I o tym, jaki wpływ na relacje z przyjaciółmi ma opuszczenie kraju.

Wpływ emigracji na przyjaźń w dużej mierze uzależniony jest od tego, w jakim wieku opuściło się kraj. Wyjechałem jako ośmiolatek, a jednak do dzisiaj pamiętam przyjaciół, których straciłem. Kolegów i koleżanki z podwórka, z klasy czy dzieci przyjaciół moich rodziców. Gdańsk i Berlin Zachodni dzieli 500 kilometrów. Marna telekomunikacja i rzeczywistość lat osiemdziesiątych zrobiły swoje, został mi jeden kolega z tamtego okresu. I tyle.

Ludzie, którzy wyjeżdżają z kraju już jako osoby dorosłe, mają pewnie trochę inaczej. Jednak również u rodziców i ich znajomych, przedstawicieli emigracji okresu Solidarności, obserwuje takie same zanikanie krajowych przyjaźni. I tak sobie myślę, że to chyba obojętne, czy się wyjeżdżało jako dziecko w czasach stanu wojennego, czy jako osoba w czasach Skype’a i Whatsapp’a. Przyjaźń i emigracja po prostu do siebie nie pasują.

Wydaje mi się, że emigracja to właśnie utrata przyjaźni. Ojczyzna to w dużej mierze konkretni ludzie. W momencie wyjazdu czas, który jesteśmy w stanie poświęcić naszemu otoczeniu znika. I to nagle. Co prawda wracamy regularnie, ale już tylko w pośpiechu, na parę dni i z konkretnych powodów. Bo dzieci mają wakacje, bo Wielkanoc czy Wigilia, bo ślub czy pogrzeb.

Uwagę skupiamy wtedy na najbliższych, głównie na rodzinie. Dla przyjaciół zostają krótkie chwile, wplecione w szybki rytm spraw, które trzeba załatwić, ludzi, których trzeba odwiedzić, kaw i piw, które trzeba wypić. Czas goni, a pieczętuje go data powrotu do własnego życia, tego prawdziwego.

Naturalnie na emigracji powstają nowe przyjaźnie z tubylcami, z innymi emigrantami, z ludźmi z innych krajów. I te nowe przyjaźnie wypierają stare, to one stają się ważne, czasem już jedyne. Z tymi ludźmi tworzymy naszą codzienność, z nimi spotykamy się nie od święta, a tak po prostu, wpadamy na nich na ulicy, widzimy się na godzinkę. Z tymi nowymi przyjaciółmi dzielimy doświadczenia, a nie opowiadamy o tym, co się zdarzyło przez ostatni rok. Nagle żyjemy inaczej niż nasi starzy przyjaciele, w innych realiach politycznych, kulturowych i ekonomicznych. Inny język, inne tematy, inne problemy stają się naszym nowym życiem. Ta wspólna sfera doświadczeń, którą się niegdyś dzieliło z przyjacielem, którą można było z nim przedyskutować, ponarzekać czy się pośmiać, przestaje istnieć.

Emigracja to utrata korzeni w kraju. Dotyczy to w mniejszej mierze powiązań z krewnymi, a właśnie relacji z przyjaciółmi. To one cierpią najbardziej, są bardziej wrażliwe. Te relacje wymagają więcej pracy i więcej troski. Z obu stron granicy.

***

Jacek Slaski – dziennikarz, publicysta, urodzony w Gdańsku w 1976 r. Do Niemiec przyjechał z rodzicami, którzy uzyskali tu azyl polityczny.
Od 1985 r. mieszka w Berlinie. Studiował etnologię i muzykologię europejską na Uniwersytecie Humboldtów. Pracuje jako dziennikarz w magazynie tip Berlin. Jego teksty ukazywały się m.in w Berliner Zeitung, Spex, Rolling Stone, Zitty, Galore. W latach 2003–2012 był współoperatorem przestrzeni artystycznej Zero Project na Kreuzbergu.

Miłość, starość, śmierć

Ewa Maria Slaska

Love, being old, death

For Łucja Fice

Od jakiegoś czasu “chodziła za mną” pewna piosenka. Słyszałam ją w głowie, jak to zazwyczaj jest, najpierw kawałek melodii, potem strzęp wersu, potem jeszcze trochę melodii. I dość szybko całą linijkę: If you want to be free, be free… Znalezienie, co to za piosenka to był już niewielki problem. If you want to sing out, sing out, If you want to be free, be free, if you want to be high, be high…

Sorry, the rest of that post is in English.

Cat Stevens

You Want To Sing Out, Sing Out

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are

And if you want to live high, live high
And if you want to live low, live low
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are

[Chorus:]
You can do what you want
The opportunity’s on
And if you can find a new way
You can do it today
You can make it all true
And you can make it undo
you see ah ah ah
its easy ah ah ah
You only need to know

Well if you want to say yes, say yes
And if you want to say no, say no
‘Cause there’s a million ways to go
You know that there are
And if you want to be me, be me
And if you want to be you, be you
‘Cause there’s a million things to do
You know that there are

[Chorus]

Well, if you want to sing out, sing out
And if you want to be free, be free
‘Cause there’s a million things to be
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are
You know that there are

But of course, when I found that song, I knew, that I was also seeing pictures, and it was no Cat Stevens, whom I saw, but of course Ruth Gordon, one of the most beautiful old ladies in the history of cinema. Ruth Gordon in unforgettable Harold and Maude.

Well, such a wonderful movie and so unrealistic love story. But it does not matter. It is an amazing movie with amazing life messages. Do not think, it is about love between a teenager and an old woman, or a movie about the the age difference. No! It is love story saying us, that real love transcends all our limitations. If you are bigger than what you have ever learned is proper. There’s always something new to learn. And it never ends, because long after you die, everyone else still will go that way, trying to be free and to sing out. The old age does not matter and the death does not matter. We shall die and you stay and still try to be free… If you want to be free, be free…