Stuart 14

Joanna Trümner

Decyzje

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Carole King

Od przyjazdu Stuarta do Walton mijało pięć miesięcy. Matka powoli przyzwyczajała się do śmierci ojca. Dużą rolę w tym wychodzeniu Matki z żałoby odgrywała Meg, jej wyważone i spokojne podejście do życia i proste, oczywiste rady. Jak na przykład pomysł przekazania matce Einsteina pod opiekę na czas wyjazdu Meg i Stuarta do Londynu. Kiedy po powrocie zobaczył matkę z czerwonymi od mrozu policzkami i uśmiechem na ustach, zrozumiał, że przebywanie z psem było dla niej świetną terapią.

Z każdym dniem Stuart coraz bardziej przekonywał się o tym, że znałazł kobietę, z którą wyobraża sobie dalszą przyszłość – kochankę i przyjaciela. Kogoś, przy kim może być sobą i kto zrozumie jego marzenia. Równocześnie z każdym dniem coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że nie wyobraża sobie spędzenia reszty życia w Walton. Nie mógł przecież zatrzymać się w połowie drogi i codziennie zadawał sobie pytania: „Co dalej? Mam zostać w Anglii, wracać do Australii, w końcu pobyt tam nie był samym pasmem sukcesów, czy próbować szczęścia w innym kraju?”

Pewnego wieczoru zapytał wprost: „Meg, możesz sobie wyobrazić życie w Australii?” W napięciu czekał na odpowiedź, zaskoczony długim milczeniem, które nie zwiastowało niczego dobrego. Przez chwilę przeszła mu nawet przez głowę myśl, że Meg nie kocha go na tyle mocno, by pojechać za nim na drugi koniec świata. „A może”, pomyślał z przerażeniem, „ciągle jeszcze czeka na tamtego?” Po kilku minutach milczenia, które Stuartowi wydawały się tak długie jak wieczność, Meg w końcu odpowiedziała: „Wyobrażam sobie, że mogłabym mieszkać gdzie indziej, zawsze chciałam poznać świat, ale nie mogę tak z dnia na dzień zostawić moich pacjentów, oni mnie potrzebują. Musiałabym poszukać kogoś, kto mógłby się nimi dalej zająć. A poza tym nie wiem, czy mogę zostawić moją mamę samą, ona ma teraz dobry okres w życiu, a mój wyjazd do Australii mógłby znowu wyprowadzić ją z równowagi”. Do tej pory rozmowy o domu rodzinnym Meg ucinała dosyć szybko, Stuart wiedział, że nigdy nie poznała ojca, a jej stosunek do matki jest bardzo skomplikowany. Myślał, że miało to jakiś związek z aferą Meg i czuł, że jest to temat tabu i że musi cierpliwie czekać na ujawnienie tego sekretu.

Meg opowiedziała mu o swoim dzieciństwie, o domu bez mężczyzn i o tym, jak bardzo jej matkę przerosło zadanie samotnego wychowywania córki, którą urodziła w wieku 20 lat. Była napiętnowana przez rodziców, nie utrzymywali z nią kontaktu, ciężko pracowała jako ekspedientka w sklepie rybnym, w domu często brakowało pieniędzy. Od wszystkich tych ciężarów znalazła ucieczkę w alkoholu, sporadyczne piwo na dobranoc z biegiem czasu zastąpiła butelka wina, a następnie pita małymi łykami przez cały dzień whisky. Z upływem lat, matka coraz głębiej wpadała w nałóg, sytuacja w domu stawała się dla Meg coraz trudniejsza do zniesienia, szczególnie po tym, jak matka straciła pracę i rodzina utrzymywała się z zasiłku. Meg próbowała metodami dziecka „wyleczyć” matkę z nałogu, chowała butelki z coraz mocniejszymi napojami, zmuszała matkę do jedzenia i próbowała płaczem i błaganiami wymusić na niej trzeźwość. Był to najgorszy okres jej życia, Meg była bardzo samotna, dzieci jej unikały, dorośli udawali, że nie widzą, co się dzieje w jej domu. Otrzymała stypendium, wyjechała do Brighton na studia i była to dla niej wielka szansa na inne, lepsze życie. To, że wybrała psychologię, było podyktowane nałogiem matki. Meg z nadzieją myślała o tym, że uda się jej podczas studiów znaleźć metodę leczenia alkoholizmu, albo przynajmniej poznać kogoś, kto jej podpowie, gdzie szukać pomocy. Po rozpoczęciu studiów Meg przyjeżdżała do domu raz na miesiąc i z przerażeniem patrzyła na ilość pustych butelek, stojących w każdym kącie mieszkania. Sylwestra 1972 roku spędzała razem z matką i w godzinę przed północą matce zabrakło alkoholu. Wbrew próbom powstrzymania jej, matka wyszła z domu, aby znaleźć jakikolwiek czynny jeszcze o tak późnej porze sklep z alkoholem. Tuż przed domem poślizgnęła się na zrobionej przed kilkoma godzinami przez dzieci, pokrytej śniegiem ślizgawce i upadła. Córka znalazła ją w pół godziny później przed domem, matka miała otwarte złamanie nogi i była nieprzytomna.

Meg zaalarmowała sąsiadów, którzy zadzwonili na pogotowie. Karetka zabrała matkę do szpitala. Matka pozostała tam cztery tygodnie, lekarze dosyć szybko zorientowali się, co do stanu pacjentki i przeprowadzili odwyk. Szpitalny psycholog skierował matkę na terapię do ośrodka odwykowego. Po kilku miesiącach matka wróciła do domu i prowadziła samotną walkę z nałogiem. Zaczęła znowu pracować, tym razem za ladą w piekarni i przez dwa lata udało jej się wytrzymać bez alkoholu. Do dnia, w którym jeden z klientów zaprosił ją na wieczorną randkę w pubie. Choroba wybuchła ponownie, tak jakby przez cały czas czyhała tylko na ten moment słabości. Przez kilka miesięcy Meg nie pokazywała się w domu, a kiedy kierowana złymi przeczuciami pojawiła się u matki, ta była już w bardzo złym stanie. Córce z trudem udało się ją zmusić do ponownego odwyku. Odbierając matkę ze szpitala powiedziała: „Jeżeli jeszcze raz zobaczę cię pijaną, to nie chcę mieć z tobą nic wspólnego”. Pomogło. Matka zaczęła regularnie chodzić na spotkania Anonimowych Alkoholików, poznała tam nowych przyjaciół i jej życie powoli zaczęło biec normalnym torem. Poszła na kurs maszynopisania i zaczęła pracować jako sekretarka w szkole, do której kiedyś chodziła Meg. Od kilku miesięcy spotykała się z kimś z grupy i jej życie szło normalnym torem. „Ale ja naprawdę nie wiem, czy to nie jest wulkan, który za chwilę znowu wybuchnie”, skończyła swoje opowiadanie Meg.

Stuart patrzył na nią ze współczuciem, równocześnie nie mógł opanować żalu: „Dlaczego pacjenci i matka są dla niej ważniejsi ode mnie? Ale i od niej samej. Dlaczego w ogóle nie myśli o swoim szczęściu? To są przecież dorośli ludzie, którzy muszą sami sobie poradzić ze swoim życiem. Może Meg nie kocha mnie wystarczająco silnie? A może po prostu boi się zmian w życiu?” W końcu jednak Meg obiecała mu, że pod koniec sierpnia zjawi się w Sydney, spędzi z nim kilka tygodni urlopu i podejmie decyzję, co do dalszej przyszłości.

W kilka dni przed odlotem do Australii Stuarta odwiedził Stuart-senior. Podczas wspólnego spaceru nad morzem wujek wypytywał siostrzeńca o to, co dzieje się w domu, jak sobie radzi matka i jak mógłby pomóc. Pytał też o jego dalsze plany: „Moim zdaniem powinieneś poszukać sobie jakiejś stałej pracy, dlaczego nie w szkole, przecież dobrze sobie radziłeś, oszczędzić trochę pieniędzy, a od czasu do czasu dawać koncerty i pisać nowe utwory. Z czasem nagrasz płytę, pierwszą, drugą, ja ci chętnie pomogę. Teraz też chciałbym dać ci trochę pieniędzy, zaczynasz przecież znowu od zera”. „Ja nie mogę do końca życia brać od Ciebie pieniędzy”, zaoponował Stuart. „Twoje siostry nie mają tyle skrupułów, więc proszę Cię przyjmij ode mnie pomoc na początek”. Na widok zaskoczenia na twarzy Stuarta wujek opowiedział mu o rozmowie z Eve podczas swojego ostatniego pobytu w Walton. Przyszła do niego z wiadomością o tym, że jest w ciąży i powiedziała, że oczekuje pomocy, w końcu urodzi pierwsze dziecko w tej rodzinie i musiała przez to zrezygnować z pracy. Poza tym to właśnie ona opiekowała się od lat rodzicami. A Stuart-senior ma przecież pieniądze i chyba poczuwa się do obowiązku. Eve stawiała bardzo wygórowane żądania finansowe.

Pod koniec tej rozmowy Stuart-senior z przekąsem podziękował siostrzenicy za perfekcyjne zaplanowanie, co ma robić ze swoimi pieniędzmi i odmówił udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Zaraz po powrocie do Londynu poszedł do banku, żeby dowiedzieć się o możliwościach założenia konta oszczędnościowego dla dziecka bez udzielania upoważnienia dla matki. Wstydził się tej rozmowy, wstydził się za swoją siostrzenicę, która mu nawet nie podziękowała za sfinansowanie ślubu. Tego samego dnia zdecydował, że Kate i Stuart otrzymają od niego w prezencie po pięć tysięcy funtów – sumę, którą on wydał na ślub Eve. Kate otrzymała już te pieniądze, Stuarta miał je dostać właśnie teraz. „Ja tego do grobu nie wezmę” uspokajał bratanka, wręczając mu do ręki kopertę. „Ale chyba się jeszcze nie wybierasz” – Stuart próbował pokryć zażenowanie żartem. Zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że przyszedł czas, żeby zacząć zarabiać i oszczędzać własne pieniądze. Jeżeli Meg kiedyś do niego przyjedzie na stałe, nie będzie miał nawet za co wynająć mieszkania. Pożegnał wujka i poszedł na pocztę, żeby potwierdzić Ianowi swój przylot do Sydney. A Ian przekazał mu wiadomość, która go kompletnie zaskoczyła: „Będę za kilka miesięcy ojcem”. Przez odległość i słabe połączenie Stuart nie potrafił rozpoznać uczuć swojego przyjaciela – nie wiedział, czy te powiedziane jak dobry żart słowa były radością, przerażeniem, czy zaskoczeniem. „Dowiem się wszystkiego za kilka dni na miejscu”, pomyślał Stuart, widząc oczami wyobraźni swojego przyjaciela przewijającego dziecko.

Na początku lipca Stuart stał na lotnisku w Heathrow i czekał na samolot do Australii.

Cdn.

 

Festiwal piosenki natrętnej XI

Tomasz Fetzki

Heureux qui, comme Ulysses, czyli natręctwo na pierwszy dzień wolności

Viatorko, dziś pierwszy dzień Twojej odzyskanej wolności. Twardej – ale wolności. Gorzkiej – ale wolności.

Twardo bowiem i gorzko zostawić wszystko, co się przez lata tworzyło, wkładając w to całe serce i pół zdrowia. Lecz w niektórych miejscach, w określonych okolicznościach, a zwłaszcza z pewnymi ludźmi, zostawać nie warto, nie honor, nie należy. Nie można! Wymóg etyki. Ale też, by przywołać Poetę (czyli proroka), kwestia estetyki: potęga smaku i takie tam różne…

Po prostu:

Wolność jest cenniejsza niż poczucie bezpieczeństwa.

