Stuart 23

Joanna Trümner

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Matki

Stuart stał na lotnisku i czekał na matkę Meg. Bardzo się cieszył, że po wielu miesiącach pobytu córki w szpitalu w końcu zdecydowała się na przylot do Australii, wiedział jak bardzo jego dziewczyna czekała na tą wizytę. Równocześnie on sam łapał się na tym, że nie odczuwa zbytniej sympatii do kobiety, którą znał jedynie z fotografii. „Muszę dać jej szansę, przecież przez najbliższy miesiąc będzie ze mną mieszkała”, powtarzał sobie w duchu. Podczas wizyty w szpitalu przed kilkoma godzinami Meg prosiła go o wyrozumiałość dla matki: „To jest moja jedyna rodzina, postaraj się ją zrozumieć. Jeżeli poczujesz, że wypiła kroplę alkoholu, to natychmiast mi powiedz, odeślemy ją z powrotem do Anglii. I niech sobie sama radzi, ja już jej więcej nie pomogę”.

Stuart był tak zajęty myślami, że nie zauważył, kiedy podeszła do niego kobieta tak podobna do Meg, że patrząc na nią widział oczami wyobraźni swoją dziewczynę za dwadzieścia lat. „Liza, mama Meg”, przedstawiła się z uśmiechem nieznajoma. „Ładnie się postarzała, więc można tak przepić pół życia bez żadnych konsekwencji dla zdrowia i wyglądu”, pomyślał, odbierając od niej walizkę.

Na życzenie Lizy z lotniska pojechali prosto do szpitala, Stuart zostawił matkę z córką w pokoju i poszedł na spacer do parku. Przypomniało mu się dzieciństwo w Walton. Nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy z tego, że po latach będą to wspomnienia, do których chętnie się wraca. Przez wiele lat nosił w sobie żal do rodziców o to, że poświęcali mu mało czasu i nie interesowali się jego życiem czy planami. Z biegiem lat miejsce żalu zaczęły zajmować wspomnienia o wspólnie spędzanych świętach i małych, ciepłych gestach matki, którymi starła się przeprosić go za brak czasu. Nieraz w środku nocy budził go odgłos otwieranych drzwi od pokoju i czuł jak matka siada na jego łóżku i głaszcze go po głowie.

Uśmiechnął się na wspomnienie kilku niedzielnych wypraw z ojcem na ryby, możliwych tylko wtedy, kiedy pub był zamknięty.

Była taka wyprawa, że nie złapali ani jednej ryby, a po kilku godzinach wpatrywania się w spławiki, które ani razu nie drgnęły, byli zrezygnowani i bardzo głodni. Wtedy ojciec z niedowierzaniem stwierdził, że przygotowane przez matkę kanapki zostały na stole w kuchni. W bagażniku samochodu znaleźli puszkę szynki, widocznie wypadła z siatki podczas jakichś wielkich zakupów. Tyle, że nie mieli otwieracza do konserw. Obaj na zmianę zmagali się puszką za pomocą znalezionego w lesie kawałka metalu i kamienia. Po ponad godzinnej walce udało im się w końcu, w międzyczasie zgłodnieli tak bardzo, że ta szynka jest do dzisiaj we wspomnieniach Stuarta najsmaczniejszym jedzeniem, jakie kiedykolwiek spożył. Ta „męska wyprawa na ryby” była latami jedną z ulubionych anegdot rodzinnych.

Podczas innej ze wspólnych wypraw na ryby ojciec próbował uświadamiać syna. Z zakłopotaną miną i dziwnym, nieswoim głosem opowiadał mu o tym, jak zmienia się ciało mężczyzny, kiedy kocha kobietę i jak bardzo chce ją do siebie przytulić. Widząc rosnące zakłopotanie ojca Stuart uratował sytuację mówiąc: „Tato, myśmy już o tym rozmawiali w szkole”.

W porównaniu z dzieciństwem Meg miał szczęśliwe dzieciństwo, mógł być dzieckiem, nie musiał ponosić odpowiedzialności za siebie i za rodziców, nie musiał martwić się o pieniądze i tłumaczyć nauczycielom, dlaczego rodzice nie pokazują się w szkole, dlaczego nosi źle wyprane, od lat to samo ubranie, nie czuł się samotny i upokorzony. To cud, że ta dziewczyna po tych doświadczeniach jest tak pozytywnie nastawiona do ludzi. „Może właśnie dlatego tak bardzo chce mieć własne dzieci”. Stuart pomyślał, że przez kilka ostatnich tygodni nie miał ani czasu ani głowy na przygotowanie zaręczyn. „Teraz, kiedy przyjechała Liza będziemy mogli się zmieniać wizytami w szpitalu i zajmę się szukaniem pierścionka”.

Wieczór spędził na rozmowie z Lizą. Po wspólnej kolacji miał ochotę na szklankę ginu, w ostatniej chwili zreflektował się i zatrzymał się przed szafą, w której trzymali alkohol. „Przecież nie mogę na jej oczach wypić ani kropli”, pomyślał, zastanawiając się jednocześnie nad tym, że trudne musi być życie towarzyskie bez alkoholu – wyjścia do restauracji, urodziny, sylwestrowe party ze szklanką wody w ręku i dziwną dezaprobatą ludzi dookoła. I wieczne tłumaczenie się – jakby picie alkoholu było obowiązkiem jak chodzenie do pracy czy posiadanie prawa jazdy.

Następnego dnia zostawił Lizę w szpitalu, a sam wybrał się w wędrówkę po sklepach jubilerskich. Obecność Lizy po kilku dniach stała się czymś normalnym, Stuart cieszył się, że znowu wraca do mieszkania, w którym jest posprzątane, gdzie czeka obiad i wyprane ubranie. Zdarzały się jednak chwile, w których czuł niechęć do matki Meg. Kilkakrotnie zaskoczyła go pytaniami, które w jego uszach brzmiały jak pretensje: „Dlaczego nie poszukałeś szpitala, który specjalizuje się w rehabilitacji? Dlaczego nie przydusisz policji, przecież muszą znaleźć sprawcę? Dlaczego tak późno mnie zawiadomiłeś?”

„Zachowuje się tak, jakby chciała nadrobić wszystkie te lata, przez które nie była matką”, pomyślał, obiecując sobie w duchu, że ze względu na Meg postara się nie okazywać swojej niechęci. Widział jak bardzo Meg cieszy się z obecności matki i jak pomaga jej to w powrocie do zdrowia. „Wiesz, czasami mam wrażenie, że dopiero teraz ją tak naprawdę poznaję”, powiedziała mu ostatnio. „I bardzo ją lubię. Zaczęłam ją teraz lepiej rozumieć, teraz pojmuję, jak jej było, kiedy zaszła w ciążę i była zupełnie sama, bo chłopak ją zostawił, a rodzice nie chcieli mieć z nią nic wspólnego – to wszystko ją po prostu przerosło. Ona była przecież dwudziestoletnim dzieciakiem. Wczoraj się dowiedziałam, że mój biologiczny ojciec też mieszka w Sydney. Liza chce się z nim skontaktować i opowiedzieć mu o mnie. Może więc zanim jeszcze wyjdę ze szpitala będę miała i matkę i ojca”.

Podczas kolejnych odwiedzin Stuart oświadczył się Meg i kiedy z niecierpliwością czekał na jej „tak” usłyszał otwieranie drzwi. Do pokoju weszła kilkuosobowa grupa lekarzy i pielęgniarek. Sytuacja była jednoznaczna – bukiet pięknych róż w wazonie i Stuart klęczący przed szpitalnym łóżkiem. Na szczęście gromadka wybuchnęła śmiechem. „Przy tylu świadkach nie możesz się już wycofać”, skomentowała jedna z pielęgniarek. Meg przyjęła jego oświadczyny.

Jeszcze tego samego wieczoru Stuart próbował dodzwonić się do Walton, żeby powiedzieć rodzinie o zaręczynach i planowanym za kilka miesięcy ślubie. W Walton nikt nie odbierał telefonu, udało mu się jednak dodzwonić się do Kate w Berlinie. Podzielił się z nią nowinkami z ostatnich kilku tygodni, w trakcie tej rozmowy odnosił wrażenie, że czasami w ciągu kilku dni może się wydarzyć więcej niż przez lata. Kate też miała kilka nowości, w tym największą – ich matka się zakochała. „Ty sobie nawet nie wyobrażasz jak Eve się wścieka, nie chce z nią rozmawiać. Ciągle jej robi wyrzuty. W jej pojęciu matka powinna zostać ubraną na czarno wdową, albo spalić się po śmierci męża jak kobiety w Indiach, a nie myśleć na starość o amorach. Ale mi się podoba, i dobrze, że nie jest sama. Poznała tego pana się podczas spacerów z psami na plaży, teraz spotykają się tam codziennie. W Walton nie można przecież nic innego robić. Eve jest wkurzona, bo pół miasta o tym mówi. Mama wygląda o dziesięć lat młodziej, farbuje włosy, dba o siebie. Mi się wydaje, że ona teraz żyje bardziej intensywnie niż przez ostatnich kilkanaście lat”. Po długiej rozmowie z Kate Stuart odłożył słuchawkę z uśmiechem na twarzy. „Więc w każdym wieku można się zakochać”, pomyślał przypominając sobie, że i on zawdzięcza swoją miłość wielkiemu, niesfornemu psu.

Dochodziła jedenasta, Stuart dziwił się, dlaczego Liza nie wróciła jeszcze do domu. „Co można tak długo robić w mieście, w którym się nikogo nie zna? A może znowu zaczęła pić?”, pomyślał z przerażeniem. W tym momencie rozległ się dzwonek telefonu: „Chciałam Ci tylko powiedzieć, żebyś na mnie nie czekał, spotkałam się z ojcem Meg i mamy sobie do opowiedzenia trzydzieści lat, nie wiem, ile to może potrwać”. Stuart odłożył słuchawkę i pomyślał, że życie jest pełne niespodzianek.

Cdn

Z obserwatorium zwykłej baby… Miłość

Krystyna Koziewicz

Miłość bez granic

Wiele medialnego szumu wywołała historia związku małżeńskiego nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Dla jednych sensacja, szok i niedowierzanie, dla drugich zaciekawienie oraz podziw, a dla tych najostatniejszych z ostatnich powód do wyżycia się w mediach społecznościowych z niskich pobudek.

A cóż jest w tym dziwnego? Na pewno ciekawostką jest fakt, że ten związek przetrwał 20 lat oraz że młody mężczyzna ze starszą od siebie partnerką stali się najważniejszymi osobami we Francji. I co komu do tego? Czytając komentarze, zwróciłam uwagę, że zazwyczaj mężczyźni zabierają głos w tej sprawie. Kobiety wypowiadają się rzadziej, ale za to częściej wyrażają się pochlebnie, czasem czuje się wręcz zachwyt, może być, że i trochę zazdroszczą pierwszej damie Francji. Ja, tak!

Powyższa historia przypomniała mi własne przeżycia. Trzykrotnie zdarzyło się, że o wiele młodsi ode mnie mężczyźni proponowali mi romans, mimo iż byłam mężatką ze stażem i dwojgiem dzieci.

