Stuart 10

Joanna Trümner

Spadek

Na lotnisku w Sydney Stuart czekał na Iana. „Czy życie jest wiecznym dejá vu, składanką z z powtarzających się scen i miejsc? Młody, zdolny piosenkarz znowu rusza w drogę do sławy?”, zastanawiał się, przypominając sobie, że już dwa razy stał na tym lotnisku. Po raz ostatni był tu przed kiloma miesiącami, na początku drogi do Wellington, która, jak się okazało, była tylko ślepym zaułkiem. Kurczowo trzymał w ręku rulonik z plakatem, zapowiadającym przedstawienie „Jesus Star Superstar” w Wellington, z nadzieją, że trzyma w ręku klucz do dalszej kariery. Z myśli wyrwała go nieznajoma, starsza kobieta, która podeszła do niego i poprosiła o autograf: „Widziałam Pana w roli Jezusa, wspaniały spektakl. Gdzie będzie Pan teraz występował?” „Mam kilka planów, ale to jeszcze nic konkretnego”, odpowiedział Stuart, z zawstydzeniem myśląc o tym, że nie ma przecież żadnego planu na przyszłość. Tę niezręczną rozmowę przerwało pojawienie się Iana, który zaraz po odejściu starszej kobiety złośliwie skomentował: „Widzę, że nie możesz się uratować od wielbicielek!” Stuart przyjrzał się przyjacielowi i stwierdził, że cieszy się, iż po kilkumiesięcznej nieobecności wrócił do domu.

Siedzieli do późna w nocy w zastawionym dziwnymi, podniszczonymi i zbyt dużymi meblami mieszkaniu Iana w północnej części miasta. Pili ulubiony dżin z tonikiem i rozmawiali. „Żebym nie zapomniał, Chang mówił, że w schronisku szukał cię ktoś z domu starców w Watsons Bay, masz się tam koniecznie pokazać zaraz po powrocie. Może jakaś kolejna wielbicielka?”, dodał z przekąsem. Ustalili, że zamieszkają razem i będą dzielili się kosztami. Stuart zaproponował zakup nowych, wygodniejszych mebli, starając się równocześnie nie krytykować przyjaciela za dotychczasowe umeblowanie mieszkania. Po dżinie przyszła kolej na trawkę, którą Ian nazywał „poznanym dzięki Changowi eliksirem szczęścia”. Kiedy w końcu zasnęli ze zmęczenia w oparach marihuany za oknami budził się kolejny dzień. Na szczęście była to niedziela i Ian miał cały dzień na zregnerowanie sił przed pracą.

W poniedziałek Stuart wybrał się do domu starców w Watsons Bay. W hallu piętrowego budynku uderzył go zapomniany przez kilka miesięcy nieobecności zapach starości. Zajrzał do pokoju zajęć dziennych, w którym przy stolikach siedziało kilku znanych mu mieszkańców domu. „Kiedy będziemy znowu śpiewać?”, zapytała siędząca na wózku inwalidzkim kobieta, której nazwiska Stuart nie potrafił sobie przypomnieć. W drodze do gabinetu dyrektora zastanawiał się, dlaczego tak pilnie miał się tutaj pokazać. Z zakoczeniem usłyszał, że otrzymał dwadzieścia tysięcy dolarów w spadku po jednym z mieszkańców domu starców, zmarłym przed miesiącem Tomie Stepley. Stuart dobrze pamiętał Toma i ich wspólne długie rozmowy, rozmowy, które w przeciwieństwie do kontaktów z innymi mieszkańcami tego domu, nigdy go nie nudziły. Tom był chirurgiem i wiele lat życia spędził na pracy dla humanitarnej organizacji OXFAM na południu Afryki. Opowiadał Stuartowi o tym, jak docierał do oddalonych wiosek w Beninie, Togo i Nigerii, jak przeprowadzał operacje na kuchennych stołach, jak trzeba było pertraktować z miejscowymi szamanami, o walce z zabobonami, korupcji i wiecznej walce z wiatrakami i o tym, że nie udało mu się poznać kobiety, gotowej dzielić z nim życie.

W drodze do kancelarii notariusza w centrum Sydney, u którego Tom zdeponował swój testament, Stuart myślał o niespodziewanym spadku. Jak smutne są życiorysy, które tak się kończą, kiedy dorobek życia oddaje się obcym ludziom. Tom do ostatniego ich spotkania zachował trzeźwy umysł, musiał być bardzo samotny w otoczeniu, w którym większość osób odpłynęła myślami w przeszłość i cofała się w czasie”. W kancelarii notariusz podał mu czek i krótki list. „Drogi Stuarcie, bardzo żałuję, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Patrząc na Ciebie zawsze myślałem, że chciałbym mieć takiego syna. Dziękuję za Twoją muzykę, dała mi wiele szczęśliwych chwil. Mam nadzieję, że moje pieniądze pomogą Ci zrealizować plany. Bardzo cieszę się, że miałem okazję Cię poznać, Twój Tom”.

Stuart znowu koncertował w Sydney, a regularnie raz w tygodniu jeździł do domu starców w Watsons Bay, gdzie prowadził zajęcia z mieszkańcami. Czuł, że spadek po Tomie go do tego zobowiązuje. Mimo że podróż do Watsons Bay pochłaniała dużo czasu, przez kolejne miesiące Stuart nie opuścił ani jednego spotkania. Oszczędności, przywiezione z Wellington i spadek pomogły mu intensywnie zająć się pisaniem nowych utworów.

Iris

I wish I knew how it would feel to be free
I wish I could break all the chains holding me
I wish I could say all the things that I should say
Say ’em loud, say ’em clear for the whole round world to hear

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuć się wolnym
Tak bardzo chciałabym zerwać łańcuchy, które mnie skuwają
Tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystko to, co trzeba powiedzieć
Powiedzieć to głośno, powiedzieć to jasno, tak żeby usłyszał to cały świat

Nina Simone

Nadszedł maj i Stuart pojechał do Walton na ślub starszej siostry, Eve. Tak, jak przewidywała Kate, cała uroczystość była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Rodzina odgrywała jedynie rolę pionków w reżyserowanym przez Eve ślubie i weselu. Starsza siostra przywitała go stwierdzeniem, że musi koniecznie zgolić brodę, bo strasznie niechlujnie wygląda. Na brodę, którą zaczął zapuszczać w dniu, kiedy stał się Jezusem w Wellington i która go nieco postarzała, nie było miejsca w scenariuszu Eve.

Stuart korzystał z każdej chwili, żeby spędzić czas z rodzicami i nadrobić miesiące rozłąki. Cieszył się, że na starość rodzice znaleźli siebie i że wspólnie potrafili żartować z wprowadzanego przez Eve reżimu i nerwowej atmosfery wokół ślubu. Cieszył się również ze spotkania ze Stuartem-seniorem i Brianem, który przestał był w międzyczasie w Walton personą non grata. W przygotowaniach do ślubu najmniej obecny i istotny był pan młody, William, na którego twarzy pojawiał się czasami tak zagubiony wyraz, że Stuart wcale nie zdziwiłby się, gdyby przyszły szwagier w decydującym momencie w urzędzie stanu cywilnego powiedział „nie!” W dwa dni po weselu Stuart ruszył w drogę powrotną.

Lot z Hong Kongu do Sydney potwornie się dłużył. W pewnym momencie sąsiadka zasnęła i położyła głowę na jego ramieniu. W tym geście było coś tak intymnego, że Stuart przyjrzał się z jej z zainteresowaniem. Po pewnym czasie kobieta obudziła się i spojrzała zażenowana. Zaczęli rozmawiać i czas do końca podróży przestał się dłużyć. Iris była o kilka lat starsza od Stuarta. Wracała do Sydney z kilkudniowego sympozjum anastezjologów w Londynie. „Niczego nowego się nie dowiedziałam, ale miło było przez kilka dni pooddychać londyńskim powietrzem”, skomentowała tygodniowy pobyt w Anglii. Przyjechała z Londynu do Sydney przed pięcioma laty, podążając za wielką miłością. Miłość przetrwała jednak zaledwie dwa lata i skończyła się rozwodem. Iris zadecydowała, że pozostanie w Australii – powrót do domu oznaczałby dużą porażkę. Nie wyobrażała sobie powrotu i obowiązkowych wizyt u trzech sióstr, które miały udane małżeństwa i dzieci. Nie chciała słuchać ciągłych pytań i rad i za wszelką cenę próbowała udowodnić sobie, że da sobie sama radę w nowym państwie. Nostryfikowała dyplom i znalazła pracę jako anastezjolożka w dużym szpitalu w Sydney.

Im dłużej trwała ta rozmowa, tym bardziej Stuart czuł, że ogarnia go dziwne ciepło i pragnienie, żeby ta podróż nigdy się nie skończyła. Miał wrażenie, że są sami w samolocie, w hermetycznej kapsułce prowadzą na wysokości dziesięciu tysięcy metrów jedną z najpiękniejszych rozmów, jakie przeprowadził w życiu. Zanim rozstali się na lotnisku w Sydney, umówili się w sobotę na Martins Place.

Kiedy dotarł do mieszkania na dużym ściennym kalendarzu w kuchni zapisał przy dacie 26 maja 1973: Martins Place, 18.00, Iris. W sobotę w nocy spał bardzo niespokojnie, śniło mu się, że spaceruje po czarnych chmurach, a w chwili, kiedy we śnie potknął się i zaczął spadać w ciemność, zbudził się, zlany potem. Za oknami nieprzerwanie padał deszcz, w miarę mijających godzin Stuart czuł narastający niepokój, strach przed spotkaniem, które może go rozczarować i lęk przed tym, że ktoś znowu może go zranić. O szóstej wyciągnął z szuflady pod telewizorem czwartego skręta z marihuaną z żelaznych zapasów Iana. Palił i myślał o Iris, która w tej chwili stała na Martins Place, chroniła się przed deszczem i niecierpliwie spoglądała na zegarek. Kiedy zdecyduje się na powrót do domu, zawiedziona randką, do której nie doszło i Stuartem? W chwili, kiedy Ian otworzył drzwi od mieszkania, jego przyjaciel był na takim haju, że już nie myśleł o upokorzeniu, które sprawił poznanej w samolocie kobiecie.

cdn.

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia

Lech Milewski

Lorenzo da Ponte przybył do Wiednia na przełomie 1782-83 roku.

Salieri przeczytał list polecający, porozmawiał uprzejmie, poprosił o podanie adresu i obiecał skontaktować się, gdy będzie trzeba.
Potrzeba nadeszła dopiero za kilka miesięcy. Przez ten czas da Ponte żył w biedzie, na szczęście dzięki protekcji przyjaciół z Wenecji i Treviso znalazł ludzi, którzy go utrzymywali.
Wreszcie nadeszło wezwanie od Salieriego, a wkrótce potem spotkanie z cesarzem – Józefem II.

Jożefowi II warto poświęcić kilka słów. Był on najstarszym synem cesarzowej Marii Teresy i od dziecka przygotowywano go do przejęcia po niej tronu. Edukacja prowadzono duchu Oświecenia.
W roku 1765, w wieku 24 lat, został koronowany we Frankfurcie na Cesarza Świętego Imperium Rzymskiego. Przez 15 lat piastował to stanowisko wspólnie z matką, jako regent.
Po śmierci Marii Teresy – 29.10.1780 – zaczął panować samodzielnie i wprowadził wiele radykalnych reform – tolerancja religijna (Maria Teresa była zaciekłą przeciwniczką Żydów i prostestantów), ograniczenie roli kościoła, zniesienie feudalizmu i restrykcji w handlu, reformę systemu prawnego, likwidację cenzury, poparcie dla nauki. Był przy tym zwolennikiem władzy absolutnej i żywił przekonanie, że jego ród jest przeznaczony do sprawowanie takiej roli.
Wprowadzanie reform nie było łatwe, spotkały się z silnym sprzeciwem, wymagały wiele wysiłku i negocjacji. Na przykład likwidacja feudalizmu, która nie powiodła sie na Węgrzech. W Galicji chyba nawet nie próbowano jej wprowadzać. Do tego skomplikowana sytuacja międzynarodowa – konflikt z Prusami, wojna z Turcją. Zadziwiające, że przy tych wszystkich obowiązkąch Józef II znajdował tyle czasu na zajmowanie się sztuką, szczególnie muzyką.
Już po roku samodzielnego sprawowania władzy zdecydował się restaurować włoską opera na cesarskim dworze, właśnie w tym okresie spotkał się z Lorenzo da Ponte.
Więcej szczegółów tutaj – KLIK.