Godność znaczy więcej niż pieniądze – nie tylko zbywające, ale nawet te niezbędne.

Tak po prostu: wszyscy to wiedzą, ale mało kto ma odwagę według tego postępować. Viator nie jest pod tym względem pewien nawet samego siebie; nie wie, co by zrobił, gdyby przyszła chwila próby.

Ale Ty, Viatorko? Ty wiesz, że inaczej nie można, tak po prostu. Dlatego odchodzisz… na wolność. I jak Cię nie kochać ponad wszystko na świecie?

Nieszczęsny łeb Pielgrzyma świętuje ten pierwszy dzień wolności natrętnie brzmiącą pod czaszką piosenką; jakżeby inaczej, o wolności. Jedną z najpiękniejszych piosenek, jakie Wędrowiec zna. A skoro już się dzieli swymi natręctwami z Czytelnikiem, to wypadało by dodać o utworze kilka słów. Niezbędne minimum. Nie dlatego, by się erudycją (wątpliwej zresztą próby) popisywać, ale po to, aby konteksty rozjaśnić i bogactwo znaczeń przybliżyć.

Przeto, dla porządku: był sobie Joachim du Belleay, renesansowy poeta, członek grupy Plejady, jeden z odnowicieli języka francuskiego. Po kilkuletnim, rozczarowującym pobycie w Rzymie, czyli stolicy ówczesnego świata, napisał kunsztowny sonet, rozpoczynający się temi oto słowy (kunszt i wersyfikacja zaginęły, hélas!, w tłumaczeniu):

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
I zdobył w niej złote runo
A później powrócił, bogaty doświadczeniem i wiedzą
By przeżyć resztę lat pośród swych bliskich.

Heureux qui, comme Ulysse, a fait un beau voyage,
Ou comme cestuy-là qui conquit la toison,
Et puis est retourné, plein d’usage et raison,
Vivre entre ses parents le reste de son âge!

Wiersz ten Francuzi dobrze znają, stał się obiektem wielu odniesień oraz nawiązań. Jego parafrazą jest też piosenka, która natrętnie dręczy dziś Viatora. W roku 1970 powstał film Heureux, qui comme Ulysse (w Polsce znany jako Koń zwany Ulissesem). To ostatnia – ale jaka! – rola Fernandela. Zagrał starego Antonina, który przez 25 lat opiekował się koniem Ulissesem, a teraz ma swego towarzysza odstawić na korridę, gdzie, jako wierzchowca pikadorów, czeka go pewna śmierć. Antonin nie może – tak po prostu – tego zrobić i ucieka wraz z Ulissesem, aby, po wielu trudach i przeszkodach, wypuścić rumaka-seniora na wolność. W Camargue: krainie bezkresnych bagien i stawów, leżącej w delcie Rodanu, a zamieszkanej przez flamingi, półdzikie białe konie i czarne byczki (Viator tam był, widział, poleca gorąco). Ściskająca serce opowieść o wierności, przyjaźni i godności. Motywem przewodnim filmu jest właśnie ta piosenka: Henri Colpi, reżyser, napisał słowa, Georges Delerue skomponował muzykę, a zaśpiewał ją sam Georges Brassens. Strzał w dziesiątkę! Nikt nie zrobiłby tego lepiej. W ustach piewcy Wolności i Prowansji (urodzonego wszak, wychowanego i pochowanego w Sète – kilka kilometrów od lagun Camargue) ballada nabiera nowych, wyjątkowych znaczeń…

Ufff, i tyle! Krócej naprawdę się nie dało. A teraz już słuchaj Viatorko i słuchajcie wy wszyscy, którzyście tutaj trafili. Po krótkim wstępie, mieszczącym pieśń w krainie Oksytanii, rozpocznie się hymn. Hymn wolności na cześć pierwszego dnia wolności.

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W uroczy letni poranek gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy lepiej ci tutaj, niż gdzieś indziej, gdy przyjaciel darzy cię szczęściem
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

W słońcu i w wietrze, w deszczu i w pogodzie
Żyliśmy sobie zadowoleni: mój koń, ma Prowansja i ja
Mój koń, ma Prowansja i ja

Szczęśliwy, kto jak Ulisses odbył wielką podróż
Szczęśliwy, kto jak Ulisses oglądał sto pejzaży
A później odnalazł, po wielu przejściach
Kraj zielonych lat

W śliczny letni poranek, gdy słońce śpiewa ci w sercu
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!
Gdy nadchodzi kres nieszczęść, gdy przyjaciel obetrze twe łzy
Wolność, wolność, jakże ona jest piękna!

Spaleni słońcem, wysmagani wiatrem, zagubieni pośród stawów
Będziemy sobie żyć zadowoleni: mój koń, ma Camargue i ja
Mój koń, ma Camargue i ja.

Każdy ma własną Prowansję – niekoniecznie musi to być miejsce w przestrzeni. Viatorko! Odyseuszko Ty moja! Bądź szczęśliwa w swej Camargue. A towarzyszyć Ci tam będzie wierny koń, który z miłością kreśli te słowa.

Stuart 13

Eve

If you ain’t got two kids by 21, you’re probably gonna die alone
At least that’s what tradition told you.
And it don’t matter if you don’t believe, come Sunday morning you best be there
In the front row, like you’re s’posed to.

Jeżeli w wieku 21 lat nie masz dwójki dzieci, to prawdopodobnie umrzesz samotnie
Tego nauczyła cię tradycja
To nieważne, czy wierzysz czy nie wierzysz, w niedzielę rano przyjdziesz do kościoła
I zajmiesz miejsce w pierwszym rzędzie, tego się od ciebie oczekuje

Kacey Musgraves
Merry Go ‘Round

W kilka dni przed otwarciem pubu Stuart pomógł matce w porządkowaniu rzeczy po ojcu. Kiedy pakował do walizek ubrania, które wciąż jeszcze pachniały ojcem, opanowało go dziwne uczucie – uczucie winy, że zamiast smutku w jego głowie panuje głównie radość i ciepło na myśl o Meg.
Miał bardzo mało czasu na spotkania z nią. Przejął większą część pracy w pubie – do jedenastej w nocy obsługiwał klientów, dopiero po umyciu ostatniej szklanki po piwie i wytarciu stołów szedł do swojego łóżka w pokoju nad pubem i kładł się spać. Wczesnym popołudniem sprawdzał na liście, jakie napoje trzeba będzie wkrótce zamówić i wspólnie z Eve omawiał propozycje prostych dań, których przygotowaniem zajmowała się następnie siostra. W zimowe wieczory pub pękał w szwach. Stuart odnosił często wrażenie, że mieszkańcy Walton nie chcą wracać do swoich domów, a picie piwa w towarzystwie i rozmowy o polityce lub nowinkach miasteczka jest dla nich jedną z niewielu możliwości zabijania czasu i przeczekania do lata, kiedy to miasteczko znowu zapełni się życiem i tysiącami turystów.
Czas pracy w pubie to był czas, którego Stuart nie mógł spędzić z Meg i coraz częściej był zły na siebie za pochopną obietnicę pomocy siostrze. Rozmowy klientów, dowcipy, które poznał już jako dziecko, nachalne wypytywanie o młodą panią psycholog drażniły go coraz mocniej. Raz w tygodniu siostra wypłacała mu kilkadziesiąt funtów zarobku. Świadomy tego, że praca, którą wykonuje jest tylko krótkim epizodem w życiu, Stuart nie chciał podejmować żadnych pertraktacji z siostrą na temat zatrudnienia, godzin pracy i wysokości wynagrodzenia. „Przykro mi, że znowu dzisiaj nie zobaczysz swojej pani psycholog” – komentowała często Eve, zostawiając brata samego w pubie. Z tonu jej wypowiedzi wynikało, że wcale nie jest jej przykro, że zazdrości bratu wypisanego na jego twarzy zakochania i chodzenia z głową w chmurach.
Stuart nieraz zadawał sobie pytanie: „Na czym właściwie polega małżeństwo Eve? Nie znam pary, która tak mało by do siebie pasowała. Co ten delikatny, bojący się własnego cienia William widział w mojej siostrze? Może myślał, że ona przeprowadzi go zdecydowanym krokiem przez życie, zniszczy i usunie wszelkie przeszkody z jego drogi? A może pobrali się tylko dlatego, że kiedyś trzeba się pobrać i założyć rodzinę? Bo tak wypada, bo tego wszyscy oczekują?” Wiadomość, że Eve oczekuje dziecka, bardzo go zaskoczyła. Jej ciąża skomplikowała sytuację w domu, siostra nie mogła zajmować się dłużej prowadzeniem pubu i trzeba było poszukać kogoś spoza rodziny, kto chciałby się tego podjąć.
Po wielu rozmowach z gośćmi pubu znalazł się Ben. Był kolegą Stuarta ze szkoły i wrócił niedawno do Walton po kilkuletnim pobycie w Londynie. Stolica przeraził go tempem życia, nigdy nie poczuł się dobrze w tym wielkim mieście i postanowił wrócić do spokojnego Walton i rodziny. Podczas pobytu w Londynie utrzymywał się z pracy w restauracjach i pubach, miał więc pojęcie o zadaniach, których chciał się podjąć. Po przeciągających się w nieskończoność pertraktacjach Stuartowi udało się przekonać siostrę do podpisania z Benem rocznej umowy o wynajem pubu.
To był dobry wybór – młody najemca był znakomicie zorganizowany, nie bał się pracy i widział w nowym zadaniu dużą szansę. Już po dwóch tygodniach od przekazania pubu w ręce Bena, Stuart mógł ograniczyć swą pomoc do dwóch dni w tygodniu.

Meg

I’ve been searching a long time for someone exactly like you
I’ve been traveling all around the world
Waiting for you to come through

Długo szukałem kogoś właśnie takiego jak ty
Wędrowałem po całym świecie
Czekając aż się zjawisz