Synowie dorastali. W domu często spotykali się duże grupy kolegów ze szkoły, zamykali się w pokoju na pogaduszki, żartowali sobie lub słuchali muzyki. Czasami podawałam młodym herbatę i piętrowe kanapki, które uwielbiali. Jeden z nich jakoś zawsze dziwnie przyglądał się, miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Dość często nas odwiedzał, przychodził nawet pod nieobecność syna i czekał cierpliwie w jego pokoju przy otwartych drzwiach. Chętnie zagadywał mnie, pewnie dla zabicia czasu – myślałam.

Pewnego razu zasapany wparował do domu, mimo iż wiedział doskonale, że syna nie zastanie, bo wyjechał na obóz sportowy do Słowacji.

– Maćka nie ma, przecież wiesz – powiedziałam
– Ale ja przyszedłem do Pani! – usłyszałam.
– Do mnie? Czy Maćkowi coś się stało? – spytałam, wpuszczając go do domu.
– Nie, nie, zaraz wszystko powiem.
– No to słucham! – i wciąż jestem zatrwożona, że może ma złą wiadomość
– Nie, nie, nie chodzi o Maćka, tylko o mnie!

W tym momencie zaczęły się wyznania miłosne, przez które z wrażenia o mało co nie zleciałam z fotela.

– Kocham Panią, zakochałem się pół roku temu, tylko proszę się nie śmiać – oznajmia (właśnie parsknęłam śmiechem). Czytałem książki psychologiczne na temat i taka miłość istnieje naprawdę – przekonuje. – Nie mogę spać, ciągle myślę o Pani, o tym, żeby tu przyjść, bo tak naprawdę to wcale nie przychodziłem tu dla Maćka.
– Przecież jesteś w wieku mojego syna, mam męża (przebywał za granicą), czego oczekujesz ode mnie – pytam…
– O, nie, ja jestem starszy o rok od Maćka, chcę się z Panią spotykać, są wakacje, możemy pojechać gdzieś pod namioty – proponuje.
– A co mielibyśmy robić w tym namiocie?
– No jak to co? Kochać się, marzę o tym! Uwielbiam patrzeć na Panią – tu wymieniał zalety intelektualne, ale także walory fizyczne, które brzmiały dla mnie strasznie zabawnie. Różnica wieku prawie 20 lat, w jego oczach byłam księżniczką, gwiazdą niczym Liz Taylor.
– Nie rozśmieszaj mnie – prosiłam – od razu mówię „nie, nie, nie” i nie pytaj, dlaczego? Po prostu nie wchodzi w grę romans z młodym chłopakiem, który mógłby być moim synem.

Mniej więcej tak wyglądała nasza rozmowa, tłumaczyłam mu, ale argumentacja do niego nie docierała. On dalej swoje, że czytał na ten temat, bo to jest normalna sprawa. Przekonywał mnie, że możemy być szczęśliwi, ba, posiada nawet pieniądze na wyjazd, tylko mam się zastanowić , daje mi czas do następnego dnia. Przyjdzie jutro po odpowiedź – usłyszałam.

– Już dzisiaj daję odpowiedź negatywną!
– Nie, do jutra! Mam przemyśleć i już!

No więc przyszedł, jednak nie pozwoliłam mu przekroczenie progu. Oznajmiłam, że nie ma mowy o wspólnie spędzonym czasie i ogóle jakimkolwiek romansie. Zareagował niczym piorun z jasnego nieba, zrobił zamaszysty krok, pędził po schodach o mało nóg nie pogubił, wybiegł niczym opętany na podwórze zatrzaskując drzwi z całej siły, aż witryny się zatrzęsły. Trochę się wystraszyłam, że może sobie coś złego zrobić.

Do czasu przyjazdu syna żyłam w niepewności. Miałam wyrzuty sumienia, że tak ostro postąpiłam, niepedagogicznie. Ale, okazało się, że wszystko było w porządku, choć nie do końca. Nie tak szybko zrezygnował z odwiedzin syna, przychodził, przynosząc niekiedy ciastka do herbaty. Synowie mieli uciechę, podśmiechiwali się pokątnie, korzystali z jego hojności. Którego razu zaprosił nas na lody, chciał, żebym razem z nimi poszła. Moi chłopcy prosili, bym skorzystała z propozycji, dla nich była to dobra zabawa. Zakochanemu nie przeszkadzało rechotanie. Siedział obok mnie na jednej ławce, synowie z boku. Ubaw mieli po pachy, mnie natomiast było przykro, że dałam się namówić, że w ogóle chłopak ma problem przeze mnie.

Po jakimś czasie wyjechałam na Zachód, więc sprawa rozwiązała się sama przez się. Od tej pory miałam wreszcie spokój!

Na koniec dla ciekawostki podam, że parę lat temu na moim profilu na Naszej Klasie zobaczyłam, że odwiedził mój profil. Tak sobie pomyślałam – czyżby to była rzeczywiście miłość czy tylko zauroczenie? Czort wie.

Pod jednym względem chłopak się nie mylił, związki, w których kobieta jest znacznie nawet starsza od mężczyzny, wcale nie są takie znowu rzadkie. Myślę, że wiele z nas coś takiego przeżyło, oznacza to jednak również, że sytuację taką znają i mężczyźni, bo kto w końcu zakochuje się w starszych od siebie kobietach, jak nie młodsi od nich mężczyźni? A że się nie przyznają… No cóż, kolejny raz musimy sobie powiedzieć, że sami siebie z lubością oszukujemy… Zapomniał wół, jak cielęciem był? Zapewne to bardzo powszechne, skoro aż stało się przysłowiem.

***

PS adminki:

Raymond Chandler, słynny autor czarnych kryminałów, w roku 1924 ożenił się z Pearl Cecily Bowen, matką kolegi z wojska. Była od niego o 18 lat starsza. Po śmierci żony w 1954 przeżywał załamanie, podczas którego próbował popełnić samobójstwo.

Edith Piaf w roku 1962 wyszła za młodszego od siebie o 21 lat Theophanisa Lamboukasa, znanego jako Théo Sarapo. Pomimo osobliwości tej sytuacji, krytykowanej przez wielu jej przyjaciół, Théo okazał się jej wiernym przyjacielem, opiekującym się troskliwie piosenkarką aż do jej śmierci.

Urodzona w roku 1842 Maria Konopnicka miała do późnego wieku licznych adoratorów. Jeden z nich, zdolny filozof i historyk Maksymilian Gumplowicz (urodzony w roku 1864) potraktował odrzucenie wyjątkowo poważnie i zastrzelił się w 1897 r. przed hotelem w Grazu, gdzie poetka aktualnie mieszkała.

Apulejusz z Madaury, Berberyjczyk, urodzony w roku 125, autor Metamorfoz czyli Złotego Osła, w roku 155/156, zawarł związek małżeński z bogatą i znacznie od niego starszą wdową Pudentillą. Po śmierci najstarszego syna Pudentili, jej krewni przekonani, że do małżeństwa tego Apulejusz doprowadził dla zagarnięcia jej majątku, wytoczyli mu proces, w którym dowodzili, że dokonał tego za pomocą czarów. Mowa obronna Apulejusza, znana pod tytułem Apologia, sive Pro se ipso de magia liber, posiada znaczną wartość literacką i jest ważnym źródłem do poznania jego życia osobistego. Okazała się ona na tyle przekonująca, że nie tylko oczyszczono Apulejusza z zarzutów, ale też powierzono mu w Kartaginie stanowisko sacerdos provinciae, tj. kapłana kultu cesarza w całej Afryce i wystawiono na jego cześć posąg.

I tak dalej…

Stuart 22

Joanna Trümner

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Szpital

Zbudziły go głosy i śmiech ludzi opuszczających salę operacyjną. Młody lekarz, którego Stuart widział po raz ostatni przed kilkoma godzinami przed drzwiami sali, podszedł do niego z uśmiechem: „Mieliśmy szczęście, operacja się udała. Teraz potrzebny jest tylko czas i cierpliwość. Niech Pan się nastawi psychicznie na kilka ciężkich miesięcy. Jutro będzie mógł odwiedzić narzeczoną”. Po lekarzu widać było, że ma za sobą długą, dramatyczną noc i że walczy ze zmęczeniem. Stuart też się do niego uśmiechnął i podziękował pielęgniarzom i lekarzom. Nagle poczuł jak znika napięcie i niepewność ostatnich godzin, a z serca spada jakiś niewidzialny ciężar. „Najważniejsze, że Meg będzie żyła, wszystko inne powoli się poukłada” – pomyślał i patrzył na wychodzące z sali operacyjnej osoby, zastanawiając się, jak ludzie, którzy codziennie widzą tyle nieszczęść i nieraz przekazują komuś wiadomość o śmierci najbliższej osoby, potrafią o tym zapomnieć, wracać do swoich domów i prowadzić normalne życie – tak jakby wszystkie te nieszczęścia, których stali się świadkami podczas pracy w szpitalu, zostały gdzieś daleko, hermetycznie zamknięte za drzwiami tego budynku.

Nagle przypomniało mu się, że on sam za godzinę ma się zjawić w szkole i prowadzić lekcje. Zdecydował się zadzwonić do dyrektora i poprosić o kilka wolnych dni. W poszukiwaniu telefonu zszedł o piętro niżej i zapytał pielęgniarkę w dyżurce, skąd mógłby zadzwonić. Rozpoznał pielęgniarkę, z którą rozmawiał w środku nocy, ale nie zapytała go, jak przebiegła operacja. Prawdopodobnie promieniowała z niego taka radość i ulga, że i bez zbędnych pytań można było zrozumieć, że operacja się udała. Może kobieta myślała tylko o tym, że za pół godziny skończy się jej dyżur i będzie mogła w końcu po tej nieprzespanej nocy, przerywanej przyjmowaniem pacjentów w krytycznym stanie, wrócić do siebie do domu. „O ile więcej taktu miał lekarz w sali operacyjnej. A ma przecież większą odpowiedzialność i trudniejszą pracę od tych pań na dyżurce”, pomyślał Stuart w drodze do budki telefonicznej.

Wybrał numer szkoły i opowiedział dyrektorowi o przebiegu ostatniej nocy i o tym, że nie może przez najbliższych kilka dni przyjść do szkoły. Po krótkim milczeniu usłyszał po drugiej stronie słuchawki zwiastujące niezadowolenie sapanie: „W drodze wyjątku może Pan przyjść w poniedziałek, daję Panu trzy dni wolnego i weekend, ja rozumiem, że sytuacja jest wyjątkowa ale szkoła też ma swoje prawa i musi funkcjonować. Myślę, że i tak idziemy Panu bardzo na rękę, przecież to nie Pan jest chory, a narzeczona ma w szpitalu przez cały dzień opiekę i za rękę nie trzeba jej cały czas trzymać”.

Stuart z trudem ukrywał rozczarowanie słowami szefa. „Może jestem przewrażliwiony?”, pomyślał i doszedł równocześnie do wniosku, że te dziwne, obojętne zachowania obcych ludzi nie są w tej chwili ważne, najważniejsze jest to, że Meg przeżyła tę koszmarną noc.

Kiedy opuszczał szpital, poczuł tak potworne zmęczenie, że zdecydował się wrócić do domu taksówką. Miasto budziło się ze snu, zapowiadał się kolejny słoneczny dzień i Stuartowi przeszła przez głowę myśl, że w jego życiu panuje pewna reguła – najgorsze przeżycia zdarzają się w pięknie, słoneczne dni, tak jakby cały świat dookoła śmiał się z panującego w jego wnętrzu nastroju.