Da Ponte zrobił bardzo dobre wrażenie na cesarzu, który przyjął go na stanowisko poety cesarskich teatrów z bardzo dobrą pensją – 1200 florenów – i zachowaniem licznych swobód twórczych takich jak prawa autorskie i możliwość przymowania zleceń z innych źródeł.
Pierwsze służbowe zlecenie przyszło od Salieriego, efektem była opera Il ricco d’una giorno – Bogacz na jeden dzień. Salieri był zadowolony z libretta, jednak publiczność oceniła operę bardzo źle.
Cesarz nie był tak krytyczny, chciał zobaczyć następną operę autorstwa da Ponte.
Następną operą była Il burbero di buon cuore – Mruk o dobrym sercu – oparta na sztuce Goldoniego. Kompozytorem muzyki był Vinzente Martin y Soler.
Ta opera odniosła duży sukces ku satysfakcji cesarza, który podwyższył da Ponte pensję. Należało iść za ciosem, ale kto ma być kompozytorem?

Salieri, po niepowodzeniu Il ricco d’una giorno, związał się z Giambattista Casti i razem z nim stworzyli kilka oper.
Dość przypadkowo nawinął się W. A. Mozart. Mozart nie miał zbyt wielkiego doświadczenia operowego. Ostatnią jego operą było napisane w roku 1782 Uprowadzenie z Seraju, które cieszyło się umiarkowanym powodzeniem.
Teraz przyszła kolej na operę włoską. Zaczęli pracę nad operą według pomysłu Mozarta, ale po napisaniu uwertury i kilku arii zrezygnowali.

W tym czasie powodzeniem u wiedeńskiej publiczności cieszyła się opera Paisiello – Cyrulik Sewilski oparta na sztuce Pierre’a Beumarchais. Ten sam autor napisał ciąg dalszy Cyrulika – Wesele Figara. Mozart postanowił napisać operę opartą na tej sztuce.
Czytelników, którym Cyrulik Sewilski kojarzy się z Rossinim, uspokajam – mają rację. Rossini napisał w roku 1816 Cyrulika Sewilskiego, który nadal cieszy się wielkim powodzeniem. Cyrulik autorstwa Paisiello poszedł w niepamięć, ale nie tak szybko. Podczas premiery opery Rossiniego zwolennicy Paisiella zorganizowali bardzo gwałtowny protest. Dopiero drugie przedstawienie osiągnęło pełen sukces.

Mozart prawdopodobnie nie znał, albo nie potrafił ocenić, treści Wesela Figara. Jej istotnym elementem jest krytyka uprzywilejowanej roli arystokracji. Nawet w Wiedniu rządzonym przez postępowego Józefa II ta sztuka była zakazana.
Niektórzy uważali ją za zwiastuna Rewolucji Francuskiej (1789). Danton powiedział o niej – likwidacja szlachetnie urodzonych.
Hrabia Wetzlar – sympatyk do Ponte i wielbiciel Mozarta – sugerował, że należy się nastawić na wystawienie opery w Paryżu lub Londynie i był gotów to sfinansować.
Da Ponte zapewnił go, że w jego libretcie sztuka zostanie skrócona i zmodyfikowana na tyle, że nie przysporzy żadnych problemów. Co istotne to zdołał o tym przekonać cesarza.

Mozart uważał, że w operze słowa są córą muzyki i bardzo się angażował w tworzenie libretta. Da Ponte dodał do tego sceniczną formę, dowcip i osobowość głównych postaci.
O wpływie Mozarta na kształt libretta może świadczyć statystyka – w librettach da Ponte dla innych kompozytorów arie stanowią 65% czasu trwania opery, u Mozarta – poniżej 50%.

Premiera opery 1 maja 1786 roku była wielkim sukcesem. Jeszcze większy sukces opera osiągnęła w Pradze, gdzie została wystawiona w styczniu 1787 roku. Efektem było zamówienie kolejnej opery tych samych autorów. W Pradze istniała tradycja wystawiania premier kolejnych operowych wersji historii pewnego rozpustnika. Do tego czasu wystawiono już dwie. Logiczne było, że u Mozarta zamówili właśnie Don Giovanniego.
Mozart odwiedził Pragę w styczniu 1787 roku, z okazji wykonania jego Symfonii nr 38, z tego powodu nosi ona nazwę Symfonii Praskiej.

Póki co Da Ponte kontynuował współpracę z Martinem y Soler – ich wspólna opera Una cosa rara – KLIK – była ogromnym sukcesem. Ciekawe, że główną postacią męską w tej operze jest uwodziciel – książę Don Giovanni. Drugim istotnym faktem jest, że opera bardzo spodobała się najmłodszej siostrze cesarza – Marii Antoninie.
Podczas pisania tej opery zgłosili się do Lorenzo Salieri a po nim Mozart – z zamówieniem opery Don Giovanni.
Da Ponte cieszył się ogromnym powodzeniem – odrobina statystyki – w 1786 roku wystawiono w Wiedniu 32 opery w tym 10 to były opery nowe, 6 z nich miało libretta autorstwa Lorenzo da Ponte.

Cesarz Józef II śmiał się, że da Ponte nie da sobie rady z trzema operami naraz. Da Ponte odpowiedział: operę dla Mozarta będe pisał w nocy, inspiracją będzie Piekło Dantego, dla Martina y Soler będę pisał rano czytając Petrarkę, dla Salieriego – wieczorem – przy lekturze Torquato Tasso.
Być może natchnienia dodawało mu również zauroczenie 16-letnią córką gospodyni domu, w którym mieszkał.
W pamiętnikach wspomina, że pracował 12 godzin dziennie, a piękna panna musiała cały czas przebywać w pobliżu, w sąsiednim pokoju, aby móc przynieść mu napoje lub owoce. Czasem, często, musiała po prostu być blisko niego, czytać książkę lub patrzeć przez okno.

Przy tej okazji należy chyba wspomnieć, że również w Wiedniu życie uczuciowe Lorenzo da Ponte kwitło. Jego ukochaną była Adriana da Bene zwana La Ferrarese – KLIK. Mozart uważał ją za śpiewaczkę drugiej kategorii, cesarz Józef uważał, że jest brzydka, Lorenzo da Ponte w dużej mierze się z nimi zgadzał, ale jednak serce nie sługa – zakochał się. Był to znowu romans pełen emocji – zdrad i awantur. Istotne jest, że wystąpiła w pierwszoplanowych rolach w Weselu Figara i Cosi fan tutte.

Skoro zszedłem na tematy życia osobistego, to wspomnę również pewną słabość Mozarta. Były nią żakiety. Nawet wiedeńczyków szokowały swoim krojem, intensywnymi kolorami, wykończeniem.
Poniżej fragment listu Mozarta do baronessy von Waldstatten:
… piękny czerwony żakiet bezlitośnie łaskocze moje serce. Gdzie można go kupić i za ile? Muszę mieć taki żakiet żeby był warty moich zabiegów, żeby dostać do niego te guziki, o ktorych nie mogę zapomnieć – widziałem je w sklepie z guzikami Brendau, naprzeciw Milano na Kohlmarkt. Biały, z macicy perłowej z białymi kamieniami na krawędzi i żółtym w środku…
Baronessa aluzję zrozumiała – żakiet z wymarzonymi guzikami dostarczono kompozytorowi w ciągu kilku dni.
Sprawdziłem na internecie – na Targu Węglowym w Wiedniu nie ma obecnie sklepu Brendau ani sklepu Milano. Najnowsze fasony z Mediolanu oferuje Dolce & Gabbana.
Poniżej scena z filmu Amadeus, też ciekawy żakiet…

Amadeus

Wracam do tematu – Don Giovanni – opera, od której ta seria wpisów się rozpoczęła.
Opowieść o rozpustniku, którego podboje zakończyły się wizytą kamiennego gościa, została po raz pierwszy spisana około roku 1630 przez Tirso de Molina.
Inspirowała ona wielu twórców, najbardziej znana jest zapewne sztuka Moliera – Don Juan.

Dla Mozarta była to okazja do włączenia do opery muzyki poważnej a nawet pełnej grozy. Salieri dodał do tego wiele żartobliwych akcentów. Według mnie właśnie to połączenie buffa-seria nadaje operze wyjątkowy smak.
Wesele Figara i Cosi fan tutte są według mnie lepsze muzycznie, ale jeśli chodzi o operę jako całość to pierwszeństwo daję Don Giovanniemu.

Termin premiery ustalono na 14 października 1787, gdyż na ten dzień zaplanowana była wizyta w Pradze Marii Teresy – bratanicy cesarza Józefa.
Mozart nie był w stanie dotrzymać tego terminu, gdyż zamówienie dotarło bardzo późno. Podobno zostało złośliwie przetrzymane w dworskiej kancelarii. W rezultacie 14 października zamiast Don Giovanniego wystawiono Wesele Figara.
Aby nadrobić opóźnienie Mozart i da Ponte w październiku 1787 roku przebywali już w Pradze. Odwiedził ich tam najbardziej stosowny gość – Giacomo Casanova. Nie ulega wątpliwości, że jego liczne i powszechnie znane podboje miłosne zostały wykorzystane w operze.
Casanova wspomina w pamiętnikach, że orkiestra opery w Pradze była zdenerwowana opóźnieniem w tworzeniu opery. Mozart codziennie dostarczał fragmenty kompozycji na kolejne próby i zdesperowani członkowie orkiestry uwięzili go w pokoju i obiecali wypuścić dopiero jak dostarczy kompletną partyturę. Casanova twierdzi, że uwolnił Mozarta z “aresztu”.
Faktem jest, że uwertura do opery została napisana w przedzień jej premiery – proszę posłuchać – KLIK .
Chyba dopiero w 1948 roku, podczas przeglądania archiwów zamku książąt Waldsteinów w Duchcovie, znaleziono dokumenty Casanovy, który tam mieszkał i pracował do śmierci. Wśród nich znajdowały się szkice dwóch scen drugiego aktu Don Giovanniego, które zostały wykorzystane w operze.
Warto zauważyć, że Da Ponte w tym samym okresie współpracował z Salierim i był często wzywany przez niego do Wiednia. W tej sytuacji pomoc librecisty amatora była bardzo pomocna.

Poniżej zamek w Duchcovie – ostatnia przystań Casanovy…

Duchcov

Premiera Don Giovanniego odbyła się 29 października 1787 roku i była ogromnym sukcesem. Da Ponte nie był na premierze, kilka dni wcześniej został wezwany przez Salieriego do Wiednia.
Praga była tak oczarowana muzyką Mozarta, że proponowano mu przeniesienie się tam na stałe.
Nie przyjął tej propozycji. Po pierwsze Praga była tylko prowincjonalną stolicą, brakowało arystokracji, która była w Wiedniu jego głównym sponsorem. Istotny pewnie był również fakt, że w tym czasie zmarł Christoph Wilibald Gluck, dyrektor muzyczny na cesarskim dworze w Wiedniu i cesarz Józef II zaproponował to stanowisko Mozartowi – dożywotnio – z pensją 800 florenów rocznie, znacznie mniej niż wynosiło wynagrodzenie Glucka czy Da Ponte.
Warto wyjaśnić, że dyrektor muzyki nie miał nic wspólnego z operą, zajmował się doborem muzyki na dworskie imprezy, czasem komponował tańce na bale, a zatem nie stanowił konkurencji dla Salieriego.
Wykorzystam tę okazję żeby nieco rozwiać mit o niechęci Salieriego do Mozarta, ich wzajemnej konkurencji a nawet podejrzenie, że Salieri przyczynił się do śmierci Mozarta.
Ten ostatni paszkwil to – jakżeby inaczej – wina Putina…
…to znaczy Puszkina, Aleksandra, ale w obecnych czasach Putin lepiej się rymuje.
W 1830 roku Aleksander Puszkin napisał sztukę Mozart i Salieri, w której ten ostatni truje Mozarta. To bardzo dobrze wpisywało się w klimat romantycznych tragedii i stało się powszechnym przekonaniem.

Wróćmy do opery. Premiera Don Giovanniego odbyła się w Wiedniu w maju 1788 roku i została przyjęta z pewnym zaskoczeniem. Cesarz pocieszał Mozarta – wiedeńczykom jeszcze nie urosły zęby do zgryzienia tej opery. Zresztą Wesele Figara, ktorego premiera była wielkim sukcesem, też nie zyskało wielkiej popularności. Podczas życia Mozarta wykonano je 15 razy.
W sumie, w latach 1785-90, opery Mozarta wystawiono w Wiedniu 25 razy. Czołówkę kompozytorów operowych stanowili: Paisiello – 160 spektakli, Salieri – 138, Cimarosa – 124.