Van Morrison
Someone like you

W końcu miał czas na spotkania ze swoją dziewczyną. Chodzili z Einsteinem na długie spacery brzegiem morza, po powrocie siadali w przytulnej, ciepłej kuchni Meg i godzinami rozmawiali lub słuchali muzyki. W czasie, kiedy ukochana odwiedzała pacjentów w Walton i okolicy Stuart komponował nowe utwory – pełne czułości i ciepła piosenki, których pierwszym słuchaczem była zawsze Meg. „Obiecaj mi, że nigdy nie zrezygnujesz z muzyki”, poprosiła go pewnego wieczoru. Przytulił ją do siebie, szczęśliwy, że znazł kobietę, która poprze go przy realizowaniu marzeń.
Na początku marca wybrali się do Londynu z odwiedzinami u Stuarta-seniora i Briana. Czekał tam na nich prezent – bilety na musical „Hair”. Następnego dnia w małym teatrze na Soho Stuart z trudnością powstrzymał się od wstania z miejsca – wśród wykonawców rozpoznał swojego przyjaciela z pobytu w Wellington – Louisa w roli Huda. Po spektaklu Stuart wziął Meg za rękę i poszli do garderoby wykonawców. Louis z radością przywitał przyjaciela: „Nigdy nie myślałem, że się tu zobaczymy, nieraz się zastanawiałem, gdzie jesteś i co robisz”. Umówili się na obiad następnego dnia. Meg została u Stuarta-seniora i Briana: „Wy macie sobie na pewno dużo do opowiedzenia, ja tylko będę przeszkadzać”.
Podczas wspólnego obiadu Louis opowiedział przyjacielowi o miesiącach, które minęły od ich pożegnania w Nowej Zelandii. Podobnie jak Stuart on też nie został zatrudniony w kolejnej produkcji teatru w Wellington. Przeniósł się do Christ Church, gdzie dawał koncerty po knajpach. Po raz pierwszy od wielu lat miał wrażenie, że ludzie od lat czekali na jego muzykę. Na pewno zostałby tam do dzisiaj, gdyby nie spotkał dziewczyny, za którą przyjechał do Londynu. Początki w tym mieście nie były łatwe, przez kilka miesięcy występował w klubach jazzowych, ale dochody były tak nieregularne, że nieraz nie miał pieniędzy, żeby dołożyć się do opłat za mieszkanie, które wynajęli wspólnie z dziewczyną. Któregoś dnia przeczytał w gazecie o poszukiwaniu obsady do roli Huda. „To nieduża rola, ale regularna pensja i dobre warunki. Więc dalej stoję tuż przed osiągnięciem sukcesu. Najgorsze jest to, że ja oprócz muzyki niczego innego nie potrafię robić” – zaśmiał się Louis. „I tak jesteś dalej niż ja”, skomentował opowieść Stuart i opowiedział o tym, jak mu się żyło w ostatnich miesiącac. Pożegnali się bardzo serdecznie, z nadzieją, że uda im się jeszcze kiedyś spotkać.
Pobyt w Londynie minął bardzo szybko i czas było wracać do Walton, na Meg czekali tam pacjenci i Einstein, którego opieki przejęła przez kilka dni matka Stuarta. Wracali samochodem Meg. Dziewczyna skomentowała, że Brian i Stuart są idealną parą. „Nigdy nie poznałam ludzi, którzy się tak dobrze rozumieją.” „A my?”, zapytał nieśmiało Stuart, a po chwili dodał „Proszę powiedz mi w końcu, dlaczego przyjechałaś do Walton?”
Przez resztę drogi do domu opowiadała mu o studiach psychologii w Brighton. W kilka dni po rozpoczęciu roku akademickiego zgubiła się w budynku uniwersyteckim i przyszła o pół godziny za późno na wykład z psychologii klinicznej. „Pani straciła dużą część wykładu”, z wyrzutem oświadczył wykładowca i poprosił ją o pozostanie w sali po zajęciach. Ich rozmowa trwała wiele godzin, przerwał ją dozorca, który gasił światła w budynku. Wykładowca chciał wiedzieć o Meg wszystko, pytał o to, dlaczego wybrała właśnie psychologię, kim jest, czego oczekuje od życia. Był pierwszym mężczyzną, przy którym czuła, że jest najbardziej interesującą osobą na świecie.
Zaczęli się regularnie spotykać, chodzili do małej włoskiej restauracji niedaleko uczelni, na spacery, wystawy, do kina.
Kiedy Stan zaczął jej opowiadać o swoich błędach i małżeństwie, w którym był bardzo nieszczęśliwy, Meg myślała tylko o tym, żeby go do siebie przytulić i przekonać, że on też ma prawo do szczęścia. Ich afera trwała cztery lata, które Meg wspominała jako odejścia i powroty Stana do żony, czekanie na jego telefony i kolejne spotkania. W dniu uroczystego wręczenia dyplomów Meg zobaczyła w pierwszym rzędzie Stana trzymającego za rękę drobną blondynkę w bardzo zaawansowanej ciąży. Następnego dnia spakowała swoje rzeczy na stancji w Brighton i przyjechała do Walton, gdzie jako dziecko często spędzała kilka tygodni wakacji.
„To, że się rozumie, dlaczego ktoś się tak zachował, a nie inaczej, to, że się wie, że są ludzie, którzy nie powinni się w życiu spotkać, to, że potrafię wszystko zanalizować i wytłumaczyć, wcale nie pomniejsza bólu”, powiedziała Meg, a Stuart położył jej rękę na kolanie: „Teraz mamy siebie”.

Cdn.

Z Alaski do Patagonii

Ewa Maria Slaska
bo
Hubertos Panamericanos nie pisze

Nazywa się Hubert Suwała, ma lat 37, pochodzi z Łodzi, mieszka w Berlinie. Znam go od kilku lat, przyjaźni(ł) się z różnymi moimi młodymi koleżankami i tak też o nim myślałam, Hubert, znajomy moich koleżanek. A tu nagle jedna z nich zapytała mnie ostatnio, czy wiem, co Hubert teraz robi? Nie wiedziałam, a on tymczasem jedzie na rowerze:

10406443_1418519011799499_6491024080222106151_n

His name is Hubert, he is 37 years old, born in Łódź (Poland), lives in Berlin. His bicycle travel began in Mai 2015. He is now in Santiago de Chile. His bicycle is Surly.

Podróż zaczął pod koniec maja 2015 roku i w tej chwili jest w Santiago de Chile. Jedzie na rowerze marki Surly.

Ciąg dalszy nastąpi / to be continued

Stuart 12

Stuart na rozdrożu, ten facet jest cały czas na rozdrożu…

Joanna Trümner

Powrót do domu

Zgodnie z ostatnim życzeniem ojca Stuart kupił wielką choinkę, która stanęła w jadalni mieszkania rodziców i przypominała rodzinie o tym, że mimo smutku i bezradności po śmierci ojca, za oknami domu toczyło się dalej normalne życie, a inne rodziny przygotowywały się do Świąt, gotowały jedzenie i pakowały prezenty dla najbliższych. Po mieście chodzili ludzie zajęci ostatnimi przedświątecznymi zakupami, nie mogący się doczekać tych kilku szczególnych dni w roku, na ich widok Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że ojciec zmarł w najmniej odpowiednim momencie w roku.

W kilka dni po pogrzebie Stuart, Kate, Eve z Williamem i matka zasiedli przy stole kuchennym w rodzinnym domu, żeby wspólnie ustalić, co robić dalej ze spadkiem po ojcu i pubem – dotychczasowym źródłem utrzymania rodziny i wielkim planem życiowym ojca. Eve rozpoczęła rozmowę od pretensji do rodzeństwa o to, że nigdy nie przejmowali się rodzicami i podczas, kiedy oni dla własnej przyjemności zwiedzali świat, ona została na miejscu i spełniała obowiązki córki. Obowiązki, dla których zrezygnowała z własnych planów. Stuart przysłuchiwał się zarzutom siostry pod swoim adresem w milczeniu i zadawał sobie w duchu pytanie: „Za co ona mnie tak nienawidzi?”

Podczas monologu żony William unikał patrzenia w oczy Kate i Stuartowi. Walczył z zażenowaniem i wstydem, czuł się bardzo niezręcznie w roli biernego świadka rodzinnych porachunków, eksplozji nienawiści i zbieranych latami urazów i pretensji, ale zabrakło mu odwagi, żeby wstać i wyjść. W dalszym przebiegu rozmowy Eve oznajmiła, że gotowa jest przejąć prowadzenie pubu pod warunkiem, że matka przepisze go notarialne na nią i że nie będzie z nikim musiała dzielić dochodów. Poza tym chciała zamienić się z matką mieszkaniami – ona i William mieliby zamieszkać w rodzinnym domu, a matka przeprowadziłaby się do wynajmowanego do tej pory przez Eve i Williama trzypokojowego mieszkania o kilka ulic dalej.

Stuart i Kate popatrzyli na siebie z niedowierzaniem. „Czyli mama nie będzie miała ani mieszkania ani dochodów?” – skomentowała propozycję siostry Kate. Stuart pełnym współczucia wzrokiem patrzył na Williama i zaproponował, żeby spotkać się ponownie za kilka dni, podczas których on zapozna się z prowadzoną przez ojca księgowością. „A ja myślałam, że zaraz będziesz wracał do swoich tysięcy słuchaczy w Australii”, skomentowała z przekąsem Eve.

Matka najmniej uczestniczyła w tej rozmowie i sprawiała przez cały wieczór wrażenie, jakby żaden z poruszanych tego wieczoru tematów nie dotyczył jej bezpośrednio. Stuart z przerażeniem przypomniał sobie absurdalne sceny z okresu jej załamania psychicznego i pobytu w klinice psychiatrycznej, i wspólnie z Kate zdecydował, że zwróci się o pomoc i radę do Meg, młodej pani psycholog, której już raz udało się pomóc matce w powrocie do życia. Tego samego wieczoru postanowił też, że zostanie w Walton przez najbliższych kilka miesięcy, żeby nie pozwolić starszej siostrze na przejęcie steru w ręce, i zaopiekować się matką. W Australii nie czekała na niego praca, mógł więc sobie pozwolić na poświęcenie kilku miesięcy rodzinie. Następnego dnia zajął się czytaniem skrupulatnie prowadzonych przez ojca zeszytów z księgowością z ostatniego roku i wybrał się do banku, żeby poznać faktyczną sytuację finansową domu w Walton.

Liczby, które poznawał, wprawiały go w zaskoczenie – pub w ciągu ostatnich kilku lat przynosił niezłe dochody. Ponadto ojciec miał ubezpieczenie na życie i od lat wpłacał składki na prywatną rentę, z której matka będzie mogła korzystać. Ta zaskakująco dobra sytuacja finansowa w Walton bardzo uspokoila Stuarta, równocześnie nie potrafił zrozumieć, dlaczego rodzice nigdy nie korzystali z tych pieniędzy? Na co czekali? Na jakieś inne życie, na jakieś później, jutro, którego już nie spędzą razem?

Miłość

My love she speaks like silence, without ideals or violence
She doesn’t have to say she’s faithful, yet she’s true, like ice, like fire
People carry roses and make promises by the hours
My love she laughs like the flowers Valentines can’t buy her.

Moja miłość mówi tak, jak mówi cisza – bez ideałów, bez przemocy,
Ona nie musi mówić, że jest wierna, ona jest tak prawdziwa jak lód i jak ogień
Ludzie przynoszą róże i obecują co godzinę co innego.
Moja miłość śmieje się tak jak kwiaty, których nie dostaniesz na Walentynki.

Bob Dylan

What am I to you tell me darling true
To me you are the sea vast as you can be
And deep the shade of blue
When you’re feeling low
To whom else do you go?

Kochanie, powiedz mi prawdę – kim dla Ciebie jestem?
Dla mnie ty jesteś głębokim morzem
I głębokim odcieniem błękitu.
Do kogo innego możesz przyjść, kiedy jest Ci źle?

Norah Jones

Siedział nad słupkami cyfr, które powoli zlewały mu się w jedną całość, postanowił więc pójść na spacer nad morzem i poukładać myśli. Długo spacerował po mokrym piasku na pustej plaży. W chwili, kiedy chciał zawrócić i pójść do domu zobaczył w dużej odległości kobietę z wielkim seterem. Pies musiał być jeszcze bardzo młody, wyrywał się ze smyczy i ciągnął za sobą kobietę, która w pewnej chwili nie potrafiła mu dłużej stawiać oporu i przewróciła się. Seter parł do wody, ciągnąc ją za sobą, widać było, że kobieta nie panuje nad sytuacją i nie jest wstanie zatrzymać biegu psa. Stuart podszedł, jednym silnym ruchem powstrzymał katastrofę i dopiero wtedy spojrzał ku nieznajomej, w której z zaskoczeniem rozpoznał Meg, psycholożkę. „Dlaczego trafił mi się najgłupszy pies na świecie?”, przywitała go z uśmiechem. „I jak mogłam go nazwać Einstein?”

Sytuacja była tak komiczna, że obydwoje nie potrafili opanować śmiechu. „Nobla nie dostanie, nie musisz się martwić. Dobrze, że się spotkaliśmy, i tak chciałem się z tobą porozmawiać”. „Słyszałam o twoim ojcu, bardzo mi przykro”. „To był dla nas szok i boję się, że mama sama się nie pozbiera, więc gdybyś znalazła chwilę czasu na spotkanie z Kate i ze mną…” „Chętnie, ale chyba nie teraz” – odpowiedziała pokazując na mokrą i brudną od piasku kurtkę. Stuart odprowadził ją do domu, trzymając na smyczy niesfornego Einsteina. Na pożegnanie umówili się na wieczorne spotkanie u niej w domu. O siódmej Stuart siedział z siostrą w przytulnej kuchni Meg i głaskał po głowie Einsteina, który wyraźnie ucieszył się na jego widok.