Wrócił do domu i poczuł głód. Znalazł w lodówce resztki obiadu sprzed dwóch dni i kiedy podgrzewał je na patelni w głowie pojawiła się melodia piosenki I can see clearly now, pełnego ciepła i optymizmu utworu, który zawsze znajdował się w repertuarze jego koncertów. Po jedzeniu wziął do ręki gitarę i czuł, że każdy akord uspakaja go i pozwala odejść myślami od przeżyć tej potwornej nocy w szpitalu.

Kolejne miesiące wyznaczał rytm codziennych odwiedzin w szpitalu. Najgorsze były pierwsze tygodnie pobytu Meg w sali intensywnej terapii, czas, w którym znajdowała się w sztucznej śpiączce. Stuart spędzał godziny przy łóżku swojej dziewczyny, głaskał ją po głowie i opowiadał o tym, co wydarzyło się tego dnia. Opowiadał jej o swoich coraz większych wątpliwościach dotyczących pracy w szkole, o wizytach przyjaciół i rozmowach telefonicznych z jej matką. Kiedy zabrakło mu pomysłów na monolog milczał i wsłuchiwał się w odgłosy medycznych urządzeń w pomieszczeniu. Po trzech tygodniach Meg wybudziła się ze śpiączki i zaczęła robić małe postępy. Kroki, którymi powoli zaczęła panować nad funkcjami swojego organizmu były niewielkie i deprymujące, w dniu, w którym jego dziewczyna uśmiechnęła się do niego i powiedziała po raz pierwszy od tygodni kilka słów, Stuart zrozumiał, że osoba, która leży w szpitalnym łóżku nigdy nie stanie się osobą sprzed wypadku.

Bardzo deprymowało go to, że policja nie potrafiła znaleźć sprawcy wypadku. „Więc gdzieś po mieście chodzi bezkarnie osoba, która o mały włos nie zabiła Meg. Może nawet jest to ktoś, kogo znam”, myślał z bezsilną złością. Ten wypadek zmienił w ciągu jednej chwili całe ich życie. Jedynie muzyka pozwalała Stuartowi zachować równowagę, nie pozwalała poddawać się wątpliwościom i pesymizmowi. Z każdym dniem coraz mocniej docierało do niego, że zajęcia w szkole są kompromisem i oszukiwaniem samego siebie. Jedynym argumentem, który powstrzymywał go od natychmiastowego wypowiedzenia pracy była konieczność zarabiania pieniędzy w sytuacji, kiedy jego pensja była po wypadku Meg ich jedynym dochodem.

Na razie nie miał wyjścia, postanowił więc bardziej się do tej pracy przyłożyć. Zaczął robić konspekty lekcji, układać szczegółowe plany i poświęcać więcej uwagi uczniom, których do tej pory uważał za trudnych lub pozbawionych motywacji do nauki. Efekty nowej koncepcji nauczania widać było już po kilku tygodniach, jego uczniowie wygrali olimpiadę matematyczną w Sydney, dyrektor szkoły zaprosił go na rozmowę do gabinetu i wyraził swoje zadowolenie z jego pracy. „W przyszłym roku szkolnym porozmawiamy o podwyżce, chciałbym Panu podziękować za dobrą pracę. Mam nadzieję, że nie zamierza nas Pan opuszczać”, powiedział na zakończenie rozmowy. „Przez następny rok szkolny na pewno nie”, odpowiedział Stuart z zakłopotaniem.

Przyjaciele nie zawiedli go, co kilka dni odwiedzał go Ian, Tom albo znajome Meg. Ian wrócił do pracy w banku i ograniczył swoje eskapady z narkotykami do sporadycznego palenia trawy w soboty. Wyprowadził się od żony do jednopokojowego mieszkanka niedaleko Stuarta i zaczął chodzić na terapię u psychologa.

Po jednej z wizyt Iana Stuart pomyślał, że jego przyjaciel, który do niedawna był strzępkiem człowieka, zagubionego we własnym nieszczęściu, potrafi teraz spędzać godziny na pocieszaniu innej osoby i szukaniu pozytywnych myśli. „To tak jakby moje nieszczęście stało się dla niego terapią i ucieczką, jakby świadomość tego, jak bardzo jest mi teraz potrzebny, zmobilizowała w nim resztki chęci życia, z którą się teraz ze mną dzieli. Jakby przestał żyć tylko przeszłością i wychodzić z tego biegu wstecznego, którym szedł przez ostatnie miesiące. Coś się w nim zmieniło, ten wypadek miał jakiś sens”.

Pewnego wieczoru zaskoczył go wizytą ksiądz z kościoła, do którego regularnie chodziła Meg. „Niech on mnie zostawi z tym swoim Bogiem w spokoju”, pomyślał Stuart na widok niespodziewanego gościa w drzwiach. Rozmowa z Lucasem trwała kilka godzin, po jego wyjściu Stuart z zawstydzeniem pomyślał o swej uprzedniej niechęci. Pełna pozytywnych myśli rozmowa z Lucasem, podczas której ani razu nie padło słowo „Bóg”, przekonała go, że znalazł właśnie nowego przyjaciela, kogoś, komu jego życie nie jest obojętne i na kogo będzie mógł liczyć w przyszłości. Lucas był też pierwszą osobą, nie licząc leżącej w śpiączce Meg, której Stuart opowiedział o tym, że zdecydował się wrócić do muzyki i zrezygnować w niedalekiej przyszłości z pracy w szkole. Po wyjściu gościa zastanawiał się nad tym, dlaczego nie odważył się powiedzieć tego ani Ianowi ani Tomowi. Może dlatego, że bał się ich reakcji, bał się usłyszeć, jak absurdalne jest rzucanie pewnej, dobrze płatnej pracy w imię jakiejś mrzonki. „Może czasami łatwiej jest zwierzyć się osobom, które mało znamy?”, pomyślał.

W ciepły listopadowy dzień po raz pierwszy wyprowadził Meg w wózku inwalidzkim na spacer do małego parku przy szpitalu. Po raz pierwszy od miesięcy miał pewność, że skończyła się zła passa.

Cdn

Stuart 21

My face above the water, My feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, Wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Joanna Trümner

Szpital

W taksówce do szpitala Stuart pogrążył się w myślach o tym, co go czeka w szpitalu, tykanie taksometru brzmiało w jego uszach jak uciekający w pośpiechu czas. Miał wrażenie, że tonie w morzu niepewności i samotności, ale nie chciał się z nikim dzielić swoimi myślami i wdzięczny był kierowcy, że nie próbował nawiązać z nim rozmowy. Prawdopodobnie wieloletnie doświadczenie za kierownicą taksówki nauczyło go, że pasażerowie, którzy w środku nocy jadą do szpitala, potrzebują czasu dla siebie – czasu i ciszy, które pozwolą im poukładać myśli i poszukać wewnętrznego spokoju. Za oknami auta Stuart widział światła wielkiego miasta i pogrążony w ciemności park – jeden z tych niewielu parków Sydney, którego nie poznał podczas zwiedzania miasta wspólnie z Meg. „Musimy się tu kiedyś wybrać”, pomyślał i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ich życie po wypadku nigdy już nie będzie biegło starym, utartym torem. Po kilkunastu minutach jazdy wysiadł i zapłacił rachunek. „Może nie jest aż tak źle jak myślisz” – taksówkarz zaskoczył go pełnymi ciepła słowami.

Stuart popatrzył na nieznajomego z wdzięcznością, zamknął drzwi samochodu i ruszył biegiem do szpitala, tak jakby Meg czekała na niego, jakby spóźnił się na umówione spotkanie. W sali przyjęć zastał dwie zajęte rozmową pielęgniarki. Nie tracąc czasu na przedstawianie się Stuart podał nazwisko Meg i zapytał: „Gdzie mogę ją znaleźć?” „Czy jest Pan członkiem rodziny?” – zapytała jedna z pielęgniarek wertując grubą księgę przyjęć pacjentów. „To moja dziewczyna, jesteśmy zaręczeni”, odpowiedział w nadziei, że to małe kłamstwo da mu prawo do otrzymania informacji o stanie zdrowia Meg.
Kątem oka zauważył na ostatniej stronie księgi przyjęć nazwisko Meg zaznaczone czerwonym markerem, na marginesie ktoś zrobił dwa wykrzykniki i napisał uwagę: „stan krytyczny”. „Nie mamy prawa udzielać Panu informacji”. „Ale przecież szpital dzwonił do mnie, dlatego tu jestem”. „W drodze absolutnego wyjątku”, powiedziała zła za pouczenie pielęgniarka, „mogę Panu powiedzieć, że operacja jeszcze trwa, Pana narzeczona doznała poważnych obrażeń wewnętrznych i sytuacja jest krytyczna”. „Czy wiadomo, jak to się stało?”, zapytał Stuart. „Prawdopodobnie ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. Więcej nie wiemy, ja Panu i tak już za dużo powiedziałam. Niech Pan się skontaktuje z policją, może tam dowie się Pan czegoś więcej.”

Pielęgniarka powiedziała mu, gdzie jest sala operacyjna z poczekalnią, w której wolno mu będzie poczekać na koniec operacji. „Ale to może jeszcze bardzo długo potrwać, może lepiej byłoby, gdyby Pan pojechał do domu i czekał na nasz telefon. Na salę operacyjną i tak Panu nie wolno wejść”.

Szedł pustym o tej porze korytarzem. Cisza panująca w szpitalu przerażała go, było w niej coś niesamowitego i nierealnego, za drzwiami każdego mijanego przez Stuarta pokoju leżeli przecież pacjenci, którzy walczyli właśnie o życie. Dotarł do małej poczekalni i usiadł na niewygodnym krześle. Po głowie chodziły mu tysiące myśli, zastanawiał się, czy wypadek Meg byłby do uniknięcia, gdyby nie spotkała się po pracy z koleżankami, gdyby wróciła do domu jak zwykle po piątej, a nie przed dziesiątą, gdyby odebrał ją z pracy.

Rozglądał się po pomieszczeniu i z ulgą zauważył, że jest tam zupełnie sam. Ostatnie, czego teraz potrzebował to zwierzenia innych ludzi, ludzi znajdujących się w tej samej sytuacji jak on, bezradnie i biernie czekających na to, co los zdecyduje. Na małym stoliku w rogu poczekalni leżało kilka wyczytanych, nieaktualnych gazet i reklamy zakładów pogrzebowych. „Dyskretnie, z szacunkiem do zmarłych, punktualnie i tanio”, wyczytał na jednej z ulotek reklamowych zakładu pod nazwą „Ogród Eden” i pomyślał równocześnie o tym, jak mało taktowne jest wykładanie ulotek informujących o usługach pogrzebowych w takim miejscu. „Każdy che jakoś zareklamować swój biznes”, skomentował pod nosem z przekąsem i złością.

Z sali nie docierały żadne odgłosy, pomyślał, że za drzwiami muszą być przecież ludzie, lekarze i pielęgniarki walczące o życie Meg i maszyny. Ta absolutna cisza była tak niesamowita, że przyszła mu do głowy myśl, że to, co teraz przeżywa, to tylko zły sen, jakiś koszmar, z którego zaraz się przebudzi i wróci do swojego normalnego życia. „Przecież młodzi ludzie tak nagle nie umierają”, pomyślał. W sekundę później przypomniał sobie śmierć kilkutygodniowego dziecka Iana i zdał sobie sprawę z absurdalności i naiwności tej myśli.