Rok 1788 – Austria toczyła wojnę z Turcją i w skarbie zaczęło brakować pieniędzy. Cesarz Józef nosił się z zamiarem zamknięcia opery. Lorenzo da Ponte poprosił o pozwolenie znalezienia sponsorów, którzy sfinansują operę. Znalazł dość szybko, opera została uratowna. Być może w rewanżu cesarz zamówił u duetu Mozart-da Ponte kolejną operę – Cosi fan tutte.
Wybór tematu dość zaskakujący – naiwna intryga dobra dla teatrzyku marionetek. Jednak duet autorów zabrał się do pracy z entuzjazmem. Sprawa stała się poważna, gdy zmęczony trudami wojny z Turcją cesarz zapadł na poważną chorobę. Koniec roku 1790. Trzeba się spieszyć, żeby wystawić operę jak najszybciej, niech nie daj Boże cesarz umrze, to cały wysiłek pójdzie do kosza.
Zdążyli – premiera Cosi fan tutte odbyła się w styczniu 1790 roku, Józef II zmarł 20 lutego. W sumie wystawiono operę 4 razy i nie cieszyła się powodzeniem. Zła passa Cosi fan tutte trwała przez cały wiek XIX. Środowiska protestanckie uważały, że jest wulgarna i relatywizuje tradycyjną moralność. W rezultacie wystawiano tylko jej fragmenty uzupełniane wstawkami z innych oper. Premiera opery w USA odbyła się dopiero około 1920 roku.

Rok 1791 – ostatni rok życia Mozarta – zapomnijmy na chwilę o Lorenzo da Ponte.
W tym roku napisał on dwie opery – La clemenza di Tito – znowu zamówienie z Pragi – na ceremonię koronowania Leopolda, następcy cesarza Józefa II, na króla Czech. Libretto napisał wspominany już w tym cyklu przyjaciel Lorenza da Ponte – Mazzola. Premiera odbyła się 6 października 1791 roku, kilka godzin po koronacji Leopolda. W kolejnych latach opera cieszyła się dużym powodzeniem, była pierwszą opera Mozarta wystawioną w Londynie (1806).
W tym samym czasie Mozart pracował nad Czarodziejskim Fletem zamówionym przez Emanuela Schikanedera, który napisał libretto, wystawił operę w swoim teatrze i na premierze (30 września 1791) wystąpił w roli Papageno.
Opera została przyjęta bardzo dobrze, w ciągu roku po premierze została wystawiona ponad 100 razy. Niestety Mozart już wtedy nie żył – zmarł 5 grudnia 1791 roku.

Ostatnie dwa miesiące życia Mozarta są nieco zagadkowe. Nie mam tu na myśli tajemniczego klienta, który zamówił Requiem, pozostaję przy sprawach codziennych – brak pieniędzy. Zachowało się wiele listów kompozytora z prośbami o pożyczenie pieniędzy i odroczenie terminów spłat długów. A co się stało z dożywotnią pensją, z honorariami za Łaskawość Tytusa i za Czarodziejski Flet?
Tragedii dopełnia legenda o pochówku we wspólnym grobie dla biedaków.
To ostatnie to całkowita pomyłka,  jest to błędna interpretacja terminu – grób komunalny. Taki grób, w przeciwieństwie do grobów prywatnych, był po dziesięciu latach przekazywany administracji cmentarza.
W tamtych czasach prywatne groby kupowała tylko arystokracja i bardzo bogaci mieszczanie. Klasy średnie zadowalały się grobem komunalnym i na ogół po dziesięciu latach nie wykupowały go na własność. Tak właśnie stało się z grobem Wolfganga Amadeusza Mozarta.

Poniżej pomnik na przypuszczalnym miejscu grobu Mozarta na St Marxer Friedhof w Wiedniu…

Grób Mozarta

Wracam do tematu.
Lorenzo da Ponte był jednym z niewielu, którzy wykazali się lojalnością w stosunku do cesarza Józefa II w ostatnich godzinach jego życia i po śmierci. Wszyscy na dworze wiedzieli, że następca Józefa – Leopold II – zazdrościł starszemu bratu i czekał na objęcie po nim tronu.
Dworacy się nie mylą. Lorenzo da Ponte popadł w niełaskę i wkrótce stracił posadę. Nieco wcześniej porzuciła go jego ukochana Ferrarese i wyjechała do Wenecji. Nie minęło wiele czasu, a nie wpuszczono go na cesarski dwór.
Wyjechał do ostatniej przystani wielu wygnańców – do Triestu.

Zakończenie w następnym odcinku.

Żródła:
Memoirs of Lorenzo da Ponte – tłumaczenie na angielski L.A. Sheppard, Londyn 1929
Sheila Hodges – Lorenzo da Ponte
Rodney Bolt – The libretist of Venice

Stuart (7)

Every time I look at you I don’t understand
Why you let the things you did get so out of hand
You’d have managed better
if had it planned
Why’d you choose such a back ward time
and such a strange land?

Za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę
Nie potrafię zrozumieć
Dlaczego pozwoliłeś, by rzeczy, które robiłeś
Tak bardzo wymknęły ci się spod kontroli
Lepiej byś temu podołał, gdybyś postępował według planu
Dlaczego zdecydowałeś się wybrać tak odległy czas i taki dziwny kraj?

Jesus Christ Superstar, Andrew Lloyd Webber, 1971

Joanna Trümner

Jezus

Święta Bożego Narodzenia i koniec starego roku zbliżały się wielkimi krokami. Na rozgrzanych słońcem ulicach Sydney pojawiły się wielkie, sztuczne choinki z bombkami i brodaci mężczyźni z białymi brodami, poprzebierani za Świętego Mikołaja. Wyglądało to tak egzotycznie, że po raz pierwszy od przylotu do Australii Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak daleko jest Anglia i zimowe sztormy w Walton.

Pieniądze, które zaoszczędził dzięki pracy w szkole, topniały w przerażającym tempie i Stuart brał każde zlecenie, żeby poprawić swą sytuację finansową – występował w klubach, kościołach, domach starców i restauracjach. Wpadł w kierat codziennych występów i szukania nowych zleceń – kierat, przez który brakowało mu czasu na pisanie nowych kompozycji. Jego koncerty składały się wyłącznie z piosenek, które przywiózł ze sobą z Anglii, swoich i cudzych utworów, które znał w międzyczasie na pamięć.

Cyniczne słowa ojca, „wszystko w życiu jest ciężką pracą, tymi samymi, wykonywanymi codziennie czynnościami”, zagnieździły mu się w głowie i coraz częściej łapał się na tym, że nie pamięta, kiedy i dla kogo napisał swoje utwory. Codzienne występy nabrały automatyzmu i z przerażeniem zaczął stawiać sobie pytanie, czym ta praca różni się od pracy robotnika na taśmie fabrycznej? Z biegiem tygodni coraz bardziej uświadamiał sobie, że znalazł się w jakiejś ślepej uliczce, która coraz bardziej oddala go od drogi, o której kiedyś marzył.

Podczas występów zmieniała się tylko publiczność i jej reakcje. Najbardziej zaskakiwali go mieszkańcy domów starców, którym śpiewał starsze, spokojne utwory i proste melodie, poznane podczas pierwszych lekcji nauki gry na gitarze. Na jego oczach i dzięki jego muzyce ci zagubieni, nieobecni duchem starsi ludzie wracali do życia i przypominali sobie o świecie, który pulsował przed drzwiami. Stuart widział w ich oczach tyle wdzięczności za poświęcony im czas, że odbieranie gaży wprawiało go za każdym razem w zakłopotanie. W Wigilię sprezentował mieszkańcom dwóch domów wspólne śpiewanie kolęd. Z niedowierzaniem obserwował, jak twarze wiekowych słuchaczy stają się młodsze i pełne radości. Widok ludzi, którym dzięki muzyce udało się na kilka chwil wrócić myślami do najszczęśliwszych dni w życiu utwierdził go w przekonaniu, że nigdy jeszcze nie dał nikomu cenniejszego prezentu.

W sylwestrowy wieczór czekał go pierwszy występ w prestiżowym Królewskim Klubie Jachtowym w północnej części miasta. Kiedy w kilka minut po ósmej wszedł do klubu sala pękała w szwach. Wśród gości byli głównie ludzie w wieku jego rodziców, członkowie najstarszego i najbardziej elitarnego klubu jachtowego w mieście, elita Sydney – nieliczni, którym przez własną pracę albo dzięki przekazywanym z pokolenia na pokolenie pieniądzom udało się znaleźć wśród najbogatszych mieszkańców miasta.

Na myśl o tym, że słuchać go będą ludzie, którzy mieli okazję słyszeć koncerty najlepszych muzyków w najlepszych salach koncertowych świata, ogarnął go niepokój, strach przed tym, że nie uda mu się do nich dotrzeć. Jednak jego pełne melancholii i poszukiwania piosenki przypominały słuchaczom o młodości i pomogły im na kilka godzin uciec od uczucia, że teraz, kiedy mogliby spełnić prawie każde swoje życzenie, tak niewiele rzeczy sprawia im radość.

Gdy dziesięć przed dwunastą kończył koncert, rozległy się głośnie brawa, przez chwilę Stuart odniósł wrażenie, że nawet ściany tego renomowanego klubu, które widziały w swojej historii tak wiele sławnych osób, że nic nie powinno już być dla nich zaskoczeniem, zaczęły lekko drżeć. Zegar wybił dwunastą i zaczął się rok 1972. W kilka minut po północy przy Stuarcie zebrał się tłum słuchaczy, którzy chcieli mu podziękować za wspaniały koncert. Z trudem udało mu się dotrzeć do Iana, żeby złożyć mu życzenia noworoczne.

Ian zajęty był rozmową ze starszym mężczyzną, który właśnie wrócił z samotnej podróży jachtem dookoła świata. Nieznajomy, rzeczywiście przypominający klasycznego żeglarza, zaskoczył Stuarta, witając go słowami: „Powinniśmy porozmawiać o Jezusie”. W momencie, kiedy Stuart zaczął się zastanawiać, czy ma przed sobą nawiedzonego faceta, który zacznie go zaraz namawiać do przyłączenia się do jakiejś nowej sekty, Ian powiedział: „Przepraszam, nie zdążyłem was przedstawić, to Jack Flannagan z Wellington, chciał z tobą porozmawiać o musicalu Jesus Christ Superstar”. Jack był dyrektorem Domu Operowego w Wellington. Bombardował Stuarta pytaniami. Ich rozmowa przypominała raczej egzamin albo wstępną rozmowę o pracę niż przypadkowe spotkanie na imprezie sylwestrowej. Umówili się na spotkanie wieczorem w klubie.

W kilkanaście godzin później popijali dżin z tonikiem i rozmawiali o musicalu. Jack od kilku miesięcy jeździł po całym świecie, szukając odpowiedniej obsady, Sydney było ostatnim przystankiem jego poszukiwań. Podczas podróży po Anglii, Stanach i Kanadzie poznał wielu kandydatów do roli Jezusa, ale kiedy usłyszał Stuarta nie miał wątpilwości, że właśnie on będzie najbardziej autentycznym, nie zepsutym przez godziny treningu wokalnego i dziesiątki występów, trochę zagubionym i szukającym swojej drogi Jezusem. „W Wellington też żyją ludzie” – powiedział, widząc na twarzy Stuarta pewne wahanie, „i żyją lepiej, niż w innych częściach świata. Przekonasz się, jak zobaczysz umowę.” Premiera tego granego na całym świecie musicalu miała odbyć się pod koniec maja, na kilka dni przed Zielonymi Swiątkami, próby miały zacząć się w połowie lutego. Pod koniec rozmowy Jack zaprosił Stuarta na tygodniową wizytę w Wellington. Na koszt teatru.

W drodze powrotnej do schroniska Stuart bił się z myślami, zastanawiając się, czy to przypadkowe spotkanie jest dla niego szansą, łutem szczęścia, o którym marzy każdy człowiek, czy też kolejnym ślepym zaułkiem w życiu. Pierwszą noc Nowego Roku spędził na zwierzaniu się ze swoich wątpliwości Ianowi. Przyjaciele wspólnie rozważali wszystkie „za” i „przeciw” wyjazdu do Wellington i przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca doszli do wniosku, że warto z tej szansy skorzystać.

