Pomagamy

Ewa Maria Slaska: Pomoc była w tym roku jednym z częściej używanych słów. Nie tak często oczywiście jak ***** *** i derywaty, nie tak często jak wypierdalać, Trump, maseczka, szczepienie i social distancing, ale jednak bardzo często. A im było go więcej, tym bardziej mnie niepokoiło. Czy naprawdę pomagamy, gdy wychodzimy na balkon i śpiewamy albo wołamy dziękuję. To miłe zjawiska społeczne, na pewno, ale czy niosą pomoc? Służba zdrowia wiosną dostawała od nas wieczorne brawa, Lufthansie państwo niemieckie zapłaciło 7 milionów euro. Oba działania podciągnięte zostały pod ogólne pojęcie “pomoc”. Poprosiłam kilka osób o opinię. Odpowiedział psycholog.

Przemysław Masalski

Pomaganie

Czasami ludzie nie udzielają pomocy, gdyż mają poczucie, że nie posiadają zasobów potrzebnych do skutecznego poradzenia sobie w danej sytuacji. A to rodzi lęki natury społecznej: np. przed znalezieniem się w centrum uwagi, przed wstydem, wynikającym z potencjalnego, niewłaściwego oszacowania sytuacji.

W bardziej konkretnych sytuacjach, gdy chodzi o pomoc osobie będącej w sytuacji zagrożenia fizycznego, np. gdy czarnoskóry człowiek został zaatakowany przez grupę młodych rosłych nazistów, dochodzi oczywiście bardzo konkretna i całkiem uzasadniona obawa o własne życie i zdrowie.

W sytuacjach gdy pomoc nie dotyczy ratowania czyjegoś zdrowia czy życia, zaczynają się prawdziwe komplikacje i na scenę mogą wejść mechanizmy kompensacyjne, które napędzają zachowania altruistyczne, czy też lęki które odwodzą ludzi od pomagania. Może to być jeden z lęków zależnościowych, np. lęk przed nadmiernym zaangażowaniem emocjonalnym. Pomocodawca obawia się, że udzielona przez niego pomoc nie będzie miała charakteru jednorazowego, tylko wymusi na nim  zaangażowanie o bardziej długotrwałym charakterze.

Jak w Małym Księciu – pomagający może stać się “odpowiedzialny za to co oswoił”, tak samo udzielenie pomocy wytworzy sytuację emocjonalnej zależności odbiorcy pomocy od pomagającego. Pomagający może nie czuć się gotowy na przyjęcie takiej roli, może też nie chcieć angażować się emocjonalnie z obawy przed trudnymi emocjami, jakie ta sytuacja może wyzwolić, a które mogą okazać się zbyt przytłaczające i obciążające. Przytoczyć mogę tu przykład z życia mojej dawnej przyjaciółki, Eli, która uczestniczyła w liceum w projekcie charytatywnym. Licealiści spotykali się z niepełnosprawnymi rówieśnikami, którzy ze względu na stopień niepełnosprawności nie mogli uczęszczać do szkół i uczyli się zdalnie, przez co byli dość odizolowani społecznie. Ela chodziła do Ali, niepełnosprawnej dziewczyny w jej wieku, poczagała jej w lekcjach, dotrzymywała jej towarzystwa itp. itd. Bardzo szybko jednak Ela zaczęła się z tym czuć niekomfortowo, gdyż jej Ala, która dotąd doznała w życiu sporo samotności, zainwestowała w znajomość bardzo wiele emocji i zaczęła się domagać pogłębienia relacji, na co Ela zareagowała lękowym odrzuceniem. Miała poczucie że nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom Ali i nie była gotowa na taką odpowiedzialność za drugiego człowieka. Ela zerwała tę znajomość, ale czuła się w następstwie jak bardzo zły człowiek, gdyż rozbudziła a następnie zawiodła nadzieje rozpaczliwie samotnej niepełnosprawnej nastolatki. Tamta natomiast z pewnością poczuła się wykorzystana i porzucona. Pomaganie w pewnych sytuacjach oznacza więc wzięcie na siebie odpowiedzialności za kondycję emocjonalną, życiową i psychiczną drugiego człowieka.
Miarą gotowości do pomagania, może być więc stopień, w jakim dany człowiek jest gotowy wziąć na siebie odpowiedzialność za drugiego człowieka i czy jest w stanie skutecznie pomieścić w sobie trudne emocje, wzbudzone przez tę nową, cechującą się nierównowagą sytuację.

Wielu ludzi napędza do pomagania specyficzna struktura osobowości, ktora wiąże się ze zjawiskiem, jakże charakterystycznym dla naszej współczesnej narcystycznej rzeczywistości społecznej, a mianowicie z tzw. narcyzmem komunalnym. Jest on obecnie bardzo modny i stosuje go przez wielu samozwańczych dobroczyńców, np. Grażyna Kulczyk. Pomaganie jest modne i dobrze widziane społecznie, co może przynieść pomocodawcom tak potrzebny dla stabilizacji ich poczucia własnej wartości, podziw i popularność. Pomaganie jest elementem budowania wizerunku, fasady, za którą nie kryje się autentyczna empatia i troska o ludzi, lecz chęć osiągnięcia pewnych egotystycznych, a czasem również finansowych celów, gdyż pomaganie przekute w adekwatny biznes może przynieść pomagającemu wiele konkretnych korzyści (dobry przykład to Matka Teresa).