W poczekalni pojawił się starszy mężczyzna. Stuart popatrzył na niego z niechęcią, przeczuwając, że starszy, samotny pan nie zostawi go w spokoju. „Długo już czekasz?”, zapytał nieznajomy po kilku minutach. „Godzinę”, odpowiedział Stuart w nadziei, że ta lakoniczna odpowiedź zasygnalizuje mężczyźnie niechęć do rozmowy. „Ja jestem tutaj już od sześciu godzin, musiałem tylko wyjść na chwilę na świeże powietrze, coś zjeść i chociaż przez chwilę popatrzeć na coś innego”, odparł mężczyzna. „Nigdy bym sobie nie podarował, gdyby żona umarła przeze mnie. Przez głupią, niepotrzebną awanturę o to, kogo zaprosimy na nasze złote gody. Od jednego głupiego słowa do drugiego zrobiła się z tego nagle potworna awantura. Żona chce wyprawić eleganckie przyjęcie dla sąsiadów i rodziny, ja wolałbym zobaczyć Europę, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy. Teraz w końcu mamy pieniądze na taką podróż, trzeba obejrzeć świat, dopóki jeszcze jesteśmy na nogach. Nie chcę wywalać pieniędzy na przyjęcia dla darmozjadów, z którymi nigdy nie miałem wspólnego języka. Tak się obydwoje podczas tej kłótni zdenerwowaliśmy, że Betty nagle zasłabła. Na początku myślałem, że to jakiś jej żart, że chce mnie tylko przestraszyć i postawić na swoim, ale to był zawał. Ostatnia rzecz jaką jej powiedziałem, to wyrzut, że zawsze chciała się popisywać przed innymi, że dla niej najważniejsze jest i było zawsze to, żeby ludzie ją widzieli i podziwiali. Przecież ja wcale tak nie myślę. Nie wyobrażam sobie, żeby mogła odejść, nie usłyszawszy ode mnie „dziękuję” za pięćdziesiąt wspólnych lat. Nie mieliśmy dzieci, myślę, że przez to jest mi tak bliska jak nikt inny na świecie, to moja cała rodzina, mój dom, ktoś, kto słyszy jak zaczynam zdanie i wie, jaki będzie jego koniec, ktoś, w kim zawsze będę widział osiemnastoletnią Betty, śliczną, wesołą dziewczynę, która cieszy się na pierwszą randkę ze mną. Tyle się nazbierało rzeczy, których nigdy jej nie powiedziałem”.

Stuart popatrzył na mężczyznę i zrobiło mu się go żal. „Dlaczego wcześniej nie oświadczyłem się Meg? Przecież ja sobie nawet nie wyobrażam, że mogę się obudzić i jej nie będzie koło mnie.”

Ich rozmowę przerwało otwarcie drzwi od sali operacyjnej. Młody, wyglądający na bardzo zmęczonego lekarz podszedł do starszego mężczyzny i powiedział: „Tym razem mieliśmy szczęście, żona wyjdzie z tego zawału. Może Pan ją jutro odwiedzić”. Stuart popatrzył na nieznajomego i widział ulgę na jego twarzy. „A ja? Co z moją narzeczoną?” – zapytał z nadzieją w głosie. „Operacja wciąż jeszcze trwa”, odpowiedział lekarz, unikając wzroku Stuarta.

„Dlaczego ta stara kobieta ma mieć więcej szczęścia niż Meg? Meg ma przecież większe prawo do życia niż ona”, pomyślał Stuart, przerażony równocześnie bezwzględnością tej myśli.

W kilka minut później został sam w poczekalni i zasnął na niewygodnym krześle.

Cdn

Stuart 20

Joanna Trümner

I can understand how the edges are rough
And they cut you like the tiny slivers of glass
And you feel too much
And you don’t know how long you’re gonna last (…)

But, I won’t let you make the great escape
I’m never gonna watch you checkin out of this place
I’m not gonna lose you
Cause the passion and pain
Are gonna keep you alive someday

Potrafię zrozumieć, jak to boli
Ten ból kaleczy cię jak małe kawałki szkła
I czujesz zbyt wiele
I nie wiesz, jak długo będziesz potrafił to znieść (…)

Ale ja nie pozwolę Ci na wielką ucieczkę
Nie będę biernie patrzył jak opuszczasz to miejsce
Nie stracę Cię
Bo te uczucia i ból pozwolą Ci wrócić znowu kiedyś do życia

Pink, The great escape

Ian

Od wielu tygodni Stuart bezskutecznie próbował skontaktować się z Ianem, czuł, że z przyjacielem dzieje się coś niedobrego i że nie może pozbierać się po nagłej i niespodziewanej śmierci synka. Codziennie dzwonił do Iana i kilkakrotnie przyszedł do jego mieszkania. W końcu po wielu nieudanych próbach nawiązania kontaktu udało mu się zastać w mieszkaniu żonę Iana – Ritę. Od niej Stuart dowiedział się, jak bardzo sprawdziły się jego złe przeczucia – Ian popadł w depresję, rzucił pracę u teścia, zaczął brać jakieś mocne narkotyki, a w domu pojawiał się tylko parę razy w tygodniu, przeważnie w środku nocy, tak odurzony i nieobecny, że rozmowa z nim była niemożliwa. Ze wspólnego małżeńskiego konta znikało coraz więcej pieniędzy, co sprawiło, że zaalarmowany teść zablokował zięciowi dostęp do pieniędzy. Rita powiedziała mu, że jej ojciec miał nadzieję, iż pozbawiony środków Ian w końcu zmuszony będzie do rozmowy na temat dalszej przyszłości swojego małżeństwa i być może zgodzi się na terapię. „Jakie to szczęście, że ja, kiedy zostałam z tym wszystkim zupełnie sama, miałam koło siebie rodziców, bardzo mi pomagają, inaczej pewnie i ja bym się kompletnie załamała” – powiedziała Rita. W tym momencie Stuart zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo samotny i zagubiony czuje się jego przyjaciel. Następne dni minęły na intensywnym poszukiwaniu Iana. Stuart odwiedzał ich wspólnych znajomych, jednak nikt nie wiedział, gdzie może podziewać się Ian. Po wielu rozmowach i spotkaniach Stuartowi w końcu udało się znaleźć przyjaciela na zapleczu kiosku Changa.

Z trudnością go rozpoznał, przez kilka tygodni Ian schudł, sprawiał też wrażenie o wiele starszego, na jego bujnej czuprynie pojawiły się pasma siwych włosów, wzrok miał zamglony i nieobecny. To narkotyki, pomyślał Stuart.

„Co ty wyrabiasz?”, zapytał, patrząc przyjacielowi prosto w oczy. „Próbuję się zaćpać na śmierć”, odpowiedział Ian. „Nie chce mi się żyć, nie mam dla kogo. Ale jak widzisz jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby raz na zawsze z tym skończyć, skoczyć z jakiegoś mostu albo podciąć sobie żyły. Niedługo nie będę miał pieniędzy na dalsze ćpanie, może mi to ułatwi decyzję. Przed kilkoma dniami mój ukochany teść poinformował mnie, że nie zainwestuje już we mnie ani grosza więcej. To, co dzięki niemu zarobiłem przez ostatnie lata, to pieniądze wyrzucone w błoto, przez moje zachowanie przysporzyłem jego rodzinie tyle nieprzyjemności i kłopotów, że powinienem zachować się jak mężczyzna i albo skończyć z tym swoim bezsensownym i nikomu niepotrzebnym życiem, albo jak najszybciej się pozbierać i postarać o nowe dziecko. Jesteśmy przecież jeszcze młodzi, świat się jak to nazwał „na jednej porażce” nie kończy. Tylko, że ja już od dawna wiem, że nie chcę dłużej ciągnąć tego małżeństwa, jedyne, co nas łączyło to Leo, dla niego zostałbym z Ritą i starałbym się dalej być dobrym mężem i ojcem. Każde dziecko potrzebuje przecież i matki i ojca. I może z czasem przyszłaby miłość albo przywiązanie i bliskość. Wszystko to, czego między nami nigdy nie było. Ona nigdy dla mnie nic nie znaczyła, była po prostu kobietą, z którą dobrze mi było w łóżku. A poza tym było mi z nią wygodnie – ja byłem dla niej wielkim autorytetem, no wiesz, ten oczytany, elokwentny, przystojny Ian, z dobrymi manierami i ujmującym brytyjskim akcentem – byłem dla niej guru, alfą i omegą. Ale ja już dłużej nie chcę ani tego jej podziwu, ani pieniędzy i upokorzeń tatusia, mam dosyć całej tej porąbanej rodziny”, Ian mówił o swoich teściach z taką nienawiścią i złością, że Stuarowi przeszła przez głowę myśl że chyba tylko ta nienawiść trzyma go przy życiu. Równocześnie z niesmakiem pomyślał: „Jak on mógł przez ponad trzy lata być z kobietą, która dla niego nic nie znaczyła? Codziennie kłaść się z nią do łóżka, spędzać razem czas, wyjeżdżać na wakacje, snuć plany, zdecydować się na ślub i wspólne dziecko?” Popatrzył wnikliwie na Iana, ale widząc jego zagubienie, zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że nie był to odpowiedni moment do moralnego oceniania małżeństwa przyjaciela, nie kopie się leżącego. Ian potrzebował go teraz wyłącznie jako znanego od lat człowieka, któremu jego los nie jest obojętny i który zrobi wszystko, żeby go uratować przed smutkiem i beznadzieją, przywrócić chęć do dalszego życia. Stuart długo szukał w głowie odpowiednich słów. Z bezradnością i przeświadczeniem, że nie ma pocieszenia, adekwatnego do tragedii, która dotknęła Iana i jego rodzinę. Jaki sens miała śmierć kilkumiesięcznego dziecka? Może tylko taki, że zaczyna się bardziej cenić ludzi, którzy nas nie opuścili, ludzi, którzy do tej pory nam towarzyszyli w życiu? Ale każde uczucie, nawet najciemniejsza rozpacz, ma swój początek i koniec, i nawet ta straszna rozpacz miała minąć.

„Nawet nie wiesz, jak bardzo mi ciebie brakowało. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł zostać świadkiem na moim ślubie, jesteś moim najstarszym przyjacielem”, zwrócił się do Iana, zaskoczony własnymi słowami, słowami, które wyszły z jego ust jeszcze, zanim nabrały w głowie właściwego kształtu. Nieraz myślał o tym, że Meg jest kobietą, z którą chciałby spędzić resztę życia, że powinien jej się oświadczyć, ale do tej pory zawsze odsuwał tę myśl na jakieś jutro, na później. Trochę przerażała go nieodwołalność takiej decyzji, trochę bał się tego, że małżeństwo oznaczać będzie dla niego całkowitą rezygnację z muzyki i marzeń o życiu koncertującego na całym świecie muzyka.

Wracając ze spotkania z Ianem układał sobie w głowie scenariusz oficjalnych oświadczyn. Jutro kupi kwiaty i pierścionek, poprosi Iana o pomoc, on już to robił, będzie wiedział, na co trzeba uważać. Znowu brakowało mu słów, nie chciał, żeby były zbyt patetyczne i sztuczne, mało było słów, które nie brzmiałyby w jego uszach jak niewiele znaczący banał i oczywistość. „Muszę jak najszybciej przygotować odpowiednią mowę”, pomyślał zbliżając się do domu i patrząc w ciemne okna mieszkania.