W dziesięć dni później Stuart znalazł w wynajętej na poczcie skrzynce grubą kopertę z biletem do Wellington i czekiem na 500 dolarów od Jacka. Kilka dni później siedział w samolocie. Podczas lądowania w stolicy Nowej Zelandii przeszła mu przez chwilę przez głowę myśl, że właśnie znalazł się w najgłębszej prowincji świata – miejscu, o którym większa część ludzkości nigdy nie słyszała i nie usłyszy.

Jack odebrał go z lotniska i całe popołudnie minęło im na oglądaniu miasta, które miało duży urok i w miarę poznawania coraz bardziej traciło charakter prowincji. Zarówno Opera House jak i wiele budynków na ulicach Wellington mogłoby równie dobrze stać w Londynie albo Sydney.

Stuart nocował w jednym z najlepszych hoteli w mieście i patrząc na otaczający go komfort, myślał o tym, że los chyba naprawdę się do niego uśmiechnął. Dzień przed powrotem do Sydney podpisał umowę na bardzo korzystnych warunkach, oprócz wysokiego, wypłacanego co tydzień wynagrodzenia, teatr zapewniał mu bungalow na przedmieściach i dawał do dyspozycji samochód. W zamian za to Stuart zobowiązywał się do grania roli Jezusa przez pół roku z opcją na przedłużenie umowy i gościnne występy w innych miastach Nowej Zelandii.

W miesiąc później zaczęła się jego przygoda z Jezusem na drugim końcu świata. Przygoda z najstarszą i najczęściej opowiadaną bajką świata, która dzięki staraniom Jacka miała być opowiedziana w nowoczesny, zrozumiały dla wszystkich sposób.

 

Cdn.

 

Wehikuł czasu

Ewa Maria Slaska i Róża Gałecka

Jedno z tych spotkań…

których się nie spodziewasz, a które na długo zapadną ci w pamięć. Jestem w Sopocie, mój przyjaciel Krzysztof podjeżdża po mnie samochodem.

Pojedziemy do mojej kuzynki, mówi.
Ależ oczywiście, odpowiadam, bo ja zawsze odpowiadam, że ależ oczywiście, jeśli mam się z kimś spotkać, o kim nic nie wiem.

Wjeżdżamy na ulicę Polanki, skręcamy w prawo, w lewo… Dzwoni komórka, odbieram, Lidia, omawiamy wpis na niedzielę, a w międzyczasie Krzysztof i ja wchodzimy do jakiegoś domu, na schodki, do sieni, dzwonimy, ktoś otwiera, no tak mówię, w piątek muszę mieć materiał, witam się, to Ewa Maria Slaska, mówi Krzysztof, koniecznie w piątek, mówię, bo potem nie wiem, czy będzie łącze z internetem, zasadniczo wciąż nie ma, dzień dobry, przepraszam, to pa, na razie i …

Och!

Nie wiem, jak się to stało, ale nagle jestem w pokoju mojej teściowej przed 50 laty, w Poznaniu, gdy obie z Ewą (tą drugą Ewą Marią Slaską, choć wtedy to ona była ta pierwsza, a ja się nazywałam Ewa Bogucka) właśnie zaczynałyśmy studia, ale jestem też na tak zwanej “Batorówce” we Wrzeszczu na ulicy Batorego, w pokoju prababci, ponad 60 lat temu…

hortensjeroza

Jest jednak inaczej, bo u Teściowej i Prababci wszędzie na ścianach wisiały obrazy, ale tu są po prostu wszędzie. Martwe natury, krajobrazy, morze, łodzie, drzewa, ulica w deszczu, tu czerwony parasol, a tu zielony…

lustroroza

Róża maluje, mówi Krzysztof, i pisze wiersze…

Jestem oczarowana, oszołomiona, szczęśliwa, ale też chce mi się płakać. Czegoś mi nagle brak, czegoś żal, żebym ja tylko wiedziała czego… Wiem, że to moja wina, coś zaprzepaściłam, coś przepuściłam przez palce, coś mi uciekło… Już nie piszę wierszy, już nie jestem dobra, już nie wierzę, że można się doskonalić… Ach, bzdury tu wypisuję, każdy ma inne życie, nie mogę mieszkać w takim pokoju, nie mogę mieć takiej wiary i ufności w spojrzeniu, nie mogę… bo ja muszę coś innego, dokądś się muszę spieszyć, coś muszę załatwić… Biegiem, biegiem, umrę w biegu…

Ale teraz, przez chwilę jestem w tym dziwnym miejscu, w pokoju Bzowej Babuleńki, wyniesiona poza czas i miejsce…

Na fotelu w czarodziejskim pokoju u Róży…

kubekroza

Róża Gałecka

Obłoki

Owiewają mnie obłoki
i nie wiem czy one
spływają do mnie
czy podnoszą mnie wzwyż
zbyt lekkie by dotknąć ich słowem
a tak dotykalnie obecne
że przedmioty tracą
swą tożsamość
by w nich się roztapiać

światów przenikanie
trzymam w dłoni
jak bezradny pędzel
przed pustą sztalugą
która prosi o obraz
jak nie napisany wiersz
który prosi o słowo

 

Stuart 6

Joanna Trümner

Climb every mountain, ford every stream,
Follow every rainbow,’ till you find your dream.
A dream that will need all the love you can give,
Every day of your life for as long as you live.

Wspinaj się na każdą górę, pokonuj każdy potok,
Idź za każdą tęczą, dopóki nie znajdziesz swojego marzenia
Marzenia, które będzie potrzebowało całej twojej miłości,
Każdego dnia w życiu, tak długo, jak będziesz żył.

Musical „The Sound of Music”

Pożegnanie

Rok szkolny dobiegał końca, a wraz z nim kończyła się roczna umowa Stuarta na pracę w szkole. W tydzień po rozdaniu świadectw, w upalny czerwcowy wieczór w udekorowanej girlandami i balonami auli szkolnej odbył się bal absolwentów szkoły w Walton. Poubierani w garnitury chłopcy i dziewczęta w sukniach balowych sprawiali na Stuarcie wrażenie starszych i bardziej dojrzałych. Przypomniał mu się jego pierwszy dzień pracy, kiedy stanął przed klasą i zapisując na tablicy swoje nazwisko, powtarzał w myśli słowa „dasz sobie radę, dasz sobie radę!” oraz moment, w którym strach odjął mu na chwilę mowę. Tych kilkanaście miesięcy minęło bardzo szybko, z biegiem czasu uczniowie nabrali do niego zaufania, przychodzili do niego z prośbą o rady, opowiadali mu o problemach z rodzicami i przyjaciółmi, o pierwszych miłościach i rozczarowaniach. Podczas tych rozmów Stuart poznał tak szczere i intymne fakty z ich życia, że czuł wyrzuty sumienia na myśl o tym, że niedługo opuści swoich uczniów na zawsze. Kim będą ci młodzi ludzie za dziesięć lat – pod koniec czerwca 1981 roku – komu uda się zrealizować plany, złapać w ręce odrobinę szczęścia, kto odważy się wyjechać z tego śpiącego przez większą część roku miasteczka?

Myśli Stuarta przerwały dźwięki piosenki „Climb every mountain” i mimo, że nie lubił tej patetycznej, zbyt często słyszanej piosenki z musicalu, musiał w duchu przyznać, że jej słowa oddają wszystko to, czego życzył młodym ludziom w dniu, w którym zaczynają dorosłe życie.

Młodzież przygotowała dyplomy dla nauczycieli, których chciała szczególnie wyróżnić. Był wśród nich dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia, dyplom dla najbardziej sprawiedliwego nauczyciela i dyplom dla najbardziej lubianego, który wręczono Stuartowi przy dźwiękach jego piosenki „How long is soon”, śpiewanej na scenie przez jego czterech byłych uczniów. Ta prosta, wpadająca w ucho melodia – pierwszy sukces muzyczny Stuarta będzie przez wiele lat trwałym śladem jego pracy w tej szkole.

Dyplom za najciekawiej prowadzone zajęcia wręczono nauczycielowi angielskiego – Williamowi. Stuart nieraz zastanawiał się, jak temu cichemu, niepozornemu młodemu mężczyźnie udało się dotrzeć do młodzieży i zainteresować ją literaturą. Może w chwili, kiedy stał przed klasą i cytował zdania z tysięcy przeczytanych przez siebie książek albo recytował wiersze, zmieniał się w inną osobę? Stuart z zaskoczeniem zobaczył swoją młodszą siostrę Eve w towarzystwie Williama, byli tak zajęci rozmową i zapatrzeni w siebie, że uczucie, które ich łączyło nie było dla nikogo zagadką. Co ten chudy, nieśmiały chłopak w drucianych okularach, tak niepozorny i cichy, że Stuart przez cały okres pracy w szkole, zamienił z nim jedynie kilka słów, znalazł w jego siostrze? Jak mogły się zejść dwie tak bardzo oddalone od siebie planety – ten delikatny, nieobecny duchem chłopak, który przedkładał świat książek nad świat ludzi i głośna, dominująca, wiecznie narzekająca i bardzo przyziemna Eve? O czym potrafili godzinami rozmawiać, czym zafascynowała go ta pełna żalu do życia, losu, rodziców, Stuarta i Kate, nienawidząca swojej pracy w szpitalu i nieufna wobiec ludzi kobieta?

Z inicjatywy Williama powstało w szkole prężnie działające kółko teatralne, wystawiające sztuki Szekspira na plaży. Spektakle ściągały w lecie tłumy turystów, a za zarobione na biletach wstępu pieniądze uczestnicy kółka sfinansowali swój kilkudniowy pobyt w Londynie i zastąpili prowizoryczne, uszyte ze starych ubrań i firan kostiumy i dekoracje nowymi rekwizytami. Patrząc na swoją zatopioną w rozmowie z Williamem siostrę Stuart zrozumiał nagle, dla kogo matka spędzała teraz godziny przy maszynie do szycia.

Jego rodzinny dom zmienił się w ostatnich miesiącach nie do poznania – świeżo pomalowane ściany i nowe meble wprowadziły przytulną atmosferę, na ścianie w kuchni zawisł arkusz brystolu ze zdjęciami wszystkich członków rodziny i słowami „Każdy dzień jest jak nowe życie”. Rodzice coraz częściej wybierali się na długie spacery nad morzem, z których wracali trzymając się za ręce – matka odnajdywała siebie sprzed załamania nerwowego.

Dzień podróży do Australii zbliżał się wielkimi krokami, w dwa dni przed odlotem Stuart przyjechał do Londynu. Zatrzymał się u Stuarta-seniora i Briana. Wieczorem dołączyła do nich Kate i wspólnie spędzili kilka godzin na zakupach. W drodze do Londynu Stuart układał w głowie odpowiednie słowa, którymi chciał podziękować wujkowi i jego partnerowi za wieloletnią pomoc. Ale kiedy przyszedł ostatni wspólny wieczór przed odlotem, wszystkie ułożone w głowie słowa brzmiały tak patetyczne i wyobrzymione, że powiedział tylko: „dziękuję za wszystko”, myśląc równocześnie o tym, o ile łatwiej wymawia się rzeczy mało istotne, czy też słowa pełne gniewu i złości.

Do odlotu zostały jeszcze dwie godziny, Stuart z nudów obserwował współpasażerów podróży i młodą dziewczynę, blokującą od dłuższego czasu budkę telefoniczną, przez ściany kabiny słyszał jej podniesiony głos, który powoli zaczął zmieniać się w płacz. Gdy zapłakana dziewczyna trzasnęła w końcu słuchawką i wpuściła czekających w kolejce ludzi, Stuart poczuł nagle tak silną potrzebę usłyszenia głosu Ann, że jak w transie ustawił się na końcu kolejki. Tak bardzo chciał jeszcze raz, chociaż przez chwilę usłyszeć jej głos. Głos, od którego niedługo będą go dzielić tysiące kilometrów. Po trzecim sygnale usłyszał „Ann Warren” i jej oddech w słuchawce. „Ann Warren, kto mówi?”, a po chwili „Odkładam słuchawkę, proszę zadzwonić jeszcze raz, bo nic nie słychać””.

Teraz Stuart był gotowy do podróży na inny kontynent.

Sydney

Sydney przyjęło go przejmującym chłodem i deszczem – dlaczego właściwie był pewny, że w Australii zawsze świeci słońce, a ludzie chodzą do biur w krótkich spodenkach i T-shirtach? – Jak niewiele wiedział o kontynencie, który będzie teraz jego domem. Na lotnisku rozpoznał w tłumie Iana, trzymającego w ręku kartkę „Welcome home”. Jego przyjaciel w ogóle się nie zmienił w ciągu minionego roku – ta sama poskręcana czupryna i uśmiech, którego nie można nie odwzajemnić.