Ważne jest również rozróżnienie między pomaganiem a nadopiekuńczym kontrolowaniem, często będącym wyręczaniam, które z kolei może prowadzić do upośledzenia i uzależniania od siebie osób znajdujących się pod naszą opieką. Widoczne jest to zwłaszcza w kontekście wychowania dzieci i opieki nad osobami starszymi. Rodzice pomagający swojemu dziecku w ten sposób, iż nie pozwalają mu na podejmowanie niezależnych, autonomicznych i służących budowaniu odrębności i separowaniu się od nich działań, często są przekonani, iż pomagają swemu dziecku. Tymczczasem nie pozwalają mu na ukształtowanie poczucia skuteczności i sprawczości, które jest niezwykle ważne dla budowania pozytywnego obrazu samego siebie i pozytywnej samooceny. Tym samym zmniejszają jego szansę na sprostanie wyzwaniom psychospołecznym, które stopniowo pojawią się w adolescencji.

Wyręczanie starszych ludzi w wykonywaniu czynności autopielęgnacyjnych czy samozaopatrzeniowych w imię źle pojętej pomocy, tak naprawdę sprawia, iż stają się niesamodzielni, zależni od pomocy innych, co prowadzi do utraty poczucia autonomii i sprawności, przyspieszając procesy prowadzące do zniedołężnienia. Nawet gdy wydaje się, że osoby starsze niechętnie podejmują samodzielne działania, wyręczanie ich zamiast empatycznego wspierania, prowadzi w dalszej perspektywie do pogorszenia ich kondycji psychofizycznej, a tym samym jakości życia. Krótko mówiąc, nie zawsze należy pomagać, nawet wtedy, gdy ktoś aktywnie domaga się tej pomocy. Należy oszacować, czy odmówienie pomocy i wspieranie w podejmowaniu wysiłku w wykonywaniu samodzielnych czynności, nie prowadzi w perspektywie długoterminowej do lepszych rezultatów i tym samym nie stanowi prawdziwej pomocy. Pytanie więc, czy dać wędkę i zachęcać do jej używania, co może kosztować wiecej energii i czasu, czy też lepiej dać rybę, co często jest prostsze dla osoby udzielającej pomocy, ale niekoniecznie korzystne dla odbiorcy pomocy.

Wreszcie istnieje coś takiego jak teoria wymiany społecznej, która w odniesieniu do zachowań pomocowych głosi, iż ewolucja promowała te jednostki, które były bardziej skłonne do udzielania pomocy innym. Jednostki pomagające nieświadomie kierują się w swoim postępowaniu tzw. regułą wzajemności. Niepisane prawo wymiany społecznej głosi, iż ci, którzy pomogli pewnej ilości osób, mogą w przyszłości w większym stopniu liczyć na odwzajemnienie pomocy, gdy sami będą jej potrzebować, gdyż choć część tych, którym pomogli, postąpi w zgodzie z regułą wzajemności. Faktycznie jest tak, że człowiek, któremu udziela się pomocy, czuje dyskomfort psychiczny, jeżeli nie jest w stanie jej odwzajemnić, chociażby w postaci okazania wdzięczności.


Ewa Maria Slaska: Jestem wdzięczna Przemysławowi Masalskiemu za napisanie dla nas tego pasjonującego tekstu 🙂

Takie życie…

Teresa Rudolf

Słuchaj…

W oku mgnienia
upadł czerwony liść,
kwiat nagle opadł z sił,
zmarł komuś człowiek,
a komuś innemu pies.

W tym momencie
padło śmiertelne słowo,
urosła w sercu nadzieja,
urodził się człowiek,
mały kot otworzył oczy.

W tej sekundzie
komuś świat stał się piekny,
a innemu się znów zawalił,
tu powodzie zalewają światy,
tam susza zabiera życie.

Więc nikomu nie mów:
że życie jest piekne,
że życie jest wstrętne,
że lepiej wszystko wiesz,
że powinno się, lub nie warto.

Słuchaj,
nie każ wciąż porównywać
kamieni ze święconą wodą…

Esperanto oczu

Tyle oczu nagle,
mówią, krzyczą,
płaczą, szepczą.

Ciągle większa
perfekcja czytania
tego esperanta.

Oczy staruszki,
kamienują mnie
nieoczekiwanie.

Oczy pełne
poczucia wyższości,
pogardy dla świata…

….w brudnej masce.

Myśli

Teresa Rudolf

Myśl w pułapce

Myśl wyleciała nagle,
jak ptak z jego głowy
i siedzi na ramieniu.

Nerwowo dziobie,
straszy, nie daje spać,
czeka na rychły odlot.

Póki co, pyta i pyta,
drąży, chce tej jednej,
jedynej odpowiedzi.

Ten pająk pracowity
tka siatkę rozwiązań,
trzyma w pułapce.

I wszystko wciąż po to,
by wreszcie wiedziec,
co zrobić i nie przegrać.

A życie może wzniesie
“łapkę w górę”, a nie opuści
znów tej “łapy w dół”…

Słuchaweczka

Muzyka w środku nocy
u mnie w uchu, dla mnie,
w  ciszy wielkiej, głośna
w moim cichym wnętrzu.