Meg

Od kilku nocy miała bardzo niespokojne sny i codziennie przy śniadaniu zastanawiała się, czy nie zwiastują kłopotów z matką. Dzwoniła do niej kilkakrotnie i uspokajała się słysząc przez słuchawkę jej trzeźwy głos. Meg nie należała do ludzi, których kilka koszmarnych snów wyprowadzi z równowagi, miała swojego Boga i wierzyła w przewidzianą przez niego drogę, której się nie zmieni człowieczą wolą. Nie wiedziała, że o kilka domów dalej znana jej z widzenia piętnastoletnia Sally od kilku dni wieczorami wykrada się z domu i uczy się prowadzić samochód rodziców. Samochód, którym za tydzień chciała wyruszyć ze swoim chłopakiem w podróż po Australii, ucieczkę od zakazów w domu, od niechęci rodziców do jej pierwszej miłości i od awantur, które ją czekały, kiedy wyjdzie na jaw, że przez złe oceny będzie musiała powtarzać klasę. Często chwile decydują o naszym życiu. Taką chwilą był moment, kiedy Sally straciła panowanie nad samochodem, pomyliła pedał hamulca z pedałem gazu i potrąciła przechodzącą przez ulicę Meg. Przerażona dziewczyna zatrzymała samochód i przez kilka minut nie wychodziła z niego, zastanawiając się, co ma dalej zrobić. Zdecydowała się najpierw odstawić samochód na miejsce, tak żeby rodzice nie zorientowali się o tym, że nim jeździła. A potem wróciła do domu i w szoku powtarzała pod nosem słowa „Wszystko się dobrze skończy”, trochę uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy usłyszała odgłos karetki pogotowia tuż za oknami mieszkania.

W środku nocy Stuarta zbudził odgłos telefonu. Telefony w środku nocy nigdy nie zwiastowały niczego dobrego, a to, co usłyszał po drugiej stronie słuchawki brzmiało jak koszmar. Dzwoniła pełniąca dyżur nocny pielęgniarka i powiedziała, że Meg miała ciężki wypadek samochodowy i leży właśnie na stole operacyjnym. „Jeszcze nie wiadomo, czy uda się jej z tego wyjść”, poinformowała go na zakończenie. Powiedziała to tak pozbawionym emocji głosem, że równie dobrze mogła informować go o pogodzie w Sydney. „Żeby chociaż spróbowała udawać, że ją to w jakiś sposób dotyka”, pomyślał Stuart, odkładając słuchawkę. „A może ten codzienny kontakt z nieszczęściem i śmiercią zabija wszelkie uczucia?” Zrzucił z siebie resztki snu, ubrał się i pojechał do szpitala.

Cdn

Stuart 18

Joanna Trümner

Małe szczęście

Po miesiącach oczekiwania Stuart stał na lotnisku i z niecierpliwością czekał na przylot Meg. Rozpoznał ją od razu w tłumie pasażerów, a już po kilku wspólnie spędzonych godzinach czuł się tak, jakby nigdy nie wyjechała, jakby tylko na chwilę przerwali swoją ostatnią rozmowę, jakby nie było tych prawie sześciu miesięcy, podczas których każde z nich prowadziło osobne życie, jakby nie było samotności i zabijania czasu, i czekania, a ta feralna noc sylwestrowa, w którą poznał swoją ciemną stronę, była tylko złym snem. Meg opowiadała mu o nowinkach z Walton – o dziecku Eve, ślicznej, maleńkiej, złotowłosej Stelli. Dziecku, które od szóstego tygodnia życia nie przestawało się uśmiechać. „Wiesz, jak na nią patrzyłam, to zdałam sobie sprawę, że ja już też chciałabym mieć dziecko” – Stuart popatrzył na nią zaskoczony szczerością tych słów. Pomyślał o tym, że ich wspólne życie zaczynie się niedługo toczyć normalnymi torami, Meg na pewno uda się wkrótce znaleźć pracę i będą jak rodziny z filmów – mały domek z ogródkiem, huśtawka, na której bawi się dziecko, z czasem może i dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka, dwa samochody przed domem, tylko schowana na strychu i pokryta kurzem gitara będzie mu czasami przypominała o marzeniach sprzed kilku lat. „Problem z dzieckiem na pewno da się jakoś rozwiązać” – odpowiedział z dwuznacznym uśmiechem i przytulił tę dziewczynę, która zjawiła się w końcu po miesiącach oczekiwania, przytulił ją mocno do siebie, tak jakby chciał zatrzymać na zawsze ten moment, o którym jeszcze w wiele lat później będzie myślał jak o momencie absolutnego szczęścia.

Prowadzący pub Ben miał dużo dobrych pomysłów, prawdziwym przebojem stały się spotkania dla starszych mieszkańców okolicznych miejscowości w pierwsze poniedziałki miesiąca. W pubie odbywały się czytania książek, spotkania z podróżnikami, wernisaże, już o szóstej wieczorem pub pękach w szwach. Dla młodzieży Ben organizował co dwa tygodnie piątkowe dyskoteki, a dla stałych bywalców pubu wprowadził po godzinie 20 happy hours. Jedyne jego kłopoty z prowadzeniem pubu to były problemy z Eve, która co kilka miesięcy chciała podwyższać mu czynsz. Na razie udawało im się jeszcze pertraktować i znajdywać rozwiązania do przyjęcia przez obydwie strony. Matka Stuarta z radością przejęła od Meg Einsteina i spędzała godziny nad morzem, na długich spacerach z psem. „Wydaje mi się czasami, że ten pies wie o twojej matce więcej niż jakikolwiek człowiek. Dawno nie widziałam jej tak zrównoważonej, może nawet czasem szczęśliwej. Poza tym dalej maluje te swoje piękne, kolorowe obrazy, chyba się w końcu odnalazła. Bardzo bym chciała, żeby i moja matka w końcu poradziła sobie ze swoim życiem. Na razie wyszła z kliniki i szkoła, w której do tej pory pracowała, przyjęła ją z powrotem, w tej chwili wszystko wygląda na to, że matka wychodzi na prostą, ale to jest ruletka i wiem, że ona z tym nałogiem będzie walczyła przez całe życie”. Stuart popatrzył na Meg z przerażeniem, myśląc o tym, że przy następnym powrocie matki do nałogu, Meg może znowu go opuścić: „Wiem, ale to przecież nie znaczy, że ty masz zrezygnować przez to ze swoich planów, ona jest dorosła i ponosi sama za siebie odpowiedzialność”.

Meg nie musiała długo szukać pracy, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney znalazła etat w szkole dla dzieci upośledzonych. Praca z dziećmi bardzo różniła się od zajęć z dorosłymi i młoda psycholożka wieczorami nieraz zaglądała do biblioteki uniwersyteckiej, żeby czytać prasę fachową na temat różnych upośledzeń. Największym problemem były dla niej rozmowy z rodzicami. Przeważnie były to rozmowy z matkami – kobietami, które niepełnosprawność swojego dziecka odbierały jako wielką osobistą porażkę i nie potrafiły się z tym pogodzić. Często traciły całkowicie poczucie własnej wartości, a ich małżeństwa stały o krok przed rozwodem. Dużym problemem były dzieci autystyczne, których nie można było pogładzić po głowie, dotknąć, pochwalić, dzieci żyjące w swoich hermetycznie zamkniętych myślach, do których nie można było dotrzeć. Meg już po kilku tygodniach pracy zaczęła podczas zajęć puszczać podopiecznym muzykę i zauważyła, że dzieci, nawet te z największymi problemami, robią się spokojniejsze i bardziej obecne myślami.

Wieczorami młoda para spotykała się w kuchni, siedzieli przy stole i opowiadali sobie o pracy i o wrażeniach z minionego dnia. Podczas opowiadania Meg o pracy z dziećmi autystycznymi Stuart doszedł do wniosku, że i wśród jego przyjaciół nie brakuje autystów – Ian, który nie potrafi się w nic emocjonalnie zaangażować, i Tom – elokwentny, dowcipny, przystojny mężczyzna, w towarzystwie kobiet, które mu się podobają, zamieniający się w niemowę i dziwaka.

Stuart miał w swojej szkole zupełnie inne wyzwania – uczył dzieci elity Sydney, bogate i aroganckie, które ciężko było czymkolwiek zainteresować. Jego uczniowie wiedzieli, że nawet nie ucząc się, będą w życiu dysponowali wystarczającą ilością pieniędzy. O ile sympatyczniejsi byli uczniowie Stuarta z Walton – zakompleksione dzieci prowincji, dla których on, młody nauczyciel, który spędził kilka lat w Londynie był symbolem wielkiego świata. O ile łatwiej potrafił do nich dotrzeć, zaciekawić ich łamigłówkami matematycznymi. W przeciwieństwie do tego w szkole w Sydney każdy dzień oznaczył walkę z wewnętrzną inercją uczniów, walkę utrudnianą przez rodziców, patrzących nauczycielowi na ręce i krytykujących każdą złą ocenę i naganę. „Niektórzy rodzice nie powinni mieć dzieci. Wyrządzają im wielką krzywdę” – powiedział pewnego wieczoru do Meg.

Szybkie odejście

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Daughtry Gone too soon

Ian został ojcem chłopca, który otrzymał imię Leo. Był to śliczne dziecko z bujną czupryną, którą odziedziczył po ojcu. Obserwując Iana w roli ojca, Stuart odnosił wrażenie, że syn jest pierwszą istotą na świecie, którą jego przyjaciel naprawdę pokochał. Od urodzenia Leo Ian, który do tej pory spędzał wiele czasu poza domem, nie mógł doczekać się powrotu do pomalowanego na niebiesko pokoju, gdzie czekał na niego syn. Z nim w ramionach Ian czuł się kimś naprawdę mocnym, kimś, czyje życie nabrało nagle sensu, przestawał być kupionym przez teścia klakierem, mężem niekochanej kobiety i zagubionym, nie mającym żadnego celu w życiu człowiekiem. Ta największa miłość jego życia trwała pięć tygodni. W nocy 7 kwietnia 1970 roku Ian przed zaśnięciem zajrzał do pokoju syna, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluchy, albo przykryć go kołderką. Pochylił się nad nim, żeby posłuchać jak dziecko oddycha, żeby nacieszyć się jego przerywanym westchnieniami snem. Nieraz myślał o tym, jak dziwne były te westchnięcia i jak niesamowicie brzmiały w jego uszach –jakby ta mała istota, której jeszcze nikt nie zdążył zranić i która nie przeżyła w swoim kilkutygodniowym życiu niczego złego, wzdychała jak człowiek, który nosi na plecach wielki ciężar, zbierany przez lata.

Ian myślał o tym i tym razem, pochylając się nad łóżeczkiem syna. Zdziwiła go panująca w pokoju absolutna cisza, tak przerażająca, że szybko zapalił światło i wyjął ciało syna z łóżeczka. Trzymając małe ciało w rękach czuł bijące od niego zimno, wydawało mu się, że trzyma w ręku bryłę lodu. Zaczął potrząsać niemowlęciem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już o co walczyć i opanował go tak głośny, histeryczny płacz, że do pokoju przyszła rozbudzona Rita.