Mały pokoik Iana w schronisku młodzieżowym na George Street z piętrowym łóżkiem i wspólną dla całego piętra kuchnią i łazienką na korytarzu stał się domem Stuarta na następnych kilka miesięcy pobytu w Sydney. Pierwsza noc w nowym mieście minęła na piciu przywiezionego z Londynu ginu i opowiadaniu o minionych miesiącach. Ian zorganizował pierwszy koncert Stuarta, który miał się odbyć już za tydzień w klubie oddalonym zaledwie o kilka domów od schroniska – miejscu, które zdaniem Iana było jednym z najlepszych adresów w Sydney, prawdziwą kuźnią talentów.

Kolejnych kilka dni Stuart spędził na uregulowaniu spraw pobytowych, podczas wizyty w urzędzie zatrudnienia dowiedział się, że ze swoim dyplomem znajdzie bez problemu pracę nauczyciela w każdym zakątku Australii, ale to na razie nie było dla niego żadną opcją.

W trzeci dzień pobytu zaczął szukać sklepów z gitarami. Chodząc godzinami po ulicach Sydney, tak podobnych do zakątków znanych mu z Londynu, że gdyby nie inna roślinność i unoszący się w powietrzu zapach morza, myślałby, że wciąż tam jest, udało mu się kupić nową gitarę. Siadł na ławce w Ogrodzie Botanicznym i zagrał na niej kilka akordów, które przerwał nagle odgłos przypominający głośny, szyderczy śmiech. Śmiech tak przeraźliwy i przypominający mu o strachu przed niepowodzeniem, że długo nie mógł się uspokoić. Dopiero kiedy zobaczył siedzącego na drzewie nieznanego ptaka, przypomniał sobie, że to kukabura, kukabura chichotliwa.

Knajpa, bo trudno ją było nazwać klubem, w której odbył się pierwszy koncert Stuarta, była zadymionym i świecącym pustkami lokalem i po jednoznacznym spojrzeniu, które Ian wymienił z kelnerką, Stuart zrozumiał, że padł ofiarą wiecznego optymizmu przyjaciela, a kontakty w scenie muzycznej Sydney były po prostu kolejnymi wpisami w notesie jego zdobyczy. Mimo to koncert skończył się sukcesem, Stuart musiał kilkakrotnie bisować i pod koniec wieczoru doszedł do wniosku, że nawet przy niewielkim zarobku to wcale niezły początek. Z honorarium w wysokości 100 dolarów musiał zgodnie z umową oddać 30 Ianowi za jego „kontakty”. W miarę upływu tygodni Stuart miał więcej występów w knajpach, a w rekordowym szóstym tygodniu zarobił 600 dolarów (z czego 200 należało do Iana). Powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak daleka jest jeszcze droga do sal zapełnionych tysiącami słuchaczy. Przywiezione z Walton oszczędności starczą jeszcze tylko na kilka miesięcy, ale coś trzeba będzie zmienić w życiu, tym bardziej, że denerwował go pokój z piętrowym łóżkiem i brak miejsca, w którym mógłby ćwiczyć i komponować.

Cdn.

Kangur na śniegu

Lech Milewski

Znak

Podobne znaki można często spotkać przy australijskich drogach, choćby ten…

Znak

Jednak ten z mojej kolekcji jedzie na nartach.

Narty w Australii?
Oczywiście. Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w Australii powierzchnia pokryta w zimie śniegiem jest większa niż Szwajcaria.

Wkrótce po osiedleniu się w Australii zorientowaliśmy się, że sporo osób ze “starej” emigracji uprawia narciarstwo. Polski klub narciarski Tatry był jednym z pierwszych w Mt Buller, najpopularnieszym resorcie narciarskim w stanie Wiktoria…

Tatry
Proszę kliknąć w zdjęcie aby dowiędzieć się więcej o klubie.

Narty w Australii…
Dla nas, przyzwyczajonych do długiego czekania na wyciągi narciarskie w Polsce, zdecydowanym plusem była duża ilość wyciągów.
Minusów jest dużo wiecej.
Dojazd, najbliższy Melbourne Mt Buller to ponad 200 km samochodem. Ostatnie 20 km to górska droga, na której prawie zawsze trzeba zakładać łańcuchy na koła.
Krótkie zjazdy. To zrozumiałe – szczyt Mt Buller leży na wysokości 1.800 m, śnieg rzadko utrzymuje się na wysokościach poniżej 1.700 m.
Kapryśna pogoda. W dzień temperatury w górach są często dodatnie. To powoduje intensywne parowanie śniegu. Rezultatem są częste mgły.
Jednak pozostaliśmy wierni tradycji i prawie każdej zimy spędzaliśmy kilka dni na nartach.

W lipcu któregoś tam roku wypadły moje 50 urodziny.
– Urodziny, powiedz kogo chciałbyś zaprosić – przypominała żona – urządzimy przyjęcie.
– Czy mógłbym obchodzić te urodziny tak, jakbym chciał?
– O tym właśnie mówię. Zaprosimy gości, urządzimy przyjęcie.
– Ale czy mogłbym obchodzić TE urodziny tak, jakbym chciał?
– ????
– Wezmę tydzień urlopu i pojadę na Mt Buller na narty. Wy dojedziecie do mnie w piątek z urodzinowym tortem. Gośćmi urodzinowymi będą osoby, które w tym dniu będą w Tatrach.

I tak właśnie się stało.
Wypożyczyłem narty, kupiłem bilet na wyciąg na cały tydzień. Następnego dnia przyszła mgła i silna wichura, wyciągi zamknięte. Zwrócili mi pieniądze za bilet. Poszedłem do wypożyczalni oddać narty.
– Może wymienisz je na narty terenowe (touring skis)? – zaproponowali.
– A gdzie ja na nich będę jeździć?
– Wszędzie – padła prorocza odpowiedź.

Wypożyczyłem. Następne trzy dni spędziłem włócząc się na nartach po lesie.
Było cicho…

Cicho

pięknie…

Pięknie

suto zastawione stoły…

Stoły

W piątek wróciło słońce, dojechała rodzina z tortem, urodzinowi goście dopisali. Weekend spędziliśmy na nartach zjazdowych, ale niepokój został zasiany. Przypomniała mi się dziecięca fascynacja wyprawami Nansena i Amundsena, opowieści Matki o pobytach Rodziców w Zakopanem…

Zakopane 1939Wkrótce wsponienia nabrały realnego charakteru – dowiedziałem się, że w górskiej osadzie Falls Creek, w ostatnią sobotę sierpnia rozegrany został międzynarodowy maraton narciarski – Kangaroo Hoppet – KLIK. Co więcej, drugie miejsce w tym wyścigu zajęła polska narciarka – Dorota Dziadkowiec (*).
Postanowiłem wrócić do tematu w następnym sezonie narciarskim.

Ani się spostrzegłem, a nadszedł kolejny sierpień. 42 kilometry na nartach? To przekraczało moją wyobraźnię, na szczęście organizatorzy oferowali również wyścigi na dystansach 21 km i 7 km.
Zdecydowałem się na 21 km, w wyprawie towarzyszyła mi córka – Ania – na dystansie 7 km. To już zdjęcie na mecie…

lechaniameta

Narty wypożyczone. Strój narciarski jak się patrzy – czapka marusarka, flanelowa koszula, wełniana kamizelka, wełniane rękawiczki, tylko spodnie musiałem dokupić.

Wyścig był dla mnie zupełnym zaskoczeniem – idealnie przygotowane trasy, narciarze w kolorowych strojach z tworzyw sztucznych, na dodatek wiele osób jechało na nartach jak na łyżwach. Wydawało mi się to dziwne jednak jechali zdecydowanie szybciej niż narciarze tradycyjni. Jednak przekrzywiona czapka niezbicie dowodzi, że i ja jechałem bardzo szybko.
Wyścig na dystansie maratońskim wygrali Szwajcarka i Norweg – powiało wielkim światem.
Przy okazji odszyfrowałem dziwną nazwę wyścigu – Kangaroo Hoppet.
– Co znaczy Hoppet?
Okazało się, że nasz wyścig należy do serii międzynarodowych maratonów narciarskich – WorldLoppet – KLIK. Loppet znaczy po szwedzku trasa – w domyśle narciarska. W Australii takie słowo z niczym się nie skojarzy, co innego hoppet – kangurzy skok.

Maratony w Szwecji, Włoszech, Kanadzie, Japonii – poczułem, że mi rośnie apetyt na narciarstwo.
Tak się dziwnie złożyło, że swój pierwszy maraton narciarski przebiegłem we Włoszech, już na nartach łyżwowych. Siedem miesięcy później powtórzyłem ten wyczyn w Australii…

Hoppet 94Ania i Michał wystartowali na dystansie 21 km…

Hoppet AniaHoppet Michał
Podczas tego wyścigu w południe temperatura przekroczyła +10 C. W kolejnych latach różnie bywało. Czasem słońce, czasem mgła i śnieżyca…

Hoppet słońce Hoppet mgła

Kangaroo Hoppet to jeden z nielicznych wyścigów narciarskich, który nigdy nie został odwołany. Przyczyna jest oczywista – nie można zrobić zawodu narciarzom, którzy przybyli z tak daleka na narty do Australii. Administracja WorldLoppet jest wyrozumiała, przymyka oczy, gdy trasa maratonu jest znacznie krótsza niż oficjalne minimum – 42 km.

Na zdjęciu w mgle widać polskiego orzełka na moim skafandrze, na zdjęciu w słońcu na mojej prawej nodze są sylwetki kangurów. To znak, że wyruszyłem na międzynarodowe trasy. Seria Worldloppet liczyła wtedy 14 wyścigów, każdy w innym kraju. Zawodnik, który ukończył 10 z tych wyścigów otrzymywał tytuł Worldloppet Master i piękny medal…

Medal

Dwa kolejne sezony i ja rówież stałem się posiadaczem takiego medalu.
Odpowiedź, że na nartach terenowych można jeździć wszędzie, określiłem jako proroczą. Mnie te narty zawiodły aż do 16 krajów.

Każdy wyścig z serii Worldloppet to była osobna przygoda. Oficjalnie występowałem jako Australijczyk, ale w USA rozpoznali mnie po akcencie i, jako jedynego Polaka, poprosili o wystąpienie w paradzie otwarcia…

Polak w USA

Oczywiście co roku brałem udział w Kangaroo Hoppet. Któregoś roku na pełnym maratońskim dystansie towarzyszyli mi Ania, Michał i mój zięć Peter.

Na zdjęciu otwierającym ten wpis widać, że główny kangur upstrzony jest małymi kangurkami – 12 znaczków otrzymanych za ukończone maratony.
Tylko 12, trzynastka była pechowa. Pogoda była paskudna – mgła, ciepło, popadywał deszcz, narty słabo się ślizgały w torach wypełnionych wodą. Mimo to byłem pewien, że powoli dojadę do mety. To organizatorzy nie wytrzymali. Właśnie mijałem punkt kontrolny gdy huknął piorun a z nieba polały się strumienie wody – STOP – przerywamy wyścig.
Nie oponowałem, za rok będzie kolejny. Nie było, tym razem zdrowie zaprotestowało.

Jednak w międzyczasie zdołałem zaliczyć wszystkie wyścigi w serii Worldloppet i na dodatek nasz polski Bieg Piastów, który wtedy jeszcze nie zaliczał się do tej serii.

Znowu sierpień, Kangaroo Hoppet odbędzie się po raz 26. Mnie pozostały już tylko wspomnienia.

* Na zlinkowaniej we wpisie stronie wikipedii podani są zwycięzcy/zwyciężczynie wszystkich Hoppetów, Doroty Dziadkowiec tam brak. To błąd, pamiętam doskonale ówczesne relacje prasowe, zresztą rozmawiałem z nią na ten temat osobiście. Również oficjalna strona wyścigu potwierdza jej drugie miejsce – KLIK.

Moja Kalina

Zanim oddam głos autorowi dzisiejszego wpisu, powiem tylko, że Dygat był przez lata moim ulubionym pisarzem, a jego powieść Jezioro Bodeńskie była nawet jednym z ważniejszych wątków w mojej debiutanckiej książce Portret z ametystem.