Raz tańczy, a  raz płacze,
raz zawodzi jak Cyganie,
a raz gra znów, na mego
serca starych bębnach…

Dziś jestem na  koncercie
mych uczuć, biję brawo,
szaleję, wrzeszczę, tańczę
i zamieram nagle w lęku,

co będzie, jeśli ona kiedyś
ucichnie nagle, na zawsze,
bo moje uszy umrą
ze starości…
lub ja…

Z wolnej stopy 2

Zbigniew Milewicz

Półrocze

Dokładnie pół roku 2020 za nami, można sporządzić bilans tego, co się udało do tej pory zrealizować i co nam nie wyszło, a z czym poradzili sobie n.p. nasi znajomi, przyjaciele, sąsiedzi albo wrogowie. Tylko że takie porównywanie budzi często gorycz porażki, której nikt przecież nie lubi, dlatego lepiej bilansować tylko we własnym imieniu. Mnie z planów noworocznych nie udało się jeszcze ograniczyć cukrowego łakomstwa, po staremu, jak widzę słodycze, to kwiczę, znowu nie pojechałem do Nowego Orleanu, dalej sam sobie prasuję koszule i sprzątam albo nie, ale żyję. Przynajmniej ten plan zrealizowałem w stu procentach, a może tylko w pięćdziesięciu, bo półrocze to nie cały rok, jednak cieszę się z tego, co mam.

Moja polska sąsiadka Marta martwi się, że idą złe czasy. Z youtube dowiedziała się, że pod koniec czerwca, albo na początku lipca ma wybuchnąć trzecia wojna światowa, że przyjdzie seria katastrof żywiołowych, które dotkną także Niemcy, bo pod wodą się znajdą. Tak przynajmniej wieszczy jasnowidz Jackowski i pewna Norweżka, a mąż Marty w to nie wierzy, mówi, że na takich przepowiedniach ludzie tylko robią kasę i dla niej je sporządzają. Im gorsza jest wizja przyszłości, tym więcej jest odsłon na youtube, w nich są różne reklamy i na nich taki wizjoner zarabia krocie. Jurek też uważa się za jasnowidza, bo przewidział n.p. upadek muru berlińskiego i nikt mu za to nie dał nawet złamanego centa, czy raczej wtedy jeszcze pfeniga. Nie dajmy się więc zwariować, mówi.

Nie wiem, któremu z nich wierzyć. Napiszę, że Marcie, to narażę się Jurkowi, poprę Jurka, wtedy podpadnę Marcie. Jeszcze bym chętnie pożył w niewojennym świecie i na suchym, bawarskim lądzie, więc na wszelki wypadek zaplanuję sobie szczęśliwe to półrocze i Państwu radzę zrobić podobnie. Co prawda, sceptycy twierdzą, że najłatwiej rozśmieszyć Pana Boga, opowiadając mu o swoich planach, ale myślę, że to tylko jakaś diabelska propaganda.

Wiersze w duecie…

Teresa Rudolf

Ja jestem taka…

A ja jestem, jakaś
taka, jak woda
do kostki,
mówiła.

Ludzie wiedzą
tyle, potrafią też
tyle, mają
głębię.

Wiedzy głebię,
na każdy temat,
tym się więc
szczycą.

A ja, nie znam
się na historii
choć ogonem
świata ona.

Nie znam się
na muzyce,
choć bez niej
uszu bezsens.

Nie znam się
na geografii,
choć każdy loch
ma położenie.

Nie znam się
na poezji, choć
muzyką przecież
dla oczu.

Nie znam się
na ludziach, choć
ciągle tyle obok,
jak mrówki.

Nie znam się?
Bo ty tak mówisz?
Bo ty tak myślisz?
Bo ty tak chcesz?

To ty “nie znasz się
na mnie”, na mnie!
wrzeszczała głośno
swą depresją płacząc.

 

Mówił jej, że…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
nie patrzysz na mnie…

Pomyśl tylko,
jak to jest kiedy
tak patrzysz na mnie…

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok mnie.

Robisz wszystko
inaczej, tak jakoś
obok siebie.

Co stało się z nami,
z tobą, ze mną,
płyniemy obok życia.

Życie płynie obok
nas, przez nas,
nad nami, pod nami.

Życie ucieka jak
piasek przesiewany
przez sito oddalania.

Pomyśl tylko…

Z powieści…

Poprzedniego dnia umarł mąż bohaterki powieści, która pracuje jako opiekunka w Passau. Jutro wraca do domu, ale jeszcze jeden dzień spędza w tym mieście, w domu, gdzie opiekowała się starym panem.

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu. Katedra św. Szczepana.

O katedrze TU.

Pod wieczór wybieram się do katedry świętego Szczepana. Nie wiem, po co tam idę. Tę potrzebę czuję sercem, jakąś niezrozumiałą energią, która mnie otula. Ta energia ma jakiś nakaz, głos, mówiący – idź do kościoła. Tam znajdziesz otuchę. To będzie czas twojej skruchy. Czuję ogień wypieków na policzkach, może to ogień mojego sumienia, rozrachunku z przeszłością? Idę głównym przejściem w kierunku ołtarza. Przyklękam. Katedra jest prawie pusta. Turyści przenieśli się do pubów. W Pasawie odbywa się Festiwal Muzyki. Siadam na ławce tuż z brzegu. Nie wiem co mam zrobić z rękoma i w ogóle ze sobą. Po co właściwie tu przyszłam? Czuję się w tej ławce, jakbym była złodziejem, jakbym przywłaszczyła sobie ławkę, która jest własnością kogoś innego. Zaczynam wstydzić się samej siebie, że ponownie zaczynam wierzyć w Niego, Boga w trzech osobach. Mam wrażenie, jakbym cofnęła się do średniowiecza, gdzie nakaz religijny, nakaz wiary pod presją spalenia na stosie przywiódł mnie w to miejsce. Może myślę niestosownie, może urągam? Zastanawiam się, dlaczego moja wiedza, poglądy, te wszystkie zapatrywania są w tej chwili niezgodne z tym, co mam w głowie. Czy to utrata bliskiej osoby powoduje zmianę poglądów?