Następne dni minęły na wizytach na policji i w prokuraturze – Ian tak często musiał powtarzać historię tej najgorszej nocy w swoim życiu, że czuł się jak na ławie oskarżonych, tak jakby policja i prokurator zarzucali mu, że to właśnie on zabił swoje dziecko. Po raz pierwszy pomyślał z żalem o tym, że nie wierzy w żadną wyższą siłę, gdyby wierzył w Boga, miałby kogoś, kogo można byłoby obwinić za tą tragedię. A tak stała się po prostu smutnym, niewytłumaczalnym zdarzeniem, które według statystyki co roku przeżywają nieliczne rodziny na całym świecie.

Stuart nie wiedział o tragedii w domu Iana, w piękny słoneczny dzień wyjął ze skrzynki pocztowej list z wiadomością o pogrzebie i zdjęciem małego Leo.

Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Cdn

Rozmowy zimą o życiu i świecie

Nasz autor co roku jeździ na narty, a ja od jakiegoś czasu publikuję tu jego zimowe relacje i refleksje (TU, TU)

nauders2017-4

RD

hallo,

pozdrowienia z urlopu, po urlopie.

w austrii na nartach. po raz 31 w tej samej miejscowości, w tym samym pensjonacie, w tym samym apartamencie (nr 7).

przed naszym przyjazdem do nauders, na drodze łączącej tę wioskę z austrią, zeszła kamienna lawina i musieliśmy tam jechać przez szwajcarię.

na granicy szwajcarskiej przywitał nas na czarno ubrany ludzik z ogromnym karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. chciał nas od razu zaaresztować lub przynajmniej rozstrzelać. rzucił się do auta aby znaleźć jakąś bombę lub granaty co umożliwiło by mu wykonanie powyższego. (w tym czasie w pobliskim davos odbywał się spęd światowych macherów wszechświata). gdy zobaczył we wnętrzu auta nasze narty przepuścił nas bez dalszej kontroli. (tu wskazówka dla terrorystów – udawać narciarzy.)

nauders leży na wysokości 1.400 m. szrenica kolo szklarskiej poręby, z której, mieszkając w polsce, wraz z g. szusowaliśmy na nartach, ma tylko 1.360 metrów. w nauders jedzie się gondolą na wysokość 2.200 metrów (trwa to 15 minut), a później można jechać w dół, lub innymi wyciągami na wysokości 2.600. 2.700 oraz 2.850 (dwa razy wyżej niż szrenica).

nauders2017jednak te lata na szrenicy (koniec sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych) wspominam do dzisiaj z nutką roztkliwienia i nostalgii.
jako młody student waletowałem na obozach narciarskich, spałem na materacu dmuchanym w śpiworze na korytarzu schroniska na szrenicy i odżywiałem się “na sępa”, czyli tym co zostało w kuchni.
ha … to były czasy. byliśmy młodzi, mieliśmy kondycję, nie miewaliśmy kaca i mogliśmy trzy razy dziennie…

teraz z g. wypijaliśmy w nauders dziennie litr mleka na osobę, prosto od krowy, kupowanego codziennie u znajomych rolników.
ale było także piwo czeskie i austriackie, wina francuskie, polskie wino miodowe oraz austriacka wódka 35% z szyszek limby.
teraz nasze zawiasy “kwiczą” i skrzypią, i mogliśmy już tylko raz dziennie…
za 40 – 50 lat to i nauders będziemy wspominać z nostalgią.

nauders2017-3

podczas tej 15-minutowej jazdy gondolą, jako socjolog amator, miewałem wielce interesujące rozmowy:

– dwie studentki z finlandii – o finlandii – gdzie jeszcze nigdy nie byłem,

– małżeństwo z ukrainy – o kryzysie na ukrainie, oraz jak sobie radzą z niemieckim – nie znają, z angielskim – nie znają, no ale jakoś trafili aż do austrii,

– słowak z synem – milczał jak zaklęty, może mu polak odbił żonę,

– dwie dzierlatki z lublina – o pierdołach,

– małżeństwo (40 letnie) z warszawy – całkowite “desinteresse” do polityki,

– dwie pary małżeńskie piechurów z belgii (dziadków i babć w moim wieku) – żartowaliśmy i śmieliśmy się całe 15 minut, ja na początku rozmowy pochwaliłem liczne gatunki belgijskich piw i ogromną ilość knajp i piwiarni tamże, moja uwaga została przyjęta z dumą, gdy (z jakichś technicznych powodów) gondola zatrzymała się na moment, belgowie zagrozili mi, że jak to dłużej potrwa to zostanę zjedzony, ja zaoponowałem proponując, że zjemy najgrubszego,

– 78 letni dziadeczek z niemiec (obiecująca perspektywa) – gdy go spytałem jak mu idzie jeżdżenie na nartach, dziadeczek odpowiedział: ja już jestem w tym wieku, że nie muszę zdobywać żadnych sportowych sprawności, a wieczorem nie muszę się nikomu tłumaczyć ile razy i jak szybko zjeżdżałem, a żona?, ona już tylko spaceruje,

nauders2017-1

– młoda dziewczyna z austrii z dwójką dzieci – przedstawiłem się tym dzieciom jako mikołaj, który jest teraz na urlopie i zgolił dla niepoznaki brodę, następnie spytałem, jak się nazywają (johannes i mathilde) i ile mają lat (chłopiec pokazał 3 palce a dziewczynka 4), spytałem też, kim chcą być w przyszłości jak dorosną, chłopiec bez zastanowienia odpowiedział rolnikiem, a dziewczynka nie wiedziała. na moje konkretne zapytania: weterynariuszką, gospodynią domową, walczącą feministką; odpowiadała konsekwentnie nein. zaapelowałem do dzieci aby cały rok były grzeczne, to przyjdę do nich w grudniu z prezentami. obiecały mi to skwapliwie. ich mama uśmiechała się cały czas,

– młody 25 letni student z ju-es-ej (!!!) – jechaliśmy tylko we dwóch, miał na plecach przewieszoną amerykańską flagę (tak na oko – 70 cm x 150 cm), która powiewała mu później jak skrzydła u “batmana”, zabawna rozmowa: on student chemii – “tramp is krejzi”, o polskim nazwisku (jego przodkowie wyemigrowali w XVIII wieku z polskich terenów i pracowali w hucie szkła), podzielił i zaplanował swoje życie w przedziałach co 25 lat, po studiach chce iść na zawodowca do wojska, moją ironiczną uwagę “i produkować gazy bojowe” odebrał nie jako żart, a jako konstruktywną propozycję

– oraz wiele, wiele innych rozmów, ale już bardziej banalnych i zdawkowych.

no to, miejmy nadzieję, do następnego roku w nauders.

g.& r.

nauders2017-2

Reblog: Myślnik Stankiewicza 74

myslnikstank

O autorze

Nazywam się Piotr Stankiewicz. Część z Was może mnie kojarzyć, choćby jako autora Sztuki życia według stoików. Na „Myślniku” umieszczam rzeczy, które nie znalazły się w tej książce, ani nie znajdą się pewnie w następnych.

Słownik nieoczywistych smutków

Zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które powinny istnieć, ale nie istnieją? Nad uczuciami, które istnieją, ale są nienazwane? Oto coś dla Was! Dzisiaj wszyscy jesteśmy Adamami – nadajemy nazwy rzeczom.

Dzisiaj na „Myślniku” wyjątkowo coś, czego autorem jestem tylko jako tłumacz. Jak może wiecie, istnieje coś takiego jak „Dictionary of Obscure Sorrows” , czyli ułożony przez Johna Koeniga słownik takich właśnie terminów – które nie istnieją, a które istnieć powinny. Oto moja swobodna adaptacja części z nich na język polski.

* * *

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste, jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy. A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony, jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

Stuart 16

Joanna Trümner

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Grow Old with Me, Tom Odell

Czekanie

Tygodnie pobytu Meg w Sydney minęły bardzo szybko. Dziewczyna wstawała razem z nim, przygotowywała mu kanapki do pracy, a potem wracała na godzinę lub dwie do łóżka. Po porannej kawie wychodziła z domu i zwiedzała miasto. Już w kilka dni po przyjeździe do Sydney wiedziała o tym mieście więcej od swojego chłopaka, który mieszkał tu od kilku lat na stałe. Któregoś wieczoru opowiedziała mu o Muzeum Australijskim, do którego on sam nigdy jeszcze nie dotarł, a Stuart pomyślał z zażenowaniem, że to przecież wstyd, że tak mało zna to miasto. Może to przez to, że wszystkie ciekawe miejsca, muzea, teatry są tuż na wyciągnięcie ręki, pod nosem. I sama świadomość tego, że w każdej chwili można do nich pójść, usprawiedliwia lenistwo i prowadzi do tego, że nigdy się tego nie robi. Nadszedł czas, by poznać tę drugą ojczyznę i jej historię. Przypomiał mu się pobyt w Berlinie Zachodnim, kiedy to brnął w zimnie przez wiele zakątków miasta, ciekawy jego historii i ludzi. „Może ta ciekawość to tylko przywilej ludzi, którzy chcą wziąć ze sobą z podróży jak najwięcej wrażeń do domu?” – przeszło mu przez głowę.

W pierwszy weekend po przyjeździe Mag wybrali się na spacer po Ogrodzie Botanicznym. Gdy wrócili do posprzątanego mieszkania, gdzie czekał przygotowany przez Meg obiad, Stuart nie mógł powstrzymać się od uwagi: „Wiesz, czuję się, jakbyśmy byli starym małżeństwem i znali się od co najmniej kilkudziesięciu lat” „To niedobrze” – odpowiedziała Meg. „Stare małżeństwa przeważnie nie mają sobie już nic do powiedzenia i może po to głównie potrzebne są dzieci i wnuki, żeby chociaż na chwilę można było przerwać milczenie”. „Ale chyba są jakieś wyjątki?” – Stuart zorientował się, że źle dobrał słowa, którymi chciał nazwać rytuały, jakie powoli zaczęły wypełniać ich życie i swe powroty do mieszkania, które nie jest puste i w którym ktoś na niego czeka. Ktoś, z kim mógł się podzielić wrażeniami z całego dnia pracy, kto był wyrozumiały i bez marudzenia akceptował popołudniową drzemkę ktoś, komu nie przeszkadzały stojące na środku pokoju buty i nierówno wycisnięta tubka pasty do zębów.

Meg nie tylko zwiedzała miasto, ale zaczęła też zbierać informacje na temat życia w Australii i własnych perspektyw zawodowych. Odwiedziła kilka urzędów i z zadowoleniem dowiedziała się, że jej dyplom otwiera wiele drzwi i że mogłaby natychmiast podjąć pracę. Wybrała się, dość zresztą przypadkowo, na uniwersytet, gdzie wysłuchała wykładu na temat sieci prewencji samobójstw, ponoć najlepszej na świecie. Odtąd raz w tygodniu chodziła na uniwersytet i słuchała wykładów z psychologii. Po czterech tygodniach, kiedy jej pobyt dobiegał końca, uznała, że widzi dla siebie miejsce w Australii. W dzień przed jej odlotem do Anglii Stuart zabrał Meg do chińskiej restauracji niedaleko domu i zapytał, czy przyjedzie do niego na zawsze, „Tak, to będzie mój prezent na Święta” – odpowiedziała z uśmiechem. Na początku października odprowadził ją na lotnisko.