Zbigniew Milewicz

Czytam Cukier, wiersz Łukasza Szopy, mojego ziomala z Tychów, podesłany mi po znajomości przez adminkę, i włącza mi się myślówa: cukier? Zucker? Lucy Zuckerowa? Skojarzenia prowadzą mnie prosto do zmysłowej i niewiernej żony żydowskiego fabrykanta z reymontowskiej Ziemi Obiecanej, postaci drugoplanowej w tej książce, ale dla mnie przecież najważniejszej. W ekranizacji powieści, filmie Andrzeja Wajdy, nakręconym w 1974 roku, Lucy zagrała Kalina Jędrusik, w której jako młody człowiek byłem nieprzytomnie zakochany. Sprawdzam w Wikipedii, kiedy zmarła, to był 7 sierpnia 1991 roku, a więc mija już 25 lat, jakże skutecznie czas zaciera ślady w ludzkiej pamięci, nawet po kimś bliskim i trzeba przypadku, żeby go sobie znowu przypomnieć.

Urodziła się w 1931 roku w Gnaszynie, który dziś jest dzielnicą Częstochowy; była córką Henryka Jędrusika, przedwojennego senatora RP i żoną pisarza, Stanisława Dygata. Absolwentka krakowskiej PWST, debiutowała na deskach gdańskiego Teatru Wybrzeże, wspólnie m.in. ze Zbigniewem Cybulskim i Bobkiem Kobielą. Później już była stolica, kolejno sceny teatrów Narodowego, Współczesnego, Komedii, STS-u, Rozmaitości i Polskiego. Dziesiątki ról dramatycznych i charakterystycznych. Na większą skalę stała się popularna dzięki programom telewizyjnym niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów, autorstwa Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, teatrowi TV oraz kreacjom filmowym, m.in. w Niewinnych Czarodziejach, Pingwinie, Upale, Jowicie, Lalce, Ziemi Obiecanej, Lekarstwie na miłość, Hotelu Polanów i jego gościach. Widownia była dokładnie spolaryzowana, Kaliny w Polsce nie cierpiano, albo ją ubóstwiano, z obojętnym odbiorem się nie spotykała. W latach 60 i 70 uchodziła w kraju za symbol seksu oraz obyczajowego wyzwolenia, lansowała mocny makijaż i śmiałe dekolty, co oczywiście PRL – owskiej kołtunerii się nie podobało i stanowiło główny powód sporów o artystkę.

Kiedy na jednej z barbórkowych gali wystąpiła z przebojem Marylin Monroe Bye bye babe, ubrana w obcisłą sukienkę, ze złotym krzyżykiem na falującym, odsłoniętym biuście, do tego bez stanika, Władysław Gomułka, ówczesny I sekretarz partii, ze złości podobno rozbił popielniczką ekran telewizyjny. Bliska kręgom rządowym aktorka Nina Andrycz twierdziła wprawdzie, że to nie towarzysz Wiesław zrobił, tylko jego nieatrakcyjna i zawistna żona, ale przez jakiś czas państwo G. nie mieli telewizora, a Kalina wezwana została na poważną rozmowę do dyrekcji TV. Postawiono jej warunek: w następnym, przygotowywanym programie wystąpi przed kamerami ubrana od stóp do głów, albo dostanie w telewizji szlaban. Zgodziła się. To był jakiś program rozrywkowy, emitowany na żywo; wszystkie panie na estradzie miały wydekoltowane kreacje, tylko ona nie, wystąpiła w skromnej, wełnianej sukience z golfem. Zaśpiewała piosenkę, ukłoniła się i odwróciła do widowni tyłem. Oczom publiczności ukazały się jej gołe plecy i dekolt tylni… do granic możliwości.

Marian Brandys: Kalina była postacią z bajki

Przypięto mi etykietkę osoby „dziwnej” – zwierzała się w jednym z wywiadów. – Narastała atmosfera nienawiści i niechęci wokół mnie. Zaciążyło to na całej mojej karierze. „Jak mogłeś tę kurwę puścić na ekran…” (…) Życie prywatne aktora utożsamia się z rolami – truizm. Z pewnej strony to nawet komplement dla aktora, bo oznacza, że zagrał sugestywnie, wnikliwie, prawdziwie. Na tym polega szukanie „złotego środka“. Aktor w jakiś sposób musi na chwilę utożsamić się z kreowaną przez siebie postacią. Dla mnie niestety okazało się to zgubne. Mówiono: „Ona po prostu taka jest“. Zepsuta, bo grałam kobietę zdradzającą męża. Byłam narkomanką, bo moje oczy takie nienaturalnie przymknięte. Gra alkoholiczkę, jest alkoholiczką. Ci wszyscy ludzie w kinie i w teatrze wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem. Koszmar… Wiem, tańczyłam na tej delikatnej linie, która oddziela kobietę broniącą swojej niezależności, od kobiety pozbawionej szacunku…

Kazimierz Kutz, który był zaprzyjaźniony z rodziną państwa Dygatów, mówi: Kalina była arcydziełem Stasia i niewątpliwie najlepszą postacią, jaką napisał. Tyle, że żywą. Była jego zrealizowanym snem o Hollywoodzie, snem o zniewalającym, amerykańskim fenomenie banału. Była tym samym idealnym przykładem nieograniczonego wpływu mężczyzny na ciało i duszę kobiety. Mitem Hollywoodu fascynował się Stasio od wczesnej młodości. Już pod koniec lat dwudziestych słał miłosne listy do gwiazd amerykańskiego kina. Kalina była niewątpliwie ucieleśnieniem tamtych fascynacji. Zresztą były to fascynacje wspólne i towarzyszyły im przez całe życie…

Kalina poznała swojego przyszłego męża w Gdańsku, kiedy po szkole krakowska animatorka teatralna i pedagog Lidia Zamkow ściągnęła ją do Gdańska; Stanisław Dygat, już wówczas uznany pisarz, był kierownikiem literackim Teatru Wybrzeże. Debiutowała w sztuce Alfreda de Musset, Nie igra się z miłością. Jakiś omen – mówiła później – zaczęłam od igrania z miłością. To był wielki sukces. Piękny. To jest szczęście trafić na „swoich“, przyjaciół – tak samo myślisz, tego samego chcesz, jeden drugiego inspirował. Bywaliśmy na swoich próbach, na premierach. Mój Boże, przejmowaliśmy się swoimi losami. Taka nieprawdopodobna wspólnota (…) Zaraz potem powstał satyryczny teatrzyk „Bim –Bom“. Przewodzili nam: Zbyszek Cybulski, Bobek Kobiela, Jacek Fedorowicz i Wowo Bielicki. Cudowne, wesołe czasy. A satyrycznym mottem był kogut – symbol zarozumialstwa, obojętności, głośnego piania, głupoty, która niszczy mądrość i radość. Przeciwko temu „kogutowi“ występowaliśmy… Pierwsze duże role, zostałam zauważona, co dla młodej aktorki jest prawdziwym szczęściem…

Była zafascynowana prozą Dygata, na egzaminie wstępnym w PWST recytowała fragment Jeziora Bodeńskiego, imponował jej jako człowiek. On, starszy o 16 lat, stracił dla niej głowę. Kalina wyglądała wtedy, jak świeżo wypieczona bułeczka – kontynuuje Kazimierz Kutz – z obfitym biustem sięgającym niemal po zęby i oczami młodej sowy. Mówiąc nieco po staroświecku – była ponętna. Ale jej seks był z modelu, który dopiero miał nadejść.

Staś wyłowił mnie z morza i zostałam jego złotą rybką, tak mówił – wspominała. – Był moją pierwszą, prawdziwą miłością, najszczerszą… Dla Kaliny rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, jej koleżanką po fachu, w podróż poślubną poślubną w 1958 roku pojechali do Italii, a później określi ją jako najpiękniejszą podróż swojego życia. Tam spotkali się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, poznali Guliettę Massinę. Dla ich przyjaciela domu: byli najwspanialszym i najniezwyklejszym małżeństwem (…) i przede wszystkim najautentyczniejszym, bo bez grama obłudy i kłamstwa; jak z dobrej literatury amerykańskiej, a nie z naszej rzeczywistości. PRL-owska opinia publiczna wolała jednak karmić się skandalem. W pamięci Agnieszki Osieckiej Kalina dosyć ostentacyjnie się zakochiwała, właściwie wykonywała wielką sztukę pt. „Kocham się“. I lubiła o swoich romansach mówić głośno. Staś również w tym uczestniczył, obnosząc się po całym mieście, że ma nowego rywala i trzeba będzie się strzelać. Wielki show. Oni prowadzili życie na pokaz. To było bardzo teatralne życie. Jednocześnie czuło się, że są sobie bardzo bliscy i niezbędni – na pewno było to niekonwencjonalne małżeństwo. A poza tym Warszawa była mała – żeby powstała legenda środowisko musi być małe (…)

Sama Kalina mówiła na ten temat tak: Przeżyłam kilka szalonych romansów, nie dużo… No, kiedyś policzyłam – pięć. To wcale nie jest dużo na całe życie… Nie umiałam ich ukryć – żer dla legendy. I jeżeli ktoś „życzliwy“ opowiedział mężowi o mojej nowej fascynacji innym mężczyzną, on mawiał swoim cudownym, wolterowskim „r“: „Gdyby ona była panienką na poczcie przyklejającą znaczki, to być może nie byłyby jej potrzebne takie fascynacje. Kalina jest wielką aktorką i potrzebne jej są niezwykłe, cudowne momenty. Ona kocha cudowne przeżywanie i proszę się nie wtrącać do naszego małżeństwa”. Kochany, tolerancyjny, wyrozumiały… Te moje i jego różne miłostki nigdy nie zmieniły naszej miłości, wzajemnego szacunku i zaufania.

W Warszawie państwo Dygatowie mieszkali początkowo na Mokotowie, w niedużym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku, najpierw w jednym, później drugim, stamtąd przenieśli się do szeregowca na Kochowskiego, na Żoliborz. Niezależnie od kubatury mieszkania prowadzili zawsze dom otwarty, kolorowy salon, do którego schodziła się stołeczna bohema. Często bywali u państwa Dygatów m.in. Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Adam Hanuszkiewicz, Łapiccy, ale i ludzie nikomu nie znani. O każdej porze dnia i nocy można było tam przyjść i znaleźć schronienie – wspominał Holoubek. – Spotykało się tam bezdomnych; jakieś dzieci uliczne, które zajmowały się drobnymi usługami – przynosiły mleko, chleb, pocztę, w końcu sekretarzowały państwu. Te małe dzieci Kalina traktowała je wszystkie jak własne… Była zjawiskiem niezwykłym i to przede wszystkim jako człowiek. Należała do tych rzadkich kobiet, które prowadzą życie otwarte, całkowicie jawne, nie poddane żadnej pruderii, żadnym kłamstwom, żadnym niedomówieniom; a równocześnie nosiła w sobie pewną tajemnicę. Tajemnicę czegoś, czego jej brakowało w życiu. Zajmowała się innymi ludźmi, niosła im pomoc, troskę, współczucie – i domagała się wobec siebie tego samego. Była krucha…

Początki swojej kariery scenicznej w Warszawie i życie ówczesnej bohemy opisywała z rozrzewnieniem: Na chwilę zawitałam do Teatru Narodowego. Wkrótce Erwin Axer zaproponował mi etat w Teatrze Współczesnym, najlepszym chyba wówczas teatrze. I wielki sukces w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Ten start w teatrze wielkiego Axera był piękny i czysty. Czule wspominam ten okres. Doznałam takiego szczęścia, że „otarłam się” o wszystkich najwspanialszych tego świata, o wielkie duchy Spatifu lat 60-ych. Tam się kotłowało. Antoni Słonimski, Otto Axer, Janusz Minkiewicz, Staś Dygat, Żuławski, Studnicki… Ja wykołysana na kolanach ostatnich Skamandrytów; ja, która byłam na „ty“ ze Słonimskim… Ta bohema to było coś wspaniałego. Oni nas młodych otoczyli swoimi opiekuńczymi skrzydłami. To były nasze uniwersytety po szacownej szkole krakowskiej, kiedy dostałam się w warszawskim Spatifie lat 60-ych do grona wielkich, wspaniałych artystów. Piłam z nimi wino, wspólnie oglądaliśmy spektakle, kończyło się to nad ranem w „Bristolu“ i spacerem w Łazienkach. Czarowne, tajemnicze, kochane…

Chciała, żeby w ich żoliborskim domu było przejrzyście i kolorowo – trawa, kwiaty, leżak, na stoliku dzban domowego wina. Przyjaciele, mnóstwo przyjaciół, goście. Ale stało się to niemożliwe, bo tuż obok jest sklep mięsny. Aby skrócić sobie czas oczekiwania na mięso kolejkowicze obserwowali, co też ja robię: „Wyszła w szlafroku. Wymalowana od rana. Nie wymalowana? Jak ona wygląda. Kto u niej jest?” Uwagi te wypowiadano na tyle głośno, abym słyszała. Wszystko było nie tak, jak „ powinno”. Każdy mój ruch był komentowany. I pewnego razu ustawiliśmy z przyjaciółmi wysoki płot, który zasłonił cały ogród. Odetchnęłam z ulgą. Przy całej mojej wielkiej tolerancji na ludzką głupotę, przyszedł moment, że nie wytrzymałam psychicznie. Nie można żyć przez całą dobę „na tacy“.