Rozmawiali o śmierci ojca, o matce, która sprawiała wrażenie zupełnie nieobecnej myślami i o Eve, która wykorzystała ten zupełnie nieodpowiedni moment na wypowiedzenie wojny rodzinie. Meg opowiadała im o miesiącach, które minęły od ich ostatniego spotkania, o pracy w szkole w Walton i okolicznych domach starców i rosnącej liczbie prywatnych pacjentów. A potem z ciekawością słuchała opowiadania Kate o życiu w Niemczech i wrażeń Stuarta z Australii. Pod koniec rozmowy rodzeństwo poprosiło Meg o spotkanie z matką i ocenę sytuacji. Kiedy krótko przed północą Stuart Kate opuszczali mieszkanie Meg, Stuart już cieszył się na spotkanie w przyszłą sobotę. W drodze do domu Kate powiedziała: „Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Do ciebie by zresztą też świetnie pasowała”. Stuart nie skomentował uwagi siostry, ale w duchu pomyślał, że nikt inny tak dobrze nie potrafi odgadywać jego myśli.

Dzięki radom Meg podczas następnej rodzinnej narady panowała spokojniejsza atmosfera. William nie pojawił się na tej rozmowie, na prośbę Stuarta uczestniczył w niej brat matki Stuart-senior. Rada rodzinna ustaliła, że prowadzenie pubu przejmie Eve, w zamian za co będzie płacić matce miesięcznie 100 funtów czynszu. Pieniądze, które do tej pory zaoszczędzili rodzice zostaną do dyspozycji matki. Eve, której bardzo zależało na notarialnym przepisaniu na nią mieszkania i pubu nie była zadowolona z przebiegu rozmowy: „Po co wam ten pub i mieszkanie? I tak nie będziecie tu mieszkać!” Za namową Stuarta-seniora udało się ją uspokoić i odroczyć dalsze decyzje na rok.

Kate wróciła do studentów w Berlinie, w dzień po jej wyjeździe Stuart poszedł na pocztę i zadzwonił do Iana. Powiedział, że przez następnych kilka miesięcy nie wróci do Australii: „Możesz więc podnająć mieszkanie, ja na razie muszę tu zostać”. W odpowiedzi usłyszał, że zawsze będzie na niego czekało miejsce do spania w mieszkaniu przyjaciela.

W drodze do domu poszedł na na cmentarz i stojąc nad grobem ojca prowadził z nim w myślach długą rozmowę – jedną z tych rozmów, których nie udało mu się przeprowadzić za życia. Wieczorem spotkał się z Meg. Jej relacja ze spotkania z matką bardzo go uspokoiła. Meg obiecała odwiedzać matkę raz w tygodniu – nie jako psycholożka, lecz raczej jako przyjaciółka domu. Na pytanie o dalsze plany Stuart opowiedział Meg o swoim życiu w Australii, o samotności w Walton i wątpliwościach, czy jego marzenie o karierze muzycznej ma jakikolwiek sens. Jego dotychczasowa droga: Londyn, Sydney, Wellington, Berlin brzmiała co prawda jak długa seria sukcesów, ale w rzeczywistości zdawał sobie sprawę z tego, że ciągle jeszcze stoi na początku drogi. „A czego Ty szukasz w Walton?”, zadał Meg pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie. „Nikt przecież dobrowolnie nie przeprowadza się z Londynu do tej dziury, gdzie nigdzie nic się nie dzieje i gdzie ludzie marzą tylko o tym, żeby nic się nie zmieniło”. „Nie przesadzaj, i tu coś się czasami zmienia, na przykład pub będzie prowadzony przez młodą kobietę”. Po krótkiej przerwie dodała: „Chciałam o czymś zapomnieć”. Zrozumiał, że na dalszy ciąg tej historii będzie musiał czekać i zmienił temat. Z trudnością powstrzymał się od przytulenia jej. W drodze do domu pustymi ulicami Walton Stuart miał przed oczami Meg i wiedział, że stała się dla niego kimś bardzo ważnym.

Cdn.

Pani Irenka 7

Karolina Kuszyk

Na grobach

Dawidek teraz gościa ma. Niemca takiego młodego. W tej Norwegii się zapoznali, on też tam pracuje, ale nie na budowie, tylko gdzieś podobnież lepiej. Niemiec, wiadomo. Przyjechał do nas, bo jego babcia tu skądś jest, no bo tu przecież Niemcy dawniej byli, a on chciał koniecznie zobaczyć, jak tu teraz jest. I grobów tej rodziny od tej babci strony szukał nawet po całym cmentarzu, a Dawidek razem z nim, cały dzień chodzili, ale nie znaleźli, pani. No, i jak tak chodzili, i tak sobie po tym niemiecku szprechali, bo wnuczek ździebko umie, to im tam taki jeden, co usłyszał, hajhitlę pokazał, znakiem tego, że Niemcy niby, faszyści. Tak mi Dawidek opowiada, i jeszcze mówi, no myślałem babciu, że go walnę. A ja mu mówię, Dawidek, dobrze żeżeś w żadną bójkę się nie wdał, no bo jak to, na cmentarzu, i przed gościem twoim wstyd, i w ogóle. Choć z tą hajhitlą to też wstyd straszny. Do czego to podobne, pani.

I jak raz na drugi dzień święto zmarłych było, to jeszcze żeśmy się przy grobie Kazika wszyscy spotkali, syn, synowa, Dawidek, Karolinka i ten ich Niemiec. Frank na niego mówili, to ja do niego Franek, a co, po polsku. Jak mu się ten Franek spodobał, pani! I tylko żeby Franek i Franek na niego wołać. Ziąb był okropny, a ździebko żeśmy przy Kaziku stali, a potem jeszcze do innych zaszli, tu postali, tam postali, lampki pozapalali, wiadomo. I potem wszyscy do mnie na ogrzanie, ja na święto zmarłych zawsze bigos robię, tradycja taka, i oni zawsze wiedzą, że na święto zmarłych to po cmentarzu na bigos do babci się idzie. I z tym Frankiem to żeśmy rozmawiali a rozmawiali, jedna herbatka, druga herbatka, on tyle się pytał o wszystko, a potem jeszcze bigosu nawet dokładkę poprosił, bo ja to taki porządny robię, z mięskiem, kiełbaską, śliwkę też zawsze wrzucę suszoną dla smaku, no, jest co zjeść. Po jakiemu żeśmy rozmawali? No, przez Karolinkę, ona rach ciach szybciutko, bo Dawidek to zaraz coś gdzieś przekręci, albo się denerwuje. Podobnież że kobiety do tych języków zdolniejsze, tak synowa mówi.

I mówi ten Franek, że tu w Polsce to o zmarłych się tak dba, i że jakie piękne święto, i kwiatów tyle, i te lampki na grobach że ponastawiane, no wszystko, wszystko mu się tak strasznie na tym cmentarzu podobało, pani. I mówi, że pani Irenka, bo on tak do mnie cały czas, pani Irenka to, pani Irenka tamto…. że, pani Irenka, u nas, w Niemczech znaczy, tak w ogóle nie ma, na pierwszego listopada to na cmentarz mało kto zagląda. To ja się strasznie zdziwiłam, że u nich święta zmarłych nie obchodzą, jakże to tak, nawet na grób nie pójść, lampki nie zapalić? A on mówi, że nie, wcale, bo u nich to ten helołyn już dawno nastał, z tymi dyniami powycinanymi. Wariaty po ulicach latają poprzebierane i cudactwa innego pełno, ale żeby na grób pójść, do swoich, to już nie łaska. Czyli nie zawsze w Niemczech lepiej jak u nas urządzone, pani.

No, ale u nas teraz z tymi grobami to dopiero będzie, pani. Słyszała pani? Że podobnież wykopywać będą, no, te ciała, żeby zbadać, z jakiej przyczyny ta cała katastrofa była, pani. Kto to widział, pani, zmarłych wykopywać, jak jakieś niechrześcijanie? Co to komu teraz da? Zmarłym spokój trzeba dać i tyle, oni już się nacierpieli, pani. I podobnież rodziny tych ofiar to też tak nie wszystkie za tym są, pani, a ci swoje, wykopywać będziemy i koniec, komisja nakazała. Koniec świata, pani. Jak tak zajdę sobie kiedyś do Kazika na ten cmentarz, to nawet sobie czasem pomyślę, a jak on tam teraz wygląda, pod tą ziemią. Teraz to już aby kosteczki chyba same zostały. A i tak wolę nie widzieć, chybabym umarła z tego żalu, jakby kto kazał wykopać, a mi do umierania to wcale nie tak spieszno, pani. Żyć przecież trzeba, dla tych dzieci, dla tego wnuczka, a nawet i dla tych kotków. Niby jakby mnie zabrakło, to Dawidek z Karolinką się zajmą, nakarmią. Ale oni też do tej Norwegii co i raz jeżdżą na te zarobki, potem może na studia gdzie wyjadą i co? A syn z synową znowuż czasu nie mają. E, nie, pani, jeszcze trochę pożyć trzeba, niestety.
A ci tam to żyjącymi się powinni zająć, a nie zmarłymi, pani. Co to teraz za sprawa ciągle z tymi zmarłymi, z tym zabijaniem, z tą śmiercią, pani. Tu Smoleńsk, tu żołnierze ci wyklęci, tam zaraz ta aborcja. Ileż można, Jezusie kochany. Tylko czy prezydenta z prezydentową to z tego Wawelu też w końcu wykopią, pani? Słyszała pani coś może?

 

Ilustracje Nadia Linek

Blog Pani Irenka

 

Merry Ewa and Silly Billy in Berlin

Ewa Maria Slaska

Again

Again, because it is so nice to write about Silly Billy in the time when everything is not very nice… Do not forget it is November, it is cold and it is raining in Berlin, and Lars Gustavsson says us already years ago, there is entrance to the Hades somewhere in Berlin on a rainy November night…

But one knows his own tristesse and proper remedy as well… I go to IKEA an buy a black umbrella for the black protest.

And make these photo.

a-to-billy2

I did my shopping and stood in a long line in front of cash register as I saw the nice arranging of items, a glas, a Neapolitan flip coffee pot and a Bonsai. I liked it, so I asked a young Spanish looking man with a hair like Angelo Branduardi, whether I could make foto? You have something for drinking water or wine, I said, something to make coffee and on the top of it a plant. It looks like happy and marry life.
Yes, answered Branduardi, and in the box here I have book shelves, so the idea of happy life could be complete. O, I asked, which book shelves? Billy?

Sure, Billy…

So very nice and merry…

Then I go to visit Mo&Mi in their new flat.
O, Billy, I said.
O no, said Mo, it looks like but it is not, it is slimmer and higher than true Billy. We just bought it.

u-moniki-3billy-extra

But as some are buying new Billy, the other one are throwing it away… I was in a district town hall last Friday. I saw men in overalls carrying a lot of Billys away.