Każda następna chwila przynosi zmianę myśli i uczuć. W tej chwili jestem tylko turystką, która rozgląda się po obleczonych w majestatyczne obrazy mury. Chcę stąd wyjść. Czuję się niepewnie, ale zostaję i kontynuuję monolog do Boga.

– Czyżbyś wszczepił we mnie robala, który mnie powoli zżera? Raczej nie istniejesz. Czy ja muszę być wiecznie niespokojnym duchem i zadawać pytania? A może tylko przytępiłeś mój umysł, żebym całe życie szukała nadaremnie zadowalającej odpowiedzi. Jak to wszystko się dzieje, że rodzimy się i umieramy? Dlaczego nie jesteś Bogiem, który wysłuchuje i pomaga? Oświeć mnie, proszę. – Spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. – Przeszedłeś do historii, wsiąknąłeś w ludzką pamięć pokoleń, tak jak mój mąż jest już tylko w mojej pamięci. – Podnoszę dumnie głowę. – Odpowiedz! – mówię, niemal głośno. No odpowiedz! – rozkazuję. – Czemu tak urządziłeś nasz ludzki gatunek? Dlaczego jego jądrem musi być rozstanie i cierpienie? – już tylko proszę, ale bez pokory. – Chcę wiedzieć i już! Zawsze wierzyłam, że potrafię nad wszystkim zapanować, że mam kontrolę nad sobą, nad każdym krokiem. Los ze mnie zadrwił. Czuję się teraz wobec Ciebie, Boże, jak zwierzątko. Zaprosiłeś mnie na bankiet zwany życiem, a tu sala opustoszała, wyszedł mój mąż i zresztą wielu innych znajomych. Zjadam resztki z Twojego stołu, jakieś ochłapy. Może powinnam nisko pochylić głowę przed Tobą, byś zaczarował czas i oddał mi męża z powrotem? Siedzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Moje myśli w kołowrotku. Po co podrzucałeś książki, w których nauka tłumaczy Twoją boskość w zupełnie inny sposób? Może nie jesteś formą energii, na którą dałam się nabrać, tylko jako Stwórca wychodzisz poza energię? Wiem na pewno, że stworzyłeś świadomość, a świadomość to energia. Przecież jedną z cech świadomości jest to, że jest świadoma sama w sobie, że ma różne struktury. Na cokolwiek spojrzę, to to coś ma świadomość. A komunikacja? To też cecha świadomości, a więc mogę z Tobą rozmawiać i Ty możesz ze mną i ze wszystkim, cokolwiek stworzyłeś. Przecież nie stworzyłeś tego wszystkiego i poszedłeś sobie hen daleko, tylko musiałeś mieć jakiś cel? Czy tym celem ma być rozmowa z Tobą? A może to jakaś gra? A w tej grze chodzi o to, żeby zaakceptować to, że mamy w sobie Twoją cząstkę, jak w tym śnie, z którego „złapałam” słowa: „Nie było i nie ma bogów przed nami, to my jesteśmy bogami”. Co mam zaakceptować, jakiego Ciebie? Otwórz mi ten kanał połączenia z Tobą, proszę. Obudź moje zmysły. Wiesz! Brakuje mi chyba odwagi i niewinności, by w Ciebie uwierzyć, Ciebie takiego w trzech osobach. Wiesz co? Jesteś współwinnym tej mojej niewiary, moich ograniczeń. Zrozum! Czekam tu na cud. Przyszłam tu dla cudu odpowiedzi na pytanie. – Dlaczego przemijamy? Nagle! Jakby ktoś lub coś otworzył mi zapadkę w umyśle. Może nie słyszę dosłownie, ale gdzieś na poziomie jakieś energii we mnie. Nie przemijamy. Przyszłaś tu w określonym celu. Poczułam się jak niepyszna, ukarana za niedostateczną wiarę, więc wyobrażam sobie mojego Boga, który nie ma ograniczeń poznawczych jak ja, który zna dogłębnie Fizykę Całego Kosmosu, bo przecież ją stworzył i umie ją zastosować. Boże! Jesteś genialnym Obserwatorem, który śledzi biegi wszystkich czasów, tworzy, wygasza i modyfikuje. Naginasz prawa. Bywasz w każdej części Wszechświata, w dowolnym strumieniu czasu. Jesteś we wszystkich światach naraz i dbasz, by te światy wpływały na siebie. Katalizujesz rozwój każdej jednostki, a śmierć dajesz nam po to, by uwolnić nasze dusze. Rozumiem.

Nie wiem czy był to monolog czy jednak rozmowa, bo odpowiedź dostałam. Czyżbym poznała urywek, ułamek prawdy? Chcę wstać z kolan, ale coś mnie trzyma, każe skłonić głowę, zmusza do pokory. Czuję to.

– Boże, być może nie wierzę w Ciebie, takiego jak nakazuje mi moja religia, jednak wiem, że jesteś i wierzysz we mnie. Nie wiem, jak mam się do Ciebie zwracać. Daj mi jeszcze jakiś inny znak. Dobry znak w tym parszywym moim losie. Tylko o to Cię proszę.