Kiedy w 1962 roku zdobyła Złotą Maskę w plebiscycie Expresu Wieczornego na najpopularniejszą aktorkę telewizyjną (głosowało na nią 113 tysięcy osób), niektóre media nagłośniły również odgórnie spreparowany, pełen oburzenia list dwudziestu kobiet z Rybnika, które podpisały się pod petycją, aby jej nie pokazywać w telewizji, bo gorszy ich mężów. Dostała to przyobiecane embargo na publiczne występy i jedynymi, którzy stanęli w jej obronie byli wspaniali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski, Starsi Panowie Dwaj. Bez Jędrusik nie będzie Kabaretu Starszych Panów – argumentowali. I decydenci to stanowisko uszanowali, co tygodniowe, telewizyjne spektakle kabaretu cieszyły się w PRL- u ogromnym wzięciem, na równi z czwartkową Kobrą, kiedy wyludniały się ulice, ludzie gromadzili się przed telewizorami i oglądali, chłonęli te pełne wyszukanego intelektualnie humoru kuplety, dialogi, scenki. To były okazje do uroczych, towarzyskich spotkań i wymiany poglądów.

Kalina wiele lat walczyła o artystyczne przetrwanie, jeździła po Polsce z monodramem Tabu wg powieści Jacka Bocheńskiego i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją na żywo, ale już nie pamiętam, gdzie to było. Dopiero w 1974 roku spełniło się moje marzenie, żeby osobiście spotkać się z Kaliną. Przyjechała z okazji jakiegoś artystycznego widowiska do Katowic, u władzy gierkowskiej nie miała szlabanu, wykorzystałem to, żeby zrobić z nią wywiad dla Dziennika Zachodniego, gazety, w której wtedy pracowałem. Była zdziwiona, że tyle o niej wiem. Kiedy powiedziałem, że od lat wycinam z gazet wszystko, co o niej piszą i wklejam to do specjalnego zeszytu, obdarzyła mnie tym swoim cudownym, lekko kpiącym uśmiechem, który wart był dla mnie więcej niż całe złoto świata.

Jakiś czas później spotkaliśmy się w katowickim Marchołcie, już jako dobrzy znajomi, wtedy podarowała mi swoje zdjęcie z dedykacją, dla Zbyszka. Rozmawialiśmy m.in. o Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany`ego T. Capote `a, z którą się utożsamiała i uważała, że to  najlepsza rola w jej scenicznej karierze. Kiedy w 1978 roku Stanisław Dygat zmarł na atak serca, w ich towarzyskim salonie się przerzedziło. Z latami lista przyjaciół malała – opowiada Aleksandra Wierzbicka, która opiekowała się Kaliną w ostatnich latach jej życia – zostali tylko ci najwierniejsi. A ona była taka, że nikomu niczego nie odmawiała, jeżeli tylko mogła, pomagała każdemu. W domu było takie powiedzenie, że robi się na małpę: malowała się i ubierała wytwornie, aby ruszyć do ataku, czyli coś dla kogoś załatwić. I wcale nie były to błahe sprawy. Dla niej największą tragedią było odejście Stasia. Szczególnie, że stało się to, kiedy jej przy nim nie było. Kalinę mało się wtedy widywało, bardzo często wyjeżdżała w trasy, zarabiała. Książek Stasia nie wydawano… Co roku, w rocznicę śmierci męża, zamawiała mszę i zapraszała przyjaciół na wystawne przyjęcie, na których były zawsze jego ulubione trunki i potrawy, a gotowała ponoć znakomicie.

W pamięci swoich koleżanek i kolegów artystów oraz ich bliskich żyje w licznych anegdotach, m. in. z modnych niegdyś nadmorskich Chałup, dokąd wszyscy wyjeżdżali latem, choć przeważnie akcja działa się w stolicy.

Jerzy Gruza: – Klęła jak szewc. Ale słuchało się tego z przyjemnością, nie było w tym chamstwa. Nie żyjący już Andrzej Łapicki przytaczał taką historię: – Kiedyś była jakaś próba w Sali Kongresowej. Kalina pali papierosa. Podchodzi do niej strażak, salutuje i mówi: ‘Tu się nie pali’. Na co ona, nie odwracając głowy: ‘Odpierdol się, strażaku’. On skonfundowany odszedł, ale po minucie, zastanowiwszy się, wrócił i mówi: ‘Sama się odpierdol, stara kurwo’. Tylko że tam już nie stała Kalina, tylko Krafftówna, bo się zamieniły miejscami. Zuzanna Łapicka: – Na początku lat 80 Magda Umer postanowiła, że ochrzci się razem ze swoim synem Mateuszem. Mnie wybrała na matkę chrzestną Mateusza, a Kalinę na swoją. Przed chrztem, którego udzielił zaprzyjaźniony ksiądz, rodzice chrzestni musieli się wyspowiadać. Odbyło się to w mieszkaniu księdza. Jedna osoba się spowiadała, a reszta czekała na swoją kolej. W ten sposób, chcąc nie chcąc, usłyszeliśmy fragmenty spowiedzi Kaliny, która miała donośny głos. Powiedziała: ‘Ja wiem, proszę księdza, że ja strasznie klnę’. Na co ksiądz: ‘Kalinko, to nie jest wielki grzech, najgorszy grzech to jest nienawidzić drugiego człowieka. A ty przecież jesteś niezdolna do nienawiści’. Zapadła chwila ciszy i Kalina mówi: ‘Nie nienawidzić? Ale niektórych to ja, kurwa, tak nienawidzę. A co ja, Jezus Chrystus jestem?’

W latach 80 włączyła się do polityki, brała udział w kampanii wyborczej „Solidarności“. Kiedy spotkaliśmy się na krótko po raz trzeci, to był 1989 rok, a może 1990. Odwiedziłem ją w garderobie Teatru Polskiego, w przerwie prób do Tanga, Sławomira Mrożka, w którym grała Eleonorę. Sprawiła na mnie wrażenie zmęczonego człowieka, trochę nieobecnego duchem. Jej ramiona i dekolt pokrywały liczne, świeże zadrapania, to moje kociaki – uprzedziła pytanie. Była uczulona na kocią sierść, ale za nic nie chciała oddać swoich ulubieńców. Cierpiała na astmę i 7 sierpnia 1991 roku zmarła podczas ataku choroby. Podobno nie była zbyt przesądna, ale wierzyła w magię liczb i do siódemki zawsze miała uprzedzenie. Pochowano ją obok jej męża, w powązkowskiej Alei Zasłużonych.


Wszystkie cytaty pochodzą z książki Piotra Gacka Kalina Jędrusik Muzykalność na życie i artykułu Jacka Szczerby w Wysokich Obcasach z 15.10. 2012 r., p.t. Co, ja Jezus Chrystus jestem?

kjzmrozkiem

 

Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016

Stuart 5

Joanna Trümner

Lawina

It’s like an avalanche, I feel myself go under
And the weight of it’s like hands around my neck
I never stood a chance
My heart has frozen over
And I feel like I am treading on thin ice

To jest jak lawina, czuję jak w niej tonę
A jej ciężar jest jak zaciskające się wokół mojej szyi ręce
Nigdy nie miałem szansy
moje serce powoli zamarzło
I czuję się, jakbym chodził po cienkim lodzie

Leonhard Cohen Avalanche/Lawina

Powroty

Lawina, która spadła na matkę, niespodziewana i przynosząca ze sobą wiele znaków zapytania choroba ciążyła na całej rodzinie. Sprawa jej powrotu do zdrowia stała się priorytetem dla wszystkich. Bezradny ojciec z pewną ulgą pozwolił jej starszemu bratu – Stuartowi-seniorowi, którego wizyty do tej pory ledwie tolerował, na przejęcie głównej roli w procesie rekonwalescencji. To brat woził ją co miesiąc do psychiatry w sąsiednim miasteczku i rozmawiał z nim na temat dozowania lakarstw z nadzieją, że niedługo będzie można je zredukować. Starał się odwiedzać ją co tydzień i nigdy nie dopuszczał do dłuższych przerw. W te dni matka ożywiała się już od samego rana, spędzała dużo czasu przed lustrem, przymierzała najlepsze sukienki, nakładała delikatny makijaż – patrząc na to z boku można by pomyśleć, że czeka na narzeczonego. Spędzali wiele godzin na rozmowach. O czym matka opowiadała podczas tych rozmów przy zamkniętych drzwiach sypialni? O tryskającym radością i beztroską młodym chłopcu, z którym miała zwiedzić wspólnie cały świat, a który z biegiem lat zmienił się w wiecznie niezadowolonego i zmęczonego gbura? O dzieciach, dla których nie miała czasu, o czytanych im na dobranoc bajkach, przy których zasypiała ze zmęczenia? O poznanym przed kilkoma laty w pociągu do Londynu pisarzu, z którym spotkała się kilkaktrotnie i z którym prowadziłaby, być może, lepsze, ciekawsze, szczęśliwsze życie? A może spędzali te godziny na wspominaniu szczęśliwego dzieciństwa – historii małego Stuarta i Mary, wychowanych w domu pełnym radości i ciepła, przekonanych, że życie składa się z samych szczęśliwych chwil i że nigdy nie spadnie na nich żadne nieszczęście?

Te wielogodzinne rozmowy, które na zawsze pozostaną ich tajemnicą, były ważnym krokiem w kierunku powrotu matki do życia i przebudzania się z wielomiesięcznej apatii – przygniatająca ją lawina zaczęła powoli topnieć. Już nie spędzała całego czasu samotnie w sypialni, coraz częściej i dłużej przebywała w kuchni lub salonie. Czasem niespodziewanie wchodziła do pokoju syna, żeby posłuchać muzyki, co ją przenosiło w świat innych ludzi. Tylko do pubu za nic nie chciała wracać, było to już całkowicie królestwo ojca.

Na 60 urodziny, na początku listopada, Stuart-senior opłacił jej wizyty domowe Meg Millner, psycholożki. Była nowa i młoda, niewiele starsza od Stuarta, i praktykowała w Walton zaledwie od kilku lat. Otwierający jej drzwi ojciec zastanawiał się zapewne, kto tu komu będzie pomagał? Jak ta pozbawiona jakiegokolwiek doświadczenia życiowego dziewczyna może rościć sobie prawo do kierowania czyimś życiem?

Sama Meg też obawiała się, że nie uda jej się dotrzeć do pacjentki, która mogłaby być jej matką. Ta filigranowa, wyglądająca prawie jak dziewczynka kobieta miała jednak nie tylko świetnie ukończone studia, ale i doskonałą intuicję, szybko udało jej się nawiązać kontakt z matką. Teraz i z nią matka prowadziła coraz dłuższe rozmowy przy zamkniętych drzwiach sypialni. A kiedy po raz pierwszy od miesięcy obie wybrały się na długi spacer brzegiem morza, zarówno ojciec jak i pozostali członkowie rodziny stwierdzili, że warto było dać jej szansę.

Co dwa tygodnie z inicjatywy młodej psycholożki odbywały się konferencje rodzinne, podczas których wspólnie zastanawiali się, jak można byłoby przyspieszyć proces rekonwalescencji. Jednym z pomysłów Meg było pomalowanie i przemeblowanie mieszkania, co miało stworzyć symbol nowego początku w starym miejscu. Meg mówiła im, że każdy człowiek nosi plecak upokorzeń, zawodów i smutku, które czasami stają się zbyt ciężkie i że każdy ma prawo zatrzymać się, usiąść, zastanowić i w wybranym przez siebie momencie iść dalej. Prosiła rodzinę o cierpliwość, uprzedzając równocześnie, że proces powrotu do życia będzie długi i pełen przeszkód i nawrotów choroby, a matka przez co najmniej kilkanaście miesięcy nie może zrezygnować z psychofarmaków. Teorie Meg o ludzkiej psychice były tak proste i oczywiste, a równocześnie tak pełne mądrości i optymizmu, że Stuart coraz częściej przyznawał się przed sobą, jak bardzo Meg zaczęła go fascynować i jak bardzo czeka na te rozmowy. I nagle odezwał się w nim strach, który paraliżował go tak mocno, że zaczął unikać patrzenia w jej oczy i ograniczał spotkania do minimum, unikając panicznie sytuacji, w których znaleźli by się sam na sam.