Hi, I said, what happens to that good looking Billy?
Billy? asked one of workers…
Ah, I said. Never mind. What will you do with these bookshelves?
We will transport them to a public waste depony. Why you ask?
It’s pity… There are for sure people in Berlin who will like to have it. Refugees maybe…
So, do write an application to an administration office… We can’t do anything.
O yes, thank you…

billyrathausweg

I am just going back to the lift as that man stopped me again.
Listen, why did you think my name is Billy?
Me, no, oh, I see, yes, no, never mind, I just thought…

On my way home I look in the web if there are any Billys in Berlin. I got a huge gallery of mostly young men. Noblesse oblige, I will say. All those men are especially let say… billy. Sometimes even purposely done for looking like. If there is any woman in a gallery she is not silly at all. Well, do you know why? Me not…

a-to-billy

Going through “billy berlin” I found IKEA Billy on the 6th page. Small one and very modest.

Grzybobranie

Może jeszcze zdążymy z autorem na grzyby, w listopadzie na pewno jeszcze coś się znajdzie, a filozofować, jak widać, można zawsze i wszędzie.

Roman Brodowski

W promieniach powolnie budzącego się wczesnojesiennego słońca, siedzieliśmy na skraju lasu obok siebie, Przed nami roztaczał się iście sielankowy widok wiejskiej rzeczywistości. Pofałdowany morenowy teren, widniejące na planie nieba wielokolorowe czupryny drzew i wisząca nad pożniwnymi polami poranna mgła, przypominały mi nieco przedgórze polskich Bieszczad.

To dziwne ale… tyle razy jako dziecko przychodziłem tu z rodzicami, przyjaciółmi, a niekiedy sam, na grzyby, orzechy czy też tak lubiane przez moją mamę, dziko rosnące jeżyny, ale nigdy nie zwracałem uwagi na uroki tego jakże romantycznego przecież miejsca.

Myślę że wówczas, w tamtym, pozostałym we wspomnieniach czasie, nie tylko ja, ale i nikt z moich rówieśników nie nadawał temu miejscu jakiejś szczególnej wagi. Wówczas był to zwyczajny las, zwyczajny drzewostan. Teraz jednak ten zagajnik oddalony o niecałe cztery kilometry od moich kochanych Pszczółek, rozpoczynający sobowidzki kompleks leśny, zwany przez nas potocznie, „Klemplinami”, wydaje się oazą spokoju, przykładem doskonałości boskiego dzieła i …, przedsionkiem rajskiego ogrodu, za którym nie powinno być już nic oprócz wiecznej (opisywanej nam podczas lekcji religii przez naszego mistrza teologii, pszczółkowskiego proboszcza) szczęśliwości niebios.

Maria spojrzała na nieco zachmurzone niebo, tak jakby za chwilę miało się na nim coś ważnego pojawić. Nie zwracając na mnie uwagi liczyła coś szeptem. Do moich uszu płynęły ledwo słyszalne cyfry: pięć, siedem, jedenaście, szesnaście… Nagle umilkła. Wydawało mi się, że powoli pogrążała się w tajemniczy świat nostalgii, by w końcu, odcięta od rzeczywistości parawanem niebytu, zniknąć, pozostawiając siedzący przy mnie jej fizyczny obraz filozoficznej zadumy.

Obserwując ją dyskretnie, poszukiwałem tamtej, szesnastoletniej, o długich ciemnoblond warkoczach, zawsze uśmiechniętej, energicznej dziewczyny, gotowej z matczyną troską rozwiązywać problemy naszego niedoskonałego świata, tamtej, z czasów naszej beztroskiej młodości.

Myślałem o dniu naszego ostatniego spotkania. Jak na pełnoformatowym, zawieszonym w wolnej przestrzeni, ekranie, mocą wyobraźni zobaczyłem dwoje dorosłych dzieciaków stojących obok siebie na przystanku autobusowym. Z pewnością było to w lecie, oboje ubrani są tak na lato ubrani. Ona w wielokolorowej, lnianej sukience, on w dżinsowych spodniach i jasnej koszuli z krótkimi rękawami. Oni to oczywiście – my. Tak, to na pewno była ciepła, sierpniowa sobota. Chyba nawet ostatnia przed moim wyjazdem do internatu. Pamiętam, że padał drobniutki deszcz. Poprzedniego dnia spotkałem Marię w Pszczółkach, tuż obok naszego kościoła. Przyjechała z rodzinnego Kolnika na zakupy. Porozmawialiśmy chwilę, zaprosiła mnie na wspólną wycieczkę do trójmiasta, a właściwie do Oliwy i Sopotu, gdzie na stancji mieszkała jej siostra. Chociaż była ode nas starsza, znałem ją dobrze. Też chodziła do naszej podstawówki. Postanowiliśmy ją odwiedzić i razem nią spędzić ten dzień. Pamiętam, że nie zastaliśmy jej w domu.

Tyle już lat od tamtego spotkania minęło. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć. Zresztą, czy to takie ważne, ile? Ważne jest to, że niczego nie zapomniałem. Może nie ze szczegółami, ale pamiętam jej głos, naszą rozmowę i… ten deszcz, wystukujący rytmicznie jakiegoś marsza w rozłożone ponad głowami parasole. Jeszcze teraz słyszę szum morza i dźwięk uderzających o piaszczysty brzeg fal. Czuję ten długi spacer we dwoje po sopockiej plaży. Szliśmy po mokrym piasku, pozwalając morzu, by czasem obmywało nam bose stopy chłodną, słoną wodą. Podziwiając bezkres Bałtyku, opowiadaliśmy sobie o naszych doświadczeniach z pierwszego roku naszej nowej rzeczywistości, w której to, na przedprożu dorosłego życia, uczęszczając do różnych szkół, żyliśmy z dala od siebie. Wspominaliśmy naszych przyjaciół, nasze dobre i złe chwile, naszych nauczycieli i nasz wciąż jeszcze odchodzący do skarbczyka pamięci okres ostatnich kilku wspólnie przeżytych lat w ławkach naszego powszechniaka. Nie widzieliśmy się zaledwie rok, a wspomnień mieliśmy tyle, jakbyśmy się nie widzieli przysłowiowe pół wieku. I chyba nie było w tym przesady, bo Maria w ten rok zmieniła się bardzo mocno. Może nie tyle fizycznie, bo te zmiany zachodzą w powolnym procesie, ale intelektualnie, emocjonalnie i duchowo. Wydawało mi się, że z szybkością przekraczającą barierę dźwięku przeszła na podób motyli wewnętrzną metamorfozę. Słuchałem mojej rówieśniczki, a jakbym słyszał bogatą w życiowe doświadczenie, w pełni poglądowo ukształtowaną a nade wszystko, zaprzysiężoną swojemu Bogu, dorosłą osobę.

Maria z pewnością należy do jednej z tych z nielicznych osób, których z zainteresowaniem i to bez przerywania (co jest w moim niezbyt kulturalnym zwyczaju) potrafię cierpliwie słuchać . Myślę, że była tą, która wzbudziła we mnie potrzebę samookreślenia i zachęciła, bym odpowiedział sobie na pytanie, kim tak naprawdę chcę być?

Myślę, że właśnie ta, wypełniona być może przesadnie metafizyką, rozmowa, będąca połączeniem wizji życia obarczonego chorobami, wojnami, nienawiścią, problemami egzystencjonalnymi i wszelkimi plagami zła ziemskiego bytu z jednej strony, a sensem cierpienia będącego niepojętym elementem bożego zamysłu , stanowiącym przepustką do wiecznego dostatku dobra, zwanego Rajem, z drugiej, stała się dla mnie drogowskazem wyznaczającym kierunek mojego dalszego rozwoju intelektualnego.

Chociaż od tamtego spotkania w moim życiu wydarzyło się wiele rzeczy, nadal poszukuję mej ziemskiej tożsamości, tak tej fizycznej jak i ideowej. Wciąż nie wiem, kto lub co stworzył formę mojego człowieczeństwa. Ewolucja to czy dzieło istoty wyższej? Rozumowo skłaniam się ku koncepcji darwinowskiego przypadku , ale instynkt, czy może bardziej – potrzeba wiary, podpowiada mi coś zupełnie innego.

Po raz kolejny spojrzałem na siedzącą w bezruchu postać i mimo woli nasunęły mi się, kolejne pytania. Jaka ona jest dzisiaj, po tylu latach? Jak zagospodarowała swój dar teologicznego postrzegania świata? Ile oddała siebie innym i ile w zamian od innych otrzymała?

Maria jakby wyczuwając moje pytania, uśmiechnęła się do mnie i niespodziewanie zaczęła opowiadać.

Jej religijna postawa, zakotwiczona w silnych podstawach teologii, jej wiara w to, o czym mówiła podczas tamtego, sobotniego spaceru, pomimo wielu przeciwności losu nie zachwiały jej przekonania, że żyjemy w doskonałym, unipolarnym, harmonijnym świecie pod rządami Wszechmocnego. Maria była pewna, że jej świat nastąpi, o czym informują pisma kanoniczne, po „Dniu Sądu Ostatecznego” i dlatego już dzisiaj, w oczekiwaniu, dba o to, by jej „lampa oliwna” ani na moment nie przygasła.

 

Po ukończeniu liceum rozpoczęła studia teologiczne, po czym oddała się posłudze dla jej jedynej prawdziwej miłości – Boga. Wstąpiła do cywilnego zakonu sióstr „Niepokalanej Matki Kościoła”, by, tak to sformułowała, wspomagać misjonarzy w dziele ewangelizacji.

Dzięki tej przynależności, mogła przekazywać swoją wiedzę o tym co stanowiło sens jej życia – biblijną triadę wartości – „wiarę , nadzieję i miłość” tym, którzy tego potrzebowali, a w szczególności dzieciom. Kilka lat pracowała jako nauczycielka religii, czy jak kto woli, katechetka, w naszych Pszczółkach.

I chociaż ciężka choroba, która przykuła ją do łóżka, nie pozwoliła jej na samorealizację w takim stopniu, by mogła o sobie powiedzieć „Jestem całkowicie spełniona”, nadal walczy o czystość swojej „Niepokalanej Wiary”.

Słuchając jej zwierzeń, czułem, jak moja wewnętrzna przestrzeń wypełnia się empatią, wzruszeniem i własną niemocą. Brakowało mi słów. Pełen podziwu dla tej słabej, a jednocześnie silnej siłą woli walki o ideały, pryncypia i zasady, doświadczonej przez los kobiety, utwierdzałem się w przekonaniu, że jest święta. Oczywiście, to moja własna interpretacja tego słowa, święty to nie przedrostek imienia, to nie tytuł nadawany przez Papieża, i nie dostępująca zaszczytu przebywania w niebiańskim otoczeniu duchowych dzieci Boga postać, wybrana przez społeczność kościoła, dla potrzeb gloryfikacji, ale właśnie ci maluczcy, pokorni, tacy jak ona, uważani często przez innych, za nadinterpretatorów, nawiedzonych czy fanatyków. Dla mnie to właśnie oni stanowią pierwiastek etyczno moralnej i ideowej świętości.

– Dziwne, ale z zasady tak jak filozofia, tak i teologia, nie potrafią znaleźć wspólnego pierwiastka, i nas więc, dwie religijno-poglądowe antypody powinno wiele różnić. Tymczasem my potrafimy ze sobą rozmawiać, rozumiemy się nawzajem, jesteśmy obok siebie jak dwie duchowo bliskie osoby – powiedziała Maria na zakończenie.
– Bo, odpowiedziałem, zarówno Teologia, jak i Filozofia religii, podobnie jak cała chrześcijańska kultura wywodzą się od tego samego korzenia. Wędrujemy różnymi drogami, poszukujemy źródła naszego pochodzenia w różnych miejscach, nadając naszym misjom szczególnego znaczenia. Wy teolodzy we wszystko, co dotyczy poszukiwania celu naszej ziemskiej wędrówki i ma związek z teizmem, wierzycie a priori, tworzycie dogmaty, opieracie swój duchowy rozwój na tradycji i wierzeniach kultur dawno wymarłych. A przecież tak naprawdę wszyscy umieramy w pełnej niewiedzy tego, co nas czeka poza granicą naszego ziemskiego bytu. Tak, wy teolodzy z założenia wiecie, co tam jest. Jesteście przekonani o słuszności waszych przekonań, twierdzicie, że wasza prawda jest tą jedyną. My zaś, filozofowie, ciągle wątpimy, poszukujemy, dowodzimy słuszności naszej jakże kruchej wiedzy. Także w sprawach wiary. Korzystając z waszych doświadczeń, z bazy pism kanonicznych, czy też apokryficznych, badając genezę i przebieg historyczny tworzenia kultury chrześcijańskiej, staramy się pojąć to, co dla was , od początku jest pojęte. – Ale my przecież Mario – dodałem, gładząc jej ciepłą dłoń – rozmawiamy ze sobą jak dwoje przyjaciół i z szacunku do siebie potrafimy to w tak sympatyczny sposób czynić.