Wychodząc jeszcze raz spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. Wlokę się noga za nogą do domu, jakbym bała wrócić się do światła. Już na miejscu koncentruję się na poszukiwaniu w swojej głębi jakiejś przyjemności. Przeszkadza mi hałas dochodzący z ulicy, więc zamykam szczelnie okna, wyłączam radio, gdzie w eterze muzyka się ledwo tli. Przysiadam na kanapie, a właściwie się kładę. Rozmyślam. Próbuję sobie sama wytłumaczyć, czym jest śmierć. Czy to tylko zamiana formy, kanał, połączenie do innego wymiaru bytności, w którym zawsze istniejemy? Most do czegoś, czego nauka w tej chwili nie może udowodnić? Spoglądam na swoje nogi, na tę twardą materię i mam wrażenie, że jakaś cząstka mnie jednocześnie istnieje w innym wymiarze, bo część mojej świadomości jest oddzielna i istnieje Tu i Tam. Czy ciało jest jak stary łach, który się wyrzuca. – Kochanie może tu jesteś i mnie dotykasz?

Ponownie korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam na schwytanie w religijne pułapki mojego umysłu. Mam przecież prawo do korzystania z tej wolności. Może moje koncepcje wcale nie są fikcją? Boże – daj znak.

Od tamtej pory zaiskrzyło we mnie. Mam coraz to większe wątpliwości w tym procesie poszukiwania Boga. Dziwne, że nie szukam go w religii, w której przyszło mi się urodzić, tylko szukam Go w nowoczesnej nauce, która rozwinęła skrzydła w ciągu ostatnich lat, a teoria powstała zaledwie sto lat temu. Dziś słyszy się takie zdania: Kwantowe myślenie, kwantowe jedzenie (słyszałam już o serwowanych kwantowych sznyclach). Uzdrowiciele leczą metodą kwantową, a bioterapie też są kwantowe. Czy ja żyję już w Matrixie? I w tym Matrixie mam szukać Boga? Jeszcze trochę, a w aptece dostanę kwantowe tabletki, które zlikwidują mi zmarszczki. Nawet mi się to podoba, dałabym się nabrać. Słyszałam też o kwantowych dotykach, kwantowych spostrzeżeniach. Może mnie nie ma, a tylko moja plazma bez przerwy się zmienia. Może moje życie naprawdę jest fikcją, a to prawdziwe toczy się gdzieś w innym wymiarze? Może ten nasz wymiar, to boski cel, by sprawdzić nas jako ludzką rasę, co zrobimy ze sobą, gdy mamy wolną wolę? A zatem dlaczego ludzie dostali szału na punkcie pieniędzy i ich pomnażania? Ja osobiście nie pomnażam, a tracę to, co mam, bo tak podpowiada mi intuicja. Do grobu zabiorę tylko to, co mam w głowie, dobre lub złe myśli, ponieważ z nich się składam. Myśli są kwantowe. Więc tak sobie myślę, że tę szkołę, którą jest życie, ukończę na dostateczną i kwantowo przeniosę się w inny wymiar, który gdzieś jest tu obok.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

… Z dziennika tetryka 7

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Zatrzymuję się w głębi tego lasu. To ważne, że właśnie w głębi. Obok krzaczek. Teraz niepozorny, ale co tu się działo na początku czerwca! Pośród zieloności różnych odcieni pysznił się kwitnący krzew dzikiej róży. Naprawdę dzikiej, bo w głębi lasu rosnącej, nie zaś udawanej, sadzonej w żywopłocie, odmiany hodowlanej. Kwitnął – to mało powiedziane. Gotował się. Kipiał wyzywającym i bezinteresownym (wszak w głębi lasu…) pięknem. A pośród, jak to fachowo określają, pręcikowia jego kwiatów, zanurzone w złotym pyłku tarzały się, turlały i kąpały pszczoły oraz trzmiele.

Było gorąco, duszno i wonnie. Było.

Na mojej emigracji wewnętrznej, odsunąwszy się od zaangażowania w pierdoły typu aktywność społeczna, mam wreszcie czas na to, o czym marzyłem od dawna, a czego nie udawało się osiągnąć. Chodzi o wtopienie w tok przemian przyrody. O spokojne, uważne uczestnictwo w jej cyklach. Moje rowerowe wyprawy dają ku temu asumpt wyborny. A informacje na wyciągnięcie ręki, dostępne dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu, pozwalają wszystko sobie nazwać i określić.

Kiedy naprawdę dzikie leśne róże kwitły w najlepsze, kwiaty na krzakach janowca apogeum świetności miały już za sobą, choć jeszcze się trzymały. A na polach malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, właśnie zaczynały swe królowanie maki i chabry bławatki. Uwielbiam ich czerwono-błękitno-zielone kompozycje. Od dzieciństwa.

Przekwitły chabry i maki. Wśród łąk na kilka tygodni niepodzielnie zapanowała żółto-niebieska wspólnota dziurawca i wyki ptasiej. Nazwę dziurawca znałem od dziecka, ale że wyka jest wyką, ustaliłem dopiero teraz. Dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu. Zszarzał dziurawiec, zwiędła wyka. Ich miejsce zajął pachnący kamforą wrotycz. TEN wrotycz. Z którym (mimo, że jego nazwy wówczas również nie znałem) takoż mam zabawne wspomnienie z dzieciństwa: zawsze myślałem, że to jakaś margerytka, czyli jastrun, z której opadły nie wiedzieć czemu płatki. I obiecywałem sobie, że w przyszłym roku przyjdę go zobaczyć, gdy płatki jeszcze będą. Co się nie udawało, bo wszak udać się nie mogło. Tych płatków nigdy nie ma.

Zbrązowiała i uschła intensywna żółć wrotycza. Godnym jego następcą okazała się nawłoć. TA nawłoć. Jednak i nawłoć zdążyła posiwieć dokumentnie, jakby spopielała. Ostatnią strażą, ariegardą lata, pozostały już tylko fioletowe gdzieniegdzie astry.