W kilka dni przed Bożym Narodzeniem ojciec przyszedł do pokoju Stuarta. Miał tak zagubiony i bezradny wyraz twarzy, że Stuart szybko zrozumiał, że teraz on musi przejąć rolę tego starszego – wysłuchać, doradzić, dodać otuchy i ochoty do życia. Łamiącym się głosem ojciec opowiedział mu o strachu przed tym, co go czeka z matką, o pracy, do której powoli brakuje mu sił, o krążących po miasteczku plotek o ich rodzinie i wiecznych pytań o zdrowie matki, o świecie, który zobaczył w czasach, kiedy pływał na statku i tęsknocie za nim. A gdy w powietrzu zawisł niewypowiedziany przez ojca zarzut „gdyby was nie było” – Stuart wiedział, że szukanie winnego jest tylko wyrazem jego bezradności i zmęczenia.

Zaczęli się wspólnie zastanawiać nad zmianami w pracy pubu – Stuart namówił ojca, żeby zatrudnił pracownika na sezon letni, a jesienią i zimą otwierał pub dopiero po południu. Poprosił też ojca o pokazanie mu ksiąg, zresztą skrupulatnie prowadzonych, i po kilku wieczorach ślęczenia nad słupkami cyfr zaproponował wprowadzenie kilku oszczędności. Napisał też listy do dostawców z pytaniem o rabat przy zakupie towaru. Pomysłem Stuarta było też zamknięcie pubu na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia. Wbrew oczekiwaniom pierwsze rodzinne święta po chorobie matki były wesołymi dniami, spędzonymi na wysypianiu się i objadaniu się przygotowanymi wspólnie przez Kate, Stuarta i Eve posiłkami, i wspólnymi spacerami nad morzem, na które udało się wyciągnąć również matkę.

Na Sylwestra Stuart zdecydydował się po raz pierwszy od skończenia studiów odwiedzić Londyn. W momencie, gdy wysiadał na Victoria Station, wiedział, że popełnił wielki błąd. W tym mieście każde miejsce przypominało mu Ann i miłość, do której nie było już powrotu. Ból, uśpiony do tej pory problemami codzienności, obudzony pobytem w ich wspólnym mieście, odezwał się tak mocno, że wydawało się, iż rozerwie mu serce.

Nie cieszył się rozpoznawaniem znanych miejsc, przez trzy dni pobytu w Londynie krążyły mu po głowie powracające jak bumerang myśli: Co ona teraz robi? Czy kogoś ma? Czy jeszcze czasami o mnie myśli? Sylwester spędzony w towarzystwie Stuarta-seniora i Briana był jednym z najsmutniejszych wieczorów w jego życiu. Nie odwiedził też kiosku Rasheeda, to miejsce za bardzo przypominało mu beztroskie i szczęśliwe czasy z Ann. A w drodze powrotnej do Walton, walcząc z myślami o Ann, złożył sobie obietnicę, że nigdy już nie dopuści żadnej kobiety tak blisko do siebie, nigdy nie pozwoli się nikomu tak zranić.

Pierwsze kroki Iana

Tymczasem na drugiej półkuli Ian doznał pierwszego rozczarowania w życiu – ten ujmujący wszystkich swoim urokiem, przystojny młody mężczyzna o bujnej, poskręcanej czuprynie i rozbrajającym uśmiechu po raz pierwszy został przez kogoś odrzucony i skrytykowany.

Przyjaciel ojca z czasów wspólnych studiów medycyny w Cardiff – Mat, a właściwie Matthew, latami koncentrował całą swoją energię na nauce i w wieku 35 lat stał się jednym z najlepszych neurochirurgów na świecie. I chociaż uczelnie medyczne i szpitale na całym świecie dobijały się do jego drzwi, on zdecydował się na pracę w mało znanym szpitalu w Sydney. Był tak zajęty wspinaniem się po coraz to wyższych szczeblach kariery, osiąganiem perfekcji w wykonywaniu prekursorskich, opisywanych przez prasę fachową z całego świata, operacji, że nie zauważył, jak z latami zmienia się w pozbawionego kontaktów z otoczeniem, życia prywatnego i rodziny autystę. Ucieszył się z prośby, która dotarła do niego z Cardiff, cieszył się, że zamieszka u niego młody człowiek, czekał na życie, którym miało się wypełnić mieszkanie. Nie wyobrażał sobie jak wygląda Ian, ale już w momencie, kiedy odbierał go na lotnisku w Sydney młodego, roześmianego chłopaka, który miał w sobie wszystko to, czego brakowało Matowi – radość, pogodę i beztroskę młodości – wiedział, że nie będzie im łatwo. Osiem tygodni, które Ian spędził w eleganckim mieszkaniu na Martin Place w centrum miasta były nieudaną próbą wychowania go po raz drugi – po licznych awanturach o bałagan, wyjadanie bez pytania jedzenia z lodówki, powroty o różnych porach nocy i głośną muzykę pobyt Iana skończył się wystawieniem jego rzeczy na zewnątrz i kartką z adresem najbliższego schroniska młodzieżowego. Jeszcze po latach Mat będzie wspominał swojego gościa z antypatią, a wspólne mieszkanie pod jednym dachem zamieni się w tych opowiadaniach w koszmar.

Ian, jak zwykle, miał szczęście – schronisko młodzieżowe, w którym zamieszkał, szukało kogoś do prowadzenia księgowości i mimo że nie była to zbyt dobrze płatna i atrakcyyjna praca, uchroniła go przed upokarzającym telefonem do rodziców z prośbą o zastrzyk finansowy. Już po kilku tygodniach pobytu w Sydney poznał tam zresztą wiele osób, ponawiązywał pierwsze przyjaźnie i zaczął poznawać scenę muzyczną miasta. A kiedy po raz pierwszy zadzwonił do Stuarta w kilka dni po rozpoczęciu nowego roku, był znowu tak pełen optymizmu i planów, że nie wspomniał nawet o incydencie, jakim było mieszkanie z Matem.

Cdn

Fiut na ławce

Ewa Maria Slaska

Berlin, rozwiązłe miasto

Przyjechałam do Berlina w styczniu 1985 roku. To było wówczas brzydkie miasto – dziś jest piękne, i jest to nie tyle signum przebudowy, ile zmiany paradygmatu. Było brzydko ale fascynująco. Chodziłam i patrzyłam… Co za miasto, jakie niespodzianki, jakie pomysły.

20160711_110157_resized 20160711_110849_resized 20160711_110939_resized

Ławki z biustami i fiutami na stacji metra Dahlem Dorf. Były już wtedy, gdy przyjechałam, i nie mogłam się im nadziwić. Jaki luz, jaka niefrasobliwość… Zachwycające miasto…

I nic się od tego czasu nie zmieniło, a jeśli – to na lepsze.

Tydzień temu, 23 lipca był CSD czyli Christopher Street Day, dzień homoseksualistów, a Berlin, jak co roku, ogarnęło rozwiązłe szaleństwo. W paradzie gejów, lesbijek, transgenderów i wsystkich innych kolorowych przedstawicieli różnorodnych odmian zainteresowań seksualnych wzięły udział setki tysięcy ludzi, a ostrożne szacunki podają, że było ich nawet około miliona. Jeszcze długo po paradzie po mieście krążyły tłumy trzymających się za ręce mężczyzn i obejmujących się kobiet. Wielu z nich mówiło po polsku…


Foto: Reuters/Yasmin Polat

Berlin nie od dziś jest przystanią dla Polaków nie umiejących znaleźć sobie miejsca w konserwatywnym polskim społeczeństwie. Wielu z nich osiadło w tym mieście, najwolniejszym z wolnych, gdzie zasadą jest nie tyle tolerancja (bo tolerancja wymaga wysiłku) co bezwzględny brak zainteresowania tym, co robią inni i jacy są inni, dopóki to co robią czy jacy są nikomu nie zagraża. Jesteśmy nie tylko za wychodzeniem z szafy i transparencją, ale nawet przeciwko lookizmowi. Wyglądaj jak chcesz, rób co chcesz, nie wtrącamy się.

Do historii miasta ale zapewne i historii tolerancji, którą ktoś pisze lub napisze, przeszło zdanie naszego burmistrza Klausa Wowereita, który 15 lat temu, 15 czerwca 2001 roku, na dzień przed objęciem stanowiska powiedział, że jest gejem i dodał słynne “und es ist gut so” – i tak jest dobrze – co stało się nawet hasłem jego partii, SPD.

Foto picture-alliance / dpa / dpaweb

Przez rok rządzili w Berlinie we dwóch – on i Gregor Gysi, komunista i Żyd. Sprawiało nam to pewną satysfakcję, gdy mówiliśmy od niechcenia, ach tak, Berlin, miasto zarządzane przez geja i Żyda komunistę. Tolerancja jako prowokacja.

Gdy w roku 2006 do Berlina przyjechał Lech Kaczyński i miał wykład na Uniwersytecie Humboldtów berlińscy geje z Polski zaatakowali go według najlepszych klasycznych wzorów czyli surowymi jajkami, aż ochrona musiała osłaniać prezydenta parasolkami…

 

BVG, berlińska firma odpowiedzialna za komunikację miejską, od dawna już rozwiesza w mieście plakaty wspierające osobistą wolność. Zapici młodzi ludzie wracający nad ranem z klubu do domu,  kobieta, która wyskoczyła z wanny i popędziła do metra, dwóch facetów niedwuznacznie razem…

manaufmanistmiregal

 

 

Firma kupiła jako reklamówkę zabawną piosenkę pewnego bezrobotnego, który chodzi po metrze, ogląda najdziwniejsze berlińskie typy ludzkie i wszystko kwituje  jak mantrą zdankiem “Ist mir egal” – “Wszystko mi jedno”. W wersji poniżej sponsor zażyczył sobie, dołożenia dwóch fragmencików o tym, że trzeba mieć bilet, ale reszta jest mniej więcej taka, jaka była, gdy filmik stał się hitem facebooka – Mann auf Pferd ist mir egal, Mann auf Mann ist mir egal…

Do granicy polskiej mamy z Berlina mniej niż dwie godziny pociągiem, autobusem lub samochodem. I jest to podróż w jakąś straszną przeszłość, gdzie bije się Mongoła celebrytę i ciemnoskórego gościa Światowych Dni Młodzieży  i skąd znacznie bliżej do ciężarówki wjeżdżającej w świętujący tłum w Nicei niż do ideału Europy, jaki stworzyli w XVIII wieku francuscy filozofowie Oświecenia.

Wiele lat moja własna decyzja wyjazdu do Berlina bardzo mnie przygnębiała. Wyjechałam jako emigrantka polityczna w 1985 roku i postawiona w obliczu transformacji, które zaszły wkrótce potem, wciąż sobie powtarzałam, że trzeba było zacisnąć zęby i przetrwać jeszcze tych kilka lat i by się było w demokracji w Polsce. To była bolesna myśl. Oczywiście ból zadany przez własne decyzje zmniejsza się i łagodzi w miarę upływu czasu. Ale taki był podskórny tenor mojego podświadomego myślenia o sobie samej.

Zmiana nadeszła niezauważalnie. Coraz częściej uważałam, że “es ist gut so”, że dobrze jest mieszkać w Berlinie, ale miałam na myśli coraz większy luz tego miasta, któremu przyświecało kolejne zdanie-pomnik wypowiedziane przez naszego ówczesnego burmistrza Wowereita – “Berlin ist arm aber sexy” – jesteśmy biedni, ale seksowni. Potem zdarzyło się, że byłam ciężko chora i tę ciężką chorobę dzięki lekarzom niemieckim przeżyłam, a znajomy chory na taką samą chorobę w Polsce zmarł, gdy ja już powoli wracałam do zdrowia. Tak się zaczęła przebudowa piwnic podświadomości.  Kiedyś to poczucie, że jest super wydobyło się na zewnątrz i teraz powtarzam je jak moją mantrę: dziękuję Polsce za Solidarność, ale dziękuję Niemcom i Berlinowi za tolerancję i za życie, które tu mogę prowadzić. Jak to dobrze, że mieszkam w Berlinie! Jak to dobrze, że mieszkam… Jak dobrze…