Spojrzałem na rozjaśnione pierwszymi słonecznymi promieniami niebo i w mrok brzozowego zagajnika u naszych stóp, by wskazując palcem w przypadkowy punkt, stwierdzić, tam, pod tym drzewem rośnie wspaniały kozak.
– Jesteś tego pewien?, zapytała z przekorą Maria, wybuchnęła śmiechem, wzięła koszyk do ręki i ruszyła we wskazanym prze ze mnie kierunku.
– Tym razem to ja wierzę…, że coś znajdziemy. Ty natomiast wątpisz i dlatego idziesz sprawdzić, czy mam rację, dodałem i podążyłem za nią, karmiąc oczy pięknem otaczającego nas lasu.

Opowiadanie dedykowane M. L. Berlin, 27. 11. 2

Stuart 11

Joanna Trümner

It must have been love but it’s over now
It must have been good but I lost it somehow
It must have been love but it’s over now
From the moment we touched till the time had run out

To musiała być miłość, ale już się skończyła
I musiała być dobra, ale gdzieś się zgubiła
To musiała być miłość, ale już się skończyła
Od chwili, kiedy się dotknęliśmy, do chwili, kiedy przeminął jej czas

 Roxette

Pożegnanie z Iris

Przyjaźń polega na słowach, których nie trzeba wypowiadać, żeby druga, bliska nam osoba wiedziała, co się z nami dzieje i co czujemy. Ian nigdy nie zapytał Stuarta, dlaczego zamazał wpis pod datą 25 maja na ściennym kalendarzu w kuchni grubym, czarnym flamastrem. A Stuart nie dopytywał się, na czyj ślub przyjaciel wybiera się za miesiąc do Anglii. Dopiero, gdy odprowadził Iana na lotnisko, dotarło do niego, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł – zaoszczędzone pieniądze powoli się kończyły, bez podjęcia pracy mógł utrzymać się najwyżej jeszcze przez pół roku, jego wielka miłość stanie za kilka dni na ślubnym kobiercu w Cardiff, a kobieta, o której nieustannie myślał, na pewno czuje się dotknięta i rozczarowana, i nie chce do widzieć na oczy.

W drodze z lotniska do domu poczuł nagle tak silną potrzebę zobaczenia Iris, że wysiadł z kolejki i ruszył w stronę szpitala, w którym pracowała. W głowie układał słowa, od których mógłby zacząć rozmowę i zastanawiał się, czym mógłby wytłumaczyć to, że nie pojawił się na spotkaniu i że nie szukał jej do tej pory.

„A może się jednak ucieszy na mój widok?”, przeszło mu przez głowę. „Przecież tak długo ze sobą rozmawialiśmy, może uda się to jeszcze jakoś wyprostować?” Po dwóch godzinach czekania przed szpitalem wrócił do domu. Ten smutny wieczór, pierwszy wieczór nieobecności Iana, spędził z gitarą i muzyka pomogła mu odpędzić od siebie niedobre myśli aż do chwili, kiedy mieszkający piętro nad nim sąsiad zastukał do drzwi i poprosił o ciszę.

Od tego dnia Stuart codziennie wystawał w bezpiecznej odległości pod szpitalem i z drugiej strony ulicy obserwował opuszczających budynek ludzi. Po kilkunastu dniach rozpoznał w końcu Iris w grupie zajętych rozmową kobiet. Miała na sobie granatową sukienkę w białe groszki i włosy spięte w koński ogon. Stuart nie mógł od niej oderwać wzroku, rzeczywistość przerosła jego wyobrażenia. Iris była ładniejsza i wyglądała na o wiele młodszą od kobiety z obrazu, który nosił w pamięci. „Aż nie chce się wierzyć, że ludzie komuś tak młodemu oddają w ręce swoje życie” – pomyślał, chowając się za róg. „To nie jest moja liga, przecież ja nie mógłbym takiej kobiecie nic zaoferować”, pomyślał w drodze do domu i doszedł do wniosku, że nie będzie jej już więcej szukał.

Berlin Zachodni

Life is what happens to you while you’re busy making other plans.
Życie to to, co się wydarza, kiedy jesteś zajęty robieniem innych planów

John Lennon, Beautiful Boy

Koniec znajomości, która mogłaby przerodzić się w coś o wiele większego, wyzwolił w Stuarcie ukryte siły – kolejnych kilka dni spędził na układaniu planów i stawianiu sobie celów na przyszłe miesiące. Czas było zacząć zarabiać, zdecydował więc, że zacznie szukać pracy w szkole, a karierę muzyczną odłoży na później. Zaczął jednak, tak jak przykazałby mu każdy poradnik rozwiązywania problemów, kupiony za bezcen na wyprzedaży, od pozbywania się zbędnych przedmiotów, porządkowania mieszkania i przestawiania mebli. Był tak zmęczony porządkami, że zasnął, zanim na dworze zrobiło się zupełnie ciemno. Z głębokiego snu obudził go telefon. „To musi być ktoś z Europy, mam nadzieję, że nic złego się nie stało”, pomyślał, szukając po omacku aparatu. W słuchawce usłyszał głos Kate: „Mam właśnie przerwę obiadową i od razu chcę Ci przekazać dobre wiadomości. Udało mi się załatwić dla ciebie kilka koncertów w Berlinie, najlepiej gdybyś tu przyjechał na dwa, albo trzy miesiące. British Council zapłaci za przelot, a mieszkać możesz u mnie. Zastanów się i daj mi koniecznie znać jeszcze w tym tygodniu”. W kilka dni później Stuart oddzwonił do siostry, a pod koniec października wybrał się w drogę do Berlina. Cieszył się na spotkanie z Kate i był ciekaw, co go czeka w nowym mieście i jak publiczność odbierze jego piosenki w nieznanym dla siebie języku. Zajął miejsce w samolocie i z ulgą dostrzegł, że jego współpasażerami podróży są kilkuletni chłopiec, grzecznie rysujący kredkami obrazki w książeczce do malowania, i jego matka.

Przez lata, gdy mieszkał na innym kontynencie, zapomniał, jak wygląda jesień – ponury, deszczowy dzień i ogołocone z liści drzewa, które zobaczył z okna samolotu podczas lądowania w Berlinie, uzmysłowiły mu, że znalazł się w Europie. Z głośników na lotnisku docierał do niego dziwnie w jego uszach brzmiący, gardłowy język, z którego nie udało mu się zrozumieć ani jednego słowa. Kate odebrała go z lotniska i w drodze do jej mieszkania w dzielnicy Charlottenburg Stuart poczuł, jak powoli ustępuje dziwne uczucie obcości. Z okna taksówki obserwował piękne, stare budynki i ulice pełne młodych ludzi. W chwili, gdy wyjmował gitarę z bagażnika taksówki wiedział już, że będzie szczęśliwy w tym mieście, które w pierwszej chwili sprawiło wrażenie miejsca szarego i ponurego. Kate dzieliła duże mieszkanie na Charlottenburgu z dwoma koleżankami z British Council. Brat zamieszkał w pokoju gościnnym i od chwili, kiedy przekroczył próg mieszkania siostry, czuł się tam jak u siebie w domu. W dzień po jego przylocie do Berlina dziewczyny zorganizowały party i zaprosiły swych nowych przyjaciół. Poznał też Wernera, człowieka przez którego Kate tak dobrze czuła się w tym mieście. Werner był studentem fizyki i jednym z uczniów Kate w British Council. Po kilku minutach rozmowy Stuart złośliwie pomyślał, że lekcje angielskiego prowadzone przez jego siostrę w przypadku Wernera niewiele przyniosły. Nowy chłopak siostry nie przypadł mu do gustu i potwierdził wszystkie uprzedzenia, z którymi Stuart przyjechał do Niemiec. Nie mógł zrozumieć, co jego siostra zobaczyła w tym prawie dwumetrowym, sztywnym mężczyźnie, który nigdy się nie uśmiechał? A Kate, rozmawiająca ze swoim chłopakiem w obcym języku stawała się inną, obcą osobą. Przez cały wieczór unikał rozmowy z Wernerem, za to szybko nawiązał kontakt z pozostałymi gośćmi na imprezie.

Berlin przyjął go bardzo dobrze, z planowanych siedmiu koncertów zrobiło się dwadzieścia, Stuart co drugi dzień występował w pełnych salach, klubach czy restauracjach. Po raz pierwszy od miesięcy miał wrażenie, że idzie właściwą drogą i nie wyobrażał sobie życia bez tych spotkań ze słuchaczami, którzy siedząc w półmroku, w milczeniu słuchali historii, jakie im Stuart opowiadał piosenkami.

Tygodnie do świąt Bożego Narodzenia minęły szybko, Stuart nawiązał wiele znajomości i spędzał przedpołudnia na poznawaniu Berlina, a wieczory na koncertach. W dzień przed wigilią rodzeństwo wspólnie wyjechało do Walton. Rano ulice pokryły się śniegiem i patrząc na to czyste, białe i niepoznane do końca miasto, Stuart poczuł smutek na myśl o tym, że je opuszcza. Z lotniska zadzwonił do rodziców, żeby potwierdzić, że on i Kate będą wieczorem w domu i usłyszał prośbę ojca: „Pomożesz mi kupić choinkę”. „Tylko nie za dużą, ty zawsze przesadzasz, tato”, odpowiedział Stuart pamiętając ostatnie wspólnie spędzane święta, kiedy drzewko z trudnością udało się ustawić w ciasnej jadalni rodziców. Lot z Berlina do Londynu trwał niecałe dwie godziny i w porównaniu z ponad dobową podróżą z Sydney był jak wycieczka za miasto. Mimo to Stuart wsiadał do samolotu pełen dziwnego niepokoju. Kiedy wkrótce po starcie w samolocie na kilka minut zgasło światło, Stuarta zaczęła ogarniać panika.

W czasie, kiedy Kate i Stuart znajdowali się nad Morzem Północnym, ich ojciec dostał zawału serca i zmarł podczas wycierania szklanki po piwie na oczach klientów pubu. Kiedy rodzeństwo dotarło do domu, zastało matkę, Eve i Williama, czekających na samochód pogrzebowy, który miał zabrać z pubu zwłoki ojca. „Dlaczego na nas nie zaczekałeś, tato?”, zapytała bezradnie zapłakana Kate. Stuart natomiast niedługo odczuwał smutek z powodu niespodziewanej śmierci ojca, a zastąpiła go nienawiść do pubu, tego wielkiego życiowego projektu ojca, którego realizacja pochłonęła tyle sił, że stała się najprawdopodobniej główną przyczyną jego śmierci.