Mieszkanie opustoszało i nagle Stuart zdał sobie sprawę, że ma w Sydney tak niewielu znajomych, oczywiście oprócz Iana, którego jednak nie widział od dnia ślubu, poznał tutaj tylko kilka osób, kolegów z pracy i personel knajp, w których dawał kiedyś koncerty. Nie znał nikogo, z kim mógłby pójść na piwo albo spędzić wolny czas po pracy. „To trzeba będzie zmienić” – pomyślał, usprawiedliwiając swą samotność tym, że dopiero od kilku miesięcy ma w końcu adres i własny telefon. Któregoś wieczoru oglądał nudny program przyrodniczy o szkołach dla młodych słoni w Tajlandii i nagle zaskoczył go odgłos klucza otwierającego drzwi do mieszkania. „Tu nawet nie ma czego ukraść!” – próbował uspokoić lekki niepokój i wstał, żeby podejść w kierunku drzwi. Niespodziewanym gościem był Ian: „Chciałem ci oddać klucz od mieszkania i pogadać”. Stuarta zaskoczył wygląd przyjaciela – Ian sprawiał wrażenie starszego niż był i zmęczonego, a mówił w mechaniczny, monotonny sposób. „Albo się nieźle napił albo naćpał” – pomyślał Stuart i zrobiło mu się żal przyjaciela. Ian zaczął opowieść o swym życiu małżeńskim. „Nawet nie wiesz, w jakie piekło się wpakowałem. Tatuś rządzi wszystkim, ja w tej rodzinie nie mam nic do powiedzenia. Decyduje o umeblowaniu mieszkania, o urządzeniu pokoju dla dziecka, o mojej pracy, bo ta w banku, to był dla niego żart, sam więc zadzwonił do dyrektora i od początku października pracuję w jego firmie – jestem dozorcą i otwieram mieszkania klientom zainteresowanym wynajmem, zajmuję się wszystkim, co się w tych jego pieprzonych nieruchomościach popsuje – nieważne czy chodzi o zapchaną ubikację czy o zepsutą windę. „Niech się tym zajmie Ian”. Zarabiam lepiej niż w banku, ale to nie jest praca dla mnie, a jak się spróbuję postawić, to tatuś obetnie nam kasę i wyrzuci mnie z domu. Na każdym kroku słyszę „To nie twoje, nie twoja sprawa”. W tej rodzinie nikt się nie buntuje, mama jest szczęśliwa, że stać ją na fryzjera dwa razy w tygodniu, niezłe ciuchy i kosmetyczkę, która masuje jej na twarzy wszystkie ślady starzenia się. W niedzielę podczas wspólnych rodzinnych obiadków mamusia i moja żonka kiwają głowami na mądrości starego, a jak tylko się odezwą, to słyszą: „i tak się na tym nie znacie”. Stary na każdym kroku daje mi odczuć, że mnie po prostu kupił. Z moją wspaniała żonką nie mamy sobie wiele do powiedzenia – ją interesują tylko zakupy dla przyszłego dziecka – mamy już komplet różowych i niebieskich ubranek na następne dwa lata. Zostaje nam tylko łóżko, a i z tym nie najlepiej, bo ona jest ciągle potwornie zmęczona tym lataniem po sklepach i spotkaniami z przyjaciółkami. Źle mi się robi na myśl o tym, że tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci starego i nie wiem, co ze sobą zrobić. Pamiętam jak ojciec ciągle nam powtarzał: „Jak siebie nie uszanujesz, to nikt cię nie uszanuje” – ten głupi tekst mnie kiedyś potwornie denerwował. Myślałem, ot, jedna z wielu mądrości ojca, za którą niewiele stoi, przysłowie bez żadnego znaczenia, ale teraz, kiedy rano patrzę w lustro, wiem ile w tym jest racji i nie mogę na siebie patrzeć”. „Przecież tego chciałeś” – pomyślał Stuart, czując równocześnie litość nad Ianem. „Jak się teraz rozwiedziesz, to będzie to chyba najkrótsze małżeństwo w historii Australii” – powiedział, próbując obrócić sytuację w żart. „A tak naprawdę to byłeś kiedyś zakochany?” – zapytał, przypominając sobie te dziesiątki dziewczyn, które przyjaciel skrupulatnie zapisywał w notesie. „Ilu ludzi chodzi po świecie nie wiedząc nawet, że można być tak blisko drugiego człowieka. Miałem dużo szczęścia, że mogłem to przeżyć już dwa razy” – myślał czekając na odpowiedź przyjaciela. „W twojej siostrze, ale mnie nie chciała” – odpowiedział Ian.

Umówili się, że Ian może w każdej chwili wpadać do swojego byłego mieszkania i po prostu wygadać się przed Stuartem: „Ty nawet nie wiesz, ile to znaczy, że ktoś potrafi słuchać, dziękuję. To tak fajnie mieć prawdziwego przyjaciela”. Stuart pomyślał w duchu: „To nie jest moment, żeby mu powiedzieć, że dla mnie ta przyjaźń się skończyła, on mnie za bardzo teraz potrzebuje”.

Kolejne tygodnie mijały na pracy i sporadycznych koncertach w knajpach. Najczęściej występował w „Black Lion”, pubie, w którym dał przed laty swój pierwszy, zorganizowany przez Iana, występ. Ze zdziwieniem zobaczył, że jest to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, w których nigdy nic się nie zmienia. Te same pożółkłe od tytoniu ściany, ten sam właściciel, który nie rozstawał się z papierosem, ta sama kelnerka – Tracy, która witała go za każdym razem słowami: „czas na sztukę” i patrzyła na niego z nieukrywanym podziwem, ci sami klienci, po których już przed rokiem widać było skutki picia alkoholu, znudzeni i zabijający czas, czekający na nowe twarze i nowe przeżycia. Czasami chodził do biblioteki i przygotowywał lekcje w szkole, dwa razy w tygodniu dzwonił do Meg i, mimo że te rozmowy pochłaniały dużą część jego zarobków, cieszył się za każdym razem, że słyszy głos. Te rozmowy były, pomimo tysięcy kilometrów, tak dobre, że chwilami wydawało mu się, że Meg siedzi obok niego i że czuje jej oddech. Pod koniec listopada, kiedy mieszkańcy Sydney cierpieli z powodu potwornej fali upałów, a w Walton spadł pierwszy śnieg, w środku nocy zbudził go telefon od Meg: „Muszę odwołać przyjazd na święta, matka znowu zaczęła pić i muszę się nią zająć. Przylecę, jak tylko ulokuję ją w jakimś ośrodku, w lutym, a może dopiero w marcu, nie wiem, bardzo bym chciała być teraz z tobą, ale, zrozum, nie mogę. Na pewno przyjadę, już dawno się zdecydowałam” .

Po tej rozmowie Stuart nie mógł zasnąć, był rozczarowany, że czekanie potrwa znacznie dłużej niż myślał. Po pracy wrócił do domu i nie mógł znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Wybrał się do „Black Lion”, żeby przy kilku drinkach spędzić wieczór i nie odczuwać tak okropnie samotności. Ucieszył się na widok Tracy, która wypytywała go o życie w Anglii, o Londyn, Berlin, wielki świat, którego nigdy nie poznała. Kiedy powiedziała: „Jak śpiewałeś Heart of gold to miałam łzy w oczach” poczuł, że jest dla niej kimś bardzo interesującym i świadomość, że ktoś go bezgranicznie podziwia, poprawiła mu humor.

W Sylwestra miał dyżur w domu starców. Kierownik ośrodka poprosił go o koncert dla pensjonariuszy. „Tylko nie przesadzaj, oni o dziewiątej mają być w łóżkach” – powiedział, zaznaczając, że dostanie za ten koncert dodatkowe pieniądze. O wpół do dziesiątej Stuart skończył pracę i czuł się podle – przecież i on brał udział w tej maskaradzie, kiedy starszym ludziom wmówiono, że już wybiła północ i że mają iść spać. Nie miał ochoty na imprezę dla pracowników i nie bardzo wiedział, dokąd ma pójść, żeby przywitać rok 1980. Wybrał się więc do „Black Lion” i tam słyszał zegary bijące dwunastą. „Happy New Year” – powiedział całując Tracy w policzek. „Happy New Year” odpowiedziała. Pił jednego drinka za drugim, kiedy „Black Lion” zamykał podwoje o piątej nad ranem, Stuart ledwie mógł się utrzymać na nogach. „Może przyjdziesz do mnie na śniadanie?” zapytała go Tracy.

W kilka godzin później zbudziły go w jej łóżku dochodzące z radia dźwięki piosenki Beatlesów: Don’t let me down. Jej słowa przeraziły go, wiedział już, że od tego dnia zawsze będzie mu się ona kojarzyła z największą głupotą, jaką zrobił w życiu i że w jego idealnym związku z Meg pojawiła się historia, której nie wolno mu będzie nigdy wyjawić.

Cdn.

 

Stuart 15

Joanna Trümner

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

The Fray: How to save a life

Przyjaźń

Podczas długiego lotu z Londynu do Sydney Stuart cieszył się na spotkanie z przyjacielem i próbował uspokoić wyrzuty sumienia na myśl o tym, jak rzadko odzywał się do Iana przez ostatnie pół roku. „Przecież o nim nie zapomniałem, po prostu każdy z nas żył swoim życiem. Dla tak długiej przyjaźni jak nasza pół roku niewidzenia nic nie znaczy”, pomyślał w momencie, w którym zobaczył twarz Iana wśród tłumu oczekujących na lotnisku w Sydney.

Bujna, sprawiająca wrażenie nieuczesanej czupryna przyjaciela rzucała się od razu w oczy i Stuart szybko rozpoznał go w tłumie, zdziwił go jedynie nowy styl ubrania Iana – sprane dżinsy i kraciastą koszulę zastąpił beżowy garnitur ze lnu i elegancki brązowy prochowiec. Ten nowy, elegancki, trochę zdystansowany i wyglądający na starszego niż był Ian wywołał w nim dziwne uczucie obcości. „To przecież niemożliwe, żeby ludzie diametralnie mogli się zmienić przez pół roku”, pomyślał Stuart „To jest mój najbliższy przyjaciel, który w międzyczasie przestał ubierać się jak student. Może przez pracę w banku chce wyglądać poważniej, może jako przyszły ojciec chce sobie po prostu dodać przez wygląd kilku lat?” W drodze do mieszkania na północy Sydney w kupionym niedawno przez Iana samochodzie Stuart zadał przyjacielowi pytanie, które od tygodni chodziło mu po głowie: „Kim jest matka Twojego dziecka?” Odpowiedź padła bardzo szybko: „To najbogatsza dziewczyna w północnym Sydney – jak widzisz i ja miałem w końcu trochę szczęścia”. Stuart głośno się roześmiał, myśląc, że właśnie usłyszał jeden z żartów przyjaciela i przypomniał sobie równocześnie wiele sytuacji z ich wspólnej przeszłości, w których to swoiste, sarkastyczne poczucie humoru Iana pomogło mu nabrać dystansu do siebie i problemów. Spojrzał przyjacielowi w twarz, chcąc mu powiedzieć wzrokiem: „bardzo mi ciebie brakowało”, ale wyraz twarzy Iana zmroził go i przekonał o tym, że nie chodziło o żart. „Ma na imię Rita i jest córką szefa klubu jachtowego, w którym dałeś kiedyś kilka koncertów. Ten klub to tylko jego hobby, on zainwestował w nieruchomości w centrum miasta i już nie musi pracować. Historia z Ritą zaczęła się, kiedy byłeś jeszcze w Nowej Zelandii, ale ja długo nie byłem przekonany, że chcę się z kimś na amen związać – ta ciąża mnie zaskoczyła. Widocznie po prostu tak miało być, ślub będzie za miesiąc i bardzo liczę na to, że będziesz moim świadkiem. Mogłem przecież o wiele gorzej wylądować”. Sposób, w jaki przyjaciel opowiadał o swojej dziewczynie, nie podobał się Stuartowi i czuł, jak pogłębia się w nim uczucie obcości, które odczuł na lotnisku.