Po kilku miesiącach wracam w głąb lasu. Krzaczek dzikiej róży trwa niepozorny. Zważ Czytelniku, jak sprytnie przeskoczyłem przez kilkumiesięczny czas niepisania, by powrócić do tworzenia tych swoich małych drobnostek, czyli małostek: komu, jeśli nie „źle zadowolonemu”, przystoi małostka! Nie dość, że malkontent, to jeszcze leń i cynik. Słowem – swołocz.

A kwiat róży? Zapomnij o nim.

Dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy.
Pozostało imię róży.

I mknę dalej przez las, zażenowany tym, że znowu nadmierną uwagę poświęciłem takiemu banałowi, jak melancholia przemijania.

Każdy, kto (o coś) walczy, jest Don Kichotem

EMS: Może zresztą nie każdy, ale Autor tego tekstu na pewno nim jest… Tekst znakomicie pasujący do dzisiejszego święta

Marek Włodarczak

MARS I WENUS

Marsjanie byli wybitnymi myśliwymi i doskonałymi tropicielami śladów – znaków – świadczących o tym, co się wydarzyło. A Wenusjanki były wieszczkami, ze znaków na niebie i ziemi przewidywały przyszłość. Nazywały te znaki komunikatami. Nic zatem dziwnego, że świat widziany przez Marsjan był odmienny od Wenusjańskiego świata komunikatów. Na Marsie wyroki zawsze były sprawiedliwe, bo zgodne z prawem, a jak się komuś prawo nie podobało, to siedział, diagnozy lekarskie zawsze były trafne, choć nie wszyscy pacjenci przyjmowali to do wiadomości i chorowali dalej, a szkoły były wyłącznie zielone. Na Wenus szkół nie było, bo po co, skoro wiedza tajemna była wrodzona, nie było też wymiaru sprawiedliwosci, były wyrocznie przewidujące skutki czynów niegodnych, zamiast do lekarza szło się do wyroczni, a że droga była daleka, wychodziło to tylko na zdrowie. Świetnie rozwijały się poezja, malarstwo i muzyka. Nie, religii nie było, choć roiło się od bogów, bogiń i różnych dobrych duszków. Jak nietrudno się domyślić, w końcu doszło do spotkania Marsjan z Wenusjankami, do zderzenia dwóch sposobów patrzenia na świat i porozumiewania się w nim. Od razu rozgorzał spór o wyższości śladów nad komunikatami. Świat był na krawędzi wojny, na szczęście Wenusjanki miały coś, czego Marsjanie bardzo pożądali. Strony podjęły negocjacje, ale te nic nie dały, a wręcz zaogniły sytuację. W końcu ustalono, że przedstawiciele obu stron pozostaną na Ziemi i będą kontynuować rozmowy w małych dwuosobowych zespołach. Z tej okazji urządzone zostało wielkie wesele, po czym strony rozjechały się, pozostawiając negocjatorów samych sobie. Historia tych negocjacji opisana jest w licznych dziełach filozoficznych, teologicznych i z zakresu teorii sztuki. Te bezowocne negocjacje trwałyby do dziś, gdyby nie pewne wydarzenie w sklepie samoobsługowym…

Tekst jest niedokończony.

To nieskończenie jest celowe.

Reblog: Universum oder willkommen in Matrix

Miroslav Stimac

Woher kommen das Leben, das Universum und der ganze Rest?

Reblog vom 12. September 2019

Erst kam der Urknall, dann entstand zufällig Leben – oder es war alles vollkommen anders. Statt Materie und Energie könnten Informationen das Wichtigste im Universum sein, und vielleicht leben wir in einer Simulation.

Eine Aufnahme der Feuerrad-Galaxie, die 21 Millionen Lichtjahre von der Erde entfernt ist.

Das Standardmodell der Kosmologie beschreibt ein Universum, das aus dem Nichts mit dem Urknall entstand und seitdem expandiert. Die Biologie geht davon aus, dass in diesem Universum Leben aus nicht lebendiger Materie zufällig hervorging und sich gemäß der Evolutionstheorie von Charles Darwin weiterentwickelt. Und jede Religion hat ihre eigene Erklärung. Doch es gibt noch alternative philosophische Modelle, von denen zwei besonders für Informatiker interessant sind.

Sie basieren auf der Annahme, dass nicht nur Materie und Energie, sondern auch Informationen zu den Grundbestandteilen des Universums zählen. Demnach war die Entstehung von intelligentem Leben kein Zufall, sondern wird vom Universum selbst oder einer Intelligenz außerhalb des Universums begünstigt. Eines der Modelle könnte sogar zu der Schlussfolgerung führen, dass Informatiker vom Universum gewollt sind.

Das Standardmodell der Kosmologie

Beide Modelle sind aus der Auseinandersetzung mit einigen Aspekten des Standardmodells der Kosmologie entstanden, das ich deshalb zuerst kurz erläutern möchte. Zeit und Raum sind danach zugleich mit dem Urknall entstanden. Seither dehnt sich das Universum aus.

Normalerweise würde man wegen der Gravitationskraft erwarten, dass der Raum immer langsamer expandiert und es sogar zu einer Umkehr kommen kann: das Zusammenfallen aller Masse zu einem Zentrum, was man als Big Crunch bezeichnet. Alle Materie müsste demnach im Laufe der Zeit in schwarze Löcher fallen, die wiederum durch die Gravitationskräfte miteinander zu einem einzigen riesigen schwarzen Loch verschmelzen und die Gesamtmasse des Universums an einem Punkt verdichten. Denkbar ist, dass danach wieder ein neuer Urknall stattfindet und ein neues Universum geboren wird.