Stuart z zawstydzeniem myślał o swojej banalnej i nic nie znaczącej ostatniej rozmowie z ojcem, o tej absurdalnej śmierci wśród podpitych klientów i niepozmywanych szklanek po piwie, i zastanwiał się, dlaczego ojciec z takim uporem nie chciał zrezygnować z prowadzenia pubu i zająć się inną, spokojniejszą i mniej absorbującą pracą. Komu chciał udowodnić, że ten pub zacznie w końcu przynosić duże pieniądze? „A może muzyka jest dla mnie tym samym, czym dla niego była własna knajpa? Może jest to jedna z tych obsesji, które nie przynoszą tylko stracone złudzenia i samotność? Może dziedziczę po nim gen wiecznego nieudacznika?”, zastanawiał się, wiedząc, że są pytania, na które nie ma odpowiedzi.

Cdn.

 

Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Lech Milewski

Przełom lat 1791-1792 – Lorenzo da Ponte przybywa do Triestu.

Spotkał tam wielu starych znajomych, atmosfera jak kiedyś w Wenecji. Da Ponte jednak zerkał w stronę Wiednia – czy zyska zaufanie Leopolda II?
Wydawało się, że tak. Leopold II odwiedził Triest, przyjął da Ponte na audiencji i rozmawiał z nim sympatycznie. Jednak na pytanie: czy mam wrócić do Wiednia? – odpowiedział: jeszcze nie przyszła na to pora.
Pora na powrót do Wiednia nie przyszła nigdy – Leopold II zmarł 1 marca 1792 roku, tron po nim przejął kolejny syn Marii Teresy – Franciszek II.
To robiło się skomplikowane, lepiej było rozejrzeć się za jakąś okazją na miejscu.

Znalazła się bardzo szybko.

Lorenzo poznał w Trieście rodzinę Grahl. Ojciec był zamożnym kupcem. Miał córkę Annę Celestynę Anastazję, którą nazywano Nancy. Podczas pierwszego spotkania Nancy miała twarz zakrytą welonem. Lorenzo zwrócił jej uwagę, że ma welon upięty w niemodny sposób.
– A jaki jest modny sposób? – spytała naiwna Nancy.
– Zaraz pani pokażę – odpowiedział Lorenzo i pod pretekstem poprawiania welonu obejrzał jej twarz – Nancy była piękna i młoda.
Oczywiście bardzo rozgniewał ją ten podstęp, ale, jak to zwykle bywa, Nancy i Lorenzo wkrótce bardzo się polubili. Ona uczyła go języka francuskiego, on ją włoskiego.
W niejasnych okolicznościach Lorenzo pełnił rolę swata Nancy ze swoim przyjacielem, mieszkającym w Wiedniu. Pośredniczył w przekazywaniu korespondencji. Coś dziwnie to podobne do przekazywania listów brata Angioletty w Wenecji. Wszystko było na dobrej drodze do czasu, gdy kandydat z Wiednia nie zapytał jaki też posag otrzyma jego wybranka. Ojciec Nancy wpadł w gniew, podarł list i zapytał Lorenzo:
– Czy chce pan moją córkę za żonę?
Lorenzo nie miał ani grosza, był o 20 lat starszy od Nancy, wiedział, że o posag nie należy pytać, poprosił tylko, żeby spytać Nancy o zdanie.
Zgodziła się. Cichy ślub odbył się 12 sierpnia 1792 roku.

Wkrótce potem udali się w podróż. Lorenzo zdecydował, że będzie to Paryż, wszak miał list polecający od zmarłego cesarza Józefa II do jego siostry Marii Antoniny, której bardzo podobała się opera La cosa rara.
Przed wyjazdem Lorenzo dostał na drogę 25 cekinów od miejscowego biskupa oraz 100 suwerenów od hrabiego Saur.
Jestem mocno zgubiony w różnorodności walut przepływających przez dłonie Lorenzo.
Cekin to była złota moneta bita w Wenecji. Nosiła również nazwę dukata.
Suweren to z kolei moneta brytyjska. Skąd się wzięła w Trieście? Wikipedia podaje, że została wprowadzona dopiero w 1815 roku. Wydaje mi się, że Lorenzo, pisząc pamiętniki w latach 1803-23, przeliczał darowizny na monety będące aktualnie w obiegu.

W Lichtenbergu – to już prawie Czechy – obawiali się grabieży i Nancy dała Lorenzo woreczek z pieniędzmi, aby je schował pod płaszczem. Zrobił to tak niezręcznie, że woreczek gdzieś wypadł. Poprosili lokalnego proboszcza, żeby ogłosił zgubę w kościele i ruszyli dalej – do Czech żeby odwiedzić Casanovę, który był winien Lorenzo kilkaset florenów. Spotkali go w Pradze. Okazało się jednak, że na zwrot pieniędzy nie ma co liczyć, Casanova miał mniej pieniędzy niż Lorenzo.
Korzystając z ich obecności Casanova poprosił, żeby nieco nadłożyli drogi i podrzucili go do Duchcova koło Teplic, gdzie pracował jako bibliotekarz u księcia Waldsteina.
Podróż nie była zbyt szczęśliwa, mieli wypadek i Lorenzo musiał ponieść dodatkowe koszty. Gdy dał Casanovie pieniądze na opłacenie wymiany karety, ten zabrał dla siebie dwa piastry.
W zamian dał Lorenzo aż trzy rady:
– nie jedź do Paryża, jedź do Londynu
– gdy będziesz w Londynie trzymaj się daleko Italian Cafe
– nikomu niczego nie podpisuj

Znowu nowa moneta – piastr. Słowo to po włosku oznacza cienką metalową płytkę. Moneta była srebrna i pochodziła z Hiszpanii. Jakże to stosowne, że pierwowzór Don Juana operuje właśnie taką monetą.
Dodam jeszcze, że w języku potocznym nazywano piastry – pieces of eight, lub hiszpańskimi dolarami. Że też trzeba było Casanowy, żebym się dowiedział co miał na myśli kapitan Flint – papuga Johna Silvera z Wyspy Skarbów. W polskim tłumaczeniu woła ona: talary, talary.

Lorenzo nie posłuchał pierwszej rady Casanowy i kontynuował podróż do stolicy Francji. Relacjonuje, że ich ostatnim przystankiem przed wjazdem do Paryża było Spires – nie znalazłem takiej miejscowości.

W gospodzie poznał młodego człowieka, ubiegającego się o względy pięknej panny. Gdy ten dowiedział się, że Lorenzo jest poetą, poprosił o napisanie wiersza, który pomoże mu w zalotach.
Proszę bardzo – Lorenzo od ręki napisał sonet – poskutkowało. Młody człowiek był tak szczęśliwy, że obdarował Lorenzo złotym zegarkiem, co było istotnym wzmocnieniem finansowym.
Następnego dnia dowiedzieli się o aresztowaniu Marii Antoniny.
Zdziwiło mnie to. Był już wrzesień 1792 roku, rewolucja francuska wybuchła trzy lata wcześniej. Maria Antonina została pierwszy raz aresztowana 21 czerwca 1791 roku. Od tego czasu stosunki francusko-austriackie były bardzo wrogie. W kwietniu 1792 roku Austria wypowiedziała Francji wojnę.
Wprawdzie królowa odzyskała pewną swobodę ruchów, ale chyba ostatnią rzeczą, na którą Lorenzo mógł liczyć, to zatrudnianie przez nią librecisty.
Drugie, ostateczne, aresztowanie Marii Antoniny nastąpiło 13 sierpnia 1792 roku czyli około miesiąca wcześniej.

W sumie, nie posłuchanie rady Casanowy wyszło jednak Lorenzo na dobre. I tak wylądowali w Londynie, a przy okazji zyskali złoty zegarek. Szczególnie zadowolona była Nancy, gdyż w Londynie mieszkała jej siostra.

W Londynie istniała opera włoska, mieściła się w King’s Theatre na Haymarket. Jej dyrektorem był William Taylor.
Stanowisko librecisty nie było obsadzone, ale Lorenzo dowiedział się, że ubiega się o nie niejaki Badini. Nie chciał zaczynać kariery w nowym miejscu od konfliktu z osiadłą tu osobą i poprosił o umowę na dostarczenie dwu librett na rok. Propozycja została odrzucona.

Równie bezowocne okazały się kontakty z tutejszą arystokracją, która nie wykazywała żadnego zainteresowania sztuką.
To również wydaje mi się dziwne. W tym okresie – 1792-95 – przebywał w Londynie Józef Haydn. Był to bardzo udany pobyt – Haydn skomponował w Londynie dwanaście symfonii, wszystkie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem. Z Anglii wyjechał z 12,000 funtów oszczędności.
Niestety Lorenzo nie wspomina w pamiętnikach żadnej osoby ani wydarzenia, które jego osobiście nie dotyczyło.
Casanova radził, żeby został nauczycielem języka włoskiego. Odpowiedź Lorenzo: włoskiego uczą się tu tylko lokaje, szpiedzy i bandyci.

Mimo bardzo ostrożnego wejścia na londyński grunt Lorenzo wkrótce stał się celem ataków Badiniego, który produkował paszkwile, zarzucające Lorenzo rozpustę, kwestionujące jego małżeństwo, wypominające zdradę stanu kapłańskiego.

We wrześniu 1793 roku Lorenzo pojechał do Holandii, mając nadzieję, że otrzyma zlecenie na założenie włoskiej opery w którymś z bogatych miast niederlandzkich.
W trakcie tych zabiegów otrzymał dobrą wiadomość od Nancy – znalazły się pieniądze, które uważali za zagubione, uczciwy znalazca przesłał je do Anglii – całe 100 funtów.
Nancy przyjechała do Holandii, by towarzyszyć mężowi. Plany założenia opery zawiodły. Był już listopad, chłody, żyli o chlebie i wodzie. Jak zawsze praktyczny Casanova sugerował, żeby Nancy zaczęła sprzedawać swoje wdzięki. Na szczęście nadeszła radosna wiadomość od siostry Nancy z Londynu – przyjeżdżajcie natychmiast, Taylor zatrudnił Lorenzo. Do listu dołączone było 20 gwinei na podróż.

King’s Theatre finansowany był przez arystokrację, która miała tam wykupione na cały sezon loże, gdzie ucztowało się z zaproszonymi gośćmi, od czasu do czasu zerkając co też dzieje się na scenie. Oczywiście, że taka publiczność nie potrzebowała nowych oper.
Zadaniem Lorenzo było robienie składanek aktów czy scen z różnych oper. Nie satysfakcjonowało go to zupełnie, pisał listy do przebywającego w Petersburgu Martina y Soler, namawiając go do przyjazdu do Londynu. Ale Martin mial jeszcze kontrakt na rok i był bardzo zadowolony z pracy, cieszył się wielkim uznaniem Katarzyny Wielkiej, która nawet napisała libretto do jego opery Niefortunny bohater KosmetowiczKLIK.

Martin przyjechał na początku sezonu 1794/95, na początku zamieszkał w domu da Ponte. Wspólnie napisali operę La scala de’maritali, która odniosła duży sukces.
Sprawy artystyczne wyglądały dobrze, na dwanaście oper wystawionych w następnym sezonie połowa była autorstwa da Ponte.
Nancy i jej siostra Luise prowadziły kawiarnię w operze. Lorenzo założył drukarnię.

Być może te sukcesy uśpiły jego ostrożność, nie posłuchał ostatniej rady Casanovy – nie podpisuj niczego i podpisał weksle Taylora. Ten zreważował się polepszeniem warunków kontraktu a następnie zaproponował da Ponte wyjazd do Włoch w celu znalezienia dwóch śpiewaków dobrej klasy.