W mieszkaniu Iana, w którym od dnia wyjazdu Stuarta zmieniło się bardzo niewiele, przyjaciele spędzili cały wieczór na rozmowie. Wypalili kilka skrętów z marihuaną „na cześć spotkania” i w miarę, jak Ianowi rozwiązywał się język, Stuart z coraz większym przerażeniem patrzył na tego aroganckiego mężczyznę, którego do tej pory uważał za swojego najbliższego przyjaciela – przyjaciela, którego teraz interesowały tylko pieniądze i który jego miłość do Meg skomentował słowami: „przeciecież cię nie stać na takie fanaberie”. W tym momencie chciał podejść do przyjaciela, potrząsnąć nim i krzyknąć: „co się z tobą porobiło?”, ale powstrzymał się, wiedział przecież, że to nie ma najmniejszego sensu. Kiedy Ian poszedł spać, Stuart poczuł potrzebę zwierzenia się komuś ze swojego rozczarowania spotkaniem. Wyszedł z domu i chodząc po pustych ulicach Sydney szukał budki telefonicznej, żeby zadzwonić do Meg. W momencie, kiedy wykręcił jej numer, zdał sobie sprawę z tego, że na drugiej półkuli jest wczesne popołudnie i że Meg na pewno jeszcze pracuje, więc nie usłyszy jej głosu. Mimo to sam fakt, że po drugiej stronie świata jest ktoś, kto nie myśli o życiu tak cynicznie i źle jak jego dotychczasowy najbliższy przyjaciel, uspokoił go. Wrócił do domu i długo przewracał się na niewygodnej kanapie w oczekiwaniu na sen. W głowie wirowały dziesiątki pytań: „Czy to możliwe, że przyjaźń się kończy? A może to po prostu nigdy nie była prawdziwa przyjaźń – ja przecież nie wiem, kim ten człowiek właściwie jest? A może on zawsze już był taki, tylko ja się zmieniłem i nagle to widzę? Co teraz może robić Meg? Czy choć przez chwilę pomyślała o mnie? Czy naprawdę przyleci do Sydney?”

Im dłużej myślał o swojej dziewczynie, tym bardziej mu jej brakowało. Kochał ją za jej mądrość, poczucie humoru i pozytywne nastawienie do ludzi. Nie lubił jej tajemnic i ciągłego uczucia, że waży na wadze każde z wypowiedzianych przez niego słów. Nie lubił jej perfekcji, sposobu w jaki poprawiała mu szalik, albo przypominała o herbacie, która zbyt długo naciągała, w momencie, kiedy mówił coś naprawdę ważnego, nie cierpiał jej cowieczornego rytuału skrupulatnego zapisywania codziennych wydatków w notesie – w tabelce, składającej się z dwóch rubryk: życie i rozrywki. „Ciekawe w której z rubryk zapisze zakup biletu do Sydney? Albo pójście na koncert lub do teatru?”, pomyślał, czekając na sen. Wiedział, że bardzo ją kocha pomimo tych wszystkich śmiesznostek i rzeczy, które go w niej denerwowały. „Czy kochamy kogoś dla jego zalet, czy też pomimo jego wad?”, zastanawiał się, patrząc na wschodzące nad Sydney słońce.

Następnego dnia Ian zorganizował przyjęcie z okazji przyjazdu przyjaciela. Stuart miał okazję poznać „najbogatszą dziewczynę w północnym Sydney” i nowych znajomych przyjaciela. Rita była ładną, o kilka lat młodszą od Iana dziewczyną, która po kilku semestrach przerwała studia historii sztuki, bo „znudziły ją martwe rzeczy”. Po sposobie, w jaki patrzyła na Iana, widać było, że jest w nim mocno zakochana i szczęśliwa, ale że jest też zadowolona, iż pieniądze ojca sfinansują im wygodne życie. Stuart nie pasował do gości na przyjęciu – młodych ludzi, rozmawiających głównie o finansach, planowanych zakupach i podróżach. Na prośbę Iana pod koniec przyjęcia wziął do ręki gitarę i zaśpiewał kilka nowych piosenek. „Na pewno daleko zajdziesz” – powiedział z podziwem Ian. „Ty też”, pomyślał w duchu Stuart i postanowił, że rola świadka na ślubie przyjaciela będzie jego pożegnalnym prezentem dla tej przyjaźni.

W kilka dni później wybrał się w poszukiwanie pracy do szkół w Sydney. Wyorażał sobie to poszukiwanie prościej, dopiero po kilku tygodniach i wielu rozmowach kwalifikacyjnych udało mu się znaleźć zatrudnienie w jednej z najstarszych, renomowanych szkół w mieście. Problem polegał na tym, że na podjęcie zajęć musiał czekać do rozpoczęcia nowego roku szkolnego pod koniec stycznia, kiedy to dotyczczasowy nauczyciel matematyki przejdzie na emeryturę. „Z czego mam żyć przez prawie pół roku?”, zastanawiał się Stuart. Za pieniądze które przywiózł ze sobą z Anglii mógł przeżyć przez dwa miesiące. Za kilka tygodni miała przyjechać do niego Meg i nie wyobrażał sobie, że nie będzie go wtedy stać na pokazanie jej miasta, pójście do teatru, muzeum albo pubu. Sprawa mieszkania była mniej skomplikowana, bo Ian chciał jak najszybciej przeprowadzić się do domu swojej dziewczyny w lepszej dzielnicy i przekazać mieszkanie Stuartowi. Ale to wszytko kosztowało i Stuart musiał szybko znaleźć jakąkolwiek dorywczą pracę, dzięki której będzie mógł przeczekać do końca stycznia.

Stuart zdecydował się odwiedzić domy starców, w których kiedyś prowadził zajęcia z muzyki. Miał szczęście, w jednym z domów starców na północy miasta pilnie poszukiwano od zaraz kogoś do pomocy. Po podpisaniu umowy Stuart wrócił do mieszkania przyjaciela i podzielił się z nim nowinami: „Ja bym za żadne pieniądze nie podcierał komuś tyłka”, skomentował Ian, kręcąc głową z dezaprobatą. „Ale ja nie mam wyjścia. Poza tym to jest tylko na kilka miesięcy” – odpowiedział Stuart i czuł jak wzrasta w nim złość na samego siebie – złość na to, że tłumaczy się z tak oczywistej rzeczy jak podjęcie pracy. „To już w ogóle możesz zapomnieć o muzyce” – dodał Ian, a Stuart z żalem pomyślał, że prawdziwy przyjaciel – ten Ian, którego pamiętał i którego obraz nosił ciągłe jeszcze w głowie, obróciłby tą sytuację w żart, pocieszyłby go i nie deptałby po jego uczuciach. „Będę świadkiem na jego ślubie, bo jestem tego winien wieloletniej przyjaźni, ale przyszedł czas, żeby nasze drogi się rozstały”, pomyślał po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich dni.

Stuart zaczął więc pracować w domu starców. Nowe zajęcie było dość dobrze płatne i miało kilka plusów – zaczynało się o szóstej rano, a już o trzeciej po południu Stuart był wolny. Wolny, ale tak fizycznie zmęczony dźwiganiem starszych ludzi, przenoszeniem ich z łóżka na fotel, karmieniem, przewijaniem i myciem, że nieraz zasypiał w drodze metrem do domu. Z upływem czasu przyzwyczaił się do wczesnego wstawania i fizycznego zmęczenia, ale nie mógł przyzwyczaić się do tego, co codziennie obserwował w domu starców – do sposobu, w jaki traktowało się tam starych ludzi, mówiąc o nich wyłącznie w osobie trzeciej, jak o kimś, kogo nie ma, kto przestał istnieć. Stuart nigdy nie widział, żeby ktokolwiek z personelu czytał mieszkańcom ośrodka opieki książkę, rozmawiał z nimi, albo próbował zająć ich czymkolwiek, usprawniającym zdolności manualne. Zrozumiał, jak wielkim wydarzeniem w ich życiu były prowadzone wcześniej przez niego zajęcia z muzyki i wyprosił u kierownika ośrodka zgodę na ich kontynuację. Codziennie po śniadaniu grał mieszkańcom ośrodka przez pół godziny na gitarze i z biegiem czasu ten rozpoczynający dzień rytuał stał się dla nich bardzo ważny. Muzyka przypominała im o tym, że w ich niedołężnych ciałach jest jeszcze radość i ciekawość życia, a czas, który pozostał, jest czymś więcej niż czekaniem na śmierć i samotnością.

W trzy tygodnie po rozpoczęciu pracy w domu starców był świadkiem na ślubie Iana. Podczas ubierania się w przywieziony z Anglii, zakupiony na ślub siostry szary garnitur, Stuartowi przeszła przez głowę myśl: „To już drugie małżeństwo, w którym miłość nie gra żadnej roli”. Nie miał zupełnie pomysłu na prezent dla młodej pary, na szczęście z niezręcznej sytuacji wybawił go Ian, proponując żeby zamiast prezentu dał podczas jego wesela krótki koncert. Stuart zaśpiewał piosenki o sile przyjaźni i o szczęściu, jakim jest spotkanie prawdziwej miłości. Z trudnością powstrzymywał swoje emocje, przekonanie o końcu przyjaźni z Ianem i wątpliwości co do małżeństwa byłego przyjaciela. Jego muzyka była tak autentyczna i emocjonalna, że zachwyceni występem goście weselni poprosili go o bis: „Więc muzyka dociera nawet do tych, co wszystko mają, wszystko widzieli i których na wszystko stać” – pomyślał ze zdumieniem. Z ulgą zauważył, że wśród weselnych gości ze strony Iana przyjechali tylko rodzice, nie było tam Ann, przed nią wstydziłby się tego, że jest na etapie życia, w którym zmuszony jest do wykonywania prostej, fizycznej pracy, przed nią wstydziłby się, że cały ten wyjazd do Australii, o którym kiedyś wspólnie marzyli, był na razie niepowodzeniem.

Czas mijał dosyć szybko i przyszedł dzień, w którym odebrał Meg z lotniska. W drodze na lotnisko myślał o niej, cieszył się, że zobaczy swoją dziewczynę, ale równocześnie nie mógł opanować strachu przed tym, że może zapanować między nimi ta sama obcość, co między nim i Ianem. W momencie, kiedy rozpoznał ją w tłumie pasażerów zrozumiał, że jego lęk był niepotrzebny, a jego dziewczyna jest tą osobą, na którą czekał nie tylko od wielu tygodni, ale całe swoje życie.

Cdn