Beobachtungen deuten jedoch auf das Gegenteil hin: Der Raum selbst expandiert immer schneller, was durch die Rotlichtverschiebung von entfernten Galaxien beobachtet werden kann. Um diese Beobachtungen mathematisch zu erklären, wurde die dunkle Energie erfunden. Sie muss laut Berechnungen etwa 68 Prozent der Gesamtmasse des Universums ausmachen. Was genau dunkle Energie ist, ist jedoch unbekannt – direkt gemessen wurde sie noch nicht.

Neben der dunklen Energie gibt es die sogenannte dunkle Materie. Sie wurde ebenfalls mathematisch aus der Beobachtung abgeleitet, dass es bei Weitem zu wenig sichtbare Materie (Sterne, Sternennebel und so weiter) gibt. Denn diese erzeugt nicht genug Gravitationskraft, damit die äußeren Bereiche der Galaxien die Formen haben, die wir beobachten. Daher geht man von der Existenz der dunklen Materie aus, die so genannt wird, weil man sie schwierig oder gar nicht beobachten beziehungsweise messen kann.

Berechnungen zufolge besteht das Universum zu etwa 95 Prozent aus dunkler Materie und dunkler Energie. Alles, was wir sehen – die Galaxien, Sterne und auch die messbare Energie in Form von elektromagnetischen Wellen wie dem Licht – sind also nur etwa fünf Prozent des Universums.

Wieso der Urknall stattfand und warum es mehr Materie als Antimaterie gibt, kann mit dem Standardmodell der Kosmologie noch nicht erklärt werden. Die gewöhnliche Materie in unserem Universum besteht aus Atomen, deren Kerne elektrisch positiv geladen sind und um die sich negativ geladene Elektronen in bestimmten orbitalen Bahnen bewegen. Daneben gibt es auch freifliegende Elektronen und ionisierte Atome, die nur aus dem positiv geladenen Kern bestehen. Antimaterie ist im Universum sehr selten und besteht aus elektrisch negativ geladenen Kernen und positiv geladenen Elektronen, die man Positronen nennt. Antimaterie ist somit umgekehrt elektrisch geladen wie Materie.

Wenn man sie zusammenbringt, verwandeln sich beide in pure Energie, was Einstein mit der berühmten Formel E = mc² beschrieben hat. Ein Gedankenspiel: Würde man ein Gramm Antimaterie mit einem Gramm Materie kombinieren, würden etwa 1,8 x 10 hoch 14 Joule Energie freigesetzt werden. Das entspricht in etwa dem chemischen Brennwert von vier Millionen Kilogramm Erdöl. Deshalb wird in vielen Science-Fiction-Filmen Antimaterie als Energieträger für Raumschiffe verwendet.

Statistisch ist zu erwarten, dass nach dem Urknall gleich viel Materie und Antimaterie entstanden wären und diese sich gegenseitig aufgehoben, das heißt in pure Energie umgewandelt hätten.

Leben – einfach nur Glück?

Zum Glück für uns gab es aber anscheinend mehr Materie als Antimaterie, so dass wir in einem Universum leben, das Materie enthält – und dies ist wiederum eine Voraussetzung für die Bildung von Sternen, Planeten, Molekülen und somit Leben. Auch ein Glück ist, dass das Universum weder zu heiß noch zu kalt ist. Noch viele andere Faktoren sind so kalibriert, dass sie unsere Existenz ermöglichen, etwa die Gravitationskraft.

Es stellt sich die Frage, ob das Universum zufällig entstanden und zufällig so parametrisiert ist, dass sich intelligente Lebensformen entwickeln konnten, die über das Universum nachdenken können. Manche Wissenschaftler vermuten, dass es viele Universen gibt und die meisten dieser Universen kein Leben ermöglichen. Wir hätten demnach einfach das Glück, in einem lebensfreundlichen Universum zu existieren.

Der Philosoph und Astrophysiker Nick Bostrom ist mit dieser Erklärung nicht zufrieden. Er ist primär Philosoph, doch er studierte auch Astrophysik und hat einen Master im Themenbereich Computational Neuroscience am King’s College (University of London). Er hat eine Alternativhypothese entwickelt. Er ist der Ansicht, dass sie absichtlich geschaffen wurde – zu wissenschaftlichen Zwecken oder zur Unterhaltung. Seiner Hypothese zufolge leben wir in einer Simulation. Und sehr wahrscheinlich werden wir laut Bostrom selbst in der Zukunft Simulationen von Zivilisationen erschaffen.

Bostrom ist Professor an der philosophischen Fakultät der Universität Oxford. Schon im Jahr 2003 erregte er mit seiner Simulationshypothese Aufsehen. Zu den Anhängern dieser oder verwandter Simulationshypothesen zählen unter anderem Elon Musk, Mitbegründer von Tesla und Gründer von SpaceX, und Tom Campbell, Physiker, Bewusstseinsforscher und ehemaliger Mitarbeiter bei der Nasa. Ein aufgezeichnetes Gespräch mit Elon Musk über die Simulationshypothese gibt es hier. Tom Campbell erklärt in diesem Video, wieso er die Hypothese plausibel findet.

Mit Simulation ist gemeint, dass alles simuliert ist, also das Leben, unser Bewusstsein und alle Wahrnehmungen von der angeblich physischen Welt, die demnach nicht wirklich physisch existiert, sondern eben simuliert wird. Das leitet Bostrom als wahrscheinlichste Annahme her, indem er drei Szenarien durchspielt, von denen seiner Ansicht nach mindestens eines eintreten muss.