Otrzymał zaliczkę, wzięli wraz z Nancy wszystkie swe oszczędności i pojechali. Najpierw do rodzinnego Ceneda, zajechali 2 listopada 1798 na 76 urodziny ojca.
Nancy została z rodziną da Ponte, a on pojechał szukać śpiewaków w Wenecji. Było to dla Lorenzo wielkie przeżycie, wizyta po 20 latach wygnania. Spotkanie z wieloma przyjaciółmi. Pierwsze wrażenie z placu św Marka: dziobaty nos ogromnych rozmiarów – Gabriele Doria – to on wrzucił anonim do lwiej paszczy.
Nie minęło wiele czasu gdy pewnego wieczora Doria zastukał do jego drzwi, towarzyszył mu policjant – da Ponte ma do rana opuścić Wenecję.

Lorenzo udał się na poszukiwanie śpiewaków do Bolonii i Florencji, bez rezultatu. Zbliżała się zima, Nancy była w ciąży. Zdesperowany zaangażował dwójkę śpiewaków drugiej kategorii i udali się w drogę powrotną do Londynu. Wrócili w marcu 1799 roku z resztkami oszczędności.

Taylor był bardzo niezadowolony z przywiezionych śpiewaków. Tenor nie wystąpił ani razu, sopranistka tylko raz – zupełna klapa. Taylor odesłał ich oboje do domu, wkrótce potem zakończył kontrakt z da Ponte.

10 marca 1800 roku Lorenzo przygotowywał się do celebracji urodzin, gdy do drzwi zastukała policja i aresztowała go za poręczony przez niego weksel Taylora.
Dopiero po 24 godzinach wypuścili go z aresztu za kaucją, ale przez następne trzy miesiące aresztowano go jeszcze kilka razy.
Aresztowani zostali również Fedrici i Gaellini – obaj też podpisali weksle Taylora. Ten ostatni został kilka miesięcy wcześniej wybrany do parlamentu i chronił go immunitet poselski.

Przez pewien czas sprawy szły w dobrym kierunku. Da Ponte założył księgarnię, do której sprowadził cenne włoskie książki.
Taylorowi skończyła się kadencja w parlamencie, nie chronił go już immunitet poselski, w związku z czym uciekł do Francji. Da Ponte objął po nim stanowisko dyrektora King’s Theatre. W krótkim czasie wystawił trzy opery, do ktorych napisał libretta. Były to jego ostatnie libretta. W ciągu 27 lat napisał ich 50.

Księgarnia prosperowała dobrze i da Ponte postanowił przenieść ją w lepsze miejsce – znowu nie posłuchał rady Casanovy – w okolice Caffe Degl’Italiani.
Nie miało to żadnego związku z lokalizacją księgarni, ale jednak… Wróciły problemy weksli bez pokrycia. Trzeba było wszystko sprzedać. Nancy z czwórką dzieci pojechała w sierpniu 1804 z wizytą do rodziców, którzy przenieśli się na stałe do Nowego Jorku.

W kwietniu 1805 roku da Ponte miał spotkanie z wierzycielami – przedstawił swój stan majątkowy i plan spłaty długów. Tej samej nocy odwiedził go policjant i ostrzegł, że rano zostanie aresztowany. Zdołał jeszcze pobrać 100 gwinei a konto pensji i 7 kwietnia pożeglował na statku Columbia do Filadelfii.
Warunki podróży były fatalne – prycze bez materaca, fatalne jedzenie. Prócz Lorenzo na statku był tylko jeden pasażer – większość czasu spędzali grając w karty. Do Filadelfii Lorenzo dojechał z długiem 32 dolary 31 centów. Towarzysz podróży pożyczył mu pieniądze na dyliżans do Nowego Yorku.

Spotkanie z rodziną było dla obu stron miłym zaskoczeniem – z jednej strony była to całkowita niespodzianka, z drugiej – w ciągu 10 miesięcy Nancy zdołała odłożyć $7,000.

Za namową teścia Lorenzo założył sklep spożywczy w ELisabethtown, w sąsiednim stanie New Jersey.
W pamiętniku pisze: ja, który nie tak dawno pisałem ody dla koronowanych głów, tutaj piszę zamówienia na kiełbasę i suszone śliwki.
Nie wpomina, jak szedł mu handel, chyba obroty były spore, bo po kilku miesiącach, operując z właściwą mu zdolnością kredytami i pożyczkami, uzbierał $4,000 długu.
Trzeba było wszystko sprzedać i wrócić do Nowego Jorku.

Tu urodziło się piąte, ostatnie, dziecko – syn Charles, którego w domu nazywano Carlo.
W księgarni Lorenzo spotkał przypadkowo pana Clementa Clarke Moore. Ten zaprosił go na obiad u swego ojca – biskupa, który był również prezydentem Columbia College.
Nie minęły trzy dni, a Lorenzo zaczął prowadzić lekcje włoskiego w Columbia College dla dwunastu uczniów. Po tygodniu klasa się podwoiła.

Przed Nancy otworzyły się drzwi domów dobrego towarzystwa. Imponowała znajomością sześciu języków i umiejętnością gotowania.
Wkrótce Lorenzo założył Manhattan Academy for Young Gentlemen, a przy niej Nancy otworzyła Duponte Ladies Academy, gdzie uczono francuskiego, włoskiego, tańca i układania kwiatów.

W październiku 1810 roku Lorenzo da Ponte otrzymał obywatelstwo amerykańskie. Jego biografowie zauważają, że wbrew pozorom Lorenzo był nieomal modelowym Amerykaninem – energiczny, pełen energii i optymizmu. Bez wahania podejmował wyzwania w nieznanych sobie zawodach i dziedzinach.

Jednak znowu wykończyli ich wierzyciele. Musieli zlikwidować obie akademie. Lorenzo zdecydował sie, na przeprowadzkę do Sunbury, gdzie mieszkał ojciec Nancy.
Powód – być bliżej teścia, bo zbliża się czas na pisanie testamentu.
Lorenzo założył tu sklep spożywczy, firmę kurierską – L. de Ponty’s Wagons, zakład kapeluszniczy, gorzelnię. W roku 1814 był drugim największym podatnikiem w miasteczku.
Nadzieje na testament spełzły na niczym, teść go pominął.
Trudno to pojąć, ale w roku 1818 rodzina da Ponte przeniosła się do Filadelfii z niczym. W kwietniu 1819 roku wrócili do Nowego Jorku.

Lorenzo da Ponte

Lorenzo da Ponte. Opinia lekarza – świetna figura i zdrowie mimo 71 lat, tylko całkowicie bezzębny. Zapadnięte policzki i płonące oczy upodobniają go do Woltera.

Przez osiem lat Nowy Jork bardzo się zmienił. Dotkliwa zmiana to przybycie wielu Włochów. Szkoły włoskiego nie były już nowością. Co gorsza, znowu pojawiły się pamflety, wypominające przeszłość Lorenzo. Życzliwi rodacy wysyłali je do rodziców uczniów szkoły da Ponte.

Lorenzo zgromadził ponad tysiąc włoskich książek i znowu założył ksiegarnię, a przy niej stancję dla uczniów. W sąsiednim budynku była ciastkarnia i czasem, przez pomyłkę, klienci pytali w księgarni o ciastka.
Nasz klient, nasz pan. Lorenzo wywiesił tabliczkę – włoskie słodycze. Gdy ktoś o nie pytał wyciągał tom poezji Petrarki – to największa włoska słodycz.

W 1825 roku śpiewak i impresario operowy Garcia postanowił wystawić w Nowym Jorku Cyrulika Sewilskiego. Zwrócił się do Lorenzo da Ponte o pomoc…

Gdy przeczytałem powyższe nie wiedziałem czy śmiać się, czy płakać, czy zapaść pod ziemię jak Don Giovanni.

Toż cały ten cykl wpisów powstał w wyniku impulsu po przeczytaniu słów: “W roku 1825 włoska trupa operowa dawała w Nowym Jorku przedstawienia, między innymi Don Juan Mozarta ze sławną Malibran-Garcia w partii Donny Anny. Zjawił się na nich stary Włoch osiadły w Nowym Jorkui dziękował wykonawcom – jako autor opery! Myślano, że stary jest niespełna zmysłów...”

Karol Stromenger – Mozart.

Więc to wszystko pomyłka? Tylko i wyłącznie to wydarzenie spowodowało moje zainteresowanie pochodzeniem i losami Lorenzo da Ponte.
Najmocniej przepraszam, daję słowo, że dowiedziałem się o tym dopiero pisząc trzeci odcinek. Skoro zacząłem to już dokończę.

Opera włoska w Nowym Jorku – Lorenzo wreszcie poczuł się w swoim żywiole. To była zupełnie nowość w Ameryce. Znaleźć sponsorów, rozreklamować, skompletować orkiestrę. To ostatnie było najtrudniejsze. Lorenzo wspomina, że w całej Ameryce Północnej był tylko jeden oboista. Ostatecznie skład orkiestry był dosyć nietypowy, ale projekt zakończył się sukcesem.
25 listopada 1825 wystawiono Cyrulika Sewilskiego – było to pierwsze przedstawienie operowe w historii USA.
Na skutek nalegań Lorenzo opera wystawiła również Don Giovanniego. Został bardzo dobrze przyjęty i wystawiono go cztery razy.

Rok 1825 był bardzo szczęśliwy. Columbia College zaoferowało Lorenzo da Ponte pierwsze w historii USA stanowisko profesora języka włoskiego.
Wprawdzie kurs był nieobowiązkowy, a stanowisko bezpłatne, ale wydarzenie przeszło do historii.

W grudniu 1831 roku zmarła, młodsza od niego o 20 lat, żona – Nancy. Brat Nancy przyznał Lorenzo pensję w wysokości $200 rocznie.
W roku 1832 przybyła do USA kolejna włoska grupa operowa – Montresori. Lorenzo ponownie zaangażował się w jej promocję. Niestety tym razem było to niepowodzenie, po raz kolejny stracił pieniądze.

W tym samym roku, już 84-letni Lorenzo postanowił wybudować w Nowym Jorku gmach opery. Znalazł sponsorów, w krótkim czasie zgromadził $150,000.
Otwarcie Opera House nastąpiło 18 listopada 1833 roku, wystawili La gazza landra (Sroka złodziej) Rossiniego. Mimo początkowych sukcesów opera zakończyła pierwszy rok działalności deficytem $30,000 a po dwóch latach zbankrutowała.

Lorenzo napisał: Ja, który wprowadziłem włoską kulturę do Ameryki, nauczyciel 2,000 uczniów, poeta, autor 36 dramatów dla Salieriego, Weigla, Martina y Soler, Mozarta. Ja, nie mam w Ameryce chleba.

Chyba nie było aż tak źle. Z pamiętników Lorenzo nie wiemy prawie nic o jego dzieciach, ale do ostatnich lat życia otaczała go liczna rodzina.
Zmarł 17 sierpnia 1838 roku. W przeciwieństwie do Mozarta, pogrzeb Lorenzo na cmentarzu katolickim na Manhattanie był bardzo uroczysty, uczestniczyło w nim wielu profesorów Columbia University, wiele osobistości ze świata kultury.

A jednak, co za ironia losu, podobnie jak Mozart Lorenzo da Ponte nie ma grobu.
W związku z rozwojem miasta cmentarz na Manhattanie zlikwidowano. Szczątki pochowanych tam osób przeniesiono na Calvary Cemetery w dzielnicy Queens. Tylko nieliczni, którzy mieli okazałe grobowce rodzinne, zachowali indywidualne groby. Resztę pochowano bezimiennie.

W pażdzierniku 1987 roku, w 177 rocznicę uzyskania przez Lorenzo obywatelstwa USA, z ninicjatywy miejscowej gminy żydowskiej umieszczono na cmentarzu tablicę pamiątkową…

Grób L da Ponte

Źródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard. Londyn 1929 rok.
Anthony Holden – The man who wrote Mozart.