Simulation ist unmöglich oder wir werden davor vernichtet – unwahrscheinlich

Das erste Szenario spielt die Annahme durch, dass die Simulation des menschlichen Bewusstseins technologisch unmöglich sei oder die Menschheit vernichtet würde, bevor sie in der Lage wäre, eine solche Simulation zu erschaffen. Betrachtet man die rasanten Fortschritte der Computertechnologie und insbesondere von Videospielen sowie die Zeit, die uns bleibt, um sie weiterzuentwickeln, sieht es danach aus, dass dieses Szenario unwahrscheinlich ist.

Die ersten Videospiele wie Pong (1972 von Atari veröffentlicht) oder Space Invaders (erschienen 1978, programmiert von Tomohiro Nishikado und vertrieben von Taito) waren sehr simpel, weil wegen geringer Rechenleistung und Speicherkapazitäten komplexe Spiele nicht möglich waren.

Pong bestand aus nur drei Objekten, zwei Balken und einem Ball. Die Simulation des Bewegungsverhaltens des Balls erforderte nur wenige Inputvariablen wie den Einfallswinkel des Balls auf den Balken und die vertikale Bewegungsrichtung des Balkens. Im Vergleich dazu stellen moderne Spiele wie Elite Dangerous (erschienen 2014), das – für ein Spiel – relativ gelungen den Aufbau der Milchstraße simuliert und dessen Simulation etwa 400 Milliarden Sterne, Planeten und Monde umfasst, gigantische Fortschritte dar. Zwischen Pong und Elite Dangerous liegen nur 42 Jahre – sehr wenig im Vergleich zum geschätzten Alter des Universums von etwa 14 Milliarden Jahren.

Uns bleiben noch viele Millionen Jahre Zeit …

Unsere Sonne wird in etwa 5 Milliarden Jahren zum roten Riesen werden und die Erde verkohlen. Schon davor wird es zwar auf der Erde wegen der höher werdenden Leuchtleistung der Sonne ungemütlich werden, aber vermutlich haben wir noch etwa eine Milliarde Jahre Zeit, bis wir auf einen anderen Planeten umsiedeln sollten.

Das Mooresche Gesetz besagt, dass sich die Anzahl der Transistoren auf einem Chip bestimmter Größe alle 12 bis 24 Monate verdoppelt, was ungefähr auch zu einer Verdopplung der Rechenleistung führt. Doch auch wenn die Verdopplung etwas langsamer stattfindet, spielt das keine Rolle, angesichts von vielen Millionen Jahren Zeit. Es ist somit nur eine Frage der Zeit, wann die Rechenleistung von Computern ausreichen wird, um Simulationen des menschlichen Bewusstseins zu erschaffen.

Man schätzt, dass die Informationsverarbeitungsleistung des menschlichen Gehirns einer Rechenleistung von etwa 10 hoch 16 Rechenoperationen pro Sekunde entspricht, vielleicht auch 10 hoch 17 Rechenoperationen. Gemäß dem Mooreschen Gesetz wird diese Rechenleistung relativ bald mit Computern realisierbar sein, und wenige Jahrzehnte später wird die Rechenleistung ausreichen, um Milliarden Menschengehirne zu simulieren, also die gesamte Menschheit.

Ein Bewusstsein braucht keinen Körper

Die Annahme, dass die Menschheit simuliert werden könnte, beruht auf der Hypothese der Substratunabhängigkeit. Sie besagt, dass ein Bewusstsein kein bestimmtes Trägermedium benötigt, sondern austauschbar ist. Das heißt, es spielt keine Rolle, ob die Gedanken durch Aktivitäten in neuronalen Netzen eines biochemisch arbeitenden Gehirns oder in Computern entstehen. Dies beschreibe ich später noch ausführlicher.

Auch Objekte wie zum Beispiel einen Stein kann man beliebig genau simulieren. Zwar besteht ein Stein aus einer großen Anzahl von Atomen, und auch mit zukünftigen Supercomputern wäre es unmöglich, alle Atome der Erde in Echtzeit zu simulieren – aber das ist gar nicht nötig. Es genügt, die Atome erst dann zu simulieren, wenn jemand ein Objekt wie den Stein mit Instrumenten genauer betrachtet.

Wenn man den Stein gut genug simuliert, so ist er aus Sicht eines Beobachters nicht von einem echten Stein unterscheidbar. Zwar besteht ein echter Stein aus physischer Materie und ein simulierter Stein aus Informationen, aber ist für den Beobachter unerheblich, weil seine Beobachtung eine Informationsverarbeitung ist. Seine Sinne nehmen Daten auf und sein Gehirn, egal ob physisch oder simuliert, verarbeitet diese zu Informationen und Wissen.

Ansonsten genügt es, die aktuell optisch wahrnehmbaren Eigenschaften des Steins zu simulieren, wofür es wenig Rechenleistung braucht. In Videospielen wird dies bereits gemacht, beispielsweise mit der Technik Occlusion Culling: Man muss nur die Objekte präzise berechnen und rendern, die im Sichtfeld des Spielers sind.

Die Schlussfolgerung ist demnach, dass früher oder später die Simulation von Bewusstsein und somit von Zivilisationen möglich sein wird. Simuliert man Bewusstsein und dessen Wahrnehmungen von der Welt, kann man ganze Welten erschaffen. Wir könnten ganze Planeten und Galaxien in der Wahrnehmung des Bewusstseins simulieren, ohne diese kosmischen Objekte physisch erschaffen zu müssen.

Aber was, wenn die Menschheit vorher vernichtet wird?

Fortsetzung folgt morgen